Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Paryski snajper, czyli ninje PSG umieją w internety

Zlatan jako Paris SniperParis St Germain konsekwentnie szturmuje europejskie salony piłkarskie. Pod względem sportowym zostawił już w tyle podupadłych gigantów jak AC Milan, Inter Mediolan, Liverpool czy Manchester United. Ambicją właścicieli jest osiągnąć poziom Barcelony, Realu i Atletico Madryt czy Bayernu Monachium. W jednym Paryżanie już biją jednak swoich rywali na głowę: to kreatywność, inwencja, humor ale i bezczelność klubowych social ninja, czyli osób odpowiedzialnych za wizerunek PSG na Facebooku, Twitterze czy Instagramie.

Staczają tam przed ważnymi meczami i w trakcie gierki psychologiczne z rywalami, prowokując ich i zaczepiając, ale w stylu o klasę lepszym niż zdarzało się Jose Mourinho, gdy drwił z trenerów, gwiazd rywali lub nawet samych klubów. Zresztą Mourinho ninje PSG wzięły na warsztat już dwa lata temu, gdy przed meczami z Chelsea, gdy wrzuciły do sieci grafikę z herbami obu klubów z tekstem: „Dlaczego mamy się bać „wyjątkowego” (the Special One – jak sam siebie ochrzcił Portugalczyk) skoro u nas gra „jedyny” (The Only One)”. Nie musieli dopisywać, że chodzi im o Zlatana Ibrahimovića, dla wszystkich było to jasne. Zlatan jako najlepszy social ninja w klubie posłał wiadomość dalej swoim 3,5 miliona followersów na Twitterze.

PSG - ChelseaPrzed konfrontacją w ubiegłym roku ninje PSG zaatakowały fotomontażem obrazu Królowej Elżbiety II z Musee Grevin, owiniętej szalikiem PSG oraz pomnika brytyjskiego premiera Winstona Churchilla z wygrawerowanym logo paryskiego klubu i dopiskiem, że oni są już gotowi na wieczór. „God save the Queen, not Chelsea” – brzmiał kolejny mem.

Usiłowały też wykazać wyższość Paryża nad Londynem prezentując zdjęcie Wierzy Eiffla z pytaniem: „Chelsea, umiecie coś takiego?” W rewanżu oficjalne konto Chelsea odgryzło się zdjęciem Pucharu Europy i pytaniem: „a wy coś takiego?” na co Francuzi odpalili zdjęcie… Davida Beckhama w stroju PSG z tym samym pytaniem.

PSG - Chelsea w social mediachPrzed środowym rewanżem social media PSG obiegła przeróbka plakatu filmowego, w którym „Amerykański Snajper” został przerobiony na „Paryskiego snajpera” ze Zlatanem w roli głównej jako „najbardziej zabójczym strzelcem w historii Paryża”. To inicjacja akcji PSGBlockbuster, w ramach której sieć zalały filmiki: z niesłuszną czerwoną kartką dla Ibry w poprzednim meczu z Chelsea i komentarz Arnolda Schwarzeneggera „I’ll be back” i fragmentami meczu PSG – Chelsea przeplatanymi scenami z Bitwy o Helmowy Jar z „Władcy pierścienia” ze Zlatanem jako Legolasem, Marco Verratim jako bohaterem „Divergenta” (film znany u nas jako „Niezgodna”), Edinson Cavani jako śmiertelnie precyzyjnie strzelająca z łuku Katniss z „Igrzysk Smierci” a bramkarz Kevin Trapp został przedstawiony jak Gandalf Szary, nie pozwalający przejść Demonowi w Kopalni Moira.

PSG Zlatan z ChelseaTrzeba przyznać, że social ninje PSG – jak to się mawia w Internetach – robią to dobrze:)

Bliżej Ligi Mistrzów…

Człowiek musi sobie czasem obejrzeć Ligę Mistrzów z bliska. Gadanie o niej w studio NC + i wspólne oglądanie z podobnymi mi pasjonatami futbolu to coś wyjątkowego, ale od czas do czasu po prostu trzeba obejrzeć największych piłkarzy naszych czasów jak Messi, Suarez, Zlatan, Cristiano Ronaldo czy Robert Lewandowski z trybun. Stamtąd jak wiadomo zawsze widać i słychać więcej. A do tego jeszcze akredytacja dziennikarska pozwala przyjrzeć się całej tej wielkiej futbolowej machinie od kulis.

Akurat trafiła się okazja, żeby odwiedzić Paryż. Ostatni raz na Parc des Princes byłem, hen, aż na mundialu we Francji w 1998 na meczu o trzecie miejsce, w którym Chorwacja po golach Prosineckiego i Sukera pokonała Holandię. Długo nie przypuszczałem, że będę chciał kiedyś obejrzeć tu futbol klubowy, Paris St Germain nigdy nie stanowiło jakiegoś specjalnego magnesu. To się zmieniło po 2011 gdy nowym właścicielem klubu został fundusz Qatar Sports Investments pompując w drużynę setki milionów euro. Dziś trzon drużyny tworzą najlepsi zawodnicy świata jak Zlatan Ibrahimović, Edison Cavani, Thiago Silva, David Luiz, Ezequel Lavezzi czy Marco Verratti. Zobaczyć ich w konfrontacji z Barceloną, Leo Messim, Neymarem, Luisem Suarezem – sama radość. Zwłaszcza, że PSG ostro ostatnio stawiało się Barcy, dwa sezony temu na Parc des Princes padł remis 2:2, a tej edycji paryżanie wygrali po kapitalnym meczu 3:2.

Zlatanville Niestety wiadomo było, że Zlatan nie wystąpi z powodu niezasłużonej czerwonej kartki z Chelsea. A szkoda, bo być może byłaby to jedna z ostatnich okazji zobaczenia go na żywo: właśnie został skazany na czteromeczowe zawieszenie za słowa, że „jeszcze nie widział takiego arbitra w tym gów***nym kraju” i że „ten kraj nie zasługuje na PSG”. Prawdopodobnie po sezonie odejdzie jak nie do USA do do ligi angielskiej. Póki co Paryż to jego księstwo, prawdziwe Zlatanville. Spogląda tu niemal z każdej ulicy, każdego zakamarka metra. Na Champes Elysees można kupić nie tylko koszulkę z jego nazwiskiem, ale i pluszowe Zlatany. Co też skwapliwie uczyniłem.

Rożne są akredytacje, jedne uprawniają do wejścia tylko na trybunę dla prasy i do biura prasowego. Kolejne otwierają drogę również na konferencję prasową po meczu albo/lub do mix zony, gdzie można spróbować pogadać z zawodnikami po spotkaniu. Ja dostałem taką, która uprawniała do poruszania się… wszędzie:) Tam gdzie chciałem, po całym stadionie, oczywiście poza murawą. Na początek nie odmówiłem więc sobie wejścia na Parc des Princes po czerwonym dywanie, zarezerwowanym dla piłkarzy, podjeżdżających pod główne wejście autobusem. Od 18. czekał tu już na nich spory tłum, tworząc wokół dywanu szpaler jak w Hollywood podczas oskarowej ceremonii. Czerwony dywan wiódł schodami w dół aż do szatni.

Po zwiedzeniu zakamarków stadionu, strefy dla vipów, trybuny prasowej ze świetnym widokiem i biura prasowego poszedłem na murawę. Drogą na Berlin, czyli o tak:

Vine

Na Berlin, bo jak wiadomo tam odbędzie się tegoroczny finał. Wkrótce tą samą drogą podążyły obie drużyny na rozgrzewkę. Stanąłem przy linii bocznej, że napaść oczy słynną barcelońską gra w „dziada”, zwanej w Katalonii rondo, w której kilku facetów stojących w kole podaje do siebie piłkę, a dwóch wewnątrz stara się ja przejąć. Nigdy nie widziałem „dziada” rozgrywanego tak precyzyjnie, z taką dokładnością i szybkością jak w wykonaniu Katalończyków. Mam wrażenie, że inni, nawet ci najlepsi robią to dziesięć razy wolniej. Przyjemnie też było popatrzeć z bliska jak Messi z Neymarem podają do siebie piłkę przez 30 metrów, opanowując ją w powietrzu, żonglując i oddając, przy czym nie dotyka ona ziemi. O właśnie tak:

Vine 2

Z kolei trening piłkarzy PSG postanowiłem obejrzeć wspierając ich Zlatanem. Zdążyłem jeszcze szybko urządzić konkurs na Twitterze #zlatanzatweeta na wytypowanie wyniku i zaczął się mecz. Miejsca miałem w miarę blisko murawy i równo na linii pola karnego tej bramki, do której Suarez wbił w drugiej połowie oba cudowne gole, zakładając przy tym kanały Davidowi Luizowi, przez co Brazylijczyk natychmiast stał się bohaterem prześmiewczych memów. Sam Suarez wyjaśnił po meczu, że siatka nie była bynajmniej obliczona na ośmieszenie rywala. Po prostu nie miał innego wyjścia, tędy wiodła droga do bramki… Mimo bolesnej porażki 1:3 kibice PSG kibicowali do końca. Atmosfera w Paryżu świetna, chętnie wrócę, nawet jeśli odejdzie Zlatan…

UWAGA: KONKURS

No dobra, obejrzałem Lige Mistrzów po swojemu. Zawsze chciałbym aż tak z bliska. A teraz konkurs dla Was z bardzo ciekawą nagrodą. Konkurs fotograficzny. Pokażcie jaki jest Wasz pomysł na życie #poswojemu! Mogą to być np. fotki pokazujące jak i gdzie przeżywacie sportowe emocje, z Waszej ulubionej trybuny, z Waszej ulubionej dyscypliny. Tak naprawdę może być to jednak cokolwiek. Podzielcie się tym TUTAJ a nagroda będzie udział w niebanalnych warsztatach motywacyjnych z mistrzami świata #poswojemu – Jakubem Bączkiem i Stephanem Antigą! Nie sugeruję nikomu tematyki, ale ponieważ znalazłem się w jury zdjęcia sportowe są na propsie;)

Liga Mistrzów: PSG wyrzutem dla szejków z City

Suarez rozbija Manchester City

Nie jest tak, że jeśli nie wygram w sezonie żadnego tytułu, to zostanę zwolniony – mówi trener Manchesteru City, Manuel Pellegrini „Guardianowi” przed rewanżowym meczem z Barceloną. I dodaje, że ponownie odpadnięcie z Ligi Mistrzów w 1/8 finału i brak obrony mistrzostwa Anglii wcale nie musi to dla niego oznaczać utraty posady.

A ja myślę, że wręcz przeciwnie. Wystarczy, że Manchester City znów skompromituje się w meczu z Barcą jak w pierwszym spotkaniu i tych obu przed rokiem, by arabscy właściciele walnęli pięścią w stół i nawet ewentualne wygranie Premier League nie uratuje posady Chilijczyka. Mistrzostwo, w które ciężko uwierzyć po ostatnich porażkach z Burnley i Liverpoolem, gdy strata do Chelsea wynosi już sześć punktów, przy jednym meczu rozegranym więcej.

Jak kluczowa dla szejków z Abu Zabi jest Champions League pokazali zwalniając poprzednika Pellegriniego – Roberto Manciniego – po mistrzowskim sezonie w lidze. Mimo kolejnych setek milionów funtów wpompowanych w transfery i płace gwiazd, ich City już szósty sezon bije w bije głową w mur w elitarnych rozgrywkach. Tymczasem właśnie dostali świeży przykład, że podobny projekt – drużyny bez tożsamości, budowanej od zera za grube petrodolary – ma jednak szanse powodzenia. Należące do szejków z sąsiedniego emiratu Paris Saint-Germain zachwyciło piłkarski świat eliminując po pasjonującym meczu (kończonym w dziesiątkę) faworyzowaną Chelsea, równie naszpikowaną gwiazdami, za to o wiele bardziej doświadczoną, z trenerem Jose Mourinho na ławce.

Pod tym względem Pellegrinie jest w tej samej sytuacji, co Laurent Blanc, krytykowany za kiepską taktykę i nieumiejętność wykorzystania potencjału PSG. I jego posada zależała od awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. I jego zadanie na Stamford Bridge wyglądało na mission:impossible, a jednak mu się udało. Bez spektakularnego wyniku na Camp Nou Pellegrini będzie mógł już w drodze powrotnej z Barcelony zacząć rozglądać się za miejscem do lądowania.

Swoją drogą dziwną przyjął metodę motywowania swoich piłkarzy przed heroicznym bojem. We wspomnianym wywiadzie dla „Guardiana” narzeka, że ma w składzie… zbyt mało angielskich piłkarzy. Chciałby ich więcej – dziś regularnie w pierwszym składzie występuje tylko Joe Hart – ale ceny Anglików są zawrotne. Powiedźmy, taki Luke Shaw. 35 milionów funtów za lewego obrońcę, bo jest Anglikiem? Drugie pytanie, czy można kupić Raheema Sterlinga z Liverpoolu? Być może, ale trzeba wyłożyć 100 milionów funtów. Idąc dalej, Gary Cahill, czy też kilka lat temu Frank Lampard? A jeżeli chcę kupić Anglika na pozycję, na której gra teraz Silva? Wayne Rooney? Nie ma takiego piłkarza, a jak już jest to klub nie chce się go pozbywać – marudzi Pellegrini.

Faktycznie, był długi czas, że mimo międzynarodowych gwiazd w składzie to angielscy zawodnicy nadawali drużynie charakteru, tworzyli jej kręgosłup i często przesądzali o sukcesach: w Manchesterze United wychowankowie Paul Scholes, Gary i Phil Neville, David Beckham i Ryan Giggs (uznajmy, że Walijczyk to prawie Anglik) czy kluczowi reprezentanci jak Rio Ferdinand czy Wayne Rooney, w Chelsea Frank Lampard i John Terry, w Arsenalu wciąż panuje tęsknota za zamierzchłymi czasami (ale już za panowania Arsene Wengera) charyzmatycznych angielskich liderów jak Tony Adams, Steve Bould, Martin Keown, Lee Dixon a nawet Sol Campbell.

Ale po pierwsze czy któryś z dzisiejszych reprezentantów Anglii znacząc odmieniłby oblicze Manchesteru City? Może jeden Rooney, który jak pamiętamy bliski był zresztą transferu do arcyrywala z miasta. Jeśli przyjrzeć się szerokiej kadrze City marudzenie Pellegriniego to jakiś absurd. Kogo ze składu mieliby wygryźć brakujący mu Anglicy? Sergio Agüero, Yaya Touré, Davida Silvę, Jovetića, Mangalę, Clichy’ego, Sagnę, Vincenta Kompany’ego (no może nie w obecnej formie), Pablo Zabaletę, Nasriego, Džeko, Kolarova, Jesús Navasa, Wilfrieda Bony’ego?

Pellegrini nie ma alibi. Dla takiej paki trzeba tylko wymyślić taktykę i odpowiednio ją zmotywować. Narzekania na brak Anglików w składzie to ostatnia rzecz jaka wzmocni ekipę przed bojem na Camp Nou.

Barcelona - Manchester City