Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

Efekt Neymara, czyli kiedy zastrajkuje Rymaniak

DembeleWidmo krąży po Europie. Widmo strajków piłkarzy. Próbujących wymóc na klubach zgodę na transfer tam, gdzie lepiej zarobią, albo – o ile im wierzyć – spełnią sportowe marzenia. Strajkuje 20-letnia nadzieja futbolu, Ousmane Dembele, bo chce, żeby Borussia Dortmund puściła go do Barcelony. Z twego samego powodu pogotowie strajkowe ogłosił Brazylijczyk Philippe Coutinho z Liverpoolu. Strajkuje Geoffrey Kondogbia, który chce wymusić zgodę Interu Mediolan na transfer do Valencii. W gotowości są Virgil van Dijk, Ross Barkley i Danny Drinkwater. Diego Costa nie chce wrócić z Brazylii do rezerw Chelsea, czeka na zgodę na odejście do Atletico Madryt.

Przewiduję, że to nie ostatnie takie konfrontacje na linii zawodnik – obecny klub w tym sezonie. Wszystkiemu winien efekt motyla, który wywołał transfer Neymara do PSG. Wg popkulturowej interpretacji teorii chaosu deterministycznego Edwarda Lorenza trzepot skrzydeł motyla na Filipinach może po paru dniach doprowadzić do huraganu na Florydzie. Transfer Neymara za 222 mln euro był trzepotem motyla wielkości przeciwników Godzilli i może doprowadzić do tego, że… za jakiś czas zastrajkuje Bartosz Rymaniak, bo Korona Kielce nie będzie chciała dać mu odejść z Ekstraklasy (panie Bartku, gratulacje za postawę w tym sezonie!). Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Trudno mieć pretensje do Barcelony, że chce ściągnąć do siebie Dembele i Coutinho, nie za darmo przecież, ale też stara się żeby sumy nie były przesadnie absurdalne. Siłą – reaktywując klauzulę – odebrano jej gwiazdora, więc stara się go godnie zastąpić. Kluby z kolei wiedzą, że Barca jest na musiku i to wykorzystują. Wiedzą jak dużo kosztował PSG Neymar więc same windują cenę pod niebiosa. Choć Barca oferuje po 100 mln, chcą jeszcze sporego ogonka. Najlepiej między 20 a 30 mln.

I do nich trudno mieć o to pretensje. Zwłaszcza, że wszystko dzieje się w ostatniej chwili, gdy sezon już się zaczął (Liverpool) lub właśnie zaczyna (Borussia). Koncepcje na ustawienie, taktykę, rotację trenerzy Peter Bosz i Juergen Klopp muszą wyrzucić do kosza i na gwałt szukać następców dla kluczowych piłkarzy. Nie będzie to łatwe bez względu na ostateczną wysokość odstępnego jaką wycisną z Barcelony.

Raz że ciężko w trakcie sezonu bezkolizyjnie wpasować do drużyny nową, kluczową postać. Poza tym nawet jeśli obaj szkoleniowcy mają już w notesach te wymarzone nazwiska, trudno je będzie wyciągnąć z obecnych klubów. Dokładnie z tych samych powodów, dla których Barcy jest trudno wyciągnąć Dembele i Coutinho. Bo sezon już trwa, bo wiedzą jak wielką kasę zgarnęły oba kluby, bo same będą miały problem ze znalezieniem następców…

Niewykluczone więc, że do strajków będą się uciekać kolejni zawodnicy, marzący o grze w Borussii lub Liverpoolu. Ten ostatni już od dłuższego czasu ma analogiczny problem ze sprowadzeniem van Dijka. I tak dalej, i tak dalej, niczym w efekcie domina, aż… dojdziemy do Rymaniaka. Korona też nie będzie się palić żeby go oddać… (panie Bartku, gratulacje raz jeszcze i kolejnych „jedenastek kolejki”!).

Efekt Neymara” może doprowadzić także do skrócenia okna transferowego w europejskich ligach. Już głośno mówią o tym kluby Premier League, rozsierdzone że ich kadry przechodzą rewolucje już po rozpoczęciu sezonu. Dziś jak wiadomo okno zatrzaskuje się o północy z 31 sierpnia na 1 września. Kluby wolą, żeby transfery zamierały w dniu rozpoczęcia rozgrywek.

Zamknięcie okna przed startem sezonu to banalna decyzja, która sprzyja każdemu. Nie byłoby nonsensu z deadline-day, nie byłoby zmartwień o przyszłość piłkarzy, nieustannego przesiadywania na telefonie, strachu, że coś się nagle rozleci, albo że trzeba będzie kupować w panice” – argumentuje na łamach „The Telegraph” Jason Burt.

Problem polega na tym, że o ile angielskie kluby mogą umówić się na zaniechanie transakcji po tej dacie, to ich zawodników nadal będą mogły przecież kupować te drużyny z Europy, gdzie okno będzie trwało na dotychczasowych zasadach. Np nie powstrzymałoby to Barcelony przed wydarciem z Liverpoolu Coutinho. Ciężko zaś byłoby tak się dostroić, żeby cały Kontynent zaczynał sezon w tym samym terminie.

Ciekaw jestem czy znajdzie się pierwszy klub, który nie ulegnie szantażowi gwiazdy i kosztem osłabienia kadry, ześle ją do rezerw, na długie tygodnie lub miesiące? Dotąd kluby raczej pozwalały piłkarzowi postawić na swoim, w myśl zasady że „z niewolnika nie ma pracownika”.

Borussia wygląda na mocno zdeterminowaną. Na razie zawiesiła odmawiającego treningów Dembele na czas nieograniczony. Jeśli zarząd Barcelony nie ulegnie i nie zaproponuje za Francuza tyle, ile chce BVB, jak długo ta ostatnia będzie w stanie trzymać piłkarza w zawieszeniu? Zwłaszcza, że im gorzej zacznie sezon (a ma sporo kontuzjowanych, w tym kluczowych graczy jak Marco Reus czy Andre Schurrle) tym presja będzie większa.

Ale – jak słusznie zauważył w dyskusji na Twitterze Tomasz Urban, jeśli BVB ulegnie i dla świętego spokoju sprzeda Dembele na warunkach Barcy, to czy za chwilę Aubameyangowi przyjdzie do głowy, że strajk to słuszna droga?

 

Nie widać końca transferowego szaleństwa

Neymar i PiqueTrwa najbardziej wariackie okro transferowe w historii futbolu. Właściciele klubów przypominają owładniętego manią gracza w kasynie, pchającego na środek stołu górę żetonów, zza której ledwo go widać. Ledwo rozpętała się afera z aktywacją przez PSG klauzuli wykupu Neymara z Barcelony w wysokości 222 mln euro, a już musimy otrząsać się po informacji, że Real Madryt zgadza się zapłacić 180 mln za Kyliana Mbappe.

Swoją drogą jeśli „królewscy” gotowi są tyle wyłożyć na 18-latka mającego za sobą świetny sezon, ale dopiero pierwszy w zawodowym futbolu, to ile powinien kosztować kapitan reprezentacji Brazylii, triumfator Ligi Mistrzów i już sprawdzona marketingowa maszyna do zarabiania pieniędzy?

Zaczadzone szalonymi kwotami media zamiast analizować sens wydawania takich 180 mln na nastolatka, który jeszcze w styczniu wg Transfermarkt.de był wart 10 mln, licytują się przeliczaniem co można by za to kupić. Hiszpańska „Marca” informuje, że Mbappe jest wart tle, co dwa obrazy Muncha „Krzyk”, 1800 nocy w najdroższym hotelu świata i lot na księżyc. Wg „L’Equipe” starczyłoby na 704 000 konsol PlayStation, 110 000 iMaców czy pięć modeli Ferrari 250 GTO, a szacowny „The Times”, że na 64 modele Bugatti Chiron, dwa startujące pionowo jednosilnikowe myśliwce wielozadaniowe piątej generacji F-35B, 1112-letnią miesięczną pensję premier Theresy May i 100 mln kopii „Timesa”. Fascynujące.

Szaleństwo potęguje chaos informacyjny, plotki i spekulacje mieszają się z prawdziwymi wiadomościami, te z ewidentnymi fake-newsami. Poraża bierność klubów. Barcelona milczy, nie wydaje oświadczenia np. ustami swego prezydenta, że „Neymar nigdzie nie odejdzie, kocha klub, a my potrafimy przekonać go do pozostania” albo „niestety PSG aktywowało klauzulę, nic nie możemy zrobić, ale jesteśmy gotowi ściągnąć za te pieniądze godnych zastępców”.

Zamiast tego kibice żyją przez kilka dni tweetem Gerarda Pique, który publikuje swoje zdjęcie Neymara z zapewnieniem, że ten „Zostaje!” Obrońca Barcy od jakiegoś czasu zachowuje się jak nieformalny prezes klubu. Osobiście namówił na współpracę potężnego japońskiego sponsora, który wyparł z koszulek Blaugrany Qatar Airways. Skoro załatwia takie rzeczy, to może i ma decydujący głos w sprawie Neymara – mają prawo myśleć fani.

A jeszcze ostatnio, rozczarowany mediami Pique, zapowiedział stworzenie alternatywnego kanału komunikacyjnego, który pozwoli na bezpośredni kontakt między piłkarzami a fanami. – A nuż dokonał pierwszego aktu komunikacji po nowemu? – łamali sobie głowę ci ostatni.

W każdym razie to koniec sagi? Nic z tych rzeczy. Po dwóch dniach: buum! Pique usprawiedliwia się, że tylko wyraził własną opinię. Po prostu sam bardzo by chciał, żeby Brazylijczyk został w klubie, dlatego dał takie zdjęcie. Ale nic nie jest przesądzone. Głos musi zabrać sam Neymar.

Ciekawe jak przy takiej huśtawce nastrojów zachowywałyby się akcje Barcy na giełdzie, gdyby klub był tam notowany? Szły by w górę dzięki perspektywie zarobku 222 mln euro, czy leciały w dół z powodu utraty gwiazdy?

Jeśli PSG ostatecznie skusi Neymara „możliwością bycia liderem” oraz 150 mln euro za pięć lat kontraktu, nie licząc 100 mln euro dla taty oraz trudnych do wyceny udziały w sieci hoteli należących do właściciela paryskiego klubu, Nassera Al-Khelaifiego, zacznie się inne szaleństwo. A mianowicie próba sił między PSG i UEFA, której reguły Finansowego Fair Play Katarczycy muszą bezczelnie obejść, żeby sfinalizować transfer.

Wiadomo z grubsza jak to zrobią: firma Qatar Sports Investments, której szefem, tak się szczęśliwie składa, jest tenże sam Al-Khelaifi, podpisze z Brazylijczykiem umowę na promowanie mundialu w 2022 roku. Wartą – co za przypadek – 222 mln euro. Zawodnik wykupi za tę sumę swój kontrakt w Barcelonie i będzie mógł zupełnie rozpocząć karierę w Paryżu. PSG pozyska tym samym zawodnika zupełnie za darmo.

Pytanie czy UEFA pozwoli się tak ograć. Czy przymknie oko, nie chcąc wchodzić w konflikt z najprężniej inwestująca w futbol nacją świata? Czy też pójdzie na zwarcie, broniąc własnej zasady, że klubom nie wolno wydawać więcej niż wynoszą ich przychody? Bo jeśli ugnie się raz, wszystkie te zasady będzie można wyrzucić do kosza.

Jeśli nawet transfery Neymara i Mbappe nie dojdą do skutku, tylko trochę zmniejszy to szaleństwo transferowego okna. Napompowane fortuną z praw telewizyjnych na potęgę szastają kluby Premier League. Stoke wydaje na transfery więcej niż regularny półfinalista Ligi Mistrzów Atletico Madryt, a Manchester City aż za trzech zawodników zapłacił ponad 50 mln euro (Benjamin Mendy, Kyle Walker i Bernardo Silva). Na fali tej koniunktury Manchester United płaci za Romelu Lukaku 85 mln, Chelsea za Alvaro Moratę – 65 mln, obaj jeszcze niedawno kosztowaliby pewnie góra 30 mln.

Jak głos na puszczy brzmią deklaracje prezesa Bayernu Monachium, Uli Hoenessa który cenę jaką PSG chce zapłacić za Neymara nazwał oznakę słabości i oznajmił, że jego klub nie da wciągnąć w transferową spiralę. Nie będzie kupować piłkarzy za 150-200 mln euro, nie wyda też 80-100 mln na takie gwiazdy jak Marco Verratti czy Alexis Sanchez, których pensje muszą później oscylować w granicach 25 mln euro. Woli już przebudowywać zespół stawiając na młodych.

Że z takimi nabytkami jak Sebastian Rudy, Niklas Suele, Serge Gnabry czy Corentin Tolisso ciężko będzie odnieść sukces w europejskich pucharach? Hoeness nie ma złudzeń i przyznaje, że Bayern nie będzie stawiał sobie za cel wygrania Ligi Mistrzów, dopóki transferowe szaleństwo nie ustąpi. Trudno, trzeba przeczekać.

Kylian Mbappe i 180 milionów euro

Nie widać kresu hegemonii Realu

Zinedine Zidane w CardiffZidane – genialny piłkarz, geniuszem trenerskim. Jego Real za rok będzie faworytem do obrony tytułu

Niesamowity był widok z jakim spokojem Zinedine Zidane przygląda się fecie swoich piłkarzy wygranej z Juventusem. Nie żeby się dystansował jak Jose Mourinho podczas dekoracji FC Porto w 2004. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale wyglądał jakby właśnie wyszedł z rodziną z kościoła ze ślubu córki przyjaciół. Żadnego szaleństwa w stylu Antonio Conte czy Juergena Kloppa. Żadnego biegania wzdłuż linii, orania kolanami murawy.

A przecież dokonał czegoś niewyobrażalnego we współczesnym futbolu o tak wyrównanym poziomie! Obronił z Realem trofeum jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów! I pierwsza od czasów legendarnego Milanu Arrigo Sacchiego. Dołączył tym samym w trenerskim Panteonie do słynnego Włocha, Boba Paisley’a czy Briana Clougha. On, szkoleniowiec-żółtodziób z zaledwie 18-miesięcznym stażem na ławce i zaledwie 20. meczami w Lidze Mistrzów na koncie, zrobił to czego nie były w stanie uważane za najlepsze drużyny w dziejach jak Milan Fabio Capello i Carlo Ancelottiego, Manchester United Aleksa Fergusona czy Barcelona Pepa Guardioli.

Bo zapewne ten triumf nie byłby możliwy z kimś innym! Genialny piłkarz okazał się równie genialnym szkoleniowcem. Holender Clarence Seedorf, zwycięzca Champions League z trzema różnymi klubami, powiedział mi w piątek w Cardiff, by nie traktować Zidane’a jak trenera bez doświadczenia. Bo Francuz jest sumą współpracy z wszystkimi fantastycznymi szkoleniowcami, jakich spotkał na swojej drodze, a pracował z najlepszymi. Wysłuchał setek odpraw, odbył setki treningów, a poza tym umie postawić się w położeniu każdego nawet największego zawodnika i wyciągać wnioski.

Gitary w pokrowcach

Doskonale wiedział wykorzystać swój wielki autorytet, co wcale nie jest automatyczne dane każdej byłej gwieździe. Były selekcjoner Francji, Raymond Domenech opowiadał kiedyś z zazdrością o metodzie Lauranta Blanca na zdobycie szatni, który miał na wejściu przypominać zawodnikom, że jest mistrzem świata. Zidane nie musiał się nawet przedstawiać. Kto inny byłby w stanie namówić Cristiano Ronaldo, żeby się oszczędzał, odpoczął w aż 14. meczach w sezonie, co pozwoliło mu wreszcie zachować siły na końcówkę? Portugalczyk, który nie błyszczał w obu poprzednich zwycięskich finałach Ligi Mistrzów (dopiero w karnych), w Cardiff okazał się kluczowy, a jego oba gole przesądzające. Przeszedł do historii jako pierwszy zdobywca goli w trzech różnych finałach Champions League i zasłużenie został wybrany Zawodnikiem Meczu. To był zdecydowanie jego sezon. Zamknął usta krytykom, którzy obrażali go tezą, że znika w meczach z silnymi rywalami. Tylko w ćwierćfinale z Bayernem Monachium zdobył pięć bramek. W półfinale z Atletico Madryt popisał się hat-trickiem w drugim meczu z rzędu. Po dwóch golach w Cardiff rzucił krytykom, że mogą „schować gitary do pokrowców”. Ale odbierającą kolejną Złotą Piłkę podczas styczniowej gali powinien poświęcić kilka ciepłych słów trenerowi, bo to forma to w dużej mierze zasługa Francuza.

ZInedine Zidane w CardiffKto powstrzyma ten Real?

Zidane wstępuje na Panteon jako trener, który w 18-miesięcy wygrywa nie tylko dwukrotnie z rzędu Ligę Mistrzów, ale również odzyskuje pierwsze mistrzostwo Hiszpanii od 2012 roku, nie licząc drobiazgu jak Klubowe Mistrzostwo Świata. Patrząc na jego styl pracy ciężko nie dostrzec podobieństw do jego byłego trenera w galaktycznych czasach Realu, Vicente del Bosque. Tamten także objął klub będąc jego byłym piłkarzem i doskonale poruszając się w jego skomplikowanych układach. Raczej dopieszczał, motywował pozytywnie, rozwiązywał problemy piłkarzy i przede wszystkim nie przeszkadzał swoim „galaktycznym” zawodnikom. Nie mieszał taktycznie, nie stawiał wszystkiego na głowie, byle tylko odcisnąć na zespole własne piętno. Ufał tak jak ufa swoim piłkarzom Zidane. I jak Francuz sprawiał, że wszyscy czuli się szczęśliwi.

Oczywiście Francuzowi pomogła także najdłuższa i najbardziej wyrównana ławka rezerwowych w Europie (w jakim klubie wśród zmienników w finale znaleźliby się tacy gracze jak Gareth Bale czy Alvaro Morata!). Dzięki której mógł rotować, pozwalając wypoczywać najlepszym i wprowadzając do drużyny młode gwiazdy jak Isco, Asensjo czy Lucas.

W finale w Cardiff Real bezwzględnie rozprawił się z niepokonanym tej edycji Ligi Mistrzów Juventusem. Strzelił „Starej Damie” więcej goli niż ta straciła dotąd w całych rozgrywkach. Jest dziś drużyną kompletną, a przecież najprawdopodobniej jeszcze się wzmocni np. w bramce, choć Keylorowi Navasowi można było w finale zarzucić co najwyżej brak kilku centymetrów. Patrząc na tę dominację, trzeba przyznać, że i za rok będzie faworytem do obrony trofeum.

Tworzenie historii to dla „królewskich” codzienność. Kto im rzuci wyzwanie? Barcelona z nowym trenerem, która musi dokonać rewolucji w składzie? Bayern, który też czeka kadrowa rewolucja? Atletico, które w pucharach nie umie wymyślić na real patentu? Któraś z drużyn angielskich, które z trudem przebijają się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, bo Premier League wypruwa z nich wszelkie siły? Ciężko dziś dojrzeć kres hegemonii Realu Madryt.

Real Madryt znów wygrał finał Champions League

Real obroni trofeum w LM? A dlaczego nie Barcelona?

Zidane i Buffon

Tak czy siak w sobotę w Cardiff dojdzie do zdarzeń historycznych. Jeśli w finale Ligi Mistrzów wygra Juventus Turyn, spełni się jedna z najpiękniejszych karier w futbolu: 39-letni Gianluigi Buffon skompletuje ostatnie brakujące trofeum. Oprócz radość kibiców na całym świecie – ciężko Włocha nie lubić i nie szanować za jego postawę i pasję mimo upływających lat – już chyba bez wahania będziemy mogli nazywać go najlepszym bramkarzem w historii piłki nożnej. Moim zdaniem i dziś może o to miano rywalizować tylko z Ikerem Casillasem (szkoda, że nie znów bezpośredniej rywalizacji na boisku). „Starość” Hiszpana wygląda mizerniej – z klubu, którego był ikoną został wygnany na piłkarską prowincję. Dzięki Buffonowi Juventus znów jest w finale Ligi Mistrzów, stracił w całej edycji tylko trzy gole, Gigi był też kluczowy w zdobyciu wszystkich ostatnich sześciu mistrzów Italii z rzędu.

Wyobrażam sobie, że tylko kibice Realu Madryt mogą nie trzymać za niego kciuków w sobotę. Nawet sam Casillas zaplątał się w deklaracjach, mówiąc że oczywiście będzie trzymał w finale kciuki za „mój Real”, ale serce podpowiada mu, że Buffon zasłużył sobie na triumf w Lidze Mistrzów postawą przez całą karierę. Zwłaszcza, że jako bramkarz, mimo tak wybitnego roku nie ma żadnych szans na Złotą Piłkę.

Jeśli Juventus wygra w Cardiff, Buffon w wieku 39 lat i 126 dni stanie się najstarszym zwycięzcą Champions League w historii. Póki co rekord należy do jego rodaka, Paolo Maldiniego – 38 lat i 331 dni.

Jeśli wygra Real, będzie to wydarzenie prawdziwie historyczne, wspominane przez lata i na wieki wpisane do wszystkich annałów. Stanie się bowiem pierwszym obrońcą trofeum w Lidze Mistrzów. Od stworzenia rozgrywek w 1992 roku nie udało się to nikomu. Jako ostatni obronił Puchar Europy w 1990 legendarny AC Milan z Rijkaardem, Gullitem i van Bastenem. Realowi też kiedyś udała się ta sztuka, ale hen w 1958.

Ostatnim zespołem, który stanął przed szansą obrony trofeum był w 2009 roku Manchester United, rozwalcowany w finale w Rzymie przez Barcelonę. I jeśli przez te 25 lat Champions League była drużyna, w której przed sezonem widziałem zdecydowanego faworyta do przełamania tabu i dokonania „niedokonywalnego” to właśnie tamtą Barcę Pepa Guardioli, Messiego, Xaviegom, Iniesty, tiki-taki i wychowanków La Masii. Wydawało się, że drużyna zdobywająca w tamtym roku wszystko co w futbolu było do zdobycia, osiągnęła poziom kosmiczny, z którego nieprędko da się ściągnąć na ziemię. A jednak już w kolejnym sezonie musiała uznać wyższość taktyki, sprytu i talentów motywacyjnych Jose Mourinho. Gdyby nie półfinałowa porażka z Interem Mediolan być może Barca miałaby w gablocie trzy puchary Ligi Mistrzów z rzędu, bo jak pamiętamy w 2011 znów pokonała w finale MU.

Tamten okres to zdecydowanie była jej era i jej hegemonia w europejskim futbolu, a jednak nie zdołała tego przypieczętować ostatecznym triumfem.

Teraz przed szansą staje Real Madryt, mimo iż wcale nie zdominował gry w takim stopniu jak Barca. A mimo to może nie tylko przejść do historii, ale zdominować zarówno krajowe jak i międzynarodowe rozgrywki na lata.

Fascynujące jak bardzo zmieniły się oba zespoły od tamtego czasu, jak wiele błędów popełniono w Barcelonie, jak bardzo nauczył się wyciągać wnioski z własnych błędów Real, co właśnie skończyło się porażką Katalończyków w walce o mistrzostwo Hiszpanii.

W Barcy, trawionej konfliktem o przywództwo i rozliczeniami z poprzednim kierownictwem nie znaleziono godnych partnerów dla Messiego, następców Xaviego, Puyola czy Iniesty. Wychowankowie okazywali się zbyt słabi, a transfery niewystarczająco jakościowe. A przynajmniej nie tak bardzo, jak kolejni partnerzy Cristiano Ronaldo w Realu.

Symbolami transferowymi „Królewskich” z ostatnich lat będzie dla mnie Gareth Bale, Isco czy Marco Asensio, Barcy – Andre Gomez, Denis Suarez czy nawet Ivan Rakitić, z którymi Barca z galaktycznej stała się po prostu silną drużyną, która może coś wygrać, ale nie musi.

Fascynujące i to, że do historycznego sukcesu może powieść Real trener, może nie żółtodziób, ale będący zdecydowanie na początku kariery. Odpowiednik wczesnego Guardioli, nie tylko świetnie znający klub, ale posiadający ten sam autorytet wśród największych gwiazd futbolu, jaki Pep miał u wychowanków La Masii. Pozwalający mu np. namówić Ronaldo na odpoczynek, co okazało się kluczowe dla świetnej formy Portugalczyka w końcówce sezonu. I rotujący składem dzięki ławce pełnej wartościowych następców, gdzie w Barcy ciężko wskazać choć jedno takie nazwisko.

Zaprezentowany właśnie przez Barcę nowy trener Ernesto Valverde jest dziś w sytuacji kolejnych trenerów Realu w czasach dominacji Blaugrany. Przed nim gigantyczne zadanie przebudowania i wzmocnienia drużyny. Oczywiście Barca może stać się mocniejsza. Ale patrząc na plany transferowe Realu, przed Katalończykami raczej pogoń niż ucieczka. Momentum kiedy odjeżdżała arcyrywalowi i reszcie Europy zostało zaprzepaszczone.

 Finał Ligi Mistrzów w Cardiff

 

Liga Mistrzów. Taki Real z takim Ronaldo może obronić trofeum!

Cristiano Ronaldo po hat-tricku vs Atletico MadrytCzwarty raz z rzędu jesteśmy świadkami derbów Madrytu w Lidze Mistrzów i po pierwszej odsłonie wygląda na to, że zostanie podtrzymany trend z poprzednich. Czyli znów górą będzie Real. Czy o sukcesie decyduje jeden mecz, jak w finałach w 2014 i 2016 roku, czy dwumecz jak w ćwierćfinale w 2015, czy trenerem jest Carlo Ancelotti czy Zinedine Zidane, „Królewscy” za każdym razem potrafią przechytrzyć lokalnego rywala.

Nigdy jednak tak nie zdominowali Atletico jak we wtorkowym spotkaniu. Praktycznie poza jednym, góra dwoma groźnymi strzałami na bramkę Keylora Navasa nie pozwolili rywalom na nic. Inny wynik niż wygrana gospodarzy ani przez chwilę nie wisiał w powietrzu, kwestią były tylko jej rozmiary. Real jak zwykle groźny w ofensywie tym razem dołożył to, za co przez lata chwaliliśmy kolejne drużyny Diego Simeone – wybijanie rywalom futbolu z głowy, niwelowanie wszystkich ich atutów, skazywanie na bezradne walenie głową w mur. „Królewscy” od początku kontrolowali mecz i spokojnie czekali na okazję do zadania najpierw pierwszego, a później kolejnego, wreszcie decydującego ciosu.

Wszystkie zadał niesamowity Cristiano Ronaldo. Gdzie te czasy, kiedy wypominano mu, że nie błyszczy w decydujących meczach? Po pięciu golach wbitych w dwumeczu Bayernowi Monachium, ma na koncie kolejne trzy. I kolejnego hat-tricka w kolejnym meczu, czego nie dokonał nikt wcześniej. A w całej Lidze Mistrzów już 104 bramek. Jako pierwszy zdobył też 50 goli w rundzie pucharowej Champions League.

Wielkie brawa za ten mecz także dla Zidane’a. Choć jego Real w każdym z ośmiu ostatnich meczów tracił gola, zdołał zachować czyste konto i tylko jakaś niewyobrażalna katastrofa w rewanżu mogłaby pozbawić go gry w drugim finale Ligi Mistrzów z rzędu. A tam w takiej formie jak we wtorkowy wieczór i z Cristiano Ronaldo w takiej formie strzeleckiej będzie miał wielkie szanse, żeby dokonać tego, czego jeszcze nie dokonał nikt w historii Champions League – obrony trofeum! I to bez względu na to, czy za rywala będzie miał Juventus Turyn czy AS Monaco.

Zinedine Zidane

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Chimera i Jacek Magiera

Jacek MagieraObserwujący triumf Legii ze Sportingiem z trybun na Łazienkowskiej były trener mistrzów Polski, Stanisław Czerczesow został entuzjastycznie powitany przez kibiców i wyściskany zarówno przez właścicieli klubu jak i byłych zawodników. Gdyby w środę wieczór na stadionie znalazł się Besnik Hasi, należałoby mu się dokładnie tak samo ciepłe przyjęcie. Bez jego krótkiej obecności w Legii nie było by tego spektakularnego sukcesu, jakim jest awans do Ligi Europy z tak silnej grupy.

Nie było by 18 mln euro od UEFA (spora część za wygrane eliminacje), nie byłoby tak kluczowych dla tego sukcesu piłkarzy jak Vadis Odjidja-Ofoe czy Thibault Moulin (choć to, że są w tak dobrej formie to już zasługa Jacka Magiery). Przede wszystkim jednak gdyby nie kompromitująca porażka 0:6 z Borussią Dortmund, styl gry drużyny Hasiego oraz jej wpadki w Ekstraklasie, nie było by samego Magiery, największego wygranego kampanii Legii w Champions League.

Właściciele Legii wcale nie ukrywają, że w żadnych innych okolicznościach Magiera nie dostałby tej roboty. Owszem, szykowano go, żeby kiedyś przejąć drużynę. Ale na pewno nie teraz – z tak nikłym trenerskim doświadczeniem, w stulecie klubu i perspektywie gry w Lidze Mistrzów po 20 latach. Mógł przyjść tylko jako „ratownik” i z tej roli wywiązał się chyba jako najlepszy ratownik w historii.

Ktoś w uniesieniu napisał na Twitterze tuż po meczu, że oto poznaliśmy następcę Adama Nawałki na fotelu selekcjonera reprezentacji – oby dla Legii jak najpóźniej, w okolicach 2020 roku. Lepiej zachować umiar, bo murowanym kandydatem na selekcjonera mianowaliśmy już Henryka Kasperczaka, Dariusza Wdowczyka czy Macieja Skorżę. Ale trudno się dziwić zachwytom, bo skala zmian jakie wprowadził Magiera i ich efekt zarówno w Lidze Mistrzów jak i Ekstraklasie są niewiarygodne.

Dzisiejsze zachwyty potęguje chaos jaki zostawił mu w szatni poprzednik i szybkość jak nieopierzony trenersko Magiera z nim sobie poradził. Natychmiastowy powrót dyscypliny, zaangażowania, determinacji i koncentracji w grze legionistów. Za które drużynę chwalono nawet mimo wysokich porażek w Madrycie czy Dortmundzie. Równie szybki powrót świetnej atmosfery, jakiej szatnia na Łazienkowskiej nie widziała od dawna. Reaktywacja uznanych za przegranych piłkarzy jak Kuba Rzeźniczak, danie szansy nowym jak Michał Kopczyński zbiegło się z odpaleniem formy zawodników sprowadzonych przez Hasiego.

Wszystko to idąc w parze z gruntowaną znajomość nie tylko szatni i klubu, każdego jego zakamarka i każdego pracownika spowodowało, że uważana po 0:6 z Borussią za zakałę Ligi Mistrzów, niegodną piłkarskich salonów i dobrą jedynie do śrubowania niechlubnych rekordów Legia wypadła w meczu ze Sportingiem jak rutyniarz grający w Lidze Mistrzów regularnie od lat. Wytrzymując po raz pierwszy w tej edycji presję oczekiwań. Drużyna, która straciła dotąd aż 24 gole, potrafiła zachować czyste konto. Na pochwały zasługiwał każdy zawodnik co do jednego.

Każdy bohater, żeby zdobyć swój status potrzebuje najpierw wyzwania. Legia zostawiana przez Hasiego była Chimerą, z którą Magiera rozprawił się niczym Bellerofont. Z odciętej głowy bestii wyskoczył Pegaz, na którym trener mknie teraz do Ligi Europejskiej.

Napisałem, że Magiera jest największym wygranym kampanii Legii w Champions League, ale dla samego klubu te „narodziny trenerskiej gwiazdy” są równie cenne jak zainkasowane od UEFA miliony euro. Gdy Magiera mówi: „Chcę z Legii zrobić drużynę europejskiego formatu” nie śmiejemy się kułak, nie zastanawiamy się czy trener zwariował, tylko pytamy „ile czasu mu to zajmie?”

Legia Warszawa

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Martwa cisza trybun

Żal mi Legii Warszawa. Swój najważniejszy i najbardziej prestiżowy mecz w XXI wieku będzie musiała rozegrać przy pustych trybunach. Akurat to spotkanie Ligi Mistrzów – z obrońcą trofeum – zamiast po latach stać się wielkim świętem, prawdziwym ukoronowaniem 100-lecia klubu, zmieni się stypę. Występ Realu Madryt i jego gwiazd to wszędzie na świecie wydarzenie, kraje, miasta, kluby biją się żeby przyjechał, uświetnił. Gdy nasz futbol wyszedł z okresu, gdy tej klasy drużynę dało się skusić na wizytę tylko SuperMeczem, taka katastrofa.

W świat pójdą kompromitujące we współczesnym futbolu obrazki z pustego stadionu. Ronaldo i spółka grający dla nikogo? – to dopiero sensacja! Mistrz Polski zostanie napiętnowany niczym naga Królowa Cersei, sunąca w tłumie gapiów w rytm monotonnego „wstyd!”, „wstyd!, „wstyd!” Po wstydliwych obrazkach i okrzykach podczas meczu z Borussią Dortmund, przyjdzie przełknąć wstydliwą martwą ciszę trybun.

Żal mi normalnych kibiców Legii, którzy płacą upokorzeniem za wybryk garstki chuliganów. Dzieciaków i ich rodzicom, którym odebrali szansę przeżycia niezapomnianej przygody. Żal starych wiarusów, którzy na przyjazd gwiazdy największego formatu na Łazienkowską czekali 21 lat. Żal polskich kibiców Realu, których miała spotkać nagroda za lata tułaczki po świecie za swoją drużyną. Żal zawodników, którzy zostaną zmuszeni do występu w żenującym spektaklu. Treningu zamiast meczu w niezapomnianej atmosferze Champions League…

Żal tych wszystkich polskich kibiców, którzy są wstanie wznieść się ponad podziały plemienne i nie cieszą się w tej chwili, że „Legła dostała za swoje” ale rozumieją, że UEFA wrzuciła nas wszystkich do jednego wora. Wszyscy zostaliśmy skompromitowani i obarczeni odpowiedzialnością zbiorową. Na polski futbol znów nałożone zostało kompromitujące odium, choć zaczynał mieć on się już tak dobrze dzięki grze Lewandowskiego, Glika, Krychowiaka i reszcie, w reprezentacji i klubach.

Żal mi samego siebie, bo wolałbym być zagadywany o wyższość Milika nad Higuainem. Tymczasem podczas niedawnych igrzysk paraolimpijskich w Rio przed dwa dni z rzędu musiałem wkręcać się od lingwistycznych debat zagranicznych dziennikarzy czy polscy kibice wyzywali rywali od Żydów czy tylko od k…?

Żal mi właścicieli Legii, którzy próbowali zapanować nad tłumem, rozsądnie się dogadać, wierzyli w politykę dialogu. Po raz kolejny zostali wystrychnięci na dudka przez ludzi uważających, że „klub to oni”. Niestety tak właśnie uznała również UEFA, nakładając na klub najgorszą karę z możliwych. I nie chodzi o grzywny. O wiele gorsza od utraty przychodu z dnia meczowego jest utrata wizerunku. Jej nie da się odzyskać zza biurka, dobrym transferem, umową sponsorską, jedną czy drugą trafną decyzją…

Właściciele zdają sobie z tego sprawę, świadczą o tym poważne słowa jednego z nich, Dariusza Mioduskiego, który przyznał sport.pl, że „problem nie leży w UEFA, ale w nas, wewnątrz klubu”. Nie ma tu uciekania od odpowiedzialności, wymyślanie #letfootbalwin co miało swój urok w przypadku wykluczenia z rozgrywek po sprawie Bereszyńskiego.

Ciekaw jestem jaki będzie ciąg dalszy tych słów i kroki jakie podejmie zarząd Legii. Wiem jednak, że cokolwiek postanowi, jakiej polityki nie zacznie prowadzić – czy tylko brak hołubienia chuliganerii czy aż zero tolerancji dla niej – wszystko to będzie za mało bez przeorania świadomości trybun. Wierzących, że skoro „klub to my” to wolno nam wszystko – pogwałcić każde prawo, obrazić każdego. Dających przyzwolenie na łamanie przepisów i robienie dymu, nawet jeśli samemu się tego nie robi. Ulegających instynktom stadnym bez względu na to jak głupi okrzyk ktoś zainicjował.

I mam tu na myśli trybuny nie tylko Legii, ale i reszty Polski. Bo inaczej zmieniać się będą tylko nazwy zamykanych stadionów, skompromitowanych klubów, barwy rozgoryczonych kibiców, loga firm, które wycofają się lub nie wejdą w sponsoring, lóż, których nikt nie wykupi, nazwiska zawodników, którzy odmówią transferu do ekstraklasy. I na zawsze pozostaniemy w zatęchłym bagienku…