Respect, mr Rooney

Wayne Rooney back in EvertonWayne Rooney skończył reprezentacyjną karierę. Na 119 meczach i zdobyciu 53 goli, choć za siedem meczów pobiłby rekord Anglii wszech czasów Petera Shiltona. Wielu wielkich piłkarzy kończy ostatnio przygodę z piłką, człowiek nie jest w stanie każdego przegnać, ale jego akurat chcę, ponieważ śledziłem jego karierę z bardzo bliska.

Odchodzi sam, nie dlatego, że ktoś z niego rezygnuje. Odrzucił powołanie trenera Garetha Southgate’a, który ostatnio go pomijał, ale znów chciał go w kadrze na mecze eliminacji MŚ. Trudno się dziwić selekcjonerowi. W ubiegłym sezonie Rooney przeżywał zjazd formy, stracił miejsce w Manchesterze United i rozegrał najmniej minut w karierze. Gdyby wówczas ogłosił koniec przygody z reprezentacją,

Anglicy pewnie przyjęliby to z ulgą albo wzruszeniem ramionami.

Ale właśnie po 13 latach z wielkim impetem wrócił do Evertonu, którego jest wychowankiem. Widać, że wyraźnie odżył. Dwa gole w pierwszych dwóch meczach, w tym gol nr 200. w Premier League, dzięki któremu „The Toffies” wyszarpali punkt na wyjeździe z faworyzowanym Manchesterem City. Znów gra jako napastnik, a nie pomocnik jak ostatnio u Jose Mourinho i widać, że futbol znów daje mu radość.

Już sama decyzja o powrocie do dawnego klubu budzi szacunek. W dzisiejszych komercyjnych czasach, mógł przecież wybrać łatwe pieniądze za śmieszną grę w Chinach, jak choćby jego kolega z MU, Carlos Tevez. Oferowano mu tam kosmiczne pieniądze – 50 mln funtów za dwa sezony gry. A jednak wolał podjąć wyzwanie. Wybrał klub, w którym raczej nie powalczy o tytuł ani europejskie trofea, ale za to bliski sercu i z kibicami, którym złamał serce odchodząc do rywala. Wielu z ich odzyskał wywiadem, w którym wyznał, że przez te wszystkie lata sypiał… w piżamie Evertonu, resztę postawą na boisku. Zamiast odcinania kuponów od sławy, wybrał ciężką harówkę w Premier Leage, zaprzeczając wielu nieprzyjaznym głosom, jest już skończony. Ma co udowadniać, ma motywację.

Jest coś romantycznego w tej historii powrotu Rooney’a do klubu, w którym się wychował jakby na przekór panującej obecnie w futboli logice. Niczym LeBron James, który w swoim czasie opuścił Cleveland Cavaliers i rodzinne Ohio, po to żeby w w gwiazdorskim składem Miami Heat zdobyć wreszcie mistrzostwo i wielką sławę. Ale gdy już się nasycił tytułami i rekordami, wrócił do dawnej drużyny, niczym zagubione dziecko, które znalazło drogę do domu, ale po drodze wiele się nauczyło. I poprowadził o historycznego pierwszego mistrzostwa NBA.

Rooney’owi ciężko będzie aż tak mocnymi zgłoskami zapisać się w historii Evertonu, który raz, że ma już na koncie dziewięć tytułów mistrza Anglii, a dwa że żaden piłkarz nie odmieni tak bardzo całej drużyny jak jeden koszykarz.

Toteż nikt nie ma do niego pretensji, że rezygnuje z reprezentacji, by skupić się na grze w Evertonie. Decyzję wsparli kibice i byłe gwiazdy jak Gary Lineker, Rio Ferdinand, Michael Owen, a nawet… oficjalne konto Manchesteru United.

Rooney odchodzi jako najlepszy strzelec w historii reprezentacji Anglii i najmłodszy zdobywca gola, ale też jak większość jego rodaków, niespełniony w narodowych barwach. Na każdy turniej jechał jako jego potencjalnie największa gwiazda i na każdym zawodził, jak reszta drużyny.

Ja zapamiętam go jednak z niesamowitego wejścia w świat dorosłego futbolu na Euro 2004 w Portugalii. Wjechał na boisku niczym 16-kołowiec na autostradę – bez respektu na nikogo, nawet dla ikon jak Zinedine Zidane, niczym taran, wszędzie tam gdzie akcja. Zaborczy, zagarniający piłkę kolegom, żeby wykonać rzut wolny.

Zdobył tam cztery gole, na chwilę stał się najmłodszym strzelcem w historii mistrzostw Europy, płakał jak bóbr po odpadnięciu po pechowej serii karnych z gospodarzami i rozczarowania nie osłodził mu nawet wybór do najlepszej jedenastki turnieju. Ani słowa trenera Svena Gorana-Erikssona, że ostatnio równie wspaniały debiut na wielkiej imprezie miał nastoletni Pelego na mundialu w Szwecji w 1958 roku.

Na mundialu w 2006 też miał być jedną z największych gwiazd. Sześć tygodni przed rozpoczęciem turnieju w Niemczech poleciałem na Old Trafford na wywiad z nim z okazji prezentacji nowych butów. Miałem tę przewagę nad kolegami pytającymi „co sądzi o chińskim, czeskim i węgierskim futbolu itd” że dwa razy zagrał przeciwko Polsce w eliminacjach i coś tam pamiętał. W dodatku – jak to sobie ustaliliśmy – jeśli Polska wyjdzie z grupy na drugim miejscu za Niemcami, a Anglia na pierwszym to znów na siebie trafimy.

Następnego dnia po wywiadzie, grając przeciwko Chelsea w nowiutkich, jak pamiętam, niebieskich butach złamał kość śródstopia. Cała Anglia zamarła, każdy serwis informacyjny zaczynał się od feralnej stopy i szans na to, żeby pojechał na turniej. Rozpoczął się wyścig z czasem przy wsparciu nowoczesnej medycyny, a ja zostałem z nieopublikowanym wywiadem jaki dziennikarzowi z Polski nie zdarza się często, ponieważ wszystko o czym mówił stało się nagle nieważne. Pamiętam, że tytuł brzmiał: „Anglię stać na zdobycie mistrzostwa świata!”

Przeżyłem zawód nie mniejszy niż sam Rooney później na mundialu. Ostatecznie pojechał do Niemiec, zagrał w dwóch grupowych meczach, ale nie dość, że gola nie zdobył, to jeszcze wyleciał z boiska w przegranym ćwierćfinale z Portugalią, wykartkowany przez Cristiano Ronaldo. Zaczęła się kolejna medialna saga: czy mogą nadal grać razem w jednej drużynie…

Wayne Rooney

 

Hej Premier League, czas na zmiany! Chcę moje mecze o 16:00!

Rooney 250 goal!Chciałem w weekend obejrzeć mecz Stoke City z Manchesterem United – żeby przypadkiem nie przegapić 250. gola Wayne’a Rooney’a w barwach „Czerwonych Diabłów” – i ku mojemu zdziwieniu po raz kolejny okazało się, że w CANAL+ SPORT nie transmitują na żywo spotkania o 16:00. Jakże to tak? Rozumiem, że „zimne, sobotnie popołudnie na Britannia Stadium”, ale jednak gra najbardziej popularny i silny marketingowo klub świata, z Ibrą, Pogbą, wspomnianym Rooney’em w składzie, o Jose Mourinho na ławce nie wspominając. Nie trzeba umysłu Sherlocka Holmesa, żeby przewidzieć, że mecze MU napędzają oglądalność każdej telewizji. Zasięgnąłem więc języka u żródła, czyli u przyjaciół z C+.

Co się okazuje. Gdyby tylko stacja mogła, pewnie że pokazywałaby najciekawsze mecze o 16. (zazwyczaj rozgrywanych jest wówczas równolegle kilka spotkań). Ale nie może ze względu na wieloletnią wyspiarską tradycję – wyjaśnił mi Tomek Smokowski. Pewnie nie wszyscy wiecie, że Angielska Federacja Piłkarska jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku wprowadziła regulacje, zgodnie z którymi mecze ligowe rozgrywane w soboty o 15:00 (GMT czyli ich czasu) nie mogą być pokazywane na żywo w telewizji. Pomysłodawcom chodziło o zachęcenie kibiców do przychodzenia na stadiony. Czasy się zmieniają, frekwencja na meczach Premier League rośnie, latami trzeba czekać na wolny karnet, rosną też sumy jakie stacje telewizyjne płacą za prawa transmisji (obecny trzyletni kontrakt kosztował SKY 5 miliardów funtów, a przepis wciąż obowiązuje! Tradycja ponad wszystko! O 15:00 miejscowego czasu meczu w Wielkiej Brytanii legalnie nie obejrzycie. I to nie tylko meczu Premier League. Jak opowiada Smok, kiedy ostatnio El Clasico ruszało o 16:00, też nikt go na Wyspach nie pokazywał. W tym czasie na wszystkich sportowych stacjach lecą wyścigi konne. Oczywiście poza Brytanią ten zakaz nie obowiązuje i stacje telewizyjne posiadające prawa do Premier League w Europie i na świecie mogą bez problemu transmitować te mecze. Chociaż i je pośrednio dotyka ta regulacja – muszą wybierać do transmisji jeden z kilku rozgrywanych jednocześnie meczów.

Smok szerzej o tym opowiedział w poniedziałkowej Misji Futbol (od 16:50)

Jednak globalizacja spowodowała zgrzyt w tym systemie i kłopot ze skutecznym egzekwowaniem anachronicznego przepisu. Potrzeba jest matką wynalazków i jeśli jest problem z dostępnością na rynku jakiego dobra bądź usługi, a popyt na nie jest duży, to zawsze znajdzie się sposób na dostarczenie pożądanego „towaru”. A już mistrzami w znalezieniu potrzebnej „furtki” są nasi rodacy, których jak wiadomo na Wyspach nie brakuje. Wraz z nimi do Anglii trafiły dekodery platformy nc+, w których mecze o 16:00 można dotąd było oglądać bez problemu. A następnie i do angielskich pubów, których goście, racząc się ulubionym Guinnessem, Fuller’s London Pride czy
Bishops Fingerem mogą oglądać w telewizji mecze o „zakazanej godzinie”.

Jest to oczywiście proceder niezgodny z prawem, zdecydowanie zwalczany przez Premier League. Każdej soboty tysiące „tajemniczych klientów” (mystery shoppers) ruszają do pubów kontrolując czy nie jest łamany zakaz z lat 60. XX wieku. I ciągle znajdują lokale, którymi zawiadują nieuczciwi właściciele, i którzy nic sobie nie robią z tego staroświeckiego zakazu. W efekcie obrywa nc+ i my widzowie, bowiem brak meczów o 16. w zagranicznych stacjach to efekt wkurzenia Anglików. Trudno właścicieli praw telewizyjnych winić za zdecydowaną walkę z piractwem, na którym traci cały biznes medialny, sportowy, kibice i Skarb Państwa.

A przecież rozwiązanie wydaje się proste – wystarczyłoby wyłączyć sygnał w „złapanych na gorącym uczynku” dekoderach i po kłopocie. Niestety, zawiłości prawa brytyjskiego i europejskiego powodują, że to nie jest takie proste. Łatwej jak się okazuje ograniczyć nadawcę z Polski, uderzając przy okazji w fanów Premier League znad Wisły. A już najlepszym i najprostszym pomysłem, który definitywnie załatwiłby sprawę byłoby zniesienie anachronicznych regulacji, dzięki czemu znacznie zyskałaby pozycja Premier League na całym świecie. Obawiam się jednak, że Anglicy będą się kurczowo trzymać tradycji jak jeżdżenia po lewej stronie.

Chyba, że ktoś z Was zna jakieś lepsze rozwiązanie tego galimatiasu, czekam na prpozycje w komentarzach…

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Islandia skradła Polsce show i serca kibiców. Nie szkodzi

Islandia na Euro 2016Niesamowity jest ten turniej! Na naszych oczach rozpadło się ostatecznie Imperium Hiszpańskie, którego schyłek widzieliśmy już po na mundialu w Brazylii. Po wieloletniej dominacji tiki taka wydała ostatnie tchnienie, zdławiła ją „TikItalia” w wykonaniu przeciętnych, ale zamienionych przez Antonio Conte w karne wojsko Włochów. Turniej cudowny dla nas, bo Polska zagra w ćwierćfinale, o czym przed rozpoczęciem marzyliśmy bardzo nieśmiało, po cichutku, bojąc się po serii wielkich turniejów z meczami „o zwycięstwo, o wszystko, o honor” za daleko wybiegać w przyszłość. Ważne było wyjście z grupy.

Polska awansowała bez straty bramki, a nasza defensywa walczy o tytuł najbardziej szczelnej na Euro z niemiecką i z włoskim tercetem BBC (Bonucci, Barzagli, Chiellini + Gianluigi Buffon oczywiście), ustępując tej pierwszej tylko niewiarygodnym golem Sherdana Shaqiriego. Polacy są doceniani doceniana i wymieniani jako szósta siła Euro, daje nam się 47 % szans na półfinał i aż 25 % na finał, czyli więcej niż Włochom. Wszyscy zastanawiają się co będzie, jeśli do tej świetnej organizacji i skutecznej obronie odpali wreszcie Robert Lewandowski (i/albo Arek Milik)…

Ale to nie piłkarze Nawałki są największą sensacją turnieju. Nie nasz awans do czołowej ósemki Europy jest najgoręcej dyskutowany, zdjęcia, memy i filmiki nie z naszymi zawodnikami świętującymi po sukcesie przelewają się przez stacje telewizyjne, social media i okładki dzienników całego świata. Maleńka, debiutując na wielkim turnieju Islandia skradła nam show. Islandzcy, wytatuowani brodacze o średnich umiejętnościach, ale wielkiej woli walki do końca, bezkompromisowi, grający bez najmniejszych kompleksów, cieszący się grą jak mało kto skradli serca kibicom w całej Europie. Najpierw dokonując historycznego awansu z grupy, a w poniedziałek eliminując w 1/8 finału Anglię!

KLęska Anglii na euro 2016

Eliminując? Upokarzając Anglię, która napędzana nowym pokoleniem zawodników, wspartych doświadczeniem Wayne Rooney’a – jak zwykle – miała odnieść pierwszy sukces od pamiętnego mistrzostwa świata z 1966 roku. Tymczasem odniosła największą klęskę w historii swego futbolu – jak zawyrokował Gary Lineker, żartując z brytyjskim poczuciem humoru, że Islandia ma więcej wulkanów niż zawodowych piłkarzy. Na pewno liczy tylu mieszkańców – 320 tys. – ile jedna z dzielnic Londynu. Gwiazdy i gwizdki Premier League pokonał zwarty, zgrany, kochający się kolektyw z kapitalnymi kibicami. Kibicami których islandzcy piłkarze – jak podkreślali – znali 50 % przynajmniej z twarzy, jeśli nie imienia i nazwiska. Piłkarze, dla których gra w Premier League to szczyt marzeń, są szczęśliwi jeśli uda im się przebić do Championship. Nie mają łatwo, żeby się wybić: sezon piłkarski trwa na Islandii tylko od maja do września, bo potem na grę nie pozwalają na to warunki atmosferyczne: padający w poprzek deszcz lub śnieg.

Sensacja jaką sprawili Islandczycy jest tym bardziej niesamowita, że dokonali tego w tak skomplikowanym politycznie momencie, tuż po feralnym referendum, w którym mieszkańcy Wielkiej Brytanii zdecydowali się opuścić Unię Europejską. Wyeliminowanie Anglików z Euro 2016 natychmiast okrzyknięto kolejnym Brexitem. Dzielnymi Islandczykami natychmiast zainteresował się cały świat, który dotąd kojarzył tylko piosenkarkę Bjoerk i słynny wulkan z nazwą nie do wymówienia, który sparaliżował ruch lotniczy w całej Europie w 2010. Ktoś żartobliwie tweetował, że dotąd największy wpływ jaki Islandia wywarła na futbol było zmuszenie FC Barcelona do jazdy autokarem do Mediolanu na pamiętny przegrany półfinał Ligi Mistrzów z Interem, Jose Mourinho. Teraz islandzcy piłkarze są najczęściej guglowanymi osobami na świecie, a social media pełne są zdjęć wiosek rybackich, w których się urodzili lub farm, na których latem pomagają rodzicom.

Islandia na Euro 2016Media odkrywają ze zdumieniem, że jeden z trenerów Islandii na co dzień pracuje jako dentysta, bo z pracy szkoleniowca ciężko byłoby mu się utrzymać. A bramkarz Hannes Halldorsson jest… reżyserem reklamówek, filmów dokumentalnych i teledysków, który dla reżyserii rzucił nawet na jakiś czas futbol. To co przeżywa teraz futbolowa Islandia wygląda na dzieło szalonego scenarzysty. I trochę zazdroszczę piłkarzom Larsa Lagerbaecka tej sensacyjnej wygranej z Anglikami. Takiego nieoczekiwanego zwycięstwa, które przejdzie do historii, które nakręci drużynę i kibiców na lata, o trąbią wszystkie media świata. Tylko, że… drużyna Nawałki jest już na innym etapie rozwoju. Takim mitem spotkaniem dla naszej drużyny była wygrana z Niemcami na Stadionie Narodowym, ale to było jeszcze w eliminacjach. We Francji Polacy po świetnej, mądrej wyrachowanej grze zremisowaliśmy z mistrzami świata, pozwalając im oddać trzy strzały na bramkę zamiast ponad 20 jak w Warszawie. Wygraną w 1/8 finału ze Szwajcarią – ani faworytem, ani czarnym koniem turnieju – zagraniczne media przyjęły praktycznie wzruszeniem ramion. Okej, Lewandowski nie strzelił, ale Polska przeszła dalej – taki był generalny przekaz.

Więc leciutko zazdroszcząc Islandczykom ich euforii, cieszę się że zwycięstwa i awans Polaków przyjmowane są jak „zwykły dzień w biurze”, także przez samych piłkarzy Nawałki i selekcjonera. To oznacza, że wielka euforia i wielka satysfakcja jeszcze przed nimi. I przed nami. Zacznijmy się przyzwyczajać!

Plakat reprezentacji Polski. Przegląd Sportowy

Rooney: rozwiązanie konkursu

Magic by RooneyPrzepraszam, że z tak wielkim poślizgiem, ale nie zdążyłem rozstrzygnąć konkursu przed wyjazdem na wakacje, gdzie net pozwalał mi zaledwie zajrzeć od czasu do czasu na Twittera. Ale dobrze się składa, bo autobiografia Rooney’a właśnie dziś trafia do księgarń. Trzech zwycięzców oczywiście dostanie książki pocztą lada dzień. Jak zwykle ciężko było wybrać. Najbardziej spodobał mi się tekst dla Wayne’a gorzki, czyli ten PiotraCsx. Nie wiem co Was naszło, nigdy na konkurs nie nadeszło aż tyle utworów rymowanych. Postanowiłem wyróżnić jeden z nich, padło na baziego9. Trzecie miejsce dla Tomka Gąska, który zapamiętał Rooney’owi… występ w jednej z najsłynniejszych reklam sportowych ever.


Wreszcie wyróżnienia dla Macieja z przypomnienie czerwonej kartki z Portugalią na mundialu w 2006 roku i słynnym mrugnięciu okiem Cristiano Ronaldo, co obficie wspomina Wayne w autobiografii, zdradzając jak to naprawdę było z powrotem ich obu do United…

Oto wyróżnione notki. Zwycięzców proszę o mejle z adresem. Wszystkim dziękuję za udział. Nie odchodźcie daleko, ponieważ lada moment cały grad konkursów. Regularnie robię na Twitterze #KoszulkaZaTweeta gdzie można wygrać fajne koszulki różnych reprezentacji i klubów. Ot dziś z okazji ostatniej batalii o Ligę Mistrzów będę rozdawał koszulkę Red Bull Salzburg…

 Wayne Rooney - MOja Dekada w Premier League

PiotrCsx
Nigdy nie wybaczę Rooneyowi tego, z jaką łatwością bawił się uczuciami kibiców United. Prawdziwy Czerwony Diabeł powinien wykazywać się walecznością na boisku i oddaniem dla klubu poza nim. I przez lata był Wayne Czerwonym Diabłem. Był nim i wtedy, gdy biegał za trzech po boisku w każdym meczu, i wtedy, gdy całował herb Manchesteru przed kibicami Evertonu, demonstrując, że to jest „jego klub”, i nawet wtedy, gdy tak angażował się w mecz, że czasem nie panował nad emocjami…

Przestał być jednak Czerwonym Diabłem, gdy miłość do pieniędzy przesłoniła mu miłość do klubu, gdy przestał rozumieć, że dobro klubu zawsze jest ważniejsze od interesu gracza.Czerwonym Diabłem nie może być ktoś,dla kogo liczba zer na koncie jest ważniejsza od spełniania marzenia o grze w największym angielskim klubie. Tej poniżającej klub walki o pieniądze nie da się niestety ot tak wymazać…

Rooney, choć dał wiele radości, jest postacią, której decyzje być może zamknęły drogę do miana prawdziwej legendy klubu… I choć jest kapitanem, to prawdziwym bohaterem i grającym symbolem klubu jest Darren Fletcher, który umiał pokonać przeciwności, stanąć do trudnego boju, by móc reprezentować barwy ukochanego klubu. Bo taki być powinien Czerwony Diabeł.

Wayne jest wielkim piłkarzem, ale co najwyżej „malowanym” Diabłem, a nie naturalnie czerwonym. Niestety.

bazi9
Ludzkie głowy z natury do wspomnień są skłonne,
tak też i ja mam rzeczy, których nie zapomnę.
I choć nad tematem tak wielu się głowi,
ja bez tchu wymienię, czego nie zapomnę Rooney’owi.

Więc może zacznę wspomnienia od prostego banału,
Nie zapomne gdy młody przerwał serię Arsenalu.
Bo trzeba mieć wielkich umiejętności pokłady,
By strzelić drużynie, której nikt nie dał rady.

Kolejne wspomnienie znaczenie ma ogromne,
i tak jak pozostałych na pewno nie zapomnę.
Gdy sięgnę w głąb pamięci to zawsze tam znajdę,
monent, gdy Wayne Rooney trafił do United.

A największe wspomnienie jest najbardziej banalne
mimo wszystko utkwiło w pamięci globalnej.
To co zawsze zostanie w pamięci każdego,
jest przewrotka Rooneya po asyscie Naniego.

Lecz nie tylko piłkarskie zostaną wspomnienia,
A ta rzecz pozasportowa nie ma dziś znaczenia.
Choć Rooney ma twarzy wiele to nie ucichną głosy,
Jak podczas wakacji doszczepili mu włosy.

I jak każdy pomnik, Roo niejedną ma rysę.
To kolejna rzecz, którą z swej pamięci wypiszę.
Zamiast z RPA wrócić w amitnej walki chwale,
Rooney wrócił z brakiem formy i zdrady skandalem.

Wiem czego Wazzie kibice nie wybaczą,
momentu, gdy radość mieszali z rozpaczą.
Bo jako kibic United pamiętliwy jestem,
gdy swój pomnik burzył Transfer Requestem.

Tomek Gasek
Nigdy nie zapomnę jak Wayne Rooney powstrzymał akcję Francka Ribery, dzięki czemu zdobył tytuł szlachecki, wartość funta pobiła wszystkie możliwe rekordy, a wszystkie nowo narodzone dzieci odziedziczały imię idola wszystkich Anglików. Oczywiście to wszystko nie miało miejsca w rzeczywistości, tylko reklamie Nike  Ale kto wie? Może największe sukcesy Rooney’a dopiero przed nim? Mistrzostwo Anglii, Liga Mistrzów, a za dwa lata zdobycie upragnionego przez wszystkich Anglików mistrzostwa Europy? Następnie oczywiście zasłużony tytuł szlachecki dla Wayne’a. Czy nadany przez królową Elżbietę II? Czas pokaże 

Maciej
Nigdy nie zapomnę, jak Wayne Rooney dostał czerwoną kartkę w meczu z Portugalią na Mundialu w 2006. Dopadło go dwóch Portugalczyków, którzy za wszelką cenę chcieli go raczej sfaulować niż wydrzeć mu piłkę. Każdy piłkarz świata by się przewrócił i dostał zasłużony rzut wolny. I nikt by go nie nazwał nurkiem, bo to co robili Portugalczycy nie było walką o piłkę, tylko wściekłym, kilkusekundowym szarpaniem przeciwnika. Kozak Rooney nie dał się przewrócić, nie stracił piłki. Śęk w tym, że kiedy zwlekający sędzia wreszcie odgwizdał faul, Wayne przypadkiem nadepnął na jaja Portugalczykowi, który przed chwilą chciał go skosić. Dostał czerwoną kartkę, Anglia odpadła, wybuchła afera, Wayne przejął od Becksa miano angielskiego kozła ofiarnego. A ja go za to uwielbiam dziś, bo takich Johnów McClane’ów w piłce dużo nie ma. Podziwiam za to Wayne’a, choć czasem myślę, że jestem jedyny, który nie wierzy, że biedny Rooney nadepnął specjalnie…

Rooney i czerwona kartka z Portugalią

Premier League, Rooney, konkurs!

Wayne Rooney - MOja Dekada w Premier League Jak dobrze, że wraca Premier League!

Najlepsza – przynajmniej w stosunku ilości dobrych piłkarzy i trenerów do jakości meczów w sezonie – liga świata! Znów wydarto jej latem największą gwiazdę – po Garethcie Bale’u sprzed roku, tym razem Primiera Division upomniała się o Luisa Suareza, wykorzystując zamieszanie z zawieszeniem Urugwajczyka. Odszedł najlepszy piłkarz minionego sezonu, ale w odwecie Jose Mourinho wykupił pół Atletico Madryt z Diego Costą na czele i zakończył wypożyczenie Thibaut Courtoise. Już tu wystarczająco druzgoczące ciosy w ligę hiszpańską. A tu jeszcze rozbestwiony Arsene Wenger po Mesucie Oezilu z Realu Madryt, tym razem sięgnął po gwiazdę Barcelony, Alexisa Sancheza. Wracają stare, ale nadal młode, lubiane i uznane twarze jak Cesc Fabregas, Everton szasta 22 mln funtów za Romelu Lukaku, Stoke kupuje niedoszłego następcę Leo Messiego, wygnańca z Barcelony, Bojana Krkića, Manchester City sprytnym manewrem via Nowy Jork wzmacnia się ikoną Chelsea, Frankiem Lampardem, a Liverpool – Southampton. Mam nadzieję, że to nie koniec ruchów transferowych Manchesteru United, bo „szalony mag” Louis van Gaal – jak słusznie zauważył w „Guardianie” Paul Scholes – samą magią nie włączy się ani do walki o tytuł ani nawet o pierwszą czwórkę. No i liczę, że już w tym sezonie za sprawą Wasyla w Leicester City wreszcie doczekamy się pierwszego polskiego gola w Premier League od bramki Roberta Warzychy z 1992 roku! Słowem, będzie jeszcze ciekawiej, choć co roku nam się wydaje, że już ciekawiej być nie może.

mojadekada2

A to nie ostatnia dobra wiadomość dla fanów Premier League. Dla tych, którzy chcieliby ja poznać od kulis, mam kolejną – do sklepów wchodzi właśnie druga część autobiografii Wayne Rooney’a „Moja dekada w Premier League” w moim skromnym tłumaczeniu. Kiedy w 2006 roku ledwo 20-letni Rooney podpisywał z Wydawnictwem Harper Collins kontrakt na napisanie co najmniej pięciu autobiograficznych książek, wart 5 milionów funtów, wzbudziło to głosy zdziwienia i ubolewania. Jak to, taka umowa z żółtodziobem, który jeszcze niczego nie osiągnął i nie wiadomo czy osiągnie? Świat zwariował. Od tego czasu Rooney trwale zapisał się w historii angielskiego futbolu, stając jedną z najjaśniejszych gwiazd Premier League. Strzelił dla Manchesteru United już ponad 100 goli, zdobył, stracił i odzyskał dla „Czerwonych Diabłów” tytuły mistrza Anglii, wygrał i przegrał finał Ligi Mistrzów, wreszcie stał się bohaterem niezliczonych skandali boiskowych i obyczajowych. Aż dziw, że zdołał to zawrzeć póki co w zaledwie dwóch autobiografiach!

W pierwszej z nich, „Moja Historia” opisał drogę jaką dzieciak z niebezpiecznej dzielnicy Liverpoolu przebył, by przebić się do wielkiego futbolu. W „Mojej Dekadzie w Premier League” opisuje jak ze zbuntowanego dzieciaka (zwłaszcza wobec menedżera Evertonu Davida Moyesa), robiącego psikusy charyzmatycznemu Roy’owi Keane’owi stał się pod okiem Aleksa Fergusona liderem drużyny oraz statecznym (momentami) piłkarzem i (również momentami) ojcem rodziny. Pozawala nam wniknąć za kulisy najlepszego (w pewnym momencie) klubu świata, rządzonego żelazną ręką sir Aleksa, poznać jego metody i ich skomplikowane wzajemne relacje, co pozwala nam zrozumieć różne późniejsze wybory. Opisuje życie codzienne piłkarza MU i trudny los megagwiazdy, skazanej na prowadzenie brudnej gry, a czasem wręcz wojny z nie znającymi miłosierdzia brytyjskimi tabloidami. Wreszcie, choć książka jest wygładzona przez piarowców, nie unika rozliczenia z taki kontrowersjami jak żądanie transferu do Manchesteru City. Ujawnia jak popadł w uzależnienie od obstawiania meczów, na których stracił fortunę, sprytnie wyrwaną mu przez ludzi żerujących na mających nadmiar kasy piłkarzach jak on. A przy tym potrafi traktować samego siebie z dystansem, jak kiedy opisuje powody decyzji o przeszczepie włosów. Z książki wyłania się obraz Rooney’a – zwykłego chłopaka z sąsiedztwa, wrzuconego w świat wielkiego futbolu, szczęśliwego, że jego pasja stała się jego zawodem, który jednak pobiera bolesne lekcje jak radzić sobie z wielką fortuną i popularnością…

UWAGA: KONKURS!
Myślę, że to czasem śmieszna, czasem smutna pozycja dla każdego pasjonata Premier League, nie tylko kibica MU. I z tej okazji ogłaszam konkurs. Dla Wszystkich, nie tylko kibiców MU. Napiszcie w komentarzach parę słów, byle składnych i ciekawych (oceniam i treść i formę) zaczynając od „Nigdy nie zapomnę jak Wayne Rooney…”, albo „Nigdy nie zapomnę/wybaczę Wayne Rooney’owi…” ewentualnie „Do dziś pamiętam jak Wayne Rooney…”. Autorzy trzech najciekawszych nagrodzę książkami z autografem tłumacza;) oraz najnowszy numer Magazynu Mecz ze Skarbem Kibica Ligi Angielskiej… Piszcie i powodzenia!

Magazyn Mecz

Toksyczne transfery (i konkurs na dzień dobry)

Witam serdecznie! To mój pierwszy wpis na Onecie. Ale nie pierwszy w ogóle. Bloguję od 2007 roku – tylko dotąd w innym miejscu – a teraz wraz z całą dotychczasową tfurczością przeniosłem się tutaj. Decyzja o założeniu bloga była jedną z najlepszych jakie podjąłem w swej 19-letniej pracy dziennikarza sportowego, ponieważ pomijając przyjemność blogowania samą w sobie, poznałem w blogosferze mnóstwo fajnych, wartościowych ludzi, pasjonatów futbolu jak ja, z którymi spieraliśmy się o wyższość Leo Messiego nad Cristiano Ronaldo, Realu nad Barcą, Premier League nad La Liga, Polskiej Myśli Szkoleniowej nad zagraniczną etc. Z kilkoma się nawet zakumplowałem, paru poleciłem tu czy tam. Jestem pewien, że podobną satysfakcję da mi blogowanie tutaj.

Na dobry początek postanowiłem namówić was na moją ulubioną blogową zabawę, czyli mini-konkursik z nagrodą…

Otóż dawno (albo wręcz nigdy) nie byliśmy świadkami tylu toksycznych transferów w europejskich klubach. O co mi chodzi? Dawno (albo wręcz nigdy) aż tylu świetnych piłkarzy nie walczyło ze swymi klubami o zgodę na transfer, czy to poprzez ostre wywiady, działania agentów czy nawet strajk. W ostatnich latach Luka Modrić czy Robinho, ale chyba nigdy aż tylu naraz. Robert Lewandowski oskarżył władze Borussii Dortmund o złamanie obietnicy i odmówienie mu zgody na transfer po zakończeniu sezonu. Do klubu największego rywala. Za chwilę zarzuty Polaka niemal słowo w słowo powtórzył Luis Suarez, któremu Liverpoolu nie chce dać odejść do Arsenalu. Może nie jest to największy rywal The Reds (jak Manchester United czy Everton), ale zawsze klub z tej samej ligi. Let mi go! As you promised! – zaapelował Urugwajczyk na łamach „Guardiana”, który chce grać w Lidze Mistrzów. LFC nie chce słyszeć o 40 mln + 1 funta. Trener Brendan Rodgers, podobnie jak prezes Borussii odpowiada: Niczego nie obiecywaliśmy.

Suarez nie pojechał z Liverpoolem do Norwegii na towarzyski mecz z Valerengą Oslo. W Manchesterze United Davida Moyes’a nie chce grać Wayne Rooney, który w czwartek został przeniesiony do rezerw. Anglik chciałby zgody na transfer do Chelsea. Nie chce współpracować ani ze swoim dawnym szefem z Evertonu, z którym łączy go szorstka przyjaźń, ani starym bossem z MU, zarzucając sir Aleksowi, że ten ujawnił jego prośbę o transfer. Najbardziej ciąży mu zapewne dominująca rola w ataku Robina van Persie, na której zmianę raczej się nie zanosi.

Tottenham wciąż śrubuje cenę za Garetha Bale’a, która sięga co raz bardziej absurdalnego poziomu. 120 mln funtów? Już nawet sami zawodnicy Realu Madryt, Iker Casillas, Sergio Ramos i Fabio Coentrao przyznali publicznie, że tyle pieniędzy za piłkarza byłoby szaleństwem i już lepiej zainwestować je w zatrzymanie Cristiano Ronaldo. Portugalczyk kosztował co prawda 94 mln euro, ale suma ta zwróciła się jeszcze w tym samym roku i to tylko ze sprzedaży koszulek w Azji Południowej. Potencjał marketingowy Bale’a nie jest aż tak wielki, choć możliwe, że pod względem piłkarskim pozwoliłby Realowi wspiąć się na jeszcze wyższy poziom. No i prezydent Florentino Perez miałby gotową odpowiedź na duet Messi-Neymar. Ale czy warto za to aż tak przepłacić? Bale to kolejny piłkarz, który zatrzymywany siłą przed odejściem do wymarzonego klubu stara się to wymusić prośbą (prosił tata) i siłą (odmowa treningów i gry w sparingu z AS Monaco). Przed rokiem w podobnych okolicznościach transfer do Realu wymusił Modrić, Królewscy zapłacili wówczas za niego 30 mln funtów, zdaniem właściciela Kogutów za mało, co być może tłumaczy jego nieprzejednanie i śrubowanie ceny w przypadku Bale’a.

No dobrze, to teraz konkurs: napiszcie w komentarzach:

- o waszym zdaniem najgłupszym transferze, najbardziej niepotrzebnym, najbardziej przepłaconym. Z uzasadnieniem i konsekwencjami jakie przyniósł.
albo
- o waszym zdaniem najsłynniejszym transferze, do którego nigdy nie doszło. Z uzasadnieniem i konsekwencjami jakie by przyniósł.

Uwaga: w konkursie liczy się także forma odpowiedzi. Im ciekawiej, im lepiej napisana opowieść, tym lepiej.

Do wygrania oryginalna bluza od dresu adidasa, którą bardzo chciałby zakładać (choć nie w tym upale oczywiście) Robert Lewandowski;)

Tylko ze złotymi paskami, jak na najlepszą drużynę Europy ubiegłego sezonu przystało;) Kto ma ochotę, to do dzieła! Czekam na notki do 20.30 do pierwszego gwizdka nowego sezonu Bundesligi, czyli meczu Bayernu z M’Gladbach…