Respect, mr Rooney

Wayne Rooney back in EvertonWayne Rooney skończył reprezentacyjną karierę. Na 119 meczach i zdobyciu 53 goli, choć za siedem meczów pobiłby rekord Anglii wszech czasów Petera Shiltona. Wielu wielkich piłkarzy kończy ostatnio przygodę z piłką, człowiek nie jest w stanie każdego przegnać, ale jego akurat chcę, ponieważ śledziłem jego karierę z bardzo bliska.

Odchodzi sam, nie dlatego, że ktoś z niego rezygnuje. Odrzucił powołanie trenera Garetha Southgate’a, który ostatnio go pomijał, ale znów chciał go w kadrze na mecze eliminacji MŚ. Trudno się dziwić selekcjonerowi. W ubiegłym sezonie Rooney przeżywał zjazd formy, stracił miejsce w Manchesterze United i rozegrał najmniej minut w karierze. Gdyby wówczas ogłosił koniec przygody z reprezentacją,

Anglicy pewnie przyjęliby to z ulgą albo wzruszeniem ramionami.

Ale właśnie po 13 latach z wielkim impetem wrócił do Evertonu, którego jest wychowankiem. Widać, że wyraźnie odżył. Dwa gole w pierwszych dwóch meczach, w tym gol nr 200. w Premier League, dzięki któremu „The Toffies” wyszarpali punkt na wyjeździe z faworyzowanym Manchesterem City. Znów gra jako napastnik, a nie pomocnik jak ostatnio u Jose Mourinho i widać, że futbol znów daje mu radość.

Już sama decyzja o powrocie do dawnego klubu budzi szacunek. W dzisiejszych komercyjnych czasach, mógł przecież wybrać łatwe pieniądze za śmieszną grę w Chinach, jak choćby jego kolega z MU, Carlos Tevez. Oferowano mu tam kosmiczne pieniądze – 50 mln funtów za dwa sezony gry. A jednak wolał podjąć wyzwanie. Wybrał klub, w którym raczej nie powalczy o tytuł ani europejskie trofea, ale za to bliski sercu i z kibicami, którym złamał serce odchodząc do rywala. Wielu z ich odzyskał wywiadem, w którym wyznał, że przez te wszystkie lata sypiał… w piżamie Evertonu, resztę postawą na boisku. Zamiast odcinania kuponów od sławy, wybrał ciężką harówkę w Premier Leage, zaprzeczając wielu nieprzyjaznym głosom, jest już skończony. Ma co udowadniać, ma motywację.

Jest coś romantycznego w tej historii powrotu Rooney’a do klubu, w którym się wychował jakby na przekór panującej obecnie w futboli logice. Niczym LeBron James, który w swoim czasie opuścił Cleveland Cavaliers i rodzinne Ohio, po to żeby w w gwiazdorskim składem Miami Heat zdobyć wreszcie mistrzostwo i wielką sławę. Ale gdy już się nasycił tytułami i rekordami, wrócił do dawnej drużyny, niczym zagubione dziecko, które znalazło drogę do domu, ale po drodze wiele się nauczyło. I poprowadził o historycznego pierwszego mistrzostwa NBA.

Rooney’owi ciężko będzie aż tak mocnymi zgłoskami zapisać się w historii Evertonu, który raz, że ma już na koncie dziewięć tytułów mistrza Anglii, a dwa że żaden piłkarz nie odmieni tak bardzo całej drużyny jak jeden koszykarz.

Toteż nikt nie ma do niego pretensji, że rezygnuje z reprezentacji, by skupić się na grze w Evertonie. Decyzję wsparli kibice i byłe gwiazdy jak Gary Lineker, Rio Ferdinand, Michael Owen, a nawet… oficjalne konto Manchesteru United.

Rooney odchodzi jako najlepszy strzelec w historii reprezentacji Anglii i najmłodszy zdobywca gola, ale też jak większość jego rodaków, niespełniony w narodowych barwach. Na każdy turniej jechał jako jego potencjalnie największa gwiazda i na każdym zawodził, jak reszta drużyny.

Ja zapamiętam go jednak z niesamowitego wejścia w świat dorosłego futbolu na Euro 2004 w Portugalii. Wjechał na boisku niczym 16-kołowiec na autostradę – bez respektu na nikogo, nawet dla ikon jak Zinedine Zidane, niczym taran, wszędzie tam gdzie akcja. Zaborczy, zagarniający piłkę kolegom, żeby wykonać rzut wolny.

Zdobył tam cztery gole, na chwilę stał się najmłodszym strzelcem w historii mistrzostw Europy, płakał jak bóbr po odpadnięciu po pechowej serii karnych z gospodarzami i rozczarowania nie osłodził mu nawet wybór do najlepszej jedenastki turnieju. Ani słowa trenera Svena Gorana-Erikssona, że ostatnio równie wspaniały debiut na wielkiej imprezie miał nastoletni Pelego na mundialu w Szwecji w 1958 roku.

Na mundialu w 2006 też miał być jedną z największych gwiazd. Sześć tygodni przed rozpoczęciem turnieju w Niemczech poleciałem na Old Trafford na wywiad z nim z okazji prezentacji nowych butów. Miałem tę przewagę nad kolegami pytającymi „co sądzi o chińskim, czeskim i węgierskim futbolu itd” że dwa razy zagrał przeciwko Polsce w eliminacjach i coś tam pamiętał. W dodatku – jak to sobie ustaliliśmy – jeśli Polska wyjdzie z grupy na drugim miejscu za Niemcami, a Anglia na pierwszym to znów na siebie trafimy.

Następnego dnia po wywiadzie, grając przeciwko Chelsea w nowiutkich, jak pamiętam, niebieskich butach złamał kość śródstopia. Cała Anglia zamarła, każdy serwis informacyjny zaczynał się od feralnej stopy i szans na to, żeby pojechał na turniej. Rozpoczął się wyścig z czasem przy wsparciu nowoczesnej medycyny, a ja zostałem z nieopublikowanym wywiadem jaki dziennikarzowi z Polski nie zdarza się często, ponieważ wszystko o czym mówił stało się nagle nieważne. Pamiętam, że tytuł brzmiał: „Anglię stać na zdobycie mistrzostwa świata!”

Przeżyłem zawód nie mniejszy niż sam Rooney później na mundialu. Ostatecznie pojechał do Niemiec, zagrał w dwóch grupowych meczach, ale nie dość, że gola nie zdobył, to jeszcze wyleciał z boiska w przegranym ćwierćfinale z Portugalią, wykartkowany przez Cristiano Ronaldo. Zaczęła się kolejna medialna saga: czy mogą nadal grać razem w jednej drużynie…

Wayne Rooney

 

Depresja Aarona Lennona

Aaron LennonGdy w ostatnich dniach wszyscy zachwycaliśmy się strzeleckimi rekordami Messiego w El Clasico, Cristiano Ronaldo w Lidze Mistrzów i w ogóle wielkim futbolem, na jego przeciwległym, zacienionym krańcu szczęśliwie udało się uniknąć wielkiej tragedii. Brytyjska policja zatrzymała i na mocy ustawy o zdrowiu psychicznym „Mental Health Act” doprowadziła do przymusowego leczenia Aarona Lennona, 21-krotnego reprezentanta Anglii.

„Zarabiający 55-tysięcy tygodniowo zawodnik leczony z powodu stresu!” wybił w tytule jeden z brukowców, jakby fakt zarabiania sporych pieniędzy automatycznie zapewniał dożywotnią nirwanę. Niestety, jak przekonujemy się już po raz kolejny, gra w piłkę nożną, a zwłaszcza ciężar związanych z tym oczekiwań potrafią doprowadzić do załamania nerwowego.

Lennon został zatrzymany w niedzielne popołudnie na przedmieściach Manchesteru. Policję wezwał ktoś, czyj niepokój wzbudził „mężczyzna w klubowym dresie, przechadzający się w niepewny sposób wzdłuż ruchliwej autostrady M602”. Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, po krótkiej rozmowie z piłkarzem uznali, że skrzydłowy Evertonu mógł próbować popełnić samobójstwo i odwieźli go do szpitala w Salford.

Klub wydał lakoniczne oświadczenie: „Aaron Lennon znajduje się obecnie pod opieką lekarzy. Przechodzi leczenie ze względu na chorobę związaną ze stresem. Wspieramy go i prosimy wraz z rodziną o uszanowanie prywatności”.

W mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo słów wsparcia, życzenia powrotu do zdrowia i modlitwy ze strony obecnych i byłych kolegów z drużyny jak Stan Collymore, który publicznie opowiadał o swojej walce z depresją. Były napastnik reprezentacji Anglii, Andy Johnson zorganizował akcję charytatywną – za każde podanie dalej jego tweeta przeznaczył 10 pensów na fundację zdrowia psychicznego „Mind”. A były klub, Tottenham wezwał kibiców by podczas najbliższego meczu z West Ham Utd wsparły Lennona owacją w 7. minucie (grał z tym numerem na koszulce).

Piękne gesty, jak dobrze, że napływają po szczęśliwie niedoszłej tragedii. Pytanie czy środowisko zrobiło wystarczająco dużo, żeby do niej nie doszło? Czy Lennon nie powinien dostać wsparcia wcześniej?

Stowarzyszenie Zawodowych Piłkarzy (PFA) ujawniło przy tej okazji, że co rok rośnie liczba zawodników korzystających z pomocy psychologicznej zapewnianej przez organizację od 2012. W ubiegłym roku skorzystało z niej 62 piłkarzy (i 98 byłych piłkarzy). Jej szef Michael Bennett zastrzegł jednak, że depresja nie jest problemem piłkarskim, ale społecznym. „Skoro dotyka w coraz większym stopniu społeczeństwa, to również i futbolu. Bo piłkarze to po prostu ludzie”.

Na razie nie wiadomo czy korzystał z niej i Lennon. Jak poczytać angielską prasę, powinien. Z ciężarem oczekiwań zmagał się bowiem od 12 roku życia. To wówczas młodego juniora Leeds okrzyknięto „nadzieją angielskiego futbolu”, a prezesi i trenerzy podkreślali, że „nie mogą doczekać się kiedy będzie mógł grać w pierwszym składzie”. Musieli zaczekać do 2003 aż skończył 16 lat i 129 dni. Trzy lata później już jako zawodnik Tottenhamu przegrał walkę o tytuł Najlepszego Młodego Piłkarza Premier League z Wayne Rooney’em.

Choć w barwach reprezentacji Anglii zagrał na dwóch mundialach (w 2006 i 2010) trudno nazwać jego karierę spełnioną. Jego wyjątkowa szybkość zamiast przynieść mu splendor, stawała się powodem do żartów w mediach społecznościowych, zwłaszcza że nie szła za nią skuteczność.

W Tottenhamie nie widział dla niego miejsca Mauricio Pochettino, a w Evertonie z czasem – Ronald Koeman. W tym sezonie Premier League wystąpił w 11 meczach, ale od 2 stycznia spędził na boisku zaledwie 17 minut. Koeman tłumaczył niedawno jego nieobecność w składzie tym, że zawodnik nie jest w odpowiedniej formie fizycznej. Czy nie zdawał sobie sprawy z pogarszającego się stanu psychicznego swego zawodnika?

Niestety sytuacja przypomina okoliczności tragicznej śmierci niemieckiego bramkarza Roberta Enke, który w 2009 roku rzucił się pod pociąg osierocając córeczkę. Podobnie jak Lennonowi, od dziecka wróżono wielką karierę i widziano w nim przyszłą ostoję reprezentacji Niemiec. Przekleństwem okazało się dla niego spełnienie marzeń czyli transfer do Barcelony w wieku 25 lat, gdzie musiał zmierzyć się gigantyczną presją i krytyką za puszczane gole, także ze strony kolegów. Wypożyczony do Fenerbahce, nie został zaakceptowany przez kibiców, tęskniących za oddanym do Barcy ulubieńcem Recberem Rustu. Obrażany, obrzucany butelkami, monetami i zapalniczkami przez własnych fanów po przegranym meczu, nigdy nie zagrał już Turcji.

Wrócił do Bundesligi, gdzie wydawało się, że odżył w Hannoverze. Ale odrzucenia i przegrania rywalizacji o bramkę reprezentacji bał się tak bardzo, że popadł w depresję. Potęgowaną przez strach, że w razie jej ujawnienia straci i pracę i adoptowaną córeczkę. O tym co naprawdę przeżywał ten, z którym spędzili tyle wspólnych treningów, koledzy z klubu dowiedzieli się dopiero z pożegnalnego listu.

W przypadku Lennona koledzy z drużyny również mówią o szoku. Nikt się tego nie spodziewał, nikt się nie zorientował co w nim się gotuje, Aaron nie wysyłał żadnych sygnałów, że może być tak źle…

Dobrze, że udało się powstrzymać przed wysłaniem najbardziej desperackiego sygnału z możliwych… Aaron Lennon

Hej Premier League, czas na zmiany! Chcę moje mecze o 16:00!

Rooney 250 goal!Chciałem w weekend obejrzeć mecz Stoke City z Manchesterem United – żeby przypadkiem nie przegapić 250. gola Wayne’a Rooney’a w barwach „Czerwonych Diabłów” – i ku mojemu zdziwieniu po raz kolejny okazało się, że w CANAL+ SPORT nie transmitują na żywo spotkania o 16:00. Jakże to tak? Rozumiem, że „zimne, sobotnie popołudnie na Britannia Stadium”, ale jednak gra najbardziej popularny i silny marketingowo klub świata, z Ibrą, Pogbą, wspomnianym Rooney’em w składzie, o Jose Mourinho na ławce nie wspominając. Nie trzeba umysłu Sherlocka Holmesa, żeby przewidzieć, że mecze MU napędzają oglądalność każdej telewizji. Zasięgnąłem więc języka u żródła, czyli u przyjaciół z C+.

Co się okazuje. Gdyby tylko stacja mogła, pewnie że pokazywałaby najciekawsze mecze o 16. (zazwyczaj rozgrywanych jest wówczas równolegle kilka spotkań). Ale nie może ze względu na wieloletnią wyspiarską tradycję – wyjaśnił mi Tomek Smokowski. Pewnie nie wszyscy wiecie, że Angielska Federacja Piłkarska jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku wprowadziła regulacje, zgodnie z którymi mecze ligowe rozgrywane w soboty o 15:00 (GMT czyli ich czasu) nie mogą być pokazywane na żywo w telewizji. Pomysłodawcom chodziło o zachęcenie kibiców do przychodzenia na stadiony. Czasy się zmieniają, frekwencja na meczach Premier League rośnie, latami trzeba czekać na wolny karnet, rosną też sumy jakie stacje telewizyjne płacą za prawa transmisji (obecny trzyletni kontrakt kosztował SKY 5 miliardów funtów, a przepis wciąż obowiązuje! Tradycja ponad wszystko! O 15:00 miejscowego czasu meczu w Wielkiej Brytanii legalnie nie obejrzycie. I to nie tylko meczu Premier League. Jak opowiada Smok, kiedy ostatnio El Clasico ruszało o 16:00, też nikt go na Wyspach nie pokazywał. W tym czasie na wszystkich sportowych stacjach lecą wyścigi konne. Oczywiście poza Brytanią ten zakaz nie obowiązuje i stacje telewizyjne posiadające prawa do Premier League w Europie i na świecie mogą bez problemu transmitować te mecze. Chociaż i je pośrednio dotyka ta regulacja – muszą wybierać do transmisji jeden z kilku rozgrywanych jednocześnie meczów.

Smok szerzej o tym opowiedział w poniedziałkowej Misji Futbol (od 16:50)

Jednak globalizacja spowodowała zgrzyt w tym systemie i kłopot ze skutecznym egzekwowaniem anachronicznego przepisu. Potrzeba jest matką wynalazków i jeśli jest problem z dostępnością na rynku jakiego dobra bądź usługi, a popyt na nie jest duży, to zawsze znajdzie się sposób na dostarczenie pożądanego „towaru”. A już mistrzami w znalezieniu potrzebnej „furtki” są nasi rodacy, których jak wiadomo na Wyspach nie brakuje. Wraz z nimi do Anglii trafiły dekodery platformy nc+, w których mecze o 16:00 można dotąd było oglądać bez problemu. A następnie i do angielskich pubów, których goście, racząc się ulubionym Guinnessem, Fuller’s London Pride czy
Bishops Fingerem mogą oglądać w telewizji mecze o „zakazanej godzinie”.

Jest to oczywiście proceder niezgodny z prawem, zdecydowanie zwalczany przez Premier League. Każdej soboty tysiące „tajemniczych klientów” (mystery shoppers) ruszają do pubów kontrolując czy nie jest łamany zakaz z lat 60. XX wieku. I ciągle znajdują lokale, którymi zawiadują nieuczciwi właściciele, i którzy nic sobie nie robią z tego staroświeckiego zakazu. W efekcie obrywa nc+ i my widzowie, bowiem brak meczów o 16. w zagranicznych stacjach to efekt wkurzenia Anglików. Trudno właścicieli praw telewizyjnych winić za zdecydowaną walkę z piractwem, na którym traci cały biznes medialny, sportowy, kibice i Skarb Państwa.

A przecież rozwiązanie wydaje się proste – wystarczyłoby wyłączyć sygnał w „złapanych na gorącym uczynku” dekoderach i po kłopocie. Niestety, zawiłości prawa brytyjskiego i europejskiego powodują, że to nie jest takie proste. Łatwej jak się okazuje ograniczyć nadawcę z Polski, uderzając przy okazji w fanów Premier League znad Wisły. A już najlepszym i najprostszym pomysłem, który definitywnie załatwiłby sprawę byłoby zniesienie anachronicznych regulacji, dzięki czemu znacznie zyskałaby pozycja Premier League na całym świecie. Obawiam się jednak, że Anglicy będą się kurczowo trzymać tradycji jak jeżdżenia po lewej stronie.

Chyba, że ktoś z Was zna jakieś lepsze rozwiązanie tego galimatiasu, czekam na prpozycje w komentarzach…

Boski Klaudiusz, czyli dwa cesarskie żywoty

Claudio Ranieri i Cesarz Klaudiusz„Latami grałem przygłupa
idioci żyją bezpieczniej
spokojnie znosiłem obelgi
gdybym zasadził wszystkie pestki
jakie rzucano mi w twarz
wyrósłby gaj oliwny
rozległa palmowa oaza (…)”

Przywołuję fragment wiersza Zbigniewa Herberta „Boski Klaudiusz” ponieważ postać, życie i droga do spektakularnego sukcesu rzymskiego Cesarza Klaudiusza jak ulał do oklaskiwanego właśnie za zdobycie mistrzostwa Anglii z Leicester City trenera Claudio Ranieriego. Po latach powszechnej pogardy, lekceważenia, nieustannych porażek i klapsów od losu, dziś włoskiego szkoleniowca wszyscy podrzucają w górę niczym żołnierze gwardii pretoriańskiej nieszczęsnego Klaudiusza, gdy po zamordowaniu Kaliguli obwołali go cesarzem w 41 roku po Chrystusie.

Niczym lud Rzymu, który po latach krwawej i zwyrodniałej tyranii fetował wstępującego na tron nieśmiałego jąkałę, Ranieriego wychwalają dziś wszystkie media na całym świecie. Brawo biją mu uznani koledzy po fachu od Carlo Ancelottiego po Pepa Guardiolę, hołd oddają nawet dawni nieprzyjaciele jak Jose Mourinho, który niegdyś wypominał Włochowi ironicznie „zero tytułów” i głosił, że w wieku 74 lat prochu nie wymyśli, choć biedak miał 20 lat mniej.

„La Gazzetta dello Sport” umieściła nawet na okładce grafikę marmurowej rzeźby swego rodaka w stylu rzymskich popiersi, dając jednak mylny tytuł „King Claudio”. Rozumiem, że angielskie słowo „król” miało podkreślić zapewne sukces osiągnięty w Premier League, ale przecież to właśnie cesarz Klaudiusz dokonał ostatecznego podboju Brytanii, zapoczątkowanego przez Juliusza Cezara.

Wybaczcie, że będę brnął głębiej w to porównanie, ale po latach studiowania filologii klasycznej po prostu nie umiem odmówić sobie tego odwołania do Antyku. Zwłaszcza że oba wydarzenia wydaje się łączyć kompletna sprzeczność z logiką. Nie wiem czy i jaki kurs przyjmowali starożytni bukmacherzy na to, że władzę nad największym imperium świecie obejmie kiedyś schorowany od dziecka, uważany za niedorozwiniętego, poniżany nawet przez własną rodzinę Tiberius Claudius Caesar Augustus Germanicus, ale spokojnie mogło to być 5000 aureusów do 1 (wg Seneki dzienny koszt wyżywienia jednej osoby wynosił dwa auerusy). Czyli kurs za wydarzenie niemożliwe do spełnienia. Jak 5000:1 funtów za mistrzostwo Leicester.

AureusKlaudiusz urodził się jako wcześniak w Galii w obozie swego ojca, wielkiego wodza, Druzusa Starszego. Ledwo przeżył poród, przeszedł paraliż dziecięcy na skutek którego utykał na jedną nogę, ślinił się, jąkał, miał mimowolne ruchy mięśni twarzy oraz podrzuty głowy. Z powodu świnki ogłuchł na prawe ucho.

Członkowie rodziny cesarskiej uznali, że musi być upośledzony umysłowo i trzymali go z dala od świata publicznego. Babka Liwia, żona Cesarza Augusta traktowała go jak idiotę i nie zgadzała się nawet, by jadał wraz z rodziną. Własna matka Antonia nazywała go „monstrum zaczętym, ale nie dokończonym przez naturę” i gdy chciała komuś wytknąć głupotę, mówiła, że jest głupszy niż jej syn, Klaudiusz.

Izolowany przez całe dzieciństwo i młodość, poświęcał czas na czytanie, zdobywając szeroką wiedzę, zwłaszcza z historii, na temat której napisał kilka wartościowych prac. Ze starych ksiąg nauczył się wymarłego już wówczas języka etruskiego i władał nim jako jedyny w Rzymie.

Nie traktowany poważnie, nie piastując nigdy żadnych urzędów państwowych, zwyczajowo powierzanych członkom elity, był na uboczu intryg politycznych i bezwzględnej walki o władzę po Auguście. Pozwoliło mu to uniknąć otrucia przez babkę Liwię, wygnania czy wciągnięcia do spisku, co stało się udziałem jego liczonych krewnych, w tym brata Germanika i siostry Liwilli.

Ostatecznie jako jedyny z rodziny przeżył szalone i zbrodnicze rządy swego bratanka, Kaliguli, który wcześniej miał udusić Cesarza Tyberiusza. Klaudiusz przeżył ponieważ i Kaligula nie traktował go poważnie: mianował „stryjka Klodzia” konsulem wyłącznie dla żartu, tak samo jak swego ulubionego konia wyścigowego Incitatusa – senatorem. Był to zresztą pierwszy publiczny urząd sprawowany przez Klaudiusza, który miał wówczas 46 lat. To otworzyło mu drogę do przejęcia władzy gdy szaleństwa Klaudiusza przeszły wszelką miarę i został zamordowany.

Dokładnie takim samym cudem jest zdobycie mistrzostwa najtrudniejszej i najbardziej konkurencyjnej ligi świata z drużyną, która w poprzednim sezonie z trudem obroniła się przed spadkiem. Do tego pod wodzą trenera, który dopiero co poniósł największa klęskę w karierze: prowadzona przez niego reprezentacja Grecji uległa w eliminacjach Euro 2016 Wyspom Owczym, grzebiąc szanse turniej we Francji.

Karierze, uczciwie przyznajmy, średnio porywającej. Ranieri mimo że przez 29 lat prowadził takie potęgi jak Chelsea (już w czasach Romana Abramowicza), Juventus, AS Roma czy Inter Mediolan, jedyne istotne trofea jakie zdołał wywalczyć to dwa Puchary Włoch (z Fiorentiną) i Puchar Króla (z Valencią). Lekceważyli go nie tylko trenerzy rywali, ale właśni piłkarze, a nawet prezesi klubów, którzy go zatrudniali. Gdy obejmował Valencię w 1997 roku jej prezes Francisco Roig przedstawił go piłkarzom w szatni jako „pan Rinaldi”.

Dziś czeka na swojego Swetoniusza lub Tacyta. „Żywot cesarza Claudio. Od czasów najdawniejszych do mistrzostwa z Leicester” będzie bestselerem.

Claudio Ranieri 

„Będąc młodą lekarką”, czyli awantura o dr Evę

Eva Carneiro i Jose Mourinho

Nie ma Jose Mourinho szczęścia do kobiet. Publiczne pretensje do Sary Carbonero, partnerki Ikera Casillasa – słuszne czy nie – w swoim czasie popsuły atmosferę w szatni Realu Madryt i przerodziły się w konflikt z bramkarzem reprezentacji Hiszpanii, na którym nie zyskała żadna ze stron. Dziś cały świat kibicuje i śle wyrazy wsparcia głównej lekarz Chelsea, Evie Carneiro, na której Portugalczyk wyżywa się po stracie punktów ze Swansea i szykanuje, odsuwając od pracy z piłkarzami „The Blues”, bo śmiała bez jego przyzwolenia pomóc jednemu z nich gdy cierpiał na boisku. Co mogło doprowadzić do straty bramki, ale nie doprowadziło. Rażąca niesprawiedliwość z jaką potraktował lekarkę wykonującą przecież swoje obowiązki i nieprzejednanie w jakim trwa, zabraniając jej nie tylko pracy podczas meczów, siadania na ławce, a nawet wstępu do hotelu drużyny, spotkała się ze zdumieniem i oburzeniem nie tylko kolegów po fachu Carneiro, nie tylko 350 tysięcy kibiców „The Blues”, którzy masowo okazali jej wsparcie na Facebooku, ale nawet samego właściciela Chelsea, Romana Abramowicza. Po co Mourinho ta awantura ze wzbudzającą powszechny szacunek i sympatię lekarką, z której może wyjść wyłącznie przegrany?

Czym podpadła mu dr Eva? Eden Hazard, któremu pobiegła z pomocą, zwijał się w bólu. Wyraźny sygnał do interwencji lekarza dał zresztą sędzia spotkania, Michael Oliver i to dwukrotnie! Czy miała go zlekceważyć? Gdy wbiegła na murawę wraz z fizjoterapeutą, Mourinho podskoczył za linią boczną jak rażony prądem. Wiadomo bowiem, że piłkarz opatrywany przez lekarza musi opuścić boisko i może wrócić dopiero po pozwoleniu arbitra. Oznaczało to, że grająca już w osłabieniu Chelsea (czerwoną kartkę dostał wcześniej Thibaut Courtois), musiała przez chwilę grać w dziewiątkę. Na konferencji Portugalczyk z wściekłością skrytykował swój sztab medyczny, przekonując, że Hazard nie doznał żadnego urazu, a jedynie był zmęczony. I dodał, że „nieważne, czy jesteś doktorem czy sekretarką siedzącą na ławce drużyny, musisz znać się na futbolu i rozumieć go”.

Były gwiazdor reprezentacji Anglii, ekspert BBC, Gary Lineker spuentował napisał na Twitterze, że być może sam złoży aplikację do sztabu medycznego Chelsea, bo na futbolu się zna, za wiedza medyczna jest jest tam szczególnie konieczna”. Wsparcia udzielili Carneiro koledzy. Lekarz WBA, Dr Mark Gillett i szef „Premier League Doctors’ Group” nazwał postępowanie Mourinho „skrajnie niesprawiedliwym” i torpedującym wysiłki władz ligi i stowarzyszenia by poprawić bezpieczeństwo zawodników. Odezwał się nawet lekarz krykietowej reprezentacji Australii, Peter Brukner, który domaga się przeprosin dla sztabu medycznego.

Eva Carneiro John Terry i Jon FearnMourinho brnie jednak w zaparte i podtrzymuje szykany. Postawa „Lorda Vadera” świata futbolu, nienawidzonego, ale zwycięskiego, używającego do osiągnięcia sukcesu „ciemnej strony mocy”, prowokującego trenerów, piłkarzy rywali, sędziów a nawet całe federacje to dla Mourinho chleb powszedni. Lubi ustawiać się wraz z drużyną w kontrze do całego świata, czynić z niej oblężoną twierdzę i zawsze mieć pod ręką wygodnego „wroga”. Od spiskującej przeciwko jego drużynie UEFA po złośliwych chłopców do podawania piłek. Rzadko jednak znajdował ich wśród pracowników własnego klubu. Choć po prawdzie Carneiro dostaje się po raz drugi. W styczniu ochrzanił ją za to, że dla odmiany zbyt wolno biegła zająć się kontuzjowanym Oscarem.

Oskarżenia o seksizm to oczywisty absurd. Kwestie płci są pewnie ostatnia rzeczą, którą kieruje się w pracy. Gdyby na miejscu dr Evy był jakiś facet, być może dostałby mu się jeszcze mocniej. Nie przekonuje mnie też do końca teza dziennikarza „Tygodnika Powszechnego”, Michała Okońskiego w sport.pl, że to po prostu kolejna wrzutka, której celem – jak mnóstwa poprzednich – jest odciągnięcie uwagi mediów od kondycji drużyny przed ważnym starciem z kontrkandydatem do tytułu (w sobotę Chelsea gra z Manchesterem City).

To prawda, że zamiast pytać o dwa bolesne niepowodzenia: porażkę w meczu o Tarczę Wspólnoty z obśmiewanym przez Mourinho Arsenalem i stratę punktów u siebie ze Swansea, którą w ubiegłym sezonie Chelsea wysoko ogrywała (5:0 na wyjeździe), wszyscy skoncentrują się na odsunięciu od drużyny tyleż uroczej, co kompetentnej lekarki (najmniej kontuzji w ubiegłym sezonie). Nie wierzę jednak, że taki by jego plan. Byłaby to wrzutka granatu między własne szeregi, koszty odwrócenia uwagi byłby zbyt wysokie.

To raczej efekt stresu wywołanego niepowodzeniami i słabszą postawą kluczowych zawodników od tak solidnych w ubiegłym sezonie obrońców, przez nieprzekonujących pomocników Fabregasa i Matica, po nie do końca wyleczonego Diego Costę w ataku i Falcao, który wciąż przypomina siebie z Manchesteru United, a nie Atletico. Oraz na karb frustracji wywołanej brakiem kontroli nad wszystkim, utraconej wraz z wydaniem zgody przez Abramowicza na przejście Petra Cecha do Arsenalu. Carneiro też zrobiła coś wbrew jego woli, ale ją w przeciwieństwie do właściciela „The Blues” może za to skarcić. Więc karci.

Z awantury tej Mourinho wychodzi jako seksistowski cham, do tego nie liczący się ze zdrowiem własnych zawodników, choć tak naprawdę trudno znaleźć trenera bardziej dbającego o swoich piłkarzy. I okazującego więcej szacunku i zainteresowania pracownikom klubu aż po odźwiernego bramy. Eva Carneiro i Jose Mourinho

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

Premier League w Trójkącie Bermudzkim

Anglia poza Ligą MistrzówLedwo minął miesiąc od ogłoszenia rekordowego kontraktu za prawa do transmitowania ligi angielskiej (ponad 5 miliardów za trzy sezony, co daje 113 tysięcy funtów za każdą minutę każdego meczu), a „najsilniejsza, najbogatsza i najbardziej ekscytująca ligi świata” skompromitowała się nie wprowadzając ani jednego przedstawiciela do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Po raz drugi w ostatnich trzech sezonach. Żeby tylko Premier League blado wypadła na tle ligi hiszpańskiej, która znów ma w ćwierćfinale trzech reprezentantów. Siarczysty policzek wymierzyła jej liga francuska, której PSG i Monaco wyeliminowało Chelsea i Arsenal, portugalska i przeżywająca kryzys finansowy liga włoska. Europa potraktowała angielskie kluby równie bezlitośnie jak Leo Messi piłkarzy Manchesteru City swoimi „kanałami”.

***
Ta kolejna klęska angielskich drużyn urasta do zagadki Trójkąta Bermudzkiego. Jak to możliwe, że ekipy mające na pokładzie najlepszy sprzęt i najlepszych na świecie specjalistów, których umiejętności i doświadczenie nie budzą wątpliwości, zamiast pewnie i bezpieczne przepłynąć z portu do portu znikają po drodze za sprawą sił iście paranormalnych. Przecież mówimy tu o lidze najbogatszej ze wszystkich, z którą finansowo równać mogą się jedynie futbolowe, baseballowe i koszykarskie odpowiedniki zza Oceanu.
Już dziś przecież szef Premier League chwali się, że spadkowicz po ubiegłym sezonie – Cardiff City zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium, a beniaminek Burnley finansowo stoi lepiej niż taki Ajax Amsterdam. Gdy nowy kontrakt wejdzie w życie wspomniane Burnley będzie pewnie stać na wykupienie połowy składu Juventusu Turyn czy FC Porto, a Premier League stanie się jeszcze bardziej wyrównana i atrakcyjna.
Pytanie czy już nie stała się ofiarą własnego sukcesu i atrakcyjności. Silna liga dzięki solidarnemu podziałowi wpływów z praw telewizyjnych sprawia, że jak w żadnej inne każdy jest w stanie wygrać tu z każdym. Nigdzie nie ma takiej konkurencji jak na Wyspach. Właśnie trwa tam pasjonująca walka o Ligę Mistrzów z udziałem aż siedmiu drużyn. Tylko czy właśnie z powodu tak wyczerpującej rywalizacji co kolejka, później angielskie drużyny kompromitują się w grupie Ligi Mistrzów (mniej – jak Arsenal czy City, lub bardziej – jak Liverpool, który zdołał wygrać tylko z Łudogorcem Razgrad), a po wyjściu z niej na drugim miejscu natychmiast odpadają?
Właśnie intensywność rywalizacji w Premier League, a przy tym brak dobrodziejstwa przerwy zimowej do pewnego stopnia tłumaczy niemoc angielskich drużyn. Bo już nie sama ilość spotkań. Barcelona eliminując City miała na koncie jedno spotkanie więcej, Chelsea dokładnie tyle samo co PSG (przed rewanżowym meczem miała za to cały tydzień na odpoczynek), a Arsenal, upokorzony na własnym stadionie przez Monaco, zaledwie dwa spotkania więcej niż Francuzi.
Ogromne pieniądze, przyznawane bez względu na wynik na koniec sezonu też nie są bez wpływu na kluby i samych zawodników. Demoralizują przepłaconych piłkarzy, którym ciężej o motywację. I kluby, które z kolei przestają prowadzić rozsądną politykę transferową. Ich kadry rozrastają się do gigantycznych rozmiarów. Tworzą przy tym gwiazdozbiór bez tożsamości. Jak na lekarstwo w nich wychowanków albo choćby Anglików, bo ich ceny są wywindowane pod niebiosa. Ostatnio narzekał na to zjawisko trener City, Manuel Pellegrini, który utyskiwał w „Guardianie”, że choć chciałby mieć w składzie angielskich zawodników, nie ma ich skąd wziąć, bo byle lewy obrońca jak Luke Shaw wyceniany jest na 35 milionów funtów, a za Raheema Sterlinga musiałby zapłacić Liverpoolowi ze 100 milionów funtów.
***
Poza tym wspólnym mianownikiem historia klęski każdej z angielskich drużyn jest inna. W Manchesterze City szósty raz z rzędu zawiódł trener nie umiejący wykorzystać potencjału światowej klasy, ale już co raz bardziej podstarzałych, milionerów (najwyższa średnia wieku ze wszystkich drużyn w Champions League). Chelsea zatraciła to co zawsze charakteryzowało drużyny Jose Mourinho: pozwoliła sobie strzelić gole po stałych fragmentach, w samej końcówce meczu i dogrywki, nie potrafiła wykorzystać gry z przewagą zawodnika. Jak tłumaczył sam Portugalczyk, nie uniosła presji. A Arsenal po raz piąty zrealizował doroczny scenariusz: zawalił kompletnie mecz u siebie, by w heroicznej pogoni w rewanżu zabrakło mu jednej bramki do awansu. Obie londyńskie drużyny odpadły z powodu goli na wjeździe.
I tu właśnie najzabawniejszy sposób na wyjście angielskich drużyn z europejskiego impasu znalazł Arsene Wenger. Zastrzegł co prawda, że żadnego kryzysu nie widzi, dodał za to, że dobrze byłoby zrezygnować z… reguły, że gole zdobyte na wyjeździe liczą się podwójnie. Jego zdaniem przepis jest przestarzały, wymyślono go w latach 60. ubiegłego wieku żeby zachęcić drużyny do ofensywnej gry na wyjeździe zamiast kurczowej obrony. Nie pasuje do współczesności, w której gole na wyjeździe znaczą zbyt dużo, należy więc go zmienić. Rzeczywiście zarówno rywalizacja Arsenalu z Monaco jak i Chelsea z PSG skończyła się wynikiem 3:3. Czy Anglikom wystarczy więc wyćwiczyć rzuty karne?

5 miliardów za Premier League czyli sok z suszonych śliwek

 

Miliardy za Premier League

Czy rekordowe 5,1 miliarda funtów za prawa do transmisji Premier League to wspaniała wiadomość tylko dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości i dealerów Ferrari?

5 000 000 000.

Słownie: pięć miliardów. Funtów. Na nasze to 29 miliardów złotych. Góra pieniędzy trudna do wyobrażenia. Więcej niż wynosi roczny budżet Islandii, w końcu europejskiego kraju, Wybrzeża Kości Słoniowej, niedawnego triumfatora Pucharu Narodów Afryki, Paragwaju, Jamajki, Gruzji czy Senegalu i setki państw i państewek. Albo jeśli ktoś woli, więcej niż PBK Mołdawii lub Czarnogóry. Dokładnie 5 136 000 000 funtów zapłaciły telewizje Sky Sports Ruperta Murdocha i BT Sport należąca do brytyjskiego giganta telefonicznego za prawa do transmisji meczów Premier League na trzy sezony (w latach 2016-19). Do transmisji meczów tylko na Wyspach! Dopiero w przyszłym roku Premier League sprzeda prawa na zagranicę i bardzo możliwe, że zgarnie drugie tyle – już w poprzednim trzyletnim rozdaniu azjatyckie, europejskie i amerykańskie stacje zapłaciły 2 miliardów funtów.
Obie stacje pokażą przez trzy lata w sumie 504 spotkania (rekordowe 168 w sezonie), oznacza to, że każdy spotkanie jest warte 10 milionów 190 tysięcy funtów, a każda minuta – czy to szlagierów jak Chelsea – Manchester City, Derbów Północnego Londynu czy meczu ciężej strawnego w rodzaju grudniowego Newcastle United – Stoke – 113 tysięcy funtów. W porównaniu z obowiązującym wciąż kontraktem cena praw wzrosła o 70 procent!
Dla Premier League to premia za status najbardziej wartościowych rozgrywek piłkarskich świata – zgodnie z raportem Credit Suisse, który wśród rozgrywek w ogóle wyżej stawia tylko futbolową NFL, koszykarską NBA i basebalową MLB, ale amerykańskie ligi mają o wiele więcej drużyn, ich lokalny rynek jest o wiele większy i pokazywane są w otwartych telewizjach. Oraz skutek przyjętego dawno temu przez Anglików systemu podziału pieniędzy z praw telewizyjnych, w którym cała suma dzielona jest na trzy cześci: 50% podlega równemu podziałowi między wszystkie kluby, nie ważne czy to mistrz Anglii, klub z wielkimi tradycjami czy debiutujący w elicie. 25 % zależy od liczby transmitowanych meczów, a kolejne 25 % od miejsca w tabeli na koniec sezonu.
Czyli inaczej niż w Hiszpanii, gdzie Real Madryt i FC Barcelona rozparcelowują między siebie połowę pieniędzy z praw telewizyjnych. Kluby Primiera Division częściej ostatnio triumują w Lidze Mistrzów, to ich gwiazdy – Leo Messi i Cristiano Ronaldo – od sześciu lat dzielą miedzy siebie Złotą Piłkę, podczas gdy ostatnim rerpezentantem Premier League, który przebił się do finałowej trójki był w 2008 Ronaldo jeszcze jako zawodnik Manchesteru United. Ale to właśnie z powodu duopolu Barcy i Realu – z rzadka przełamywanego przez kogoś jak ostatnio Atletico Madryt – dla których cała reszta ligi jest tłem, hiszpański rynek praw telewizyjnych wart jest niecałe 600 milionów funtów za sezon, czyli niemal czterokrotnie mniej od angielskiego.
Premier League jest zdecydowanie bardziej wyrównana, a przez to bardziej ekscytująca i atrakcyjna dla widzów, stąd jej oglądalność jest na świecie dwukrotnie większą od La Liga. Jak szczycił się jej dyrektor zarządzajacy, Richard Scudamore podczas ogłaszania nowego kontraktu, ostatni klub minionego sezonu, Cardiff City potrafił pokonać przyszłego mistrza Anglii – Manchester City – zaś z praw telewizyjnych zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium (62 miliony funtów w porównaniu z 27 milionami Bawarczyków). Co ciekawe Cardiff zainkasował tylko 1,5 razy mniej od Manchesteru United, klubu, który zarobił wówczas najwięcej. W Hiszpanii giganci zarabiają 6,5 razy więcej niż ostatni klub tabeli.

Telewizje kochają Premier LeagueNie potrzebna była zresztą bomba z angielskimi miliardami, by Real i Barca już jakiś czas temu wyraziły gotowość do renegocjacji warunków podziału wpływów z praw telewizyjnych, najwyraźniej kalkulując, że warto ustąpić, by później zarobić jeszcze więcej w silniejszej i bardziej konkurencyjnej lidze.
Scudamore podł też przykład Burnley, beniaminka walczącego o utrzymanie w Premier League, który „jest pod względem ekonomicznym większym klubem niż Ajax Amsterdam”. Od 2016 roku będzie pod tym względem jeszcze lepiej. Zakładając, że jakaś drużyna przegra wszstkie co do jednego mecze w sezonie i tak na jego koniec otrzyma 99 milionów funtów, czyli nie wielie mniej niż Real i Barca! A mistrz Anglii – 159 minionów.
- Futbol został zalany forsą. Teraz obetnijcie ceny biletów, niech znów mogą sobie na nie pozwolić prawdziwi kibice – skomentował na Twitterze Gary Lineker, jeden z nielicznych na Wyspach, którzy nie zachłystnęli się sumą kontraktu. Wtórował mu dziennikarz “Daily Telegraph” Henry Winter, wzywając do wyznaczenia maksymalnej ceny 20 funtów na bilety na mecze wyjazdowe, czyli dla najwierniejszych fanów i zniżek dla młodzieży do 24 lat, by nie stracić “całego pokolenia, które poszuka sobie rozrywki gdzie indziej”.
To nie jedyne wątpliwości jakie ogarnęły Anglików co efektu gigantyczneg kontraktu. – Na razie to wspaniała wiadomość dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości, dealerów Ferrari… – ironizował Winter. Podobne obawy ma były właściciel Tottenhamu, Alan Sugar, który stwierdził, że miliardy Sky i BT Sport wpompowane w angielski wywołają efekt “soku z suszonych śliwek”, czyli szybko zostaną „wydalone z organizmu”, prosto do kieszeni zawodników i ich agentów, a na wszystkim straci… reprezentacja Anglii. Kluby dostaną bowiem środki, by walczyć i o sukcesy i o przeżycie, opłacając jeszcze wyższe kontrakty międzynarodowych gwiazd, zwłaszcza z Ameryki Południowej, którzy nigdy jeszcze taką masą nie zaludniali Premier League, blokując drogę rozwoju młodym Anglikom. Już jest pod tym względem źle. Tacy zawodnicy jak Harry Kane w Tottenhamie, młody, lojalny wychowanek klubu, gotowy zrobić dla niego wszystko już są fenomenem i odstępstwem od reguły. A bez nich Anglia może powoli porzucać marzenia o sukcesie na mistrzostwach świata i Europy.

5 miliardów Premier League

Premier League, Rooney, konkurs!

Wayne Rooney - MOja Dekada w Premier League Jak dobrze, że wraca Premier League!

Najlepsza – przynajmniej w stosunku ilości dobrych piłkarzy i trenerów do jakości meczów w sezonie – liga świata! Znów wydarto jej latem największą gwiazdę – po Garethcie Bale’u sprzed roku, tym razem Primiera Division upomniała się o Luisa Suareza, wykorzystując zamieszanie z zawieszeniem Urugwajczyka. Odszedł najlepszy piłkarz minionego sezonu, ale w odwecie Jose Mourinho wykupił pół Atletico Madryt z Diego Costą na czele i zakończył wypożyczenie Thibaut Courtoise. Już tu wystarczająco druzgoczące ciosy w ligę hiszpańską. A tu jeszcze rozbestwiony Arsene Wenger po Mesucie Oezilu z Realu Madryt, tym razem sięgnął po gwiazdę Barcelony, Alexisa Sancheza. Wracają stare, ale nadal młode, lubiane i uznane twarze jak Cesc Fabregas, Everton szasta 22 mln funtów za Romelu Lukaku, Stoke kupuje niedoszłego następcę Leo Messiego, wygnańca z Barcelony, Bojana Krkića, Manchester City sprytnym manewrem via Nowy Jork wzmacnia się ikoną Chelsea, Frankiem Lampardem, a Liverpool – Southampton. Mam nadzieję, że to nie koniec ruchów transferowych Manchesteru United, bo „szalony mag” Louis van Gaal – jak słusznie zauważył w „Guardianie” Paul Scholes – samą magią nie włączy się ani do walki o tytuł ani nawet o pierwszą czwórkę. No i liczę, że już w tym sezonie za sprawą Wasyla w Leicester City wreszcie doczekamy się pierwszego polskiego gola w Premier League od bramki Roberta Warzychy z 1992 roku! Słowem, będzie jeszcze ciekawiej, choć co roku nam się wydaje, że już ciekawiej być nie może.

mojadekada2

A to nie ostatnia dobra wiadomość dla fanów Premier League. Dla tych, którzy chcieliby ja poznać od kulis, mam kolejną – do sklepów wchodzi właśnie druga część autobiografii Wayne Rooney’a „Moja dekada w Premier League” w moim skromnym tłumaczeniu. Kiedy w 2006 roku ledwo 20-letni Rooney podpisywał z Wydawnictwem Harper Collins kontrakt na napisanie co najmniej pięciu autobiograficznych książek, wart 5 milionów funtów, wzbudziło to głosy zdziwienia i ubolewania. Jak to, taka umowa z żółtodziobem, który jeszcze niczego nie osiągnął i nie wiadomo czy osiągnie? Świat zwariował. Od tego czasu Rooney trwale zapisał się w historii angielskiego futbolu, stając jedną z najjaśniejszych gwiazd Premier League. Strzelił dla Manchesteru United już ponad 100 goli, zdobył, stracił i odzyskał dla „Czerwonych Diabłów” tytuły mistrza Anglii, wygrał i przegrał finał Ligi Mistrzów, wreszcie stał się bohaterem niezliczonych skandali boiskowych i obyczajowych. Aż dziw, że zdołał to zawrzeć póki co w zaledwie dwóch autobiografiach!

W pierwszej z nich, „Moja Historia” opisał drogę jaką dzieciak z niebezpiecznej dzielnicy Liverpoolu przebył, by przebić się do wielkiego futbolu. W „Mojej Dekadzie w Premier League” opisuje jak ze zbuntowanego dzieciaka (zwłaszcza wobec menedżera Evertonu Davida Moyesa), robiącego psikusy charyzmatycznemu Roy’owi Keane’owi stał się pod okiem Aleksa Fergusona liderem drużyny oraz statecznym (momentami) piłkarzem i (również momentami) ojcem rodziny. Pozawala nam wniknąć za kulisy najlepszego (w pewnym momencie) klubu świata, rządzonego żelazną ręką sir Aleksa, poznać jego metody i ich skomplikowane wzajemne relacje, co pozwala nam zrozumieć różne późniejsze wybory. Opisuje życie codzienne piłkarza MU i trudny los megagwiazdy, skazanej na prowadzenie brudnej gry, a czasem wręcz wojny z nie znającymi miłosierdzia brytyjskimi tabloidami. Wreszcie, choć książka jest wygładzona przez piarowców, nie unika rozliczenia z taki kontrowersjami jak żądanie transferu do Manchesteru City. Ujawnia jak popadł w uzależnienie od obstawiania meczów, na których stracił fortunę, sprytnie wyrwaną mu przez ludzi żerujących na mających nadmiar kasy piłkarzach jak on. A przy tym potrafi traktować samego siebie z dystansem, jak kiedy opisuje powody decyzji o przeszczepie włosów. Z książki wyłania się obraz Rooney’a – zwykłego chłopaka z sąsiedztwa, wrzuconego w świat wielkiego futbolu, szczęśliwego, że jego pasja stała się jego zawodem, który jednak pobiera bolesne lekcje jak radzić sobie z wielką fortuną i popularnością…

UWAGA: KONKURS!
Myślę, że to czasem śmieszna, czasem smutna pozycja dla każdego pasjonata Premier League, nie tylko kibica MU. I z tej okazji ogłaszam konkurs. Dla Wszystkich, nie tylko kibiców MU. Napiszcie w komentarzach parę słów, byle składnych i ciekawych (oceniam i treść i formę) zaczynając od „Nigdy nie zapomnę jak Wayne Rooney…”, albo „Nigdy nie zapomnę/wybaczę Wayne Rooney’owi…” ewentualnie „Do dziś pamiętam jak Wayne Rooney…”. Autorzy trzech najciekawszych nagrodzę książkami z autografem tłumacza;) oraz najnowszy numer Magazynu Mecz ze Skarbem Kibica Ligi Angielskiej… Piszcie i powodzenia!

Magazyn Mecz

Retro Football: Anioł Zagłady patrzy

Przemkowi Rudzkiemu jestem wdzięczy za wymyślenie miesięcznika „Mecz” i kierowanie nim z wielu powodów. Przede wszystkim, że wymyślił, dział po dziale, dokładnie taki magazyn o Premier League jaki chciałby kupować w kiosku właśnie takich fanów angielskiego futbolu jak ja (z tym, że ja ściągam go sobie na tablet, bo można tam znaleźć interaktywne bonusy). Ale też, że mogę go współtworzyć, a to przez godzinę gadając z nowym trenerem Legii, Henningiem Bergiem wyłącznie od dawnych latach w Manchesterze United, a to co miesiąc przywoływać zapomnianych już dziś (a przynajmniej nieznanych szeroko w Polsce) bohaterów ze 150-letniej historii The Beautiful Game.

Te retro-historie będę wrzucał co jakiś czas na bloga. Dziś posłuchajcie o pierwszej wielkiej gwieździe angielskiego futbolu, człowieku który stał się pierwszym piłkarskim celebrytą, 100 lat przed Davidem Beckhamem! Który jako pierwszy zawodnik wystąpił w reklamie, a jego żona była pierwszym WAG. Aż dziw, że o jego 352 golach ani o wojennych losach nie powstał jeszcze film! Ale najpierw oddajmy głos trybunom :

„Steve Bloomer’s watching,
Helping them fight,
Guiding our heroes,
In the black and the white”

- śpiewają kibice Derby County w swoim oficjalnym hymnie przed każdym meczem, a popiersie młodego chłopaka, w koszuli z kołnierzykiem i z podwiniętymi rękawami wita widzów wchodzących na Pride Park Stadium. Chłopaka o delikatnej twarzy aniołka, która z czasem ze względu na niewiarygodną skuteczność pod bramką, szybkość, atomowy strzał z obu nóg i umiejętność zawisania w powietrzu dłużej niż rywale – „jakby miał niewidzialne skrzydła”, pisały w zachwycie ówczesne gazety – zyskała mu przezwisko „Anioła Zagłady” (Destroying angel).
Bo też siał niebywałe spustoszenie w obronie rywali. W 536 występach w First Division w barwach Derby (i przez cztery lata w Middlesbrough) zdobył 317 goli. Więcej ma na koncie tylko legenda Chelsea i Tottenhamu, Jimmy Greaves. W reprezentacji Anglii trafił do siatki 28 razy w 23 meczach! Zdobywał gole w 10. kolejnych meczach kadry, co do dziś jest niepodbitym rekordem. W marcu 1896 strzelił pięć goli Walii, w marcu 1901 kolejne cztery znów przeciwko Walijczykom, stając się pierwszym piłkarzem w historii, który zdobył w narodowych barwach dwa razy po cztery gole. Dlaczego reprezentował Anglię tylko 23 razy? – zapytacie. Bo w tamtych czasach nie było ani eliminacji mistrzostw Europy ani świata i reprezentacja Anglii grała przeważnie trzy mecze w roku – ze Szkocją, Walią i Irlandią.
„Anioł Zagłady” zawsze jednak szanował nogi rywali i grał niezwykle fair. W 22-letniej karierze tylko raz dostał czerwoną kartkę – za kopnięcie przeciwnika w odwecie za faul i brak reakcji arbitra. Kara rozwścieczyła go tak bardzo, że napisał do Angielskiej Federacji Piłkarskiej czterostronicowy elaborat, dowodząc niewinności, dziś przechowywany w National Football Museum w Manchesterze.
Urodził się w styczniu 1874 roku w Cradley w rodzinie robotników, z dziada, pradziada wykuwających gwoździe. I jak większość rówieśników zaraził się pasją do krykieta, futbolu i baseballa w szkole, którą porzucił w wieku 12 lat. Już dwa lata później wraz z ojcem i wujem zatrudnił się w odlewni przemysłowca, Francisa Ley’a, który po powrocie z USA stał się entuzjastą dbania o rekreację i zdrowie swoich robotników. Zbudował boisko i założył Derby County Baseball Club, w którym Bloomer zrobił błyskawiczną karierę, a w latach 1895-1898 zdobył trzy razy mistrzostwo Brytanii. Pewien amerykański ekspert, którego gościł Ley nazwał go nawet najlepszym drugobazowym w Anglii i wróżył wielką karierę za Oceanem.
Ale Bloomerowi w tym samym czasie nie wiele gorzej szło w futbolu. Już w wieku 20 lat trafił do reprezentacji Anglii z którą trzy razy wygrał British Home Championship (turniej piłkarski między narodowymi reprezentacjami z Wielkiej Brytanii), a z Derby County zdobył wicemistrzostwo Anglii w 1896.
Wraz z nastaniem nowego stulecia został zmuszony, by postawić na piłkę. Założona w 1890 liga baseballa nie wytrzymała konkurencji innych dyscyplin. Derby wycofało się z rozgrywek, a Baseball Ground przejęli piłkarze i grali na nim aż do zmiany nazwy klubu na Pride Park w 1997 roku.
Choć mistrzostwa Anglii nie zdobył nigdy, jego skuteczność zyskała mu sławę w całym Zjednoczonym Królestwie. Przez 14 sezonów był najlepszym strzelcem Derby, sześć razy został „królem strzelców” First Division. W 1899 wsławił się zdobyciem sześciu goli w meczu przeciwko Sheffield Wednesday. W całej karierze zdobył 18 hat-tricków.
Jak na piłkarza zarabiał całkiem nieźle – w latach 1900-1910, czyli najlepszym okresie kariery 260 funtów rocznie (dziś to około 30 tys.). Jako klubowa gwiazda w dowód uznania i dla zwiększenia pensji dostał posadę… groundsmana. Wyobraźmy sobie dziś, że Wayne Roone zamiast podwyżki 300 tys. funtów tygodniowo dostaję puchę ciecia na Old Trafford. A Johna Terry na Stamford Bridge!

Sława sprawiła, że stał się pierwszym piłkarzem wykorzystanym w reklamie. Na początku wieku w gazetach i na specjalnych pocztówkach ukazywały się firmowane jego twarzą reklamy butów „Bloomer’s Lucky Striker”, produkowanego na winie specyfiku „Phosferine Tonic” (wygląda na to, że był to pradziadek Red Bulla) oraz medykamentu o zapomnianych już dziś właściwościach pod nazwą „Remedy of Kings”. Bloomer przedstawiany był na nich jako „najlepszy angielski piłkarz”. Jako pierwszy zawodnik w historii zaczął dostawać też sprzęt sportowy od producenta, choć trzeba wziąć poprawkę, iż producentem był jego… teść. W 1896 poślubił Sarah Walker, z którą miał cztery córki. Pani Bloomer jako pierwsza małżonka sportowca w historii skupiała na sobie uwagę kronik towarzyskich londyńskich bulwarówek, które odnotowywały czy była obecna na tym czy tamtym przyjęciu i jak była ubrana np. podczas wyścigów konnych w Ascott.
W lutym 1906 ku rozpaczy fanów Bloomer został sprzedany za 750 funtów do Middlesbrough, gdzie natychmiast stał się najskuteczniejszym strzelcem. Bez niego Derby County już w pierwszym sezonie spadło do Second Division. Bloomer wrócił do „Baranów” pięć lat później i pomógł drużynie wrócić do najwyższej ligi.
W 1914 zakończył karierę piłkarską i jeszcze w tym samym roku został trenerem Britannia Berlin. Tam jednak po wybuchu I Wojny Światowej został aresztowany i aż na cztery lata trafił do obozu jenieckiego (czytaj obok). Po uwolnieniu w 1918 roku prowadził Blauw-Wit Amsterdam, a od 1923 hiszpański Real Unión, z którym wywalczył m.in. Puchar Króla. W 1919 roku – tu ciekawostka – odmówił posady trenera olimpijskiej reprezentacji Polski.
Zmarł w 1938 w wieku 64 lat. Na pogrzeb w katerze w Derby przybyły tłumy z całego kraju i zagranicy. Przysłano ponad 100 wieńców. Po jego śmierci aż do lat 50. każdy mecz Derby County u siebie poprzedzała minuta ciszy z żalu i tęsknoty z wielkim piłkarzem…

Gdy futbol ratował od czarnej rozpaczy
Kończąc karierę w 1914 roku po 22 latach oszałamiającej gry i 352 golach we wszystkich rozgrywkach, zostając na koniec, w wieku 41 lat, najstarszym zdobywcą hat-tricka, Steve Bloomer postanowił nie zrywać z futbolem. Ponieważ „nauczyciele z ojczyzny futbolu” byli bardzo cenieni na Kontynencie, przyjął ofertę trenowania najstarszego klubu niemieckiego – członka DFB – Britannii Berlin 1892.
Moment okazał się jednak wysoce niefortunny. Zaledwie trzy tygodnie po przyjeździe do Berlina, gdy Bloomer nie zdążył się jeszcze dobrze poznać drużyny, wybuchła I Wojna Światowa, a on, jako obywatel wrogiego państwa, został aresztowany i wraz z 5,5 tysiąca rodakami osadzony w obozie jenieckim na terenie berlińskiego toru wyścigowego Ruhleben.
Nazwa oznaczająca „Spokojne życie” brzmiała jak ponury żart. Jeńców zakwaterowano w stajniach, dając im jako jedyne wyposażenie worek słomy i końską derkę. Przez – jak się miało okazać – cztery lata karmiono ich kaszanką i wodnistą kartoflanką, ale nie rozdano sztućców.
W obozie Niemcy zgromadzili wszystkich Anglików jacy przebywali w ich kraju w dniu wybuchu wojny – naukowców, muzyków, aktorów, kupców, kelnerów i szefów kuchni, golfistów, dżokejów, tenisistów i oczywiście piłkarzy. Bloomer spotkał wielu byłych kolegów z boiska, m.in. reprezentantów Anglii, Freda Spiksley’a i Samuela Wolstenholme’a, kolegę z Middlesbrough, Freda Pentlanda, byłego zawodnika Evertonu i Tottenhamu Hotspur, Johna Brearley’a, reprezentanta Szkocji, Johna Camerona oraz swojego niedoszłego zawodnika z Britanii Berlin, reprezentanta Niemiec Edwina Duttona, który jako anglofil również został uwięziony.
Znani zamiłowania do działania i organizacji Anglicy natychmiast stworzyli w obozie małą społeczność. Wydawano obozową gazetę, orkiestra pod batutą słynnego na cały świat dyrygenta, Ernesta MacMillana dawała regularne koncerty, Ruhleban Drama Society wystawiała sztuki Szekspira, zaś Bloomer z kolegami powołał do życia Ruhleben Football Association, która zorganizowała profesjonalne rozgrywki z udziałem… 14 obozowych drużyn! Przyjęto nazwy zespołów aktualnie grających w First Division. Bloomer został kapitanem Tottenhamu Hotspur, tocząc wraz z Duttonem najcięższe boje o mistrzostwo z Oldham Athletic. Mecze regularnie oglądało około tysiąca widzów. W pierwszym sezonie Tottenham zdobył mistrzostwo nie tracąc ani jednego punktu.
„Umiejętności Mr Bloomer’a prezentowane na boisku stanowią źródło wspaniałej inspiracji dla młodych piłkarzy i prawdziwej przyjemności dla widzów” – donosił „Ruhleben Camp Magazine”.
Równolegle ruszyły rozgrywki Rubleben Cricket League, również dzięki zapałowi i animacji Bloomera, który grał w drużynie Lancashire XI. Tu z kolei stał się autorem obozowego rekordu 204 punktów w meczu. Dla więźniów preferujących sporty indywidualne zorganizował cykl zawodów lekkoatletycznych, samemu zwyciężając w biegu na 75 jardów.
- W obozie byliśmy sobie braćmi, a chłopcy stali się tam mężczyznami. Ale nie przetrwalibyśmy tych koszmarnych lat, gdyby nie sport. Futbol czy krykiet ratował nas od czarnej rozpaczy i desperacji. Jedynie podczas gry udawało się oddalić troskę o bliskich czy kolejny dzień – wspominał po latach Bloomer, który w trakcie niewoli otrzymał wiadomość o śmierci 17-letniej córki, Violet na chorobę nerek.
Gdy w 1918 roku został zwolniony do domu, w obozie urządzono pożegnalny mecz na jego cześć.

Korzystałem z książki Petera Seddona, „Steve Bloomer: The Story of Football’s First Superstar”