Jeden(astka) znienawidzony(ch)

most_hated

Uwielbiam media społecznościowe za wszelkiego rodzaju gry i zabawy. Sondy, typowanie, wybory ulubionych „jedenastek” itp. w których cała twitterowa piłkarska społeczność rozważa „najważniejsze z najmniej ważnych” kwestie. Tylko w tym tygodniu polscy twitterowicze mogli wspólnie ze Zbigniewem Bońkiem, Jerzym Dudkiem i Tomkiem Hajto spierać się jak wypadłaby mundialowa reprezentacja Polski z 2002 roku (w swojej najlepszej formie) w konfrontacji z obecną ekipą „Biało-czerwonych”.

Hajto, były filar defensywy Schalke 04, który w jednym sezonie ogrywał Bayern 3:1 i 3:2 na wyjeździe, a w kolejnym 5:1, deklarował że „Turbogrosika wyłączyłby jak stare radio”. Dyskusję zakończył osobiście „nie kto inny jak” Robert Lewandowski, twittując, że taki mecz byłby wyrównany być może nawet przez całe 10 minut.

Kto wie czy cała historia nie zakończy się meczem charytatywnym, w którym dawna drużyna Engela zmierzy się z chłopakami Nawałki. Ja bym to obejrzał! Więc od razu deklaruję patronat „Przeglądu Sportowego” :)

W minionym tygodniu wielkim zainteresowaniem cieszyła się także zabawa w ułożenie jedenastki piłkarzy najbardziej znienawidzonych. Miałem spory problem z jej wyłonieniem, bo nie nienawidzę nikogo. Bywali piłkarze, których w trakcie kariery nie znosiłem, ale z czasem niechęć minęła, zastąpiona przez sentyment czy uznanie. Np po finale mundialu w 2006 roku wydawało mi się, że dozgonne miejsce w „11” znienawidzonych będzie miał Marco Materazzi za sprowokowanie Zinedine Zidane’a do zrujnowania sobie ostatniego miejsca w karierze. Ale mi przeszło, zwłaszcza po tym jak płakał jak bóbr w ramionach odchodzącego z Interu Jose Mourinho.

Wydawało mi się, że nie znoszę brutala, Olivera Kahna. Ale z czasem nabrałem do niego szacunku i czułem empatię gdy stracił miejsce w kadrze podczas mundialu we własnym kraju. Podobnie jak do Paula Scholesa, którego chętnie zadusiłbym za trzy gole strzelone Polsce (szczególnie tego ręką). Ale daleko mi dziś do nienawiści do tego jednego z najlepszych angielskich piłkarzy w historii.

Pepe, gdy za czasów Mourinho w Realu deptał i tratował rywali, gotów byłem zakazać gry w piłkę. Nabrałem i do niego sympatii, zwłaszcza po przeprowadzeniu wywiadu. To całkiem pozytywny gość. Z drugiej strony straciłem serce do Thierry’ego Henry po pamiętnym oszustwie z Irlandią, ale też nigdy nie umieściłbym Francuza wśród „znienawidzonych”.

Zinedine Zidane i Marco MaterazziZdumiały mnie zresztą składy wielu twitterowych jedenastek. Segio Ramos? Naprawdę? Zawodnik, od którego powinno się dziś zaczynać budowę każdej drużyny jest aż tak bardzo nielubiany? Dobrze, jeśli nie jest się kibicem Chelsea, ciężko kochać Johna Terry’ego za wszystkie jego boiskowe i pozaboiskowe wyskoki czy Gerarda Pique za jego prowokacje, o ile nie jest się fanem Barcelony. Ale daleko mi do nienawiści.

Zresztą to, że jakiś zawodnik nie jest aniołem, nie sprawia, że automatycznie traci naszą sympatię. Czasem wręcz przeciwnie. Lubimy łobuzów, boiskowych wariatów, grających na granicy, o ile robią to pasją i dla dobra drużyny. Jak Eric Cantona, Roy Keane, Zlatan Ibrahimović czy Luis Suraez, dla którego, po przetłumaczeniu jego autobiografii mam sporo zrozumienia i nie potrafię znielubić.

Jeszcze w ubiegłym sezonie w „jedenastce znienawidzonych” umieściłbym pewnie Diego Costę za jego ewidentną boiskową wredność. Ale zmienił się diametralnie po przyjściu Diego Conte. Na dziś w mojej anty-drużynie znalazłbym miejsce tylko dla jednego zawodnika: Samira Nasriego. I widzę, że nie jestem w tym osamotniony, patrząc, że twitterowa akcja odbyła się pod wymyślonym przez Pawła Wilkowicza ze sport.pl hasztagiem #memoriałNasriego.

Francuz zawsze był arogancki, irytujący i nielojalny wobec kolegów i trenerów. Jego charakter opisał dobitnie były selekcjoner Francji, Raymond Domenech w autobiografii „Straszliwie sam”. „Nasri w zespole potrafi uderzyć w miejsce, które boli najbardziej i zamiast opatrzyć rany, jeszcze je rozdrapuje. Nic nie daje drużynie. Stroi się przy tym w piórka przywódcy, choć nim nie jest. Ciągle szuka zwady, co na dłuższą metę wykańcza zespół. Kiedy rozważałem w 2010 roku, co może mi dać, a jakie problemy stworzyć, uciąłem krótko – jedziemy bez niego (na mundial do RPA – red)” – opisywał.

Chamski wobec dziennikarzy (jednemu kazał „zamknąć mordę”, innego zwyzywał publicznie od sk….ów) i kolegów. Po przejściu z Arsenalu do Manchesteru City naśmiewał się z byłego klubu i jego kibiców. Następca Domenecha, Didier Deschampes przywrócił go do kadry na chwilę, by nie zabrać go na mundial w Brazylii, o co prosili ponoć sami zawodnicy.

Jak był destrukcyjny dla drużyny, taki pozostał, co udowodnił we wtorek z Leicester City, osłabiając drużynę w kluczowym momencie. Dwie żółte kartki za głupi faul i pyskówkę z Jamie Vardym walnie przyczyniły się do sensacyjnego odpadnięcia Sevilli. Być może jestem dla niego niesprawiedliwy. Być może lubiąc w zasadzie większość pozostałych piłkarzy z Nasriego zrobiłem „kozła ofiarnego” i „czarnego luda”. Nie umiem jednak przezwyciężyć niechęci. Za nic nie chciałbym mieć go w swojej drużynie. Samir Nasri

 

Historia pewnej piłki (w kosmosie)

Być może umknęła Państwu ta wiadomość w nawale newsów transferowych, o debiutach Polaków w angielskich klubach, historycznie rekordowym miejscu reprezentacji Polski w rankingu FIFA czy powrocie Ekstraklasy, ale nasz Świat już oficjalnie kręci się wokół piłki futbolowej. A piłka futbolowa oficjalnie krąży po orbicie Ziemi. Piłka szczególna.

Parę dni temu amerykański astronauta, Shane Kimbrough wniósł na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej czaro-białą, pościeraną „biedronkę”. Piłkę, która miała trafić na orbitę 31 lat temu. 28 stycznia 1986 roku inny kosmonauta NASA, Ellison Onizuka zabrał na pokład promu Challenger piłkę swojej córki Janelle wraz z podpisami jej koleżanek z drużyny Clear Lake High School w Houston w Teksasie.

Niestety w 73 sekundzie po starcie z Cape Canaveral doszło do pamiętnej katastrofy. W wyniku serii zaniedbań, braku odpowiedniej kontroli oraz wyjątkowo niesprzyjających warunków atmosferycznych na wysokości 14 kilometrów nastąpiło rozerwanie zbiornika paliwa wahadłowca. Co prawda kabina załogi przetrwała – badanie osobistych zasobników powietrza trójki astronautów, w tym Onizuki, wykazały zużycie powietrza przez 2 minuty 45 sekund lotu, ale zderzenia z oceanem nie przeżył już nikt – kabina uderzyła w ocean z przyśpieszeniem równym 200G.

Katastrofa ChallengeraTragedię śledziło na żywo 85 proc. Amerykanów w tym całe szkoły z powodu obecności na pokładzie Christy McAuliffe, biorącej udział w misji w ramach programu „Nauczyciel w Kosmosie”. Szok Amerykanów, uważających się za „zdobywców kosmosu” był wielki i rósł wraz z odkrywaniem niekompetencji i błędów, które doprowadziły do katastrofy. Na 32 miesiące przerwano wówczas program lotów wahadłowców.

Sam do dziś mam obraz ognistego pióropusza i pokręcony ślad dymu jaki zostawił po sobie na błękitnym niebie. W latach 80. nie oglądało się tyle telewizji co dziś, a internet jeszcze nie istniał, takie obrazy robiły więc znacznie większe wrażenie i znacznie bardziej działały na świadomość.

Na pewno jednak przeżywaliśmy w Polsce katastrofy Challengera tak intensywnie jak Amerykanie. Zwłaszcza, że kilka miesięcy później mieliśmy własną – wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Z niej do dziś został mi w ustach ohydny smak płynu Lugola, który rozlewano nam w szkole z wiadra (ale tylko tym, co nie skończyli 17-roku życia, zanosiliśmy więc kubki starszym, pominiętym kolegom).

Co prawda o promieniowaniu dowiedzieliśmy się z kumplami jeszcze przed opublikowaniem oficjalnych komunikatów, ponieważ kolega z klasy, mających wysoko postawionych rodziców zaalarmował nas, że siedzi zamknięty w domu z oknami pozasłanianymi kocami ponieważ „jest jakieś skażenie”. Ale specjalnie się nie przejęliśmy – był maj, mecze w Turnieju Dzikich Drużyn do rozegrania, Wyścig Pokoju na ulicach Warszawy do obejrzenia…

Pamiętam za to licytację z Amerykanami podczas letniego kursu niemieckiego pod Monachium, czyja tragedia większa, czyja straszniejsza, czyja bardziej dotkliwa w skutkach.

Ellison OnizukaWracając do piłki Onizuki, mimo że szczątki promu spadły do Oceanu Atlantyckiego na obszarze 1600 km², część fragmentów zaległa na sporej głębokości, a część fale wyrzucały na plaże Florydy nawet kilkanaście lat po katastrofie, jakimś cudem odnaleziono ją od razu pierwszego dnia, jak unosiła się na wodzie. Wraz z flagą amerykańską zamkniętą w specjalnym pojemniku. Do tego ocalała z tragedii zupełnie nienaruszona.

Janelle miała wówczas 16 lat i kochała grać w piłkę. To był czas kiedy „soccer” uznawany był jeszcze w USA za dyscyplinę dla dziewczyn. Ojciec wspierał pasję córki i z dumą przedstawiał się jako „Falcon Dad” (falcon – sokół to przydomek drużyny). Piłka po katastrofie została zwrócona rodzinie, która przekazała ją z powrotem do Clear Lake High School. Tam przez trzy dekady stała za szkłem jako honorowa pamiątka, aż kolejnym „Falcon Dad” został kolejny astronauta, Shane Kimbrough, którego syn gra w jednej z drużyn „Sokołów”, a w drugiej córki-bliźniaczki.

Z kolei Janelle same jest dziś „Falcon mom”. I nie kryje wzruszenia, że „piłka na swój sposób kontynuuje misję rozpoczętą przez mojego ojca przed wieloma laty, eksplorując kosmos i inspirując wiele osób”.

W ten sposób po wielu memach, filmikach i żartach z piłkami, które kopnięciu nieszczęsnych strzelców z karnego jak Sergio Ramos w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium, wylądowały w stratosferze, wreszcie trafiła tam prawdziwa futbolówka. I to z taka wspaniałą historią.

Shane Kimbrough

Zawodniku, z daleka od polityki!

Zozulia

Czy sportowiec powinien manifestować swoje poglądy polityczne i promować je, wykorzystując do tego swą popularność? Z jednej strony, dlaczego nie? Sportowiec też człowiek, dlaczego odbierać mu prawa do posiadania przekonań? Zwłaszcza jak jeszcze walczy w słusznej sprawie. Czy ktoś dziś krytykuje np. Muhammad Ali za jego walkę o prawa czarnych, przejście na islam i przystąpienie do organizacji Czarnych Muzułmanów? Za odmowę odbycia służby wojskowej i wyjazdu na wojnę w Wietnamie odebrano mu paszport i na trzy lata pozbawiono możliwości uprawiania boksu, ale po latach doceniony, zasypano zaszczytami, np. ONZ zdążyła odznaczyć go przed śmiercią prestiżowym Medalem Wolności.

Jednak w ostatnich burzliwych czasach wyraziste deklaracje, nie mówiąc o jawnym wsparciu konkretnego polityka lub partii nie jest mile widziane. Federacje sportowe i pracodawcy zawodników, czyli np. kluby piłkarskie robią wszystko, żeby utrzymać sportowców z dala od polityki i deklarowania politycznych sympatii. Zwłaszcza podczas meczów.

FIFA i UEFA są przeczulone na punkcie polityki, piętnują wszelkie transparenty polityczne na trybunach (o czym nie raz przekonali się bardziej lub mniej zasłużenie polscy kibice). Zakaz zdejmowania koszulek po golu wprowadzono nie tylko po to, by uniemożliwić piłkarzowi „nielegalne” zareklamowanie sponsora, ale i politycznych deklaracji (prawo zmieniono gdy Predrag Mijatović i Dragan Stojkovic odsłaniali koszulki z napisem „NATO stop bombing” w trakcie interwencji paktu w Serbii).

Pod lupą brane są nawet gesty. Władze Premier League długo prowadziły śledztwo wyjaśniające czy Nicholas Anelka, wówczas zawodnik WBA, łapiąc się po golu lewą ręką za prawe ramię odtworzył gest o nazwie „quenelle”, powszechnie uważany we Francji za antysemicki czy akurat zabolało go ramię. Ostatecznie zawodnik został ukarany grzywną 80 tys. funtów.

Aenis Ben-Hatira

Ledwo zaczął się nowy rok, a już staliśmy się świadkami jak wyraziste poglądy zaszkodziły dwójce zawodników. Najpierw Darmstadt, ostatnia drużyna Bundesligi zwolniła z kontraktu Aenisa Ben-Hatirę (fot. powyżej), reprezentanta Tunezji za otwarte wsparcie dla radykalnej organizacji islamskiej, Ansaar International. Co prawda zawodnik tłumaczył, że jej oficjalnym celem jest pomoc muzułmańskim imigrantom w Niemczech, podejmuje także dużo pozytywnych inicjatyw w świecie, m.in. pomaga Palestyńczykom w Strefie Gazy. Jednak niemieckie służby specjalne uważają, że organizacja jest powiązana z radykalnym islamem i monitorują członków Ansaaru.

Prezes Darmstadtu i trener Torsten Frings wyrazili ubolewanie z powodu straty znakomitego piłkarza, który zachowywał się bez zarzutu. Ale uznali takie rozwiązanie za najlepsze dla wszystkich. Zwłaszcza, że Ben-Hatira deklarował kontynuację współpracy z Ansaar. Po zerwaniu kontraktu napisał na Facebooku, że „jest niewielu ludzi, na których spoczywa wielka odpowiedzialność, a mimo to mogą codziennie spojrzeć w lustro i z dumą się rozpoznać. Dzięki Bogu, ja mogę”.

Do bardzo ciekawej sytuacji doszło w środę w Hiszpanii, gdzie kibice drugoligowego Rayo Vallecano zmusili władze klubu do wypożyczenia ukraińskiego napastnika Romana Zozuli, sprowadzonego ostatniego dnia okna transferowego z Betisu. Fani nie chcieli się zgodzić, by w ich drużynie grał zawodnik powiązany z neonazistowską ultraprawicową partią. W ośrodku treningowym Rayo od rana trwał ich protest, a media całego świata obiegł transparent: „Vallekas nie jest miejscem dla nazistów, dla ciebie też nie. Wynocha!”.

To prawda, że Zuzulia nigdy nie krył się ze swymi nacjonalistycznymi poglądami. Jego media społecznościowe pełne są zdjęć piłkarza w szaliku ze Stepanem Banderą, w koszulkach z „tryzubem” czy karabinem maszynowym w dłoniach. A wg oświadczenia stowarzyszenia kibiców Vallekas, miał też wspierać finansowo ochotnicze faszystowskie bataliony paramilitarne na Ukrainie.

Tymczasem Rayo to jeden z najbardziej lewicowych klubów w Europie. Na Estadio de Vallecas powiewają czerwono-żółto-fioletowe republikańskie flagi z czasów wojny domowej, transparenty z Che Guevarą czy sierpem i młotem na trybunach to zwykła rzecz.

Nie pomogło oświadczenie Zozuli, że hiszpańscy dziennikarze pomylili herb Ukrainy z logiem organizacji nacjonalistycznej, a poety Tarasa Szewczenki z Banderą. Dzień po przylocie do Madrytu musiał się spakować i wracać do Sewilli, mimo że Rayo zdążyło go już zarejestrować, teoretycznie nie ma więc szans na grę w dawnym klubie.

Być może więc agenci sportowców powinni im zalecać absolutny brak deklaracji politycznych dopóki nie skończą kariery, by jej sobie nie utrudniali. A już zwłaszcza w kraju rozdartym tak bardzo politycznym konfliktem jak Polska. Na szczęście nasi sportowcy starają się być w pełni apolityczni. Po sukcesach odwiedzają przedstawicieli władzy, kto akurat rządzi, bez mrugnięcia uśmiechając się podczas wspólnych śniadań.

Tego by tylko brakowało, żeby media zaroiły się opiniami Anity Włodarczyk, Roberta Lewandowskiego czy Kamila Stocha na temat Trybunału Konstytucyjnego, efektów programu 500+ czy funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej. Sport natychmiast przestałby być ostatnim bastionem wspólnoty Polaków.

Hej Premier League, czas na zmiany! Chcę moje mecze o 16:00!

Rooney 250 goal!Chciałem w weekend obejrzeć mecz Stoke City z Manchesterem United – żeby przypadkiem nie przegapić 250. gola Wayne’a Rooney’a w barwach „Czerwonych Diabłów” – i ku mojemu zdziwieniu po raz kolejny okazało się, że w CANAL+ SPORT nie transmitują na żywo spotkania o 16:00. Jakże to tak? Rozumiem, że „zimne, sobotnie popołudnie na Britannia Stadium”, ale jednak gra najbardziej popularny i silny marketingowo klub świata, z Ibrą, Pogbą, wspomnianym Rooney’em w składzie, o Jose Mourinho na ławce nie wspominając. Nie trzeba umysłu Sherlocka Holmesa, żeby przewidzieć, że mecze MU napędzają oglądalność każdej telewizji. Zasięgnąłem więc języka u żródła, czyli u przyjaciół z C+.

Co się okazuje. Gdyby tylko stacja mogła, pewnie że pokazywałaby najciekawsze mecze o 16. (zazwyczaj rozgrywanych jest wówczas równolegle kilka spotkań). Ale nie może ze względu na wieloletnią wyspiarską tradycję – wyjaśnił mi Tomek Smokowski. Pewnie nie wszyscy wiecie, że Angielska Federacja Piłkarska jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku wprowadziła regulacje, zgodnie z którymi mecze ligowe rozgrywane w soboty o 15:00 (GMT czyli ich czasu) nie mogą być pokazywane na żywo w telewizji. Pomysłodawcom chodziło o zachęcenie kibiców do przychodzenia na stadiony. Czasy się zmieniają, frekwencja na meczach Premier League rośnie, latami trzeba czekać na wolny karnet, rosną też sumy jakie stacje telewizyjne płacą za prawa transmisji (obecny trzyletni kontrakt kosztował SKY 5 miliardów funtów, a przepis wciąż obowiązuje! Tradycja ponad wszystko! O 15:00 miejscowego czasu meczu w Wielkiej Brytanii legalnie nie obejrzycie. I to nie tylko meczu Premier League. Jak opowiada Smok, kiedy ostatnio El Clasico ruszało o 16:00, też nikt go na Wyspach nie pokazywał. W tym czasie na wszystkich sportowych stacjach lecą wyścigi konne. Oczywiście poza Brytanią ten zakaz nie obowiązuje i stacje telewizyjne posiadające prawa do Premier League w Europie i na świecie mogą bez problemu transmitować te mecze. Chociaż i je pośrednio dotyka ta regulacja – muszą wybierać do transmisji jeden z kilku rozgrywanych jednocześnie meczów.

Smok szerzej o tym opowiedział w poniedziałkowej Misji Futbol (od 16:50)

Jednak globalizacja spowodowała zgrzyt w tym systemie i kłopot ze skutecznym egzekwowaniem anachronicznego przepisu. Potrzeba jest matką wynalazków i jeśli jest problem z dostępnością na rynku jakiego dobra bądź usługi, a popyt na nie jest duży, to zawsze znajdzie się sposób na dostarczenie pożądanego „towaru”. A już mistrzami w znalezieniu potrzebnej „furtki” są nasi rodacy, których jak wiadomo na Wyspach nie brakuje. Wraz z nimi do Anglii trafiły dekodery platformy nc+, w których mecze o 16:00 można dotąd było oglądać bez problemu. A następnie i do angielskich pubów, których goście, racząc się ulubionym Guinnessem, Fuller’s London Pride czy
Bishops Fingerem mogą oglądać w telewizji mecze o „zakazanej godzinie”.

Jest to oczywiście proceder niezgodny z prawem, zdecydowanie zwalczany przez Premier League. Każdej soboty tysiące „tajemniczych klientów” (mystery shoppers) ruszają do pubów kontrolując czy nie jest łamany zakaz z lat 60. XX wieku. I ciągle znajdują lokale, którymi zawiadują nieuczciwi właściciele, i którzy nic sobie nie robią z tego staroświeckiego zakazu. W efekcie obrywa nc+ i my widzowie, bowiem brak meczów o 16. w zagranicznych stacjach to efekt wkurzenia Anglików. Trudno właścicieli praw telewizyjnych winić za zdecydowaną walkę z piractwem, na którym traci cały biznes medialny, sportowy, kibice i Skarb Państwa.

A przecież rozwiązanie wydaje się proste – wystarczyłoby wyłączyć sygnał w „złapanych na gorącym uczynku” dekoderach i po kłopocie. Niestety, zawiłości prawa brytyjskiego i europejskiego powodują, że to nie jest takie proste. Łatwej jak się okazuje ograniczyć nadawcę z Polski, uderzając przy okazji w fanów Premier League znad Wisły. A już najlepszym i najprostszym pomysłem, który definitywnie załatwiłby sprawę byłoby zniesienie anachronicznych regulacji, dzięki czemu znacznie zyskałaby pozycja Premier League na całym świecie. Obawiam się jednak, że Anglicy będą się kurczowo trzymać tradycji jak jeżdżenia po lewej stronie.

Chyba, że ktoś z Was zna jakieś lepsze rozwiązanie tego galimatiasu, czekam na prpozycje w komentarzach…

Lektury obowiązkowe: Gowarzewski pod choinkę!

MIstrzostwa Polski. StulecieSpośród licznych książek sportowych piętrzących się w księgarniach przed Świętami, widzę trzy, które szczególnie poleciłbym Państwu na prezenty dla bliskich lub siebie samych. Po pierwsze „Dekalog Nawałki” Marcina Feddka, dziennikarza Polsatu, którego selekcjoner obdarzył przywilejem podróżowania wraz z kadrą, śledzenia zamkniętych treningów i przysłuchiwania przedmeczowym odprawom, a nawet wzięcia udziału w zamkniętej imprezie z okazji awansu do Euro 2016. Zarówno w trakcie eliminacji do turnieju jak i we Francji. Kto chce więcej zrozumieć z tego, co obejrzał w telewizji i zajrzeć za kulisy – to pozycja dla niego.

Z kolei „Być liderem” Aleksa Fergusona to nie kolejna biografia legendarnego trenera, prowadzącego Manchester United przez 27 lat, tych już jest wiele, autoryzowanych i nie. To napisane ze sporą szczerością i humorem kulisy zarządzania wielką futbolową machiną jaką „Czerwone Diabły” stały się za czasów Szkota. Tajniki warsztatu, toku myślenia, egzekwowania dyscypliny i sposobów motywacji człowieka, który wychował na gwiazdy Cristiano Ronaldo, Davida Beckhama, Paula Scholesa i wielu innych. Wartościowa lektura dla każdego szefa ale nie tylko.

***

Lekturą obowiązkową każdego polskiego kibica zdecydowanie jest kolejne dzieło „encyklopedysty piłkarskiego”, Andrzeja Gowarzewskiego: „Mistrzostwa Polski. Stulecie”. Wychodzi jako 51. tom doskonale znanej „Encyklopedii Piłkarskiej FUJI”, ale stanowi początek zupełnie nowej kolekcji, którą autor tworzy z myślą o uczczeniu stulecia niepodległości Polski (2018), powstania PZPN (2019), pierwszych rozgrywek o mistrzostwo Polski (2020) i pierwszego meczu reprezentacji (2021). Powstanie co najmniej 8 tomów (a może 12) na przemian „białych” i „czerwonych”. Pierwsze zawierać będą biogramy zawodników i trenerów, drugie opisywać kolejne edycje mistrzostw Polski.

- To efekt 40-letniej pracy reporterskiej, od tylu lat zbieram materiały o zapomnianych twórcach polskiego futbolu, ich meczach w lidze, pucharach i reprezentacjach. Zapomnianych z powodów historycznych, bo po 1939 roku zwaliły nam się na głowę dwa niszczące totalitaryzmy, które obróciły wniwecz nie tylko ludzi ale i pamięć o nich, w tym wszelkie materiały. Po II Wojnie Światowej nastał też czas, że o postaciach II Rzeczypospolitej nie pisano wcale albo pisano nieprawdę, bo ktoś walczył nie na tym froncie co trzeba albo zginął w Katyniu. Skoro uznajemy piłkę nożną za ważny dla społeczeństwa element naszej kultury, tym ludziom należna jest pamięć – tłumaczy swoje intencje autor.

Gowarzewski rozpoczął mozolne zbieranie materiałów gdy po wprowadzeniu Stanu Wojennego odszedł na własne życzenie z pracy w prasie. Mimo iż przez kilka lat był bezrobotny, na własny koszt pieczołowicie przeprowadzał rozmowy i zbierał świadectwa, bez jakiejkolwiek nadziei, że będzie mógł to kiedykolwiek opublikować. Często zresztą w „Stuleciu” opisuje historię poszukiwań i docierania do źródel, co było znakomitym pomysłem.

W pierwszym tomie nowej serii, noszącej podtytuł „Od Abramowicza do Żyły. Piłkarzy II Rzeczpospolitej portret własny” prezentuje biogramy 2000 zawodników. – Ciekawości sprawdziłem ilu ich jest w internecie i naliczyłem niecałych 200, w tym większość przepisanych z poprzednich encyklopedii Fuji. Wertując książkę można zatopić się w tych historiach. Ja otwierając ją losowo, właśnie trafiłem na opis losów dwóch reprezentantów: Adama Koguta, uczestnika pierwszego zwycięskiego meczu reprezentacji Polski (ze Szwecją w Sztokholmie w 1922), żołnierza 1. brygady Legionów, w 1939 obrońcy twierdzy Modlin, który rozstrzelanego w Katyniu – i zaraz obok Adama Knioły, „jednego z najbardziej widowiskowych polskich napastników”, sprintera i skoczka w dal, zawodnika Warty i Warszawianki, aresztowanego w jednej z pierwszych łapanek na ulicach Warszawy, wysłany do obozu koncentracyjnego Auschwitz w jednym z pierwszych transportów gdzie zmarł w 1942.

Gdy w przed rokiem Gowarzewski w 25 rocznicę rozpoczęcia swej encyklopedycznej działalności wydał 50 tom, poświęcony reprezentacji Polski, zastanawiałem się co dalej, czy jeszcze będzie mu się chciało, czy znajdzie w sobie pasję i zapał. Na szczęście wciąż kipi jednym i drugim!

 

Forza Chape!

Forza Chape!Szkoda, że potrzeba było tak okropnej tragedii jak katastrofa samolotu z brazylijską drużyną Chapecoense byśmy mogli się przekonać jak wielka solidarność panuje w futbolowej rodzinie. Choć każda katastrofa lotnicza to ogromna tragedia, będąca wielką, niegojąca się raną nie tylko dla najbliższych – my w Polsce wiemy o tym jak mało która nacja – zniknięcie w jednej chwili całej drużyny wraz ze sztabem i grupą dziennikarzy do głębi poruszyło ludzi na całym świecie.

Wyciskające łzy doniesienia o tym kto przeżył, a kto nie, kto przed śmiercią w szpitalu zdążył jeszcze zadzwonić do żony, kto z zabitych dopiero co dowiedział się, że zostanie tatą, ulga i dziękczynienie Bogu przez rodziny ocalałych przeplatały się ze wspaniałymi gestami płynącymi z całego świata. Najsłynniejsze budowle świata, od Torre Colpatría w Bogocie, przez Wierzę Eiffela z Paryża i Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro po londyńskie Wembley błyskawicznie zostały oświetlone na zielono, czyli w barwach Chapecoense. Kolumbijski klub Atletico Nacional, na mecz z którym w finale Copa Sudamerica lecieli brazylijscy piłkarze natychmiast ogłosił, że uznaje rywali za triumfatorów rozgrywek. I nie czekając na reakcję Federacji taką informację podali na swojej stronie internetowej, co automatycznie premiowałoby ich rywali do gry w przyszłorocznej Copa Libertadores (odpowiednik naszej Ligi Mistrzów).

Czołowi piłkarze świata wyrażali solidarność z rodzinami i kibicami Chapecoense w mediach społecznościowych: Leo Messi, David Beckham, Iker Casillas czy Lukas Podolski, a obok nich Arkadiusz Milik, Kamil Grosicki, Kamil Glik czy Kuba Rzeźniczak, umieszczając grafikę wrzuconą przez PZPN „Pray For Chapecoense” (módlmy się za Chapecoense). Wszystkie mecze rozgrywane od czasu tragedii na całym świecie poprzedziła minuta ciszy, także przed ćwierćfinałami Pucharu Polski. A kapitan Jagielloni Białystok Rafał Grzyb zapowiedział, że w niedzielnym meczu Ekstraklasy przeciwko Lechowi Poznań wystąpi ze specjalną opaską z logo brazylijskiego klubu i hasłem #ForzaChapecoense.

W czasie nieodbytego finału Copa Sudamericana brazylijska telewizja FOX transmitowała przez 90 minut czarny obraz jedynie z wynikiem meczu (Atletico – Chapecoense 0:0) i napisem „90 minut ciszy”. Na gest zdobył się nawet zespół „Guns and Roses”, przerabiając w połowie swoje słynne logo z pistoletami i różami na logo klubu i wrzucając w social media wraz z utworem „Knocking on a Heavens Doors”.

Forza Chape! na opasce kapitana Jagielloni BiałystokNiestety w tej w tej powodzi krzepiących gestów znaleźli się i tacy, dla których tragedia stanowiła pretekst do zabawy, żartów i tzw. trollingu. Media społecznościowe obiegła, podawana z euforią i szacunkiem niestety zmyślona informacja, że Paris St. Germain wesprze brazylijski klub kwotą 40 mln euro. Sam dałem się nabrać i puściłem ją dalej, uznając że dla katarskich właścicieli paryskiego klubu to tyle ile średnio kosztuje sprowadzany tam piłkarz. Podobnie nie znalazł potwierdzenie news, że znany skądinąd z charytatywnej działalności Cristiano Ronaldo przekazał dla rzecz rodzin dotkniętych tragedią 3 mln euro.

Tzw. „fake news” czyli specjalnie preparowane, kłamliwe treści, których celem jest złośliwa dezinformacja, rozchodzące się w mediach społecznościowych bez żadnej kontroli to coraz bardziej palący problem naszych czasów. Ich rozmiar i skuteczność przeraził ekspertów zwłaszcza podczas ostatnich wyborów prezydenckich w USA, gdzie mogły mieć pewien wpływ na wynik. Sprawa jest na tle poważna, że właściciel Facebooka, Mark Zuckerberg zapowiedział specjalne działania, by zmniejszyć ilość fałszywych informacji w najpopularniejszym serwisie świata.

Podejrzewam, że anonimowe trolle bawiły się świetnie, nie rozumiem za to skąd taka bezduszna decyzja szefa Brazylijskiej Federacji Piłkarskiej Marco Polo Del Nero, naciskającego żeby Chapecoense koniecznie rozegrało ostatni mecz ligowy z Atletico Mineiro. Pogrążonym w żałobie zawodnikom, którzy z różnych względów nie polecieli w tragiczny lot ani w głowie gra, nie ostało się zresztą nawet 11 jedenastu piłkarzy. Także rywale chcą uszanować decyzję klubu i nie palą się do gry. Del Nero żąda jednak by za wszelką „oddać hołd ofiarom”, nie ma kto grać, niech Chapecoense dobierze zawodników z juniorów. Za pewne po to, by świat mogły obiec obrazki zafrasowanego prezydenta federacji na trybunach.

Dobrze, że za gestami solidarności – jak ten pewnych już mistrzostwa Brazylii piłkarzy Palmeiras, którzy ostatni mecz sezonu chcą rozegrać w koszulkach Chapecoense – idą konkretne działania, mające pozwolić dotkniętemu tragedią klubowi przerwać. Mam nadzieję, że prawdziwe są deklaracje czołowych drużyny najwyższej ligi Brazylii jak właśnie Palmeiras, Santos, Sao Paulo czy Corintians, że za darmo wypożyczą Chapecoense po jednym, dwóch zawodników, żeby klub mógł kontynuować grę w lidze. Apelują też do Federacji by dała drużynie gwarancje, że ta przez trzy lata nie spadnie z ekstraklasy.

To zresztą tzw. „disaster draft”, czyli procedura zaczerpnięta z NBA i NHL, opracowana tam na wypadek gdy w jednej chwili wyparowuje cała drużyna. Być może piłkarska rodzina też powinna taką opracować, by później – odpukać w niemalowane – jakiś klub nie był skazany na dobrą wolę i gesty innych.

Forza Chape!

Nawałka musi ściągnąć lejce i świsnąć batem


Adam Nawałka

Mało brakowało, a mielibyśmy za sobą najsmutniejszy tydzień w polskim futbolu od lat. UEFA utrzymała decyzję o zamknięciu stadionu Legii zamknięty na mecz z Realem Madryt, obrońcą trofeum Ligi Mistrzów na kulminację obchodów 100-lecia klubu, trwa przykry konflikt między jego właścicielami, którzy odnieśli najbardziej spektakularny sukces w polskiej piłce klubowej. Tylko brakowało, że skompromitowała się jeszcze reprezentacja Polski.

Było o włos! Uratował nas Robert Lewandowski, strzelając zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu z Armenią. Piłkarze zwykle marzą o takich golach, dzięki nim przechodzi się do legendy. Ależ byłaby to piękna i niezapomniana historia, gdyby wydarzyła się w meczu z równorzędnym lub silniejszym rywalem! Dwóch piłkarzy, Lewy i Kuba Błaszczykowski, których łączy „szorstka przyjaźń” poza boiskiem, ale jeden cel na nim, daje wygraną w ostatniej akcji meczu. Wspominalibyśmy ją z nostalgią jak bramkę w Glasgow ze Szkocją, bez której awansować na Euro 2016 byłby o wiele trudniej.

Niestety tę będziemy wspominać z lekkim wstydem. I zamiast skupiać się na wyczynie kapitana kadry, który właśnie przegonił Ernesta Pohla na liście najskuteczniejszych reprezentacyjnych strzelców, zastanawiamy się dlaczego dopiero w ostatniej akcji wtłoczyliśmy gola najgorszej drużynie naszej grupy? Grającej przez większość meczu w dziesiątkę. Pozwalając jej wcześniej zdobyć pierwszego gola w eliminacjach. I to u siebie, w miejscu uświęconym historycznym zwycięstwem z Niemcami i awansem do mistrzostw Europy.

Że mechanizm Nawałki zgrzyta, widzieliśmy w drugiej połowie z Kazachstanem, Danią i przez całego spotkanie z Armenią. Po wczorajszym artykule Łukasz Olkowicza i Tomasza Włodarczyka „Przeglądzie” wiemy więcej skąd wziął się piach w trybach. Rozprężenie i nadmierny luz u niektórych kadrowiczów, tam gdzie była koncentracja i skupienie. Pycha i pewność siebie tam gdzie była pokora. Przekonanie, że i tak damy radę i nasycenie to co kadra już osiągnęła tam gdzie był głód sukcesu i determinacja, wreszcie podejście, że „wszystko wolno” nie tylko po meczu, ale i przed meczem.

I wszystkie tego konsekwencje: zgrupowanie przed meczami o punkty wyglądające jak to rodzinne w Juracie przed Euro 2016. Huczne świętowanie po meczu z Danią, a później „oddychanie rękawami” i problemy z kondycją w meczu z Armenią. Niestety także u tych, którzy nie zdążyli się zmęczyć z Duńczykami. Fatalnie byłoby gdyby tę reprezentację, którą już tak bardzo polubiliśmy miała rozsadzić jakaś nowa „grupa bankietowa”. I zniweczyć misję: Rosja 2018.

Po artykule w „PS” spotkałem różne reakcje. Ktoś napisał mi na Twitterze: „I po co mącicie? Czy to już ma być typowo polskie podejście, że jak za dobrze idzie to trzeba szukać dziury w całym?” Otóż napisaliśmy, co napisaliśmy, bo gołym okiem widać, że przestało iść dobrze. Bo to cud, że nasz bilans w eliminacjach to trzy mecze bez porażki.

A „mącimy”, bo tak bardzo nas taka kadra w sobie rozkochała. Nie tylko wynikami, ale głównie stylem gry i podejścia zawodników. Nawałka zbudował fajną drużynę z grupy lubiących się ludzi i dążących w jednym kierunku. Drużynę, która najpierw jednym meczem z Niemcami, potem eliminacjami, wreszcie mistrzostwami Europy zjednała sobie serca kibiców, ba stała się ostatnią radosną sprawą, która połączyła wszystkich Polaków.

Nie żałuję jak niektórzy, że nie zremisowaliśmy z Armenią, bo „to byłby zimny prysznic”. Ten i tak wylał się na głowy niektórych, a brak tych trzech punktów mógłby się jeszcze okazać nazbyt bolesny. Świadczy o tym burzliwa dyskusja między selekcjonerem i kapitanem kadry, niezadowolonym z poziomu niektórych kolegów. Oraz rozmowa Nawałki z prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem, który zapowiedział zbadanie sprawy i twarde konsekwencje. To właściwa reakcja.

Niektórzy domagali się od nas nazwisk nieprofesjonalnych winowajców, ale po pierwsze niektóre informacje ciężko byłoby udowodnić, a po drugie nie chodzi przecież o lincz. Chodzi o to, żeby grupa chłopaków, którą polubiliśmy przypomniała sobie priorytety i zaczęła się zachowywać jak w eliminacjach do Euro 2016. Żeby selekcjoner pomógł im w tym „ściągając nieco za bardzo popuszczone lejce”, zapewne z sympatii do grupy, z którą przeżył coś niezapomnianego. My też przeżyliśmy i chcemy powtórki. Nie wyrzuca się dziecka z domu po pierwszej uwadze w dzienniczku. Może wystarczy ostra rozmowa, może potrzebne będzie lanie, jeśli dla kogoś przyjazd na zgrupowanie ma wyłącznie cel towarzyski.

Jestem pewien, że każdy kibic, ale i chyba rozsądnie myślący kadrowicz oczekuje, że Nawałka pokaże w tym momencie twardą rękę. Ściągnie lejce, świśnie batem i wszyscy na jednym wózku pojedziemy tam, gdzie wiedzie ta droga: na mundial w Rosji. A on stanie drugim po Antonim Piechniczku polskim selekcjonerem, który awansował z drużyną na dwie wielkie imprezy z rzędu.

W szatni z Lampardem, czyli jak to się robi w MLS


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Jak wiadomo w Ameryce niby gra się w tę samą piłkę nożną co na całym świecie, ale jednak Jankesi traktują tę dyscyplinę po swojemu. Przede wszystkim uparcie nazywają ją soccerem, a nie futbolem, stąd ich liga to Major League Soccer. Nie można z niej spaść ani wywalczyć awansu, co najwyżej można zakwalifikować się do play off’ów jak w NBA, NFL czy NHL. Za to, jak podkreślają kibice, nikt tu nie wywalczy mistrzostwa na kilka tygodni przed zakończeniem rozgrywek jak w ligach europejskich, bo dzięki play off decydują ostatnie mecze i wszystko może się zdarzyć. Stąd w swej 21- letniej historii MLS miała już aż 9 mistrzów, np. w Premier League w tym czasie był to zamknięty krąg czterech drużyn, który dopiero teraz przełamało Leicester City. Mają też tu draft, żeby słabsze kluby mogły pozyskać najbardziej utalentowanych młodych zawodników z uczelni.

Stadion New York Red Bull W Polsce śledzę MLS dzięki transmisjom w Eurosporcie. Teraz dostałem okazję, żeby przyjrzeć się amerykańskim pomysłom na futbol z bliska. Zacznę od końca, od rzeczy, która zszokowała mnie najbardziej. Mniej więcej 10 minut po zakończeniu kapitalnego meczu New York City FC – DC United na legendarnym Yankee Stadium zszedłem sobie do szatni gospodarzy, obejrzałem radość zwycięzców, gratulacje dla bohatera wieczoru Franka Lamparda, odczekałem aż chłopaki się powycierają ręcznikami i ubiorą, i z każdym z nich mogłem sobie pogadać. Żadnemu nie przyszło nawet do głowy by odmówić. Uśmiechnięci ochroniarze nie robili problemu. Było nas, dziennikarzy, w szatni kilkunastu.

Dziennikarz w szatni! – przecież to marzenie mediów. A tu zwykła sprawa, ot prawo, które związki zawodowe dziennikarzy wywalczyły sobie jeszcze na początku XX wieku. I dotyczy każdej szatni, koszykarskiej, baseballowej, hokejowej, więc oczywiście i piłkarskiej. Wyobrażacie sobie coś takiego w Europie? Który dziennikarz nie oddałby wszystkiego za pobyt w szatni Liverpoolu po finale Ligi Mistrzów w finale w Stambule. Milanu wówczas zresztą też. Albo transmisja z szatni ze wszystkich suszarek Sir Aleksa Fergusona! Ależ byłby Periscope! Słynna jest zresztą opowieść jak kilkunastu dziennikarzy z USA zjechało do Manchesteru na debiut Tima Howarda i tuż po meczu próbowało wmaszerować do szatni na Old Trafford, wdając się w awanturę z ochroniarzami, którzy chcieli pozbawić ich niezbywalnego prawa. Sir Alex aż wypluł gumę, gdy mu doniesiono o tej bezczelności.

Andrea PirloW Europie szatnia to twierdza. Miejsce intymne, chronione przez drużynę. Co się w niej dzieje, zostaje w szatni itd. Toteż muszę przyznać, że czułem się w szatni New Yorku bardzo niezręcznie. Jak intruz. Andrea Pirlo dopiero co heros na murawie, tu ledwo łapie ręcznik, żeby mu nie spadł, starając się włożyć gatki. A my czekamy wokół aż się ubierze i będzie mógł gadać. Oczywiście nie wolno nam było robić zdjęć, ani filmować piłkarzy. Za to niektórzy koledzy z Europy ruszyli po autografy, czego też zabrania regulamin.

Yankee StadiumRecepcja Yankee StadiumMemoriał na Yankee StadiumJeśli chodzi o mecz, trafiłem najlepiej jak mogłem. Po pierwsze na stadionie – Legendzie. Yankee Stadium leżący w dzielnicy Bronx to świątynia baseballa i drużyny New York Yankees. Zaświadcza o tym każdy zakamarek stadionu. Wszędzie wiszą czarno-białe zdjęcia legendarnych zawodników i trenerów jak Babe Ruth, Lou Gherig czy Joe DiMaggio. Obok murawy urządzony jest zresztą parka pamięci, wyglądający jak cmentarz z płytami poświęconymi największym. No i oczywiście boisko jest do baseballa, piłka nożna jest tu tylko gościem, ale mile widzianym. Na spotkanie przyszło 20 tys. widzów. Przede wszystkim żeby oddać hołd Frankowi Lampardowi, który w poprzedni spotkaniu strzelił gola nr 300 w karierze, dla klubów (West Ham United, Chelsea, Manchester City, NYC FC) i reprezentacji. My w Europie często powtarzamy stereotyp, że MLS to ciepła przystań dla piłkarskich emerytów, za słabych już by błyszczeć w najsilniejszych ligach Starego Kontynentu. Amerykanie podkreślają, że to nieprawda. Pirlo porzucił Juventus Turyn dla NYC FC miesiąc po występie w finale Ligi Mistrzów. Trafiają tu zawodnicy przed 30. którzy spokojnie dali by radę w czołowych klubach jak Sebastian Giovonco czy Giovanni Dos Santos. A i ci po 30. nie zapomnieli z czego słynęli. Mogłem zobaczyć na żywo gola Davida Villi, który strzela jak za dawnych czasów. A Lampard – jeden z moich ulubionych piłkarzy – ze swoim przeglądem pola, doświadczeniem, wolą walki, determinacją i nie przemijającą radością z tego co robi, byłby wzmocnieniem każdej drużyny w Europie!

Yankee Stadium. Tribute to Frank Lampard

Na Yankee Stadium najpierw strzelił gola w 82 minucie na 2:1, a kiedy goście zdołali jeszcze wyrównać, w doliczonym czasie meczu zapewnił NYC FC zwycięstwo, przekładając piłkę w polu karnym z nogi do nogi. Wygrana pozwoliła drużynie objąć prowadzenie w Eastern Conference. Były to jego gole nr 301 i 302 w karierze (trafił do siatki sześć razy w sześciu ostatnich meczach). Z tego zwycięskiego cieszył się z taką samą pasją, jak z tych w czasach West Hamu czy gdy Chelsea w 2005 roku sięgała po pierwsze mistrzostwo Anglii po 50 latach. Frank Lampard„Gdyby ta pasja we mnie wygasła, po prostu przestałbym grać w piłkę. Nigdy nie chciałem nikomu niczego udowadniać, zawsze jedynie samemu sobie. Przychodząc do MLS w tym momencie kariery, chciałem sobie udowodnić, że mogę grać na najwyższym poziomie na jaki mnie stać. Nie interesuje mnie błyszczenie dawną sławą. Teraz kiedy kontuzje mam za sobą, czuje się w formie, a najważniejsze, że wciąż jest we mnie pragnienie” – powiedział po meczu.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Yankee Stadium to ostatni, który drużyna w MLS wypożycza od innej dyscypliny. Jak podkreśla prezydent MLS, Mark Abbott (na zdjęciu z lewej, z prawej łopaty, którymi rozpoczęto budowę kolejnych stadionów MLS), z którym spotkałem się w nowojorskiej kwaterze przy Piątej Alei, strategią klubów jest budowa własnych obiektów, obliczonych na 18-25 tysięcy widzów stadionów typowo piłkarskich. Jeszcze w 1994 gdy w USA rozgrywany był mundial, nie było ani jednego. Własny stadion lepiej służy budowie piłkarskiej społeczności i integrowaniu jej. Rozwiązania na zaprojektowanym przez klub obiekcie pozwalają kibicom na lepsze przeżywanie spotkania (na Yankee Stadium siedziałem tuż za baseballową bazą ale z kilometr od przeciwległej bramki).

Mark Abbott, prezydent MLS

Nie przesadna wielkość stadionu pozwala wypełnić go w całości, dzięki czemu udaje się stworzyć lepszą, piłkarską atmosferę. A jak podkreśla Abbot, jak najlepszy tzw. fan expirience (czyli sposób przeżywania meczu) to dla MLS równie ważne zadanie co produkt sportowy. MLS nie chce odebrać kibiców koszykówce, futbolowi amerykańskiemu, baseballowi czy hokejowi. Chce zdobyć pokolenie, które dotąd nie kibicowało niczemu innemu. I ta strategia się udaje: średnia wieku kibica MLS jest najniższa w USA i Kanadzie – waha się między 18-34 rokiem życia i aż 80 procent fanów nigdy nie miało karnetu sezonowego na jakiekolwiek inne sporty. Pierwszy w życiu kupili właśnie na piłkę nożną.


Nagrane Samsung Galaxy S7 (Więcej o GalaxyS7)

Właśnie takim nowy stadionem jaki miałem okazje zwiedzić jest leżąca w New Jersey Red Bull Arena, na której grają New York Red Bull – wcześniej znana jako New York/New Jersey MetroStars. W recepcji zegary odmierzające czas w czterech klubach należących do właściciela (Red Bull Salzburg, Lipsk, Nowy Jork i Brasil). To zresztą typowe, że właściciele posiadają w świcie inne kluby piłkarskie, bądź drużyny innych dyscyplin w Ameryce. Rdecepcja New York Red BullW Red Bullu mają inną strategię niż w NYC FC. Nie sprowadzają z Europy wielkich gwiazd jak Pirlo, Villa czy Lampard. Wolą stawiać na młodych obiecujących Amerykanów i wychowanków, talentów ze szkółki. Trochę dlatego, że Nowy Jork jest bardzo multikulturalny, i bardziej otwarty na świat. Władze NYC FC reklamują się jako klub z miasta, Manhattanu, Bronxu, Queens. Red Bull koncentruje się na okolicach New Jersey. Z gwiazdką, która wyrosła z lokalnej akademii łatwiej się związać emocjonalnie kibicom. Poza tym wielką estymą cieszą się reprezentanci USA. Na mundialu w Brazylii w 2014 losy kadry śledziło po 34 miliony Amerykanów – tylko SuperBowl cieszy się większym zainteresowaniem. Kluby mogły komunikować, że wszystkich tych zawodników za chwilę będzie można oglądać na co dzień w drużynach MLS – tłumaczy Paola Garcia z MLS.

Liga MLS liczy dziś 20 drużyn, w krotce dołączą cztery kolejne: drugi klub w Los Angeles, Atlanta United, Minnesota oraz klub który David Beckham buduje w Miami. „Grę na boisku mamy taką samą, ale pomysł na funkcjonowanie ligi świadomie zupełnie inny. Nasz amerykański format zamkniętej ligi z play offami i scentralizowanym draftem doskonale się sprawdził w innych dyscyplinach i tak też jest w MLS, co pokazują wyniki. Wartość klubów MLS od 2013 roku wzrosła o 52% (średnio 157 milionów $). W minionym sezonie aż 161 razy nasze stadiony były wyprzedane podczas meczów” opowiada Abbot. „Ponad 10 klubów ma frekwencję na poziomie ponad 20 tys. Z roku na rok zwiększamy sprzedaż produktów marketingowych o ok 40%. Oglądalność wideo w internecie wzrosła nam od 2015 o 276%. Przybywa nam i kibiców i sponsorów. Oczywiście w parkach i na skwerkach wciąż widuję mnóstwo dzieciaków w koszulach Barcelony, Realu Madryt czy Manchesteru United i to normalne, bo są to najlepsze i najbardziej rozpoznawalne drużyny świata. Nie mam ani złudzeń ani oczekiwań, że dzieciaki w Europie będą gromadnie paradować w koszulkach MLS. Ale też nie to jest naszym celem. Są nim pełne stadiony, zadowoleni kibice, co raz lepszy produkt i co raz wyższy poziom sportowy” kończy Abbot.

Ciekawostka z szatni New York Red Bull W Ameryce rośnie moda na soccer. Doszło to do sytuacji wyjątkowej: kibice piłki nożnej w Filadelfii wpadli na pomysł w pubie, że w mieście przydałby się porządny klub, zawiązali fanklub pod nazwą The Sons of Ben (od Bejamina Franklina), namówili na współpracę władze miasta, te pomogły znaleźć inwestorów i tak powstała Philadelphia Union, która gra w MLS od 2010 roku (jej pierwszym trenerem był zresztą Piotr Nowak). Coś takiego możliwe jest tylko w Ameryce!

Trofeum za wygranie MLS

Ratujmy Euro!

Euro 2016O ile patrząc z perspektywy Polski Euro 2016 będziemy wspominać bardzo pozytywnie – chłopaki Nawałki zaszli aż do ćwierćfinału, przekreślając feralną passę meczów na wielkich turniejach „o zwycięstwo, o wszystko, o honor”, stracili we Francji tylko dwa gole, ani przez minutę nie przegrywali i odpadli dopiero z przyszłym mistrzem Europy – o tyle z perspektywy fana wielkiego futbolu ciężko o pozytywne wspomnienia.

Rozdęty do 24 drużyn turniej okazał się niestety nudny. Poziom spotkań w porównaniu do minionych mistrzostw Europy wyraźnie opadł. Szczególnie boleśnie w porównaniu z ostatnim mundialem w Brazylii, który tak zachwycił nas jakością rywalizacji już na etapie rundy grupowej. A przecież Euro zawsze górowało poziomem na mistrzostwami świata. Gdybym miał przywołać z pamięci najlepsze mecze jakie widziałem na wielkich turniejach, pewnie większość z nich pochodziłaby z mistrzostw Europy: mój nr 1 to Holandia – Czechy (2:3) na Euro 2004, ale i Portugalia – Anglia (2:2) na tym samym turnieju, Hiszpania – Jugosławia (4:3), Portugalia – Anglia (3:2) i Francja – Portugalia (2:1) na Euro 2000, Czechy – Włochy (2:1) na Euro ’96, Holandia – Rosja (1:3) na Euro 2008 czy wreszcie Dania – Holandia (2:2) na Euro ’92 czy finał Dania – Niemcy (2:0).

Z Euro 2016 oprócz emocjonalnych dla nas meczów Polaków zapamiętamy pewnie dramatyczny finał z kontuzją Cristiano Ronaldo, dramatyczną serię karnych po półfinale Niemcy – Włochy oraz porażkę Anglików z dzielnymi Islandczykami ale wszystkie akurat nie za wybitny poziom futbolu. Tak naprawdę jedynym porywającym meczem był ćwierćfinał Hiszpania – Włochy, w którym ci ostatni wyeliminowali z turnieju dwukrotnych mistrzów Europy. Wygrali 2:0, ale gdyby nie bramkarze mecz mógłby skończyć się wynikiem 5:4.

Jednym ze skutków spadku poziomu turnieju jest niemożność wyboru Najlepszego Zawodnika Euro 2016. Ja przynajmniej nie jestem w stanie go wskazać. Co innego z „jedenastką turnieju”. Tę łatwo wybrać i kierując się różnymi statystykami oraz odczuciami umieszczam w niej Kamila Glika, Michała Pazdana i Łukasza Fabiańskiego. Od pasa w górę jest już jednak problem. Pewnie powinni się w niej znaleźć Gareth Bale i Aaron Ramsay za półfinał Walii, Cristiano Ronaldo, ale głównie za to, że okazał się prawdziwym liderem, pod względem piłkarskim nie błyszczał oraz Dimitri Payet i Antoine Griezmann. Żaden z nich nie pasuje mi jednak na Zawodnika Turnieju. Został nim Griezmann, który wszak zawiódł w dwóch najważniejszych dla swej drużyny meczach: otwarcia z Rumunią oraz w finale. Tytuł przyznano mu chyba tylko z półfinał z Niemcami.

Euro 2016. PepeParadoksalnie Najlepszym Zawodnikiem Euro 2016 powinien zostać Pepe, który raz, że grał świetnie, czysto i doskonale dyrygował defensywą Portugalii. A po drugie byłoby to symboliczne ukoronowanie defensywnego turnieju, którego naczelną zasadą w większości spotkań było: „po pierwsze nie przegrać, po pierwsze na zero z tyłu!”

Właśnie takie podejście wymusiła zmiana przez UEFA formatu turnieju. Rozszerzenie grona uczestników do 24 sprawiło, że przyjechało wiele ekip z niewielkimi atutami w ofensywie, skoncentrowały się więc na defensywie i destrukcji. Tę defensywną determinację trenerów podsyciła dodatkowo zasada, że awans może wywalczyć nawet trzecia drużyna w tabeli, co stało się m.in. udziałem Portugalii. Starali się więc przede wszystkim zminimalizować ryzyko porażki.

Na poprzednich turniejach z meczami w grupie bywało różnie, ale w następujących po mnich ćwierćfinałach mieliśmy już hity na wysokim poziomie. Tu i tak zmęczeni sezonem piłkarze musieli jeszcze przebrnąć przez 1/8 finału. Stąd tak wiele kiepskich, nudnych spotkań i tak mało goli.

Zgadzam się więc w pełni z Tomaszem Frankowskim, który na lamach „Przeglądu” zaapelował o powrót do turnieju z 16 drużynami. W podobnym tonie wypowiedzieli się m.in. trener Niemców Joachim Loew i obrońca mistrzów świata, Mats Hummels, którzy narzekali że „bardzo dużo zespołów nie chciało atakować i skupiało się wyłącznie na grze w defensywie oraz ustawieniu drużyny za linią piłki”.

Były mistrz świata i Europy, Paul Breitner obwinił o wszystko pazerność UEFA, która „podąża śladem FIFA i patrzy przede wszystkim na pieniądze. 24 drużyny to najgorszy format mistrzostw”. O powrót do „szesnastki” zaapelował też były piłkarz i trener reprezentacji Austrii, Josef Hickersberger narzekając na zbyt wiele meczów jest za dużo i za długi o tydzień turniej. „Fakt, że Portugalia zaszła aż do półfinału bez zwycięstwa w 90 minutach najlepiej świadczy o poziomie Euro. Musi zostać przywrócony dawny format”.

Przyłączam się do tych apeli, choć wiem, że są skazane na porażkę. UEFA jest nowym formatem zachwycona. Sprawił, że zyski z organizacji turnieju w porównaniu do Euro 2012 wzrosły aż o 34 procent i wyniosły 830 mln. W tej sytuacji nikt nie zrobi kroku wstecz. Ba, sekretarz generalny UEFA, Theodore Theodoridis, który zresztą planuje ubiegać się o posadę prezydenta, zdradził wręcz, że w 2024 roku liczba drużyn może zostać zwiększona do 32.

Czy wówczas do 1/8 finału zostanie dodane jeszcze 1/16, a turniej wydłuży się o kolejny tydzień? To oraz rozproszenie w 2020 roku turnieju po całej Europie, co odbierze mu wyjątkowy, narodowy charakter i koloryt grozi upadkiem prestiżu tych wspaniałych rozgrywek, wymyślonych przez Henriego Delaunaya i jeszcze bardziej obniży jego poziom sportowy. Ktoś powinien zatrzymać to szaleństwo. Niestety patrząc na to, że mundial za chwilę zostanie rozbuchany do 40 drużyn, widać że trend jest zupełnie inny. Portugal

Mistrzowska feta Legii! (360 stopni)

Legia mistrzem PolskiOstatni mecz Legii Warszawa w sezonie – z Pogonią Szczecin – mecz, który miał (musiał!) zapewnić jej tytuł mistrzowski na 100-lecie klubu postanowiłem obejrzeć zza linii bocznej boiska. Normalnie wraz z resztą dziennikarzy siedziałbym wysoko na trybunach, ale miałem przeczucie, że zdarzyć się coś wyjątkowego, co najlepiej będzie oglądać z dołu, z miejsca między ławkami trenerskimi. Nie miałem pojęcia, że znajdę się na murawie wraz… z resztą kibiców, którzy zbiegną z trybun na dekorację nowych mistrzów…

W przeciwieństwie do nich nie musiałem łamać prawa. Miałem doskonały pretekst, żeby zostać na płycie, ponieważ tuż przed spotkaniem wraz z Joasią wręczyliśmy kontuzjowanemu Aleksandarovi Prijovićowi nagrodę dla Piłkarza Kwietnia. Choć zegarek od sponsora Ekstralasy to piękne cacko, Szwajcar z uwięzionym w plastikowym opatrunku złamanym łokciem stwierdził, że oddałby go i wiele więcej byle tylko móc zagrać w tym meczu.

Aleksandar Prijović z narodą Piłkarza Kwietnia w EkstraklasieSpotkanie poprzedził tradycyjny hymn Legii, „Sen o Warszawie” Niemena, wyśpiewany przez wszystkie gardła, który stał się już tym czym „You’ll Never Walk Alone” na Anfield przed meczami Liverpoolu. Po raz kolejny wypróbowałem kamerę 360 stopni, żeby ten kto ma oculusa mógł poczuć się jakby był na miejscu, a i na You Tubie (w lewym górnym rogu są pokrętła to wybrania takiego ujęcia jakie chcecie).


Nagrane Samsung Gear 360

Legia podstawiła przegrywając poprzedni mecz w Gdańsku postawiła się pod ścianą. Musiała pokonać Pogoń, a gdyby się nie udało, liczyć że jej jedyny konkurent do tytułu, Piast straci punkty z Zagłębiem Lubin. Toteż śledząc poczynania na Łazienkowskiej jednym okiem zerkaliśmy na tablecie co tam w Gliwicach. Gospodarze szybko strzelili bramkę, ale nie zmniejszyło to nerwówki. Trener Stanisław Czerczesow był tak spięty, że nawet nie spojrzał po golu na świętowanie piłkarzy z ławki i na murawie.

Stanisław CzerczesowZ kolei trener gości Czesław Michniewicz, choć Pogoń nie walczyła już o nic, szalał za linią motywując zawodników do walki i pokrzykując na sędziego technicznego. Goście wiedzieli, że mecz ogląda cała Polska, chcieli się pokazać, sprawić niespodziankę…

Mistrzowska oprawa Legii

Gdy rozniosło się, że Piast przegrywa z Zagłębiem, kibice odpalili mistrzowską oprawę, która na chwilę przykryła dymem murawę i mecz został przerwany na parę minut. Tymczasem Leginości kolejnymi golami przypieczętowali tytuł i rezerwowi na ławce nie mogli już wytrzymać, miętosząc w rękach przygotowane butelki z szampanem…

Ondrej Duda z szampanemTuż przed końcem cały stadion zdążył jeszcze oklaskać na stojąco Marka Saganowskiego. 37-letni ulubieniec publiczności, ceniącej go i za skuteczność i za charakter po raz ostatni wybiegł na boisko w koszulce Legii, żegnając się i z kibicami przy Łazienkowskiej i z karierą. Najprawdopodobniej rozpocznie teraz karierę trenera młodzieży.

Saganowski ostatni raz w barwach LegiiW końcu rozbrzmiał ostatni gwizdek. Po krótkiej celebracji na murawie, wniesiono dekoracje, ustawiono niebieski dywan z tunelu dla mistrzów, warta honorowa złożona z żołnierzy Jednostki Reprezentacyjnej wniosła trofeum i… scenę i dywan ze wszystkich stron otoczyli kibice, w każdym wieku od dzieciaków po sędziwe głowy rodziny. Wywoływani z tuneli zawodnicy mistrza Polski musieli przedzierać się przez tłum, przybijając po drodze „piątki” lasowi rąk. Jeśli chcecie zanurzyć się w tym tłumie, to proszę bardzo, nagrałem cały ten pozytywny chaos kamerą 360 stopni z samego środka…


Nagrane Samsung Gear 360

A potem poleciały w górę konfetti i feta wraz z autokarem z mistrzami Polski przeniosła się do centrum Warszawy…

Mistrzowska feta Legii