Znaczy kapitan, czyli wojenka w szatni PSG

Neymar i CavaniTe dwie boiskowe scenki narobiły w minionym tygodniu więcej szumu w mediach tradycyjnych i społecznościowych niż jakikolwiek gol, 6:1 Barcelony z Eibarem czy sensacyjna porażka Realu Madryt u siebie z Betisem. Oto w meczu PSG z Olympique Lyon gospodarze dostają rzut wolny przed polem karnym. Chce go wykonać Urugwajczyk Edinson Cavani, ale Brazylijczyk Dani Alves niczym sprawny rugbista wyłuskuje mu piłkę z rąk i sprytnym podaniem przekazuje Neymarowi, przyjacielowi z kadry i poprzedniego klubu. Ten strzela, ale bramkarz broni.

22 minuty później PSG dostaje karnego. Piłkę na wapnie ustawia Cavani. Neymar stoi obok i wyraźnie przekonuje, żeby dał mu strzelać, ale ten okazuje się asertywny. Alves tym razem nie przybiega na pomoc. I znów tam gdzie dwóch się bije, wygrywa bramkarz Lyonu, który broni strzał Urugwajczyka.

Trzeciej scenki kamery nie pokazały, a szkoda. Ale z dziennika „L’Equipe”, który na wtorkowej okładce umieścił obu gwiazdorów pod dużym tytułem: „Le Clash” (starcie), wiemy, że w szatni doszło między nimi do przepychanki. Grubszej rozróbie zapobiegli Thiago Silva i Marquinhos, którzy rozdzielili krewkich Latynosów. Ale to nie koniec eskalacji konfliktu: to Neymar przestaje obserwować Cavaniego na Instagramie! Brakuje tylko deklaracji, że „udawał wszystkie lajki…

***

Błacha sprawa? Rozbuchane ego ambitnych piłkarzy to nic nowego? Szatnia PSG nie jest pierwszą i ostatnią, w której dochodzi do walki o przywództwo? To prawda, ale nie sposób nie pochylić się nad, bo raz że dotyczy najdroższego piłkarza świata, za którego klub wywalił 222 mln euro. A dwa, że o szatnię, która ma odnieść spektakularny sukces w Europie – wygrać Ligę Mistrzów.

Na marginesie, nie lekceważyłbym znaczenia jaką jest dla współczesnego piłkarza gest w mediach społecznościowych. To dla nich najważniejsze z narzędzi komunikacji z fanami, mediami, sponsorami. Miejsce lansu, prezentacji nowych fryzur, stroje, samochody i generalnie gwiazdorskiego dolce vita.

Fakt, że jakiś zawodnik polubił na Facebooku czy Twitterze profil jakiegoś klubu – zwłaszcza w momencie przesilenia czy negocjacji kontraktowych, jak Leo Messi w 2015 roku profil Chelsea na Instagramie – może doprowadzić do medialnego trzęsienia ziemi. W okresie otwartego okna transferowego dziennikarze tabloidów śledzą media społecznościowe nie tylko zawodników ale i ich żon, dziewczyn i kochanego, żeby z ich zakupów i podróży wywróżyć nadciągającą zmianę.

***

Zatem fakt, że dwóch partnerów z jednej formacji przestało się obserwować w social mediach to dla władz PSG równie niepokojący sygnał jak to, że przestali do siebie podawać (Neymar do Cavaniego tylko dwa razy w całym meczu z Lyonem, Cavani do Neymara ani razu).

Trudno się dziwić temu ostatniemu. Przez kilka lat przebywał w Paryżu w głębokim cieniu Zlatana Ibrahimovića. Mimo, że został sprowadzony z Napoli za 64 mln euro, co było wówczas szóstym najdroższym transfer w historii futbolu, został „zdegradowany” do roli skrzydłowego, bo w ataku miał błyszczeć Szwed. Pogodził się z nią dla dobra drużyny i nie robił fochów.

Kiedy Zlatan – z którym zresztą wzajemnie bardzo się szanowali – odszedł do Manchesteru United, wyzwolony Cavani rozegrał najlepszy sezon w PSG. Zdobył we wszystkich rozgrywkach aż 49 goli i dorobił się zasłużonego statusu głównego egzekutora stałych fragmentów. Nie widzi powodów, żeby z niego teraz zrezygnować, tym bardziej, że wg „L’Equipe” ma w kontrakcie zapisaną premię w wysokości miliona euro za tytuł „króla strzelców” Ligue 1.

Dla Neymara to grosze. On w pięć lat zarobi w PSG 150 mln euro, nie licząc drugiego tyle prowizji dla ojca-agenta. Ale Brazylijczyk przyszedł tam tylko po to, żeby zarabiać. Jego misją nie jest też przecież zdobycie mistrzostwa Francji. Liczy się tylko „Złota Piłka”, na którą w Barcelonie miał średnie szanse grając u boku Messiego.

Żeby przełamać dominację Argentyńczyka i Cristiano Ronaldo będzie potrzebował wygranej w Lidze Mistrzów, z sobą w roli głównej. Będzie potrzebował dużo goli w sezonie. Wolne, karne to doskonałe okazje. Ronaldo mogą sobie nazywać „Penaldo”, ale rekordowe statystyki idą w świat, co na pewno nie zostaje bez wpływu na głosowanie.

***

Kiedy Neymar przechodził do Barcelony w 2013, wielki Johan Cruyff na podstawie doniesień na temat zachowania Brazylijczyka w Santosie przestrzegał przed tym transferem, mówiąc że: „wysyła się jachtu z portu z dwoma kapitanami na pokładzie”.

Okazało się, że nie miał racji. Neymar już w pierwszym wywiadzie po debiucie – którego nota bene miałem przyjemność być autorem wraz z Basią Bardadyn, w Gdańsku po SuperMeczu z Lechią – zadeklarował, że Leo Messi jest jego wielkim idolem. Nigdy nie wyrażał chęci „detronizacji” Argentyńczyka, wiele razy podkreślał, że ani on ani żaden inny piłkarz nie może się równać z Messim. Przez cztery lata godził się na rolę Robina przy Batmanie – superbohatera, ale tego nr 2.

Niestety dla przyszłości Cavaniego w PSG, Neymar nie widzi go w roli „drugiego kapitana”.

Trener na razie Unai Emery umywa ręce, przekonując, że w drużynie nie ma hierarchii i niech zawodnicy sami ustalą… Ale prezes Nasser Al Khelaifi jak przypuszczam, nie ma wątpliwości który zawodnik jest nr 1 i powinien czuć się bardziej szczęśliwy. Nie mają też rodacy Neymara, którzy jak pokazali chętnie wcielą się w rolę ochroniarzy „księcia Paryża”. Toteż na miejscu agentów Cavaniego, już rozglądałbym się dla niego za nowym klubem. Ze znalezieniem nie powinno być problemu.

Neyemar Mbappe Cavani

Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

Krychowiak zasługuje na szacunek nie szyderę

Krychowiak w WBADawno nie widziałem, żeby niepowodzenia i życiowe zakręty polskiego sportowca przyjmowano u nas z taką satysfakcją jak w przypadku Grzegorza Krychowiaka. Mam wrażenie, że nie ważne jaką decyzję w sprawie swojej kariery by podjął, część kibiców najbardziej ucieszyłaby się gdyby skończył karierę, zbankrutował, rozstał się z żoną, miał stłuczkę na parkingu albo przynajmniej zatrzasnął się w windzie lub zgubił iPhona.

Przez cały czas kiedy nie mógł wywalczyć miejsca w składzie PSG trwała szydera, festiwal schadenfreude i tekstów w rodzaju „a nie mówiłem, że się nie przebije”, „trzeba było nie wychylać nosa z Sewilli” etc. Wypominano mu, że odszedł do Paryża wyłącznie dla kasy, choć przecież sprowadzał go tam zaprzyjaźniony dyrektor sportowy, a na miejscu czekał trener, z którym odnosił sukcesy w Sevilli.

Nie jestem pewien czy rodaków bardziej irytował wysoki kontrakt Grześka (na pewno poruszył szatnię PSG, gdy zarobki zawodników ujawnił dziennik „L’Equipe”), czy zamiłowanie do mody, czy atrakcyjna partnerka, lubiąca pozować. Czy to, że oboje lubili cieszyć się życiem? Czy gdyby nie fotki na Instagramie miałby więcej spokoju i zrozumienia?

Przy czym oddzielam tu żarty z jego futer czy marynarskich płaszczy, na widok których trudno było się nie uśmiechnąć. Podszczypywał Krychowiaka nawet prezes PZPN, Zbigniew Boniek, powstawały zabawne memy. Mówię o hejcie i radości, że mu nie idzie.

A przecież nie wywalczyć miejsca w składzie – to normalny los piłkarza, zwłaszcza piłkarza polskiego. Nie pamiętam takiego poziomu jadu gdy Arek Milik nie mógł odnaleźć się w Bayerze Leverkusen, a potem Augsburgu, albo Kuba Błaszczykowski gdy stracił miejsce w Borussii Dortmund, nie mógł przebić się w Fiorentinie, a teraz Wolfsburgu.

Dopiero co w trakcie obecnego okna transferowego wielu wypominało Krychowiakowi, że zamiast przenieść się do innego klubu i – wprawdzie za mniejsze pieniądze – grać regularnie, on woli swój wysoki kontrakt, petrodolary i trybuny w Paryżu. Najgłośniej ci, którzy pewnie nieprędko staną przed dylematem o rezygnacji z kilku milionów euro, ale wiadomo, że najłatwiej rozporządza się nie swoją kasą. Zarzucano mu brak ambicji, chciwość, spoczęcie na laurach itp.

Krychowiak na trybunach PSGGdy wreszcie dowiódł, że jednak nie kasa, ale piłka jest dla niego najważniejsza, gdy postanowił robić spooory krok wstecz i przejść do przeciętniaka Premier League, zamiast z szacunkiem nadal spotyka się z hejtem.

Dobrze, finansowo raczej na tym nie straci, bo odchodzi na roczne wypożyczenie, ale decyzja o zamianie Paryża na prowincjonalne, 100-tysięczne miasto musiała być bardzo trudna. Zwłaszcza dla triumfatora Ligi Europy, który poznał smak Ligi Mistrzów. Podobnie jak zamienić szatnię dzieloną z Neymarem, Cavanim, di Marią, Verattim na – z całym szacunkiem – Halem Robsonem-Kanu, Callumem McManamanem czy Chrisem Bruntem, których musi teraz dobrze wyguglować.

Zamiast uznania, że bynajmniej nie interesują go wyłącznie butiki i może grać wszędzie, spotyka się z satysfakcją tych, którzy wiedzieli, że „marny z niego grajek” i „nadaje się wyłącznie do takich przeciętnych klubów”. Śmieją, że zainteresowanie Valencii, Olympique Lyon, Interu Mediolan to ściema, że wreszcie trafił swój na swego.

Nie rozumiem dlaczego piłkarz, który decyduje się zrobić krok wstecz dla ratowania kariery nie wzbudza powszechnej sympatii? Dlaczego nie kibicuje się mu, żeby robiąc krok wstecz nabrał rozpędu, który pozwoli mu oddać dwa skoki do przodu? Przecież to najbardziej jaskrawy dowód jego ambicji. W dodatku historia futbolu pełna jest takich scenariuszy. Nie daleko szukając, Renato Sanches, inna gwiazda Euro 2016 właśnie przeszedł z Bayernu Monachium do Swansea.

Weźmy Edwina van der Sara. Świat był w szoku gdy on, triumfator Ligi Mistrzów z Ajaksem po dwóch latach gry w Juventusie Turyn zdecydował się odejść do Fulham, klubu co prawda z Londynu, ale beniaminka Premier League. Odszedł, bo wiedział, że nie wygra rywalizacji z młodym Gianuigi Buffonem, kupionym właśnie za rekordowe 33 mln euro. Chciał grać, żeby zachować miejsce w bramce Holandii i to grać przeciwko najlepszym.

Przez cztery sezony rozegrał w Fulham 127 mecze, bez focha na świat, że z salonów przeniósł się na prowincję. Skończyło się tym, że Sir Alex Ferguson sprowadził 35-letniego Holendra do Manchesteru United. Tam okazał się najlepszym bramkarzem w historii „Czerwonych diabłów” obok Petera Schmeichela, wygrał cztery mistrzostwa Anglii, po raz kolejny Ligę Mistrzów i zyskał status legendy.

Życzę Krychowiakowi podobnego zwrotu w karierze. To, że z WBA pasują do siebie wcale nie jest dla niego obelgą. Tak jak w Paryżu jego najlepsze cechy okazały się zbędne i niewystarczające, tak tu znów mogą uczynić z niego jednego z najlepszych piłkarzy w Europie na swojej pozycji. Jak wówczas gdy wybrano go do Jedenastki Sezonu La Liga czy Jedenastki Turnieju Euro 2016.

Po pierwsze trafił do ligi, do której jak się wydaje jest stworzony. Najbardziej wymagającej i intensywnej ligi świata, a przecież wiadomo, że Krychowiak tym jest lepszy im więcej gra. Trener WBA, Tony Pulis jest w nim zakochany od dawna, już dwa lata temu starał się go sprowadzić. „The Baggies” pod jego wodzą to synonim destrukcji i twardej gry obronnej. Prostej ale skutecznej. Nie ma tam czarodziejów jak w Sevilli czy PSG. Obsesją Pulisa jest nie posiadanie piłki, ale jak najszybszy jej odbiór.

Może się więc okazać, że Krychowiak i WBA pasują do siebie – jak mawia Juergen Klopp – „jak dupa do wiadra”. Szydzącym z niego polecam wątek na oficjalnym koncie WBA na Twitterze. Kibice „The Baggies” traktują tam transfer Krychę jak najważniejszy w historii klubu.

West Bromwich Albion signing Grzegorz Kwychowiak

Dlaczego Katar potrzebuje Neymara

Neymar w PSGW najsłynniejszym transferze świata, jak już chyba możemy nazywać „wrogie przejęcie” Neymara przez PSG, najciekawsze są odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Brazylijczyk odchodzi z takiego klubu jak Barcelona do takiego jak wicemistrz Francji? Oraz dlaczego katarski właściciel francuskiego klubu, Nasser Al-Khelaifi wykłada tę bajońską kwotę.

Oczywiście ciekawych pytań jest więcej. Np. dlaczego zarząd Barcelony przedłużając rok temu kontrakt z jedną z największych gwiazd futbolu naszych czasów ustalił klauzulę wykupu w wysokości 222 mln euro, a nie równie absurdalnej ale o wiele bardziej odstraszającej 555 mln?

Być może żadna kwota nie odstraszyłaby Katarczyków, którym Neymar jest potrzebny przede wszystkim z powodów politycznych, o czym za chwilę. Ale pół miliarda byłoby zdecydowanie bardziej spektakularne. Obecna kwota szokuje tylko do momentu, gdy przypomnimy ile za o wiele mniejsze gwiazdy płacą kluby Premier League, choćby MU za Romelu Lukaku, a Real Madryt oferuje za Kyliana Mbappe.

Oczywiście Neymar nie przenosi się do PSG z powodów sportowych. Gdyby kierował się chęcią zdobywania najważniejszych trofeów, drużynowych czy indywidualnych, zostałby mu oprócz Barcy praktycznie tylko jeden klub na świecie – największego rywala.

Krąży hipoteza, że motywuje go chęć wyjścia z cienia Leo Messiego i zostania niekwestionowanym liderem drużyny. Naprawdę wierzycie, że dała mu do myślenia słynna sentencja Juliusza Cezara, który wg Plutarcha przechodząc przez jakąś wioskę w Alpach drodze do Galii, miał stwierdzić, że „wolałby być pierwszym człowiekiem tutaj niż drugim w Rzymie”?

Ktoś na Twitterze napisał, że ten transfer to jakby odejść z Beatelsów do The Monkees. Z tym, że ktoś taki na pewno nie zacząłby zarabiać w nowy zespole tyle co Lennon i McCartney. A Neymarowi, co roku wymienianemu jako kandydat do Złotej Piłki obok Messiego i Cristiano Ronaldo, transfer do PSG pozwoli wreszcie zrównać się z nie tylko sławą ale i zarobkami (30 mln euro za sezon, przez pięć lat, na rękę, podatkiem zajmie się klub).

Tak naprawdę Brazylijczyk podjął więc identyczną decyzję jak ci piłkarze, którzy przenoszą się do ligi chińskiej. I trudno mieć do niego pretensje, że chce przyjąć fortunę, którą mu wciskają szejkowie. I jeszcze dorzucą 100 mln dla taty. Chciwość, pazerność? Już w Barcelonie zarabiał porządne pieniądze (a jego ojciec właśnie czeka na 36 mln z tytułu… przedłużenia ubiegłorocznego kontraktu)?

Rozśmieszył mnie argument usłyszany w telewizyjnej dyskusji we Francji gdzie akurat jestem, że kariera piłkarza trwa do 35. roku życia, Neymar musi więc zabezpieczyć się na czas kiedy już nie będzie zarabiać. Faktycznie dzięki tym dodatkowym 200 milionom być może nie będzie musiał dorabiać na emeryturze…

Równie ciekawa jest odpowiedź na pytanie dlaczego Nasser Al-Khelaifi, właściciel PSG i Qatar Sports Investments bije transferowy rekord, narażając się na śledztwo UEFA ws Finansowego Fair Play, inwektywy prezesa LA Liga i ostracyzm? Przecież nie wyłącznie po to, by „sprowadzić na Parc des Princes trofeum Ligi Mistrzów”. Zwłaszcza że transfer nawet Neymara nie daje żadnych gwarancji.

O wiele ważniejsze są kwestie wizerunkowe. Katar jest w tej chwili w stanie zimnej wojny ze swoimi sąsiadami. Na początku czerwca Arabia Saudyjska, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Egipt zerwały z nim stosunki dyplomatyczne i zablokowały połączenia lotnicze, morskie oraz lądowe. Oskarżają Katar o wspieranie islamskiego terroryzmu, a zwłaszcza jego stację telewizyjną, Al-Jaazira i domagają się jej zamknięcia. Żądają też m.in. zerwania stosunków z Iranem, współpracy wojskowej z Turcją.

Rząd Kataru uznaje te oskarżenia za bezpodstawne, a żądania za niemożliwe do zaakceptowania, bo naruszające jego suwerenność. Odpowiedział postulatami umiędzynarodowienia świętych meczetów w Mekce i Medynie, co w Arabii Saudyjskiej przyjęto jako deklaracja wojny przeciwko królestwu. Konflikt zbrojny wisi w powietrzu.

Z czasem do bojkotu dołączyły Jemen, Libia i Malediwy. W jego efekcie import Kataru spadł aż o 40 procent, a w kraju zabrakło żywności. Trafia tam wyłącznie z Turcji i Iranu przez co stała się bardzo droga. Samoloty linii Qatar Airways muszą zaś latać do Europy naokoło przez Iran i Turcję. Kiedy więc pojawiły się informacje, że Neymar leci z Dubaju do Dauchy na testy medyczne, znający temat wiedzieli, że to tzw fakenews, bo ruch lotniczy z Dubaju do stolicy Kataru obecnie nie istnieje.

Kryzys w KatarzeWrogowie Kataru wiedzą, że najbardziej zaboli, jeśli uderzą w mundialowe aspiracje emiratu. Na razie blokada spowolniła budowę stadionów, ale gorsze są straty wizerunkowe.

Transfer Neymara – najsilniejszego marketingowo sportowca poniżej 30. roku życia – i uczynienie z niego ambasadora mistrzostw świata w 2022 pozwolą przerwać ten impas (a przy okazji pozwoli PSG obejść Finansowe Fair Play UEFA). Katar wydał jak dotąd na zdobycie mundialu i przygotowania 17 miliardów euro, czymże jest wydatek 222 mln na promocję dla jednego z trójki najlepszych piłkarzy świata?

Jego zadaniem będzie ocieplenie wizerunku gospodarza turnieju nie tylko w kontekście obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej. Ale także oskarżeń o nieludzkie traktowanie robotników pracujących przy stadionach, o korupcję w walce o organizację turnieju i wszystkie brudy jakie przyniósł 430-stronicowy raport prokuratora Michaela Garcii dla FIFA. Stąd niektórzy otwarcie nazywają transfer Neymara „najbardziej politycznym w historii futbolu”.

Neymar Junior i Neymar Senior 

Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Paryski snajper, czyli ninje PSG umieją w internety

Zlatan jako Paris SniperParis St Germain konsekwentnie szturmuje europejskie salony piłkarskie. Pod względem sportowym zostawił już w tyle podupadłych gigantów jak AC Milan, Inter Mediolan, Liverpool czy Manchester United. Ambicją właścicieli jest osiągnąć poziom Barcelony, Realu i Atletico Madryt czy Bayernu Monachium. W jednym Paryżanie już biją jednak swoich rywali na głowę: to kreatywność, inwencja, humor ale i bezczelność klubowych social ninja, czyli osób odpowiedzialnych za wizerunek PSG na Facebooku, Twitterze czy Instagramie.

Staczają tam przed ważnymi meczami i w trakcie gierki psychologiczne z rywalami, prowokując ich i zaczepiając, ale w stylu o klasę lepszym niż zdarzało się Jose Mourinho, gdy drwił z trenerów, gwiazd rywali lub nawet samych klubów. Zresztą Mourinho ninje PSG wzięły na warsztat już dwa lata temu, gdy przed meczami z Chelsea, gdy wrzuciły do sieci grafikę z herbami obu klubów z tekstem: „Dlaczego mamy się bać „wyjątkowego” (the Special One – jak sam siebie ochrzcił Portugalczyk) skoro u nas gra „jedyny” (The Only One)”. Nie musieli dopisywać, że chodzi im o Zlatana Ibrahimovića, dla wszystkich było to jasne. Zlatan jako najlepszy social ninja w klubie posłał wiadomość dalej swoim 3,5 miliona followersów na Twitterze.

PSG - ChelseaPrzed konfrontacją w ubiegłym roku ninje PSG zaatakowały fotomontażem obrazu Królowej Elżbiety II z Musee Grevin, owiniętej szalikiem PSG oraz pomnika brytyjskiego premiera Winstona Churchilla z wygrawerowanym logo paryskiego klubu i dopiskiem, że oni są już gotowi na wieczór. „God save the Queen, not Chelsea” – brzmiał kolejny mem.

Usiłowały też wykazać wyższość Paryża nad Londynem prezentując zdjęcie Wierzy Eiffla z pytaniem: „Chelsea, umiecie coś takiego?” W rewanżu oficjalne konto Chelsea odgryzło się zdjęciem Pucharu Europy i pytaniem: „a wy coś takiego?” na co Francuzi odpalili zdjęcie… Davida Beckhama w stroju PSG z tym samym pytaniem.

PSG - Chelsea w social mediachPrzed środowym rewanżem social media PSG obiegła przeróbka plakatu filmowego, w którym „Amerykański Snajper” został przerobiony na „Paryskiego snajpera” ze Zlatanem w roli głównej jako „najbardziej zabójczym strzelcem w historii Paryża”. To inicjacja akcji PSGBlockbuster, w ramach której sieć zalały filmiki: z niesłuszną czerwoną kartką dla Ibry w poprzednim meczu z Chelsea i komentarz Arnolda Schwarzeneggera „I’ll be back” i fragmentami meczu PSG – Chelsea przeplatanymi scenami z Bitwy o Helmowy Jar z „Władcy pierścienia” ze Zlatanem jako Legolasem, Marco Verratim jako bohaterem „Divergenta” (film znany u nas jako „Niezgodna”), Edinson Cavani jako śmiertelnie precyzyjnie strzelająca z łuku Katniss z „Igrzysk Smierci” a bramkarz Kevin Trapp został przedstawiony jak Gandalf Szary, nie pozwalający przejść Demonowi w Kopalni Moira.

PSG Zlatan z ChelseaTrzeba przyznać, że social ninje PSG – jak to się mawia w Internetach – robią to dobrze:)

Bliżej Ligi Mistrzów…

Człowiek musi sobie czasem obejrzeć Ligę Mistrzów z bliska. Gadanie o niej w studio NC + i wspólne oglądanie z podobnymi mi pasjonatami futbolu to coś wyjątkowego, ale od czas do czasu po prostu trzeba obejrzeć największych piłkarzy naszych czasów jak Messi, Suarez, Zlatan, Cristiano Ronaldo czy Robert Lewandowski z trybun. Stamtąd jak wiadomo zawsze widać i słychać więcej. A do tego jeszcze akredytacja dziennikarska pozwala przyjrzeć się całej tej wielkiej futbolowej machinie od kulis.

Akurat trafiła się okazja, żeby odwiedzić Paryż. Ostatni raz na Parc des Princes byłem, hen, aż na mundialu we Francji w 1998 na meczu o trzecie miejsce, w którym Chorwacja po golach Prosineckiego i Sukera pokonała Holandię. Długo nie przypuszczałem, że będę chciał kiedyś obejrzeć tu futbol klubowy, Paris St Germain nigdy nie stanowiło jakiegoś specjalnego magnesu. To się zmieniło po 2011 gdy nowym właścicielem klubu został fundusz Qatar Sports Investments pompując w drużynę setki milionów euro. Dziś trzon drużyny tworzą najlepsi zawodnicy świata jak Zlatan Ibrahimović, Edison Cavani, Thiago Silva, David Luiz, Ezequel Lavezzi czy Marco Verratti. Zobaczyć ich w konfrontacji z Barceloną, Leo Messim, Neymarem, Luisem Suarezem – sama radość. Zwłaszcza, że PSG ostro ostatnio stawiało się Barcy, dwa sezony temu na Parc des Princes padł remis 2:2, a tej edycji paryżanie wygrali po kapitalnym meczu 3:2.

Zlatanville Niestety wiadomo było, że Zlatan nie wystąpi z powodu niezasłużonej czerwonej kartki z Chelsea. A szkoda, bo być może byłaby to jedna z ostatnich okazji zobaczenia go na żywo: właśnie został skazany na czteromeczowe zawieszenie za słowa, że „jeszcze nie widział takiego arbitra w tym gów***nym kraju” i że „ten kraj nie zasługuje na PSG”. Prawdopodobnie po sezonie odejdzie jak nie do USA do do ligi angielskiej. Póki co Paryż to jego księstwo, prawdziwe Zlatanville. Spogląda tu niemal z każdej ulicy, każdego zakamarka metra. Na Champes Elysees można kupić nie tylko koszulkę z jego nazwiskiem, ale i pluszowe Zlatany. Co też skwapliwie uczyniłem.

Rożne są akredytacje, jedne uprawniają do wejścia tylko na trybunę dla prasy i do biura prasowego. Kolejne otwierają drogę również na konferencję prasową po meczu albo/lub do mix zony, gdzie można spróbować pogadać z zawodnikami po spotkaniu. Ja dostałem taką, która uprawniała do poruszania się… wszędzie:) Tam gdzie chciałem, po całym stadionie, oczywiście poza murawą. Na początek nie odmówiłem więc sobie wejścia na Parc des Princes po czerwonym dywanie, zarezerwowanym dla piłkarzy, podjeżdżających pod główne wejście autobusem. Od 18. czekał tu już na nich spory tłum, tworząc wokół dywanu szpaler jak w Hollywood podczas oskarowej ceremonii. Czerwony dywan wiódł schodami w dół aż do szatni.

Po zwiedzeniu zakamarków stadionu, strefy dla vipów, trybuny prasowej ze świetnym widokiem i biura prasowego poszedłem na murawę. Drogą na Berlin, czyli o tak:

Vine

Na Berlin, bo jak wiadomo tam odbędzie się tegoroczny finał. Wkrótce tą samą drogą podążyły obie drużyny na rozgrzewkę. Stanąłem przy linii bocznej, że napaść oczy słynną barcelońską gra w „dziada”, zwanej w Katalonii rondo, w której kilku facetów stojących w kole podaje do siebie piłkę, a dwóch wewnątrz stara się ja przejąć. Nigdy nie widziałem „dziada” rozgrywanego tak precyzyjnie, z taką dokładnością i szybkością jak w wykonaniu Katalończyków. Mam wrażenie, że inni, nawet ci najlepsi robią to dziesięć razy wolniej. Przyjemnie też było popatrzeć z bliska jak Messi z Neymarem podają do siebie piłkę przez 30 metrów, opanowując ją w powietrzu, żonglując i oddając, przy czym nie dotyka ona ziemi. O właśnie tak:

Vine 2

Z kolei trening piłkarzy PSG postanowiłem obejrzeć wspierając ich Zlatanem. Zdążyłem jeszcze szybko urządzić konkurs na Twitterze #zlatanzatweeta na wytypowanie wyniku i zaczął się mecz. Miejsca miałem w miarę blisko murawy i równo na linii pola karnego tej bramki, do której Suarez wbił w drugiej połowie oba cudowne gole, zakładając przy tym kanały Davidowi Luizowi, przez co Brazylijczyk natychmiast stał się bohaterem prześmiewczych memów. Sam Suarez wyjaśnił po meczu, że siatka nie była bynajmniej obliczona na ośmieszenie rywala. Po prostu nie miał innego wyjścia, tędy wiodła droga do bramki… Mimo bolesnej porażki 1:3 kibice PSG kibicowali do końca. Atmosfera w Paryżu świetna, chętnie wrócę, nawet jeśli odejdzie Zlatan…

UWAGA: KONKURS

No dobra, obejrzałem Lige Mistrzów po swojemu. Zawsze chciałbym aż tak z bliska. A teraz konkurs dla Was z bardzo ciekawą nagrodą. Konkurs fotograficzny. Pokażcie jaki jest Wasz pomysł na życie #poswojemu! Mogą to być np. fotki pokazujące jak i gdzie przeżywacie sportowe emocje, z Waszej ulubionej trybuny, z Waszej ulubionej dyscypliny. Tak naprawdę może być to jednak cokolwiek. Podzielcie się tym TUTAJ a nagroda będzie udział w niebanalnych warsztatach motywacyjnych z mistrzami świata #poswojemu – Jakubem Bączkiem i Stephanem Antigą! Nie sugeruję nikomu tematyki, ale ponieważ znalazłem się w jury zdjęcia sportowe są na propsie;)

Liga Mistrzów: PSG wyrzutem dla szejków z City

Suarez rozbija Manchester City

Nie jest tak, że jeśli nie wygram w sezonie żadnego tytułu, to zostanę zwolniony – mówi trener Manchesteru City, Manuel Pellegrini „Guardianowi” przed rewanżowym meczem z Barceloną. I dodaje, że ponownie odpadnięcie z Ligi Mistrzów w 1/8 finału i brak obrony mistrzostwa Anglii wcale nie musi to dla niego oznaczać utraty posady.

A ja myślę, że wręcz przeciwnie. Wystarczy, że Manchester City znów skompromituje się w meczu z Barcą jak w pierwszym spotkaniu i tych obu przed rokiem, by arabscy właściciele walnęli pięścią w stół i nawet ewentualne wygranie Premier League nie uratuje posady Chilijczyka. Mistrzostwo, w które ciężko uwierzyć po ostatnich porażkach z Burnley i Liverpoolem, gdy strata do Chelsea wynosi już sześć punktów, przy jednym meczu rozegranym więcej.

Jak kluczowa dla szejków z Abu Zabi jest Champions League pokazali zwalniając poprzednika Pellegriniego – Roberto Manciniego – po mistrzowskim sezonie w lidze. Mimo kolejnych setek milionów funtów wpompowanych w transfery i płace gwiazd, ich City już szósty sezon bije w bije głową w mur w elitarnych rozgrywkach. Tymczasem właśnie dostali świeży przykład, że podobny projekt – drużyny bez tożsamości, budowanej od zera za grube petrodolary – ma jednak szanse powodzenia. Należące do szejków z sąsiedniego emiratu Paris Saint-Germain zachwyciło piłkarski świat eliminując po pasjonującym meczu (kończonym w dziesiątkę) faworyzowaną Chelsea, równie naszpikowaną gwiazdami, za to o wiele bardziej doświadczoną, z trenerem Jose Mourinho na ławce.

Pod tym względem Pellegrinie jest w tej samej sytuacji, co Laurent Blanc, krytykowany za kiepską taktykę i nieumiejętność wykorzystania potencjału PSG. I jego posada zależała od awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. I jego zadanie na Stamford Bridge wyglądało na mission:impossible, a jednak mu się udało. Bez spektakularnego wyniku na Camp Nou Pellegrini będzie mógł już w drodze powrotnej z Barcelony zacząć rozglądać się za miejscem do lądowania.

Swoją drogą dziwną przyjął metodę motywowania swoich piłkarzy przed heroicznym bojem. We wspomnianym wywiadzie dla „Guardiana” narzeka, że ma w składzie… zbyt mało angielskich piłkarzy. Chciałby ich więcej – dziś regularnie w pierwszym składzie występuje tylko Joe Hart – ale ceny Anglików są zawrotne. Powiedźmy, taki Luke Shaw. 35 milionów funtów za lewego obrońcę, bo jest Anglikiem? Drugie pytanie, czy można kupić Raheema Sterlinga z Liverpoolu? Być może, ale trzeba wyłożyć 100 milionów funtów. Idąc dalej, Gary Cahill, czy też kilka lat temu Frank Lampard? A jeżeli chcę kupić Anglika na pozycję, na której gra teraz Silva? Wayne Rooney? Nie ma takiego piłkarza, a jak już jest to klub nie chce się go pozbywać – marudzi Pellegrini.

Faktycznie, był długi czas, że mimo międzynarodowych gwiazd w składzie to angielscy zawodnicy nadawali drużynie charakteru, tworzyli jej kręgosłup i często przesądzali o sukcesach: w Manchesterze United wychowankowie Paul Scholes, Gary i Phil Neville, David Beckham i Ryan Giggs (uznajmy, że Walijczyk to prawie Anglik) czy kluczowi reprezentanci jak Rio Ferdinand czy Wayne Rooney, w Chelsea Frank Lampard i John Terry, w Arsenalu wciąż panuje tęsknota za zamierzchłymi czasami (ale już za panowania Arsene Wengera) charyzmatycznych angielskich liderów jak Tony Adams, Steve Bould, Martin Keown, Lee Dixon a nawet Sol Campbell.

Ale po pierwsze czy któryś z dzisiejszych reprezentantów Anglii znacząc odmieniłby oblicze Manchesteru City? Może jeden Rooney, który jak pamiętamy bliski był zresztą transferu do arcyrywala z miasta. Jeśli przyjrzeć się szerokiej kadrze City marudzenie Pellegriniego to jakiś absurd. Kogo ze składu mieliby wygryźć brakujący mu Anglicy? Sergio Agüero, Yaya Touré, Davida Silvę, Jovetića, Mangalę, Clichy’ego, Sagnę, Vincenta Kompany’ego (no może nie w obecnej formie), Pablo Zabaletę, Nasriego, Džeko, Kolarova, Jesús Navasa, Wilfrieda Bony’ego?

Pellegrini nie ma alibi. Dla takiej paki trzeba tylko wymyślić taktykę i odpowiednio ją zmotywować. Narzekania na brak Anglików w składzie to ostatnia rzecz jaka wzmocni ekipę przed bojem na Camp Nou.

Barcelona - Manchester City