FIFA The Best. Dlaczego nie głosowałem na Lewego i Messiego

Cristiano Ronaldo. FIFA The BestOd ogłoszenia wyników gali FIFA The Best na Najlepszego Piłkarza Roku cały czas spływają do mnie mejle, tweety i wiadomości na messangerze z pretensjami, uwagami i żądaniem wyjaśnień na temat mojego wyboru. Przypomnę, że głosując jako jedyny dziennikarz z Polski na pierwszym miejscu umieściłem Cristiano Ronaldo, na drugim Gianluigiego Buffona, a na trzecim Sergio Ramosa. Trzy stacje telewizyjne odpytały mnie na to konto, a na jednym z zaprzyjaźnionych portali powstał nawet tekst. Główny zarzut: jak mogłem nie umieścić na pudle Leo Messiego? Kolejny: dlaczego nie zagłosowałem na Roberta Lewandowskiego? Wreszcie najbardziej absurdalny: dlaczego Cristiano Ronaldo na pierwszym miejscu? Już odpowiadam.

Otóż w przeciwieństwie do wielu pozostałych uczestników tej zabawy, trenerów reprezentacji i samych piłkarzy, których głosy opublikowała FIFA, postanowiłem podejść do sprawy poważnie i rzetelnie ocenić kto na co zasłużył w futbolu od sierpnia 2016 do sierpnia 2016. Może to błąd, ale w moich kryteriach nie znalazły się ani patriotyzm, ani osobista sympatia. W przeciwnym razie na pewno na pierwszym miejscu dałbym Lewego, którego nie sposób nie lubić i nie podziwiać. Ale przecież nie chodzi o to, żeby rodak zawsze głosował na rodaka, w przeciwnym razie nigdy nie dałoby się wybrać laureata podobnych plebiscytów.

Piłkarsko w minionym okresie Robert po prostu nie zasłużył sobie na pierwszą trójkę i już. Byli lepsi, którzy osiągnęli w sezonie więcej i błyszczeli jaśniej. Co nie odbiera Lewemu pozycji najlepszej „9” świata. Myślę, że on sam zdawał sobie z tego sprawę, wszak tym razem nie skomentował werdyktu „le Cabaret” jak ostatniej edycji Złotej Piłki. Zawodnik na jego poziomie nie potrzebuje kadzenia

Życzę jemu i sobie z całego serca, żeby był faworytem w przyszłorocznym plebiscycie. Jest na najlepszej drodze – wkrótce przekroczy barierę 50. goli we wszystkich rozgrywkach dla klubu i reprezentacji, został królem strzelców eliminacji MŚ przed nim występ na turnieju w Rosji, na którym oby okazał się u szczytu kariery.

Lewandowskiego na pierwszym miejscu jako jeden z nielicznych trenerów umieścił Adam Nawałka i właściwie trudno mieć do niego pretensje. Nie widzę w tym chęci przypodobania się swemu kapitanowi. Nawałka sam najlepiej wie jak dużo mu zawdzięcza. Jego lojalność wobec swych „żołnierzy” doskonale znamy, a tu postanowił ją okazać swemu generałowi. Jeśli patrzeć na osiągnięcia piłkarza we wspomnianym okresie tylko w reprezentacji, trudno o lepszego, więc da się ten wybór jakoś usprawiedliwić.

Jednak ja nie zawahałem się nawet na sekundę, żeby maksymalną ilość punktów oddać Cristiano Ronaldo. Nie ma mniejszych wątpliwości, że Portugalczyk był w minionym sezonie najlepszy. Najskuteczniejszy i najbardziej kluczowy w sukcesach jakie osiągnęła jego drużyna. Kluczowy w odzyskaniu dla Realu Madryt mistrzostwa Hiszpanii i w obronie trofeum w Lidze Mistrzów. W tej ostatniej strzelił pięć goli w dwumeczu przeciwko drużynie Lewego. Hat-tricka w półfinale z Atletico Madryt i dwie bramki w finale w Cardiff, gdzie wybrano go Zawodnikiem Meczu. Zaprzeczając w minionym sezonie najdobitniej złośliwemu stwierdzeniu, że „strzela tylko słabym”.

Nie traktuję bowiem wyborów Piłkarza Roku jak konkursu piękności, wskazując tego, kto mi się najbardziej podoba. Moje kryteria obejmują trofea, które zawodnik zapewnia drużynie swoimi golami, asystami, interwencjami czy też paradami. Nawet jeśli plebiscyty to nagroda indywidualna a nie drużynowa. Bo co po tych wszystkich bramkach, jeśli drużyna nic z tego nie ma?

Cristiano Ronaldo i Leo MessiOczywiście Messi pozostaje geniuszem futbolu, najlepszym piłkarzem naszych czasów. Ale jeśli przyjmiemy wrażenie artystyczne za kryterium, wtedy w ogóle nie róbmy żądnych plebiscytów, tylko wszystkie nagrody dajmy Argentyńczykowi. Dopóki gra, lepszego od niego nie będzie.

Ale właśnie do „kosmity z innej planety” i „piłkarza z PlayStation” wymagamy kosmicznej formy i ciągnięcia drużyny za uszy w kluczowych momentach i wyciągania z najgorszych tarapatów. Tak właśnie gra Messi tej jesieni, zarówno w Barcelonie pozbawionej Neymara i Dembele jak i w reprezentacji pozbawionej… koncepcji.

Co z tego, że w minionym sezonie wykręcił fantastyczny wynik, zdobywając 54 gole w 52 meczach i dorzucając 19 asyst, skoro na koniec Barcelona została z niczym? Bycie Messim, jak szlachectwo, zobowiązuje. Więc jego brak w finałowej trójce to pewien symbol. Wątpię zresztą żeby zależało mu szczególnie na drugim czy trzecim miejscu.

Drugie miejsce dla Buffona było trochę za całokształt kariery, bo może już nie być okazji, żeby go uhonorować, ale postawą w sezonie też przecież sobie na to zasłużył. Mistrzostwo Italii z Juventusem, w Lidze Mistrzów puścił do finału tylko cztery gole, zachowując czyste konto w dwumeczu z Barceloną, czyli wówczas gdy bramki Messiego były najbardziej potrzebne. Włoch był prawdziwym liderem drużyny. Podobnie jak Ramos, skuteczny „zarówno w defensywie jak i ofensywie” jakby to ujął nasz selekcjoner. Myślę, że w sezonie, w którym Real jako pierwszy zespół w historii obronił trofeum w Champions League nie ma nic niestosownego, że w trójce znalazło się dwóch jego piłkarzy. Choć miałem ciężki dylemat czy nie wstawić Marcelo albo Luki Modrića. Podobnie jak nikt nie miał wątpliwości, że trzech zawodników Barcy powinno się znaleźć na podium w roku, w którym zdobyła wszystkie trofea jakie były do zdobycia.

Na ostatnie, najczęściej stawiane mi pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć: co w „Jedenastce Sezonu” robił Andreas Iniesta. Niewykluczone, że to jakiś błąd informatyczny i nazwisko Hiszpana po prostu co roku wybija w systemie, nikt nie wie jak to naprawić, więc FIFA dała spokój. Inaczej nie umiem tego wytłumaczyć. Pytajcie byłych piłkarzy z FIFPro, to oni decydowali.

11 Roku

Misja: Rosja! Czyli jak Lewy przekłuł balonik

Robert LewandowskiNie mogę przestać zachwycać się Robertem Lewandowskim. Nie chodzi tylko o postawę na boisku i rekordowe w historii eliminacji mistrzostw Europy 16 goli. Te przesądzających o zwycięstwie jak z Danią, pozwalające uniknąć kompromitacji jak ten w doliczonym czasie z Armenią na Narodowym czy odwracające losy spotkania jak ten ostatni z Czarnogórą. O nich napisano już wszystko.

Nie chodzi też o postawę poza boiskiem – szczęśliwe małżeństwo, styl życia pozwalający tak długo unikać kontuzji na niespotykaną skalę, mądre inwestowanie zasłużonej fortuny, unikanie skandali i rajów podatkowych jak w przypadku równie wielkich kolegów, zaangażowanie w akcje charytatywne, wreszcie pozostawanie normalnym kolesiem na ile tylko pozwala tylko status rozpoznawalnego wszędzie na świecie gwiazdora.

Znów zaimponował mi czymś nowym! Postawą po ostatni gwizdku sędziego w meczu z Czarnogórą. Gdy cały stadion – koledzy, sztab szkoleniowy, kibice i oczywiście my, dziennikarze – rzuciliśmy się wszyscy świętować pierwszy od 12 lat awans na mundial, on zasłaniając dłonią usta dłonią, już tam na murawie recenzował Adami Nawałce zakończone właśnie spotkanie. I po kręceniu głową i minie selekcjonera można było poznać, że nie była to recenzja pochwalna.

Gdy przez media społecznościowe przelewała się już euforia z zapewnienia pierwszego koszyka i pierwsze spekulacje co jesteśmy w stanie osiągnąć w Rosji, a kilku jego kolegom zdarzyło się zdradzić, że ich marzeniem jest medal, Lewy przebił balonik zanim ktokolwiek zdążył go napompować. W pierwszym wywiadzie zastrzegł, że „nie wolno oszukiwać rzeczywistości”, bo „szczerze mówiąc mecz z Czarnogóra nie był w naszym wykonaniu nawet dobry”. Że „jest wiele rzeczy do poprawy, nie tylko pod względem piłkarskim ale i mentalnym”. Że „czasami wyłączamy się i myślimy jakby już było po meczu”, a „ławka rezerwowych pozostawia wiele do życzenia”. I wyliczył kwestie do poprawy: ustawianie się i ruch bez piłki, atakowanie rywala, zbyt częsta gra do tyłu, zbyt mało piłek do napastników…

To były słowa prawdziwego, odpowiedzialnego lidera, który właśnie zaczął misję: Rosja. Którego nie usatysfakcjonuje sam udział w mundialu. Świadomego, że właśnie na tym turnieju będzie w apogeum kariery i pragnie wykorzystać to najlepiej jak będzie w stanie, marginalizując możliwość błędu do minimum.

Nie jest kimś, komu wynik przesłoni braki, na które wielu z nas macha ręką, bo skoro jest awans to po co drążyć temat. Lewandowski woli drążyć teraz, niż w lipcu po ewentualnym niepowodzeniu. A że braki widzi, najdobitniej świadczą pełne nadziei słowa, że „do lata znajdzie się kilka perełek, kilku nowych zawodników się pokaże” (swoją drogą nie licząc Arkadiusza Milika, niestety nie widać ich na horyzoncie, może poza Dawidem Kownackim…).

To wypowiedź z tego samego gatunku, co krytyka władz Bayernu za nie sprowadzenie odpowiednio wielkich gwiazd. Kilku kolegów w szatni Monachium miało prawo poczuć się niekomfortowo, tak jak i teraz w szatni Narodowego. W przypadku kadry odczytuję ją jako apel do kolegów o pracę nad sobą. Nie pozwalający im zachłysnąć się samym awansem i zapomnieć jak wyglądał mecz w Kazachstanie, jak z Armenią na Narodowym, jak z Danią. O błędach, które w Erywaniu pozwoliły zdobyć gola tak słabym gospodarzom, a Czarnogórcom doprowadzić w niedzielę do remisu 2:2.

To słowa ambitnego, pragnącego sukcesów sportowca, który mówi jak jest, nie lukruje, nie ściemnia w imię poprawności. To zupełnie nowa twarz Lewandowskiego. Ale podoba mi się.

Ma szczęście Nawałki, że doczekał się takiego lidera. Arcyskutecznego na boisku i biorącego odpowiedzialność poza nim. To nagroda za decyzje selekcjonera, który sporo zaryzykował i nie bacząc na wzbudzone kontrowersje, przekazał Lewemu opaskę kapitana. I za znalezienie pomysłu na napastnika, wygwizdywanego u poprzednika za to, że nie jest tak skuteczny w reprezentacji jak w klubie. U Nawałki Lewandowski zdobył 33 gole w 33 meczach. I rozpoczął już drugą 50.

Ma i Lewy szczęście do selekcjonera. Nawałka nie spoczął na laurach po udanym Euro 2016. Nie jest przypadkiem, że jako pierwszy trener w historii naszego futbolu awansował na drugi turniej z rzędu. Uniknął błędów poprzedników jak Leo Beenhakker, Paweł Janas czy Jerzy Engel.

W udowodnił nam i zawodnikom, że potrafi zarządzić kryzysem. Najpierw przywracając drużynę do pionu, gdy w pierwszych meczach po turnieju we Francji kilku piłkarzy „zostało w hali odlotów”. Męska rozmowa i ultimatum zaowocowały świetnym występem Rumunią, jednym z najlepszych pod jego wodzą. Pomógł też zespołowi wrócić na właściwe tory po laniu w Kopenhadze, choć taka klęska mogła wykoleić nasze mundialowe aspiracje.

Układ” między takim trenerem i takim liderem pozwalają z optymizmem myśleć o misji: Rosja. Czyli o wyjściu z grupy, jaka ona nie będzie. Wybiegać dalej nie warto.

Adam Nawałka

To wciąż nie ta drużyna Nawałki, w której się zakochaliśmy

Reprezentacja PolskiWymęczona wygrana z Kazachami, trzy punkty i utrzymana trzypunktowa przewaga w tabeli cieszą, ale jest to jedyny powód do satysfakcji po poniedziałkowym mecz na Stadionie Narodowym. Pokazał on, że niestety klęska z Danią nie była „wypadkiem przy pracy” czy kumulacją błędów, które zdarzyły się jednym spotkaniu, wyczerpując limit pecha na całe eliminacje.

Zaczęło się obiecująco, szybko zdobytym golem Arka Milika (świetny powrót po ponad rocznej przerwie, acz znów ta nieskuteczność) po akcji Macieja Rybusa i asyście Macieja Makuszewskiego. Czyli akurat tych trzech zawodników, których Adam Nawałka wprowadził do pierwszej jedenastki po Danii. Brawo za trafne zmiany.

Potem jednak „biało-czerwoni” skazali nas na festiwal nieporadności, błędów i nieporozumień „zarówno w obronie jak i w ataku”. Zbyt łatwo pozwalali Kazachom na stwarzanie zagrożenia pod własną bramką, co skończyło się kilka razy groźnie, a raz golem, przy na szczęście dla nas arbiter dopatrzył się tam spalonego, bo byłoby 1:1.

Znów wiele do życzenia pozostawała postawa naszego lidera środka pola, Piotra Zielińskiego, który zagrał niewiele lepiej niż w Kopenhadze. Kamil Grosicki także nie „wrzucił turbo”, to był co najwyżej trzeci bieg. Niepewnie grali środkowi obrońcy z tym, że tym razem Kamil Glik zamienił się z Michałem Pazdanem w roli popełniającego więcej błędów. Na szczęście zrehabilitował się w golem w drugiej połowie.

Czy ta nerwowa, szarpana gra wynikała ze strachu przed świadomością braku formy i konsekwencji jakie przyniosłaby strata punktów z Kazachstanem? Czy nie udało się oczyścić do końca głów – o czym mówił przed meczem Grosicki?

Zrobiliśmy ważny krok do awansu do mundialu, wtłoczyć gola, wyszarpać zwycięstwo gdy nie jest się w optymalnej formie to też cenna umiejętność, której niektórym dawnym kadrom brakowało. Ale bardzo dobrze, że mundial w Rosji dopiero w przyszłym roku. Z Kazachstanem wciąż nie oglądaliśmy tej drużyny Nawałki, w której zakochali się kibice w poprzednich eliminacjach i na Euro 2016, skoncentrowana, zdeterminowana, agresywna, bezbłędna w defensywie z „profesorem” Glikiem i „stoperanem” Pazdanem. Gdyby w poniedziałek biało-czerwoni mierzyli się z odrobinę silniejszym rywalem, passa zwycięstw na Stadionie Narodowym mogłaby się skończyć. Niech plusy tego 3:0 nie przesłonią nam minusów. To był tylko Kazachstan, któremu pozwoliliśmy na zbyt wiele.

Reprezentacja Polska

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Komu bije cykl

Ranking FIFA - Polska na 12 miejscuNigdy jeszcze sprawdzanie miejsca piłkarskiej reprezentacji Polski w rankingu FIFA nie było tak ekscytujące jak obecnie. Nigdy też od naszego ruchu w górę o parę pozycji tak wiele nie zależało. Kibice oczywiście odnotowywali, że np. w 2013 roku kadra spadła na historyczne dno, a potem mozolnie pięła się w górę. Ale media robiły to raczej z „kronikarskiego obowiązku”, wymieniając egzotyczne kraje, które nas wyprzedziły. Czołówek wiadomości z tego nie było, bo w końcu co za różnica, czy zajmowaliśmy 62. miejsce jak na koniec 2010 roku czy 63. jak cztery lata później? „Rankingi nie grają, decyduje boisko” – pocieszaliśmy się kolejnymi doniesieniami.

Teraz możemy się szczycić, że ranking dobitnie odzwierciedla postawę piłkarze Adama Nawałki na boisku. Z 20 ostatnich meczów o punkty przegrali zaledwie dwa (tylko jeden w normalnym czasie gry) – i to z aktualnym mistrzem świata oraz przyszłym mistrzem Europy. Toteż teraz gdy śrubujemy rekordy, ranking FIFA stał się ulubionym tematem rozmów. Dopiero co staruszek taksówkarz wiozący mnie na lotnisko, zachwycał się, że wyprzedziliśmy takie piłkarskie nacje jak Chorwacja, Anglia czy Włosi. I dopytywał kto tam następny do łyknięcia. „Szwajcaria? No panieeeee…”

Jeśli kadrowicze nie zdejmą nogi z gazu w eliminacjach do mundialu w Rosji, pod koniec roku możemy wejść do czołowej dziesiątki! To zaś z kolei może sprawić, że 1 grudnia na Kremlu reprezentacja Polski będzie losowana z pierwszego koszyka (wiem, że dopiero półmetek eliminacji, że matematyka itd, ale po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku Polaków na MŚ).

Pierwszy koszyk to tyleż wielki prestiż co ułatwienie, bo pozwoli uniknąć w grupie największych jak Brazylia, Niemcy, Hiszpania lub Portugalia. Choć z drugiej strony przecież wspomniani Niemcy czy Portugalczycy zupełnie nam nie straszni. Nawet lepiej, byłby wielkie mecze, okazje do rewanżu, starcia Lewego z Cristiano Ronaldo, Manuelem Neuerem, Neymarem… Po to właśnie wymyślono mundial!

Jak to w futbolu, tam gdzie jedni kibice mają wreszcie powody do dumy, inni w desperacji drą szaty i szarpią włosy na głowie, przecierając oczy w zdumieniu, co stało się z ich drużynami. Żeby nasz sen o pierwszym koszyku się spełnił (FIFA prawdopodobnie rozstawi siedem najwyżej notowanych reprezentacji świata oraz gospodarzy) na turniej do Rosji musiałaby nie pojechać Argentyna. Mundial bez wicemistrzów świata, którzy występują na nim nieprzerwanie od 1970 roku i bez Leo Messiego, jednej z największych piłkarskich gwiazd wszech czasów? Byłaby to ogromna sensacja i strata dla widowiska, ale świat przeżył mundial w 2014 bez Lewandowskiego, to przeżyje i bez gwiazdora Barcelony.

Minimalne szanse na awans ma Holandia, której zabrakło już na Euro 2016. Właśnie skompromitowała się przegrywając z Bułgarią i zajmuje czwarte miejsce w grupie. Gdyby w Rosji zabrakło i Oranjes i Albicelestes, nie obejrzelibyśmy drugiej i trzeciej najlepszej drużyny poprzedniego mundialu.

Byliśmy świadkami sporych przetasowań na szczycie reprezentacyjnego futbolu już podczas Euro 2016. Zamiast tradycyjnych nacji sukcesy odnosiła Islandia, Walia, Polska, a ten największy Portugalia. Patrząc na to przypominają się słowa Jose Maria Bakero, który wiosną 2010 wieszczył mi koniec fenomenalnej passy FC Barcelona. Drużyna Pepa Guardioli zdobyła sezon wcześniej wszystkie trofea jakie były do zdobycia i wydawało się, że w kolejnym jako pierwsza obroni zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Za chwilę w finale mundialu w RPA miało zagrać aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia

Ale Bakero machał ręką i jak mantra powtarzał słowo: „ciclo, ciclo, ciclo”. Wg niego i ta dominacja kiedyś się skończy, bo wszystko jest kwestia cyklu. Trafiła się generacja świetnych piłkarzy, ale kiedy zacznął kończyć kariery, długo przyjdzie poczekać na następców. Oczywiście szkolenie jest bardzo ważne, mówił, La Masia uczy systemu i dodatkowo wpaja istotne wartości. Daje przewagę nad klubami, które nie mają tak rozwiniętych akademii. Pozwoli wyłuskać największe talenty, ale one muszą się trafić. Ale nie łudźmy się, że po Xavim, Inieście czy Puyolu od razu przyjdą godni następcy. Tak samo było z „Dream Teamem” Johana Cruyffa, którego byłem częścią. Barcelona musiała czekać kilkanaście lat, aż przyjdzie kolejny cykl.

Tak jak nasz polski sukces trudno przypisać fenomenalnemu systemowi szkolenia, tak trudno zarzucić Holendrom, że nagle przestali umieć uczyć gry w piłkę. Po prostu trenerzy dostali gorszy materiał. My mieliśmy szczęście, że Nawałka miał kogo skrzyknąć i komu rozdzielić role. Zwolniony właśnie Danny Blind, którego drużyna z ośmiu ostatnich meczów wygrała tylko te z Luksemburgiem i Białorusią, zamiast Sneijdera, van Persiego, van der Vaarta i van der Sara musiał wystawiać Depay, van Ginkela, Jansena, a ostatnim pod swoją wodzą meczu z Bułgarią 17-letniego Matthijsa De Ligta.

Argentyńczycy przypadek warty osobnego felietonu. Zajmują dopiero piąte miejsce w tabeli i o ile je utrzymają – a właśnie na cztery mecze stracili Messiego, zdyskwalifikowanego za zwyzywanie sędziego – zagrają o mundial w barażach. Ich kryzys to nie wina końca cyklu – na świecie nadal gra mnóstwo zdolnych piłkarzy, których symbolem jest Paulo Dybala – tylko chwilowo nie w reprezentacji Edgardo Bauzy. Argentyńska federacja pogrążyła się w totalnym chaosie po śmierci wieloletniego szefa, Julio Grondony, niczym bliskowschodnie państwa po obaleniu dyktatorów – póki byli szerzyła się korupcja i bezprawie, ale przynajmniej panował porządek. Teraz trwa bezwzględna walka o władzę.

Leo Messi

Kto powinien grać w młodzieżówce

U21 reprezentacja PolskiSłowa Roberta Lewandowskiego, który w wywiadzie dla Polsatu powiedział, że „zawodnicy, którzy grali już w pierwszej reprezentacji Polski nie powinni występować już młodzieżowych kadrach” wywołała o wiele ciekawszą dyskusję niż kwestia kto w meczu z Czarnogórą zastąpi Grzegorza Krychowiaka albo czy w ataku powinien zagrać Arkadiusz Milik.

Wspaniale, że kapitan reprezentacji Polski zainicjował tak istotną debatę. Dotąd był raczej mistrzem politycznej poprawności, unikał deklaracji, chyba że dobrze mu w Bayernie i nie wybiera się do Realu. Jedyny mocny i kontrowersyjny wywiad jaki pamiętam, to ten uderzający w selekcjonera Franciszka Smudę po Euro 2012.

A tu nagle stwierdza, że mistrzostwach Europy U21 piłkarze, którzy już potwierdzili swoją przydatność w seniorskiej kadrze powinni ustąpić miejsca do niej aspirującym. „Nie powinni być brani pod uwagę. To moja opinia, ale też rozmawiałem z chłopakami. Mistrzostwa U-21 to miejsce dla kolejnych, mniej znanych zawodników”. Sprawa jest niezwykle ciekawa, bo nie zerojedynkowa.

Z jednej strony Robert z racji swojej pozycji w polskim i światowym futbolu występuje w roli adwokata kolegów. Milikowi i Piotrowi Zielińskiemu niezręcznie byłoby zadeklarować, że skoro są integralną częścią kadry seniorskiej, z występami na najważniejszym turnieju i w eliminacjach do kolejnego, to młodzieżówka nie jest już dla nich. Odmowa mogłaby spowodować powszechny hejt. Pamiętacie co było gdy Krystian Bielik odmówił przyjazdu na towarzyski turniej U-18, bo aspirował do występu w meczu U-19 w eliminacjach ME. Musiał się zmienić trener, żeby po roku doczekał się kolejnego powołania. Lewandowski, przypominając, że drugi rok nie będą mieli odpoczynku, usprawiedliwia ich i zdejmuje ewentualne odium.

Przypadek Milika jest tu szczególny. Piłkarz Napoli dopiero co wrócił na boisko po przewlekłej kontuzji. Wrócił nadspodziewanie szybko (niektórzy twierdzą, że zbyt szybko). Udział w ME U21 rzeczywiście oznaczałby w drugie wakacje z rzędu intensywnie gra w piłkę. Wie o tym, trener Napoli, Maurizio Sarri, który stwierdził, że nie wyobraża sobie, by jego piłkarze latem zamiast odpoczywać grali w turnieju.

Oczywiście to nie Sarri będzie decydował kogo Marcin Dorna powoła na ME. Włoch jak każdy trener klubowy kieruje się po prostu interesem klubu i wolno mu. Ale z kolei my powinniśmy kierować się interesem pierwszej reprezentacji, którą czekać będą kluczowe mecze w eliminacjach do mundialu w 2018 roku i sam turniej w Rosji. Ja bym Milika nie ciągnął na Euro U21, zwłaszcza że nigdy nie był on częścią tej drużyny. Grał w poprzedniej młodzieżówce Dorny, ostatni raz bodaj w 2013. Na czerwcowym turnieju znalazłby się pod wyjątkową presją. Wszystkie oczy spoczywały by na nim jako graczy reprezentacji seniorskiej, Euro 2016 i Ligi Mistrzów. Wątpię, żeby coś dobrego wynikło z tego napięcia i chęci udowodnienia za wszelką cenę. Tymczasem są doskonali zastępcy: Kownacki, Stępiński czy Niezgoda.

Robert Lewandowski stwierdził też, że ewentulany sukces kadry Marcina Dorny z udziałem zawodników z kadry A byłby mydleniem oczu i nic nie dał pierwszej reprezentacji, bo aspirujący do niej młodzi piłkarze nie zostaliby sprawdzeni.

Zasadniczo zgadzam się, że drużyny juniorskie istnieją po to, żeby wychowywać, sprawdzać i otrzaskiwać w boju piłkarzy dla pierwszej drużyny. Ale to podejście bardzej dotyczy klubów. Reprezentacja Polski U21 to jednak nie to samo co klubowa U15, gdzie najważniejsze jest szkolenie. Tam pogoń za wynikiem za wszelką cenę jest szkodliwa i prowadzi do wypaczeń, ale tu? Tu gra się z orzełkiem na piersi, przed meczem słucha hymnu, a za sukcesy na igrzyskach olimpijskich (U23) otrzymuje medale.

Przed nami mistrzostwa Europy we własnym kraju, na których gra stanowi spory prestiż. Nie bez powodu bilety na mecze reprezentacji rozeszły się jak świeże bułeczki. Nie twierdzę, że kibice wykupili je z myślą wyłącznie od Miliku i Zielińskim, a gdy ich zabraknie poczują się rozczarowani i oszukani. Ale też mają swoje oczekiwania. Raczej niekoniecznie, że występ drużyny Dorny to wyłącznie element rozwoju zawodników przyszłej pierwszej kadry. Chcą jak najlepszego sportowego wyniku! Myślę podobnie.

Nie widzę w tym nic złego, by Polska wystawiła na ME najsilniejszą drużynę jaką ma. Nie istnieje wszak przepis, jak przy wyborze narodowości, że zawodnik, który raz zagrał w reprezentacji A jest spalony dla reprezentacji B. Gra w seniorach nie dyskwalifikuje młodzieżowca. Dlatego: Milik – niech odpoczywa. Zieliński, Bartosz Kapustka i Karol Linetty – nie widzę żadnych przeciwwskazań do gry. Oby nie, ale kto wie czy tytuł młodzieżowego mistrza Europy nie okaże się kiedyś najcenniejszym jakie zdobyli w reprezentacyjnej karierze.

Reprezentacja Polski U21

 

#SportowiecRoku: Sprawiedliwości stało się zadość

Anita Włodarczyk. Sportowiec Roku 2016Kłaniam się nisko Anicie Włodarczyk i gratuluję zasłużonego tytułu Sportowca Roku w Polsce. W 2016 nie było sportowca ani w naszym kraju, ani na całym świecie, kto tak bardzo zdominowałby swoją dyscyplinę. Nasza młociarka praktycznie nie miała konkurencji. Sytuacje gdy na horyzoncie brak rywala bywa czasem dla zawodnika zgubny, łatwo nadwyrężyć motywację, troszkę odpuścić. Ale to nie przypadek Anity. Mistrzostwo olimpijskie uświetnione rekordem świata, poprawienie tego rekordu przed własną publicznością w ramach podziękowania za wsparcie. A na koniec jeszcze odzyskanie należnego złotego medalu za igrzyska w Londynie.

W plebiscycie „Przeglądu”, w którym przecież potwornie trudno zważyć na szali sukcesy przedstawicieli różnych dyscyplin i emocje jakie nam gotowali, dawno chyba nie było tak klarownego faworyta. Na Anitę głosowała ogromna większość nominowanych sportowców, większość redakcji, które zaprosiliśmy do wspólnej zabawy i wreszcie większość kibiców, którzy przysłali kupony, sms, typy z hasztagami i klikali w internecie.

Oczekiwanie, że musi wygrać Anita było ogromne. Prezes PZPN, Zbigniew Boniek stwierdził wręcz, że w razie innego zwycięzcy należałoby pomyśleć na zmianą formuły plebiscytu. Nigdy nie odejdziemy od tego by w przyszłych, tak jak w minionych 82. zawsze decydujący głos mieli kibice. Z wielką ulgą i radością przyjąłem jednak ich werdykt. Wygrał sportowiec najlepszy i nikt nie ma prawa czuć się skrzywdzony, jak w poprzednich latach. A lista wielkich zawodników, którym nigdy nie dane było wygrać plebiscytu jest przecież długa, od Jerzego Kuleja po Tomasza Majewskiego, który nawet odbierając w sobotę statuetkę Superchampiona napomknął o tym z goryczą.

Jak dobrze, że istnieje Plebiscyt „Przeglądu”. Dzięki niemu możemy należycie uhonorować naszych wspaniałych sportowców, wspaniałych nie tylko na arenach, ale i poza nimi. Jak Piotr Małachowski, któremu ze sceny Teatru Polskiego za życie i zdrowie podziękowały dzieciaki, które uratował, oddając na licytacje swoje najcenniejsze trofea. Jak Bartosz Zmarzlik i Robert Lewandowski, dzięki ofiarności których i Piotra na licytacji tuż przed rozpoczęciem Balu Mistrzów Sportu zebraliśmy na leczenie chorego na raka Kamila aż 111 tysięcy złotych. Kochani, jesteście naprawdę wielcy!

Gala Sportowiec Roku

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Nawałka musi ściągnąć lejce i świsnąć batem


Adam Nawałka

Mało brakowało, a mielibyśmy za sobą najsmutniejszy tydzień w polskim futbolu od lat. UEFA utrzymała decyzję o zamknięciu stadionu Legii zamknięty na mecz z Realem Madryt, obrońcą trofeum Ligi Mistrzów na kulminację obchodów 100-lecia klubu, trwa przykry konflikt między jego właścicielami, którzy odnieśli najbardziej spektakularny sukces w polskiej piłce klubowej. Tylko brakowało, że skompromitowała się jeszcze reprezentacja Polski.

Było o włos! Uratował nas Robert Lewandowski, strzelając zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu z Armenią. Piłkarze zwykle marzą o takich golach, dzięki nim przechodzi się do legendy. Ależ byłaby to piękna i niezapomniana historia, gdyby wydarzyła się w meczu z równorzędnym lub silniejszym rywalem! Dwóch piłkarzy, Lewy i Kuba Błaszczykowski, których łączy „szorstka przyjaźń” poza boiskiem, ale jeden cel na nim, daje wygraną w ostatniej akcji meczu. Wspominalibyśmy ją z nostalgią jak bramkę w Glasgow ze Szkocją, bez której awansować na Euro 2016 byłby o wiele trudniej.

Niestety tę będziemy wspominać z lekkim wstydem. I zamiast skupiać się na wyczynie kapitana kadry, który właśnie przegonił Ernesta Pohla na liście najskuteczniejszych reprezentacyjnych strzelców, zastanawiamy się dlaczego dopiero w ostatniej akcji wtłoczyliśmy gola najgorszej drużynie naszej grupy? Grającej przez większość meczu w dziesiątkę. Pozwalając jej wcześniej zdobyć pierwszego gola w eliminacjach. I to u siebie, w miejscu uświęconym historycznym zwycięstwem z Niemcami i awansem do mistrzostw Europy.

Że mechanizm Nawałki zgrzyta, widzieliśmy w drugiej połowie z Kazachstanem, Danią i przez całego spotkanie z Armenią. Po wczorajszym artykule Łukasz Olkowicza i Tomasza Włodarczyka „Przeglądzie” wiemy więcej skąd wziął się piach w trybach. Rozprężenie i nadmierny luz u niektórych kadrowiczów, tam gdzie była koncentracja i skupienie. Pycha i pewność siebie tam gdzie była pokora. Przekonanie, że i tak damy radę i nasycenie to co kadra już osiągnęła tam gdzie był głód sukcesu i determinacja, wreszcie podejście, że „wszystko wolno” nie tylko po meczu, ale i przed meczem.

I wszystkie tego konsekwencje: zgrupowanie przed meczami o punkty wyglądające jak to rodzinne w Juracie przed Euro 2016. Huczne świętowanie po meczu z Danią, a później „oddychanie rękawami” i problemy z kondycją w meczu z Armenią. Niestety także u tych, którzy nie zdążyli się zmęczyć z Duńczykami. Fatalnie byłoby gdyby tę reprezentację, którą już tak bardzo polubiliśmy miała rozsadzić jakaś nowa „grupa bankietowa”. I zniweczyć misję: Rosja 2018.

Po artykule w „PS” spotkałem różne reakcje. Ktoś napisał mi na Twitterze: „I po co mącicie? Czy to już ma być typowo polskie podejście, że jak za dobrze idzie to trzeba szukać dziury w całym?” Otóż napisaliśmy, co napisaliśmy, bo gołym okiem widać, że przestało iść dobrze. Bo to cud, że nasz bilans w eliminacjach to trzy mecze bez porażki.

A „mącimy”, bo tak bardzo nas taka kadra w sobie rozkochała. Nie tylko wynikami, ale głównie stylem gry i podejścia zawodników. Nawałka zbudował fajną drużynę z grupy lubiących się ludzi i dążących w jednym kierunku. Drużynę, która najpierw jednym meczem z Niemcami, potem eliminacjami, wreszcie mistrzostwami Europy zjednała sobie serca kibiców, ba stała się ostatnią radosną sprawą, która połączyła wszystkich Polaków.

Nie żałuję jak niektórzy, że nie zremisowaliśmy z Armenią, bo „to byłby zimny prysznic”. Ten i tak wylał się na głowy niektórych, a brak tych trzech punktów mógłby się jeszcze okazać nazbyt bolesny. Świadczy o tym burzliwa dyskusja między selekcjonerem i kapitanem kadry, niezadowolonym z poziomu niektórych kolegów. Oraz rozmowa Nawałki z prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem, który zapowiedział zbadanie sprawy i twarde konsekwencje. To właściwa reakcja.

Niektórzy domagali się od nas nazwisk nieprofesjonalnych winowajców, ale po pierwsze niektóre informacje ciężko byłoby udowodnić, a po drugie nie chodzi przecież o lincz. Chodzi o to, żeby grupa chłopaków, którą polubiliśmy przypomniała sobie priorytety i zaczęła się zachowywać jak w eliminacjach do Euro 2016. Żeby selekcjoner pomógł im w tym „ściągając nieco za bardzo popuszczone lejce”, zapewne z sympatii do grupy, z którą przeżył coś niezapomnianego. My też przeżyliśmy i chcemy powtórki. Nie wyrzuca się dziecka z domu po pierwszej uwadze w dzienniczku. Może wystarczy ostra rozmowa, może potrzebne będzie lanie, jeśli dla kogoś przyjazd na zgrupowanie ma wyłącznie cel towarzyski.

Jestem pewien, że każdy kibic, ale i chyba rozsądnie myślący kadrowicz oczekuje, że Nawałka pokaże w tym momencie twardą rękę. Ściągnie lejce, świśnie batem i wszyscy na jednym wózku pojedziemy tam, gdzie wiedzie ta droga: na mundial w Rosji. A on stanie drugim po Antonim Piechniczku polskim selekcjonerem, który awansował z drużyną na dwie wielkie imprezy z rzędu.

Komu potrzebni w kadrze komicy i farbowane lisy?

reprezentacja PolskiOkno transferowe w Europie zatrzasnęło się ogromnym hukiem. Także i nas w Polsce. Nie tylko dlatego, że było rekordowe dla polskich piłkarzy, na których czołowe kluby wydały ponad 105 milionów euro, czyli tyle za ile Manchester United uczynił Paula Pogbę najdroższym piłkarzem w historii futbolu. Kluby zmieniła większość kadrowiczów Adama Nawałki. Dwukrotnie padały rekordy największej sumy zapłaconej za Polaka. Stanęło na szokujących 32 milionach za Arkadiusza Milika.

Dramatycznym hukiem zakończył się też transfer Kamila Grosickiego. Skrzydłowy reprezentacji był już jedną nogą i skrzydłami samolotu w wymarzonej Premier League. Niestety na ostatniej prostej, w ostatnich godzinach czy minutach negocjacji coś pękło na linii Rennes – Burnley i kluby się nie dogadały. Ofiarą tego niedoszłego transferu padł niestety także „Przegląd Sportowy”. Wiedzeni euforią zawodnika napisaliśmy „Yes!”, dowiadując się, że jednak „Non!” grubo po dedlajnie, czyli zjechaniu numeru do drukarni, czego ie dał się już odkręcić. Cóż, tworzenie gazety w trudnych, digitalnych czasach, gdy każdy tekst w sieci można edytować albo skasować, wymaga podejmowania ryzyka. Trochę tak jak na boisku. Czasami zawodnik jest pewny, że po jego podaniu kolega znajdzie się sam z bramkarzem, niestety, boczny podnosi chorągiewkę…

Tymczasem nasi drodzy (dosłownie i w przenośni) kadrowicze szykują się do pierwszego starcia w eliminacjach mistrzostw świata w Rosji w 2018. Prawda, że stęskniliście się Państwo za drużyną Nawałki? Ja też. I kibice oczywiście też. Trudno żeby było inaczej po świetnych występach na Euro 2016. Moda, a raczej szaleństwo na „biało-czerwonych” nadal trwa, o czym świadczą nieprzebrane tłumy podczas wtorkowego treningu kadry w podwarszawskim Karczewie. Te same piski, ten sam głód autografów lub choćby tylko zobaczenia na żywo swoich idoli, to samo szaleństwo w oczach nawet dorosłych ludzi, które widzieliśmy w Arłamowie.

Zaczyna być codziennością, że ekipa Nawałki zmuszona jest organizować dla kibiców specjalne otwarte treningi. Polaków, tak jak najlepsze i naszpikowane gwiazdami reprezentacje, czekają oblężone lotniska, hotele i treningi gdziekolwiek nie ruszą się w świecie. Zawsze zazdrościłem przyjezdnym drużynom tych polskich tłumów przed hotelem. Łowcy autografów żeby pozbierać podpisy zawodników czołowych klubów Europy warowali na Anglików, Niemców, Włochów czy Hiszpanów. Dziś swe kolekcje gwiazd futbolu wzbogacą zaliczając zgrupowanie Polaków.

Pamiętam tłumy wyczekujące przed warszawskim hotelem Sheraton z okazji meczu Polska – Anglia, bodaj za Janusza Wójcika i telewizyjne wywiady z mdlejącymi dziewczynami na samą myśl, że w środku jest i może wyjdzie na zewnątrz David Beckham. Dziś to samo w mniejszej lub większej skali przeżywają Robert Lewandowski, Milik, Grzegorz Krychowiak

Grzegorz KrychowiakZadaniem Nawałki po tych wszystkich zmianach jest utrzymać piłkarzy na ziemi, odciągnąć ich uwagę od – lepszej lub gorszej sytuacji w nowym klubie – i skoncentrować na zadaniu. Sytuacja jest inna niż przed eliminacjami Euro 2016 – tym razem Polacy muszą sprostać roli faworytów grupy. Mentalność musi być jednak taka sama jak wówczas. Czytając wywiady z zawodnikami jestem spokojny. Bije z nich niedosyt występem na Euro, mają świadomość, że było dobrze, ale mogło być znacznie lepiej. Nikt nie odlatuje, są świadomi własnej wartości, wiedzą, że mogą wspólnie osiągnąć wiele. Czują głód.

Jakże odmienna sytuacja niż we wspomnianej Anglii. Tam nowy selekcjoner Sam Allardyce zabrał na pierwsze zgrupowanie… dwóch komików, żeby pomogli zlikwidować smutny nastrój po nieudanym Euro. Jak z kiepskiej komedii wzięli za to jego słowa kibice o konieczności wprowadzenia do reprezentacji… „farbowanych lisów”. Allardyce był już tego bliski, próbował powołać pomocnika Sewilli, Stevena N’Zonziego, plany zablokowała jednak FIFA, dopatrując się, że były zawodnik Blackburn i Stoke wystąpił siedem lat temu w barwach Francji U-21. Anglicy nie odpuszczają walki, przekonując że przez sześć lat grał na Wyspach.

A Allardyce wzywa, by zacząć robić to, co robią inni. I w futbolu i w innych angielskich reprezentacjach jak choćby w krykiecie: naturalizować piłkarzy z braku własnych talentów. Podaje przykład Somalijczyka Mo Farrah, którym wywalczył dla Wielkiej Brytanii cztery złote medale w biegach długodystansowych na dwóch ostatnich igrzyskach i Diego Costy, Brazylijczyka, który po siedmiu latach gry w La Liga przyjął obywatelstwo i trafił do reprezentacji Hiszpanii.

Trener Anglii jest więc dziś na etapie przekonywania rodaków, że „trzeba wyjść z drewnianych chatek”. W kadrze Nawałki „farbowanych lisów” nie uświadczysz. Mało tego, tak jak kiedyś Niemcy wybierali grę dla Polski, wiedząc że wielkich szans na grę w drużynie Joachima Loewa nie mają, tak właśnie Paweł Cibicki wybrał grę dla Szwecji gdzie zapewne łatwiej będzie mu się przebić.

W takiej kondycji reprezentacja Polski rozpoczyna bój o mundial. Pełna świadomych wartości zawodników dobrych klubów, którym fajnie się gra i przebywa ze sobą. Nasi komicy mogą co najwyżej łapać inspirację od kadrowiczów, oglądając kolejne filmy ze zgrupowania w kanale Łączy nas Piłka.