Nawałka musi ściągnąć lejce i świsnąć batem


Adam Nawałka

Mało brakowało, a mielibyśmy za sobą najsmutniejszy tydzień w polskim futbolu od lat. UEFA utrzymała decyzję o zamknięciu stadionu Legii zamknięty na mecz z Realem Madryt, obrońcą trofeum Ligi Mistrzów na kulminację obchodów 100-lecia klubu, trwa przykry konflikt między jego właścicielami, którzy odnieśli najbardziej spektakularny sukces w polskiej piłce klubowej. Tylko brakowało, że skompromitowała się jeszcze reprezentacja Polski.

Było o włos! Uratował nas Robert Lewandowski, strzelając zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu z Armenią. Piłkarze zwykle marzą o takich golach, dzięki nim przechodzi się do legendy. Ależ byłaby to piękna i niezapomniana historia, gdyby wydarzyła się w meczu z równorzędnym lub silniejszym rywalem! Dwóch piłkarzy, Lewy i Kuba Błaszczykowski, których łączy „szorstka przyjaźń” poza boiskiem, ale jeden cel na nim, daje wygraną w ostatniej akcji meczu. Wspominalibyśmy ją z nostalgią jak bramkę w Glasgow ze Szkocją, bez której awansować na Euro 2016 byłby o wiele trudniej.

Niestety tę będziemy wspominać z lekkim wstydem. I zamiast skupiać się na wyczynie kapitana kadry, który właśnie przegonił Ernesta Pohla na liście najskuteczniejszych reprezentacyjnych strzelców, zastanawiamy się dlaczego dopiero w ostatniej akcji wtłoczyliśmy gola najgorszej drużynie naszej grupy? Grającej przez większość meczu w dziesiątkę. Pozwalając jej wcześniej zdobyć pierwszego gola w eliminacjach. I to u siebie, w miejscu uświęconym historycznym zwycięstwem z Niemcami i awansem do mistrzostw Europy.

Że mechanizm Nawałki zgrzyta, widzieliśmy w drugiej połowie z Kazachstanem, Danią i przez całego spotkanie z Armenią. Po wczorajszym artykule Łukasz Olkowicza i Tomasza Włodarczyka „Przeglądzie” wiemy więcej skąd wziął się piach w trybach. Rozprężenie i nadmierny luz u niektórych kadrowiczów, tam gdzie była koncentracja i skupienie. Pycha i pewność siebie tam gdzie była pokora. Przekonanie, że i tak damy radę i nasycenie to co kadra już osiągnęła tam gdzie był głód sukcesu i determinacja, wreszcie podejście, że „wszystko wolno” nie tylko po meczu, ale i przed meczem.

I wszystkie tego konsekwencje: zgrupowanie przed meczami o punkty wyglądające jak to rodzinne w Juracie przed Euro 2016. Huczne świętowanie po meczu z Danią, a później „oddychanie rękawami” i problemy z kondycją w meczu z Armenią. Niestety także u tych, którzy nie zdążyli się zmęczyć z Duńczykami. Fatalnie byłoby gdyby tę reprezentację, którą już tak bardzo polubiliśmy miała rozsadzić jakaś nowa „grupa bankietowa”. I zniweczyć misję: Rosja 2018.

Po artykule w „PS” spotkałem różne reakcje. Ktoś napisał mi na Twitterze: „I po co mącicie? Czy to już ma być typowo polskie podejście, że jak za dobrze idzie to trzeba szukać dziury w całym?” Otóż napisaliśmy, co napisaliśmy, bo gołym okiem widać, że przestało iść dobrze. Bo to cud, że nasz bilans w eliminacjach to trzy mecze bez porażki.

A „mącimy”, bo tak bardzo nas taka kadra w sobie rozkochała. Nie tylko wynikami, ale głównie stylem gry i podejścia zawodników. Nawałka zbudował fajną drużynę z grupy lubiących się ludzi i dążących w jednym kierunku. Drużynę, która najpierw jednym meczem z Niemcami, potem eliminacjami, wreszcie mistrzostwami Europy zjednała sobie serca kibiców, ba stała się ostatnią radosną sprawą, która połączyła wszystkich Polaków.

Nie żałuję jak niektórzy, że nie zremisowaliśmy z Armenią, bo „to byłby zimny prysznic”. Ten i tak wylał się na głowy niektórych, a brak tych trzech punktów mógłby się jeszcze okazać nazbyt bolesny. Świadczy o tym burzliwa dyskusja między selekcjonerem i kapitanem kadry, niezadowolonym z poziomu niektórych kolegów. Oraz rozmowa Nawałki z prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem, który zapowiedział zbadanie sprawy i twarde konsekwencje. To właściwa reakcja.

Niektórzy domagali się od nas nazwisk nieprofesjonalnych winowajców, ale po pierwsze niektóre informacje ciężko byłoby udowodnić, a po drugie nie chodzi przecież o lincz. Chodzi o to, żeby grupa chłopaków, którą polubiliśmy przypomniała sobie priorytety i zaczęła się zachowywać jak w eliminacjach do Euro 2016. Żeby selekcjoner pomógł im w tym „ściągając nieco za bardzo popuszczone lejce”, zapewne z sympatii do grupy, z którą przeżył coś niezapomnianego. My też przeżyliśmy i chcemy powtórki. Nie wyrzuca się dziecka z domu po pierwszej uwadze w dzienniczku. Może wystarczy ostra rozmowa, może potrzebne będzie lanie, jeśli dla kogoś przyjazd na zgrupowanie ma wyłącznie cel towarzyski.

Jestem pewien, że każdy kibic, ale i chyba rozsądnie myślący kadrowicz oczekuje, że Nawałka pokaże w tym momencie twardą rękę. Ściągnie lejce, świśnie batem i wszyscy na jednym wózku pojedziemy tam, gdzie wiedzie ta droga: na mundial w Rosji. A on stanie drugim po Antonim Piechniczku polskim selekcjonerem, który awansował z drużyną na dwie wielkie imprezy z rzędu.

Bohaterowie ostatniej akcji, czyli futbol, cholera jasna!

Robert Lewandowski pokonał SzkotówKiedy Robert Lewandowski wjechał do siatki z piłką i szkockim obrońcą w ostatniej akcji meczu, doprowadzając do remisu, a sędzia odgwizdał jednocześnie i gola i koniec spotkania, od razu przyszły mi do głowy słynne słowa Sir Aleksa Fergusona: „Football, bloody hell!” Oczywiście padły po zwycięskim finale Ligi Mistrzów, bramka Lewego nie dawała nam przecież awansu do Euro 2016, ale okoliczności przeżytego katharsis były identyczne. Z piekła do nieba. Od rozpaczy do spełnienia. W redakcji mieliśmy już gotową tabelę, w której Polacy (po wygranej Irlandii z Niemcami) spadali na trzecie i brak zwycięstwa z Irlandią w niedzielnym meczu pozbawiałby nas nawet udziału w barażu. Czyli skazywał na piekło, do którego zesłał Szkotów swoim golem Lewandowski.

Druga myśl była taka, że nikt już nie zarzuci napastnikowi Bayernu, że błyszczeć i przesądzać potrafi tylko w klubowych barwach, blednąć w reprezentacji. Hejterzy cały tydzień wypominali, że te 12 goli w czterech ostatnich meczach zdobył w zespole Pepa Guardioli, a w kadrze strzela tylko „ogórkom” z Gibraltaru, Gruzji czy San Marino. No to zdobył dwie arcykluczowe bramki, uciekając rywalom w tabeli najlepszych strzelców eliminacji. Zresztą w całym spotkaniu zagrał jak prawdziwy lider, i nie umniejszyłoby jego roli nawet gdyby do siatki trafił ktoś inny.

Mem LewandoskiTrzecia myśl była taka, że tylko prawdziwa drużyna jest w stanie uciec spod topora w takich okolicznościach. Mecz ze Szkotami zaczęliśmy znakomicie, od gola Lewandowskiego (prawdziwego Lewego poznaje się po tym jak zaczyna i jak kończy – można by sparafrazować słynny bonmot) i pierwsze 44 minuty w naszym wykonaniu były naprawdę dobre. Oprócz napastnika Bayernu, który zrobił swoje świetnie spisywał się Arkadiusz Milik, Grzegorz Krychowiak podawał niczym Xavi albo Iniesta, defensywą dowodził niezłomny Kamil Glik (chwała mu za wywalczenie rzutu wolnego w końcówce, z którego wyrównaliśmy), niczym ne odstawał od niego Michał Pazdan, dobrze współpracowali w ofensywie Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek, a Krzysztof Mączyński rozgrywał mecz życia (90 procent celnych podań, w tym kilka kluczowych!). Kiedy po bramce Szkotów do szatni, w drugiej nasza gra się posypała, właśnie Mączyńskiego było mi żal najbardziej, że ten jego cudowny występ okaże się w przegranym meczu. A jednak nic z tych rzeczy!

Nie po raz pierwszy jednak Drużyna Adama Nawałki (specjalnie piszę z dużego „D”) nie opuściła głów przy kiepskim wyniku ale walczyła do końca. Przecież tak samo było w pierwszym meczu ze Szkocją, kiedy desperacko odrabialiśmy straty czy w spotkaniu z Niemcami we Frankfurcie gdzie przegrywając 0:2 o mało co nie doprowadziliśmy do remisu. Morale w tej Drużynie jest wielkie i to ono pozwoliło nam uratować wynik i zachować nadzieje na bezpośredni awans do mistrzostw Europy.

Oczywiście w tej szalonej ostatniej akcji, kiedy pod bramkę Szkotów popędził nawet Łukasz Fabiański mieliśmy też kupę szczęścia. Piłka po słabej wrzutce Kamila Grosickiego powinna była ugrzęznąć w plątaninie nóg na polu karnym, bramkarz nie wybił piłki za linie końcową, odbiła się ona od słupka we właściwym kierunku, prosto pod nogi Lewego. Szczęście sprzyja lepszym? Eliminacje pokazują, że szczęście sprzyja Nawałce! Po raz kolejny! I znów nie zawodzą go ci, na których nie postawiłby żaden inny selekcjoner – Mączyński, Pazdan, Milik (zanim nie wyrósł na gwiazdę). Nie zaszkodziły mu nawet „zmiany grozy” gdy na boisko ratować wynik posłał Tomasza Jodłowca, Jakuba Wawrzyniaka i Pawła Olkowskiego

Co nas nie zabiło w Glasgow, to nas wzmocni! Liczę na to przed spotkaniem z Irlandią. Trzeba przypieczętować bezpośredni awans grupy. Choć rywale na pewno są w euforii po zwycięstwie z Niemcami, to kosztowało ich ono na pewno nie mniej wysiłku niż nas remis ze Szkocją. O grę z serduchem i walkę z Irlandczykami do końca jestem zupełnie spokojny. Wiadomo przecież z góry kto w niedzielę w Warszawie będzie strzelał bramki. Parafrazując słynną maksymę Gary Linekera: „Futbol to prosta gra, w której 22 facetów biega za piłką przez 90 minut, a bramki zawsze strzela Robert Lewandowski” :) Przegląd Sportowy po meczu Szkocja - Polska 2:2

 

MŚ 2018. Z tej grupy da się wyjść i to na pierwszym miejscu

Oliver Bierhoff był dla nas łaskawySzczęśliwą rękę miał dla nas Oliver Bierhoff. Strzelec „złotego gola” w finale mistrzostw Europy w 1996 roku podarował nam „złoty los” – najsłabszą drużynę (może obok Walii, choć ta ma przynajmniej światową supergwiazdę – Garetha Bale’a) z pierwszego koszyka – Rumunię. W jej kadrze trudno dopatrzeć się gwiazd na miarę Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka czy Kamila Glika. Oraz równorzędnego rywala z koszyka drugiego – Danię. Nie musimy robić dobrej miny do złej gry i pocieszać się, że „futbol jest nieprzewidywalny” etc gdybyśmy trafili do grupy G z Hiszpanią i Włochami albo do grupy A z Holandią i Francją. To jest grupa na miarę naszych możliwości i do awansu z pierwszego miejsca! Bynajmniej nie mam zamiaru już w tym momencie odtrąbić awansu na mundial w Rosji. Słusznie zauważył prezes PZPN, Zbigniew Boniek w tej grupie każdy może stracić punkty z każdym, zwłaszcza z Czarnogórą o czym od paru lat przekonują się najwięksi. Ale to oznacza również, że każdy z naszych rywali może – a nawet powinien – stracić punkty z nami. Awans nie jest żadnym Mission:Impossible. Mogło być znacznie gorzej, a jednocześnie trudno wyłuskać z rozlosowanych grup łatwiejszą od naszej. Chyba, żebyśmy trafili w miejsce Węgier do grupy z Portugalią, Szwajcarią, Wyspami Owczymi, Łotwą i Andorą, gdzie rywale z dolnych koszyków są znacznie łatwiejsi niż u nas, ale za to dwie pierwsze drużyny – silniejsze. Patrząc na postępy kadry Adama Nawałki, to jak jest zjednoczona, jak potrafi przełamywać przeciwności, na jej równy marsz na Euro 2016 i kolejnych zawodników aspirujących do pierwszej drużyny, trudno nie być umiarkowanym – nie euforycznym, podkreślam – optymistą po losowaniu w Sankt Petersburgu. Nawałka – choć nieobecny w Rosji – znów okazał się farciarzem, jak podczas kilku spotkań swej kadry…

Rosja 2018

Klub vs kadra, czyli co wolno Bergowi, a co reprezentantom

Henning BergPrzy okazji meczów kadry Polski z Gruzją i Grecją znów dał o sobie odwieczny w futbolu konflikt interesów przed którym piłkarze stają nie tylko w dzisiejszych komercyjnych czasach: co ważniejsze reprezentacja czy klub? Czy warto walczyć o pozycję w pierwszym, ryzykując status w drugim? Oto po spotkaniu eliminacyjnym z Gruzją ze zgrupowania kadry wyjechali nie tylko zwolnieni przez trenera Adama Nawałkę zmęczeni ojcowie sukcesu jak Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek czy Grzegorz Krychowiak ale i trzej zawodnicy Legii Warszawa Michał Kucharczyk, Tomasz Jodłowiec i Łukasz Broź, choć co najmniej dwaj pierwsi na pewno zagraliby przeciwko Grecji. Wrócili, bo zażądał tego od nich trener Henning Berg, uznając, że są na tyle przemęczeni sezonem, że zasługują na odpoczynek. „Berg to jedyny trener, który rotuje składem nie swojej drużyny” – trafnie zażartował na Twitterze jeden z internautów. Pojawiły się jednak i poważne żądania ukarania Norwega, co już zakrawa na absurd, przecież ostateczna decyzja należała do selekcjonera.

***

Pomijając jego śmieszną tezę o przemęczeniu (Jodłowiec zagrał w tym roku we wszystkich rozgrywkach 26 meczów, Kucharczyk 24, a Broź 15; wszyscy mieli za sobą długą przerwę zimową), szkoleniowiec wicemistrzów Polski zachował się tak, jak zachować się powinien modelowy trener klubu, mający gdzieś interes jakiegokolwiek kraju, a kierując się wyłącznie interesem własnym i drużyny. Właśnie tak wielokrotnie zachowywał się jego trener i mentor w Manchesterze United, sir Alex Ferguson, który kiedy tylko mógł, torpedował wyjazdy swoich zawodników na mecze reprezentacji Anglii, czym doprowadzał do furii wszystkich kolejnych selekcjonerów. Zwłaszcza w przypadku meczów towarzyskich, których zawsze był wielkim przeciwnikiem i nie raz sugerował starszy, doświadczonym przez kontuzje piłkarzom jak Ryanem Giggs, Paul Scholes i inni, by z uwagi na zdrowie odpuszczali czasem zgrupowania kadry powinien traktować priorytetowo, bo gra w reprezentacji może źle wpłynąć na jego zdrowie. Ostatnim tego typu konfliktem w karierze był spór z Roy’em Hodgsonem o Rio Ferdinanda.

W 2006 roku Ferguson o mało co nie zablokował wyjazdu największej ówczesnej nadziei angielskiego futbolu, Wayne Rooney’a na mundial w Niemczech. Jego napastnik złamał kość śródstopia sześć tygodni przed rozpoczęciem turnieju, ale przeszedł błyskawiczną rehabilitację i pojechał z kadrą do Niemiec, choć bez gwarancji, że zagra w jakimkolwiek meczu. Zdaniem Szkota zbyt szybki powrót do gry i wyczerpujący turniej będę miała fatalny wpływ na postawę młodego Anglika w kolejnym sezonie. Jak opisał w autobiografii ówczesny selekcjoner Anglików, Sven Göran Eriksson, Ferguson wrzeszczał na niego przez telefon zabraniając zabrania Rooneya na mundial, grożąc że w przeciwnym razie utrudni mu życie i będzie rzucał kłody pod nogi przy okazji przyszłych zgrupowań.

Wayne RooneyRooney ostatecznie pojechał na mundial (pamiętna czerwona kartka w ćwierćfinale z Portugalią), ponieważ sam był bardzo zdeterminowany, żeby reprezentować kraj na najważniejszym turnieju w życiu piłkarza, ryzykując legendarną złość i niechęć pracodawcy, który pozbywał się z United największych gwiazd, jeśli mu podpadły.

Dziwi za to brak determinacji zwolnionych zawodników, którzy potulnie wrócili do klubu. Nie chce się wierzyć, że gdyby poprosili Berga o pozwolenie na występ w ogórkowym meczu przeciwko Grecji – ważnym dla nich w kontekście walki o kadrę na Euro 2016 – ten kategorycznie by im zabronił. Zwłaszcza, że chodziło tylko o trzech piłkarzy, a Legii nie czeka przecież za tydzień kluczowy mecz o awans do Ligi Mistrzów.

Zabrakło im nie tylko pewności siebie Rooney’a, świadomego swojego znaczenia dla MU, ale i charakteru Zbigniewa Bońka, który w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” właśnie przytoczył historię jak prezes Juventusu odwodził go od wyjazdu na mecz reprezentacji Polski, bo „Stara Dama” grała tego samego dnia mecz z AC Milan (dziś na szczęście UEFA wyeliminowała podobne konflikty). Przestrzegał, że jeśli Juve wygra, Zibi może stracić miejsce w pierwszym składzie. Ale krnąbrny Boniek i tak zagrał dla Polski, a choć Juventus wygrał 1:0 i tak zachował miejsce w składzie.

***

Postawa Legionistów, którzy nie chcieli lub nie umieli postawić się Bergowi i w ten czy inny sposób powalczyć w klubie o zgodę na występ w kadrze, pokazuje co jest dziś priorytetem dla piłkarza. W najbardziej brutalny sposób dał temu dowód Eugen Polański, kiedy odmówił przyjazdu na towarzyski mecz z Litwą, ponieważ jak wyznał „PS” że „ostateczna decyzja należała do mnie, czułem jednak, że w klubie nie chcieli, żebym jechał na to zgrupowanie. Uznałem zatem, że lepiej będzie, jeżeli zrezygnuję”. Sytuacja Legionistów jest na szczęście inna, bo oni na zgrupowaniu byli, a wyjechali za zgodą Nawałki, liczę więc, że selekcjoner nie zrazi się do nich ostatecznie i jeszcze dostaną szansę. Ale postawa rozczarowuje i smuci.

Kuba i Lewy, czyli wymarzony scenarusz na Gruzję

Kuba i LewyGdyby ktoś mnie zapytał o wymarzony scenariusz meczu z Gruzją, odpowiedziałbym tak: 82. minuta meczu, reprezentacja Polski prowadzi 3:0, z boiska schodzi Robert Lewandowski, strzelec dwóch bramek, żegnany przez kibiców owacją na stojąco, zmienia go Patryk Tuszyński, debiutujący w kadrze w nagrodę za świetny sezon z Jagiellonią. Schodząc Lewy podbiega do Kuby Błaszczykowskiego, z którego podania strzelił wcześniej drugiego gola i… przekazuje mu opaskę kapitańską. Stadion Narodowy w euforii, „Biało-czerwoni” w harmonii kończą ważny krok w kierunku awansu do Euro 2016, zwłaszcza, że w rozgrywanym w tym samym czasie spotkaniu Irlandii ze Szkocją ktoś przecież musi stracić punkty.

Dlaczego tak symboliczne i ostentacyjne pojednanie między dwoma kapitanami, obecnym i byłym wydaje mi się ważne? Dlaczego troszczę się o rzecz wydawałoby się drugorzędną, czyli ego piłkarza, „niańczę” się z Kubą – jak mi zarzucano w komentarzach? Po pierwsze dlatego, że obaj, i Lewy i Kuba są dla reprezentacji niezwykle ważni. Tak, Kuba też, zwłaszcza podczas Euro 2016 może być równie kluczowy jak jego były partner z Borussii Dortmund. Podczas 19 miesięcy walki z kontuzjami i urazami, gdy zniknął nam z boisk Bundesligi i Ligi Mistrzów, trochę zapomnieliśmy jak istotnym zawodnikiem był zawsze dla reprezentacji. Już się przyzwyczailiśmy do kadry bez niego, zwłaszcza, że w międzyczasie tak bardzo wzrosła rola Kamila Glika czy Grzegorza Krychowiaka, a Polska odniosła historyczne zwycięstwo z Niemcami. W czasach Franciszka Smudy czy Waldemara Fornalika to była kadra dwóch liderów, dziś jest ich więcej, a Kuba o odzyskanie statusu lidera musi dopiero powalczyć.

Jest ambitny, niech walczy, tym lepiej dla zespołu. Przyzwyczaił nas, że zawsze walczy, w każdym meczu w koszulce z orzełkiem, nawet wówczas kiedy nie miał pewnego miejsca w klubie, potrafił najlepsze mecze w sezonie rozgrywać w narodowych barwach. Ciężko mi wydobyć z pamięci taki mecz, nawet z tych przegranych, w którym Kuba nawet jeśli nie grał najlepiej, to nie był najlepszy z Polaków, a na boisku nie dawałby z siebie wszystkiego. Jak bardzo zależy mu na drużynie pokazywał przyjeżdżając na każde zgrupowanie nawet z kontuzją, po to by choćby pobyć na treningach, w szatni czy na ławce. Przestał dopiero stracie opaski. Długo milczał jak bardzo go to zabolało. Nie prowadził żądnych gierek w wywiadach, nie próbował odgryźć się selekcjonerowi czy szantażować go, jak w przypadku podobnych historii. Uczucia odkrył Małgorzacie Domagalik, współautorce jego biograficznej książki „Kuba”, wyznając, że „zapadły pewne decyzje, które mnie, jako człowieka, zabolały i chyba każdego by zabolały, jeśli byłyby przedstawione w taki sposób (…) łatwiej jest zrozumieć coś takiego, jak człowiek wie, że popełnił błąd, ale dużo ciężej, jak wiesz, że nic złego nie zrobiłeś. To nie jest lekkie. To był bardzo ciężki okres w moim życiu. Leżałem na łopatkach i wszyscy podchodzili i mnie kopali. Nie mogłem się bronić, bo nie grałem na boisku”.

Na szczęście dodał, że nie jest typem, który się nad sobą rozczula i użala. Karawana jedzie dalej. „Gra w reprezentacji zawsze była moim marzeniem i nie będę ich sobie odbierał. Cieszę się, że jestem już gotowy mentalnie i fizycznie, aby dostać powołanie, i tak się stało. Cieszę się też, że być może będę miał okazję rozegrać kolejny mecz w narodowych barwach” powiedział już na zgrupowaniu.

Skoro opaska kapitańska znaczyła dla Kuby niego tak wiele, a okoliczności jej utraty były tak bolesne, nie widzę powodów, żeby nie pomóc ambitnemu zawodnikowi w odnalezieniu się w tej sytuacji. Łatwo machnąć ręką, rzucić, że „piłkarz jest od grania”, że dane zasługi nie mają znaczenia. Otóż dla budowania atmosfery w drużynie – mają. Przypomniał mi się obrazek jak w finale Ligi Mistrzów Xavi zmieniał w drugiej połowie Andresa Iniestę, jednego z najlepszych zawodników na boisku. Forma w ostatnich meczach pewnie nie uzasadniała tej zmiany, ale zasługi grającego ostatni mecz w barwach Barcelony Xaviego już tak. Dzięki opasce i tych kilkunastu minutom mógł później jako kapitan wznieść w górę swój Puchar Europy. Pewnie nic by się nie stało, gdyby Iniesta dograł do końca, historycznych zasług Xaviego nie podważyłaby nieobecność w finale, ale w futbolu liczą się takie gesty. To sygnał dla całej drużyny jak klub dba o swoich piłkarzy i silny impuls jednoczący zespół. Barcelona to w ogóle fenomen harmonii jeśli spojrzeć na potencjalne ego jej piłkarzy, choćby tych z tercetu M-S-N. Umiejętne obchodzenie się nim pozwoliło Barcy sięgnąć po wymarzony „triplet”.

Naszej reprezentacji również potrzebna jest harmonia, zwłaszcza między najważniejszymi zawodnikami. Być może to skrzywienie lingwistyczne (w danych czasach studiowałem filologię klasyczną), ale wywiadach Lewego po powołaniu Kuby lekko raził mnie używany często tryb warunkowi „powinienem się cieszyć”, „jest zawodnikiem, który może pomóc reprezentacji”, „Kuba może okazać się potrzebny”. Nie oczekuję rzucania się na szyję i przesadnego entuzjazmu, gest z początku felietonu wystarczyłby w zupełności.

Artur Boruc cieszył się w niedawnym wywiadzie dla „Przeglądu”, że w reprezentacji jest tyle osobowości z charakterem, bo „nic nie buduje reprezentacji bardziej niż indywidualności z silnym ego”. Warto je rozbudzać i wykorzystać zamiast tłumić, wpędzając zawodnika we frustrację. Tak jak niepokornemu bramkarzowi Bournemouth należy się występ w towarzyskim meczu z Grecją, który pozwoli zaliczyć 60. spotkanie w kadrze i wejście do Klubu Wybitnego Reprezentanta (które chce zadedykować zmarłemu ojcu), tak i Kuba zasługuje na drobny gest, zyska na nim cała drużyna. Germany Soccer Champions League Final

Dlaczego Fabiański nie broni w kadrze, czyli był sobie (grzeczny) chłopiec

Łukasz Fabiański i Artur BorucOd lat żywię wielki szacunek do Łukasza Fabiańskiego za rzadki u piłkarza profesjonalizm i oddanie drużynie. Ale mam też z nim i pewien problem. Nie pierwszy raz w swej reprezentacyjnej karierze Fabian znalazł się w sytuacji, że naciskiem na trenera, sprawną współpracą z mediami, sugestią rzuconą tu czy tam byłby w stanie wymusić pozycję bramkarza numer 1. Nie tylko na mecz z Irlandią, ale może i dłużej. Bywało, że jego rywale stosowali tę strategię. On nigdy. Zawsze wolał, żeby to jego postawa na boisku przemawiała za nim, a nie on sam, w wywiadach czy zakulisowych rozmowach. Tak jest i teraz.

Popatrzmy: raczej trudno sobie wyobrazić, żeby w Dublinie miał wystąpić Wojtek Szczęsny, Namaszczony przez Adama Nawałkę na numer 1 w eliminacjach bramkarz Arsenalu od tygodni nie może wrócić między słupki „Kanonierów”. Angielska prasa nie tylko przyznaje rację Arsene Wengerowi, że postawił na Davida Ospinę, ale wręcz twierdzi, że menadżer pozwolił odejść z klubu „nie temu Polakowi co trzeba”. Po latach grzania ławy na Emirates Fabian wyraźnie odżył w Swansea. Jego walijska drużyna zajmuje świetne 8. miejsce w Premier League i nie musi się już lękać spadku. Na osiem kolejek przed końcem sezonu ma już 11 punktów więcej niż w poprzednim między innymi dzięki temu, że Fabiański aż 11 razy zachował czyste konto (lepszy pod tym względem jest tylko Fraser Forster – 13).

Czy to nie dawałoby mu prawa oświadczyć stanowczo, że „nie wyobraża sobie posadzenia na ławce”, że „nie wie jak by wówczas zareagował”. Że skoro jeden z jego rywali nie broni wcale, a drugi w lidze niższej niż jego, każda inna decyzja byłaby nie sprawiedliwa i nie fair. Czy media i kibice nie przyznałby mu racji. Sam Nawałka musiałby mocno przemyśleć swą decyzję, wiedząc że ryzykuje frustracją ambitnego zawodnika, który różnie może znieść rozczarowanie. No i wiedziałby, że ma zawodnika niezwykle zdeterminowanego.

Nie bez powodu wziąłem w cudzysłów dwa powyższe cytaty. To słowa Artura Boruca z października 2008 roku gdy ważyły się losy obsady bramki w meczach eliminacji do mundialu w RPA z Czechami i Słowacją. Boruc wrócił wówczas do kadry po kilku miesiącach zawieszenia po „incydencie lwowskim”. Wrócił i ostro zażądał należnego swoim zdaniem miejsca w reprezentacji. I Leo Beenhakker mu je dał. A przecież Fabiański po dobrej grze z San Marino (obroniony karny) i ze Słowenią miał prawo uważać, że wygra rywalizację z Borucem. Nie uciekał się jednak do przecieków do prasy, nie przypominał, że coś mu się należy, nie groził gniewem. Zdał się na ocenę selekcjonera, do którego przecież należy ostateczna decyzja. Beenhakker wiedział zaś, że rozczarowując Fabiana spotka się wyłącznie z jego profesjonalnym zrozumieniem. I tak się właśnie stało. Bolesny werdykt też zniósł z milczeniu i pokorze, żadnych uniesień, żadnych skarg do mediów, które tylko czekały, żeby rozpętać konflikt w kadrze.

Nawet dziś bramkarz Swansea przyznaje: „jakieś rozczarowanie na pewno było, ale nie jestem osobą, która wszystko długo rozpamiętuje. Wiem, że to zabrzmi banalnie, ale tylko jeden bramkarz może bronić i wszystkich się nie zadowoli. Gdy się gra w reprezentacji, trzeba umieć akceptować takie decyzje”. Widzicie tu presję na selekcjonera?

Jak nie było jej wówczas, tak nie ma i teraz. Dziś Fabiański w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” nie rzuca „Teraz albo nigdy!”, „To mój czas!”, „Nigdy nie byłem w lepszej formie!” Wręcz przeciwnie, wyznaje, że nie czuje na sobie takiego ciśnienia. „Niezależnie, czy pojawiałem się tutaj jako rezerwowy Arsenalu, czy podstawowy golkiper Swansea, moje nastawienie było i jest takie samo. Wykonuję tu swoją robotę i tyle”.

Grający o ligę niżej Boruc? „Artur z pewnością ma ogromne doświadczenie w reprezentacji, więc pod tym względem ma nade mną przewagę” – przyznaje szczerze. Pozytywne opinie na swój temat ze strony ekspertów? „Miło usłyszeć takie opinie, ale decyzje podejmuje trener (…) Nastawienie mam zawsze takie samo”.

I może to jest właśnie powód, dla którego tak świetny bramkarz ma wprawdzie 22 występy w reprezentacji, ale w tym zaledwie cztery w meczach o punkty. Nie żądam od Fabiańskiego ostrej rywalizacji, w której „wszystkie środki dozwolone” na miarę Oliver KahnJens Lehmann, którzy walcząc o pozycję numer 1 na mundialu w Niemczech w 2006 roku bezpardonowo obrażali się w mediach, wyciągając nawet brudy z życia osobistego. Nie żądam, żeby w odpowiedzi na posadzenie na ławce „rozwalił szatnię” i zepsuł atmosferę w kadrze. Przecież nie można mieć pretensje do zawodnika, że zachowuje się jak profesjonalista, a przy tym porządny człowiek.

Ale może selekcjonerzy woleliby, żeby właśnie „miał ciśnienie”? Może chcieliby zobaczyć w nim ten żar i desperację, a nie tylko zimny profesjonalizm. Tymczasem wiedzą, że nie obrazi się rolą rezerwowego, za to jeśli zajdzie potrzeba, da z siebie wszystko bez najmniejszego focha.

Sam Fabiański twierdzi, że wizerunek grzecznego chłopca w niczym mu nie szkodzi. „Staram się po prostu być kulturalny. Taką jestem osobą” mówi.

Czy to jednak przypadek, że nominalnie numerem 1 w kadrze jest Szczęsny, mówiący o sobie, że jego największą zaletą i wadą jest nadmierna pewność siebie? Zaś Boruc, który ma na koncie 59 występów w biało-czerwonych barwach to ostatnia osoba, którą dałoby się określić mianem „grzeczny chłopiec”?

Łukasz Fabiański

Fabiański czy Boruc z Irlandią? Wszystko jedno!

Artur Boruc i Łukasz FabiańskiKłopoty Wojtka Szczęsnego, który cierpi w Arsenalu za własną głupotę sprawiły, że rozgorzała debata kto powinien bronić w bardzo ważnym meczu z Irlandią w eliminacjach Euro 2016. Moim zdaniem jedyna dobra odpowiedź na to pytanie brzmi: na pewno nie Wojtek. Stracił miejsce w klubie na rzecz Davida Ospiny i nie zanosi się, żeby je szybko odzyskał. Takie są reguły tej gry: nie bronisz w klubie, nie jesteś w rytmie meczowym (sporadyczne występy w Pucharze Anglii to za mało), nie możesz więc oczekiwać, że selekcjoner postawi na ciebie w kluczowym spotkaniu eliminacji. Dlaczego zresztą miałby ryzykować, gdy ma dwóch tak wartościowych zastępców?

A Łukasz Fabiański czy Artur Boruc? To już nie tak oczywiste. Pierwszy przeżywa najlepszy okres w karierze, omijają go pechowe kontuzje, co rusz zostaje bohaterem Swansea, broni na co dzień strzały najlepszych snajperów świata. Gdyby kierować się hierarchią lig, należałoby mu się miejsce w bramce reprezentacji. Ale w kadrze obowiązuje inna hierarchia. Za Borucem przemawia równie dobra forma, ale też większe doświadczenie, charyzma i pozycja wśród kolegów z kadry. Trener Adam Nawałka oznajmił już dawno, że jego nr 1 jest Szczęsny, a numerem 2 Boruc. Skoro nr 1 ma kłopoty, automatycznie do gry wchodzi nr 2. Czy forma Fabiana w Premier League, przy równie wysokiej Boruca to wystarczający powód, żeby odejść od tej hierarchii? Jaki będzie to miało wpływ na zespół?

Choć zwykle nie jest mi „wszystko jedno” tak tym razem muszę przyznać, że właściwie nie ma większego znaczenia, który z chłopaków będzie bronił przeciwko Irlandii. Każdy wybór jakiego dokona Nawałka będzie dobry. Szczęśliwie dla selekcjonera to wybór przed jakim codziennie staje Jose Mourinho zastanawiający się: Thibaut Courtois czy Petr Cech. Jednemu z nich będzie przykro, ale drużyna może być spokojna w obu przypadkach.

Boruc, Fabiański, Szczęsny

 

 

Futbol fiction czyli prognoza hiperoptymistyczna na 2015

Nawałka i jego chłopakiCzy rok 2015 może być jeszcze lepszy dla polskiego futbolu? Ależ może! Prorokuję awans reprezentacji Polski do Euro 2016, a mistrza Ekstraklasy do wymarzonej Ligi Mistrzów, tym razem bez żadnych błędów formalnych. Na koniec roku będziemy błagać trenera Adama Nawałkę, żeby odrzucił ofertę Borussii Dortmund i nadal pracował z kadrą…

To był najlepszy rok dla polskiej piłki w XXI wieku! Reprezentacja Polski kończy go na pierwszym miejscu w trudnej grupie eliminacji do mistrzostw Europy we Francji w 2016. Zaś Legia Warszawa, która co prawda z powodu niedopatrzenia procedur kompromitująco odpadła z rywalizacji o wymarzoną Ligę Mistrzów, ale za to w Lidze Europy jako pierwsza polska drużyna w historii wywalczyła awans z pierwszego miejsca w grupie.

Najważniejszym wydarzeniem mijającego roku było bez wątpienia pierwsze w historii zwycięstwo reprezentacji Polski z Niemcami, w dodatku świeżo koronowanymi mistrzami świata. Po heroicznym boju na Stadionie Narodowym w Warszawie Polacy wygrali 2:0. Trener Adam Nawałka dokonał tego, co nie udało się tak wybitnym selekcjonerom jak Kazimierz Górski czy Antoni Piechniczek, choć mieli oni w składzie Deynę, Szarmacha, Latę, Gadochę, Bońka itd…

A przecież mało kto wierzył w tego selekcjonera – chyba tylko jeden Zbigniew Boniek – ja sam w spotkaniu z Niemcami oczekiwałem katastrofy, pomny tego co piłkarze Joachima Loewa zrobili Brazylii na jej własnym mundialu. Żadne znaki na niebie i ziemi po serii spotkań towarzyskich spotkań Nawałki nie wskazywały na to, że udało mu się stworzyć ZESPÓŁ. A jednak! Z nowym kapitanem i liderem, Robertem Lewandowskim, który choć nadal nie strzela w kadrze tyle goli ile byśmy chcieli, to jeszcze nigdy nie dawał z siebie drużynie tak wiele i jest jej najlepszym zawodnikiem. Selekcjoner „odkrył” też dla „biało-czerwonych” Arkadiusza Milika – dawnego podopiecznego z Górnika Zabrze. Milik dopiero po sukcesach w reprezentacji przebił się do pierwszego składu Ajaksu Amsterdam, w którym błyszczy tak bardzo, że zgłoszono go nagrody Golden Boy dla najlepszego młodego zawodnika w Europie, którą niegdyś zgarniali Leo Messi czy Wayne Rooney. Nawałka „reaktywował” też Sebastiana Milę, który nie tylko strzela ważne gole, ale jest też chyba najbardziej lubianym zawodnikiem przez piłkarzy i kibiców, by nie powiedzieć maskotką drużyny. Nie do pomyślenia, by którykolwiek z tych dwóch wyszedł na mecz z Niemcami u innego selekcjonera (zwłaszcza u poprzedników Nawałki), podejrzewam, że nawet nie dostaliby powołania.

Co polski futbol czeka w 2015?
Czy kolejny rok może być bardziej udany? Ależ może! Po milowym kroku w kierunku awansu na Euro 2016 jakim była wygrana z Niemcami, wierzę, że kolejny taki postawi 29 marca w Dublinie, gdzie zagra z wiceliderem grupy, Irlandią. Choć rywale mają zgrany kolektyw to Polacy większe indywidualności. Lewandowski w Bayernie Monachium u trenera Pepa Guardioli staje się lepszym piłkarzem z każdym miesiącem, na czym wyraźnie zyskuje reprezentacja. Właśnie do gry w Borussii Dortmund po niemal rocznej kontuzji wrócił Kuba Błaszczykowski, który do marca powinien znaleźć się już w zwykłej, świetnej formie.

Nie wierzę, że konflikt o opaskę kapitana popsuje świetną atmosferę w kadrze co wróżą pesymiści. Kuba to wielki profesjonalista i patriota, dla którego gra z Orłem na piersi jest najważniejsza na świecie. Jestem przekonany, że zrozumie iż pod jego nieobecność drużyna dzięki nowemu liderowi gra świetnie. Błaszczykowski to ostatnia osoba, po której spodziewam się focha. To nie Eugen Polański, który obraził się na reprezentację, bo Nawałka ciągnął go na mecz towarzyski zamiast puścić na urlop. Powiedzmy sobie szczerze, że trochę też nie ma innego wyjścia. Choć sprawę opaski można było rozegrać z większym wyczuciem czy kurtuazją dla starego kapitana, to jednak wszelkie kwestionowanie nowego status quo byłoby nie tylko skazane na porażkę ale po prostu śmieszne by nie powiedzieć żałosne.

Milik w Warszawie i… Borussii?

Arkadusz Milik, Ajax

Swoją drogą dziś atmosfera w drużynie jest tak dobra, że kiedy przed towarzyskim spotkaniem ze Szwajcarią Nawałka dał wolne najważniejszym piłkarzom, żeby odpoczęli przed powrotem do swoich lig, ci woleli zostać i zagrać wspólnie jeszcze raz! Nikomu nie będzie zależeć by to zepsuć.

Wcześniej w lutym Milik przyjedzie z Ajaksem do Warszawy na mecz z Legią w Lidze Europy. Spotkanie odbędzie się przy pustych trybunach (to kara UEFA za rasistowskie okrzyki podczas meczu z Lokeren) i obawiam się, że to m.in. właśnie brak kibiców przesądzi o awansie Holendrów. Ajax to jednak nie Trabzon, który dało się ograć bez wsparcia kibiców. Póki co jest jednak ze dwie długości przed mistrzami Polski. Ale po tak świetnej postawie Legii w LE wierzę, że odejmie walkę z Holendrami. W Ekstraklasie Legia obroni mistrzostwo Polski i jesienią po 20 latach powróci do elitarnej Ligi Mistrzów.
Sprawdzi się życzenie Milika o „dwóch wizytach w Warszawie”, na mecz z Legią i na finał Ligi Europy. Na Stadionie Narodowym zatriumfuje jednak drużyna innego Polaka – Sevilla Grzegorza Krychowiaka.

W tej hurraoptymistycznej wizji 2015 bohaterem finału Ligi Mistrzów musi oczywiście zostać Robert Lewandowski, strzelec dwóch decydujących goli przeciwko… (tu już wpiszcie sobie sami, na moje wychodzi, że to będzie Chelsea albo Real Madryt).

Robert Lewandowski, BayernTymczasem Milik, który skończy sezon z 30 golami na koncie, przejdzie za 10 milionów euro z Ajaksu do Borussii Dortmund, bijąc polski rekord transferowy, by reaktywować w Dortmundzie „polskie trio” z Kubą i Łukaszem Piszczkiem, osierocone po odejściu Lewandowskiego.
We wrześniu 2015 reprezentacja Polski, która aż 95 lat czekała na zwycięstwo z Niemcami, pokona mistrzów świata po raz drugi w ciągu roku. W rewanżu na „przeklętym” Waldstadion we Frankfurcie (to tam przegraliśmy pamiętny półfinał mistrzostw świata w 1974 roku na wodzie), tym razem na suchej nawierzchni pewni od dawna awansu do Euro 2016 Polacy zagrają na luzie dając spiętym rywalom prawdziwą lekcję futbolu.

Tak efektowna postawa w eliminacjach spowoduje jednak poważny problem dla reprezentacji Polski: otóż trener Nawałka dostanie grad ofert prowadzenia klubów Bundesligi. Najpoważniejszą z Borussii Dortmund, stojącej Polakami, a więc wymagającej „polskiej ręki”. Nawałka będzie musiał podjąć decyzję natychmiast, bowiem słynny trener Juergen Klopp po 15 latach pracy w Bundeslidze zdecyduje się podjąć wyzwanie w angielskim Arsenalu. Jesienią 2015 cała piłkarska Polska z prezesem PZPN, będzie więc prosić Nawałkę, żeby przygodę w Dortmundzie zaczął dopiero po finałach mistrzostwach Europy we Francji…

Adam NawałkaŻe ultra-hiper-optymistycznie? Uważam, że po latach nieprzerwanych klęsk i upokorzeń polskich klubów i reprezentacji kibicowi wolno trochę pomarzyć na fali tak świetnego roku. Zwłaszcza, że do spełnienia (prawie) wszystkich tych prognoz nie trzeba aż tak wiele jak się wydaje…

Szczęśliwego 2015! Żeby zawsze na końcu wygrywała Wasza (ale i Nasza) drużyna!

Euro 2016. Gibraltar zlany, ale eliminacje zaczną się w październiku

Grosik i Lewy: bohaterowie meczu z GibraltaremW Faro „biało-czerwoni” wykonali zadanie, sprawiając bezlitosne lanie amatorom z Gibraltaru, ale prawdziwe eliminacje do mistrzostw Europy zaczną się dla nich dopiero w październiku na Stadionie Narodowym z Niemcami i Szkocją

Reprezentanci Polski rozpoczęli eliminacje do Euro 2016 tak jak powinni: od wysokiego zwycięstwa z gibraltarskimi amatorami. Każdy wynik poniżej 3:0 z najniżej notowaną drużyną w rankingu UEFA byłby kompromitacją. Robert Lewandowski jak przystało na czołowego napastnika świata wbił zespołowi skleconemu ze strażaków, policjantów i urzędników cztery gole i to po ładnych strzałach, a nie rzutach karnych jak z San Marino. Udowodnił, że rację miała większość europejskich kibiców wybierając go do swojej jedenastki oficjalnym fantasy managerze UEFA. I wreszcie zagrał w kadrze na poziomie klubowym, dzięki czemu kibice „Biało-czerwonych” z pewnością powitają go podczas październikowych meczów z Niemcami i Szkocją na Stadionie Narodowym owacją, a nie gwizdami jak to miało miejsce podczas poprzednich eliminacji. Brawa dla Kamila Grosickiego za pierwsze dwa gole w reprezentacji i to w ważnych momentach oraz dla Macieja Rybusa za trzy asysty po przerwie. Dla Łukasza Szukały również za debiutancką bramkę i całej defensywy za czyste konto, rzecz w przypadku naszej kadry wcale nie oczywistą, by wspomnieć pierwszego gola od pięciu lat strzelonego przez San Marino.

Można by w tym miejscu skończyć komentarz i zgodnie z zasadą, że zwycięzców się nie sądzi, pogratulować piłkarzom Adama Nawałki lidera w grupie, a Lewemu – w klasyfikacji strzelców. Ciężko jednak wyrzucić z pamięci kiepską pierwszą połowę, w której „biało-czerwoni” grali kompletnie bez pomysłu i składnych akcji, zaliczając mnóstwo strat, a do szatni schodzili prowadząc 1:0 po przypadkowym strzale Grosickiego zza pola karnego lewą, słabszą, nogą i rykoszecie. W której debiutujący w eliminacjach mistrzostw Europy gospodarze dopóki nie opadli z sił, skutecznie wybijali naszym futbol z głowy, a z rozgrywających o wiele lepsze wrażenie robił ten Gibraltaru, zawodnik bez klubu, Liam Walker (nasz Mateusz Klich choć klub ma, jest ostatnio bezrobotny). Niestety po Klichu podobnie i jak Arkadiuszu Miliku boleśnie widać było brak ogrania i rytmu meczowego, co skutkowało stratami i niedokładnością. Obu rehabilitują nieco asysty przy golach Szukały i Grosickiego, ale to nie przypadek, że obu Nawałka zdjął w drugiej połowie w pierwszej kolejności. Pierwszy próbuje do siebie przekonać trenera Wolfsburga, drugi Ajaksu Amsterdam, jeśli nie uda im się to do październikowych spotkań z Niemcami i Szkocją, selekcjoner powinien poważnie przemyśleć czy nadal stawiać na nich z taką determinacją (która kazała mu „podkraść” Milika kadrze Marcina Dorny przed kluczowym meczem z Grecją).

Słabo zagrał też Grzegorz Krychowiak, choć on akurat na co dzień jest podstawowym zawodnik FC Sevilla, często wręcz najlepszym w drużynie. W spotkaniu z Gibraltarem miał nadspodziewanie dużo strat, i takich błędów jakich kolejni eliminacyjni rywale z pewnością nie przepuszczą. Obyśmy w październiku byli świadkami takiej gry „biało-czerwonych” jak w drugiej, a nie pierwszej połowie. W Faro „biało-czerwoni” wykonali zadanie, sprawiając bezlitosne lanie amatorom z Gibraltaru, ale prawdziwe eliminacje do mistrzostw Europy zaczną się dla nich dopiero w październiku na Stadionie Narodowym z Niemcami i Szkocją.

Tabelka eliminacji Euro 2016Śpieszmy się kontemplować tabelkę, liderzy tak szybko się zmieniają… ;)

Fornalik musi odejść?

- Dlaczego mam się podać do dymisji? Stawiam na młodych zawodników, wprowadzam ich do zespołu. o, co się dzieje, nie zniechęca mnie do pracy, tylko mobilizuje. To, że nie wygraliśmy, nie znaczy, że nie mieliśmy pomysłu. Brakło odrobiny umiejętności i zimnej głowy pod bramką rywala. Mamy mocarstwowe ambicje, stawiamy się na równi z Anglią czy Niemcami, a nimi nie jesteśmy. Nie wyszło nam Euro, musimy zmieniać drużynę i ja to robię - bronił się po klęsce z Mołdawią trener Waldemar Fornalik, pytany czy rozważą zakończenie misji, skoro nasze szanse awansu na mundial w Brazylii stały się matematyczno-iluzoryczne. Bo co to za szanse, skoro zakładają one konieczność wygrania w Kijowie z Ukrainą, która właśnie wygrała na wyjeździe 3:0 z Czarnogórą (paradoksalnie Polska remisując z Mołdawią odrobiła punkt straty do liderów – Czarnogórców) i z Anglią na Wembley. Na czym opierać wiarę w zwycięstwa skoro właśnie straciliśmy punkty z drużyną zajmującą 134. miejsce w rankingu FIFA, w której nie ma ani jednego rozpoznawalnego piłkarza (poza pamiętanym przez kibiców Cracovii Suworowem i od teraz Sidorenką, który będzie nam się śnił jak Łotysz Laizans)? Wygrana z taką drużyną to nie żadne mocarstwowe ambicje, ale zwykła konieczność, obowiązek każdego trenera.

Ma rację Fornalik i nie ma. To nie jego wina, że w dobrej pierwszej połowie jego piłkarze nie potrafili wykorzystać szans, które sobie stworzyli. Czy miał za Polańskiego dograć piłkę Lewandowskiemu zamiast strzelać? Czy miał za Rybusa przerzucić piłkę nad bramkarzem zamiast strzelać prosto w niego? Biało-czerwoni stworzyli wystarczająco dużo okazji by zabić mecz i schodzić na przerwę z prowadzeniem 3:0. Cóż więcej mógł zrobić trener? Lepiej zestawić obronę, która popełniała rażące błędy? Nie wystawić Komorowskiego? Wydawało się, że stawiając na pozostającego poza rytmem meczowym Salamona popełnia szaleństwo, tymczasem zawodnik Milanu okazał się jednym z najlepszych Polaków. Z drugiej strony to co stało się po przerwie obciąża trenera bardzo. W drugiej połowie na boisko wyszły dwie równorzędne drużyny. Składająca się z noname’ów Mołdawia w niczym nie odbiegała od reprezentacji Polski, w której grało dwóch uczestników finału Ligi Mistrzów, w tym napastnik z 10 gola w prestiżowych rozgrywkach i szansą na Złotą Piłkę (może nie jesteśmy potęgą na miarę Anglii, ale jej piłkarzy zabrakło już w półfinale). Po przerwie z boiska zniknęli i Lewandowski i Kuba. Wróciło stare, najgorsza niemoc Polaków z Lewym rozgrywającym i walczącym o piłkę zamiast wykańczającym podania. Pomysłu na grę nie było nawet krzty.

Jeszcze przed końcem meczu twitter rozgrzał się żądaniami dymisji Fornalika i marzeń na temat jego następcy, co raz bardziej szalonych. Jeden proponował, żeby zawrócić z emerytury Juppa Heynckesa, inny wskazywał, że szczęśliwie bez pracy jest Marcelo Bielsa. Spekulacje szybko przeciął najpierw Fornalik, deklarując, że do dymisji podawać się nie zamierza, a potem prezes PZPN, który zapewnił, że selekcjoner pozostanie na stanowisku aż do końca eliminacji, tym bardziej, że wciąż nie sa one przegrane.

Nie ma wątpliwości, że jeśli Fornalik rzeczywiście zostanie do końca eliminacji to ani dnia dłużej. Do walki o Euro 2016 we Francji musi nas poprowadzić silny, charyzmatyczny, trenerski autorytet z zagranicy, ktoś jak wczesny Leo Beenhakker z czasów meczów z Portugalią i Belgią, który olśnił naszych piłkarzy i wykrzesał z nich więcej niż im się wydawało, że mają. W przeciwnym razie nie ma co marzyć o awansie na mistrzostwa Europy najprawdopodobniej  z czwartego koszyka. I jestem pewien, że Boniek kogoś takiego znajdzie, kierując się dobrem reprezentacji i swoim własnym, bo jako prezes chciałby mieć na koncie i reprezentacyjny sukces. A już na pewno nie kolejną kompromitację, jaką byłby brak awansu do rozszerzonego do 24 drużyn turnieju.

Dlaczego więc czekać z dymisją aż do października? Czy to nie marnotrawstwo czasu, który nowy szkoleniowiec mógłby wykorzystać na poznanie piłkarzy i budowę drużyny? Zwłaszcza, że sezon właśnie się skończył, zapewne łatwiej teraz o namówienie trenera niż późną jesienią. Wówczas staniemy przed wyborem wśród kilku akurat dostępnych w tym momencie. Teraz jest sporo czasu na rozejrzenie się i właściwy wybór. Wbrew słowom selekcjonera o budowie nowej drużyny po Euro 2012 nie ma poczucia, że jest lepiej choćby o centymetr niż w meczu z Czechami, Grecją czy Rosją. Cały czas mamy tylko przebłyski i siły tylko na 30 minut dobrej gry. Co z tego, że trener nie waha się wprowadzać młodych zawodników, skoro przelatują oni przez kadrę jak meteory (Milik czy Wszołek) lub nie odgrywają w niej wielkiej roli (Zieliński i Bereszyński). Nie mam poczucia, że gra z meczu na mecz staje się lepsza, bardziej zgrana i rozumna. Wręcz przeciwnie. Czekam na twarde decyzje Bońka, zwłaszcza, że będzie miał przy nich mocne wsparcie kibiców, dziennikarzy i (co wynika z prywatnych rozmów) również samych piłkarzy, choć w ich przypadku najlepiej byłoby gdyby siedzieli cicho…