Efekt Neymara, czyli kiedy zastrajkuje Rymaniak

DembeleWidmo krąży po Europie. Widmo strajków piłkarzy. Próbujących wymóc na klubach zgodę na transfer tam, gdzie lepiej zarobią, albo – o ile im wierzyć – spełnią sportowe marzenia. Strajkuje 20-letnia nadzieja futbolu, Ousmane Dembele, bo chce, żeby Borussia Dortmund puściła go do Barcelony. Z twego samego powodu pogotowie strajkowe ogłosił Brazylijczyk Philippe Coutinho z Liverpoolu. Strajkuje Geoffrey Kondogbia, który chce wymusić zgodę Interu Mediolan na transfer do Valencii. W gotowości są Virgil van Dijk, Ross Barkley i Danny Drinkwater. Diego Costa nie chce wrócić z Brazylii do rezerw Chelsea, czeka na zgodę na odejście do Atletico Madryt.

Przewiduję, że to nie ostatnie takie konfrontacje na linii zawodnik – obecny klub w tym sezonie. Wszystkiemu winien efekt motyla, który wywołał transfer Neymara do PSG. Wg popkulturowej interpretacji teorii chaosu deterministycznego Edwarda Lorenza trzepot skrzydeł motyla na Filipinach może po paru dniach doprowadzić do huraganu na Florydzie. Transfer Neymara za 222 mln euro był trzepotem motyla wielkości przeciwników Godzilli i może doprowadzić do tego, że… za jakiś czas zastrajkuje Bartosz Rymaniak, bo Korona Kielce nie będzie chciała dać mu odejść z Ekstraklasy (panie Bartku, gratulacje za postawę w tym sezonie!). Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Trudno mieć pretensje do Barcelony, że chce ściągnąć do siebie Dembele i Coutinho, nie za darmo przecież, ale też stara się żeby sumy nie były przesadnie absurdalne. Siłą – reaktywując klauzulę – odebrano jej gwiazdora, więc stara się go godnie zastąpić. Kluby z kolei wiedzą, że Barca jest na musiku i to wykorzystują. Wiedzą jak dużo kosztował PSG Neymar więc same windują cenę pod niebiosa. Choć Barca oferuje po 100 mln, chcą jeszcze sporego ogonka. Najlepiej między 20 a 30 mln.

I do nich trudno mieć o to pretensje. Zwłaszcza, że wszystko dzieje się w ostatniej chwili, gdy sezon już się zaczął (Liverpool) lub właśnie zaczyna (Borussia). Koncepcje na ustawienie, taktykę, rotację trenerzy Peter Bosz i Juergen Klopp muszą wyrzucić do kosza i na gwałt szukać następców dla kluczowych piłkarzy. Nie będzie to łatwe bez względu na ostateczną wysokość odstępnego jaką wycisną z Barcelony.

Raz że ciężko w trakcie sezonu bezkolizyjnie wpasować do drużyny nową, kluczową postać. Poza tym nawet jeśli obaj szkoleniowcy mają już w notesach te wymarzone nazwiska, trudno je będzie wyciągnąć z obecnych klubów. Dokładnie z tych samych powodów, dla których Barcy jest trudno wyciągnąć Dembele i Coutinho. Bo sezon już trwa, bo wiedzą jak wielką kasę zgarnęły oba kluby, bo same będą miały problem ze znalezieniem następców…

Niewykluczone więc, że do strajków będą się uciekać kolejni zawodnicy, marzący o grze w Borussii lub Liverpoolu. Ten ostatni już od dłuższego czasu ma analogiczny problem ze sprowadzeniem van Dijka. I tak dalej, i tak dalej, niczym w efekcie domina, aż… dojdziemy do Rymaniaka. Korona też nie będzie się palić żeby go oddać… (panie Bartku, gratulacje raz jeszcze i kolejnych „jedenastek kolejki”!).

Efekt Neymara” może doprowadzić także do skrócenia okna transferowego w europejskich ligach. Już głośno mówią o tym kluby Premier League, rozsierdzone że ich kadry przechodzą rewolucje już po rozpoczęciu sezonu. Dziś jak wiadomo okno zatrzaskuje się o północy z 31 sierpnia na 1 września. Kluby wolą, żeby transfery zamierały w dniu rozpoczęcia rozgrywek.

Zamknięcie okna przed startem sezonu to banalna decyzja, która sprzyja każdemu. Nie byłoby nonsensu z deadline-day, nie byłoby zmartwień o przyszłość piłkarzy, nieustannego przesiadywania na telefonie, strachu, że coś się nagle rozleci, albo że trzeba będzie kupować w panice” – argumentuje na łamach „The Telegraph” Jason Burt.

Problem polega na tym, że o ile angielskie kluby mogą umówić się na zaniechanie transakcji po tej dacie, to ich zawodników nadal będą mogły przecież kupować te drużyny z Europy, gdzie okno będzie trwało na dotychczasowych zasadach. Np nie powstrzymałoby to Barcelony przed wydarciem z Liverpoolu Coutinho. Ciężko zaś byłoby tak się dostroić, żeby cały Kontynent zaczynał sezon w tym samym terminie.

Ciekaw jestem czy znajdzie się pierwszy klub, który nie ulegnie szantażowi gwiazdy i kosztem osłabienia kadry, ześle ją do rezerw, na długie tygodnie lub miesiące? Dotąd kluby raczej pozwalały piłkarzowi postawić na swoim, w myśl zasady że „z niewolnika nie ma pracownika”.

Borussia wygląda na mocno zdeterminowaną. Na razie zawiesiła odmawiającego treningów Dembele na czas nieograniczony. Jeśli zarząd Barcelony nie ulegnie i nie zaproponuje za Francuza tyle, ile chce BVB, jak długo ta ostatnia będzie w stanie trzymać piłkarza w zawieszeniu? Zwłaszcza, że im gorzej zacznie sezon (a ma sporo kontuzjowanych, w tym kluczowych graczy jak Marco Reus czy Andre Schurrle) tym presja będzie większa.

Ale – jak słusznie zauważył w dyskusji na Twitterze Tomasz Urban, jeśli BVB ulegnie i dla świętego spokoju sprzeda Dembele na warunkach Barcy, to czy za chwilę Aubameyangowi przyjdzie do głowy, że strajk to słuszna droga?

 

Dlaczego Katar potrzebuje Neymara

Neymar w PSGW najsłynniejszym transferze świata, jak już chyba możemy nazywać „wrogie przejęcie” Neymara przez PSG, najciekawsze są odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Brazylijczyk odchodzi z takiego klubu jak Barcelona do takiego jak wicemistrz Francji? Oraz dlaczego katarski właściciel francuskiego klubu, Nasser Al-Khelaifi wykłada tę bajońską kwotę.

Oczywiście ciekawych pytań jest więcej. Np. dlaczego zarząd Barcelony przedłużając rok temu kontrakt z jedną z największych gwiazd futbolu naszych czasów ustalił klauzulę wykupu w wysokości 222 mln euro, a nie równie absurdalnej ale o wiele bardziej odstraszającej 555 mln?

Być może żadna kwota nie odstraszyłaby Katarczyków, którym Neymar jest potrzebny przede wszystkim z powodów politycznych, o czym za chwilę. Ale pół miliarda byłoby zdecydowanie bardziej spektakularne. Obecna kwota szokuje tylko do momentu, gdy przypomnimy ile za o wiele mniejsze gwiazdy płacą kluby Premier League, choćby MU za Romelu Lukaku, a Real Madryt oferuje za Kyliana Mbappe.

Oczywiście Neymar nie przenosi się do PSG z powodów sportowych. Gdyby kierował się chęcią zdobywania najważniejszych trofeów, drużynowych czy indywidualnych, zostałby mu oprócz Barcy praktycznie tylko jeden klub na świecie – największego rywala.

Krąży hipoteza, że motywuje go chęć wyjścia z cienia Leo Messiego i zostania niekwestionowanym liderem drużyny. Naprawdę wierzycie, że dała mu do myślenia słynna sentencja Juliusza Cezara, który wg Plutarcha przechodząc przez jakąś wioskę w Alpach drodze do Galii, miał stwierdzić, że „wolałby być pierwszym człowiekiem tutaj niż drugim w Rzymie”?

Ktoś na Twitterze napisał, że ten transfer to jakby odejść z Beatelsów do The Monkees. Z tym, że ktoś taki na pewno nie zacząłby zarabiać w nowy zespole tyle co Lennon i McCartney. A Neymarowi, co roku wymienianemu jako kandydat do Złotej Piłki obok Messiego i Cristiano Ronaldo, transfer do PSG pozwoli wreszcie zrównać się z nie tylko sławą ale i zarobkami (30 mln euro za sezon, przez pięć lat, na rękę, podatkiem zajmie się klub).

Tak naprawdę Brazylijczyk podjął więc identyczną decyzję jak ci piłkarze, którzy przenoszą się do ligi chińskiej. I trudno mieć do niego pretensje, że chce przyjąć fortunę, którą mu wciskają szejkowie. I jeszcze dorzucą 100 mln dla taty. Chciwość, pazerność? Już w Barcelonie zarabiał porządne pieniądze (a jego ojciec właśnie czeka na 36 mln z tytułu… przedłużenia ubiegłorocznego kontraktu)?

Rozśmieszył mnie argument usłyszany w telewizyjnej dyskusji we Francji gdzie akurat jestem, że kariera piłkarza trwa do 35. roku życia, Neymar musi więc zabezpieczyć się na czas kiedy już nie będzie zarabiać. Faktycznie dzięki tym dodatkowym 200 milionom być może nie będzie musiał dorabiać na emeryturze…

Równie ciekawa jest odpowiedź na pytanie dlaczego Nasser Al-Khelaifi, właściciel PSG i Qatar Sports Investments bije transferowy rekord, narażając się na śledztwo UEFA ws Finansowego Fair Play, inwektywy prezesa LA Liga i ostracyzm? Przecież nie wyłącznie po to, by „sprowadzić na Parc des Princes trofeum Ligi Mistrzów”. Zwłaszcza że transfer nawet Neymara nie daje żadnych gwarancji.

O wiele ważniejsze są kwestie wizerunkowe. Katar jest w tej chwili w stanie zimnej wojny ze swoimi sąsiadami. Na początku czerwca Arabia Saudyjska, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Egipt zerwały z nim stosunki dyplomatyczne i zablokowały połączenia lotnicze, morskie oraz lądowe. Oskarżają Katar o wspieranie islamskiego terroryzmu, a zwłaszcza jego stację telewizyjną, Al-Jaazira i domagają się jej zamknięcia. Żądają też m.in. zerwania stosunków z Iranem, współpracy wojskowej z Turcją.

Rząd Kataru uznaje te oskarżenia za bezpodstawne, a żądania za niemożliwe do zaakceptowania, bo naruszające jego suwerenność. Odpowiedział postulatami umiędzynarodowienia świętych meczetów w Mekce i Medynie, co w Arabii Saudyjskiej przyjęto jako deklaracja wojny przeciwko królestwu. Konflikt zbrojny wisi w powietrzu.

Z czasem do bojkotu dołączyły Jemen, Libia i Malediwy. W jego efekcie import Kataru spadł aż o 40 procent, a w kraju zabrakło żywności. Trafia tam wyłącznie z Turcji i Iranu przez co stała się bardzo droga. Samoloty linii Qatar Airways muszą zaś latać do Europy naokoło przez Iran i Turcję. Kiedy więc pojawiły się informacje, że Neymar leci z Dubaju do Dauchy na testy medyczne, znający temat wiedzieli, że to tzw fakenews, bo ruch lotniczy z Dubaju do stolicy Kataru obecnie nie istnieje.

Kryzys w KatarzeWrogowie Kataru wiedzą, że najbardziej zaboli, jeśli uderzą w mundialowe aspiracje emiratu. Na razie blokada spowolniła budowę stadionów, ale gorsze są straty wizerunkowe.

Transfer Neymara – najsilniejszego marketingowo sportowca poniżej 30. roku życia – i uczynienie z niego ambasadora mistrzostw świata w 2022 pozwolą przerwać ten impas (a przy okazji pozwoli PSG obejść Finansowe Fair Play UEFA). Katar wydał jak dotąd na zdobycie mundialu i przygotowania 17 miliardów euro, czymże jest wydatek 222 mln na promocję dla jednego z trójki najlepszych piłkarzy świata?

Jego zadaniem będzie ocieplenie wizerunku gospodarza turnieju nie tylko w kontekście obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej. Ale także oskarżeń o nieludzkie traktowanie robotników pracujących przy stadionach, o korupcję w walce o organizację turnieju i wszystkie brudy jakie przyniósł 430-stronicowy raport prokuratora Michaela Garcii dla FIFA. Stąd niektórzy otwarcie nazywają transfer Neymara „najbardziej politycznym w historii futbolu”.

Neymar Junior i Neymar Senior 

Nie widać końca transferowego szaleństwa

Neymar i PiqueTrwa najbardziej wariackie okro transferowe w historii futbolu. Właściciele klubów przypominają owładniętego manią gracza w kasynie, pchającego na środek stołu górę żetonów, zza której ledwo go widać. Ledwo rozpętała się afera z aktywacją przez PSG klauzuli wykupu Neymara z Barcelony w wysokości 222 mln euro, a już musimy otrząsać się po informacji, że Real Madryt zgadza się zapłacić 180 mln za Kyliana Mbappe.

Swoją drogą jeśli „królewscy” gotowi są tyle wyłożyć na 18-latka mającego za sobą świetny sezon, ale dopiero pierwszy w zawodowym futbolu, to ile powinien kosztować kapitan reprezentacji Brazylii, triumfator Ligi Mistrzów i już sprawdzona marketingowa maszyna do zarabiania pieniędzy?

Zaczadzone szalonymi kwotami media zamiast analizować sens wydawania takich 180 mln na nastolatka, który jeszcze w styczniu wg Transfermarkt.de był wart 10 mln, licytują się przeliczaniem co można by za to kupić. Hiszpańska „Marca” informuje, że Mbappe jest wart tle, co dwa obrazy Muncha „Krzyk”, 1800 nocy w najdroższym hotelu świata i lot na księżyc. Wg „L’Equipe” starczyłoby na 704 000 konsol PlayStation, 110 000 iMaców czy pięć modeli Ferrari 250 GTO, a szacowny „The Times”, że na 64 modele Bugatti Chiron, dwa startujące pionowo jednosilnikowe myśliwce wielozadaniowe piątej generacji F-35B, 1112-letnią miesięczną pensję premier Theresy May i 100 mln kopii „Timesa”. Fascynujące.

Szaleństwo potęguje chaos informacyjny, plotki i spekulacje mieszają się z prawdziwymi wiadomościami, te z ewidentnymi fake-newsami. Poraża bierność klubów. Barcelona milczy, nie wydaje oświadczenia np. ustami swego prezydenta, że „Neymar nigdzie nie odejdzie, kocha klub, a my potrafimy przekonać go do pozostania” albo „niestety PSG aktywowało klauzulę, nic nie możemy zrobić, ale jesteśmy gotowi ściągnąć za te pieniądze godnych zastępców”.

Zamiast tego kibice żyją przez kilka dni tweetem Gerarda Pique, który publikuje swoje zdjęcie Neymara z zapewnieniem, że ten „Zostaje!” Obrońca Barcy od jakiegoś czasu zachowuje się jak nieformalny prezes klubu. Osobiście namówił na współpracę potężnego japońskiego sponsora, który wyparł z koszulek Blaugrany Qatar Airways. Skoro załatwia takie rzeczy, to może i ma decydujący głos w sprawie Neymara – mają prawo myśleć fani.

A jeszcze ostatnio, rozczarowany mediami Pique, zapowiedział stworzenie alternatywnego kanału komunikacyjnego, który pozwoli na bezpośredni kontakt między piłkarzami a fanami. – A nuż dokonał pierwszego aktu komunikacji po nowemu? – łamali sobie głowę ci ostatni.

W każdym razie to koniec sagi? Nic z tych rzeczy. Po dwóch dniach: buum! Pique usprawiedliwia się, że tylko wyraził własną opinię. Po prostu sam bardzo by chciał, żeby Brazylijczyk został w klubie, dlatego dał takie zdjęcie. Ale nic nie jest przesądzone. Głos musi zabrać sam Neymar.

Ciekawe jak przy takiej huśtawce nastrojów zachowywałyby się akcje Barcy na giełdzie, gdyby klub był tam notowany? Szły by w górę dzięki perspektywie zarobku 222 mln euro, czy leciały w dół z powodu utraty gwiazdy?

Jeśli PSG ostatecznie skusi Neymara „możliwością bycia liderem” oraz 150 mln euro za pięć lat kontraktu, nie licząc 100 mln euro dla taty oraz trudnych do wyceny udziały w sieci hoteli należących do właściciela paryskiego klubu, Nassera Al-Khelaifiego, zacznie się inne szaleństwo. A mianowicie próba sił między PSG i UEFA, której reguły Finansowego Fair Play Katarczycy muszą bezczelnie obejść, żeby sfinalizować transfer.

Wiadomo z grubsza jak to zrobią: firma Qatar Sports Investments, której szefem, tak się szczęśliwie składa, jest tenże sam Al-Khelaifi, podpisze z Brazylijczykiem umowę na promowanie mundialu w 2022 roku. Wartą – co za przypadek – 222 mln euro. Zawodnik wykupi za tę sumę swój kontrakt w Barcelonie i będzie mógł zupełnie rozpocząć karierę w Paryżu. PSG pozyska tym samym zawodnika zupełnie za darmo.

Pytanie czy UEFA pozwoli się tak ograć. Czy przymknie oko, nie chcąc wchodzić w konflikt z najprężniej inwestująca w futbol nacją świata? Czy też pójdzie na zwarcie, broniąc własnej zasady, że klubom nie wolno wydawać więcej niż wynoszą ich przychody? Bo jeśli ugnie się raz, wszystkie te zasady będzie można wyrzucić do kosza.

Jeśli nawet transfery Neymara i Mbappe nie dojdą do skutku, tylko trochę zmniejszy to szaleństwo transferowego okna. Napompowane fortuną z praw telewizyjnych na potęgę szastają kluby Premier League. Stoke wydaje na transfery więcej niż regularny półfinalista Ligi Mistrzów Atletico Madryt, a Manchester City aż za trzech zawodników zapłacił ponad 50 mln euro (Benjamin Mendy, Kyle Walker i Bernardo Silva). Na fali tej koniunktury Manchester United płaci za Romelu Lukaku 85 mln, Chelsea za Alvaro Moratę – 65 mln, obaj jeszcze niedawno kosztowaliby pewnie góra 30 mln.

Jak głos na puszczy brzmią deklaracje prezesa Bayernu Monachium, Uli Hoenessa który cenę jaką PSG chce zapłacić za Neymara nazwał oznakę słabości i oznajmił, że jego klub nie da wciągnąć w transferową spiralę. Nie będzie kupować piłkarzy za 150-200 mln euro, nie wyda też 80-100 mln na takie gwiazdy jak Marco Verratti czy Alexis Sanchez, których pensje muszą później oscylować w granicach 25 mln euro. Woli już przebudowywać zespół stawiając na młodych.

Że z takimi nabytkami jak Sebastian Rudy, Niklas Suele, Serge Gnabry czy Corentin Tolisso ciężko będzie odnieść sukces w europejskich pucharach? Hoeness nie ma złudzeń i przyznaje, że Bayern nie będzie stawiał sobie za cel wygrania Ligi Mistrzów, dopóki transferowe szaleństwo nie ustąpi. Trudno, trzeba przeczekać.

Kylian Mbappe i 180 milionów euro

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

Transferowy zawrót głowy: Szczęsny, Pazdan, Kuba, Ramos

Co prawda okno transferowe w europejskim futbolu uchyliło się dopiero w środę, ale tak naprawdę już od dawna trwa letnie szaleństwo wzmocnień (i osłabień), które tak kochają (gdy przychodzi gwiazda) lub nienawidzą (gdy gwiazdę zabiera mocniejszy) kibice.

Jedni jak Lech Poznań błyskawicznie, niemalże w tydzień skompletowali skład na nowy sezon, inni miotają się w panice, a przez media codziennie przelatują kolejne nazwiska: Roberto Firmino? Już go zgarnął Liverpool. Nathaniel Clyne? Też go dopadł Brendan Rodgers, który jeszcze w czerwcu podpisał kontrakty z sześcioma piłkarzami. Sergio Ramos? Nie chce go puścić Real Madryt. Na pytania o Garetha Bale’a, Cristiano Ronaldo i Rafaela Varane’a nawet nie odpowiada. Paul Pogba? Za nic nie wróci na Old Trafford. Thomas Mueller? Bayern chce 60 milionów euro, bo to mistrz świata. Harry Kane? Tottenham chce 60 mln ale funtów, bo to… Anglik. Dobrze, że chociaż zostaje David De Gea… De Gea: trenerze, musimy porozmawiać… – to opis popularnego mema o transferowej miotaninie Louisa van Gaala i Manchesteru United.

Jak co roku mamy odyseje transferowe, ciągnącą się tygodniami i szokujące zmiany barw. Dopiero co bulwersował Frank Lampard, ikona Chelsea przechodząc via Nowy Jork do Manchesteru City, tracąc prawdopodobnie szansę na pomnik przed Stamford Bridge. Dziś z „The Blues” odchodzi kolejny współtwórca wszystkich sukcesów od 2004, Petr Cech, który przeniósł się do lokalnego rywala. Nie dziwi mnie, że trener Arsenalu postanowił wykorzystać taką okazję i wyłożyć na czołowego bramkarza świata 11 mln funtów, mimo że David Ospina ma za sobą tak udany sezon. Dziwi mnie za to postawa Wojtka Szczęsnego, który witając Cecha na Facebooku przedstawił się w roli jego ucznia, a nie rywala. Mam nadzieję, że to tylko kurtuazja i dobre wychowanie.

Nie dziwi mnie, że Michał Pazdan wybrał Legię Warszawa, mimo ofert z klubów Bundesligi nie czekając na konkrety. Dla mnie to żaden strach przed podjęciem wyzwania, ani jak napisał w felietonie dla „Przeglądu” Dariusz Dziekanowski „chorobliwie niska samoocena Pazdana” ale racjonalna kalkulacja. Przychodzi do klubu, który zaliczył ogromne rozczarowanie, może nie jako zbawca, ale zdecydowanie wzmocnienie. Ma za sobą najlepszą rundę w karierze, wybrano go najlepszym obrońcą sezonu Ekstraklasy i kupiono aż za 700 tysięcy euro, co jest drugim najwyższym transferem między polskimi klubami, a więc wszelkie przesłanki, żeby stać się tu gwiazdą. Co bardzo mu się przyda w walce o miejsce w kadrze Polski na Euro 2016. Euro 2008 zaliczył bez ani jednej minuty gry, za rok może być podstawowym piłkarzem drużyny Adama Nawałki. A wówczas okazja przejścia do Bundesligi na pewno znów się pojawi.

Kosecki w SandhausenDziwi mnie za to decyzja Kuby Koseckiego, który zgodził się na wypożyczenie z Legii do SV Sandhausen, 12. drużyny ostatniego sezonu 2.Bundesligi. Nie pojmuję jego motywacji. To prawda, że ostatni sezon był dla niego fatalny, regularnie grzał ławę, więc zmiana klubu była logiczna. Ale dlaczego nie chciał odbudować się w Lechii Gdańsk, klubie z aspiracjami co najmniej na europejskie puchary, pięknym stadionem i niezłymi kolegami?

Dlaczego wybrał piłkarską prowincję? Przyznaję ze wstydem, że nazwę jego niemieckiego klubu usłyszałem po raz pierwszy. Gdyby jeszcze chodziło o klub z bogatą historią i aspiracjami na powrót do Bundesligi jak Kaiserslautern, TSV 1860 Monachium czy FC Nuernberg, ale Sandhausen nigdy nie grał w najwyższej klasie rozgrywek.

Dwa sezony temu walnie przyczynił się do zdobycia przez Legię mistrzostwa Polski, imponując na boisku zadziornością i nieustępliwością, co go na chwilę zaprowadziło aż do reprezentacji. Czy tym razem zabrakło mu nieustępliwości? Tłumaczę sobie, że pewnie koniecznie chciał wyjechać z Polski, mając dość internetowego hejtu swojej osoby, stylu życia, ubioru itp. Może uznał, że w Niemczech szybciej wróci z stron lajfstajlowych na sportowe?

 

Póki co na najciekawszą odyseję wyrasta przejście Sergio Ramosa z Realu do MU, zwłaszcza, że zależy od niego kolejny wielki transfer – przejście Davida de Gei w drugą stronę. Jedni widzą w tym brudną grę pazernego gwiazdora o podwyższenie kontraktu, drudzy frustrację niedocenianego piłkarza, który czuje się wypychany z klubu.

Dlaczego lider defensywy Realu od 10 lat, prawdopodobny kapitan po odejściu Ikera Casillasa, bez którego nie zdobyłby wyśnionej „Decimy”, czyli 10. Pucharu Europy, chce odchodzić z klubu? Ramos zarabia 6 mln euro rocznie, na Old Trafford oferują mu 12. Od Realu chciałby podwyżkę. Nie zaraz taką jak Cristiano Ronaldo, który zarabia czterokrotnie więcej, ale 10 mln euro jak Bale czy Karim Benzema. Na to nie chce się zgodzić prezes Florentino Perez. Prezes najbogatszego klubu świata oferuje Ramosowi 7 mln, tłumacząc, że tamci mają więcej, bo i klub więcej na nich zarabia z praw marketingowych. Jest to ten sam argument, który w swoim czasie usłyszał w Borussii Dortmund Robert Lewandowski, gdy czując się równie istotnym zawodnikiem dla klubu co Marco Reus czy Mario Goetze chciał mieć podobne zarobki. Władze BVB bardzo boleśnie żałowały później swej nieustępliwej postawy, nie mam wątpliwości, że i Perez pożałuje bardzo szybko.

Tymczasem transferowe zamieszanie dopiero się rozkręci. W środę UEFA uchyliła sankcje nałożone na Paris Saint-Germain za złamanie przepisów Finansowego Fair Play. Arabscy właściciele mistrza Francji nie ogranicza już limit 60 mln euro. Będą mogli wydać tyle ile chcą, i nic ich przed tym nie zatrzyma…

Sergio Ramos

Ile kosztował Neymar, czyli anatomia transferu

Afera z prawdziwą ceną, jaką FC Barcelona zapłaciła za Neymara, która zmiotła z funkcji prezydenta klubu Sandro Rosella jest arcyciekawa z bardzo wielu powodów. Np tego, że głośno było o niej w świecie jakby z urzędu rezygnował premier lub prezydent liczącego się państwa. Taka jest jednak globalna potęga futbolu, gdzie FIFA urasta do supermocarstwa dysponującego odpowiednikiem broni atomowej w postaci praw organizacji mistrzostw świata. Kiedy te prawa ostatnio rozdawała, do gabinetu Seppa Blattera pielgrzymowali prezydenci Putin, Obama i Książę Karol z Davidem Beckhamem, o pomniejszych politykach nie wspominając.

Niesamowite jest i to, że do upadku Rosella przyczynił się zwykły socio Barcelony, niejaki Jordi Cases, człowiek mający na Twitterze zaledwie 3 000 followerów. Nie spodobało mu się, że szczegóły transferu Neymara zostały ukryte za klauzulą poufności. Złożył skargę przed sądem, sugerując możliwość przywłaszczenia 40 mln euro. Prokuratura zareagowała natychmiast, domagając się od klubu przedstawienia wszelkich umów związanych z transferem brazylijskiego piłkarza. Rosell zrezygnował nim sąd zdążył rozpatrzeć sprawę, a jego następca, Josep Maria Bartomeu ujawnił na konferencji prasowej, że sprowadzenie brazylijskiej gwiazdy kosztowało tak naprawdę nie 57 mln euro ale 86 mln.

Szalenie ciekawe jest wyliczenie tego, co zrobiło 30 mln różnicę. Złożyły się na to:
@ zwyczajowa premia dla zawodnika za podpisanie kontraktu (10 mln euro)
@ zwyczajowa prowizja agenta
@ kwota za prawa marketingowe do wizerunku Neymara (zawarta z Neymar Sport Marketing Limited – 650 tys. rocznie)
@ umowa z ojcem Neymara, który zobowiązał się wyszukiwać talenty dla Barcelony (ukryta dodatkowa opłata dla rodziny gwiazdora – 330 tys. rocznie, Barca ma przecież wystarczająco sprawny skauting)
@ umowa między klubem Neymara, Santosem i Barceloną, na mocy której Katalończycy zapewnili sobie za 8 mln euro prawo pierwokupu trzech uzdolnionych młodych piłkarzy (rodzaj ukrytej dodatkowej opłaty za piłkarza, bo Barca ma wystarczająco dużo własnych uzdolnionych wychowanków)
@ umowa między fundacją Barcelony i fundacją piłkarza N&N (zawarta jeszcze w 2011 roku, kolejna ukryta opłata dla zawodnika, Barca zapłaciła już 10 mln euro, do zapłacenia jest jeszcze nieznana kwota)
@ dwa mecze towarzyskie między Barcą, a Santosem („El Mundo Deportivo” twierdzi, że z ich powodu do ceny piłkarza należy doliczyć jeszcze 9 mln euro, Barca twierdzi, że byłoby tak, gdyby mecze się nie odbyły).

A przecież dojdą jeszcze podatki od tych wszystkich operacji finansowych, ubezpieczenie zawodnika, jego pensja etc, etc

I tu dochodzimy do mechanizmu dzisiejszych transferów, co czyni sprawę najciekawszą. Właściwie każda z tych dodatkowych opłat jest dziś sprawą zupełnie normalną i na porządku dziennym. Przecież podawana w mediach kwota transferu zawodnika to nie jedyne pieniądze jakie płaci klub kupujący. Rzadko wypływają kwoty prowizji agentów, ale kiedy już tak się stanie robią piorunujące wrażenie. Zwłaszcza, gdy za transferem stoi Portugalczyk Jorge Mendes, który na transferze Cristiano Ronaldo z MU do Realu Madryt zarobił 10 mln euro, a za pilotowanie sprzedaży Radamela Falcao i Hulka skasował od FC Porto 20 mln.

Bez premii dla zawodnika za podpis (tzw. signing on fee) w ogóle do niego nie podchodź! Wie to każdy kto grał w Football Managera;) Taki np. Adnan Januzaj stał się ostatnio rekordzistą pod względem wysokości premii za podpis dla nastolatka – Manchester United zapłacił urodzonemu w Belgii reprezentantowi Kosowa 5 mln funtów. Kluby rywalizujące o pozyskanie zawodnika z innymi klubami, zwłaszcza tymi, których właścicielami są arabscy szejkowie lub rosyjscy oligarchowie często oferują dodatkowe bonusy (za określoną ilość występów, goli, asyst, sukcesy drużyny, awanse do Ligi Mistrzów lub Europy). Niczym wyjątkowym nie jest praca dla najbliższej rodziny (zwłaszcza, jeśli piłkarz jest młody i wskazane, żeby rodzice przenieśli się z nim na Stary Kontynent). Pracę może dostać ojciec czy syn. Pamiętam, że kiedy VfB Stuttgart bardzo chciał pozyskać Arkadiusza Milika, oferował pracę całej rodzinie z narzeczoną włącznie (tzn. oferował narzeczonej, a nie narzeczoną). Dodatkowa opłata w formie meczu? Legia sprzedając Łukasza Fabiańskiego zapewniła sobie wizytę Arsenalu na otwarcie nowego stadionu, Borussia Dortmund grała z Lechem Poznań, a teraz – choć nie było takiej konieczności – agenci Roberta Lewandowskiego zagwarantowali, że mecz towarzyski rozegra w Polsce w przyszłym sezonie Bayern Monachium (choć chyba nie z Lechem).

Ukrywanie prawdziwej kwoty transferu – choć go nie pochwalam – nie dziwi mnie. Brzydko jest kłamać, ale ujawnianie prawdy nie leży interesie żadnej ze stron. Chyba nikt z nas nie lubi chwalić się swoimi zarobkami, a już zwłaszcza piłkarze z Ameryki Południowej, którym później porywają członków rodziny. Natomiast władze klubu nie chcą, by wielgachna gaża lub podwyżka któregoś z zawodników zasiała ferment w szatni i obniżyła morale (casus Manuela Arboledy w Lechu), albo co gorsza sprawiła, że podwyżki zażądają pozostali. Z kolei niektórym piłkarzom mogłoby być przykro, że nowy kolega jest droższy od niego – „a właściwie dlaczego, skoro to ja jestem lepszy i bardziej popularny?” ;)
Dlatego słuchając kolejnej kwoty, jaką kolejny klub płaci za kolejnego zawodnika pamiętajcie, że waszym oczom ukazał się zaledwie wierzchołek góry lodowej…

Transfer Lewego to Meisterstück!

Szczerze nie rozumiem irytacji wielu internautów dopełnieniem się sagi transferowej Roberta Lewandowskiego. Proroctwami, że mu się nie powiedzie, że Bayern go okiwał, proroctwami, że „przez pięć lat kontraktu nie wstanie z ławki”, a przede wszystkim narzekaniu , że „Lewy wypada z każdej lodówki”. Gdy Cristiano Ronaldo czy David Beckham odchodzili z MU do Realu Madryt, też wypadali z każdej portugalskiej czy angielskiej lodówki. Czy się to komu podoba czy nie (nie pojmuję, dlaczego nie podoba?), po raz pierwszy w historii futbolu jesteśmy świadkami, że Najlepsza Aktualnie Drużyna Świata WZMACNIA SIĘ polskim piłkarzem. Nawet Zbigniew Boniek nie odchodził w 1982 do najlepszej drużyny świata, Juventus Turyn stał się nią dopiero z nim i Michelem Platinim w składzie. Również Real Madryt czy Manchester United nie były aktualnie najlepsze na świecie, gdy trafili tam Jerzy Dudek czy Tomek Kuszczak. Lewy trafia do Bayernu jako jeden z najlepszych piłkarzy świata, by pomóc Bawarczykom – co bardzo prawdopodobne – walczyć o trzeci triumf w Lidze Mistrzów z rzędu. Taki jest bowiem potencjał mistrzów Niemiec i taka wymowa transferu. Lewy będzie mógł współpracować z najlepszymi piłkarzami świata pod okiem największego trenerskiego nowatora od czasów Helenio Herrery czy Johana Cruyffa. Aż dreszcz mnie przechodzi, żeby przekonać się co tej współpracy wyniknie. Nie umiem się tym nie cieszyć i nie ekscytować.

Gigantyczne zarobki? To akurat normalne, że mogą irytować co poniektórych. Ale ich wysokość jest zupełnie normalna gdy chodzi o zawodnika tej klasy, w dodatku dostępnego za darmo. W ogóle sam transfer jest dla mnie prawdziwym majstersztykiem. A skoro obchodzimy dziś Święto Trzech Króli, to powiem, że dla mnie owymi królami są dziś: Bayern, Lewy i jego menedżer, Cezary Kucharski. Ten ostatni ma prawo czuć się dziś niczym Mojżesz, który przeprowadził swój naród z Egiptu, przez Morze Czerwone do Ziemi Obiecanej. Tak on poprowadził Lewego ze Znicza Pruszków, przez Lecha Poznań i Borussię Dortmund do Najlepszego Klubu Świata, za każdym razem kierując się po drodze tym co dla jego klienta najlepsze, odrzucając pokusy ofert lepszych finansowo, ale gorszych pod względem sportowym i dla rozwoju piłkarza. Wspólnie przetrzymali napierającą fali morza krytyki (zwłaszcza ze strony władz BVB i dyżurnych hejterów) po ubiegłorocznej decyzji o odejściu z klubu do Bayernu właśnie. Robert postanowił nie odchodzić do innej ligi, co pasowałoby Borussii, ale odczekać do końca kontraktu, jednocześnie jednak dawał z siebie wszystko na boisku i był lojalny do tego stopnia, że dziś żaden mało który kibic planuje gwizdać na niego jak na Mario Goetze, największy serwis kibiców BVB zaapelował wręcz o gorące pożegnanie Polaka: „Zawdzięczamy Robertowi Lewandowskiemu bardzo wiele. Nie stawiajmy go w jednym szeregu z Goetzem”. Władze BVB i trener Juergen Klopp rozumieją i akceptują decyzję Polaka (prezes Watzke przekonuje, że w przeciwieństwie do Goetze tu „od strony formalnej wszystko przebiegło bez zarzutu”. Nikt w Dortmundzie nie traktuje Polaka jak Judasza. Mało tego, wiedząc, że po sezonie odejdzie do Bayernu, dano mu w Borussii znaczną podwyżkę!

W końcówce Lewy i jego sztab okazali się lojalni także wobec przyszłego pracodawcy, odrzucając „niemoralną propozycję” Realu Madryt (niemoralnie wysoką) – 81 mln euro dla piłkarza za 6-letni kontrakt. Może i Lewandowski był już związany (pisemnie czy ustnie) z Bayernem, ale nie ma takich pieniędzy, których Real nie zapłaciłby za przekonanie obu stron do odstąpienia od umowy.

Mistrzowskiego transferu dokonał Bayern pozyskując za darmo gwiazdę swego największego konkurenta. To zresztą stara metoda Bawarczyków – osłabiania rywali jak nie tak dawno Bayer Leverskusen, z którego przyszli Michael Ballack, Ze Roberto czy Lucio czy Schalke któremu wrogo odebrał Manuela Neuera – można ją krytykować ale trudno odmówić skuteczności. Swoją drogą o ile dla Bundesligi dobrą wiadomością jest to, że Lewandowski zostaje w Niemczech, o tyle wybór klubu bardzo złą, bo przyczyni się do jeszcze pogłębienia przepaści między Bayernem a resztą ligi i nie pozostanie bez wpływu na jej atrakcyjność.

Lewy, Uli Hoeness i Karl-Heinz Rummenige po finale Lig Mistrzów w Londynie. Po wyrazie twarzy Hoenessa widać, że wszystko już dogadane i dopięte;)

Więc właściwie nie ma znaczenia czy był przy tym „pionkiem w grze interesów Bayernu” jak twierdzi Sueddeutche Zeitung. Ani czy „obserwowaliśmy transfer niezwykle niepokojący, korupcjogenny i niewątpliwie przeprowadzony z pogwałceniem przepisów FIFA” – jak w ciekawym wpisie na weszlo.com sugeruje Krzysztof Stanowski (to prawda, że o transferze wszyscy wiedzieliśmy od dawna – pierwszy poinformował o tym agent byłego trenera Bayernu, Juppa Heynckesa, Zibi Boniek twierdzi, że od pięciu miesięcy, Sir Alex Ferguson już w maju 2013 narzekał, że Lewandowski nie dla MU, bo będzie grał w Bayernie. Jednak „pogwałcenie przepisów FIFA” udowodnić będzie niezwykle trudno, zwłaszcza, że żadnych zastrzeżeń nie zgłasza Borussia i nie czuje się poszkodowaną stroną).

Końcowy efekt jest taki, że Robert będzie grał tam gdzie chciał grać gdzieś już od 2012 roku. Spełni swoje marzenia. Finansowo wchodzi zaś do światowej Ekstraklasy. Być może dostałby troszkę więcej gdzieś indziej, w Realu albo Chelsea, gdyby jego agenci negocjowali agresywnie doprowadzając do licytacji czołowych klubów świata. Ale akurat pieniądze nigdy nie były dla niego priorytetem, w przeciwnym razie zamiast do Borussii poszedłby do ligi tureckiej czy rosyjskiej. Bayern to obecnie na tak atrakcyjny projekt, że nie zdziwiłbym się gdyby pragnący coś osiągnąć w futbolu piłkarze dopłacali, żeby być jego częścią.

Słowem, Lewandowski dopiął swego. I że zrobił to – jak śpiewał Frank Sinatra – „po swojemu”.

I planned each charted course, each careful step along the highway.
And more, much more than this, I did it my way
https://www.youtube.com/watch?v=xgLTCb4WDDs

Toksyczne transfery (werdykt)

Bardzo się cieszę, że wpadliście na tyle fajnych pomysłów na toksyczne transfery lub te niedokonane. Ponieważ bardzo lubię historię alternatywną (jedna z moich ulubionych powieści to Człowieku z Wysokiego Zamku Philipa K. Dicka o tym jak Niemcy i Japonia po wygraniu II Wojnie Światowej podzieliły świat między siebie) bardzo podobała mi się wizja Znachora co by było gdyby Wayne Rooney jednak przeszedł do City. Podobnie jak spekulacje Yakaarta czy gdyby Marek Citko jednak przeszedł do Blackburn, czy stałby się kimś na miarę Roberta Lewandowskiego. Z kolei Miku92 zastanawia się czym skończyłby się transfer do Blackburn Wielkiego Zizou. Może dobrze, że nigdy się nie dowiemy;)
Pablo89 i Grmli ciekawie napisali o jakże opłakanym w skutkach transferze Kaki do Realu, nad którym sam bardzo boleję, bo był to jeden z najlepszych piłkarzy jakich podziwiałem. O równie smutnym sprowadzeniu do Manchesteru United Dymitara Berbatowa, krzywdzącym dla obu stron, napisali z kolei Samuelikson i cośmniejnizklub. Z kolei Krzysiek wytknął zaś Sir Aleksowi ściągnięcie na Old Trafford „bezdomnego” Bebe, co rzuciło cień na transferową maestrię legendarnego trenera. Dexter fajnie napisał o Michaelu Owenie, który gdyby może jednak został w LFC, byłby dziś taką legendą jak Steven Gerrard
Specjalne wyróżnienie dla Adriana, który opisując najbardziej niedokonany transfer lata, dając przy okazji pstryczka w nos, nam dziennikarzom. Przyjmuję z pokorą;)
Miałem problem z oceną ciekawej, zahaczającej o mitologię i będącej zarazem sfinksową zagadką notki Kuby Machowiny, który wygrał już na moim blogu kilka konkursów. No ale, Kuba, w puencie opisywany przez ciebie transfer nie okazał się wszak ani najgłupszym, ani przepłaconym, ani bezsensownym, choć nie wszyscy kibice Realu potrafili to docenić…

Pierwsze miejsce w konkursie i nagrodę postanowiłem przyznać mnichalowi za opowieść o transferze do którego nie doszło pół wieku temu, dzięki czemu Real Madryt może dziś co sezon śnić o Decimie, czyli 10. Pucharze Europy. Czy na Santiago Bernabeu dowiezie go Carlo Ancelotti? Nagradzam mnichala także za wartość artystyczną notki. Brawo i poproszę o mejla z adresem! Gratuluję wszystkim inwencji i dziękuję za wspólną zabawę, na pewno nie ostatnią!

A oto zwycięska notka:

Z roku na rok właściciele bogatych klubów prześcigają się kto więcej wyda w okienku transferowym – „28 milionów! 40! Ja dam 45 i napastnika!”. Wydawać by się mogło, że pieniądze te zaczynają znaczyć coś więcej niż sport sam w sobie. Dolary, euro, funty zaczynają przyćmiewać poświęcenie, wolę walki, determinację – to co w piłce najpiękniejsze. Liczy się tylko wszechobecny marketing. Dlatego chciałbym zabrać Was – czytelników – zabrać w podróż w czasie, w przeszłość, kiedy futbol był czymś w rodzaju ucieczki od trudnego życia codziennego, od biedy, od konfliktów międzynarodowych, do czasów gdy sport jednoczył, a nie dzielił.
Mamy rok 1953. Po kolumbijskich boiskach, w drużynie „Los Millonarios”, biega Argentyńczyk, niejaki Alfredo di Stefano. Mało tego, że biega to panuje nad piłką jak mało kto, jest szybki, a do tego seryjnie dziurawi siatki w bramce rywali, czym rozpala wyobraźnię wielkich europejskich firm z Barceloną i Realem Madryt na czele. Jeden z większych pojedynków pomiędzy tymi dwoma klubami nie odbył się na boisku, ale na papierze, w walce o „Blond Strzałę” jak już wtedy nazywano di Stefano. Początkowo Alfredo wybrał Barcelonę, która dogadała się z jego pierwszym klubem – River Plate – przelewając na jej konto 2 miliony peset, jednak Real, któremu przewodził legendarny Santiago Bernabeu, nie mógł się pogodzić z wizją oddania jednego z najlepszych piłkarzy globu do ligowego rywala bez podjęcia jakiejkolwiek walki. Dlatego też prezes Realu udaje się w podróż do Kolumbii, gdzie zauroczył się jeszcze bardziej w grze młodziana. Zaoferował 3 miliony peset obecnemu pracodawcy di Stefano – Los Millonarios. Konflikt pomiędzy klubami rozgorzał na dobre. Pozyskanie Argentyńczyka stało się kwestią honoru. Brak porozumienia zaowocował przekazaniem sprawy w ręce hiszpańskiej federacji piłkarskiej. Ta z kolei wydała iście salomonową decyzję – piłkarz dwa lata będzie grał dla klubu ze stolicy, a kolejne dwa spędzi w stolicy Katalonii. Pierwsze lata przypadły Realowi co nie spodobało się włodarzom Barcelony, która natychmiast oprotestowała wydaną decyzję. Mimo wszystko Alfredo di Stefano zaczął występować w Madrycie, gdzie w pierwszych meczach spisywał się, co tu dużo mówić, fatalnie. Zniechęcona (i zapewne pouczona przez generała Franco) Barcelona wycofała się z pozyskania piłkarza. Kilka dni po tym wydarzeniu obie drużyny starły się w bezpośrednim pojedynku. Real rozgromił przeciwnika aż 5:0, a „przebudzony” di Stefano trafił do bramki rywala trzykrotnie! Tak rozpoczęła się jedna ze złotych er w dziejach „Królewskich”, którzy w następnych latach pięć(!) razy w rzędu (!!) wygrali europejski Puchar Mistrzów, w dużej mierze dzięki „Blond Strzale” z Argentyny. Mało tego, na krajowym boisku radzili sobie równie dobrze. Za czasów di Stefano zdobyli łącznie 8 tytułów mistrza Hiszpanii.
Pojawia się pytanie – co by się stało gdyby wtedy, w 1953 roku, di Stefano trafił jednak do Barcelony? Czy Real bez niego osiągnąłby równie wiele sukcesów? Czy gdyby nie on pozostałby w cieniu Barcelony przez kolejne lata? Czy to właśnie Katalończycy wiedli by prym w pierwszych edycjach Pucharu Mistrzów? Na te i wiele innych pytań próżno szukać odpowiedzi. Możemy tylko gdybać. Być może Alfredo był stworzony właśnie do Realu, być może nie poradziłby sobie w Barcelonie, a być może osiągnąłby tam coś więcej niż „marne” 5 Pucharów Mistrzów. Jednak jedno jest pewne – ten transfer, owiany już swoją własną legendą, rozpala wyobraźnię kibiców obydwu klubów po dziś dzień.

Toksyczne transfery (i konkurs na dzień dobry)

Witam serdecznie! To mój pierwszy wpis na Onecie. Ale nie pierwszy w ogóle. Bloguję od 2007 roku – tylko dotąd w innym miejscu – a teraz wraz z całą dotychczasową tfurczością przeniosłem się tutaj. Decyzja o założeniu bloga była jedną z najlepszych jakie podjąłem w swej 19-letniej pracy dziennikarza sportowego, ponieważ pomijając przyjemność blogowania samą w sobie, poznałem w blogosferze mnóstwo fajnych, wartościowych ludzi, pasjonatów futbolu jak ja, z którymi spieraliśmy się o wyższość Leo Messiego nad Cristiano Ronaldo, Realu nad Barcą, Premier League nad La Liga, Polskiej Myśli Szkoleniowej nad zagraniczną etc. Z kilkoma się nawet zakumplowałem, paru poleciłem tu czy tam. Jestem pewien, że podobną satysfakcję da mi blogowanie tutaj.

Na dobry początek postanowiłem namówić was na moją ulubioną blogową zabawę, czyli mini-konkursik z nagrodą…

Otóż dawno (albo wręcz nigdy) nie byliśmy świadkami tylu toksycznych transferów w europejskich klubach. O co mi chodzi? Dawno (albo wręcz nigdy) aż tylu świetnych piłkarzy nie walczyło ze swymi klubami o zgodę na transfer, czy to poprzez ostre wywiady, działania agentów czy nawet strajk. W ostatnich latach Luka Modrić czy Robinho, ale chyba nigdy aż tylu naraz. Robert Lewandowski oskarżył władze Borussii Dortmund o złamanie obietnicy i odmówienie mu zgody na transfer po zakończeniu sezonu. Do klubu największego rywala. Za chwilę zarzuty Polaka niemal słowo w słowo powtórzył Luis Suarez, któremu Liverpoolu nie chce dać odejść do Arsenalu. Może nie jest to największy rywal The Reds (jak Manchester United czy Everton), ale zawsze klub z tej samej ligi. Let mi go! As you promised! – zaapelował Urugwajczyk na łamach „Guardiana”, który chce grać w Lidze Mistrzów. LFC nie chce słyszeć o 40 mln + 1 funta. Trener Brendan Rodgers, podobnie jak prezes Borussii odpowiada: Niczego nie obiecywaliśmy.

Suarez nie pojechał z Liverpoolem do Norwegii na towarzyski mecz z Valerengą Oslo. W Manchesterze United Davida Moyes’a nie chce grać Wayne Rooney, który w czwartek został przeniesiony do rezerw. Anglik chciałby zgody na transfer do Chelsea. Nie chce współpracować ani ze swoim dawnym szefem z Evertonu, z którym łączy go szorstka przyjaźń, ani starym bossem z MU, zarzucając sir Aleksowi, że ten ujawnił jego prośbę o transfer. Najbardziej ciąży mu zapewne dominująca rola w ataku Robina van Persie, na której zmianę raczej się nie zanosi.

Tottenham wciąż śrubuje cenę za Garetha Bale’a, która sięga co raz bardziej absurdalnego poziomu. 120 mln funtów? Już nawet sami zawodnicy Realu Madryt, Iker Casillas, Sergio Ramos i Fabio Coentrao przyznali publicznie, że tyle pieniędzy za piłkarza byłoby szaleństwem i już lepiej zainwestować je w zatrzymanie Cristiano Ronaldo. Portugalczyk kosztował co prawda 94 mln euro, ale suma ta zwróciła się jeszcze w tym samym roku i to tylko ze sprzedaży koszulek w Azji Południowej. Potencjał marketingowy Bale’a nie jest aż tak wielki, choć możliwe, że pod względem piłkarskim pozwoliłby Realowi wspiąć się na jeszcze wyższy poziom. No i prezydent Florentino Perez miałby gotową odpowiedź na duet Messi-Neymar. Ale czy warto za to aż tak przepłacić? Bale to kolejny piłkarz, który zatrzymywany siłą przed odejściem do wymarzonego klubu stara się to wymusić prośbą (prosił tata) i siłą (odmowa treningów i gry w sparingu z AS Monaco). Przed rokiem w podobnych okolicznościach transfer do Realu wymusił Modrić, Królewscy zapłacili wówczas za niego 30 mln funtów, zdaniem właściciela Kogutów za mało, co być może tłumaczy jego nieprzejednanie i śrubowanie ceny w przypadku Bale’a.

No dobrze, to teraz konkurs: napiszcie w komentarzach:

- o waszym zdaniem najgłupszym transferze, najbardziej niepotrzebnym, najbardziej przepłaconym. Z uzasadnieniem i konsekwencjami jakie przyniósł.
albo
- o waszym zdaniem najsłynniejszym transferze, do którego nigdy nie doszło. Z uzasadnieniem i konsekwencjami jakie by przyniósł.

Uwaga: w konkursie liczy się także forma odpowiedzi. Im ciekawiej, im lepiej napisana opowieść, tym lepiej.

Do wygrania oryginalna bluza od dresu adidasa, którą bardzo chciałby zakładać (choć nie w tym upale oczywiście) Robert Lewandowski;)

Tylko ze złotymi paskami, jak na najlepszą drużynę Europy ubiegłego sezonu przystało;) Kto ma ochotę, to do dzieła! Czekam na notki do 20.30 do pierwszego gwizdka nowego sezonu Bundesligi, czyli meczu Bayernu z M’Gladbach…