Ratujmy Euro!

Euro 2016O ile patrząc z perspektywy Polski Euro 2016 będziemy wspominać bardzo pozytywnie – chłopaki Nawałki zaszli aż do ćwierćfinału, przekreślając feralną passę meczów na wielkich turniejach „o zwycięstwo, o wszystko, o honor”, stracili we Francji tylko dwa gole, ani przez minutę nie przegrywali i odpadli dopiero z przyszłym mistrzem Europy – o tyle z perspektywy fana wielkiego futbolu ciężko o pozytywne wspomnienia.

Rozdęty do 24 drużyn turniej okazał się niestety nudny. Poziom spotkań w porównaniu do minionych mistrzostw Europy wyraźnie opadł. Szczególnie boleśnie w porównaniu z ostatnim mundialem w Brazylii, który tak zachwycił nas jakością rywalizacji już na etapie rundy grupowej. A przecież Euro zawsze górowało poziomem na mistrzostwami świata. Gdybym miał przywołać z pamięci najlepsze mecze jakie widziałem na wielkich turniejach, pewnie większość z nich pochodziłaby z mistrzostw Europy: mój nr 1 to Holandia – Czechy (2:3) na Euro 2004, ale i Portugalia – Anglia (2:2) na tym samym turnieju, Hiszpania – Jugosławia (4:3), Portugalia – Anglia (3:2) i Francja – Portugalia (2:1) na Euro 2000, Czechy – Włochy (2:1) na Euro ’96, Holandia – Rosja (1:3) na Euro 2008 czy wreszcie Dania – Holandia (2:2) na Euro ’92 czy finał Dania – Niemcy (2:0).

Z Euro 2016 oprócz emocjonalnych dla nas meczów Polaków zapamiętamy pewnie dramatyczny finał z kontuzją Cristiano Ronaldo, dramatyczną serię karnych po półfinale Niemcy – Włochy oraz porażkę Anglików z dzielnymi Islandczykami ale wszystkie akurat nie za wybitny poziom futbolu. Tak naprawdę jedynym porywającym meczem był ćwierćfinał Hiszpania – Włochy, w którym ci ostatni wyeliminowali z turnieju dwukrotnych mistrzów Europy. Wygrali 2:0, ale gdyby nie bramkarze mecz mógłby skończyć się wynikiem 5:4.

Jednym ze skutków spadku poziomu turnieju jest niemożność wyboru Najlepszego Zawodnika Euro 2016. Ja przynajmniej nie jestem w stanie go wskazać. Co innego z „jedenastką turnieju”. Tę łatwo wybrać i kierując się różnymi statystykami oraz odczuciami umieszczam w niej Kamila Glika, Michała Pazdana i Łukasza Fabiańskiego. Od pasa w górę jest już jednak problem. Pewnie powinni się w niej znaleźć Gareth Bale i Aaron Ramsay za półfinał Walii, Cristiano Ronaldo, ale głównie za to, że okazał się prawdziwym liderem, pod względem piłkarskim nie błyszczał oraz Dimitri Payet i Antoine Griezmann. Żaden z nich nie pasuje mi jednak na Zawodnika Turnieju. Został nim Griezmann, który wszak zawiódł w dwóch najważniejszych dla swej drużyny meczach: otwarcia z Rumunią oraz w finale. Tytuł przyznano mu chyba tylko z półfinał z Niemcami.

Euro 2016. PepeParadoksalnie Najlepszym Zawodnikiem Euro 2016 powinien zostać Pepe, który raz, że grał świetnie, czysto i doskonale dyrygował defensywą Portugalii. A po drugie byłoby to symboliczne ukoronowanie defensywnego turnieju, którego naczelną zasadą w większości spotkań było: „po pierwsze nie przegrać, po pierwsze na zero z tyłu!”

Właśnie takie podejście wymusiła zmiana przez UEFA formatu turnieju. Rozszerzenie grona uczestników do 24 sprawiło, że przyjechało wiele ekip z niewielkimi atutami w ofensywie, skoncentrowały się więc na defensywie i destrukcji. Tę defensywną determinację trenerów podsyciła dodatkowo zasada, że awans może wywalczyć nawet trzecia drużyna w tabeli, co stało się m.in. udziałem Portugalii. Starali się więc przede wszystkim zminimalizować ryzyko porażki.

Na poprzednich turniejach z meczami w grupie bywało różnie, ale w następujących po mnich ćwierćfinałach mieliśmy już hity na wysokim poziomie. Tu i tak zmęczeni sezonem piłkarze musieli jeszcze przebrnąć przez 1/8 finału. Stąd tak wiele kiepskich, nudnych spotkań i tak mało goli.

Zgadzam się więc w pełni z Tomaszem Frankowskim, który na lamach „Przeglądu” zaapelował o powrót do turnieju z 16 drużynami. W podobnym tonie wypowiedzieli się m.in. trener Niemców Joachim Loew i obrońca mistrzów świata, Mats Hummels, którzy narzekali że „bardzo dużo zespołów nie chciało atakować i skupiało się wyłącznie na grze w defensywie oraz ustawieniu drużyny za linią piłki”.

Były mistrz świata i Europy, Paul Breitner obwinił o wszystko pazerność UEFA, która „podąża śladem FIFA i patrzy przede wszystkim na pieniądze. 24 drużyny to najgorszy format mistrzostw”. O powrót do „szesnastki” zaapelował też były piłkarz i trener reprezentacji Austrii, Josef Hickersberger narzekając na zbyt wiele meczów jest za dużo i za długi o tydzień turniej. „Fakt, że Portugalia zaszła aż do półfinału bez zwycięstwa w 90 minutach najlepiej świadczy o poziomie Euro. Musi zostać przywrócony dawny format”.

Przyłączam się do tych apeli, choć wiem, że są skazane na porażkę. UEFA jest nowym formatem zachwycona. Sprawił, że zyski z organizacji turnieju w porównaniu do Euro 2012 wzrosły aż o 34 procent i wyniosły 830 mln. W tej sytuacji nikt nie zrobi kroku wstecz. Ba, sekretarz generalny UEFA, Theodore Theodoridis, który zresztą planuje ubiegać się o posadę prezydenta, zdradził wręcz, że w 2024 roku liczba drużyn może zostać zwiększona do 32.

Czy wówczas do 1/8 finału zostanie dodane jeszcze 1/16, a turniej wydłuży się o kolejny tydzień? To oraz rozproszenie w 2020 roku turnieju po całej Europie, co odbierze mu wyjątkowy, narodowy charakter i koloryt grozi upadkiem prestiżu tych wspaniałych rozgrywek, wymyślonych przez Henriego Delaunaya i jeszcze bardziej obniży jego poziom sportowy. Ktoś powinien zatrzymać to szaleństwo. Niestety patrząc na to, że mundial za chwilę zostanie rozbuchany do 40 drużyn, widać że trend jest zupełnie inny. Portugal

Rosjanie stworzyli ulepszony, brutalny typ chuligana

Rosyjscy kiboleTo dobrze, że UEFA postanowiła się ostro rozprawić z rosyjskimi kibolami po ich brutalnych ekscesach na ulicach Marsylii przed meczem z Anglią albo na Stade Velodrome po ostatnim gwizdku. Na reprezentację Rosji została nałożona dyskwalifikacja, na razie w zawieszeniu. W razie powtórki „Sborna” zostanie wyrzucona z Euro 2016! Tymczasem bandyci deklarują powtórkę – właśnie przegrupowują się do Lille, gdzie w środę ich drużyna gra ze Słowacją, a w położonym 40 km obok w Lens – Anglicy z Walią.

Trudno właściwie nazwać ich „kibicami reprezentacji Rosji”. Rzeczywiście jej kibicują, świadczą o tym koszulki i tatuaże, ale nie tylko piłka nożna i turniej sprowadziły ich do Francji. Z wywiadu przeprowadzonego przez agencję AFP z niejakim „Władimirem, ojcem dwójki dzieci” wynika, że przejechali po to, żeby „pobawić się” z Anglikami, którzy mienią się najgroźniejszymi chuliganami na świecie. Rosjanie postanowili pokazać im miejsce w szeregu. Mają po 20-30 lat, na co dzień kibicują Zenitowi St Petersburg oraz moskiewskim klubom CSKA, Spartak, Dynamo i Lokomotiw, ale we Francji tworzą jedną zwartą kompanię i mają wspólnego wroga: Anglików.

Zdaniem Władimira Angole mieli dobrych chuliganów w latach 70. i 80. byli wówczas dla Rosjan wzorem. „Dziś są jak panienki” – mówi. Bogaci, grubi, kiepsko sprawni, opici piwskiem są żalośni. Rzucają w obronie krzesłami i butelkami. Rosjanie używają tylko pięści. Większość z nich jest wysportowana, trenuje najróżniejsze sztuki walki. Chuliganeria to dla nich rodzaj sportu. Choć podkreśla, że nie chcą nikogo zabić ani trwale uszkodzić. Tylko pokazać swoją siłę.

I pokazują. Na licznych wstrząsających filmikach wrzucanych do mediów społecznościowych widać, że są bardzo brutalni. Na jednym kopią w głowę już nieprzytomnych, leżących na bruku rywali. Na innym widać przejmującą scenę jak do próbującego uspokoić dwie zwaśnione strony starszego mieszkańca Marsylii z siatkami w ręku podbiega zwyrodnialec i jednym ciosem w głowę powala nieprzytomnego na ziemię.

Rosyjscy kibole

Napisałbym, że „wróciło stare”, bo widziałem już takie sceny np. w tej samej Marsylii w 1998 roku, gdy agresywni Anglicy bili się z Tunezyjczykami, odbierając im flagi oraz z Francuzami. Albo podczas Euro 2000 gdzie w Charleroi przed meczem Anglia – Niemcy obejrzałem regularną bitwę uliczną, przeżywając m.in. szarżę belgijskiej konnej policji w ciasnej ulicy. Ale podczas Euro 2016 choć podpici Anglicy zachowywali się równie agresywnie czy prowokująco (np. wykrzykując m.in. idiotyczne „ISIS, gdzie jesteście?”), to po przeciwnej stronie ujrzeliśmy zupełnie nowy typ chuligana.

Nie tylko świetnie wytrenowanego, sprawnego fizycznie, napakowanego, z raczej z kaloryferami niż piwnym „brzuszkiem”, ale też doskonale zorganizowanego. Dopadającego przeciwnika grupą, zgodnie z zaplanowaną taktyką i wycofującego się na z góry upatrzone pozycje. To nie przypadek, że francuskim siłom porządkowym nie udało się złapać żadnego z nich. Niczym nowoczesny typ chuligana hybrydowego, jak osławione zielone ludziki na Krymie.

Jak działają i jak są brutalni pokazuje filmik nagrany przez jednego z Rosjan kamerą GoPro. Widać, że chuligani traktują to jak rodzaj gry komputerowej w uliczną partyzantkę. Grupa porusza się po mieście jak patrol żołnierzy. Widać na nim moment, w którym do nieprzytomności zostaje pobity 51-letni angielski kibic Andrew Bache, który nadal przebywa w szpitalu w śpiączce. Widać też moment, w którym właściciel GoPro depcze przewróconemu Anglikowi po głowie.



Nie wyobrażam sobie dyskwalifikacji Rosji z Euro 2016 i chaosu jaki zapanowałby wówczas w grupach w kwestii awansu. Taka decyzja oznaczałby chyba jednocześnie weryfikację organizacji przez Rosję mistrzostw świata w 2018 roku, bo jak inaczej sobie to wyobrażamy? Że zdyskwalifikowana za brutalne wybryki kiboli Rosja zaprosi serdecznie do siebie na turniej fanów z całego świata?

Ale groźbę UEFA traktuje jako apel do władz Rosji, które z pewnością mają służby i narzędzia do powstrzymania tej turystyki chuligańskiej. Na razie jednak z samej góry płyną reakcje pozytywne dla bandytów. Wiceprzewodniczący Dumy Federacji Rosyjskiej Igor Lebiediew skomentował na Twitterze wydarzenia w Marsylii następująco: „Nie widzę nic strasznego w bójce kibiców. Wręcz przeciwnie – nasi chłopcy to zuchy. Tak trzymać!” To musi się zmienić. Jeszcze jedna akcja „zuchów” jak w Marsylii i do widzenia!

Rosyjski kibol kopie Anglika na Stade Velodrome

Match fixing: największa zaraza sportu

Match fixing. Ustawianie meczówTo nie jest dobry moment dla światowego sportu. Jedna z jego największych ikon, Leo Messi została właśnie przyłapana na posiadaniu spółki w panamskim raju podatkowym, założonej akurat w dniu rozpoczęcia śledztwa w sprawie ukrywania podatków przez Argentyńczyka poprzez firmy z Belize i Urugwaju. W tzw. „kwitach z Panamy”, które wyciekły z kancelarii prawnej znalazło się też nazwisko nowego prezydenta FIFA, Gianiego Infantino, wielkiej nadziei na zreformowanie skorumpowanej organizacji i odbudowanie jej wizerunku. „Panama papers” ujawniły również podejrzenia interesy Juana Pedro Damianiego, prezesa urugwajskiego klubu Penarol oraz… członka Komisji Etyki FIFA, którego agencja miała pośredniczyć przy wielomilionowych łapówkach za prawa do organizacji turniejów w krajach Ameryki Łacińskiej.

Wizerunek innych dyscyplin pustoszą afery dopingowe. Do stosowania zakazanego meldonium przyznała się kolejna wielka ikona sportu, Maria Szarapowa, a po niej nastąpił wysyp nazwisk wielkich mistrzów od łyżwiarstwa figurowego przez lekkoatletykę po siatkówkę. Wciąż nie wiadomo czy na igrzyskach w Rio wystartują rosyjscy lekkoatleci…

Ale największe zagrożenie dla sportu w XXI wieku leży jeszcze gdzie indziej. Parlament Europejski widzi je w ustawianiu meczów (tzw. match fixing), z którego organizacje przestępcze na całym świecie czerpią co raz większe korzyści. W środę w Brukseli z inicjatywy m.in. polskiego europosła Bogdana Wenty, odbyła się debata z udziałem wszystkich stron poczuwających się do walki z tym procederem.

- Ustawianie meczów jest po prostu zbrodnią na sporcie. Nie chodzi tylko straty finansowe klubów, organizatorów rozgrywek, sponsorów czy bukmacherów, choć są one coraz większe. Najgorsza jest utrata zaufanie u kibiców do sportu, którego jedną z największych wartości jest nieprzewidywalność. Drżenie o ostateczny wynik, a potem euforia po wygranej lub smutek po porażce tak nas wszystkich do sportu przyciągają. Stąd nasza determinacja by stworzyć skuteczny system wykrywania i zapobiegania ustawianiu meczów, szybkiej wymiany informacji i współpracy między operatorami zakładów bukmacherskich, związkami sportowymi i instytucjami państwowymi – tłumaczy Wenta.

Z debaty wynika m.in. że ustawianie meczów dotyka wszystkich dyscyplin, od badmintona, przez boks, snooker, koszykówkę, wyścigi konne, po siatkówkę i sumo. Dwie najbardziej zagrożone to tenis i piłka nożna – przekonywał Nick Tofiluk z UK Gambling Commision. – Tenis z racji specyfiki dyscypliny: zawodnik sporo podróżuje po świecie, często samotnie bez trenera, łatwo złapać go w hotelowym lobby i złożyć propozycję. Piłka nożna jako sport zespołowy, w drużynie łatwo znaleźć jedno słabe ogniwo, w meczu zaś jest mnóstwo sytuacji boiskowych do wytypowania – czerwone czy żółte kartki, rzut karny w pierwszej połowie itd.

Match fixingZ przytoczonego raportu Interpolu wynika, że sportowcy, trenerzy, sędziowie najróżniejszych dyscyplin są przekupywani, ale najczęściej zastraszani i szantażowani, by wpływali na wynik lub przebieg meczu, grali poniżej swego poziomu, wycofywali z rozgrywek, bądź tylko udzielając zastrzeżonych informacji.

Dzieje się tak co prawda od wyścigów rydwanów w starożytnym Rzymie, ale globalizacja, rozwój technologii, ilość rozgrywek i wysyp firm bukmacherskich sprawiły, że można dziś obstawiać wyniki praktycznie przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Wg Interpolu roczne obroty zakładów bukmacherskich na całym świecie wynosi bilion dolarów.

Co ciekawe Interpol od 2011 współpracował w walce z ustawianiem meczów z FIFA, która obiecała przelać na to 20 mln euro. Wyszkolono za to 2,2 tys. specjalistów w 196 krajach. Niestety współpraca została zamrożona z powodu konfliktu interesów, gdy Interpol zaczął prowadzić śledztwo ws korupcji w FIFA. 2,9 mln euro zostało zwrócono światowej federacji.

Druga konkluzja: łatwiej manipulacjom zapobiegać niż za nie później karać. Łatwiej wyłapywać je i przeciwdziałać im w czasie rzeczywistym, ściganie winnych, udowadnianie im winy i karanie jest niezwykle skomplikowane i czasochłonne.

Khalid Ali, sekretarz generalny European Sports Security Association (ESSA) zrzeszającej największe firmy bukmacherskie jak Ladbrokes, William Hill, Unibet czy Expect opowiadał o coraz bardziej skutecznym systemie monitorowania zakładów, pozwalającym wychwycić i zablokować te podejrzane. W drugiej połowie 2015 roku pozwolił on m.in. wykryć aż 40 ustawionych meczów tenisowych na turniejach w Kolumbii, Rosji, Niemczech i Maroku (a także osiem meczów piłki nożnej i po jednym wyścigów hartów, snookera i hokeja na lodzie). Niestety nie ma ciągu dalszego. Nikt nie próbował wytropić i ukarać oszustów. Międzynarodowa Federacja Tenisowa otrzymała dane, ale nic z nimi nie zrobiła, bo „nie ma organów ścigania”.

- Przyszłością walki z ustawianiem meczów jest być może stworzenie niezależnej Anti Match-Fixing Agency, na wzór Światowej Agencji Antydopingowej WADA, która działałaby na skalę globalną. Dziś w każdym kraju Unii jest inna definicja ustawiania meczów i inne paragrafy. W jednych to kwestia prawa karnego, w innych – sportowego – mówi Wenta. – Stąd dążenie Parlamentu Europejskiego do stworzenia międzynarodowej koalicji, angażującej polityków wszystkich opcji. Potrzebny jest jeden wspólny mechanizm do szybkiej identyfikacji przestępstwa i natychmiastowego przeciwdziałania.

Match fixing

Ratunek dla klubów czy współczesne niewolnictwo?

TPOJeśli FIFA utrzyma zakaz TPO wkrótce wszystkie gwiazdy ligi hiszpańskiej będą grały w Premier League, a ta stanie się jak NBA – grzmiał szef La Liga, Javier Tebas. – TPO to współczesne niewolnictwo, w jego efekcie z futbolu wyprowadzane są ogromne pieniądze – odpowiadali przedstawiciele FIFA, UEFA i FIFPro

Miałem przyjemność poprowadzić burzliwą debatę w siedzibie Parlamentu Europejskiego w Brukseli, zainicjowana m.in. przez polskiego europarlamentarzystę, Bogdana Wentę na temat TPO (third-party ownership, czyli sytuacji finansowania transferów piłkarzy i przejmowania części praw do nich przez fundusze inwestycyjne, agencje menadżerskie lub agentów piłkarskich – dzięki temu mniejsze kluby stać na kupowanie zawodników, ponoszą też mniejsze ryzyko, że kupiony piłkarz okaże się niewypałem. Działa to tak: w 2011 Radamel Falcao przeszedł z FC Porto do Atletico Madryt za 40 mln euro, stając się nadroższym piłkarzem w historii klubu, tyle że Atletico zapłaciło tylko 50% sumy, drugie dołożyła firma skupiająca inwestorów, Doyen Sports. Okazał się znakomitym nabytkiem i po dwóch latach odszedł do AS Monaco za 60 mln euro, klub i TPO odzyskali zainwestowane pieniądze i podzielili po równo zyskiem).

Jednak w maju ubiegłego roku FIFA nałożyła absolutny zakaz takich praktyk, dając klubom trzy lata na dostosowanie do nowych przepisów. Niezależnie zakaz TPO wprowadziły Anglia, Francja i Polska. Protestują przeciwko temu władze ligi hiszpańskiej, portugalskiej oraz krajów Ameryki Południowej, gdzie aż 80 procent piłkarzy zmienia na tej zasadzie kluby, których inaczej nie byłoby na nich stać. Argumentują, że TPO to jedno z narzędzi finansowania i kluby powinny mieć wolne prawo by je stosować jeśli zechcą. A chcą zwłaszcza te, dla których głównym źródłem przychodów nie są prawa telewizyjne i marketingowe, jak dla klubów Premier League, ale transfery zawodników sprowadzonych z Brazylii czy Argentyny do silnych klubów. Jak w przypadku FC Porto, które w ostatnich 10 latach zarobiło na transferach ponad pół miliarda euro.

- Nie czuje się kapitanem statku niewolniczego z XVII wieku. Uważam, że wypracowaliśmy model TPO z ludzką twarzą. Nigdy nie doszło u nas do takich wypaczeń jak w przypadku Carlosa Teveza czy Javiera Mascherano na Wyspach. Żadnego piłkarza nigdy do niczego nie przymusiliśmy. Zawsze ostateczna decyzja o zmianie klubu należała do nich. Dzięki temu pomogliśmy im fantastycznie rozwinąć kariery w Europie – argumentował przedstawiciel Porto, Daniel Lorenz.

TPO bronił też prezes Doyen, Nelio Lucas argumentując, że żaden zawodnik nigdy nie skarżył się na działalność firmy, nigdy nie miała ona ani jednego procesu. – Kluby potrzebują alternatywnych źródeł finansowania. To co robimy nie jest niezgodne z prawem. Nigdy nie miałem żadnego procesu. Co jest złego w tym, że np. kupiłem dla FC Sevilli Geoffrey’a Kondogbię za 3 mln euro, a gdy po dwóch latach przeszedł do Monaco zarobiłem na tym 11 mln? Zadowolone były oba kluby, zwłaszcza Sevilla, która dostała świetnego piłkarza i jeszcze na nim zarobiła i oczywiście sam zawodnik. Co tydzień otrzymuję ofertę kupna klubu, żeby pod jego egidą prowadzić dokładnie tę działalność, bo wówczas nie przeszkadzałaby UEFA i FIFA. To hipokryzja.

TPORegulację TPO zamiast totalnego zakazu zaproponował Georg Prangl, sekretarz generalny EPFL (stowarzyszenia 32 lig piłkarskich w Europie), m.in. transparentności inwestorów, zakazu udziału w TPO dla firm z rajów podatkowych, wyeliminowanie konfliktu interesów, gdy inwestor ma udziały w większej licznie piłkarzy w lidze, co może godzić w integralność futbolu.

Ale przedstawiciele FIFA i UEFA oraz FIFPro – organizacji stowarzyszającej ponad 60 tys. piłkarzy nie chcieli słyszeć o regulacjach. Ich zdaniem TPO pozwala tajemniczym inwestorom np. z Malty przejąć kontrolę nad klubami i piłkarzami, z tych ostatnich zmieniając z ludzi w aktywa. – Nie możemy na to pozwolić, to nie etyczne i niehumanitarne. Działanie inwestorów staje się handlem żywym towarem. Piłkarze nie maja głosu przy podejmowaniu decyzji co do swej przyszłości. A dla klubów TPO kończy się wpadnięciem w spiralę zadłużenia – mówił radca prawny UEFA, Julien Zylberstein.

Ostry atak na UEFA i FIFA przypuścił szef La Liga, Javier Tebas, którego zdaniem zakaz TPO doprowadzi do przepaści między ligami i klubami. Właśnie ogłoszono, że w ostatnich 5 latach wartość 20 najbogatszych klubów świata wzrosła w sumie o 1,5 miliarda euro, podczas gdy wszystkich pozostałych zaledwie o 300 mln.

- Za dwa, trzy lata wszystkie gwiazdy ligi hiszpańskiej będą grały w Premier League, którą podobnie jak NBA będzie stać na każdego zawodnika świata. To już się dzieje. Dwa dni temu Watford kupiło z Malagi Nordina Amrabata. Gdyby Malaga mogła korzystać z funduszy, byłaby w stanie zatrzymać piłkarza. Dlaczego FIFA zakazuje TPO, a nie przeszkadzają jej firmy sponsorujące kilka klubów w Europie. Konflikty interesów? To UEFA zmusiła Thibaut Courtois, piłkarza Chelsea wypożyczonego do Atletico Madryt do występu przeciwko swej drużynie w półfinale Ligi Mistrzów.

– Jak o etyce i prawach człowieka może mówić FIFA, skoro z 22 członków komitetu wykonawczego, który wprowadził zakaz TPO aż połowa siedzi w więzieniu, a tylko wobec dwóch nie są prowadzone śledztwa? – pytał. – Zakaz TPO narusza zasady wolnej przedsiębiorczości. FIFA nie może ingerować w sprawy gospodarcze – stwierdził.

Ale przedstawiciele FIFA i UEFA oraz FIFPro zaapelowali do parlamentarzystów o uznanie legalność zakazu TPO. – Jesteśmy bliscy ogłoszenia takiej deklaracji. Wyrosłem ze sportu, więc dobro zawodnika zawsze jest u mnie na pierwszym miejscu, ale tu chodzi po prostu o prawa człowieka, a one muszą być najwyższą wartością. Piłkarze muszą mieć prawo sami stanowić o sobie. Może za jakiś czas wrócimy do rozmów o regulacji TPO. Na razie brak transparentności potęguje ryzyko manipulacji, handlu żywym towarem, prania brudnych pieniędzy czy innej podejrzanej działalności – komentował Wenta.

Wideo: Emocjonalny atak prezesa La Liga na FIFA

 

 

Futbol w czasach zarazy

Antyterroryści przed Anglia - Francja na Wembley„Chcą zabić Euro!” – taki tytuł daliśmy w „Przeglądzie” po przerażających atakach terrorystycznych w Paryżu, zastanawiając się w numerze jaki skutek będą miały dla turnieju we Francji. Mam wielką nadzieję, że nie stanie on się proroczy i Euro 2016 odbędzie się bezpiecznie i bez żadnych komplikacji. Jednak po odwołaniu towarzyskiego spotkania Belgia – Hiszpania, po błyskawicznej ewakuacji stadionu w Hanowerze i odwołaniu w ostatniej chwili spotkania Niemcy – Holandia – na szczęście po fałszywym alarmie – widać, że przeżywanie futbolu na żywo nie będzie już takie samo.

Terroryści zaatakowali nie tylko niewinnych ludzi w kawiarniach, restauracjach i klubach Paryża, ale po raz pierwszy wzięli na cel stadiony piłkarskie, dotąd stanowiące enklawę. Nawet podczas przywoływanego dziś pamiętnego ataku palestyńskich terrorystów na igrzyskach w Monachium w 1974 roku, ich celem nie byli kibice i zabicie sportowego święta. Tym razem radykałowie postanowili zadać cios znienawidzonej zachodniej cywilizacji uderzając w najbardziej miękką część podbrzusza. I przy okazji pozbawić ją ulubionej rozrywki. Zadeklarowali przy tym wojnę totalną i udowodnili, że nie istnieją dla nich żadne świętości.

Dotąd o tym, że ISIS nienawidzi futbolu – tak samo jak choćby zabytków światowego dziedzictwa kulturalnego, które wysadza na zajmowanych terenach – świadczyła trudna do uwierzenia informacja z marca, że w Mosulu rozstrzelano 13 chłopców, którzy odważyli się oglądać w telewizji mecz Irak – Jordania. Teraz wiemy na pewno, że nienawidzą kibiców futbolu tak samo jak wszystkich innych przedstawicieli zachodniego społeczeństwa.

Chcę być optymistą. Chcę wierzyć, że obecna sytuacja skończy się wyłącznie serią uniedogodnień dla kibiców, dla których kontrole przy wejściu na stadion staną się równie skomplikowane jak przy okazji lotów do USA i sprawią, że po prostu będą musieli wybierać się na trybuny dwie godziny przed meczem.

Doświadczenie z wielu minionych turniejów, zwłaszcza tych organizowanych po zamachach na World Trade Center mówi mi zresztą, że akurat stadiony i bazy, w których zamieszkają piłkarze będą podczas Euro 2016 najbezpieczniejszymi miejscami w całej Francji. Już teraz przecież szczęściem w paryskim dramacie było przynajmniej to, że terrorystom nie udało się przeniknąć na Stade de France.

Stadiony da się zabezpieczyć. Ograniczyć dojście do nich strefami wielu posterunków, zablokować możliwość wysłania sygnału elektronicznego. Dokonać selekcji idących na stadion już w mieście lub na stacjach metra, lustrując tłum przy pomocy systemu Vibraimage, stosowanemu już podczas igrzysk w Soczi i mundialu w Brazylii, który pozwala uchwycić i przeanalizować u obserwowanych osób tzw. mikroruchy szyi i głowy, w pewnej konfiguracji będące oznaką podejrzanego zdenerwowania.

Na końcu pozostaje jednak czynnik ludzki. Podczas mundialu w RPA – gdzie obawiano się zagrożenia z uwagi na niemożliwą do skontrolowania olbrzymią granicę kraju – żeby dojechać na stadion Soccer City w Soweto przemierzaliśmy dwukilometrowy pas ziemi niczyjej, podawani licznym kontrolom, także bagażnika. Zawsze jednak parkowaliśmy pod samym stadionem dzięki tej samej nieważnej, jednorazowej wjazdówce, którą dostaliśmy od kolegów z telewizji…

Na mistrzostwach świata w Brazylii porządku w 12 miastach strzegło 157 tysięcy funkcjonariuszy policji i wojska, 20 tysięcy prywatnych ochroniarzy, 120 oficerów policji z 40 krajów i 30 izraelskich dronów mundial. Pod słynną Maracaną w Rio de Janeiro stacjonowało 400 tzw. Robocopów, ubranych w kevlarowe pancerze, uzbrojonych w broń długą i krótką, granaty ogłuszające i dezorientujące. Nie przeszkodziło to jednak 80 kibicom Chile bez biletów sforsować szturmem bram stadionu przed meczem z Hiszpanią, wbiec całym stadem do biura pasowego, licząc że stamtąd przedostaną się na trybuny.

Zakładając, że stadiony podczas Euro 2016 zamienią się w twierdze, przecież mistrzostwa Europy to nie tylko mecze. Jakoś trzeba się na nie dostać. Piłkarze przyjadą w policyjnym konwoju, ale co z rzeszą kibiców? Władze francuskie będą musiały należycie zabezpieczyć metro, które z pewnością będzie kusić terrorystów. Oraz fanzony, bo przecież kibice muszą coś robić w czasie wolnym.

Na razie do przeniesienia turnieju do innego kraju wezwał tylko 82-letni Just Fontaine, król strzelców mundialu z 1958 roku, który zresztą piątkowy mecz Francji z Niemcami oglądał z trybun Stade de France. Stwierdził, że choć pęka mu serce, bo chciałby zobaczyć Euro we Francji, uważa że powinna ona zrezygnować z roli gospodarza. Na razie jest to głos odosobniony.

Na szczęście UEFA deklaruje, że nie chce ulegać terrorystom i zamierza rozegrać turniej zgodnie z planem. A Francuzi obiecują, że obronią mistrzostwa, nawet jeśli przyjdzie im przeprowadzić największą operację militarno-policyjną w historii sportu. Planują wydać na ochronę więcej niż Anglicy na zabezpieczenie igrzysk w Londynie, czyli ponad 2 miliardy euro. I nadal liczą na ponad pięć milionów kibiców z całej Europy.

Piłkarska Europa zaś powoli budzi się z szoku. W sobotę Real Madryt zmierzył się w El Clasico z Barceloną przy nadzwyczajnych środkach bezpieczeństwa ale na szczęście obyło się bez żadnych incydentów, głupich żartów, anonimowych telefonów. Jeśli traktować to spotkanie jak test, organizacji służb bezpieczeństwa i naszych nastrojów, to wypadł od pozytywnie. O ile przed El Clasico obawy był wielkie, do tego stopnia, że mówiono wręcz o przeniesieniu meczu na inny termin, to po spotkaniu już tylko o genialnym futbolu. Z nieco większą spokojem czekam na mecze Ligi Mistrzów w środku tygodnia, które jak już wcześniej deklarowała UEFA, odbędą się normalnie.

Po piątkowych zamachach trudno wyobrazić sobie, żeby Euro 2016 było tak radosne i przyjazne jak Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Ale też nie można sobie wyobrazić, żeby turniej odbył się w innym kraju lub nie odbył w ogóle. Antyterroryści na Wembley przed Anglia - Francja

 

Memento

Krew naszej rasyJest taka scena w świetnym filmie „Memento”, w którym główny bohater weryfikuje czy choremu na utratę pamięci krótkotrwałej pacjentowi należy się wypłata odszkodowania. Żeby upewnić się, że facet nie próbuje naciągnąć firmy ubezpieczeniowej, przeprowadza specyficzne testy podłączając figury geometryczne do prądu i prosząc żeby pacjent – Sammy Jenkis – brał je po kolei do ręki. Ten co chwila chwyta sześcian, który razi go prądem, co wywołuje jego wściekłość i oburzenie na testującego, że ten go tak boleśnie doświadcza. Ilekroć słyszę o kolejnych karach UEFA na polskie kluby za flagi z podejrzanymi o rasizm napisami lub nazistowskimi symbolami, tylekroć przypomina mi się ta genialna filmowa łamigłówka Christophera Nolana.

Kibice nieustannie wnoszący na mecze banery z hasłami, na które UEFA jest tak bardzo przeczulona, są jak cierpiący na brak pamięci krótkotrwałej. Pamiętają kim są: oddanymi kibicami, daliby się pokroić dla swojej drużyny, wiedzą też po co przychodzą na stadion. Ale choć co rusz zapoznają się z rażącym niczym prąd regulaminem UEFA i jej taryfikatorem kar, bo polskie kluby szukające przygód w europejskich pucharach nie raz miały nieprzyjemność poczuć ich brzemię, zachowują się jak Sammy Jenkis. On w końcu zaaplikował żonie śmiertelna dawkę insuliny, oni co rusz narażają kluby na milionowe straty.



Nałożone właśnie przez UEFA kary na Lecha Poznań za transparent w Sarajewie i Śląsk Wrocław (jednak nie za doszukiwanie się złych symboli na banerze z herbem miasta Brzeg, ale – co równie absurdalne – za antyrosyjskie bazgroły w zakamarkach stadionu, którego klub nie jest właścicielem a powstałe najprawdopodobniej przy okazji Euro 2012), wywołały w Polsce więcej gwałtownych reakcji i komentarzy niż tradycyjne odbicie się mistrza Polski od bram Ligi Mistrzów, co za rok skazuje nas na obchody okrągłej 20. rocznicy zrywów o awans do piłkarskiej elity.

Po części, bo już się przyzwyczailiśmy do bezradnego walenia głową w mur Champions League. Ale przede wszystkim dlatego, że tym razem kary UEFA wydają się tak mocno przesadzone, tak naciągnięte, aż niesprawiedliwe. Szczególnie przy jednoczesnym zlekceważeniu zachowania kibiców Omonia Nikozja (polscy naziści spod znaku swastyki gonieni przez cypryjski za sierp i młot z powrotem do Berlina) oraz albańskich kibiców Kukesi (nie tylko kamień rzucony w Ondrieja Dudę, ale i transparent wieszczący koniec Słowian).

Prezes PZPN, Zbigniew Boniek przyznał na łamach „Przeglądu Sportowego”, że rażą go kary UEFA za rasizm i nazizm, a za komunizm już nie, choć to równie zbrodniczy totalitaryzm. I słusznie nazwał karę dla Lecha „kosmiczną” (klub oprócz 50 tys. euro grzywny straci na zamknięciu stadionu na mecz eliminacji LE 1,2 mln złotych) i pytał dlaczego Lech nie dostał ostrzeżenia. „Czy to nie byłoby lepsze – prośba o natychmiastową weryfikację i usunięcie flagi (…) Nie może być tak, że trzech nieodpowiedzialnych ludzi, którzy wywieszają jakieś prześcieradło, paraliżuje wysiłki całego klubu”.

***

Sam nigdy bym nie wpadł na to, że hasło z napiętnowanego transparentu „Za krew naszej rasy” to – jak wyjaśnia na łamach „Rzeczpospolitej” szef stowarzyszenia „Nigdy Więcej” Jacek Purski – tytuł piosenki najbardziej znanego w Europie Wschodniej zespołu neonazistowskiego Konkwista 88, której tekst brzmi: „Za krew naszej rasy, nasz honor, Narodowy Socjalizm będziemy walczyć do końca swych dni”. Rozumiem, że to „info dla kumatych”, którzy stanowią może 1% (oby!) kibiców, ale muszą mieć oni świadomość, że „kumatych” ma po swojej stronie także UEFA, zdeterminowana, by wyplenić rasizm i nazizm ze stadionów. Kiedy trafia na opór, uderza w klub. I prędzej wypleni z pucharów jego, niż pozwoli na kolejne manifestacje totalitaryzmów.

Zupełnie niepotrzebne było poszukiwanie na Twitterze „donosicieli” i „konfidentów”, prześwietlanie walczącego z rasizmem stowarzyszenia „Nigdy Więcej” i jego prezesa, zastanawianie się kto ich finansuje i do kogo bliżej im politycznie. Było to nic innego jak ścinanie głowy posłańcowi złej nowiny. Ta zaś brzmi tak, że UEFA nie przepuści najmniejszemu przejawowi rasizmu lub nazizmu. Kiedyż zrozumieją to wreszcie ci, którzy nie mają przyjemności oglądania meczu bez wywieszenia celtyckiego krzyża czy hasła na temat wyższości ras?

Mogę tylko podpisać się pod słowami prezesa Lecha, Karola Klimczaka: „jak ktoś ma jakieś przekonania niech wywiesi sobie transparent w domu i może się do niego modlić, bo klub dostaje teraz przez takie coś po głowie”. Jeśli UEFA nie złagodzi kary, Lech rozegra najważniejszy mecz roku fazę grupową Ligi Europy przy pustych trybunach czyli bez 12 zawodnika. Mam nadzieję, że prezes dotrzyma słowa i trzej winni dostaną zakazy stadionowe, ponieważ kara zbiorowa dla klubu nigdy nie robi takiego wrażenia jak indywidualna. Jeśli kibice w końcu tego nie zrozumieją, nadal będą jak Sammy Jenkis chwytać za sześcian podłączony do prądu pod coraz wyższym napięciem.

 

Puszka Pandory otwarta na 18 sekund

Marija KurtesSobota, Seaview Stadium w Belfaście. Doliczony czas gry grupowego meczu Norwegia – Anglia w mistrzostwach Europy kobiet do 19 lat. Norweżki prowadzą 2:1, ale niemiecka sędzia Marija Kurtes dyktuje dla Angielek rzut karny. Piłkę ustawia Leah Williamson i… trafia do siatki. Angielki cieszą się z wyrównania w końcówce, ale sędzia nie uznaje gola. Zanim Williamson, gwiazda Arsenal Ladies kopnęła piłkę, w pole karne wbiegła jej koleżanka z drużyny, Rosella Ayane. Zdobywczyni gola znów ustawiła piłkę na jedenastym metrze, Norweżki wycofują się karnie za pole karne, tymczasem sędzia nakazuje im… wykonać rzut wolny. Konsternacja. Jedne i drugie dziewczyny długo nie mogą zrozumieć, o co chodzi. Rzut wolny wykonany, ostatni gwizdek i koniec. Anglia przegrywa mecz.

Przedstawiciele Angielskiej Federacji Piłkarskiej natychmiast składają protest do UEFA. Artykuł 14. przepisów gry w piłkę nożną mówi przecież wyraźnie: Jeżeli podczas wykonywania karnego współpartner wykonawcy rzutu wchodzi w pole karne, to jeżeli piłka wpada do bramki, rzut powtarza się. Gdyby nie wpadła, powtórka by się nie należała. Ale rzut wolny drużynie przeciwnej przysługuje tylko wówczas, gdy piłka dotknie zawodnika, który wbiegł za wcześnie, np. po odbiciu od słupka, poprzeczki lub przez bramkarza.

I Komisja Dyscyplinarna UEFA przyznaje Anglikom rację. Rzeczywiście, miał miejsce rażący błąd sędziego, który miał bezpośredni wpływ na wynik meczu. Odsyła panią Kurtes z turnieju do domu i… po raz pierwszy w historii futbolu nakazuje powtórzenie spotkania od momentu źle zinterpretowanej przez arbitra sytuacji.

W czwartek obie drużyny znów stanęły przeciwko sobie w tych samych składach, a raczej na wprost norweskiej bramki, patrząc jak Williamson znów ustawia piłkę na jedenastym metrze (przyznała, że po decyzji UEFA nie spała z emocji przez 24 godziny). Po wykonaniu karnego dziewczyny spędziły na boisku jeszcze 65 sekund. Te minutę obejrzeli oprócz oficjeli obejrzeli tylko stadionowi stewardzi oraz przedstawiciele służb medycznych, którzy musieli się stawić w komplecie. Kibiców nie skusił nawet wstęp wolny.

Dzięki powtórce karnego reprezentacja Anglii pojedzie na finałowy turniej do Izraela, nie ostateczny wynik spotkania jest tu jednak istotny, ale groźny precedens, jaki właśnie stworzyła UEFA. Rażące błędy sędziego, mające bezpośredni wpływ na wynik meczu zdarzają się przecież co chwila. W meczach o stawkę wielką i całkiem małą, w futbolu klubowym i reprezentacyjnym. UEFA, zgadzając się na powtórzenie karnego i feralnych 18 sekund, otwiera Puszkę Pandory, mogącą wprowadzić do futbolu gigantyczny chaos.

Jeśli powtarzać mecz ME kobiet do 19 lat, to dlaczego nie powtórzyć najbliższego spotkania Ligi Mistrzów między PSG a Barceloną, o ile sędzia skrzywdzi którąś z drużyn? Albo każdy kolejny mecz przegrany przez drużynę Jose Mourinho, obecną i przyszłe, bo nikt lepiej od Portugalczyka nie potrafi wypunktować błędów arbitra, o czym najboleśniej przekonał się Szwed Anders Frisk.

Od której minuty powtarzać takie mecze jak Austria – Polska z grupowej fazy Euro 2008, po którym premier Donaldem Tuskiem chciał dusić Howarda Webba? Od 30. w której Roger Guerreiro zdobył dla nas gola ze spalonego, czy 93. gdy Anglik niesłusznie dopatrzył się faulu Mariusza Lewandowskiego na Sebastianie Prödlu? Czy takie dylematy narzuci sobie teraz UEFA?

Kobiece drużyny Anglii i Norwegii szczęśliwie stacjonowały w Belfaście, po absurdalnej decyzji UEFA wystarczyło więc tylko wsiąść do autokaru i ruszyć na stadion. Co jednak, kiedy ewentualne pozytywne apelacje skrzywdzonych zastaną obie drużyny czy reprezentacje w swoich miastach i krajach? Czy na 18 sekund przybędą znów do miejsca rażących błędów sędziego?

Oczywiście, każdy z nas na gotową listę meczów, które czysta sprawiedliwość nakazywałaby powtórzyć, choćby dwa mecze Korei Południowej, z Włochami i Hiszpanią, na mundialu w 2002 roku. Jedni do dziś przeklinają Toma Henninga Ovrebo, inni Massimo Busaccę, jeszcze inni Marcusa Mercka. Nie popadajmy w paranoję. Lepiej zostać przy tym, że piłka nożna to gra błędów, także tych sędziowskich. Nie psujmy futbolu. On jest rzeczywiście okrutny, ale wolę liczyć, że skoro dziś dla nas, to pewnie jutro dla naszych rywali…

Feralny karny 18 sekund przed końcem meczu Norwegia - Anglia

 

Porażająca niekompetencja Legii. Porażająca bezduszność UEFA

Legia wyrzucona z Ligi Mistrzów: Scena Zbrodni

Scena zbroni

Jestem porażony wywaleniem Legii z Ligi Mistrzów. Trzema rzeczami. Po pierwsze niekompetencją i amatorszczyzną działaczy Legii, którzy dopuścili do błędu. I tego, że zapłacą za niego piłkarze, którzy zagrali może najlepszy dwumecz w swoich karierach i przepada im historyczna szansa gry w Champions League, która może nigdy się nie powtórzy. Kaca giganta będą mieli kibice, pozbawieni emocji, na które czekają 19 lat. I my, media, bo jak teraz jarać się walką o Ligę Europy? Oczywiście najwięcej zapłaci sam klub, który pozbawił się ligomistrzowskiej fortuny. Ucierpiał na tym cały polski futbol, bo przecież tu głównie wydawałaby Legia. Do tego dochodzi podła atmosfera w klubie spowodowana poszukaniem „kozła ofiarnego” (choć tym zajęli się kibice, przeważnie ci nie związani z Legią, jak to zwykle bywa najlepiej wiedzący kto powinien stracić głowę). Oczywiście to jest kompromitacja. Być może największa w historii polskiego futbolu klubowego. Na takie coś nie pozwalają sobie nawet europejskie średniaki, o Barcelonach, Realach, Manchesterach nie wspominając. W przeciwieństwie do Antka Bugajskiego (nazywającego całą sprawę Samogwałtem Legii) nie domagam się dymisji prezesa Leśnodorskiego ani nie jest moim zadaniem pokazywanie mu, czują głowę ściąć. O sam dla własnego dobra i klubu, którego jest współwłaścicielem musi odpowiedzieć sobie na pytanie, na których stanowiskach brakuje sprawdzonych profesjonalistów, zawodowców, menedżerów. Czy również i nie na stanowisku prezesa…

Ale po drugie porażony jestem i urzędniczą bezdusznością działaczy UEFA. Tego, że w ogóle nie wzięli pod uwagę okoliczności przewinienia Legii. Bartek Bereszyński nie powinien był wejść na te fatalne trzy minuty, ale to były tylko cholerne trzy minuty! Bereś kompletnie nie zaistniał w tym dwumeczu, w najmniejszy sposób nie wpłynął na wynik. Decyzja UEFA jest niezgodna z duchem sportu, o czym piszą w nawet w Glasgow (niekoniecznie tej rangersowej). Jeśli tak stanowią przepisy UEFA to znaczy, że są to przepisy bezduszne, niesprawiedliwe i szkodzące wizerunkowi tej pięknej gry. Każdy przypadek powinien być analizowany indywidualnie, a nie z rozdzielnika. To jakby sąd na 150 lat za kratami skazał złodziejskiego finansistę Madoff’a, który zgrandził miliardy i złodzieja batonika z supermarketu.

Nie chcę oskarżać działaczy UEFA o stronniczość, ale zastanawiam się na ile tak surowa, niewspółmierna do win kara to efekt tego, że wpadce Legii zyskuje Celtic, wyspiarski klub z wieloletnią tradycją, regularny uczestnik Ligi Mistrzów. Wszak będący w tej samej sytuacji co Szkoci, bułgarski Litex Łowecz został odesłany z kwitkiem, gdy domagał się walkowera dla Debreczynu, w którego barwach zagrał węgierski Bereszyński. Inna rzecz, że Legia nie ma w UEFA renomy prymusa. To raczej klasowy łobuz, z którym zawsze były problemy, niepokorny, co rusz prowokujący, co rusz przekraczający granicę, nieustannie grający na nerwach wychowawcy. Teraz gdy od jego wsparcia na radzie pedagogicznej zależały losy promocji łobuza, ten nie zastosował żadnej taryfy ulgowej. Mało tego, jeszcze zesłał do „kozy”, czyli Kazachstanu…

Przez ostatnich 18 lat kolejni mistrzowie Polski co rok odbijali się od Ligi Mistrzów, w mniej lub bardziej przykrych okolicznościach. To odbicie przejdzie niestety do niechlubnej historii i jeszcze długo będzie się nam nieprzyjemnie odbijać…

Legia wyrzucona z Ligi Mistrzów 

Niech UEFA ukarze Legię grzywną zamiast walkowerem!

Legia - Celtic

Nie mam pretensji do władz Celticu Glasgow, że po wyłapaniu błędu Legii domagają się walkowera i szukają okazji do awansu przy zielonym stoliku. Choć wolałbym, żeby po kompromitującej porażce 1:6 w dwumeczu siedziały cicho, to ich obowiązkiem jest walczyć o Ligę Mistrzów każdymi możliwymi środkami, zwłaszcza, że przepisy są po ich stronie. Awans to równowartość 35 milionów złotych, czy którykolwiek polski klub machnąłby ręką w identycznym przypadku? A jeśli tak, co powiedzieliby jego kibice?

Mam jednak nadzieję, że UEFA wydając werdykt w tej sprawie weźmie pod uwagę okoliczności i podejmie decyzję zgodną z duchem sportu, a nie bezduszną, sprawdzając po prostu odpowiedni paragraf w rozdzielniku. Bereszyński zagrał w całym dwumeczu trzy minuty. Wszedł przy 6:1, gdy losy awansu były już rozstrzygnięte. Nie miał wpływu na wynik, nie zdobył decydującej bramki, nie zanotował asysty. W dwumeczu nie zaistniał. Nie apeluję do UEFA o zamiecenie sprawy pod dywan. Było przewinienie, niech będzie kara, ale adekwatna do winy. Zamiast walkowera, która da absolutnie sprzeczny z duchem sportu awans Celtikowi – grzywnę. Zwłaszcza, że były już podobne precedensy. W 2010 roku UEFA ukarała Debreczyn grzywną 15 tys. euro za występ nieuprawnionego zawodnika w meczu 4. rundy eliminacji Ligi Europy z Liteksem Łowecz. Węgier też został wpuszczony w doliczonym czasie gry, gdy jego drużyna prowadziła 4:1, a losy awansu były przypieczętowane. Bułgarzy domagali się wówczas wykluczenia Debreczynu z rozgrywek, ale

Komitet Dyscyplinarny UEFA odrzucił ich żądania. Podobnie i w przypadku Legii wykluczenie jej byłoby niewspółmierne do winy. Mam nadzieję, że UEFA nie przyjmie innej optyki, bo chodzi nie o bułgarski Litex, ale wielki, szkocki klub z tradycjami.