Pozwólmy im usłyszeć futbol

Futbol niewidomych. Finał igrzysk paraolimpjsich

Zawodnicy wmaszerowują na boisko gęsiego. Każdy trzyma wyciągniętą rękę na ramieniu idącego przed nim kolegi niczym na obrazie„Ślepcy” Pietera Bruegela. Bo rzeczywiście nie widzą. Nie dość, że oczy mają zakryte opaskami, to jeszcze pozaklejane plastrami. Sędzia sprawdza czy wszystko dobrze przylega po każdej przerwie w grze. Widzi tylko bramkarz, idący na samym przedzie. Nie ma ławek rezerwowych, za bramką przeciwnika i na środku boiska stają przewodnicy, którzy wykrzykują instrukcje. A jeśli jest rzut wolny lub karny, głośno opukują pałką oba słupki, żeby zawodnicy mogli wyobrazić sobie bramkę.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

W futbolu niewidomych najbardziej szokuje jednak cisza na trybunach. Bynajmniej nie z powodu oziębłości kibiców. Ci aż rwą się do dopingu. Podczas igrzysk paraolimpijskich w Rio oglądałem finał z udziałem Brazylii i Iranu. Fani żywiołowym dopingiem zmienili kilkutysięczny kort w małą Maracanę. Ale tylko podczas przerw w grze. W trakcie meczu łamiących „omertę” uciszano głośnym syczeniem. Cisza musi być absolutna, żeby zawodnicy słyszeli piłkę, wypełnioną dzwoneczkami. Oraz głosy kolegów i rywali wykrzykujących „Voy, voy!” (po hiszpańsku: idę, idę), żeby uniknąć zderzenia. W ciszy są w stanie podać perfekcyjnie do nogi partnera stojącego nawet parę metrów dalej.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Patrząc z trybun nie wiedziałem co bardziej podziwiać. Czy kunszt reprezentacji Brazylii, która na igrzyskach paraolimpijskich jeszcze nigdy nie przegrała meczu i od wprowadzenia dyscypliny do programu w 2004 zawsze zdobywa złoto? Rajdy Ricardinho i Jefinho, dryblujących na pełnej szybkości z piłką przyklejoną do stopy i zmuszających bramkarzy do imponujących parad. Czy determinację zawodników by wbrew wyrokom losu uprawiać ukochaną dyscyplinę? Ich niezgodę na niepełnosprawność, wolę walki i przekraczania największych barier.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Niewidomi futboliści są i w Polsce. Stracili wzrok w wyniku wypadku, podczas porodu, w wyniku błędu pielęgniarki, która zapomniała założyć okularów ochronnych dziecku w inkubatorze. Inni w wyniku choroby genetycznej, ktoś nie widzi od urodzenia. Na co dzień pracują jako masażyści, telefoniści w call center lub wklepują dane do komputera. Łączy ich piłka. Możliwość gry to dla nich spełnienie marzeń, sens życia i często jego jedyna radość. Czasem jedyny powód do ruszenia się z domu, podjęcia codziennej walki.

A największa radość to możliwość gry z orłem na piersi i dawanie radości innym. Tak mówi Adrian, jeden z reprezentantów Polski. „Boisko to jedyne miejsce gdzie czuję się bezpiecznie. Jedyne gdzie mogę zrealizować się fizycznie w 100 procentach. Wiem, że nic złego mnie tu nie spotka w przeciwieństwie do reszty świata”.



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Niestety dziś sytuacja jest taka, że nie wiadomo kto jest trenerem kadry, kto w niej gra, ani czy reprezentacja Polski w ogóle przystąpi do eliminacji mistrzostw Europy w Niemczech…

Futbol niewidomych zaczął rozkręcać w Polsce w 2010 roku Lubomir Prask, od 1993 roku nauczyciel w Dolnośląskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 13 dla niewidomych i słabo widzących we Wrocławiu. Namówił go ówczesny prezes Crossu (Stowarzyszenia Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących) Piotr Dukaczewski.

Chętnych znalazł bez problemu – kto nie kocha piłki? Treningi podejrzał podczas wyjazdów do Niemiec gdzie liga funkcjonowała od 10 lat, doszkalał się w internecie. Problemem był brak sprzętu i odpowiedniego boiska z ochronnymi bandami. Zamiast specjalną piłką z dzwonkami grano owiniętą w… szeleszczącą folię. Prask musiał poprosić wolontariuszy, żeby pilnowali słupków Orlika podtrzymujących siatkę, by żaden z zawodników nie zrobił sobie krzywdy. A cheerliderki szeleszcząc pomponami wskazywały koniec boiska.

Pierwszy mecz w odpowiednich warunkach ekipa z Wrocławia zagrała podczas wyjazdu do Berlina, a Niemcy potraktowali jako pierwszy, historyczny sparing. Niezgrani jeszcze i stawiający pierwsze kroki wrocławianie przegrali 0:8, ale w środowisku zaczęła buzować pozytywna energia.

Powstał drugi ośrodek futbolu niewidomych w Chorzowie (dziś już nie istnieje, jego rolę przejął Kraków) i reprezentacja Polski, której selekcjonerem został Prask.

Chłopaki zrobili błyskawiczne postępy. Kiedy po roku ci sami Niemcy zaprosili ich na rewanż, by na 100-lecie klubu zlać łatwego rywala, nasi zepsuli im święto wygrywając 2:1.

Pomocną dłoń wyciągnęło Ministerstwo Sportu dofinansowując zgrupowania oraz UEFA, która poprosiła drużyny z Chorzowa i Wrocławia o rozegranie pokazowego meczu na stadionie w Gdańsku przed ćwierćfinałem Euro 2012 Niemcy – Grecja.

W 2015 kadra trenera Praska zdołała się zakwalifikować na mistrzostwa Europy w Hereford w Anglii, gdzie zdobyła historycznego pierwszego gola i wygrała historyczny pierwszy mecz. Wyjazd pomógł sfinansować Robert Lewandowski. Wydawało się, że dyscyplina jest na fali wznoszącej…

Niestety w kwietniu zmienił się prezes Crossu. Nowy nie jest zainteresowany Blind Futbolem. Wstrzymano wszelkie finansowanie. Chłopaki odmawiają zaproszeń na turnieje do Pragi, Budapesztu czy Hiszpanii, bo nie stać ich by płacić za przejazd z własnych nędznych rent lub pensji. Ogarnia ich czarna rozpacz. Wiedzą, że jeden sezon już mają stracony. Marne szanse, że uda się przygotować do ME. Jak w tej sytuacji marzyć o igrzyskach paraolimpijskich w Tokio w 2020 roku? Głupio im znów prosić o pomoc Lewego. Zresztą przecież nie chodzi o to, żeby jeden piłkarz finansował ich dyscyplinę. Proszą tylko, żeby jej nie uśmiercać…

Dwie Dorotki. Historia niezwykłej przyjaźni, poświęcenia i woli walki

W znanej bajce Janiny Porazińskiej dwie Dorotki to mieszkające w jednej chacie siostry, z których jedna jest zła, a druga dobra. W tej opowieści obie Dorotki są dobre, wręcz wspaniałe, a choć mieszkają razem siostrami nie są. I ich życie to nie bajka

Dorota Bucław i Dorota KubicaW ekipie paraolimpijskiej w Rio mówiono o nich „Dorotki”. „Czy Dorotki jadą na ceremonię otwarcia igrzysk?” „Nie, zostają w wiosce. Dorota ma start za dwa dni”. „Wybiła rura, woda leci po ścianie!” „Gdzie?” „W pokoju Dorotek”.

Dorota Bucław (na zdjęciu z lewej) to wielokrotna mistrzyni Polski w tenisie stołowym na wózkach. Startuje w kategorii tetraplegików, czyli osób o najwyższym stopniu niepełnosprawności, z niedowładem czterokończynowym. Nie czuje nic od ramion do palców stóp. Na dłoń nakłada specjalny uchwyt, który pozwala utrzymywać rakietkę w wiotkiej dłoni. Nie byłaby w stanie zacisnąć palców na rączce. A całość dla pewności owija bandażem.

Dłoń bandażuje jej Dorota Kubicka. Nie odstępuje przyjaciółki na krok. Kiedy wsiadamy do autobusu ze stadionu Maracana do wioski olimpijskiej, przypina Dorotę pasami i nakłada jej na szyję kołnierz ortopedyczny. Siada za nią i choć jej własna głowa co rusz opada z senności, przez długą drogę trzyma mocno za wózek, ponieważ kierowca ostro hamuje i przyśpiesza.

Zawsze za plecami koleżanki. Od ponad 20 lat. Od wypadku samochodowego, w którym obie uczestniczyły. Dorota Kubicka prowadziła, Dorota Bucław była pasażerką. Maluch podskoczył na przejeździe kolejowym i pasażerka poczuła chrupnięcie w szyi. To pękł kręgosłup na odcinku szyjnym. Przez pół roku była w stanie ruszać wyłącznie oczami…

Spotkanie

Gdy już mogła opuścić szpital, Dorota Kubicka zabrała ją do swojego mieszkania w Solcu Kujawskim, które przebudowała na potrzeby niepełnosprawnej przyjaciółki. Od tej pory są nierozłączne. Dorota towarzyszy Dorocie w większości codziennych czynnościach życiowych. I we wszystkich startach.

- Poznałyśmy się w 1994 roku, a jakże, w szpitalu. Ja byłam pacjentką, Dorota moją rehabilitantką – opowiada Dorota Bucław. – Tata zaraził mnie miłością do sportu. Od piątego roku życia uczył mnie grać w koszykówkę, zabierał na mecze. Nieźle mi szło. Gdy miałam 17-lat podczas meczu kolega wpadł na mnie tak nieszczęśliwie, że przycisnął ciałem moją rękę do ściany. A ja zamiast wyszarpnąć rękę, pociągnęłam szyją i zerwałam połączenia nerwowe. Prawa ręka była bezwładna.

W szpitalu w Bydgoszczy Dorota walczyła o przywrócenie jak największej sprawności. – Trochę poprawiliśmy ruchomość przedramienia, ale dłoń i nadgarstek wciąż nie działały. Za to się polubiłyśmy i szybko przeszłyśmy na ty. Nie była to wielka zażyłość, ale okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Spotykaliśmy się w Bydgoszczy w tych samych klubach – opowiada Dorota Kubicka.

Po rehabilitacji pierwsza Dorota postanowiła wrócić do sportu. Namówił ją wujek, Ryszard Marczak, zwycięzca maratonu w Nowym Jorku. – Kazał mi wziąć się w garść i wysłał Astorii Bydgoszcz, gdzie utworzono sekcje dla niepełnosprawnych. Zaczęłam biegać, ale wolałam tenis stołowy.

Najpierw musiała przestawić się na leworęczność. Poszło o tyle szybko, że wypadek miał miejsce tuż przed maturą, którą Dorota po prostu musiała jakoś napisać. – Uczyłam się pisać od nowa. Przepisywałam całe książki, żeby wyćwiczyć rękę. Na szczęście rodzice w niczym mnie nie wyręczali, dzięki temu błyskawicznie nauczyłam się wiązać sznurówki, ubierać i wszystkich pozostałych czynności – opowiada Dorota Bucław.

Zaczęła robić błyskawiczną karierę w tenisie. Zdobyła mistrzostwo Polski, w 1997 zakwalifikowała się do reprezentacji Polski, a dwa lata później dostała powołanie na igrzyska paraolimpijskie w Sydney. Miała startować w deblu z 11-letnią Natalią Partyką.

Rozpoczęła naukę w Studium Hotelarstwa i Obsługi Ruchu Turystycznego. Trzy języki: angielski, niemiecki i francuski, pozwoliły jej z łatwością ukończyć kurs pilota wycieczek zagranicznych. Po igrzyskach planowała studiować turystykę w Gdańsku. Ale do Sydney nie poleciała. 6 grudnia 1999 zdarzył się drugi wypadek.

Wypadek

- Przyjechałam do Bydgoszczy odwiedzić ukochaną babcię, która była w kiepskim stanie. Spotkałam Dorotę, która akurat kupiła mieszkanie w Solcu Kujawskim. Namówiła mnie, że mi je pokaże. Wsiadłyśmy w malucha. Pojechałyśmy. Pierwszy i ostatni raz weszłam wtedy sama na to drugie piętro. Wypiłyśmy herbatę. Wracając przejeżdżałyśmy przez tory… – opowiada Dorota Bucław.

Obie mówią, że wcale nie jechały szybko. Wręcz zwolniły w feralnym miejscu, bo tory są tam nierówne. Nawet rowerzyści zsiadali tam z rowerów. – Jestem wysoka, uderzyłam głową w podsufitkę. Nie miałam do niej daleko. Wiadomo jakie pasy są w maluchu. I stało się. Poczułam tylko prąd i ogarnęła mnie ciemność. Obudziłam się dopiero w szpitalu – Dorota Bucław.

- Mój szok był tak głęboki, że wymazałam okres kilku miesięcy po wypadku z pamięci. Mam lukę. Pamiętam tylko, że w drodze do szpitala powtarzałam w kółko: „Panie Boże, spraw, żeby Dorota przeżyła! Jeśli przeżyje, zrobię wszystko, żeby jej pomóc!” Przeżyła, ale poza głową była całkowicie unieruchomiona. Na początku zaczęłam pomagać z powodu wyrzutów sumienia. Wiedziałam, że przecież celowo tego nie zrobiłam, ale czułam się odpowiedzialna – opowiada Dorota Kubicka.

- To było poświęcenie totalne. Dorota nastawiała alarm co dwie godziny, nawet w nocy, budziła mnie i ćwiczyłyśmy. Sama straciła przy tym kupę zdrowia. Wiem, że dzięki niej bardzo szybko osiągnęłam możliwe najlepszą sprawność jak na mój przypadek – mówi Dorota Bucław.

Po wyjściu ze szpitala Dorota zabrała Dorotę do swego mieszkania w Solcu Kujawskim, tego które zwiedzały feralnego dnia. Przyjaciółka potrzebowała stałej opieki. Do dziś ma poważne problemy z oddychaniem. Podczas lotu z Rio lekarz polskiej ekipy musiał podawać jej tlen.

Dorota Kubica przebudowała mieszkanie, ponieważ było niefunkcjonalne, miało np. zbyt wąskie futryny. Zamontowała też podnośnik do kąpieli.

Na 2. piętrze bez windy Dorota Bucław utknęła na parę lat. Sąsiedzi, których dziewczyny nie mogą się nachwalić, służyli pomocą przy zniesieniu wózka – a potrzeba było do tego dwóch silnych mężczyzn. Nie chciały jednak nadużywać życzliwości i korzystały z niej tylko w wyjątkowych wypadkach. Sytuacja zmieniła się gdy po siedmiu latach Fundacja Dum Spiro Spero ufundowała specjalny schodołaz na gąsienicach, który zwozi Dorotę. Bez niego nie miałaby szans na treningi.

Pasja

Dorota Bucław nie od razu wróciła do tenisa stołowego. Bała się o zdrowie. Stres wywołuje u niej spastykę, czyli bardzo silne skurcze, często miewa kłopoty z odychaniem. Zmobilizowała ją sąsiadka, Alicja, która zorganizowała próbny mecz z chłopakiem z osiedla. – Tak się uparła, że nie miałam wyjścia. Ale kiedy tylko znów stanęłam przy stole, wiedziałem że to jest to! Zrozumiałam, wózku nie przeszkadza mi w graniu. Pasja odżyła! – mówi.

- Dorota ma w sobie ogromny upór i konsekwencję. Po wypadku ja bym najchętniej wszystko za nią zrobiła, umyła, ubrała, nakarmiła. Kiedy na początku leżała, brzydko mówiąc, jak beton, we wszystkim ją wyręczałam. Chciałam nadal, ale później już mi nie pozwalała. Prowadziłyśmy o to w domu prawdziwe wojny. Była zbyt ambitna. Pół kubka jogurtu jadła przez pół godziny, ale się nie podawała. Dzięki tej samej determinacji znów zaczęła odnosić sukcesy w sporcie. Pojechała aż na dwa igrzyska. Gdyby mi uległa, pewnie leżałaby w łóżku jak kłoda, a ja nie byłabym w stanie funkcjonować – mówi Dorota Kubicka.

Cztery lata po wypadku zdobyła złoty medal mistrzostw Polski w mikście. Rok później została mistrzynią Polski w turnieju indywidualnym. W 2009 roku trener reprezentacji, Elżbieta Madejska po raz pierwszy powołała ją do kadry. Dorota pojechała na upragnione igrzyska paraolimpijskie do Londynu. Tam niestety w pierwszym meczu złamała palce dłoni uderzając niechcący w stół. Podeszła do kolejnego meczu, po to by nie oddać go walkowerem.

Wznowiła też studia. Już nie wymarzoną Turystykę, ale Zarządzanie w Sporcie i Kulturze Fizycznej. Pracę licencjacką obroniła tuż po powrocie z Londynu. Wszystko razem z Dorotą.

Medal

- Jeżdżę z nią na każde zawody, wykorzystując urlop w szpitalu, gdzie jestem rehabilitantką. A jak już go nie mam to urlop bezpłatny. To moja prywatna sprawa, nie chcę słać pism i brać nikogo na litość. Ale trochę bywać w pracy muszę, bo to nasze podstawowe źródło utrzymania. Dorota jest przez to poszkodowana i czasem omijają ja zgrupowania. Wówczas trener Madejska wyznacza jej zadania przez Skype’a i Dorota trenuje z zaprzyjaźnionym Danielem Szczepańskim – opowiada Dorota Kubicka.

Gdy pytam o jej zadania, rozkłada ręce: wszystko czego Dorota potrzebuje. Musi być zawsze gotowa. Od ubrania przyjaciółki, po pomoc w toalecie, bo Dorota sama nie przesadzi się z wózka. Po pomoc na treningu przy podawaniu piłeczek. W karcie zawodniczej ma wpisane, że podczas meczów wolno jej być przy bandzie, choć zazwyczaj mają do tego prawo tylko trenerzy. Jeśli Dorota będzie miała problem z oddychaniem, poda jej tlen. Jeśli chwyci skurcz mięśni, rozluźni masażem lub zrobi zastrzyk.

- Ale w razie mojego sukcesu w turnieju Dorocie medalu nie dadzą. To nie lekkoatletyka, gdzie medale dostają niewidomi biegacze i opiekunowie, którzy im towarzyszą. Co najwyżej ja jej mogę dać medal za wszystko co dla mnie robi – mówi Dorota Bucław.

- Nie mam pojęcia kiedy ta pomoc z poczucia obowiązku przerodziła się w przyjaźń. To przyszło tak naturalnie. Myślę, że ponieważ jestem parę lat starsza od Doroty, w pewnym momencie zaczęłam ją traktować jak dziecko. Jesteśmy jak rodzina. Święta spędzamy na zmianę u naszych rodziców. Moi mówią, że mają trzy córusie, a ja dwie siostry nie jedną. Gdyby nie ich wsparcie i miłość, nie poradziłybyśmy sobie – mówi Dorota Kubicka.

Dorotki z niepokojem myślą o przyszłości. W Rio Dorota uplasowała się w pierwszej ósemce, ale jej konkurencja nie spełniła kryteriów stypendialnych Ministerstwa Sportu. Nie wystartowało 12 zawodników z przynajmniej ośmiu krajów. Zabrakło Rosjanki, dobrej znajomej polskiej ekipy, zdyskwalifikowanej wraz z całą Federacją. Bez stypendium Dorotkom ciężko wyobrazić sobie dalsze treningi. Konieczna jest np. wymiana obu kół w wózku, a to koszt 2,5 tys. złotych. Paczka 100 piłeczek pingpongowych – 600 złotych, rakietki, okładziny itd. Skąd wziąć na to pieniądze, skoro z 970 zł renty, aż 900 co miesiąc trzeba zostawić w aptece?

- Niestety sponsorzy nie pchają się drzwiami i oknami. Ale obie mamy walkę we krwi, więc się nie poddamy. Trzeba wierzyć w coś by żyć – mówi Dorota Bucław (na zdjęciu z prawej).

Dorota Kubicka i Dorota Bucław

Rio 2016. Zwierzenia attache prasowego

Michał Pol - Attache PrasowyCeremonia Zamknięcia Rio 2016Selfie podczas Ceremonii Zamknięcia Rio 2016 na Maracanie. Fot. Samsung Gear 360 

Przez cały wrzesień miałem przywilej być attache prasowym polskiej reprezentacji paraolimpijskiej na igrzyskach w Rio de Janeiro. Piszę – przywilej – ponieważ ta funkcja pozwoliła mi na wyjątkowe, bezpośrednie obcowanie z wielkimi sportowcami, czego nie przeżyłem nigdy wcześniej. Mieszkałem wraz z nimi w wiosce olimpijskiej, jedliśmy w tej samej stołówce, razem jechaliśmy na zawody. Często byłem pierwszą osobą, z którą dzielili się emocjami po występie, udanym lub nie. Dane mi było słuchać intymnych zwierzeń podczas kontroli dopingowej czy w oczekiwaniu na dekorację medalową. No i oczywiście maszerować z polską ekipą po najsłynniejszym stadionie świata – Maracanie podczas Ceremonii Otwarcia oraz Zamknięcia igrzysk.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Ceremonia Zamknięcia Rio 2016Dla dziennikarza to sytuacja niespotykana i spełnienie marzeń. Na pięciu igrzyskach olimpijskich mój kontakt ze sportowcami ograniczał się do spotkań w tzw. strefie mieszanej lub przed wioską olimpijską, gdzie wystawaliśmy godzinami, licząc że ktoś się napatoczy. Bywało, że ktoś odmówił rozmowy, rozczarowany słabszym występem.

Ceremonia Zamknięcia Rio 2016

Ceremonia Zamknięcia Rio 2016W Rio to ja doprowadzałem sportowców do dziennikarzy, zresztą nie zdarzyło się, żeby którykolwiek odmówił rozmowy. Na akredytacji miałem magiczny znaczek „All” uprawniający mnie do wejście… wszędzie. Nawet na „Field of play”, czyli miejsce zawodów – lekkoatletyczną bieżnię, podest szermierczy czy boks tenisa stołowego.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Oczywiście nie korzystałem z tego, żeby obecnością nie zdekoncentrować zawodników i sztabu trenerskiego. Przyjemnie było za to znaleźć się za kulisami bezpośrednio po zawodach. Na treningowym basenie pływaków czy salce ciężarowców. Obejrzeć z bliska łzy wzruszenia, wysłuchać wrzasków triumfu, a czasem słów gorzkich jak Grzegorza Pluty, złotego medalisty z Londynu w szabli, skrzywdzonego przez sędzinę w półfinale w Rio. Zostały między nami. W świat poszły gratulacje dla lepszego rywala i wzięcie porażki na klatę jak gdyby nigdy nic, wypowiedziane chwilę później w strefie mieszanej.


Koncert dla paraolimpijczyków 360o Nagrane Samsung Gear 360

Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Funkcja attache sprawiła, że nie zawsze mogłem, niczym rasowy dziennikarz rzucić się na newsa i podać go dalej. Będąc członkiem ekipy musiałem brać pod uwagę przede wszystkim dobro zawodnika. Tak było m.in. w przypadku Krzysztofa Żyłki, tenisisty stołowego na wózku, który… drugiego dnia po przylocie do Rio spadł z wózka w wiosce olimpijskiej i złamał nogę. Zwlekaliśmy z oficjalną informacją, ponieważ mimo wszystko zamierzał wystąpić. Jego niesamowitą historię opisałem tutaj.

Justyna KozdrykWojciech MakowskiTo tylko jedna z nieopowiedzianych historii. Najcenniejsze w roli attache był nieograniczony dostęp do zawodników, praktycznie o każdej porze. Możliwość dodania drobnego wsparcia zawodniczce przerażonej startem, która następnego zdobyła srebrny medal. Czy wyciągnięcie na zwierzenia sąsiadki z pokoju naprzeciwko prosto z imprezy, na której wraz z przyjaciółmi z kadry opijała złoty medal. I usłyszeć z pewnością więcej, niż podczas przelotnej rozmowy w strefie mieszanej…



Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Tuż przed odlotem natknęliśmy się na lotnisku w Rio na miły gest. Tablicę, na której pasażerowie mogli przylepiać podziękowania lub słowa otuchy dla paraolimpijczyków, a ci ostatni je przeczytać…

Rio 2016Rio 2016Rio 2016

 

A teraz… Tokio 2020! Będzie kosmicznie, sądząc po prezentacji gospodarzy…

Nagrane Samsung Galaxy S7 (więcej o Galaxy)

Jak Krzysiek wystartował ze złamaną nogą i zakrzepicą

Krzysztof ŻyłkaNiesamowitą historię opowiedział mi przed chwila na lotnisku w Rio Krzysztof Żyłka, tenisista stołowy na wózku, kiedyśmy czekali na odlot samolotu do Polski!

Drugiego dnia w Rio spadł z wózka w wiosce olimpijskiej i… złamał nogę. Na jakieś nierówności, których pełno. Poleciał dwa metry. Ekipa tenisistów żartowała, że w takiej formie powinien wystartować w skoku w dal. Nie wiedział, że noga jest złamana. Nie czuje nóg od wypadku samochodowego w 1992 roku. Pojechał więc normalnie na trening. Tam się zresztą widzieliśmy. Zrobiłem mu wówczas zdjęcie (poniżej) z partnerem z debla, Rafałem Lisem i Maciejem Nalepką.

Pojechał też na Ceremonię Otwarcia igrzysk. Ale czuł, że coś jest nie tak. Miał mdłości duszności. Lekarz prześwietlił nogę, okazało się, że złamany jest piszczel. Włożyli nogę w ortezę i dali zielone światło na występ.

Szczęśliwym trafem lekarz kadry paraolimpijskiej, Andrzej Folga jest też kardiologiem. Zaniepokoiły go te duszności, to że Krzysztof nie mógł złapać tchu po wysiłku. Zabrał go do Hospital Vitoria w Rio na badanie tomografem komputerowym z kontrastem płuc. Okazało się, że Krzysztof ma zator! Wdała się zakrzepica tłuszczowa, ta sama na którą zmarła Kamila Skolimowska. Przez pięć dni lekarze walczyli o jego życie.

- Byłem załamany. To moje pierwsze igrzyska. Cztery lata przygotowań na marne? A czułem się mocny. Przed igrzyskami wygrywałem z zawodnikami z czołówki. Z Rafałem Lisem mieliśmy spore szanse na medal w deblu. Za wszelką cenę chciałem wystartować. Miałem myśli, że jak się nie uda, skończę z tenisem – opowiada.

Lekarze zlikwidowali zator. Przetrzymali Krzysztofa jeszcze jeden dzień. Pani trener kadry Elżbieta Madejska i dr. Folga dali zielone światło na występ. Opuścił szpital o 12.00 w południe, a o 16.00… zagrał w turnieju singlowym ze Słowakiem Petrem Michalikiem. Przegrywał już w setach 0:2, ale doprowadził do remisu. Mecz przerwano na osiem minut, żeby podać mu tlen. W piątym secie przegrał 11:8. – Strasznie żałuję tej porażki. Gdybym wygrał, zostałbym bohaterem… – wzdycha.

Krzysztof Żyłka, Rafał Lis, Maciej NalepkaOd prawej Krzysztof Żyłka, Rafał Lis, Maciej Nalepka

- To było szaleństwo – mówi Rafał Lis. – Obojętnie na kogo Krzysiek by trafił, to by przegrał. W deblu przegraliśmy z Nigerią, którą normalnie byśmy spokojnie ograli. Ale nie był w formie ani fizycznej ani psychicznej. Przez sześć dni nie trzymał w ręku rakietki. A do tego głowa pełna wątpliwości: „czy dam radę?” Najważniejsze, że wyszedł z tego cały i zdrowy, bo mogło się skończyć dużo gorzej.

- Wystąpiłem w Rio, nie uważam przyjazdu za kompletnie stracony. Nie rzucam tenisa i za cztery lata spróbuję to sobie odbić na igrzyskach w Tokio. Cieszę się, że żyję, że już normalnie oddycham. Trzy miesiące temu się ożeniłem. Mam dla kogo żyć – kończy.

Krzysztof Zyłka i Rafał LisKrzysztof Żyłka trenuje w parze z Rafałem Lisem. Nie wiedział jeszcze wtedy, że ma złamaną nogę

 

Biegnę w ciemności, Michał to moje oczy

Joanna Mazur i Michał StawickiFot. Bartłomiej Tott

Nazywam się Asia. Joanna Mazur. Jestem sportowcem. Startuję na 200 i 400 m. Nie widzę. Biegam z opaską na oczach. W zupełnej ciemności. Startuję z przewodnikiem, Michałem Stawickim. Biegniemy obok siebie, połączeni opaską. Jeden koniec mam owinięty wokół nadgarstka, drugi trzyma w dłoni Michał. On jest moimi oczami, ponieważ nie widzę toru, rywalek, mety…

Podczas biegu mamy do dyspozycji dwa tory, ale jeśli chcemy możemy biec po jednym, albo przebiec z jednego na drugi. Nie wolno nam tylko ich przekroczyć. Przewodnik nie sprawi, że pobiegnę szybciej. Biegnie obok. Towarzyszy. Musi wczuć się w mój rytm. Nie wolno mu mnie wyprzedzić, ani pociągnąć za sobą lub popchnąć na finiszu, choć czasem aż korci. Ale jeśli wbiegnie na metę pierwszy – dyskwalifikacja. Może puścić opaskę, ale dopiero 10 metrów przed metą.

Musimy być zgrani podczas startu, bo oboje ruszamy z bloków. Podczas biegu Michał mnie informuje: „wyjście z wirażu”, „prosta”, „wejście”, „wyjście”, „prosta”. W Rio musiał krzyczeć bardzo głośno, bo biegła z nami Brazylijka i publiczność gospodarzy szalała na stadionie. Ale ja Michała zawszę słyszę. Uspokoił mnie, bo po wejściu na bieżnię dostałam ataku paniki. Przez akustykę. Zmysł słuchu mam tak wyostrzony, że rejestruję dźwięki, które wam przechodzą koło ucha. Wejście na tak ogromny stadion sparaliżował mnie.

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Fot. Bartłomiej Tott

Wzrok zaczęłam tracić w wieku siedmiu lat. Mieszkamy w Szczucinie, mam trzech starszych braci, którzy widzą świetnie. A ja najpierw zaczęłam widzieć jednym okiem ciemniej, a drugim jaśniej. Rodzice zabrał mnie do okulisty, stwierdził, że mam rzadką wadę wzroku, która nie ma nawet nazwy. Cierpi na nią parę osób na świecie i nie ma na nią lekarstwa. Postawiłam sobie na półce figurkę miśka i z dnia na dzień przestawałam go widzieć…

W wieku 12-13 lat przestałam sobie dawać radę w szkole. Nie było przystosowanych książek, a wstydziłam się korzystać z lupy. Wiadomo, dzieci potrafią być okrutne. W moim przypadku były okrutne za bardzo. Dogryzano mi, dokuczano, podstawiano nogi, szydzono. Nie umiałam się odnaleźć w sytuacji utraty wzroku, a tu jeszcze zamiast wsparcia – codzienny koszmar, mimo że klasa była integracyjna.

Pewnego dnia gdy spłakana wróciłam ze szkoły postanowiłam, że więcej do niej nie pójdę. Podjęłam decyzję z dnia na dzień – ja, 13-letni dzieciak w 2. klasie gimnazjum. Opowiedziałam mamie, a wieczorem przypadkiem w telewizji w wiadomościach nadano reportaż o szkole dla niedowidzących i niewidomych w Krakowie. To aż 150 km od nas, ale powiedziałam: „mamo, to jedyne rozwiązanie”. Po paru dniach pojechaliśmy tam i z miejsca mnie przyjęli. Zamieszkałam w internacie, mimo że byłam bardzo zżyta z rodzicami i rodzeństwem.

Tam poznałam mnóstwo niewidomych, którzy fantastycznie sobie radzili. Wszędzie wychodzili, żyli zupełnie normalnie. Byli dla mnie wielką motywacją. Na początku byłam wystraszona całą sytuacją, bo coraz bardziej traciłam wzrok. Ale pomyślałam, że wstyd siedzieć w czterech ścianach, skoro tu wszyscy tacy aktywni. Każdy coś trenował. Ja też kochałam sport, ale jak go uprawiać skoro przestałam widzieć piłkę, czy deskę z której powinnam się odbić przy soku w dal? Usłyszałam, że niewidomi świetnie biegają i pływają, postanowiłam spróbować.

Zaczęłam od spacerów, nauki orientacji, tego żeby więcej słyszeć, skoro nie nie mogę widzieć. Potem delikatnych truchtów. Łapałam mnóstwo otarć, obić, siniaków, bo nie widziałam barierek, stopni. Upadałam, ale za każdym razem zaciskałam zęby i podnosiłam się. Nauczyciel WF dostrzegł moją determinację, zaczął zabierać mnie na spartakiady, żebym oswajała się z zawodami, stadionami. Pojawiły się małe sukcesy, co mnie bardzo nakręcało.

Skończyłam technikum, potem studia – pedagogikę terapeutyczną z rehabilitacją ruchową oraz szkołę masażu. Robiła to, co lubię. Pracowałam w zawodzie i starałam łączyć to z treningami. Aż kolega ze Startu Tarnów, Michał Derus, który w Rio zdobył srebro w biegu na 100 m, powiedział mi: „albo na poważnie, albo wcale”.

Próbowałam nawiązać współpracę z trenerami biegania pełnosprawnych. Bez skutku, przez rok nikt mi nawet nie odpisał. Za milionowym podejściem dodzwoniłam się do Lecha Salamonowicza, byłego trenera kadry. To człowiek o wielkim doświadczeniu i wielkim sercu. Zobaczył mi powiedział: „spróbujmy”. Tu na igrzyskach w Rio niemal za każdym startem, każdą historią jest jakiś trener, który powiedział „spróbujmy”. Przez rok trenowaliśmy razem, ja jeszcze bez przewodnika. Więc często zmieniałam tory, wpadałam na kogoś. To był ten moment, w którym zrozumiałam, że trzeba pogodzić się z wadą wzroku i wziąć do ręki białą laskę. Zaakceptować sytuację i radzić sobie w życiu. Wcześniej broniłam się przed przyjęciem klasyfikacji 11 – niewidomi z przewodnikiem. Nie, nie, nie, jaki przewodnik, przecież ja widzę. Ale na kolejnych zawodach znów katastrofa, nie trafiłam w wiraż. Na kolejnej komisji odpuściłam i zaczęłam szukać przewodnika.

Z tym był wielki problem. Bo od przewodnika wymagane jest wielkie poświęcenie. To musi być ktoś, kto na co dzień realizuje ze mną wszystkie treningi. A mam ich dwa, trzy dziennie w kluczowych dniach przed startem. Jeden kolega Krakowa, drugi. Niestety nie podołali treningów. Męczyli się. Przewodnik musi być silniejszy ode mnie, nie odwrotnie. To musi być były sportowiec… nie… to musi być po prostu Michał Stawicki. Były lekkoatleta i triatlonista.

Joanna Mazur i Michał StawickiZaczęliśmy współpracować w listopadzie, w grudniu tego roku mieliśmy pierwsze zgrupowanie. Wciąż się siebie uczymy, swoich zachowań. Wciąż się docieramy na bieżni. Tu w Rio zaliczyliśmy dopiero czwarty wspólny start w zawodach na 400 m. Moje rywalki znają swoich przewodników od lat. Na tak niewielki staż nieźle sobie poradziliśmy.

Mam do Michała stuprocentowe zaufanie. Daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Na początku jeszcze dobrze nie znałam jego głosu. Pamiętam na pierwszym obozie na hali, Michał stał z boku. Miał powiedzieć „hop!” ja na to ruszyć do biegu i na jego „luz!” stanąć. Ktoś krzyknął z boku zdaję się „możesz!”, myślałam, że to Michał i pobiegłam najszybciej jak umiałam. Zawadziłam o niego barkiem, przekoziołkowałam niebezpiecznie i wywaliłam na bieżnię. Dziś jak Michał krzyknie „stop!”, natychmiast wrastam w ziemię. Nie ważne jak szybko biegła i co mi się wydaje. Dziś po prostu on jest moimi oczami. Ufacie się swoim oczom, prawda? No poza wyjątkami, kiedy mnie podpuszcza. Np kiedy na schodach robię przez niego dodatkowy, niepotrzebny krok na nieistniejący stopień. Albo jak wchodzę do pokoju i nie wiem, czy ktoś w nim jest czy nie ma, dopóki nie dotknę, albo nie usłyszę parsknięcia ze śmiechu. Ale to jest bardzo przyjemne.

Niestety obje musieliśmy zrezygnować z pracy. Z Michałem nie przedłużono umowy w szkole gdzie uczył WF. Ja pracowałam w przychodni jako masażystka, ale 18 osób dziennie i do tego trening wytrzymałościowy, trzy godzinna siłownia było ponad moje siły. Wykańczałam się. Postawiliśmy wszystko, żeby pojechać do Rio. To było zarówno moje marzenie jak i Michała. Teraz czeka nas ciężkie zderzenie z rzeczywistością, ale uważamy że było warto.

Najważniejsze w tym wszystkim, że akceptuję siebie, idę do przodu i spełniam marzenia. Każdy powinien. Niepełnosprawność nie może wykluczać z walki o marzenia. Wymaga to ciężkiej, żmudnej pracy, ale jaka satysfakcja na końcu!

Michał

Jestem byłym lekkoatletą. Ściganie się to mój żywioł. Człowiek ma zakodowane, żeby być najlepszym za wszelką cenę. Szarpnąć na finiszu, rzucić na mecie. Ale tu są inne cele. Z Asią muszę się hamować. Dbać tylko o nią, towarzyszyć jej w biegu. Choćbym chciał przyśpieszyć, nie wolno mi, bo grozi dyskwalifikacja.

Często widzę brak zgrania między zawodnikiem, a przewodnikiem. Nas spotkało to tylko raz, na mistrzostwach Europy w Grosetto. Ania puściła uchwyt, ja nie zdążyłem złapać, zbiegła na tor obok i dyskwalifikacja. Ale uczymy się na błędach, wyciągamy wnioski, zgrywamy coraz bardziej.

Porównuję bieg z przewodnikiem do jazdy figurowej na lodzie w parach. One też muszą być maksymalnie zgrane, doskonale zsynchronizowane, muszą rozumieć każdy swój ruch. Wynikiem końcowym za pracę jest punktacja sędziów, u nas wynik. Im lepsza technika wspólnych ruchów im lepsza koordynacja, synchronizacja i jak najmniejszy wydatek energetyczny tym lepszy wynik. Dlatego po sukcesie przewodnik dostaje medal tak samo jak zawodnik.

Joanna Mazur i Michał StawickiAsia i Michał przed Ceremonią Zamknięcia Igrzysk Paraolimpijskich na Maracanie

„Jedna jest mózgiem, druga silnikiem”. Złoty polski tandem, czyli Iwona i Ola

Iwona Podkościelna i Aleksandra Tecław Iwona z lewej, Ola z prawej

Niedowidząca Iwona Podkościelna wraz z pilotką Aleksandrą Tecław wygrały wyścig kolarski ze startu wspólnego tandemów. To dziewiąte polskie złoto w Rio de Janeiro. – Na tandemie tworzymy jeden organizm. Jedna jest mózgiem, druga silnikiem mówią dziewczyny.

Dzień na trasie kolarskiej rozpoczął się tragicznie. Podczas rywalizacji mężczyzn Irańczyk Bahman Golbarnezhad doznał ataku serca podczas jazdy, upadł i jeszcze uderzył głową o asfalt. . 48-letni kolarz zmarł w karetce do szpitala. – Oczywiście nam na starcie nikt niczego nie powiedział. Usłyszałyśmy tylko, że nastąpiła neutralizacja wyścigu i nasz opóźni się o ponad godzinę. Oraz zostanie zmniejszony o jedną rundę, co było dla nas gorsze, by dla nas im dłużej i ciężej, tym lepiej. Ruszyłyśmy więc zdeprymowane całą sytuacją – opowiada Ola.

- Z taktyką pomógł nam nasz arcymistrz, Rafał Wilk (dwukrotny złoty medalista z Londynu w kolarstwie ręcznym, w Rio zdobył złoto i srebro – red) i dodatkowo nas zmotywował. Najpierw ochrzanił, a potem podbudował pod samo niebo. Skoro zostało tylko 15 km, to ustaliłyśmy, że na płaskim jedziemy asekuracyjnie, a pod górkę pełen ogień. Kto wytrzyma, jedzie z nami. Na szczęście nikt nie wytrzymał – śmieje się Iwona.

Nikt nie wytrzymał, ponieważ dziewczyny są najmniejsze w stawce. Pod górę nikt nie ma z nimi szans. Polki najlepiej na świecie jeżdżą technicznie. Podczas zjazdu z góry ich tandem prawie nie hamuje, ale płynnie wchodzi w zakręty. – Poza tym jesteśmy bardzo zgrane. Iwona ufa mi totalnie i w pełni podaje mojej woli. Przerzucam ją z prawej na lewą jak zakupy. Wołam tylko: „luźne ręce!”, „w prawo!” i gładko wchodziłyśmy w zakręt. Tandemy rozwijają bardzo dużą szybkość. Na zjeździe ok 90 km/h. Duzi i ciężcy muszą hamować i przegrzewają im się koła – wyjaśnia Ola. A Iwona dodaje, że ostatnie 10 km jechały ze średnią prędkością 50-60 km/h. Same w to nie wierzyły.

- Odliczałam Iwonie każdy kilometr. Jeszcze pięć, cztery, dwa, jeden. Ostatnie dwieście metrów! Mamy złoto, ręce do góry! A ona: „nieee, bo spadnę!” – śmieje się Ola.

Na tandemie tworzymy jedność. Jesteśmy idealnie zsynchronizowane. W życiu też. Od maja nawet mieszkamy razem. Trenujemy razem od 6 lat, przejechałyśmy wspólnie miliony godzin i – jak to my mówimy – „wjeździłyśmy się w siebie” – mówią.

Trzeba mieć farta, żeby się dobrze dobrać w tandemie. Ale wcale nie potrzebna jest zgodność charakterów. Złote medalistki są swoim skrajnym przeciwieństwem. Olę roznosi energia. Jest duszą towarzystwa, każdego zagada. W pokoju dziewczyn na 17. pietrze w wiosce paraolimpijskiej zorganizowała imprezę dla uczczenia złotego medalu. Nie może wysiedzieć spokojnie. Opowiada, gestykuluje. Iwona jest cicha jak myszka. Siedzi spokojnie z boku, wszystkiemu przygląda się z łagodnym uśmiechem. Ola musi ją namawiać, żeby opowiedziała jakąś historię, skomentowała wyścig, odpowiedziała na pytanie.

- Jesteśmy przeciwieństwami. Często nie możemy ze sobą wytrzymać i jedna chce drugą zabić, częściej ja Iwonę niż ona mnie. Z racji, że ja trenowałam kolarstwo wiele lat, Iwonka w sporcie jest krótko i czasem nie rozumie, że trzeba się poświęcić w stu procentach. Mnie jak zaczyna boleć, to wiem, że to dobrze, że są efekty. Iwonka wręcz przeciwnie, wycofuje się. Więc czasem nasze plany treningowe biorą w łeb. Na szczęście podczas jazdy tworzymy jedność – mówi Ola.

Dodaje, że przewodnik w tandemie musi być doświadczonym kolarzem, bo druga osoba zawierza mu całe swoje bezpieczeństwo. Przewodnik nieobyty w peletonie może doprowadzić do katastrofy. Ostatnio jeden niedoświadczony przewodnik połamał się, bo na zjeździe zbyt szybko wprowadził tandem w zakręt. – My w całej karierze leżałyśmy tylko raz. Na torze. Ale tylko dlatego, że nam zgasło światło podczas jazdy. Wywaliło korki w całym mieście i zaliczyłyśmy glebę – mówi Iwona.

Ola po zakończeniu zawodowej kariery skończyła architekturę krajobrazu i otworzyła firmę. Projektowała ogrody. – Ale umówiłyśmy się z Iwonką, że jeśli zdobędziemy mistrzostwo świata to zamykam firmę i w stu procentach poświęcam się tandemom i przygotowujemy do igrzysk w Rio. I wygrałyśmy. Nie wiem, może teraz otworzę firmę na nowo i nazwę jakoś „Golden Olympic Garden” – śmieje się Ola.

Iwona skończyła pedagogikę specjalną. Ma bardzo słaby wzrok. Ma zaćmę wrodzoną i usunięte soczewki w obu oczach. Nie byłaby w stanie sama jeździć na rowerze. – Na tandemy wkręcił mnie mój narzeczony. Na początku to były wjazdy turystyczne. Okazało się, że mam tyle sił, że mogłabym to robić wyczynowo. Musiałam tylko znaleźć właściwą partnerkę. Taką której mogłabym zaufać w stu procentach – mówi.

I dziewczyny sobie ufają. – Tandemy osiągają wysokie prędkości. Potrzebne jest więc zgranie. Jak na zakręcie pilot składa się w prawo, a zawodnik przestraszy się, że jest za płasko i odbije w przeciwną stronę, rower wpada w takie wibracje, że nie ma szans na uniknięcie kraksy – mówi Ola. – Nie było tak, że pierwszy raz wsiadłyśmy na rower i to zaufanie było. Przychodziło latami. Uczymy się siebie cały czas, zachowań. Jest co raz lepiej – mówi Iwona. – Ja jestem mózgiem, a ona silnikiem – dodaje Ola. – Tandem to lata ciężkiej harówy, potu i łez. Czasem się kochamy, czasem nienawidzimy. Nie da się tego uniknąć jeśli spędza się ze sobą 360 dni w roku.

Dziewczyny mówią, że po złotym medalu zrobią sobie wreszcie długie wakacje. Muszą odpocząć… – Od siebie! – krzyczą zgodnie z uśmiechem. – Żadnych wspólnych wyjazdów! Musimy nabrać dystansu, świeżości i ochoty na rower. Za wszelką cenę chcemy uniknąć poczucia wypalenia. I zatęsknić za sobą. Wiemy, że jedna bez drugiej nie ma racji bytu, a sukces to efekt wspólnej pracy. Tandem to styl życia – mówi Ola.

Ola Tecław i Iwona Podkościelna

Janusz Rokicki: srebrny medal w potwornych bólach i magiczna czekolada

Janusz RokickiKulomiot Janusz Rokicki zdobył srebro w potwornych bólach po wypadku w Rio. Przed laty stracił nogi gdy bandyci porzucili go pobitego na torach. Dziś walczy, żeby niepełnosprawni wychodzili z domów,,,

Rokicki zdobył w sobotę w Rio trzeci srebrny medal w pchnięciu kulą w historii swoich startów na igrzyskach paraolimpijskich po Atenach i Londynie. Po konkursie przyznał, że musiał pokonać nie tylko rywali, ale i potworny ból. Zwichnął bark po upadku w łazience w wiosce olimpijskiej i ledwo wystartował…

Dziesięć dni przed startem przewrócił się na mokrej podłodze w łazience podczas przesiadania się. Naderwał mięsień nadgrzebieniowy, zerwał podłopatkowy. – Po rezonansie byłem załamany. Igrzyska, a tu co, nie wystartuję, będę na wycieczce? Byłem w stanie odbyć tylko jeden trening. Nasi rehabilitanci dokonali cudu stawiając mnie na nogi. Nie wypadało ich zawieść i nie zdobyć medalu – mówił.

- Przed wylotem do igrzysk mierzyłem w złoto. Ale po wypadku modliłem się, żebym w ogóle mógł wystąpić. Zagryzłem zęby, ale najgorszemu wrogowi nie życzę takie bólu podczas startu – mówił.

Dodał, że nie chciał zawieść rodziny, która mu kibicuje, a zwłaszcza trzech synów, Bartka, Michała i Kuby. – Bólu przy pchaniu nie dało się zagłuszyć, ale rozmowa z synami na Facebooku mnie zmobilizowała. A jeszcze grzebiąc w torbie znalazłem czekoladę, którą wetknął mi cichcem jeden z nich. Z napisem: „Wierzę, że dasz radę”. Mała rzecz, ale dodała mi kopa. No i dałem radę! – cieszył się Rokicki.

Trzykrotny srebrny medalista chciałby być pozytywnym przykładem dla ludzi, których los skazał na wózek inwalidzki. On sam jest zmuszony poruszać się na nim od 1992 roku. Urodził się w Wiśle. Od małego ciągnęło go do sportu. Grał w piłkę nożną, dwa lata trenował biegi narciarskie. Miał talent, upór i samozaparcie. Wygrywał z zawodnikami o dwa lata starszymi od siebie.

Całe lato tamtego roku przepracował na budowie jako pomocnik murarza. Często ponad 12 godzin w 40 stopniowym upale, ale za niezłą kasę, która bardzo przydałaby się 18-latkowi. Po otrzymaniu wypłaty wstąpił do baru na piwo. – Do dziś tego żałuję… może moje życie byłoby inne gdybym szedł prosto do domu. Teraz wiem, że musiano mnie obserwować. Ktoś zauważył, że mam dużą sumę pieniędzy przy sobie. Wracałem torami. Nagle z tyłu otrzymałem potężne uderzenie w tył głowy, po którym straciłem przytomność. Zabrali mi portfel z dokumentami wraz z ciężko zarobioną wypłatą i zostawili na torach na pewną śmierć! Jadący pociąg o 4. rano zmienił całe moje życie. Maszynista zobaczył mnie leżącego między szynami, ale było już za późno… trzy wagony przejechały mnie obcinając obie nogi – opisuje na swojej stronie internetowej.

Spędził cztery miesiące w szpitalu w Cieszynie, trzykrotnie przeszedł reamputację prawej nogi. Ból czasami bywał nie do zniesienia. – Ale wsparcie rodziny, modlitwy rodziców pomogły przetrwać te ciężkie chwile. Gdy wyszedłem ze szpitala wywieziono mnie w góry, gdzie mieszkałem i zostałem tam więźniem we własnym domu. Metrowe zaspy uniemożliwiały mi poruszanie się, chociaż byłem już zaprotezowany. Janusz RokickiPrzez pierwszych osiem lat nie uprawiałem sportu, bo nie wiedziałem, że istnieje taka możliwość dla niepełnosprawnych. Gdybym wiedział, nie zmarnowałbym tylu lat! Nie trafiłem na żadną informację w gazetach czy telewizji. Widziałem w Bielsku Białej innych niepełnosprawnych, ale do głowy mi nie przyszło, że ktoś coś trenuje.

Dziś jak spotkam w moim Cieszynie na ulicy niepełnosprawnego to nie puszczę! Zagaduję, agituję, namawiam na trening. Tłumaczę, że szkoda życia marnować w domu. Sport do pewnego poziomu rehabilituje, ale kiedy zaczyna się wyczyn, zaczyna się prawdziwa przygoda. Oni może nawet słyszeli o sportach paraolimpijskich, ale jak zobaczą taki żywy przykład, to od razu łatwiej ich namówić. To dla mnie największa satysfakcja zobaczyć, że taka namówiona osoba później wygrywa. Jak Katarzyna Słoma czy Gabrysia Patoła zdobywały nawet medale mistrzostw świata juniorów.

Jego samego namówił na sport trener Czesław Banot. Najpierw na pływanie, potem podnoszenie ciężarów. Ale najlepiej odnalazł się w kuli. Po półrocznym treningu Rokicki został wicemistrzem Polski. Zakwalifikował się na igrzyska paraolimpijskie w Atenach. Był faworytem, ale w ostatniej chwili przeniesiono go grupy lżej niepełnosprawnych, gdzie musiał rywalizować z zawodnikami z jedną nogę zdrową, na której mogło się oprzeć i odbić. Mimo to udało mu się wywalczyć srebro. Rok później wygrał mistrzostwa Europy, bijąc rekord Starego Kontynentu i po raz pierwszy zagrano mu Mazurka Dąbrowskiego. – Poczułem, że dla takich chwil warto żyć! – mówi.

Sukcesy sportowe nie przełożyły się na finansowe. Rokicki klepał biedę. Nie przysługiwało mu ministerialne stypendium, bo w jego konkurencji wystartowało mniej niż 12 zawodników. Nagrodę przyznano za to jego trenerowi klubowemu, Zbigniewowi Gryżboniowi. – A on… podzielił się ze mną nagrodą, żebym miał jakąś gotówkę na święta. To był dla mnie bardzo ciężki okres. Żeby zarobić na utrzymanie rodziny zaczął… zbierać złom! Jeździłem starym samochodem, który ledwo trzymał się kupy, od warsztatu do warsztatu samochodowego i sprzedawałem – wspomina. – Praca była bardzo ciężka. Osobie o dwóch protezach jest bardzo trudno wkładać wszystkie ciężkie elementy metalowe do samochodu, ale cieszyłem się że mam co sprzedawać. Sprawę podjęły lokalne media i telewizja. W efekcie udało się znaleźć sponsora.

Co dalej? Czy Rokicki powalczy o upragniony złoty medal igrzysk paraolimpijskich w Tokio za cztery lata? – Nie wiem. Lekarze mówią, że oba barki do generalnego remontu, jeden na pewno czeka operacja. Ale jak Bóg da zdrowie, to pewnie że chciałbym pojechać. Czwarty byłem w Pekinie, brakuje mi jeszcze brązu i złota w kolekcji. Chciałbym wreszcie zdobyć ten najcenniejszy krążek – stwierdził Rokicki.

Janusz Rokicki

 

Basia Niewiedział: jak córeczki pomogły mamie podnieść się po upadku

Barbara Niewiedział

Barbara Niewiedział w kapitalnym stylu obroniła złoty medal z Londynu w biegu na 1500 m kategorii niepełnosprawnych intelektualnie. 35-letnia Polka świetnym finiszem wyprzedziła drugą na mecie Węgierkę Ilonę Biacsi (jedną z sióstr bliźniaczek) o blisko 3,5 sek! Czwarta była inna Polka, Arleta Meloch. To drugi medal Niewiedział na igrzyskach w Rio de Janeiro, wcześniej zdobyła brąz w biegu na 400 m, okupiony upadkiem i licznymi starciami skóry…

- Spełniłam to, co wszystkim obiecałam. Mówiłam, że podniosę się po upadku, bo taka jestem też w życiu, zawzięta i uparta. Zawsze dążę do celu za wszelką cenę i nigdy się nie poddaję. Po tej wywrotce na 400 m jestem obolała, piecze mnie starty bark, ramiona, łokcie, kolano, bolą żebra. Ale okiełznałam strach – mówiła po dekoracji.

Opowiadała, że wywalczyła ten medal dla córeczek, które bardzo ją wspierały. Złoto zadedykowała 8-letniej Martynce, bo 13-letniej Wiktorii zdążyła już zadedykować brąz. – Dziękuję wam, kochane córeczki, że dodałyście mi otuchy i sił na ten bieg. Po naszej nocnej rozmowie nabrałam odwagi i siły, żeby walczyć dla was, właśnie dla was. Niestety Wikusiu, dla ciebie jest ten brązowy, ale wiedz, że mama bardzo się dla niego poświęciła. Za cztery lata w Tokio będzie złoto i dla ciebie – mówiła ze łzami w oczach.

Opowiadała, że pod jej nieobecność córkami zajmuje się jej mama i siostra. Transmisję z biegu na 400 m oglądały w internecie. Niestety sieć padła akurat w momencie kiedy mama na finiszu doznała groźnego upadku. Relację przerwano i córki poszły spać zapłakane, nie wiedząc co z mamusią. Ta zaczekała aż w Polsce będzie 7. rano (o 2. w Rio), by powiedzieć, że jest cała i ma brązowy medal. – I znów płakałyśmy, tylko tym razem były to łzy radości. Pokazałam medal i maskotkę dla Wikusi. Obiecałam, że dla Martynki zdobędę medal za dwa dni. Musiałam dotrzymać słowa – mówiła.

Barbara Niewiedział i Alicja FiodorowZłota medalistka Basia Niewiedział (z lewej) w ramionach srebrne – Ali Fiodorow. Obie wywalczyły w Rio dwa medale

O samym wyścigu Niewiedział powiedziała, że od początku do końca kontrolowałam go taktycznie. Nie obwiała się Japonki, która tak pognała do przodu, ani dwóch węgierskich sióstr bliźniaczek, swoich przyjaciółek z którymi spędza wakacje. Ani Ukrainki, która przybiegła na trzecim miejscu. Znała ja ze wspólnych treningów w Szklarskiej Porębie. – Wiedziałam, że będzie mocna. Ale niestety ja jestem najmocniejsza. Nie dałam się pokonać w Londynie, w Rio i nie dam w Tokio. Ten dystans należy do mnie! Nawet kiedy biegnę obita. Po prostu jak człowiek upadł, trzeba szybko się podnieść i nie dalej dążyć do celu. Co tam drobne przeciwności – podkreśliła.

Niewiedział dodała gorzko, że nie ma złudzeń, że to kolejne paraolimpijskie złoto zmieni diametralnie jej życie. – Będzie tak samo jak po złocie w Londynie. Tak jakby ktoś na chwilę uchylił mi drzwi i zaraz zamknął, na cztery lata. Teraz będzie tak samo. Też przez chwilę są otwarte, ale zaraz wróci ciężka szara codzienność, godzenie treningów i wychowywanie dzieci. Będę musiała ułożyć sobie wszystko na nowo. Ale zamierzam przygotować się do Tokio, bo jak mówiłam, jestem uparta i nigdy nie odpuszczam.

Arleta MelochArleta Meloch zapłakana najgorszym dla sportowca 4. miejscem. „To był mój najlepszy bieg w tym sezonie, ale nie starczyło na medal. Liczyłam po cichu chociaż na brąz, ale wrócę do Polski z niczym. Zabrakło mi dobrego finiszu, ja jestem wytrzymałościowcem, preferuję maratony. Wiem, że to tylko sport, ale żal gardło ściska…”

Jakub Tokarz: wojownik judo, który wybrał katorgę

Jakub TokarzDobrze zapowiadającą się karierę judoki przerwał mu bandyta wbijając nóż w plecy. Po latach Jakub Tokarz zaczął nową – w kajakach, którą właśnie ukoronował złotym medalem paraolimpijskim

2004 rok. 22-letni Kuba to wschodząca gwiazda judo. Mistrz Polski juniorów w kategorii 81 kg, piąty na mistrzostwach Europy. W nocy z 3 na 4 lipca bawi się z przyjaciółmi we wrocławskiej dyskotece Vulevu przy ul. Świdnickiej. O 3. nad ranem ktoś wywołał bójkę. Kilku agresywnych osiłków zaczyna brutalnie bić jednego z przyjaciół Kuby. Ten rzuca się na pomoc koledze. Chwilę później leży w kałuży krwi. Ktoś pchnął go nożem. W szpitalu ratują mu życie. Ale werdykt lekarzy brzmi: będzie jeździł na wózku inwalidzkim do końca życia.

Dziś tuż po zdobyciu złotego medalu w kajakach Kuba nie chce wracać do tamtych zdarzeń. – Rafał Wilk, złoty medalista w kolarstwie ręcznym z Londynu i tu w Rio, zanim trafił na wózek też był wyczynowym sportowcem. Mawia, że nie traktuje wypadku jako kary, ale raczej dar od Boga. Zamknięcie jednego etapu w życiu i rozpoczęcie nowego. To głęboko filozoficzne podejście. Ja stawiam sprawę prościej. Nie lubię wyolbrzymiać tego co robię. Ja tylko pływam kajakiem. Skoro przestałem móc być judoką, a byłem już uzależniony od uprawiania sportu, znalazłem sobie nowy – mówi Kuba.

Zajęło mu to aż siedem lat. Pierwsze cztery trwała rehabilitacja. Potem nie mógł wytrzymać w czterech ścianach. Czuł, że głupieje. Ciągnęło go do ludzi, do życia. Któregoś razu zadzwonił do mnie stary znajomy, trener kadry paraolimpijskiej sztangistów, Mariusz Oliwa i zaprosił na siłownię. – Akurat wrócili z igrzysk w Pekinie i pokazał mi występy swoich zawodników. Patrzę ile dźwigają ludzie bez nóg, porażeni, dziewczyny z niedowzrostem. Aż mi się zrobiło głupio, że się tak ze sobą pieszczę. Przyłączyłem się, zacząłem startować. Zdobyłem brąz, srebro i złoto mistrzostw Polski. Ale na karierę międzynarodową nie miałem predyspozycji i naturalnej siły. W 2011 usłyszałem o kajakarstwie i tak się zaczęło.

Początki były piekielnie trudne. Kuba zaczynał od zera, długo uczył się łapać równowagę, wysoki uraz rdzenia sprawiał że nie kiepsko pracowały mięśnie brzucha. W Woli pod Żninem zaczynał od przepływania kilku metrów. Co rusz wywalał się do wody. Ale miał niewyczerpane pokłady samozaparacia. Po dwóch tygodniach pływał swobodnie. Po niecałym roku zdobył srebrny i brązowy medal MŚ w Poznaniu, imprezy tak udanej, że przesądziła o włączeniu kajaków do programu igrzysk paraolimpijskich.

Jakub TokarzGratulacje od trenerki i partnerki, Renaty Klekotko. „Krzyknęła mi przed startem: masz być jak byk! Masz ich wszystkich wziąć na rogi! Wziąłem do serca. Podziałało! Oddaję jej ten medal, bo jest niemal w całości jej zasługą. Efekt jej pomysłów, planów, działania, wsparcia”

I tak Kubie – judoka, stał się Kubą – kajakarzem. Czy zostało w nim coś z judoki? – Charakter wojownika. Ale tak naprawdę musi go mieć każdy, kto staje na starcie. Może jeszcze została mi po judo dynamika i szybkość? – mówi. I przedstawia teorię porównującą obie dyscypliny: judo jest trudniejsze, ale kajaki znacznie cięższe.

- Pod względem treningowym kajaki to najcięższa katorga. Może jeszcze tylko biegi narciarskie są równie ciężkie, o ile ktoś haruje jak Justyna Kowalczyk. I wioślarstwo. Wolne w kajakarstwie ma się tylko przez jeden miesiąc w roku. Jeśli od listopada do marca nie będziesz morderczo harować na treningach, to nic nie zdobędziesz w lipcu i sierpniu kiedy zazwyczaj są mistrzostwa świata.

Kuba opowiada, że kajaki są ciężkie zwłaszcza w polskich warunkach. Przez większą część roku pogoda daje w kość. Zimą czasem człowiek musi najpierw przekopywać się przez zaspy śniegu, żeby dojść do kanału Żerańskiego. A potem wyrąbywać sobie w lodzie przerębel. Na Spójni oczywiście nie ma specjalnego podejścia dla kajakarza na wózku. Kupiłem line okrętową i na niej spuszczam się na wodę do kajaka. Nie narzekam, bo mnie to hartuje. Ale podejrzewam, że ileś osób mogłoby zniechęcić do dyscypliny.

Przed igrzyskami w Rio po raz pierwszy w życiu dzięki programowi Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego „Olimpijczyk” dostaliśmy dotację na zagraniczne zgrupowanie. Pełnosprawni, wiadomo, tabunami jeżdżą do Hiszpanii, Włoch, Portugalii. Dla nas pieniędzy nigdy nie było. Ale wreszcie pojechaliśmy i my. W lutym i marcu zrobiliśmy we Włoszech ze 400 km na wodzie plus siłownia. Te medale w Rio to w dużej mierze zasługa wylanego potu i przepalanych mięśni tam w Sabaudii.

akub Tokarz i Kamila KubasKamila Kubas wywalczyła brąz kilka minut przed startem Kuby

Pełnosprawni kajakarze przede wszystkim biegają, co dzień z 10 km, zimą na nartach biegowych nawet 60 m, dużo basenu, na siłowni przerzucanie ton jak kulturyści i na finał wiosłowanie na wodzie, do której w końcu nabiera się wstrętu. Pływanie z interwałami. Obciążoną łódką – 10 kilowym talerzem i piłkami tenisowymi, które się ciągną za kajakiem. Stawiają taki opór jakby ktoś się chwycił kajaka, a ja bym go ciągnął.

Natomiast w judo jak odpuścisz jakiś trening, raz czy drugi coś olejesz, to i tak masz szansę wygrać. Sprytem, doświadczeniem, kondycją. Walczysz z przeciwnikiem, więc możesz walkę rozegrać taktycznie, sprowokować go do błędu. W kajakach sprawa jest prostsza. Sam jesteś dla siebie przeciwnikiem. Stajesz na starcie i dajesz ognia, ile fabryka dała do mety. Słowem w kajakach obciążenia są cięższe, start prosty. W judo obciążenia lżejsze, ale walka skomplikowana. Musisz mieć oczy dookoła głowy: Przód – tył, lewa – prawa, góra – dół. Zimną krew, spryt i kilka wariantów taktycznych.

Czy stojąc na najwyższym podium, słuchając Mazurka Dąbrowskiego Kuba pomyślał, że gdyby nie wypadek, mógłby osiągnąć podobny sukces w judo jako olimpijczyk. – Nie wiem czy miałbym szanse na podobną karierę. W mojej kategorii wagowej był świetny zawodnik – Robert Krawczyk. Trochę pechowy, bo miał przypieczętować karierę złotem w Atenach w 2004, ale zajął piąte miejsce. Trenowałem, coś zdobywałem, czasem przegrywałem. Nie chcę gdybać co by było. To stare dzieje, nie chcę do nich wracać. Zacisnąłem zęby i poszedłem dalej. Cieszę się, że zaszedłem tu gdzie jestem – mówił.

Jakub Tokarz

 

Karolina Kucharczyk: roześmiana łobuziara liczy na Rawicz

Karolina Kucharczyk

Karolina Kucharczyk wywalczyła srebrny medal w skoku w dal na igrzyskach paraolimpijskich w Rio w kategorii niepełnosprawnych intelektualnie. – Jestem szczęśliwa, bo choć w Londynie zdobyłam złoty medal, to ten srebrny też jest piękny. Przynajmniej nie wrócę do Polski z niczym, a tego się bałam. No i mam już plan na przyszłość: wrócić, wyjść za mąż, urodzić dziecko i za cztery lata w Tokio odzyskać złoto! – mówiła po dekoracji.

Atrakcyjna, roześmiana blondynka rozjaśniła sobą całą mix zonę, kiedy tylko uradowana wpadła do niej po dekoracji wywijając brązowym medalem i rozterkotała się jak z karabinu maszynowego. – No mógł być złoty, trochę szkoda. Ale raz, że nie pasował mi rozbieg, bez przerwy odbijałam się przed deską i musiałam ratować się w powietrzu. A dwa, że mój start wypadł aż 15 dni po przylocie. Siedziałam w pokoju w wiosce, patrzyłam jak inni wracają z medalami i spalałam się w stresie. Za długo to trwało, wolałabym wystartować od razu. Przez ten stres ani nie poszłam na ceremonię otwarcia igrzysk, ani choćby raz nie przyjechałam na stadion olimpijski. Ostatniej nocy w ogóle nie przespałam. Tak się denerwowałam, że nie zdobędę żadnego medalu – mówiła Karolina, choć przecież jest i złota medalistką z Londynu, mistrzynią Europy i czterokrotną złotą medalistką mistrzostw świata.

- Medal chcę zadedykować zmarłej w zeszłym roku babci. Na mistrzostwach świata w Katarze zdobyłam złoty medal, powiesiłam babci na szyi kiedy była na intensywnej terapii. Powiedziałam jej, że ze wszystkich sił powalczę dla niej o złoto w Rio, a ona powiedziała, że każdy kolor ją zadowoli. I niestety trzy dni później zmarła. Chyba jak patrzy gdzieś z góry to jest dumna nawet z tego srebra – mówiła Karolina.

Przyznała, że po złocie zdobytym na igrzyskach paraolimpijskich w Londynie nie czuła się doceniona. Ale ponieważ klimat wokół osób niepełnosprawnych zmienił się na lepsze, liczy że po Rio na lepsze zmieni się i u niej. – Ludzie inaczej na nas patrzą, widzą że sport w naszym przypadku to nie żadna zabawa czy rehabilitacja, ale prawdziwy wyczyn. Może komuś mignę, ktoś mnie zapamięta i znajdzie się jakiś sponsor? Dobrze by było, bo wiadomo, że u nas nie ma takich pieniędzy co w sporcie pełnosprawnych. Chciałoby się mieć stypendium jak pełnosprawni, tylko że z tym bieda – martwiła się Karolina.

Opowiadała, że pochodzi z Rawicza podobnie jak Anita Włodarczyk, mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie młotem z igrzysk w Rio de Janiero. – Nawet chodziłyśmy do tej samej szkoły i zaczynałyśmy w tym samym klubie. Tylko Anita nie była taką łobuziarą jak ja. To przez bójki z chłopakami wysłano mnie w końcu na treningi lekkoatletyczne, żebym tam straciła wszystkie siły. W Londynie Anita zdobyła srebro, a ja złoto. Teraz odwrotnie. Mam nadzieję, że Rawicz o mnie nie zapomni, choć oczywiście nawet nie marzę, że uhonoruje mnie tak jak Anitę. Serdecznie jej gratuluję rekordów – mówiła Karolina.

Zapowiedziała, że na igrzyskach w Tokio postara się odzyskać utracone na rzecz srebra złoto. Tylko najpierw po powrocie do Polski chciałabym rodzinę założyć. Mam już 25 lat, 13 lat zawodowo uprawiam sport. Najlepszy czas, żeby usiąść na tyłku, urodzić dziecko i wrócić. Moje koleżanki sportsmenki maja już po dziecku i wracają do sportu. Nie chcę być w życiu sama. Kandydata już mam! – śmiała się.

I poprosiła, żeby pozdrowić narzeczonego Pawła z Rawicza. – Kochanie, ten medal jest też dla ciebie, bo tak mocno mnie wspierałeś! I pozdrawiam całą rodzinkę, bo zawsze od nich mam wsparcie. Tata z tego co wiem nawet jakąś bibkę urządza w Dąbrówce z okazji tego srebra. Pozdrawiam was i całuski! Ech, świetnie będzie ich już za chwilę zobaczyć!

K2