Nie widać kresu hegemonii Realu

Zinedine Zidane w CardiffZidane – genialny piłkarz, geniuszem trenerskim. Jego Real za rok będzie faworytem do obrony tytułu

Niesamowity był widok z jakim spokojem Zinedine Zidane przygląda się fecie swoich piłkarzy wygranej z Juventusem. Nie żeby się dystansował jak Jose Mourinho podczas dekoracji FC Porto w 2004. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale wyglądał jakby właśnie wyszedł z rodziną z kościoła ze ślubu córki przyjaciół. Żadnego szaleństwa w stylu Antonio Conte czy Juergena Kloppa. Żadnego biegania wzdłuż linii, orania kolanami murawy.

A przecież dokonał czegoś niewyobrażalnego we współczesnym futbolu o tak wyrównanym poziomie! Obronił z Realem trofeum jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów! I pierwsza od czasów legendarnego Milanu Arrigo Sacchiego. Dołączył tym samym w trenerskim Panteonie do słynnego Włocha, Boba Paisley’a czy Briana Clougha. On, szkoleniowiec-żółtodziób z zaledwie 18-miesięcznym stażem na ławce i zaledwie 20. meczami w Lidze Mistrzów na koncie, zrobił to czego nie były w stanie uważane za najlepsze drużyny w dziejach jak Milan Fabio Capello i Carlo Ancelottiego, Manchester United Aleksa Fergusona czy Barcelona Pepa Guardioli.

Bo zapewne ten triumf nie byłby możliwy z kimś innym! Genialny piłkarz okazał się równie genialnym szkoleniowcem. Holender Clarence Seedorf, zwycięzca Champions League z trzema różnymi klubami, powiedział mi w piątek w Cardiff, by nie traktować Zidane’a jak trenera bez doświadczenia. Bo Francuz jest sumą współpracy z wszystkimi fantastycznymi szkoleniowcami, jakich spotkał na swojej drodze, a pracował z najlepszymi. Wysłuchał setek odpraw, odbył setki treningów, a poza tym umie postawić się w położeniu każdego nawet największego zawodnika i wyciągać wnioski.

Gitary w pokrowcach

Doskonale wiedział wykorzystać swój wielki autorytet, co wcale nie jest automatyczne dane każdej byłej gwieździe. Były selekcjoner Francji, Raymond Domenech opowiadał kiedyś z zazdrością o metodzie Lauranta Blanca na zdobycie szatni, który miał na wejściu przypominać zawodnikom, że jest mistrzem świata. Zidane nie musiał się nawet przedstawiać. Kto inny byłby w stanie namówić Cristiano Ronaldo, żeby się oszczędzał, odpoczął w aż 14. meczach w sezonie, co pozwoliło mu wreszcie zachować siły na końcówkę? Portugalczyk, który nie błyszczał w obu poprzednich zwycięskich finałach Ligi Mistrzów (dopiero w karnych), w Cardiff okazał się kluczowy, a jego oba gole przesądzające. Przeszedł do historii jako pierwszy zdobywca goli w trzech różnych finałach Champions League i zasłużenie został wybrany Zawodnikiem Meczu. To był zdecydowanie jego sezon. Zamknął usta krytykom, którzy obrażali go tezą, że znika w meczach z silnymi rywalami. Tylko w ćwierćfinale z Bayernem Monachium zdobył pięć bramek. W półfinale z Atletico Madryt popisał się hat-trickiem w drugim meczu z rzędu. Po dwóch golach w Cardiff rzucił krytykom, że mogą „schować gitary do pokrowców”. Ale odbierającą kolejną Złotą Piłkę podczas styczniowej gali powinien poświęcić kilka ciepłych słów trenerowi, bo to forma to w dużej mierze zasługa Francuza.

ZInedine Zidane w CardiffKto powstrzyma ten Real?

Zidane wstępuje na Panteon jako trener, który w 18-miesięcy wygrywa nie tylko dwukrotnie z rzędu Ligę Mistrzów, ale również odzyskuje pierwsze mistrzostwo Hiszpanii od 2012 roku, nie licząc drobiazgu jak Klubowe Mistrzostwo Świata. Patrząc na jego styl pracy ciężko nie dostrzec podobieństw do jego byłego trenera w galaktycznych czasach Realu, Vicente del Bosque. Tamten także objął klub będąc jego byłym piłkarzem i doskonale poruszając się w jego skomplikowanych układach. Raczej dopieszczał, motywował pozytywnie, rozwiązywał problemy piłkarzy i przede wszystkim nie przeszkadzał swoim „galaktycznym” zawodnikom. Nie mieszał taktycznie, nie stawiał wszystkiego na głowie, byle tylko odcisnąć na zespole własne piętno. Ufał tak jak ufa swoim piłkarzom Zidane. I jak Francuz sprawiał, że wszyscy czuli się szczęśliwi.

Oczywiście Francuzowi pomogła także najdłuższa i najbardziej wyrównana ławka rezerwowych w Europie (w jakim klubie wśród zmienników w finale znaleźliby się tacy gracze jak Gareth Bale czy Alvaro Morata!). Dzięki której mógł rotować, pozwalając wypoczywać najlepszym i wprowadzając do drużyny młode gwiazdy jak Isco, Asensjo czy Lucas.

W finale w Cardiff Real bezwzględnie rozprawił się z niepokonanym tej edycji Ligi Mistrzów Juventusem. Strzelił „Starej Damie” więcej goli niż ta straciła dotąd w całych rozgrywkach. Jest dziś drużyną kompletną, a przecież najprawdopodobniej jeszcze się wzmocni np. w bramce, choć Keylorowi Navasowi można było w finale zarzucić co najwyżej brak kilku centymetrów. Patrząc na tę dominację, trzeba przyznać, że i za rok będzie faworytem do obrony trofeum.

Tworzenie historii to dla „królewskich” codzienność. Kto im rzuci wyzwanie? Barcelona z nowym trenerem, która musi dokonać rewolucji w składzie? Bayern, który też czeka kadrowa rewolucja? Atletico, które w pucharach nie umie wymyślić na real patentu? Któraś z drużyn angielskich, które z trudem przebijają się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, bo Premier League wypruwa z nich wszelkie siły? Ciężko dziś dojrzeć kres hegemonii Realu Madryt.

Real Madryt znów wygrał finał Champions League

Real obroni trofeum w LM? A dlaczego nie Barcelona?

Zidane i Buffon

Tak czy siak w sobotę w Cardiff dojdzie do zdarzeń historycznych. Jeśli w finale Ligi Mistrzów wygra Juventus Turyn, spełni się jedna z najpiękniejszych karier w futbolu: 39-letni Gianluigi Buffon skompletuje ostatnie brakujące trofeum. Oprócz radość kibiców na całym świecie – ciężko Włocha nie lubić i nie szanować za jego postawę i pasję mimo upływających lat – już chyba bez wahania będziemy mogli nazywać go najlepszym bramkarzem w historii piłki nożnej. Moim zdaniem i dziś może o to miano rywalizować tylko z Ikerem Casillasem (szkoda, że nie znów bezpośredniej rywalizacji na boisku). „Starość” Hiszpana wygląda mizerniej – z klubu, którego był ikoną został wygnany na piłkarską prowincję. Dzięki Buffonowi Juventus znów jest w finale Ligi Mistrzów, stracił w całej edycji tylko trzy gole, Gigi był też kluczowy w zdobyciu wszystkich ostatnich sześciu mistrzów Italii z rzędu.

Wyobrażam sobie, że tylko kibice Realu Madryt mogą nie trzymać za niego kciuków w sobotę. Nawet sam Casillas zaplątał się w deklaracjach, mówiąc że oczywiście będzie trzymał w finale kciuki za „mój Real”, ale serce podpowiada mu, że Buffon zasłużył sobie na triumf w Lidze Mistrzów postawą przez całą karierę. Zwłaszcza, że jako bramkarz, mimo tak wybitnego roku nie ma żadnych szans na Złotą Piłkę.

Jeśli Juventus wygra w Cardiff, Buffon w wieku 39 lat i 126 dni stanie się najstarszym zwycięzcą Champions League w historii. Póki co rekord należy do jego rodaka, Paolo Maldiniego – 38 lat i 331 dni.

Jeśli wygra Real, będzie to wydarzenie prawdziwie historyczne, wspominane przez lata i na wieki wpisane do wszystkich annałów. Stanie się bowiem pierwszym obrońcą trofeum w Lidze Mistrzów. Od stworzenia rozgrywek w 1992 roku nie udało się to nikomu. Jako ostatni obronił Puchar Europy w 1990 legendarny AC Milan z Rijkaardem, Gullitem i van Bastenem. Realowi też kiedyś udała się ta sztuka, ale hen w 1958.

Ostatnim zespołem, który stanął przed szansą obrony trofeum był w 2009 roku Manchester United, rozwalcowany w finale w Rzymie przez Barcelonę. I jeśli przez te 25 lat Champions League była drużyna, w której przed sezonem widziałem zdecydowanego faworyta do przełamania tabu i dokonania „niedokonywalnego” to właśnie tamtą Barcę Pepa Guardioli, Messiego, Xaviegom, Iniesty, tiki-taki i wychowanków La Masii. Wydawało się, że drużyna zdobywająca w tamtym roku wszystko co w futbolu było do zdobycia, osiągnęła poziom kosmiczny, z którego nieprędko da się ściągnąć na ziemię. A jednak już w kolejnym sezonie musiała uznać wyższość taktyki, sprytu i talentów motywacyjnych Jose Mourinho. Gdyby nie półfinałowa porażka z Interem Mediolan być może Barca miałaby w gablocie trzy puchary Ligi Mistrzów z rzędu, bo jak pamiętamy w 2011 znów pokonała w finale MU.

Tamten okres to zdecydowanie była jej era i jej hegemonia w europejskim futbolu, a jednak nie zdołała tego przypieczętować ostatecznym triumfem.

Teraz przed szansą staje Real Madryt, mimo iż wcale nie zdominował gry w takim stopniu jak Barca. A mimo to może nie tylko przejść do historii, ale zdominować zarówno krajowe jak i międzynarodowe rozgrywki na lata.

Fascynujące jak bardzo zmieniły się oba zespoły od tamtego czasu, jak wiele błędów popełniono w Barcelonie, jak bardzo nauczył się wyciągać wnioski z własnych błędów Real, co właśnie skończyło się porażką Katalończyków w walce o mistrzostwo Hiszpanii.

W Barcy, trawionej konfliktem o przywództwo i rozliczeniami z poprzednim kierownictwem nie znaleziono godnych partnerów dla Messiego, następców Xaviego, Puyola czy Iniesty. Wychowankowie okazywali się zbyt słabi, a transfery niewystarczająco jakościowe. A przynajmniej nie tak bardzo, jak kolejni partnerzy Cristiano Ronaldo w Realu.

Symbolami transferowymi „Królewskich” z ostatnich lat będzie dla mnie Gareth Bale, Isco czy Marco Asensio, Barcy – Andre Gomez, Denis Suarez czy nawet Ivan Rakitić, z którymi Barca z galaktycznej stała się po prostu silną drużyną, która może coś wygrać, ale nie musi.

Fascynujące i to, że do historycznego sukcesu może powieść Real trener, może nie żółtodziób, ale będący zdecydowanie na początku kariery. Odpowiednik wczesnego Guardioli, nie tylko świetnie znający klub, ale posiadający ten sam autorytet wśród największych gwiazd futbolu, jaki Pep miał u wychowanków La Masii. Pozwalający mu np. namówić Ronaldo na odpoczynek, co okazało się kluczowe dla świetnej formy Portugalczyka w końcówce sezonu. I rotujący składem dzięki ławce pełnej wartościowych następców, gdzie w Barcy ciężko wskazać choć jedno takie nazwisko.

Zaprezentowany właśnie przez Barcę nowy trener Ernesto Valverde jest dziś w sytuacji kolejnych trenerów Realu w czasach dominacji Blaugrany. Przed nim gigantyczne zadanie przebudowania i wzmocnienia drużyny. Oczywiście Barca może stać się mocniejsza. Ale patrząc na plany transferowe Realu, przed Katalończykami raczej pogoń niż ucieczka. Momentum kiedy odjeżdżała arcyrywalowi i reszcie Europy zostało zaprzepaszczone.

 Finał Ligi Mistrzów w Cardiff

 

Liga Mistrzów. Taki Real z takim Ronaldo może obronić trofeum!

Cristiano Ronaldo po hat-tricku vs Atletico MadrytCzwarty raz z rzędu jesteśmy świadkami derbów Madrytu w Lidze Mistrzów i po pierwszej odsłonie wygląda na to, że zostanie podtrzymany trend z poprzednich. Czyli znów górą będzie Real. Czy o sukcesie decyduje jeden mecz, jak w finałach w 2014 i 2016 roku, czy dwumecz jak w ćwierćfinale w 2015, czy trenerem jest Carlo Ancelotti czy Zinedine Zidane, „Królewscy” za każdym razem potrafią przechytrzyć lokalnego rywala.

Nigdy jednak tak nie zdominowali Atletico jak we wtorkowym spotkaniu. Praktycznie poza jednym, góra dwoma groźnymi strzałami na bramkę Keylora Navasa nie pozwolili rywalom na nic. Inny wynik niż wygrana gospodarzy ani przez chwilę nie wisiał w powietrzu, kwestią były tylko jej rozmiary. Real jak zwykle groźny w ofensywie tym razem dołożył to, za co przez lata chwaliliśmy kolejne drużyny Diego Simeone – wybijanie rywalom futbolu z głowy, niwelowanie wszystkich ich atutów, skazywanie na bezradne walenie głową w mur. „Królewscy” od początku kontrolowali mecz i spokojnie czekali na okazję do zadania najpierw pierwszego, a później kolejnego, wreszcie decydującego ciosu.

Wszystkie zadał niesamowity Cristiano Ronaldo. Gdzie te czasy, kiedy wypominano mu, że nie błyszczy w decydujących meczach? Po pięciu golach wbitych w dwumeczu Bayernowi Monachium, ma na koncie kolejne trzy. I kolejnego hat-tricka w kolejnym meczu, czego nie dokonał nikt wcześniej. A w całej Lidze Mistrzów już 104 bramek. Jako pierwszy zdobył też 50 goli w rundzie pucharowej Champions League.

Wielkie brawa za ten mecz także dla Zidane’a. Choć jego Real w każdym z ośmiu ostatnich meczów tracił gola, zdołał zachować czyste konto i tylko jakaś niewyobrażalna katastrofa w rewanżu mogłaby pozbawić go gry w drugim finale Ligi Mistrzów z rzędu. A tam w takiej formie jak we wtorkowy wieczór i z Cristiano Ronaldo w takiej formie strzeleckiej będzie miał wielkie szanse, żeby dokonać tego, czego jeszcze nie dokonał nikt w historii Champions League – obrony trofeum! I to bez względu na to, czy za rywala będzie miał Juventus Turyn czy AS Monaco.

Zinedine Zidane

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Chimera i Jacek Magiera

Jacek MagieraObserwujący triumf Legii ze Sportingiem z trybun na Łazienkowskiej były trener mistrzów Polski, Stanisław Czerczesow został entuzjastycznie powitany przez kibiców i wyściskany zarówno przez właścicieli klubu jak i byłych zawodników. Gdyby w środę wieczór na stadionie znalazł się Besnik Hasi, należałoby mu się dokładnie tak samo ciepłe przyjęcie. Bez jego krótkiej obecności w Legii nie było by tego spektakularnego sukcesu, jakim jest awans do Ligi Europy z tak silnej grupy.

Nie było by 18 mln euro od UEFA (spora część za wygrane eliminacje), nie byłoby tak kluczowych dla tego sukcesu piłkarzy jak Vadis Odjidja-Ofoe czy Thibault Moulin (choć to, że są w tak dobrej formie to już zasługa Jacka Magiery). Przede wszystkim jednak gdyby nie kompromitująca porażka 0:6 z Borussią Dortmund, styl gry drużyny Hasiego oraz jej wpadki w Ekstraklasie, nie było by samego Magiery, największego wygranego kampanii Legii w Champions League.

Właściciele Legii wcale nie ukrywają, że w żadnych innych okolicznościach Magiera nie dostałby tej roboty. Owszem, szykowano go, żeby kiedyś przejąć drużynę. Ale na pewno nie teraz – z tak nikłym trenerskim doświadczeniem, w stulecie klubu i perspektywie gry w Lidze Mistrzów po 20 latach. Mógł przyjść tylko jako „ratownik” i z tej roli wywiązał się chyba jako najlepszy ratownik w historii.

Ktoś w uniesieniu napisał na Twitterze tuż po meczu, że oto poznaliśmy następcę Adama Nawałki na fotelu selekcjonera reprezentacji – oby dla Legii jak najpóźniej, w okolicach 2020 roku. Lepiej zachować umiar, bo murowanym kandydatem na selekcjonera mianowaliśmy już Henryka Kasperczaka, Dariusza Wdowczyka czy Macieja Skorżę. Ale trudno się dziwić zachwytom, bo skala zmian jakie wprowadził Magiera i ich efekt zarówno w Lidze Mistrzów jak i Ekstraklasie są niewiarygodne.

Dzisiejsze zachwyty potęguje chaos jaki zostawił mu w szatni poprzednik i szybkość jak nieopierzony trenersko Magiera z nim sobie poradził. Natychmiastowy powrót dyscypliny, zaangażowania, determinacji i koncentracji w grze legionistów. Za które drużynę chwalono nawet mimo wysokich porażek w Madrycie czy Dortmundzie. Równie szybki powrót świetnej atmosfery, jakiej szatnia na Łazienkowskiej nie widziała od dawna. Reaktywacja uznanych za przegranych piłkarzy jak Kuba Rzeźniczak, danie szansy nowym jak Michał Kopczyński zbiegło się z odpaleniem formy zawodników sprowadzonych przez Hasiego.

Wszystko to idąc w parze z gruntowaną znajomość nie tylko szatni i klubu, każdego jego zakamarka i każdego pracownika spowodowało, że uważana po 0:6 z Borussią za zakałę Ligi Mistrzów, niegodną piłkarskich salonów i dobrą jedynie do śrubowania niechlubnych rekordów Legia wypadła w meczu ze Sportingiem jak rutyniarz grający w Lidze Mistrzów regularnie od lat. Wytrzymując po raz pierwszy w tej edycji presję oczekiwań. Drużyna, która straciła dotąd aż 24 gole, potrafiła zachować czyste konto. Na pochwały zasługiwał każdy zawodnik co do jednego.

Każdy bohater, żeby zdobyć swój status potrzebuje najpierw wyzwania. Legia zostawiana przez Hasiego była Chimerą, z którą Magiera rozprawił się niczym Bellerofont. Z odciętej głowy bestii wyskoczył Pegaz, na którym trener mknie teraz do Ligi Europejskiej.

Napisałem, że Magiera jest największym wygranym kampanii Legii w Champions League, ale dla samego klubu te „narodziny trenerskiej gwiazdy” są równie cenne jak zainkasowane od UEFA miliony euro. Gdy Magiera mówi: „Chcę z Legii zrobić drużynę europejskiego formatu” nie śmiejemy się kułak, nie zastanawiamy się czy trener zwariował, tylko pytamy „ile czasu mu to zajmie?”

Legia Warszawa

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Martwa cisza trybun

Żal mi Legii Warszawa. Swój najważniejszy i najbardziej prestiżowy mecz w XXI wieku będzie musiała rozegrać przy pustych trybunach. Akurat to spotkanie Ligi Mistrzów – z obrońcą trofeum – zamiast po latach stać się wielkim świętem, prawdziwym ukoronowaniem 100-lecia klubu, zmieni się stypę. Występ Realu Madryt i jego gwiazd to wszędzie na świecie wydarzenie, kraje, miasta, kluby biją się żeby przyjechał, uświetnił. Gdy nasz futbol wyszedł z okresu, gdy tej klasy drużynę dało się skusić na wizytę tylko SuperMeczem, taka katastrofa.

W świat pójdą kompromitujące we współczesnym futbolu obrazki z pustego stadionu. Ronaldo i spółka grający dla nikogo? – to dopiero sensacja! Mistrz Polski zostanie napiętnowany niczym naga Królowa Cersei, sunąca w tłumie gapiów w rytm monotonnego „wstyd!”, „wstyd!, „wstyd!” Po wstydliwych obrazkach i okrzykach podczas meczu z Borussią Dortmund, przyjdzie przełknąć wstydliwą martwą ciszę trybun.

Żal mi normalnych kibiców Legii, którzy płacą upokorzeniem za wybryk garstki chuliganów. Dzieciaków i ich rodzicom, którym odebrali szansę przeżycia niezapomnianej przygody. Żal starych wiarusów, którzy na przyjazd gwiazdy największego formatu na Łazienkowską czekali 21 lat. Żal polskich kibiców Realu, których miała spotkać nagroda za lata tułaczki po świecie za swoją drużyną. Żal zawodników, którzy zostaną zmuszeni do występu w żenującym spektaklu. Treningu zamiast meczu w niezapomnianej atmosferze Champions League…

Żal tych wszystkich polskich kibiców, którzy są wstanie wznieść się ponad podziały plemienne i nie cieszą się w tej chwili, że „Legła dostała za swoje” ale rozumieją, że UEFA wrzuciła nas wszystkich do jednego wora. Wszyscy zostaliśmy skompromitowani i obarczeni odpowiedzialnością zbiorową. Na polski futbol znów nałożone zostało kompromitujące odium, choć zaczynał mieć on się już tak dobrze dzięki grze Lewandowskiego, Glika, Krychowiaka i reszcie, w reprezentacji i klubach.

Żal mi samego siebie, bo wolałbym być zagadywany o wyższość Milika nad Higuainem. Tymczasem podczas niedawnych igrzysk paraolimpijskich w Rio przed dwa dni z rzędu musiałem wkręcać się od lingwistycznych debat zagranicznych dziennikarzy czy polscy kibice wyzywali rywali od Żydów czy tylko od k…?

Żal mi właścicieli Legii, którzy próbowali zapanować nad tłumem, rozsądnie się dogadać, wierzyli w politykę dialogu. Po raz kolejny zostali wystrychnięci na dudka przez ludzi uważających, że „klub to oni”. Niestety tak właśnie uznała również UEFA, nakładając na klub najgorszą karę z możliwych. I nie chodzi o grzywny. O wiele gorsza od utraty przychodu z dnia meczowego jest utrata wizerunku. Jej nie da się odzyskać zza biurka, dobrym transferem, umową sponsorską, jedną czy drugą trafną decyzją…

Właściciele zdają sobie z tego sprawę, świadczą o tym poważne słowa jednego z nich, Dariusza Mioduskiego, który przyznał sport.pl, że „problem nie leży w UEFA, ale w nas, wewnątrz klubu”. Nie ma tu uciekania od odpowiedzialności, wymyślanie #letfootbalwin co miało swój urok w przypadku wykluczenia z rozgrywek po sprawie Bereszyńskiego.

Ciekaw jestem jaki będzie ciąg dalszy tych słów i kroki jakie podejmie zarząd Legii. Wiem jednak, że cokolwiek postanowi, jakiej polityki nie zacznie prowadzić – czy tylko brak hołubienia chuliganerii czy aż zero tolerancji dla niej – wszystko to będzie za mało bez przeorania świadomości trybun. Wierzących, że skoro „klub to my” to wolno nam wszystko – pogwałcić każde prawo, obrazić każdego. Dających przyzwolenie na łamanie przepisów i robienie dymu, nawet jeśli samemu się tego nie robi. Ulegających instynktom stadnym bez względu na to jak głupi okrzyk ktoś zainicjował.

I mam tu na myśli trybuny nie tylko Legii, ale i reszty Polski. Bo inaczej zmieniać się będą tylko nazwy zamykanych stadionów, skompromitowanych klubów, barwy rozgoryczonych kibiców, loga firm, które wycofają się lub nie wejdą w sponsoring, lóż, których nikt nie wykupi, nazwiska zawodników, którzy odmówią transferu do ekstraklasy. I na zawsze pozostaniemy w zatęchłym bagienku…

Liga Mistrzów to dla Legii początek nie spełnienie

Roberto Carlos wylosował szczęśliwieReal Madryt, Borussia Dortmund, Sporting Lizbona! „20 lat narzekania i płaczu, że nie ma nas w Lidze Mistrzów, a kiedy już osiągamy upragniony cel dalej narzekamy. O co tutaj chodzi? Brawo Legia!” – skomentował na Twitterze Krzysztof Mączyński wymęczony w bólach awans. Tak też podchodzą do sprawy sami Legioniści. „W bólach, bo w bólach, ale awans jest. Można się uśmiechać lub wybrzydzać, ważne że udało się” – skomentował w „Przeglądzie” Michał Pazdan. Pomocnik reprezentacji Polski i Wisły Kraków ma trochę racji. Futbol to nie łyżwiarstwo figurowe. Nikt tu nie nagradza za styl i artyzm. Liczy się wyłącznie efekt końcowy. A skoro ten jest wreszcie pozytywny, nie ma co marudzić i wydziwiać na okoliczności awansu, które z czasem zapomnimy (choć może męczarnie w rewanżu z Dundalk ciężko będzie wymazać z pamięci). Ale zaraz będziemy przeżywać przyjazd do Warszawy obrońcy trofeum, a na żółtych paskach będzie śmigać, że Cristiano Ronaldo zjadł śniadanie. I cieszyć, że Najlepszy Piłkarz Europy minionego sezonu przyjechał do Polski nie w celach marketingowych na SuperMecz, ale z powodów czysto sportowych.

Cristiano Ronaldo. Marca i Przegląd SportowyOczywiście nie ma co pudrować fatalnej gry z Dundalk (i ostatnich meczach Ekstraklasy). Legia chwilowo nie tworzy zespołu, o rozpacz przyprawia każda formacja oprócz bramki. Bardzo możliwe, że ze wszystkich mistrzów Polski, którzy szturmowali Ligę Mistrzów, to mistrz najsłabszy, ale za to miał niesamowitego farta. Ano miał, ale dlaczego Legia miałaby przepraszać, że los wreszcie pozwolił polskiemu klubowi trafić na loterii najsłabszego rywala z możliwych?

Wszyscy mamy w pamięci piękne, ale przegrane boje o Ligę Mistrzów kolejnych mistrzów Polski, a zwłaszcza Wisły – 3:4 z Barceloną w 2002 roku i tę wygraną 1:0 z Barcą Pepa Guardioli w 2008, czy pasjonujące dwumecze z Panathinaikosem Ateny i Apoelem Nikozja, w których zabrakło tak niewiele. Niewiele ale jednak. Nie widzę też większego sensu w pisaniu jak tamte drużyny Wisły czy Legii rozprawiłyby się z takim Dundalk i czego to by nie dokonały w Lidze Mistrzów, a ta dzisiejsza Legia to, tamto… Ani lamentowaniu jakiego miały pecha w losowaniu w porównaniu z zespołem Besnika Hasiego.

Ten ostatni dziwił się na konferencji prasowej, że po tylu latach wygnania z elity nikt na sali nie cieszy się z powrotu do niej. „Dziwią mnie te nieprzychylne reakcje. W Polsce dzieje się dużo pozytywnych rzeczy, a my rozmawiamy tylko tych złych (…) Powinniście być zadowoleni. Jeśli nie jesteście to wasz problem” – zwrócił się do dziennikarzy, ale rozumiem, że przekaz skierowany był do kibiców Legii, którzy w przerwie meczu i po jego zakończeniu wygwizdali piłkarzy.

Też ich trochę rozumiem. Sam wolałbym, żeby Legia zamiast wtoczyć się do Champions League wjechała tam na pełnej… furii, w formie jak wtedy gdy rozgromiła w dwumeczu Celtic Glasgow 6:1. Na pewno jednak każdy z właścicieli niedoszłych polskich uczestników Ligi Mistrzów, jak Bogusław Cupiał czy Mariusz Walter chciałoby dziś przeżywać dylematy Bogusława Leśnodorskiego, Macieja Wandzla i Dariusz Mioduski. Zapewne gdyby któremuś z nich spełnił się wyśniony awans, dziś nadal byliby w klubie.

Obecni właściciele muszą zaś wyciągnąć wnioski z błędów poprzedników. Jak choćby ten rozsadzeniem klubowego budżetu z powodu obsesji na punkcie Champions League. W dużej mierze to z powodu zbyt szeroko odkręconego kurka z pieniędzmi na zagranicznych piłkarzy w 2011 przez duet Stan Valckx i Robert Maaskant, co nie przełożyło się na awans do piłkarskiej elity, Cupiała nie ma już dziś w Wiśle.

Dlatego śmieszne wydają się niektóre rady co zrobić z olbrzymim zastrzykiem gotówki z UEFA za awans do Ligi Mistrzów. Np ten by Legia całą premię wpompowała w wzmocnienia, wywalczyła awans drugi raz z rzędu i dopiero te ewentualne przyszłe miliony euro przeznaczyła na rozwój, ośrodek treningowy, boiska obok stadionu i akademię młodzieżową. Tymczasem w mojej ocenie to właśnie one są podstawą sukcesu klubów europejskich z tej półki, do jakiej powinna aspirować Legia. Rozwój przede wszystkim. Taki, który pozwoli regularnie dorabiać się wartościowych wychowanków, wzmacniać nimi drużynę, a następnie wysyłać świata.

Jestem pewien, że zwłaszcza po wizycie w Ajaksie Amsterdam i jego ośrodku Toekomst to podejście nie jest właścicielom Legii obce. Wiedzą, że klub dostał zbyt cenny dar od losu, by go roztrwonić w myśl zasady „raz się żyje” czy „zastaw się a postaw się”, bo „Liga Mistrzów zobowiązuje”. Rozwój i szkolenie przede wszystkim, zwłaszcza, że za chwilę o Ligę Mistrzów znów zrobi się bardzo trudno. Nawet jeśli kosztem miało by być przyjęcie sześciu lań w tej edycji. To prawda, że rywale są wielcy i poza zasięgiem Legii. Ale jak chyba każdy liczę na lepsza grę niż w Ekstraklasie czy z Dundalk. Choćby dlatego, że w Champions League Legia w każdym meczu będzie outsiderem, na którym nie spoczywa żadna presja. Tylko taka, by pokazać charakter i wolę walki. W każdym meczu będzie się bronić i wyprowadzać kontrataki. Każdy gol i każdy punkt będzie dla mistrza Polski ogromnym sukcesem. Warto więc pamiętać, że na tym jednym występie przyszłość się nie kończy.

Przegląd Sportowy. Liga Mistrzów

Hitzfeld: najlepiej w piłkę grają w Hiszpanii

Ottmar Hitzfeld i jaZ okazji finału Ligi Mistrzów moja rozmówka z trenerem, który wygrał go dwukrotnie, z Borussią Dortmund i Bayernem Monachium. Opowiedział skąd jego zdaniem taka dominacja Hiszpanów w europejskich pucharach, o Diego Siemone, o Robercie Lewandowski i jego przyszłości w Bayernie, o tym co dał Bawarczykom Pep Guardiola

O finale w Mediolanie i hiszpańskiej dominacji

Po dwóch latach finał Ligi Mistrzów znów jest wewnętrzną sprawą klubów z Madrytu. Dominacja hiszpańskich drużyn w europejskich pucharach jest dojmująca. To przecież także Sewilla w Lidze Europy, którą w Hiszpanii w przeciwieństwie do innych nacji traktuje się bardzo poważnie. Jeśli hiszpańskie kluby w ogóle odpadają, to eliminując same siebie. Jeden Liverpool, który pokonał Villarreal był odstępstwem od reguły.

To efekt grania od 10 lat kombinacyjnego futbolu, przez kluby oraz reprezentację Hiszpanii. To tam powstają nowe trendy w piłce nożnej i rodzi się nowa filozofia. Nie tylko dotycząca ofensywnego futbolu jak tiki-taka Pepa Guardioli w Barcelonie, ale przecież i defensywny, ale przerażająco skuteczny styl Diego Simeone.

W Hiszpanii świetnie szkolą młodzież. Wyrosła tam też zresztą cała generacja dobrych trenerów. Dzięki temu piłkarze grający w lidze hiszpańskiej są najlepiej wyszkoleni technicznie w całej Europie, w każdym aspekcie. Mają najlepszą jakość podań, najwyższe posiadanie piłki, najlepiej wykonują stałe fragmenty, najlepiej atakują z kontrataku. Dlatego to w Hiszpanii gra się dziś najlepiej w piłkę. Trenerzy drużyn La Liga potrafią to wykorzystać. Jeśli do tego są świetnymi psychologami i motywatorami, potrafią stworzyć mistrzowską mieszankę. Tak jest w przypadku Zinedine Zidane’a i Simeone. Nie przewiduję rychłego przełamania tej dominacji.

Diego Simeone vs Zinedine ZidaneO Diego Simeone

Choć nie odpowiada mi styl jego drużyny, trzeba oddać mu szacunek za umiejętne zdławienie tiki-taki, najpierw tej Barcelony w ćwierćfinale, a potem Guardioli w półfinale z Bayernem. Jego nie interesuje posiadanie piłki, ale wybicie przeciwnikowi futbolu z głowy, odebranie piłki i szybka kontra. Jego Atletico Madryt robi to niezwykle skutecznie. Simeone dowodzi grupą piłkarzy niezwykle zdyscyplinowanych, zmotywowanych i konsekwentnie realizujących taktykę. Nie zdziwi mnie ich triumf w finale w Medolanie, choć uważam, że ten mecz nie ma faworyta. Real ma wszystko, żeby rozstrzygnąć go na swoją korzyść.

O Robercie Lewandowskim

To obecnie najlepsza „dziewiątka” na świecie. Nie mam co do tego wątpliwości, bacznie przyglądałem mu się w obu moich byłych klubach. Już w Borussii Dortmund widać było jego olbrzymi potencjał, został przecież jej najskuteczniejszym napastnikiem w Bundeslidze. Znakomicie rozwinął się w Bayernie pod ręką Pepa Guardioli. Ma wszystko co powinien mieć środkowy napastnik: technikę, umiejętność strzału lewą i prawą nogą, gry głową, wypracowania sobie pozycji do strzału. Ma nadzwyczajną inteligencję boiskową, to się po prostu widzi. Mogę na jednym oddechu wymienić go w gronie najlepszych obecnie piłkarzy świata jak Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar, Luis Suarez czy Zlatan Ibrahimović. Byłby wzmocnieniem każdego klubu świata.

Nie mogę mu doradzać co powinien robić ze swoją karierą, czy zmieniać ligę i na jaką. Ale jestem pewien, że będzie z tych zawodników, którzy bardzo zyskają na przyjściu do Bayernu Carlo Ancelottiego. Widać, że dobrze czuje się w Monachium, świetnie zna kolegów, wie gdzie pobiegną, gdzie może dostać piłkę. Może nie warto ryzykować zmiany, skoro już jest się w jednym z najlepszych klubów świata, z którym spokojnie może zagrać w finale Ligi Mistrzów za rok i powalczyć o Złotą Piłkę.

Bayern Munich vs VfL Wolfsburg O Bayernie Guardioli

Oburzają mnie głosy, że Guardiola poniósł w Bayernie porażkę, bo nie odniósł sukcesu w Lidze Mistrzów. Że z tak silną kadrą nawet jego teściowa zdobyłaby te trzy mistrzostwa Niemiec, mogą mówić tylko ci, którzy nie rozumieją futbolu. Sprowadzenie Guardioli było świetnym ruchem ze strony władz Bayernu, wyniósł zespół na wyższy poziom, skorzystała na tym cała Bundesliga. Hiszpan sprawił, że Bawarczycy po zdobyciu potrójnej korony z Juppem Heynckesem uniknęli kryzysu, normalnego w przypadkach drużyn, które zdobyły wszystko co było do zdobycia. Zwykle piłkarze po tak świetnym sezonie odpuszczają, zatracają głód wygrywania, czują się nasyceni. Przybycie tak wielkiego trenera jak Guardiola sprawiło, że z radością i zaciekawieniem poddali się jego filozofii. To z kolei wyzwoliło w nich dodatkową energię do pracy i apetyt na wygrywanie. Efektem były trzy mistrzostwa i trzy półfinały Champions League z rzędu. Naprawdę nie wielu trenerów mogłoby się poszczycić takim osiągnięciem w tak konkurencyjnych warunkach.

Hiszpan zostawia Bayern, który nigdy nie wymieniał tak świetnie tak wielu podań i nie grał na takiej szybkości. Każdy zawodnik rozwinął się z jego pomocą, niektórzy odnaleźli w sobie nowe umiejętności, inni znaleźli nawet lepiej do nich pasującą pozycję. Myślę, że w Niemczech dopiero za parę miesięcy pojmą jak świetnego trenera straciła Bundesliga. Póki co nie jest traktowany fair i należycie doceniany. Może z racji tego, że od dawna było wiadomo do jakiego klubu odchodzi. Nie zgadzam się jednak z zarzutami, że nie identyfikował się należycie z Bayernem. Dawno nie widziałem trenera, który tak bardzo żyłby za linią boczną każdym meczem drużyny. Jestem przekonany, że kiedy tu był, oddawał klubowi całego siebie.

Pep Guardiolla

Man City – Real Madryt czyli kierunek: la Undécima

Real Madryt: CristianoReal Madryt nie ma wyjścia i chce czy nie chce, musi rzucić wszystkie siły w walkę o awans do finału Ligi Mistrzów. Choć wykorzystując chwilową słabość Barcelony dopadł ją w tabeli La Liga (wraz z Atletico Madryt) i mógłby teraz skupić się na nieoczekiwanej szansie na mistrzostwo Hiszpanii, ale będąc klubem „królewskim” po prostu nie może oprzeć się dążeniu do „Undecimy”, czyli jedenastego Pucharu Europy.

Po pierwsze półfinałowym rywalem „los Blancos” jest Manchester City, klub o potencjale finansowym zbliżonym do Realu, z paroma piłkarzami, którzy spokojnie mogli by się znaleźć w jego kadrze jak Sergio Agüero, David Silva czy Kevin de Bruyne, o swoim byłem trenerze, Manuelu Pellegrinim na ławce nie wspominając. Ale to jednocześnie nuworysz na piłkarskich salonach, który w półfinale Ligi Mistrzów znalazł się po raz pierwszy w historii. O ile odpaść w półfinale z Bayernem czy Atletico byłoby oczywiście przykre, o tyle odpaść z City po prostu nie wypada. Zwłaszcza w tak kiepskim sezonie dla „the Citizens”, którzy dawno przestali się liczyć w walce o mistrzostwo Anglii i nawet nie jest pewne czy zagrają w następnej edycji Champions League. W ogóle dożyliśmy czasów, że hiszpańskiej drużynie wstyd odpaść w europejskich pucharach z inną drużyną niż hiszpańska, a już zwłaszcza z angielską.

Poza tym już sam finał Ligi Mistrzów ostatecznie przypięczętowałby udany debiutancki sezon Zinédine Zidane i przesądził o jego losach w przyszłym sezonie. Wielu kwestionowało trenerskie talenty byłej wielkiej gwiazdy światowego futbolu. Zarówno w styczniu gdy przejmował drużynę z rąk Rafy Beniteza jak i po porażce z Wolfsburgiem, gdy zaszła konieczność remontady w rewanżu.

100 dni po debiucie można przesądzić, że jest dużo lepiej niż za Rafy, zarówno pod względem atmosfery w szatni jak i wyników. Zizou noyuje identyczny start w lidze co José Mourinho czy… Guardiola w Barcelonie. A doczekać się „własnego Guardioli” byłoby dla Realu tak samo ważne jak wygranie Ligi Mistrzów.

Gareth Bale