Czy to ważne kto będzie kapitanem Biało-czerwonych?

Zaczęło się pierwsze zgrupowanie reprezentacji Adama Nawałki. Lada moment dowiemy się, kto będzie kapitanem w jego drużynie, którą przechwycił w żelazne ręce z rozchwianych dłoni Waldemara Fornalika. Jedno jest pewne: to nie szatnia ale właśnie selekcjoner dokona wyboru, komu przypadnie opaska. Czy zachowa ją Kuba Błaszczykowski, który jako kapitan powiódł „biało-czerwonych” do dwóch spektakularnych klęsk – tej na Euro 2012 i te w eliminacjach do mundialu w Brazylii? Oczywiście nikt przytomny nie obwinia tylko Kuby za te niepowodzenia. Niesprawiedliwe też byłoby zapamiętać go wyłącznie z powodu niefortunnej „afery biletowej”. Czy jednak w każdym meczu był na boisku, na odprawie i w szatni w przerwie prawdziwym liderem drużyny, potrafiącym porwać kolegów do boju w trudnych chwilach, których jak pamiętamy nie brakowało?

Zanim odpowiem na to pytanie, warto się zastanowić czy tego właśnie oczekujemy dziś od kapitana drużyny narodowej. Są tacy, którzy takich wymagań nie mają. Np Tomasz Łapiński, przed laty znakomity zawodnik, dziś komentujący piłkarską rzeczywistość, którego opinie niezwykle cenię, zna szatnię i obyczaje w drużynie niepomiernie lepiej ode mnie. Tomek napisał na swoim blogu, że wiara, iż kapitan może cokolwiek zmienić na boisku to mrzonki i mity. Główną funkcją kapitana jest dziś przekazywanie zdania drużyny trenerowi i na odwrót. „Kapitan jest tylko przekaźnikiem, tubą za pomocą, której drużyna porozumiewa się z trenerem”(…) Czy w drużynie, w której gra dwudziestu dorosłych facetów pewnych siebie i większość to gwiazdy grające w ligach zagranicznych, zdanie jednego gościa może przekonać innych do czegoś? Śmiem wątpić w siłę perswazji choćby nie wiem jak charyzmatycznego kapitana, dużo większą rolę będzie odgrywała wtedy chęć podporządkowania się innych celom drużyny, to jest klucz – pisze Łapiński.
I pyta: „Jak ma kapitan wstrząsnąć zespołem albo podnieść na duchu w czasie meczu? Powinien biegać od jednego do drugiego piłkarza i opieprzać albo głaskać po plecach i pocieszać? I w międzyczasie jeszcze grać w piłkę! Jedyny sposób to przykład odporności psychicznej i dobra gra. Ale wtedy to kapitan powinien być wybierany w trakcie meczu i co mecz inny.”

Wg Tomka jedynym plusem tej funkcji jest, że kapitan zawsze wyciąga pierwszy dłoń do gratulacji (u nas akurat to niezwykle rzadkie chwile) i ma zdjęcie z sędziami, proporczykiem i kapitanem przeciwnika.

Czy jednak mrzonką jest tęsknić za charyzmatycznym kapitanem, prawą ręką trenera na boisku, kierującym zespołem, umiejącym podnieć go na duchu w krytycznych chwilach albo wstrząsnąć w szatni? Zwłaszcza, że jeszcze niedawno, w czasach Jerzego Engela nasza kadra takich liderów miała. Tomasz Wałdoch, Tomasz Hajto czy Jacek Bąk tylko czymś więcej niż tylko przekaźnikami”. Podobnie jak inni kapitanowie, których szczególnie zapamiętałem z ostatnich lat, Didier Deschampes, Carlos Dunga, Fabio Cannavaro, Patrick Vieira, Javier Zanetti czy Roy Keane, który potrafił zrobić kolegom straszniejszą „suszarkę” niż Alex Ferguson, jeśli nie dawali z siebie wszystkiego na boisku. A z wciąż grających Francesco Totti czy Steven Gerrard, obok których grając nie można się opieprzać, którzy w decydujących momentach nie raz porywali za sobą kolegów, odwracając losy meczu.

Dlatego ja, biorąc poprawkę na materiał ludzki jakim dysponuje Nawałka, w ramach nowego otwarcia poszukałbym nowego ramienia dla kapitańskiej opaski w naszej reprezentacji. Charyzmatycznym kandydatem jest oczywiście Artur Boruc, jak mimo że bramkarze doskonale potrafią spisywać się w tej roli, co pokazuje przykład Gianluigiego Buffona czy Ikera Casillasa, postawiłbym na zawodnika z pola. Także dlatego, że opaska dla Boruca przesądziłaby status bramkarza nr 1 w kadrze, a przecież w wielkiej formie jest i Wojtek Szczęsny, bramkarz lidera Premier League.

Może i niegłupim pomysłem byłoby zrobienie kapitanem Grzegorza Krychowiaka, który ma w sobie spory potencjał w tej kwestii, ale z racji wieku i stażu w drużynie do jego kandydatury warto chyba będzie wrócić dopiero w kolejnych eliminacjach. Ja zaufałbym -o czym już tu pisałem – Robertowi Lewandowskiemu, bezsprzecznie najlepszemu polskiemu zawodnikowi ostatniej dekady, a może i dwóch. To prawda, że grą w reprezentacji nie zasłużyłby kandydowanie do Złotej Piłki. Ale może dołożenie odpowiedzialności do niezwykłego talentu i umiejętności stworzy miks, dzięki któremu Lewy stanie się w kadrze tym samym napastnikiem, który seryjnie zdobywa hat-tricki w Bundeslidze, a w Lidze Mistrzów nawet po cztery bramki w meczu. Znana jest jego „szorstka, męska przyjaźń” z Błaszczykowskim, kolegą z Borussii. Być może odwrócenie ról obu wyszło na dobre? Zanim zostanę zakrzyczany, że pomysł jest beznadziejny, a Lewy nie zasługuje na taki zaszczyt, chciałbym dać mu szansę i sprawdzić. Najlepszy polski zawodnik od czasów Zbigniewa Bońka zasługuje na to.

Nawałka powinien dać opaskę kapitana Lewandowskiemu!

Stało się. Adam Nawałka został nowy selekcjonerem reprezentacji Polski. Szkoda, że nie sięgnęliśmy – tak jak apelowałem tu wcześniej – po najlepszego fachowca jaki jest dostępny na rynku, z tak wysokiej półki jak to możliwe, na jaką byłoby nas stać. Czyli selekcjonera-cudzoziemca. Ostrzegając, że każdy polski trener będzie „Fornalikiem-bis” miałem na myśli, że powtórzymy eksperyment jaki narzucił nam Antoni Piechniczek, namaszczając Waldemara Fornalika, trenera w miarę sprawdzonego w Ekstraklasie, z sukcesami w prowadzeniu przeciętnej drużyny bez gwiazd, natomiast bez doświadczenia w meczach pod wielką, międzynarodową presją, z piłkarzami klasy światowej, pracujących na co dzień w innej futbolowej rzeczywistości, wiedzącego co to selekcja. W tym sensie Nawałka jest takim kolejnym eksperymentem – namaszczony przez Zbigniewa Bońka, który zrezygnował z otwartego konkursu, wysłuchania innych trenerów jaki mieliby pomysł na reprezentację, śpieszącego się, by okres bezkrólewia trwał jak najkrócej, choć przecież meczem o punkty w eliminacjach Euro 2016 dopiero za rok.

Oczywiście Nawałka nie jest klonem Fornalika (mój wideo-komentarz tutaj). Inny charakter, charyzma, podejście do zawodników, egzekwujący dyscyplinę żelazną ręką, stawiający piłkarzom wysokie wymagania, ale i samu siebie. Szanowany nawet przez tych, którzy go nie cierpią. Te cechy na pewno przydadzą się w kadrze, ponieważ bardzo ich brakowało. Czy wszystko załatwią – wątpię. Nadzieję widzę też w tym, że Nawałka ma o wiele bogatsze doświadczenia jako piłkarza. Był wybitnym reprezentantem Polski, który wchodząc do kadry Jacka Gmocha przed mundialem w 1978 roku, odbierał miejsce w składzie wielkim mistrzom Kazimierza Górskiego, ci jednak zaakceptowali go, z szacunku za pracę jaką wykonywał na boisku. Dziś Gmoch przekonuje mnie, że Nawałka ma wszystkie cechy dobrego trenera. „Górnik to klub o ograniczonych możliwościach, ale Adam wykorzystuje je do perfekcji. On zna języki, kształci się, podpatruje najlepszych w tym fachu takich jak Mourinho, Benitez, czy Ancelotti. Może być naszym Juergenem Kloppem. Jestem pewien, że to najlepszy selekcjoner, na jakiego nas stać” – mówi.

Bardzo potrzebujemy teraz „naszego Juergena Kloppa”. Pomijam kwestie warsztatowe, bo te jeśli chodzi o Nawałkę wciąż są dla mnie zagadką. Ale musi przebić się do tej grupy dobrych, na europejskim poziomie zawodników, z gwiazdą światowego formatu, czyli Robertem Lewandowskim. Musi znaleźć pomysł, żeby o wiele większym stopniu od poprzednika wykorzystać ich potencjał w reprezentacji. Oczywiście szacunku u nich nie zdobędzie samym tylko wrzaskiem z ławki, ale wrzaskiem niosącym sensowne zmiany, pozwalające odwrócić niekorzystny wynik. Podobnie w szatni. Nie wystarczy złapać ją żelazną dłonią za gardło. Oprócz zmotywowania zawodnicy potrzebują jeszcze klarownego planu, taktyki, ustawienia, które pozwolą im pokonać lepszych i nie rozczarować z równymi sobie. Nawałka, współpracujący przez jakiś czas przy naszej kadrze z Leo Beenhakkerem przynajmniej na wstępie ma reprezentacji większe pojęcie niż Fornalik.

Ponieważ selekcjonerem nie został mój wymarzony (acz pewnie i nie realistyczny) Marcelo Bielsa ani żaden inny fachowiec z doświadczeniem w którejś pięciu czołowych pięciu lig w Europie czy reprezentacji, teraz pozostaje mi dla wspólnego dobra trzymać kciuki za Nawałkę. Na jego miejscu nowe otwarcie zacząłbym od zmiany kapitana. Nie jako wotum nieufności dla Kuby Błaszczykowskiego. Ale skoro mamy w kadrze jednego z najlepszych napastników świata, piłkarza, który w barwach Borussii Dortmund przemienia się w gracza z tej samej półki co Robin van Persie, Wayne Rooney, Radamel Falcao czy Fernando Torres (ręka mi drży by napisać, że i Leo Messi czy Cristiano Ronaldo, choć upokorzył drużynę tego ostatniego wbijając jej cztery gole). Może warto powierzyć mu opaskę i zarazem większą odpowiedzialność za drużynę. Van Persie – choć wielu wątpiło, znając jego charakter – stał się liderem Arsenalu i z opaską na ręku zanotował najlepszy sezon w karierze (choć nie dla Arsenalu akurat). Z kolei opaska nie wiele pomogła Messiemu na mundialu w RPA, ale wówczas na ławce trenerskiej siedział szalony Diego Maradona. Jedno jest pewne: kadra boleśnie potrzebuje lidera. Na ławce trenerskiej, ale także w szatni i na boisku. Kto ma nim być, jeśli nie najlepszy z nich?

Zibi, plizz! Nie chcemy Fornalika Bis!

Reprezentacja Polski przerżnęła eliminacje do kolejnego mundialu z rzędu, potrafiąc wygrać w grupie tylko z San Marino i Mołdawią (ale z tą ostatnią tylko raz). Waldemar Fornalik odchodzi z funkcji jako najgorszy selekcjoner w XXI wieku, a i w całej historii polskiej piłki równie niski procent zwycięstw (33%) zanotował tylko Henryk Apostel. Zanim prezes PZPN wybierze mu następcę, warto przemyśleć kto powinien nim zostać, żeby nie wyśrubował nam tego niechlubnego rekordu. Kogo szukamy? Odłożyłbym na bok kwestię Polak czy cudzoziemiec, a skupił na cechach, które pozwoliłyby selekcjonerowi wydobyć znacznie więcej z tej grupy najbardziej uzdolnionych piłkarzy z jaką miał do czynienia którykolwiek z poprzedników Fornalika od czasu Antoniego Piechniczka.

Szukajmy fachowca. O uznanym w świecie warsztacie. Kogoś sprawdzonego w bojach o wielką stawkę, pod wielką presją, który przez jakiś czas prowadził drużynę w którejś z czołowych lig Europy – angielskiej, hiszpańskiej, niemieckiej, włoskiej czy choćby holenderskiej lub francuskiej. A najlepiej i w Lidze Mistrzów. O wielkiej charyzmie i znanym, dobrym podejściu do piłkarzy. Mającego już do czynienia w szatni z gwiazdami, ich ego, fochami, marzeniami, aspiracjami. Dla których dzięki swoim dotychczasowym osiągnięciom i warsztatowi byłby autorytetem. Dla kogoś, kto na co dzień słucha poleceń Juergena Kloppa, Arsene Wengera czy nawet Mauricio Pochettino lub Michela Preud’homme’a kimś takim nigdy nie będzie trener Ekstraklasy.
Szukajmy taktyka, umiejącego reagować z ławki na wydarzenia na boisku. Który znajdzie wreszcie ów „kamień filozoficzny” sprawiający, że Robert Lewandowski będzie w kadrze równie skuteczny jak w Borussii Dortmund. Dzięki któremu stracimy poczucie, że strzelec czterech goli Realowi Madryt i kandydat do „złotej piłki” nigdy nie zagrał w reprezentacji, a ten ktoś podobny do niego z wyglądu został wygwizdany przez własnych kibiców.

Ktoś kto sukcesu osiągnął może nie w ostatnim sezonie, bo wówczas byłby poza naszym zasięgiem. Ale w niedalekiej przeszłości, i co ważniejsze wciąż jest ich głodny. Kto nie przyjedzie do Polski pouczać i odcinać kupony od dawnej sławy jak schyłkowy Leo Beenhakker czy rozsyłający CV gdy tylko gdzielowiek pojawi się wakat Sven Goran Eriksson, Lothar Matthaeus czy Javier Clemente. Ktoś jak Beenhakker z pierwszego okresu pracy, z entuzjazmem wpajający polskim piłkarzom, że talentem w niczym nie ustępują kolegom z wielkich klubów i uznanych reprezentacji.
Szukajmy wreszcie kogoś, kogo nie obarczymy „budową drużyny na przyszłość”, ale na tu i teraz, na każdy kolejny mecz i eliminacje. Sprawami przyszłości niech zajmie się PZPN.

Żaden z polskich trenerów tych cech nie posiada. Pozostający w kręgu zainteresowania Bońka Adam Nawałka, Dariusz Wdowczyk (kandydat najbardziej kontrowersyjny z uwagi na korupcyjną przeszłość), Maciej Skorża czy (mimo mojej wielkiej sympatii) Jan Urban nie mają ani odpowiedniego warsztatu, ani zmysłu taktycznego, ani zasług trenerskich, predestynujących do sprawowania najważniejszej funkcji w kraju. Tyle, że paru z nich mogłoby spróbować chwycić szatnię za gardło, ale to zbyt mała zmiana.
Każdy z nich były zaledwie „Fornalikiem Bis”, tym sprzed debiutu, uczącym się dopiero selekcji, jakże odmiennej od pracy z piłkarzy na co dzień w klubie. Boję się, że nim się ogarną będzie właśnie po eliminacjach do Euro 2016.
Boniek ma rację zastrzegając, że selekcjoner z zagranicy nie gwarantuje nam awansu. Nikt nie był by stanie dać nam gwarancji, nawet Jose Mourinho z asystentem Pepem Guardiolą. Ale polski trener gwarantuje za to, że o kolejnym turnieju będziemy mogli zapomnieć zanim zaczną się eliminacje.

Mierzmy wysoko!;)

Po Wembley: skoro selekcjonerem musi być Polak, to zostawmy Fornalika

Reprezentacja Polski w przyzwoitym stylu pożegnała się z eliminacjami do mistrzostw świata. Kompromitacji na Wembley nie było, czego można się było obawiać, skoro naprzeciw siebie stanęły drużyny, z których jedna grała o awans na mundial w Brazylii, a druga o umowny „honor”. Porównując z ostatnim meczem eliminacji do mundialu w RPA, kiedy to w Mariborze lekcji futbolu udzielili nam Słoweńcy, a trener Leo Beenhakker został zwolniony „w drodze z szatni do autobusu”, o czym zresztą dowiedział się od dziennikarzy, to było to nawet całkiem miłe pożegnanie. Polacy stworzyli niezłe widowisko w wypełnionej po brzegi „świątyni futbolu”, dopingowani przez 20 tysięcy rodaków, dzięki którym chwilami rzeczywiście „grali u siebie” (także ze względu na „polskie” race).

Niestety zagraliśmy dokładnie tak samo jak w większości kluczowych spotkań przerżniętych eliminacji czy Euro 2012 – dobrze tylko momentami, krótkimi zrywami, kilkoma pojedynczymi kontrami (wreszcie), ale bez zasadniczego pomysłu na zwycięstwo, bez składnych, przepracowanych na treningach akcji i schematów. Znów było blisko, bliziuteńko. W 22. minucie wydawało się, że Mierzejewski, Błaszczykowski i Lewandowski skopiują bramkową akcję Laty i Domarskiego sprzed 40 lat, gdy pierwszy podawał, drugi przepuścił piłkę, a trzeci wdarł się z nią w pole karne. Niestety znów skończyło się kręceniem z niedowierzaniem głową. Znów w większości spotkań po niezłych 30 minutach naszym zabrakło sił, a w defensywie mnożyły się błędy. Co rusz ktoś kogoś nie dopilnował, pozwolił uciec, ratowały nas interwencje Wojtka Szczęsnego (dla mnie Piłkarz Meczu, na niego głosowałbym w audiotele) niedokładność rywali czy szczęście, gdy poślizgnął się Wellbeck, a Townsend trafił w poprzeczkę.

Waldemar Fornalik zarzucał mediom w swoich ostatnich wywiadach, że w przegranych czy zremisowanych meczach nie chciały dostrzegać pozytywów. Na upartego można było się kilku dopatrzeć. Przede wszystkim, że w meczu o „honor” i „przywrócenie uśmiechu na twarze kibiców” nasi zagrali tak ambitnie i z taką determinacją, czego zabrakło np. z Ukrainą w Warszawie. Robert Lewandowski wreszcie częściej strzelał niż podawał, choć znów niestety nie tak celnie jak w Borussii Dortmund. Ale tylko w pierwszej połowie, w drugiej znów głównie przepychał się z rywalami i cofał głęboko po piłkę, żeby rozgrywać. Boczni obrońcy w pierwszym kwadransie włączali się do ataku niż w całym meczu z Ukrainą, ale potem im przeszło, gdy zamęczyli ich niezmordowani rywale. Tylko co z tego skoro skończyło się tradycyjnym laniem.

Rację ma Fornalik mówiąc, że to drużyna z przyszłością, jest progres, doszło wielu młodych obiecujących piłkarzy. Problem w tym, że selekcjoner nie potrafił z tego potencjału należycie skorzystać. I podobnie nie będzie umiał każdy jego polski następca, Adam Nawałka, Dariusz Wdowczyk czy Maciej Skorża. Po objęciu kadry od zera będą zbierać doświadczenie w pracy selekcjonera, próbować zdobywać szatnię, w której są piłkarze przyzwyczajeni do pracy z fachowcami z najwyższej półki (jak Juergen Klopp czy Arsene Wenger), uczyć się gry pod presją, pod jaką nigdy dotąd nie byli w klubach. Uczyć się selekcji, a nie trenowania, czyli pracy z grupą piłkarzy na codzień. A kiedy się ockną, poduczą, ogarną i stwierdzą, że drużyna zaczyna robić progres, będzie właśnie po eliminacjach Euro 2016. Dlatego jeśli Zbigniew Boniek uprze się, żeby nie zatrudniać cudzoziemca (a chodzi nam o doświadczonego na międzynarodowej arenie fachowca-taktyka z charyzmą, a nie szukającego spokojnej emerytury czy chcącego odcinać kupony od dawnej sławy) to lepiej już zostawić Fornalika na stanowisku niż zmieniać na innego Polaka, bo każdy z nich będzie Fornalikiem Bis.

Kto za Fornalika? Tylko cudzoziemiec! A najlepiej Bielsa:)

… i oto przerżnęliśmy kolejne eliminacje do mundialu. Marne pocieszenie, że kończymy je w lepszym stylu niż te przed czterema laty. Wówczas skompromitowaliśmy się w Mariborze przegrywając ze Słowenią 0:3, a trener Leo Beenhakker, który o swojej dymisji dowiedział się od dziennikarzy, zostawiał wypaloną drużynę i nie wiele nadziei, że będzie lepiej. Dziś choć w eliminacjach do mundialu w Brazylii zdołaliśmy pokonać tylko San Marino i raz Mołdawię, Waldemar Fornalik tylko niewiele przesadzi, powtarzając po Franciszku Smudzie, że „zostawia następcy gotową drużynę”. Właśnie przez brak drużyny nie wygraliśmy kluczowych meczów u siebie z Anglią, Ukrainą i Czarnogórą. Następca dostanie jednak do dyspozycji grupę najlepszych, najzdolniejszych i grających w najlepszych klubach piłkarzy ze wszystkich swoich poprzedników w XXI wieku.

To samo mówiliśmy przed rozpoczęciem Euro 2012, a przecież od tego czasu trójka z Borussii Dortmund zagrała w finale Ligi Mistrzów, Robert Lewandowski wbił cztery gole Realowi Madryt i jest jednym z kandydatów do Złotej Piłki, Artur Boruc najlepszym bramkarzem Premier League patrząc na statystyki od początku sezonu, a przecież Wojtek Szczęsny gra w drużynie lidera, z większym lub mniejszym szczęściem w swoich klubach błyszczą Piotr Zieliński, Kamil Glik, kapitan Torino, Waldemar Sobota, Bartek Pawłowski czy Mateusz Klich. Nawet z problemami w defensywie, a zwłaszcza z feralną lewą stroną (gdzie jak jeden się nie poślizgnie i przewróci, to drugi pozwoli ograć nawet Mołdawiańcom i Sanmarińcom, a trzeci nie sięgnie piłki w kluczowym momencie eliminacji). Uważam, że trener z lepszym warsztatem, a zwłaszcza wiedzą taktyczną, większym doświadczeniem w futbolu międzynarodowym (Lidze Mistrzów czy reprezentacyjnym) i większą charyzmą zdołałby wycisnąć z tej grupy piłkarzy znacznie, znacznie więcej. Podobnie jak wczesny Beenhakker w eliminacjach do Euro 2008, choć potencjał tamtych piłkarzy był znacznie mniejszy.

Nie widzę kandydata obdarzonego tymi cechami wśród polskich trenerów. Jan Urban, Adam Nawałka, Maciej Skorża, Dariusz Wdowczyk – te nazwiska najczęściej padają na dziennikarskiej giełdzie. Choć dla niektórych z nich mam spory szacunek, a wobec przynajmniej jednego czuję sporą sympatię, żadnemu nie życzę tej niewdzięcznej funkcji. Niech chcę ich w tej chwili rozbierać na czynniki pierwsze, rozliczać z sukcesów i wpadek, obawiam się jednak, że każdy skończy dokładnie tak jak Smuda czy Waldemar Fornalik, bo każdy z nich nie prezentuje osławionego internatonal level. Nie Polak – nie dlatego, że nie. Tylko dlatego, że nadzieję na wykrzesanie potencjału z naszych piłkarzy, znalezienia kamienia filozoficznego, czyli pomysłu by Lewy dawał kadrze tyle ile Borussii, podobnie jak Kuba i Piszczek, da wyłącznie doświadczony, charyzmatyczny, trener z zagranicy. Nie da gwarancji na sukces, czyli awans do euro 2016 z czwartego koszyka, ale każdy z Polaków gwarantuje, że się nie uda. Nie udało się najlepszemu polskiemu trenerowi ostatnich lat wyjść ze słabej grupy na Euro 2012, wrócił do słabej Ekstraklasy i z najsłabszą Wisłą od lat znów rozdaje karty (jako jedyny wciąż nie przegrał meczu). I w sumie na liście najlepszych polskich trenerów wciąż powinien być pierwszy, bo czym niby przewyższają go Urban, Nawałka, Skorża czy Wdowczyk? To nie przypadek, że przez 17 lat żaden polski klub nie przebił się do Ligi Mistrzów, choć udaje się to trenerem białoruski, słowackim, czeskim, węgierskim, fińskim i słoweńskim z ich klubikami. A jak tylko wyściubimy nos na europejskie salony, to po nim dostajemy od szóstej drużyny cypryjskiej jak ostatnio Legia.

Kto miałby być owym wymarzonym cudzoziemcem, owym nowym Beenhakkerem? Sprawa otwarta, szukajmy, pytajmy, namawiajmy. Czy lepszy byłby ktoś z Bałkanów, Serb, Chorwat, który zrozumie polską duszę, dokładając do niej taktykę i serce do walki czy jakiś twardy, świetnie zorganizowany Niemiec czy Holender? To sprawa otwarta. Oczywiście mam swego wymarzonego kandydata, choć nie mam pojęcia czy chciałby i czy stać nas na niego. To Marcelo Bielsa, trener wybitny, doświadczony (olimpijskie złoto z reprezentacją Argentyny i rewelacyjny występ z Chile na mundialu w RPA, mający za sobą gorycz porażki z Albiceleste na mundialu w 2002 roku). Przede wszystkim trener o unikalnej filozofii gry i podejściu do pracy, którymi zafascynował Pepa Guardiolę, stając się dla Katalończyka mentorem. Bielsistą jest też obecny trener Barcelony, Tata Martino. Trener o wielkiej charyzmie, wizji, świetnym podejściu do zawodników, umiejący narzucić piłkarzom taktyczną dyscyplinę. Stawiający na ofensywną grę, a przecież ofensywnych piłkarzy mamy wybitnych! Wręcz skoro nie mamy dobrych obrońców i każdy jest w stanie strzelić nam po trzy bramki, to chociaż my strzelajmy cztery;) No i jeśli zdecydowałby się objąć Polskę, to na pewno nie wyłącznie dla kasy (coś tam trzeba by mu jednak zapłacić) i na pewno nie po to, by odcinać kupony na emeryturze, czego obawia się prezes Zbigniew Boniek i tzw. Polska Myśl Szkoleniowa. Warto powalczyć o Bielsę. Może okaże się tym, kim przynajmniej w pierwszych latach pracy okazał się dla siatkarzy jego rodak Raul Lozano. Może szanse są minimalne, ale mierzmy wysoko, jak najwyżej. Potrzebny nam najlepszy selekcjoner na jakiego nas stać.

A Bielsa – bo przyda się tej naszej reprze odrobina (?) szaleństwa;)

Fornalik musi odejść! Ale jeszcze nie teraz

Jak nauczał Ryszard Ochódzki nie jest dobrze, gdy plusy przesłaniają nam minusy. W meczu z Czarnogórą na Stadionie Narodowym plusów było sporo. Robert Lewandowski po raz pierwszy od meczu otwarcia Euro 2012 znów był napastnikiem z Borussii Dortmund, i nawet jeśli swoją kontrowersyjną cieszynkę zaadresował do niewłaściwych kibiców (to nie oni gwizdali na niego w Gdańsku, dawno nie było tak dobrej atmosfery na trybunach jak w piątek) to sobie na nią zasłużył. Okazał się wręcz kimś lepszym niż w Bundeslidze, bo tam strzela gole, na które pracują jego koledzy,z Czarnogórą poradził sobie bez nich, z małą pomocą rywali. Kolejny świetny mecz w kadrze zagrali młodzi Piotr Zieliński i Mateusz Klich. Pierwszy sprawił, że nikt nie tęskni już za Ludo Obraniakiem, drugi świetnie uzupełnia się z Grzegorzem Krychowiakiem, harował i w defensywie i pomagał z przodu, grożąc bramce rywali. A nie było to pewne po udanym spotkaniu z Danią, tylko towarzyskim. Szkoda tylko, że sił starczyło im tylko na pierwszą połowę. Znów klasą dla siebie był Kuba Błaszczykowski. Dobrze, że trener Waldemar Fornalik nie bał się zagrać ofensywnie, nie wystawił dwóch, czy nawet trzech – jak poprzednik – defensywnych pomocników. Okej, to był jeden z lepszych meczów kadry od bardzo dawna. Długimi momentami przyjemnie było patrzeć.

Tylko co z tego?

Największym minusem, kładącym cień na wszystkich plusikach to wynik meczu przesądzający, że definitywnie straciliśmy szanse na mundial w Brazylii. To spotkanie trzeba było wygrać i można było wygrać. Patrząc na Czarnogórę bez swych największych gwiazd Vucinica, Jovetica, Savica (to jakby Polska jechała do Podgoricy bez Lewego, Kuby i Piszczka), ledwo odróżniałem ją od przeciętnej, siermiężnej Mołdawii. A jednak nie daliśmy rady. Jak możemy pchać się na mundial, skoro nie potrafiliśmy wygrać u siebie z żadnym z trzech głównych rywali: Anglią, Ukrainą i Czarnogórą. Dwa punkty w trzech meczach?

Za słaby jestem z matematyki by wyliczać jakie szanse mamy na drugie miejsce i udział w barażach. Jako humanista rachunku prawdopodobieństwa nie miałem w ogóle, ale rzut oka na kalendarz zakładający konieczność zwycięstwa z Anglią na Wembley już cztery dni po zwycięstwie w Charkowie z Ukrainą właściwie przesądza wszystko. Z taką defensywą jaką dysponujemy aż boję się pomyśleć co się tam wydarzy, skoro rywale będą walczyli nie tylko o punkty, ale i ilość goli, bo na końcu może ona przesądzić. Czego zresztą szukalibyśmy w barażach z potencjalnymi takimi rywalami jak Francja, Szwecja, Chorwacja czy nawet Rumunia, skoro ostatniego silnego rywala w meczu o punkty pokonaliśmy w epoce wczesnego Leo Beenhakkera? Czego zamierzamy dokonać tracąc bramki w taki sposób jak z Czarnogórą – po wyrzucie z autu – czy tak jak Mołdawią lub Danią? Z selekcjonerem, którego zmiany zamiast pomóc zaszkodzą drużynie i samym zawodnikom jak w przypadku Adriana Mierzejewskiego i Pawła Wszołka, który od niemal roku nie zagrał dobrego meczu? Już nie wiadomo co gorsze, smudowy brak zmian, czy zmiany nietrafione Fornalika? Dobrze, że kontuzji nie doznał Lewy, bo wszedłby Paweł Brożek, co byłoby ewenementem na skalę europejską, by piłkarz nie grający od trzech lat ratował mundialowe aspiracje 40-milionowego narodu.

Nie zwalam całej winy na Fornalika, choć można mieć wiele zastrzeżeń i do jego zdolności motywowania zawodników, taktyki nie umiejącej wydobyć z Lewandowskiego tego najlepsze i selekcji (zwłaszcza na mecz z Ukrainą, ale i w meczu z Czarnogórą można by się zastanawiać czy Artur Jędrzejczyk nie wypadłby lepiej na środku obrony, a na prawej np. Piotr Celeban, gdyby został wcześniej porządnie sprawdzony). Będę się upierał, że dobry trener z Zagranicy, jakiś Beenhakker-bis wycisnął by z tych piłkarzy o wiele więcej. A przynajmniej zdołał wygrać w tych eliminacjach nie tylko z Mołdawią (raz!) i dwa razy (oby!) z San Marino. Armenia potrafi wygrywać z Dania i Czechami

Mam nadzieję, że prezes Zbigniew Boniek już szuka i ma w notesie short-listę potencjalnych następców Fornalika. Może nawet z niektórymi rozmawiał. I że w eliminacjach do Euro 2016 Polskę poprowadzi ktoś dający większe nadzieje na awans z grupy, z trzeciego, lub niestety nawet czwartego koszyka. Kogoś kto zbuduje DRUŻYNĘ. Z solidnym, oczywistym kręgosłupem. Nie na przyszłość – to ulubione stwierdzenie Fornalika – tylko na tu i teraz, zwłaszcza skoro owa przyszłość nie obejmuje mistrzostw świata w Brazylii. Fornalik musi odejść. Tyle, że nie teraz, bo nie ma sensu działać w emocjach i rozpaczliwe szukać następcy, którego rzucimy na tak wzburzoną wodę jaka czeka Polaków w Charkowie i na Wembley. Ale już wkrótce!

Fornalik musi odejść?

- Dlaczego mam się podać do dymisji? Stawiam na młodych zawodników, wprowadzam ich do zespołu. o, co się dzieje, nie zniechęca mnie do pracy, tylko mobilizuje. To, że nie wygraliśmy, nie znaczy, że nie mieliśmy pomysłu. Brakło odrobiny umiejętności i zimnej głowy pod bramką rywala. Mamy mocarstwowe ambicje, stawiamy się na równi z Anglią czy Niemcami, a nimi nie jesteśmy. Nie wyszło nam Euro, musimy zmieniać drużynę i ja to robię - bronił się po klęsce z Mołdawią trener Waldemar Fornalik, pytany czy rozważą zakończenie misji, skoro nasze szanse awansu na mundial w Brazylii stały się matematyczno-iluzoryczne. Bo co to za szanse, skoro zakładają one konieczność wygrania w Kijowie z Ukrainą, która właśnie wygrała na wyjeździe 3:0 z Czarnogórą (paradoksalnie Polska remisując z Mołdawią odrobiła punkt straty do liderów – Czarnogórców) i z Anglią na Wembley. Na czym opierać wiarę w zwycięstwa skoro właśnie straciliśmy punkty z drużyną zajmującą 134. miejsce w rankingu FIFA, w której nie ma ani jednego rozpoznawalnego piłkarza (poza pamiętanym przez kibiców Cracovii Suworowem i od teraz Sidorenką, który będzie nam się śnił jak Łotysz Laizans)? Wygrana z taką drużyną to nie żadne mocarstwowe ambicje, ale zwykła konieczność, obowiązek każdego trenera.

Ma rację Fornalik i nie ma. To nie jego wina, że w dobrej pierwszej połowie jego piłkarze nie potrafili wykorzystać szans, które sobie stworzyli. Czy miał za Polańskiego dograć piłkę Lewandowskiemu zamiast strzelać? Czy miał za Rybusa przerzucić piłkę nad bramkarzem zamiast strzelać prosto w niego? Biało-czerwoni stworzyli wystarczająco dużo okazji by zabić mecz i schodzić na przerwę z prowadzeniem 3:0. Cóż więcej mógł zrobić trener? Lepiej zestawić obronę, która popełniała rażące błędy? Nie wystawić Komorowskiego? Wydawało się, że stawiając na pozostającego poza rytmem meczowym Salamona popełnia szaleństwo, tymczasem zawodnik Milanu okazał się jednym z najlepszych Polaków. Z drugiej strony to co stało się po przerwie obciąża trenera bardzo. W drugiej połowie na boisko wyszły dwie równorzędne drużyny. Składająca się z noname’ów Mołdawia w niczym nie odbiegała od reprezentacji Polski, w której grało dwóch uczestników finału Ligi Mistrzów, w tym napastnik z 10 gola w prestiżowych rozgrywkach i szansą na Złotą Piłkę (może nie jesteśmy potęgą na miarę Anglii, ale jej piłkarzy zabrakło już w półfinale). Po przerwie z boiska zniknęli i Lewandowski i Kuba. Wróciło stare, najgorsza niemoc Polaków z Lewym rozgrywającym i walczącym o piłkę zamiast wykańczającym podania. Pomysłu na grę nie było nawet krzty.

Jeszcze przed końcem meczu twitter rozgrzał się żądaniami dymisji Fornalika i marzeń na temat jego następcy, co raz bardziej szalonych. Jeden proponował, żeby zawrócić z emerytury Juppa Heynckesa, inny wskazywał, że szczęśliwie bez pracy jest Marcelo Bielsa. Spekulacje szybko przeciął najpierw Fornalik, deklarując, że do dymisji podawać się nie zamierza, a potem prezes PZPN, który zapewnił, że selekcjoner pozostanie na stanowisku aż do końca eliminacji, tym bardziej, że wciąż nie sa one przegrane.

Nie ma wątpliwości, że jeśli Fornalik rzeczywiście zostanie do końca eliminacji to ani dnia dłużej. Do walki o Euro 2016 we Francji musi nas poprowadzić silny, charyzmatyczny, trenerski autorytet z zagranicy, ktoś jak wczesny Leo Beenhakker z czasów meczów z Portugalią i Belgią, który olśnił naszych piłkarzy i wykrzesał z nich więcej niż im się wydawało, że mają. W przeciwnym razie nie ma co marzyć o awansie na mistrzostwa Europy najprawdopodobniej  z czwartego koszyka. I jestem pewien, że Boniek kogoś takiego znajdzie, kierując się dobrem reprezentacji i swoim własnym, bo jako prezes chciałby mieć na koncie i reprezentacyjny sukces. A już na pewno nie kolejną kompromitację, jaką byłby brak awansu do rozszerzonego do 24 drużyn turnieju.

Dlaczego więc czekać z dymisją aż do października? Czy to nie marnotrawstwo czasu, który nowy szkoleniowiec mógłby wykorzystać na poznanie piłkarzy i budowę drużyny? Zwłaszcza, że sezon właśnie się skończył, zapewne łatwiej teraz o namówienie trenera niż późną jesienią. Wówczas staniemy przed wyborem wśród kilku akurat dostępnych w tym momencie. Teraz jest sporo czasu na rozejrzenie się i właściwy wybór. Wbrew słowom selekcjonera o budowie nowej drużyny po Euro 2012 nie ma poczucia, że jest lepiej choćby o centymetr niż w meczu z Czechami, Grecją czy Rosją. Cały czas mamy tylko przebłyski i siły tylko na 30 minut dobrej gry. Co z tego, że trener nie waha się wprowadzać młodych zawodników, skoro przelatują oni przez kadrę jak meteory (Milik czy Wszołek) lub nie odgrywają w niej wielkiej roli (Zieliński i Bereszyński). Nie mam poczucia, że gra z meczu na mecz staje się lepsza, bardziej zgrana i rozumna. Wręcz przeciwnie. Czekam na twarde decyzje Bońka, zwłaszcza, że będzie miał przy nich mocne wsparcie kibiców, dziennikarzy i (co wynika z prywatnych rozmów) również samych piłkarzy, choć w ich przypadku najlepiej byłoby gdyby siedzieli cicho…


Wielka różnica między Fornalikiem i Smudą

 Fot. Kuba Atys/Agencja Gazeta

Przed meczem z Anglią remis wziąłbym w ciemno, po meczu czuje niedosyt. W ciemno, nie dlatego, żeby rywal był aż tak mocny. Wiedzieliśmy już po Euro 2012 i pierwszych meczach eliminacji mundialu w Brazylii, że Anglicy są słabi. Niewiara w możliwość pokonania ich wynikała z angielskiego kompleksu naszych piłkarzy, magii nazwisk Wayne Ronney’a, Steve Gerrarda czy Joe Harta, który niestety zaprezentowali w pierwszych minutach meczu wszyscy oprócz Kamila Grosickiego, który szarpał do przodu, zakładał kanał Ashleyowi Cole’owi - triumfatorowi Ligi Mistrzów i jednemu z najlepszych obrońców świata. Dobrze, że reszta też uwierzyła, że taka Anglia jest do pokonania i ruszyła do przodu, szkoda, że dała sobie wbić gola z niczego. W rewanżu na Wembley na tak słaba Anglie możemy już nie trafić, chyba, że trener Roy Hodgson nadal będzie w niej realizował te same pomysły, które tak bardzo nie wypaliły w Liverpoolu.

Nie był więc to zwycięski remis. Było remis u siebie, z drużyną, którą powinniśmy byli pokonać. Niemniej widzę po meczu kilka powodów do optymizmu. Mimo, że od objęcia kadry przez Waldemara Fornalika minęło tak mało czasu, widać, że kadra robi postępy, właściwie z meczu na mecz gra lepiej, choć oczywiście daleka jest od rzucenia świata (czy choćby nas, swoich kibiców) na kolana. Widać, że selekcjoner ma jakiś plan, a piłkarze w niego wierzą i – jak w przypadku zniwelowania atutów Anglików – są w stanie wprowadzić w grę. Za czasów Franciszka Smudy takiej sytuacji nie pamiętam. Pozytywnych różnic między drużyną poprzednika – których po meczu z Estonią nie widzieliśmy, chyba, że na gorsze – a obecną jest zresztą więcej. Chcę uwypuklić tu najważniejszą z nich, czyli otwarcie selekcjonera na piłkarzy.

Nie chodzi mi o to tylko, że u Fornalika gola na miarę remisu strzela niedoceniony i pominięty przez Smude Kamil Glik (nie mamy pewności, że wypadłby na Euro 2012 lepiej od Damiena Perquisa), czy że w środku pola świetnie spisuje się Grzegorz Krychowiak, który z Anglią zagrał lepiej od Gerrarda czy Michaela Carricka (dla mnie największe odkrycie obu meczów z RPA i Anglią, dobry w defensywie i kreatywny w ataku jeśli trzeba, który wdarł się do kadry i pewnie szybko miejsca nie odda, za to pewnie wkrótce zmieni klub na lepszy), czy że jednym z piłkarzy meczu okazał się Grosicki, również pomijany przez Smudę, a do tego upokorzony, pamiętacie: ‘chcieliście Grosickiego z Czechami i co takiego pokazał przez te 45 minut’. A co miał pokazać skoro nie dostał wsparcia podczas zgrupowania własnego trenera, selekcjoner nie wytłumaczył mu roli, nie natchnął go wiarą, nie próbował uczynić jockerem, nie dawał szansy w kluczowych momentach, gdy skamlała o to cała publika Stadionu Narodowego. W ogóle z nim nie gadał, aż do wpuszczenia bez instrukcji na wypominane 45 minut.

Smudy nie stawia jak Smuda na 11-14 jego wybrańców, wysyłając sygnał rezerwowym, że są tylko i wyłącznie zapchajdziurami, bo kadra musi liczyć 22 zawodników, sprawiając, że czuli się niepotrzebni, a w razie niespodziewanego wejścia – nieprzydatni. U Fornalika KAŻDY zawodnik dostający powołanie ma prawo mieć nadzieję, że jeśli potwierdzi formę na treningu, może wystąpić w spotkaniu. Toteż KAŻDY ma wreszcie o co walczyć. Gol Glika, a nie zafiksowanie się na duecie Marcin Wasilewski - Perquis, debiuty Grzegorza Pawła Wszołka (podobało mi się stwierdzenie Ola Kwiatkowskiego, że zachowywał się w meczu z Anglią jak uczeń pierwszego dnia w szkole, ale wierzę, że jeszcze będzie wymiatał w kadrze) i Arkadiusza Milika, gra Krychowiaka to sygnał, że liczy się w jakiej jestes formie, a nie jak masz na nazwisko. I nie ważne ile masz lat, jeśli jesteś wystarczająco dobry – zagrasz! Rozmawiałem o tym z byłym reprezentantem Polski, Radkiem Gilewiczem, który podkreśla, że to wielka zmiana na plus i z własnego doświadczenia wspomina, że brak wsparcia ze strony trenera i znajomości własnej roli podcina skrzydła, za to świadomość, że wygrywa zwycięzca w sportowej rywalizacji – uskrzydla.

To powoduje też, że w drużynie panuje prawdziwy team spirit, co widać było gdy przybijali sobie piątki po meczu na Narodowym, ronbiąc runde dla kibiców i słuchając co mają do powiedzenia w mix zonie. Ta zmiana cieszy mnie bardziej niż gol strzelony ze stałego fragmentu (zwłaszcza, że jeśli nie padną kolejne nie uwierzę, że to nie przypadek) i w niej upatruję nadzieję na udane eliminacje. Nie, że zaraz będzie tak dobrze, że podbijemy świat na mundialu w Brazylii, ale że przynajmniej będzie normalnie i wykorzystując słabość naszych rywali, uda nam się awansować.

Lewy nie powołuje do kadry

Robert Lewandowski oznajmił w wywiadzie, że w październikowym meczu eliminacji MŚ z Anglią chętnie zagrałby u boku Sławomira Peszkę, który – jak wiemy – nie wrócił do kadry od zawieszenia przez Franciszka Smudę za alkoholowy incydent w kolońskiej taksówce. Wielu internautów – w tym moi znajomi z Twittera – oburzyło się, że napastnik Borussii ‚wchodzi w rolę trenera Fornalika’ i za chwilę ‚sam zacznie wysyłać powołania’, inni jak mój redakcyjny kolega Rafał Stec zareagowali ironią.

 

Ja sam nie czepiałbym się Lewego. Po pierwsze nie wysyła powołań. Dziennikarz Faktu spytał czy Peszko przydałby się kadrze, więc taktownie odparł, że owszem. Miał odpowiedzieć no comments? Nie postawił żadnego ultimatum Fornalikowi, że jeśli znów pominie Peszkę to niech uważa, bo… Nie sięgnął po użytą przez Artura Boruca za czasów dylematów Beenhakkera co do obsady bramki, frazy nie wyobrażam sobie, co będzie jeśli przydałby się kadrze, ale nie wydaje żadnych poleceń Fornalikowi. Po prostu przypomniał, że wLechu i reprezentacji wiele razy zdobywałem bramki po jego podaniach. Uważam, że przydałby się kadrze i mam nadzieję, że zostanie powołany na mecz z Anglią. Peszko jest na tyle dobrym zawodnikiem, że pomógłby drużynie w meczach o punkty. Gdybym ja czuł się liderem drużyny, strzelał tak ważne gole jak ten w Lidze Mistrzów Ajaksowi i martwił kiepską grą z Mołdawią w perspektywie kluczowego meczu z Anglikami, być może tak samo bym to ujął. Mnie w sumie cieszy, że tak kadra nieszczęsna ma liderów, piłkarzy, którzy chcą za nią brać odpowiedzialność. Nie milczą w ważnych dla drużyny kwestiach. Oczywiście najlepszym miejscem na dyscyplinowanie Ludo Obraniaka, który stracił głowę jest szatnia, a przekonywać trenera co do jednego z piłkarzy lepiej w jego gabinecie (a że Fornalik jeszcze chyba nie posiada takowego, to przez telefon komórkowy), ale przynajmniej widzę, że komuś w tej kadrze zależy.

Druga rzecz, to słuszność słów Lewego. Jeszcze przed meczami z Czarnogórą i Mołdawią pisałem, że Peszce należy się odwieszenie banicji, nałożonej przecież chyba nie dożywotnio, skoro wracają z niej skorumpowani piłkarze i trenerzy. On naprawdę przydałby się tej drużynie i gra Lewandowskiego w ataku rzeczywiście mogłaby być skuteczna. Peszko jest szybki, waleczny, zadziorny (czasami aż za bardzo) w Wolverhampton gra co mecz i zanotował już cztery asysty. Daj Boże, żeby z Anglią miał takie trzy setki jak w pamiętnym meczu z Niemcami w Gdańsku. W dodatku czuje potrzebę rehabilitacji i deklaruje, że jeśli dostanie powołanie, na zgrupowanie kadry gotów jest przybyć piechotą (może i lepiej niż taksówką). Warto sięgnąć po Peszkę także dlatego, że jak przypomina Robert Błoński w poniższej rozmowie, kontuzję leczy Maciej Rybus, Kamil Grosicki nie siada ostatnio w Sivasporze nawet na ławce rezerwowycyh, a UEFA wciąż jeszcze nie wydała werdyktu w sprawie Obraniaka, więc nie wiadomo czy mógłby zagrać z Anglią na lewej stronie.

Dobrze, że asystent Fornalika, Marek Wleciałowski leci w ten weekend na Wyspy obejrzeć Peszkę na żywo w Wolves. Zapewne został wysłany jeszcze przed wywiadem Lewandowskiego, więc jeśli Sławek dostanie upragnione powołanie, nie piszcie, że załatwił mu je dawny kumpel z Lecha;)

Dylematy Fornalika: system, kapitan, bramkarz

Byłem przeciwny wyborowi Waldemara Fornalika na selekcjonera reprezentacji. Ale głównie z powodu okoliczności wyboru, a nie samej postaci trenera, kto wie, może nawet najlepszej z polskich kandydatur, a przynajmniej wzbudzającego szacunek. Niestety niczym grzech pierworodny spada na niego to, że wymyślił go sobie demiurg polskiego futbolu, Antonii Piechniczek i przeforsował, nie oglądając się na żądne tam konkursy ofert, poważne rozmowy z zainteresowanymi kandydatami na temat ich wizji kadry i gry w trudnej grupie mundialowych eliminacji. Nie dano żadnej szansy Piotrowi Nowakowi, Henrykowi Kasperczakowi czy kto by tam jeszcze chciał, wrzucono na medialny rynek papierowe kandydatury Jacka Zielińskiego, który wcale nie chciał tej fuchy i Jerzego Engela. Nie wspominam już o dogmacie, że trener musi być Polakiem, co uniemożliwiło przekazanie reprezentacji po prostu najlepszemu dostępnemu fachowcowi na rynku, na jakiego byłoby nas stać. Gdyby Piechniczek wymyślił, że selekcjonerem zostanie np. Adam Nawałka, to w środę z Estonią debiutował by Nawałka…

Teraz jednak kiedy Waldemar Fornalik jest już selekcjonerem i stoi w przededniu debiutu, nie zmierzam strzelać focha, traktować go złośliwie czy nieuczciwie oceniać jego pracę. Wręcz przeciwnie, życzę mu jak najlepiej, mając w tym ten sam interes, co wszyscy prawdziwi kibice: chcę awansu do mundialu w Brazylii! Nawet kosztem hołdu jaki wymusi na nas wówczas Piechniczek. Proszę bardzo, grupowe wygrane z Anglią i Ukrainą (bez nich awansu nie będzie) są tego warte. Dlatego choć po ostatnich dwóch i pół roku mam już dość meczów towarzyskich naszej reprezentacji, bo absolutni nic z nich nie wynikło dla późniejszej gry o punkty, na ten w Estonii czekam z niezwykłą ciekawością i dlatego przyjechałem do Tallina prosto z igrzysk w Londynie.

Oczywiście sam wynik jest sprawą drugorzędną. Na grę w pełni nowego stylu Fornalika przyjdzie nam pewnie trochę poczekać – niestety do pierwszych meczu o punkty, wyjazdowy mecz z Czarnogórą już 7 września. Czasu na obwąchanie się z piłkarzami selekcjoner dostał cholernie mało. W głowach piłkarzy siedzi przecież niepowodzenie na Euro 2012. A przynajmniej mam nadzieję, że siedzi, a nie spłynęło jak po holenderskim piłkarzu, dla którego porażka to nie koniec świata, są przecież sprawy ważniejsze niż futbol, miał być to przecież turniej ich życia. Deklarują, że będą chcieli odbić sobie to ostatnie miejsce w grupie, udowodnić wszystkim, że umieją grać i podziękować awansem kibicom za doping na Euro. Piękne deklaracje, mam nadzieję, że szczere, a nie tylko politycznie poprawne. Fornalik musi im w tym pomóc. Zadanie piekielne trudne.

Estonia to jedyne przetarcie przed meczami o stawkę. Fornalik chce wydobyć z drużyny wszystko to co, było dobre u Franciszka Smudy, a parę rzeczy w grze było jednak dobrych, choć trwały krótko, uzupełniając braki. Czy zmieni system gry na 4-4-2, żeby tak bezradnie osamotniony na Euro Robert Lewandowski miał większe wsparcie, a drużyna więcej szans na gole? Do tego debiutant Fornalik będzie musiał postawić na debiutanta Arkadiusza Piecha (debiutanta, bo drugiej połowy sparingu pseudoreprezentacji Polski z pseudoreprezentacją Bośnią i Hercegowiną nie liczę), co niesie duże ryzyko. Ale takim samym było powierzenie kadry trenerowi Ruchu Chorzów. Może więc warto spróbować, popatrzmy.

Na mecz z Estonią Fornalik musi też podjąć dwie brzemienne decyzje: wybrać nowego, lub potwierdzić pozycję starego kapitana oraz zadecydować o obsadzie bramki. Kuba Błaszczykowski Euro 2012 miał średnio udane, choć arcyważną bramkę z Rosją, w dodatku niezwykle piękną, przedłużając nasze szanse na awanas, sprawiając, że kolejny turniej nie zakończył się dla polskich kibiców po drugim meczu i ostatni nie był o honor. Przynajmniej w tym meczu był prawdziwym, podziwianym liderem. Mecz z Czechami nie wyszedł nikomu, w dodatku tuż po nim Kuba rozpętał aferę biletową, na czym ucierpiał jego autorytet. Czy jednak zmiana kapitana w tym momencie nie zaszkodziłaby grupie jaką dostał Fornalik. Gdyby przekazał opaskę np. Marcinowi Wasileskiemu, chyba jedynej postaci w kadrze, która na to zasługuje, być może pokazałby się jako silny szef i oznaczył terytorium, ale miałby w kadrze przed ważnymi meczami przynajmniej jednego sfrustrowanego piłkarza. Dla Kuby byłby to policzek, coś jak kara za niepowodzenie na Euro. Przeraził mnie jego wywiad, aż boje się do niego zagadać, a co jeśli w trakcie rozmowy nie zgodzi się z własnym zdaniem? Nie chcę takiego rozedrganego Kuby na boisku…

Kwestia bramkarza też może pociągnąć za sobą brzemienne skutki. Smuda zachwiał własną hierarchią i sprzeniewierzył się własnym deklaracjom, że numerem 1 jest Wojtek Szczęsny, nie wstawiając go na powrót do bramki po odbyciu zawieszenia z Rosją. Na mecz z Czechami nie miało to żadnego wpływu, ale na atmosferę w drużynie, na pewno. Z drugiej strony Przemysław Tytoń to jedyny z Polaków, który z Euro 2012 wrócił na tarczy z tarczą. Pamiętam jak przed meczem z Czechami Kuba czy Wasyl deklarowali, że daje im mnóstwo pewności i spokoju z tyłu. Może mówili tak, żeby go wzmocnić, bo wiedzieli, że to on zagra. A może istotnie lepiej współpracuje im się z bramkarzem PSV niż Arsenalu, choć towarzyskie mecze z Niemcami i Portugalią pokazały, że Szczęsny potrafi remisować mecze. No właśnie – mecze towarzyskie. Właściwie każda decyzja Fornalika i Andrzeja Dawidziuka o obsadzie bramki może być dobra i zła zarazem. Dotąd w kadrze rywalizacji o bramkę nie było. Czy sztab znów ustali hierarchię z mocnym numerem 1, czy też pozwoli co mecz rywalizować chłopakom o miejsce do ostatniego treningu? I co jeśli Artur Boruc w końcu znajdzie klub i zasłuży na powołanie? Pamiętam, że jego współpraca z Dawidziukiem zaowocowała fantastycznym występem na Euro 2008. Ale Boruc to sprawa odległa. Pytanie kto zagra z Estonią? I czy ten sam bramkarz będzie bronił z Czarnogórą?

Przed Fornalikiem bezsenne noce…