Hitzfeld: najlepiej w piłkę grają w Hiszpanii

Ottmar Hitzfeld i jaZ okazji finału Ligi Mistrzów moja rozmówka z trenerem, który wygrał go dwukrotnie, z Borussią Dortmund i Bayernem Monachium. Opowiedział skąd jego zdaniem taka dominacja Hiszpanów w europejskich pucharach, o Diego Siemone, o Robercie Lewandowski i jego przyszłości w Bayernie, o tym co dał Bawarczykom Pep Guardiola

O finale w Mediolanie i hiszpańskiej dominacji

Po dwóch latach finał Ligi Mistrzów znów jest wewnętrzną sprawą klubów z Madrytu. Dominacja hiszpańskich drużyn w europejskich pucharach jest dojmująca. To przecież także Sewilla w Lidze Europy, którą w Hiszpanii w przeciwieństwie do innych nacji traktuje się bardzo poważnie. Jeśli hiszpańskie kluby w ogóle odpadają, to eliminując same siebie. Jeden Liverpool, który pokonał Villarreal był odstępstwem od reguły.

To efekt grania od 10 lat kombinacyjnego futbolu, przez kluby oraz reprezentację Hiszpanii. To tam powstają nowe trendy w piłce nożnej i rodzi się nowa filozofia. Nie tylko dotycząca ofensywnego futbolu jak tiki-taka Pepa Guardioli w Barcelonie, ale przecież i defensywny, ale przerażająco skuteczny styl Diego Simeone.

W Hiszpanii świetnie szkolą młodzież. Wyrosła tam też zresztą cała generacja dobrych trenerów. Dzięki temu piłkarze grający w lidze hiszpańskiej są najlepiej wyszkoleni technicznie w całej Europie, w każdym aspekcie. Mają najlepszą jakość podań, najwyższe posiadanie piłki, najlepiej wykonują stałe fragmenty, najlepiej atakują z kontrataku. Dlatego to w Hiszpanii gra się dziś najlepiej w piłkę. Trenerzy drużyn La Liga potrafią to wykorzystać. Jeśli do tego są świetnymi psychologami i motywatorami, potrafią stworzyć mistrzowską mieszankę. Tak jest w przypadku Zinedine Zidane’a i Simeone. Nie przewiduję rychłego przełamania tej dominacji.

Diego Simeone vs Zinedine ZidaneO Diego Simeone

Choć nie odpowiada mi styl jego drużyny, trzeba oddać mu szacunek za umiejętne zdławienie tiki-taki, najpierw tej Barcelony w ćwierćfinale, a potem Guardioli w półfinale z Bayernem. Jego nie interesuje posiadanie piłki, ale wybicie przeciwnikowi futbolu z głowy, odebranie piłki i szybka kontra. Jego Atletico Madryt robi to niezwykle skutecznie. Simeone dowodzi grupą piłkarzy niezwykle zdyscyplinowanych, zmotywowanych i konsekwentnie realizujących taktykę. Nie zdziwi mnie ich triumf w finale w Medolanie, choć uważam, że ten mecz nie ma faworyta. Real ma wszystko, żeby rozstrzygnąć go na swoją korzyść.

O Robercie Lewandowskim

To obecnie najlepsza „dziewiątka” na świecie. Nie mam co do tego wątpliwości, bacznie przyglądałem mu się w obu moich byłych klubach. Już w Borussii Dortmund widać było jego olbrzymi potencjał, został przecież jej najskuteczniejszym napastnikiem w Bundeslidze. Znakomicie rozwinął się w Bayernie pod ręką Pepa Guardioli. Ma wszystko co powinien mieć środkowy napastnik: technikę, umiejętność strzału lewą i prawą nogą, gry głową, wypracowania sobie pozycji do strzału. Ma nadzwyczajną inteligencję boiskową, to się po prostu widzi. Mogę na jednym oddechu wymienić go w gronie najlepszych obecnie piłkarzy świata jak Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar, Luis Suarez czy Zlatan Ibrahimović. Byłby wzmocnieniem każdego klubu świata.

Nie mogę mu doradzać co powinien robić ze swoją karierą, czy zmieniać ligę i na jaką. Ale jestem pewien, że będzie z tych zawodników, którzy bardzo zyskają na przyjściu do Bayernu Carlo Ancelottiego. Widać, że dobrze czuje się w Monachium, świetnie zna kolegów, wie gdzie pobiegną, gdzie może dostać piłkę. Może nie warto ryzykować zmiany, skoro już jest się w jednym z najlepszych klubów świata, z którym spokojnie może zagrać w finale Ligi Mistrzów za rok i powalczyć o Złotą Piłkę.

Bayern Munich vs VfL Wolfsburg O Bayernie Guardioli

Oburzają mnie głosy, że Guardiola poniósł w Bayernie porażkę, bo nie odniósł sukcesu w Lidze Mistrzów. Że z tak silną kadrą nawet jego teściowa zdobyłaby te trzy mistrzostwa Niemiec, mogą mówić tylko ci, którzy nie rozumieją futbolu. Sprowadzenie Guardioli było świetnym ruchem ze strony władz Bayernu, wyniósł zespół na wyższy poziom, skorzystała na tym cała Bundesliga. Hiszpan sprawił, że Bawarczycy po zdobyciu potrójnej korony z Juppem Heynckesem uniknęli kryzysu, normalnego w przypadkach drużyn, które zdobyły wszystko co było do zdobycia. Zwykle piłkarze po tak świetnym sezonie odpuszczają, zatracają głód wygrywania, czują się nasyceni. Przybycie tak wielkiego trenera jak Guardiola sprawiło, że z radością i zaciekawieniem poddali się jego filozofii. To z kolei wyzwoliło w nich dodatkową energię do pracy i apetyt na wygrywanie. Efektem były trzy mistrzostwa i trzy półfinały Champions League z rzędu. Naprawdę nie wielu trenerów mogłoby się poszczycić takim osiągnięciem w tak konkurencyjnych warunkach.

Hiszpan zostawia Bayern, który nigdy nie wymieniał tak świetnie tak wielu podań i nie grał na takiej szybkości. Każdy zawodnik rozwinął się z jego pomocą, niektórzy odnaleźli w sobie nowe umiejętności, inni znaleźli nawet lepiej do nich pasującą pozycję. Myślę, że w Niemczech dopiero za parę miesięcy pojmą jak świetnego trenera straciła Bundesliga. Póki co nie jest traktowany fair i należycie doceniany. Może z racji tego, że od dawna było wiadomo do jakiego klubu odchodzi. Nie zgadzam się jednak z zarzutami, że nie identyfikował się należycie z Bayernem. Dawno nie widziałem trenera, który tak bardzo żyłby za linią boczną każdym meczem drużyny. Jestem przekonany, że kiedy tu był, oddawał klubowi całego siebie.

Pep Guardiolla

Guardiola i banda Robin Hooda

Giardiola i Diego SimeoneNieczęsto w futbolu na najwyższym poziomie dochodzi do takich meczów jak ten Atletico Madryt z Bayernem Monachium, w którym pojedynek między trenerami usuwa w cień rywalizację między zawodnikami, choćby byli największymi gwiazdami futbolu. Do starcia między drużynami, które tak bardzo są odbiciem osobowości szkoleniowca i wytworem jego autorskiego projektu. Oczywiście i ja czekałem z zainteresowaniem na wynik wtorkowych „szachów” Manuela Pellegriniego z żółtodziobem Zinedine Zidanem, ale mam tu na myśli konfrontacją skrajnie odmiennych wizji futbolu jak np. w meczach Barcelony Pepa Guardioli z Realem Madryt Jose Mourinho.

Tamte pojedynki przyrównywano do starcia dobra ze złem, „jasnej strony mocy z ciemną”. Grającą piękną dla oka tiki-takę Barcę Portugalczyk postanowił poskromić „mordując futbol”, zmieniając niektórych swoich piłkarzy w brutali, na których symbol urósł – z krzywdą dla siebie – Pepe. Oczywiście sporo było w tym przejaskrawień, prawdopodobnie za sprawą osobowości Mourinho, jego prowokacji i konferencji. W każdym razie sympatia całego piłkarskiego świata, poza „królewską” częścią Madrytu była za Guardiolą.

To ciekawe, że tym razem jest inaczej, choć role są podobne. Bayern jest wierny filozofii Guardioli i gra niemiecką wersję katalońskiej tiki-taki, prąc na bramkę niezliczoną liczbą podań i zachwycając grą kombinacyjną. Atletico zaś tłamsi rywala i „wybija mu futbol z głowy” podobnie jak w czasach kariery piłkarskiej czynił jego trener, Diego Simeone, spec o brudnej roboty, który potrafił sprowokować na czerwoną kartkę Davida Beckhama na mundialu we Francji w 1998 lub zrobić dziurę w nodze Julena Guerero w meczu z Athletic Bilbao.

A jednak grający defensywnie, często na granicy brutalności i prowokujący rywali „Los Colchoneros” postrzegani są z sympatią. Jak ekipa piłkarskiego Robin Hooda, który wdarł się na salony i „okrada bogatych”. Może i stosując przemoc, ale w szczytnym celu. Protestują co najwyżej „bogacze” jak prezydent Bayernu, Karl–Heinz Rummenigge, który rok temu zarzucił Atletico „antyfutbol” i nazwał „szkaradną drużyną, która zabija piękno piłki”. Czy banda Simeone obrabuje Bawarczyków z finału Ligi Mistrzów?

Diego Simeone

Wilk w zagrodzie Bayernu

Guardiola i AlabaDavid Alaba odmówił Pepowi Guardioli! – grzmi angielska i niemiecka prasa. Co się stało? Czyżby Austriak w meczu z Juventusem Turyn nie chciał grać na pozycji środkowego obrońcy, gdzie z powodu plagi kontuzji ustawia go trener? A może odmówił krycia Paolo Dybali? Nic z tych rzeczy, Alaba odmówił Guardioli… przeprowadzki do Manchesteru City, który Katalończyk obejmie w nowym sezonie. Odmówił i postanowił przedłużyć kontrakt z Bayernem Monachium aż do 2021 roku (z pensją 12 mln euro).

Zauważacie państwo kuriozalność tej informacji? To oczywiste, że piłkarzem tej klasy, być może najbardziej wszechstronnym w dzisiejszym futbolu interesują się czołowe kluby jak Barcelona, Real Madryt czy pragnący wejść na ich poziom Man City. To jasne, że pragnie go przyszły trener tego ostatniego. Kuriozum polega na tym, że jest nim jednocześnie aktualny trener Bayernu. Takiej sytuacji jeszcze w futbolu nie przerabialiśmy. Dziwi brak stanowczej reakcji władz bawarskiego klubu, w którego zagrodzie pies pasterski właśnie zrzucił skórę i okazał się w wilkiem. Może dlatego, że skandal to ostatnia rzecz jakiej Bayern przed walką z Juventusem o awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

Zasadne wydają się pytania stawiane przez dziennikarzy „Bilda” w chwili gdy ogłoszono przyszłego pracodawcę Guardioli, kogo zamierza zabrać ze sobą i ile czasu zamierza poświęcać do końca sezonu sprawom City. Okazuje się, że zapewnienia iż będzie się koncentrował tylko na Bayernie są mitem. W miniony poniedziałek fotoreporterzy przyłapali go na podróży do Amsterdamu, gdzie w hotelu spotkał się przyjacielem i dyrektorem sportowym City, Tixi Beguristeinem.

Ostatnio deklarację o braku zainteresowania transferem do City złożył na łamach „Muenchener Merkur” Manuel Neuer. Bayern za wszelką cenę chce też zatrzymać Roberta Lewandowskiego, Thomasa Mullera, Thiago. A że do City nie przeniosą się raczej także Leo Messi, Neymar, Luis Suarez, Cristiano Ronaldo, czy Zlatan Ibrahimovic, Guardiola ma znaczenie więcej powodów do zmartwień niż tylko rewanż z Juventusem.

 

Pytania do Pepa Guardioli

Guardiola w Manchesterze CityNajbardziej spektakularny transferem zamkniętego okna jest ten, który dokona się dopiero latem, czyli ujawnienie „tajemnicy Poliszynela” o objęciu przez Pepa Guardiolę Manchesteru City. Dziwny to zwyczaj gdy trener drużyny X ogłasza pół roku wcześniej, że w nowym sezonie obejmie zespół Y. Coś, co nie razi w przypadku piłkarzy, którym wygasa kontrakt (choć, owszem, wzbudza emocje i kontrowersje jak ze zmianą klubu przez Roberta Lewandowskiego czy obecnie przez Radosława Cierzniaka), u szkoleniowców budzi wątpliwości. Co innego gdy któryś jak Jupp Heynckes ogłasza po sezonie przejście na emeryturę lub po prostu odejście z klubu po wypełnieniu umowy, bez jasnych deklaracji co dalej.

Wczesna decyzja Guardioli (mówi się, że karierę zaplanował gruntownie do 2020 roku, kiedy to obejmie reprezentację gospodarza mundialu w Katarze) pozwoliła Bayernowi zakontraktować od czerwca znakomitego następcę w postaci Carlo Ancelottiego, ale czy nie powinna pozostać pozostać tajemnicą gabinetów? Naraża bowiem na niepewność piłkarzy aż dwóch klubów, o aktualnym trenerze City, Manuelu Pellegrinim nie wspominając.

Ja wiem, że wszystko to wysokiej klasy profesjonaliści, którzy tak czy siak będą dążyć do zdobycia mistrzostwa Niemiec i Anglii oraz triumfu w Lidze Mistrzów. Media pełne są jednak spekulacji nie tylko jacy piłkarze dzięki Guardioli rozkwitną w City (Sterling, Silva, Kelechi Ihenacho), kogo wykreuje na gwiazdę światowej klasy (de Bruyne), a kogo sprowadzi za 300 mln euro jakie ma dostać na zakupy (Lewandowski trafił już na czołówki gazet zarówno na Wyspach jak i w Hiszpanii jako przedmiot potencjalnej wojny Realu z City, mówi się o Messim, Neymarze, Pogbie). Ale i pełno wszędzie nazwisk które „odstrzeli”.

Pierwszy ma odejść Yaya Toure, któremu z dawnych lat nie po drodze z Katalończykiem, ale – jak czytam – nowych klubów może sobie szukać cała defensywa oprócz Vincenta Kompany’ego. Jak zareagują na to Sagna, Zabaleta, Kolarov, Mangala czy Demichelis? Czy doda im motywacji, czy nadal będą mieli ochotę „umierać” w walce o tytuł? Czy nie zacznie popełniać głupstw Joe Hart gdy wyczyta, że nie ma czego szukać u Guardioli, o ile szybko nie upodobni się do Neuera i nie zacznie rozgrywać?

Pytania padają nie tylko o to jak szybko City zacznie grać tiki-takę, ale i o konflikt interesów. To właśnie zasugerował „Bild”, publicznie pytając Guardiolę „ile czasu dziennie zamierza poświęcać City?” Pep zapewne odpowie, że do 30 czerwca koncentruje się wyłącznie na Bayernie i walce o „potrójną koronę”. Ale czy to możliwe, żeby tak kompletnie odciąć myśli od tego co dzieje się w przyszłej firmie? I nie mówię tu o sprawdzeniu na livescorze co tam u chłopaków…

O wiele poważniej brzmi drugie pytanie-zarzut: „Czy pilotował pan transfer De Bruyne?”. Dziennikarze sugerują, że Guardiola mógł celowo zablokować transfer Belga z Wolfsburga do Bayernu, choć jego agent już deklarował porozumienie z mistrzami Niemiec. Przypominają, że Guardiola już w w 2012 roku prowadził rozmowy z szejkami z City, w klubie dyrektorskie funkcje pełnią jego przyjaciele z Barcelony, Ferran Soriano i Tixi Beguiristain. Oczywiście wszyscy wolelibyśmy, żeby to była podła insynuacja „tabloida” iż Guardiola znając swą przyszłość wolał współpracować z de Bruynem w City niż w Bayernie…

Guardiola i LewandowskiKolejne pytanie „Bilda” „Czy zabierze nam pan latem Lewandowskiego?” nie ma już takiego ciężaru. Mamy wolny rynek, jeśli City wyłoży 100 mln euro, o których się spekuluje, a Bayern je zaakceptuje, Lewy przejdzie co City i nikomu nie stanie się krzywda.

O ile kapitan reprezentacji Polski będzie miał na to ochotę. Dotąd nie deklarował chęci przenosin do Premier League. Guardiolę ceni, jest mu wdzięczny za rozwój, ale to chyba nie aż tak głęboka relacja, by miał ślepo za nim podążać. Zwłaszcza, że na razie nie wygrał z Katalończykiem niczego więcej niż z Juergenem Kloppem. Czym City go skusi, pensją? Gdzie by nie poszedł, wszędzie dostanie ogromną. Np w Realu Madryt, dlaczego projekt Guardioli w City miałby być bardziej atrakcyjny? Istotnie jednak jest w tym jakiś absurd, że dziennikarze mają pełne prawo zadawać takie pytania obecnemu trenerowi Bawarczyków…

Nie sądzę, że Guardiola – jak czytam – idzie na łatwiznę. Czeka go przecież najtrudniejsze zadanie z dotychczasowych, nawet jeśli przyjąć, że po raz trzeci w karierze podejmuje pracę trenerską w klubie z bajki. Barcelonę przejmował z młodym Messim, Xavim i Iniestą oraz władzą pozwalającą „odstrzelić” takie gwiazdy jak Ronaldinho, Deco czy Eto’o (wyobraźmy sobie trenera Realu Madryt z analogiczną władzą, nawet Jose Mourinho nie był w stanie poradzić tam sobie z jednym gwiazdorem). Z kolei Bayern wziął u szczytu potęgi, tuż po zdobyciu „potrójnej korony”, z Neuerem, Lahmem, Alabą, Schweinsteigerem, Müllerem czy wreszcie Robbenem i Ribérym. Na dzień dobry udało mu się także osłabić jedynego rywala, odbierając Borussii Lewego.

W Premier League nie będzie rywalem sam dla siebie jak w Bundeslidze. Będzie musiał znieść brak przerwy zimowej i świąteczno-noworoczny maraton meczów, sukces w Lidze Mistrzów stanie się obowiązkiem, nie możliwością. Przed nim wiele „zimnych, wilgotnych wieczorów” nie tylko w Stoke.

Pep Guardiola

Odyseja i Eneida, czyli najlepsza Barcelona w historii?

Messi and  Guardiola, Messi and EnriqueDoskonale wiem jak nieprzewidywalny, niesprawiedliwy i sprzeczny z logiką potrafi być futbol, za co go zresztą tak bardzo kochamy. Jak mawiał Leo Beenhakker, który nim w minionym tygodniu przeszedł na emeryturę po 50 latach pracy trenerskiej „piłka nożna to nie matematyka, tu dwa plus dwa rzadko równa się cztery, raczej przeważnie równa się trzy albo pięć”. Każdy z nas mógłby sypać przykładami jak z rękawa: Liverpool kontra AC Milan w finale Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku, którego 10. rocznicę właśnie obchodzimy, Chelsea pokonująca w niesamowitych okolicznościach Bayern w finale w Monachium w 2012, Polska wygrywająca pierwszy mecz w historii z Niemcami, koronowanymi na mistrzów świata trzy miesiące wcześniej, Sepp Blatter, który podaje się do dymisji cztery dni po wyborze na szefa FIFA na piątą kadencję…

A jednak choć dobrze wiem, że „mecze wygrywa się na boisku, a nie na papierze”, moja piłkarska wyobraźnia nie pozwala mi wyobrazić sobie innego scenariusza w sobotę na Stadionie Olimpijskim w Berlinie jak pewne zwycięstwo Barcelony z Juventusem Turyn, pieczętujące zdobycie drugiej w historii katalońskiego klubu „potrójnej korony”. Tę pierwszą wywalczyła w 2009 roku Barca Pepa Guardioli, w jego debiutanckim sezonie, teraz szansę na jej zdobycie w swoim pierwszym sezonie na Camp Nou ma Luis Enrique. Barcę Guardioli niemal cały świat zgodnie okrzyknął nie tylko najlepszą drużyną w historii klubu, ale wręcz w historii futbolu. Drużyna Enrique góruje nad tamtym zespołem niemal we wszystkich statystykach, czy triumf w Berlinie automatycznie ustawi więc ją na piedestale?

Barca1Myślę, że to będą pytania, które świat zacznie sobie stawiać zadawać po ostatnim gwizdku. Czyje zasługi są większe? Guardioli, który wymyślił, wdrożył i doprowadził do perfekcji porywającą tłumy tiki-takę, znajdując dla niej idealnych wykonawców w postaci Xaviego i Iniesty, a Leo Messi w jego drużynie uformował się na najlepszego piłkarza świata (to u niego Argentyńczyk po raz pierwszy – w wygranym 6:2 meczu z Realem Madryt – zagrał jako „fałszywa dziewiątka”)?

Czy Enrique, który (tylko lub aż) zreformował tiki-takę, przejrzaną już przez trenerów jak Jose Mourinho, naprawiając wypaczenia, wpajając drużynie umiejętność gry z kontry, czynią ja bardziej bezwzględną i nieprzewidywalną? Uzupełniając luki po gwiazdach, które odeszły jak Carles Puyol lub wyblakły jak Xavi i Iniesta czy reaktywując takich piłkarzy jak Gerard Pique? Przede wszystkim jednak natchnął na nowo Messiego, który z różnych powodów przygasł u kolejnych następców Guardioli. Sprawiając, że tercet M-S-N, Messi, Suarez, Neymar stał się najskuteczniejszym atakiem w historii futbolu, zdobywając w sezonie (póki co) 119 goli. Przy czym „trzej tenorzy” zupełnie ze są nie rywalizują, bo Brazylijczyk z Urugwajczykiem uznają, że liderem jest Messi.

Bez wątpienia statystyki przemawiają za Barcą AD 2015. Porażający jest procent zwycięskich spotkań: 83 dziś przy 68 procentach w 2009 roku. Obecna drużyna nie tylko zdobyła w całym sezonie 18 goli więcej niż zespół Guardioli, ale i mniej bramek straciła – 17. Sam Messi zdobył o 20 goli więcej (58) niż sześć lat temu (38).

Enrique w chwili obejmowania Barcelony wiele łączyło z Guardiolą. Obaj byli wychowankami klubu, obaj przygodę trenerską zaczynali w Barcelonie B, obaj obejmowali pierwszą drużynę w kryzysie, a przynajmniej po tym jak w poprzednim sezonie nie zdobyła żadnego trofeum. Obaj wzbudzali na początku wątpliwości kibiców: Guardiola gdy jego Barca zdobyła tylko jeden punkt w pierwszych meczach, Enrique gdy w styczniu media już go prawie zwolniły.

Guardiola i Luis EnriqueWydaje się jednak, że presja oczekiwań wobec Enrique była o niebo większa niż wobec Guardioli, a jego zadanie znacznie trudniejsze. Nie tylko dlatego, że obejmował zespół dopiero co najlepszy w historii, pełen największych gwiazd światowego futbolu, ale sfrustrowanych niepowodzeniami na wszystkich frontach. Ale także z powodu kryzysowych okoliczności w jakich działał: na Barcę nałożono zakaz transferowy, prezesów ciągano po sądach za pokrętne transfery, z klubu zwolniono dyrektora sportowego Andoniego Zubizarettę; długo nie mógł sięgnąć po Suareza, Messiemu z Neymarem sen z powiek spędzały podatkowe kłopoty ojców itd… A mimo to w pierwszych 50 meczach z Barceloną osiągnął historyczną liczbę zwycięstw (42) bijąc nie tylko Guardiolę (37) ale i Helenio Herrerę (40.)

Czy to sprawia, że sukcesy Barcy z 2015 roku są więcej warte i bardziej godne podziwu niż te z 2009? Czy wolno stawiać wyżej Enrique, który ulepszył koncepcję stworzoną przez Guardiolę? Dylemat jak z „Eneidą” Wergiliusza, napisaną na rozkaz Cesarza Augusta, by dowieść boskiego pochodzenia Rzymian. Opisując tułaczkę Eneasza w poszukiwaniu nowej ojczyzny po upadku Troi, Wergiliusz musiał mierzyć się z „Odyseją” wielkiego Homera, będącą wydawało się niedościgłym wzorcem. Jego Eneasz „płynął krok w krok za Odyseuszem”, spotykając tych samych bohaterów i przeżywając podobne przygody. A jednak poeta potrafił znaleźć rozwiązania przebijające te z pierwowzoru. Podam jeden przykład: u Homera podczas turnieju strzeleckiego u Feaków Odyseusz posyła strzałę poprzez otwory odpowiednio ustawionych siekier, a potem trafia nią w „dziesiątkę”, rozłupując na pół strzałę, którą ktoś wcześniej umieścił w środku tarczy. Triumf nie do przebicia? W „Eneidzie” strzała wypuszczona przez przyszłego Rzymianina zapłonęła w locie, „z długim lecąc warkoczem, spowijając niebo iskrami niczym gwiazdy”, przemieniając zwykły turniej strzelecki w proroctwo przyszłej wielkiej chwały…

Eneida

#Justiciaparatopo

JusticiaParaTopoMam szczerą nadzieję, że członkowie Komisji Dyscyplinarnej UEFA, którzy 21 maja zajmą się „incydentem pozasportowym z udziałem trenera Bayernu Monachium, Pepa Guardioli” szybko rozejdą się do innych zajęć, nie wydając bezdusznego werdyktu, czym strzeliliby w stopę szacownej federacji. Rozumiem przeczulenie UEFA, by piłkarze czy trenerzy przy okazji meczów nie prowadzili agitacji politycznej, ani religijnej, nie prowokowali kibiców rywali czy po prostu nie prowadzili ordynarnej kampanii reklamowej dla swego sponsora – odsłaniając hasła, slogany czy hasztagi na koszulkach po strzelonych golach lub na konferencjach.

Guardiola nie agitował za niepodległością Katalonii, napis na jego koszulce nie głosił, że „Porto to stara k…”, nie reklamował na chama żadnej. Wchodząc na konferencję prasową przed rewanżowym meczem Ligi Mistrzów z FC Porto w czarnej koszulce z napisem #justiciaparatopo (sprawiedliwość dla Topo) upominał się o sprawiedliwe śledztwo, mające wyjaśnić śmierć znanego dziennikarza sportowego i swego znajomego, Jorge „El Topo” Lopeza. Jak napisała w podziękowaniu na Twitterze wdowa po dziennikarzu, Guardiola doskonale zdawał sobie sprawę, że ryzykuje karą, ale mimo to postanowił okazać solidarność. Gdy jeden z najwybitniejszych trenerów świata świadomie i na zimno łamie zasady, żeby przyciągnąć naszą uwagę na jakiś problem, warto się wsłuchać.

Jorge Lopez był doświadczonym i szanowanym dziennikarzem sportowym z Argentyny, pracującym również dla hiszpańskich mediów. Przydomek „Topo” (Kret) nadano mu 18 lat temu, ponieważ świetne newsy i tematy potrafił wydobyć wprost spod ziemi. Przyjaźnił się z wieloma osobistościami ze świata futbolu. Był korespondentem na ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Brazylii. W nocy przed półfinałem Brazylia – Niemcy zginął w wypadku samochodowym w Sao Paolo w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Wracał taksówką do hotelu, gdy o 1.30 nad ranem w jego samochód uderzył kradziony nissan, którym trójka nastolatków uciekała przed policyjnym pościgiem. 38-letni reporter wypadł na zewnątrz i zginął na miejscu. Trójce złodziei nic się nie stało.

JusticiaParaTopo„Topo” jechał do hotelu, w którym czekała na niego żona Veronica Brunati, dziennikarka „Marki”, która o śmierci męża dowiedziała się… z twitterowego wpisu poruszonego Diego Simeone, który żegnał przyjaciela. Odpisała trenerowi Atletico Madryt: „Nie. Diego nie pisz takich rzeczy. Proszę, niech ktoś do mnie zadzwoni”.

Dziś Brunati dziwi się, że sprawcy wypadku odpowiadają z wolnej stopy. Uważa, ze doszło do morderstwa. Spowodowanie wypadku to w Brazylii częsta metoda złodziei na zatrzymanie samochodu, by potem okraść rannych. W podobnych okolicznościach na drodze do Belo Horizonte zginęła dwójka innych argentyńskich dziennikarzy, a kolejnych dwóch trafiło do szpitala. Nie wiadomo też czy jakiś związek ze śmiercią „Topo” ma fakt, że wcześniej podczas turnieju został on wraz żoną ostrzelany przez nastoletniego sprawcę, jednak nie jednego z tych, którzy byli na miejscu wypadku.

Śmierć Lopeza wywołała wielkie poruszenie nie tylko w jego ojczyźnie. Kondolencje przesłała żonie piłkarza FIFA. Leo Messi, który z „Topo” znał się od 2004 roku zadedykował mu półfinałowe zwycięstwo z Holandią. „To zwycięstwo specjalnie dla ciebie, mój przyjacielu. Uściski dla całej rodziny i dużo sił” – napisał na Facebooku. Javier Mascherano przekazał rodzinie wpływ z wydanej po mundialu autobiografii. Z kartkami napisem #justiciaparatopo występowali w mediach m.in. Diego Maradona, ale i Urugwajczyk Diego Forlan. Nikomu nie przyszło do głowy protestować, kiedy w styczniu przed meczem Barcelona – Atletico Madryt obie drużyny ustawiły się na murawie do zdjęcia z banerem żądającym sprawiedliwego procesu.

JusticiaParaTopo

UEFA w swej dbałości o poprawność polityczną popada w co raz większe absurdy. Jak najbardziej rozumiem karę dla cwaniaczka Nicklasa Bendtnera, który po golu dla Danii na Euro 2012 bezczelnie uniósł koszulkę i opuścił spodenki, by odsłonić logo firmy bukmacherskiej. Ale karać Guardiolę? Dobrze, że Andres Iniesta wbił gola Holandii w finale mistrzostw świata w RPA, a nie na mistrzostwach Europy, bo pewnie trafiłby przed Komisję Dyscyplinarną UEFA za odsłonięcie pamiętnej koszulki „Dani Jarque: siempre con nosotros” (Dani Jarque: zawsze z nami) upamiętniając zmarłego kolegę z Espanyolu Barcelona. Czy i Kaka poniósłby dziś surową za wzruszający napis na koszulce „I Belong to Jesus” odsłaniany po wygranych finałach mundialu w 2002 roku i Ligi Mistrzów w 2007? Jeśli tak to futbolowe obyczaje schodzą na psy.

JusticiaParaTopo

Mourinho: Gombrowicz wśród trenerów o mózgu wykutym w Mordorze?

Przepraszam, że wyniki konkursu Mourinho vs Guardiola ogłaszam z taką zwłoką, ale kompletnie nie miałem czasu zalgować się na blogu. A w międzyczasie tyle się wydarzyło: Legia jako kolejny z 17 mistrzów Polski odbiła się od Ligi Mistrzów, Gareth Bale ostatecznie przeszedł do realu Madryt bijąc (lub nie) przy tym rekord transferowy (zgadzam się z tezą, że tą metką z taką ceną zrobiono mu krzywdę), Arsene Wenger zerwał z swą wieloletnią filozofią i wybulił 50 mln euro na piłkarza, zaprawdę świetnego ale w kontekście zgody na odejście Robina van Persie i jeszcze paru chłopaków za nieporównanie mniej, nadal zastanawiam się co dalej z Arsenalem. Wreszcie Polska nie zdołała pokonać Czarnogóry i definitywnie pożegnała z mundialem w Brazylii (za słaby byłem z matmy, żeby patrzeć na sytuację z optymizmem), o czym napiszę w następnej notce. Tymczasem werdykt.

Najbardziej podobały mi się notki o Jose Mourinho, co nie znaczy, że zgadzam się z ich tezą, że jest lepszy od Pepa Guardioli. To był nie tyle pojedynek na argumenty, bo tego sporu prędko nie rozstrzygniemy, ale na ich formę, liczbę i logikę. Najlepszy komentarz stworzył Lukas i jego rękę wirtualnie wznoszę ku górze. Książki (jak tylko przyślecie mi mejlem adres) dostaną także Ytseman23 i Anwaarch. Gratuluje panowie! Kilka innych komentarzy, które również bardzo mi się podobały znajdziecie poniżej. Bardzo bliski podium był Jakub Sośnicki. Ucan narobił mi smaku teza o tym, że Mourinho jest Gombrowiczem wśród trenerów, ale liczyłem na znacznie obfitsze w argumenty rozszerzenie. Podobnie jak Grmli piszący o Mourinho jako postaci z Mordoru. Dziękuję wszystkim za wspólną zabawę i do następnej!

Lukas

Mourinho…

…ponieważ osiągał sukcesy z maszynami, nad którymi niekoniecznie każdy by zapanował. Podczas gdy Guardiola dostał wpierw Ferrari, a teraz Red Bulla, to Mourinho romansował z maszynami przeciętnymi, nowymi, niekoniecznie faworyzowanymi – czy jak ta ostatnia – kapryśnymi;

…ponieważ jest prawdziwym facetem, samcem alfa. To on przewodzi, on rządzi, daje i odbiera. Jeśli trzeba odtrąca najwyższe świętości, jeśli trzeba wysyła w bój oznaczony cierpieniem, jeśli trzeba jako pierwszy odbiera ciosy, by potem być tym, który zada ten ostatni;

…ponieważ jest niesfornym chłopcem na ringu. A to włoży palec w oko, a to się pokłóci z sędzią, a to oznajmi zwycięstwo nim rozpocznie się walka;

…ponieważ jest kimś więcej niż reżyserem. Panuje nad każdą sekwencją filmu, planuje kolejne sceny, a gdy się wszystko wali jak domek z kart, sam wchodzi na plan by odegrać kolejną brawurową rolę, wygłosić kolejny zapierający dech w piersiach monolog, znów uratować Oscara rolą wręcz oscarową;

…ponieważ stawia efektywność nad efektownością. Projektuje sprzęt stworzony dla swych celów, bez zbędnych ozdobników, które nie sprawiają żadnej praktycznej funkcji;

…ponieważ połowa świata go kocha, a druga połowa nienawidzi. Protagonista i antagonista w jednym. Niegrzeczny dzieciak, który wkurza rodzica, a ten nadal go kocha;

…ponieważ na jego spektaklu jeszcze nie zdarzyło mi się usnąć. Tymczasem „Tiki-taka” Guardioli, tak wiernie odtwarzana we wszystkich możliwych teatrach, coraz to doskonalsza, zdążyła mnie już nieraz znużyć.

…ponieważ Jose jest The Special One.

ytseman23

Mój głos zdecydowanie idzie na Mourinho. Oczywiście za Guardiolą stoją bezprecedensowe sukcesy – nikt w historii nie zdobył tak wiele w tak krótkim czasie. Mam jednak duże wątpliwości, na ile jest to faktycznie jego zasługa, a na ile efekt innych czynników, w szczególności życiowej formy niemal wszystkich zawodników Barcelony. Wcale nie twierdzę w tym miejscu, że wkład Josepa był zerowy – na pewno był znaczny, a fakt, że Messi, Xavi, Iniesta i inni grali na 150% możliwości na pewno był efektem unikalnego połączenia na linii trener-drużyna, którego pewnie nie osiągnąłby nikt inny. Ale czy kluczową postacią był Guardiola? To pozostaje dla mnie dyskusyjne.
W dodatku Guardiola wybierając za swój kolejny klub Bayern Monachium, nadal będzie wzbudzał moje wątpliwości – nawet jeśli w najbliższych latach będzie zdobywał jedno trofeum za drugim, to nadal pozostanie kwestia, na ile jest to jego wkład, a na ile – maszyna ustawiona, naoliwiona i puszczona w ruch przez Juppa Heynckesa.
Inna rzecz, że te sukcesy wcale nie muszą przyjść. Ba, nawet więcej – aktualna sytuacja i pozycja Bayernu jest bardzo niewygodna – wygranie Bundesligi to dla nich mus, bo każde inne miejsce będzie totalną porażką, a Borrussia na pewno łatwo nie odpuści. W Europie jeszcze gorzej – nikt Ligi Mistrzów dwa razy z rzędu nie wygrał, bo poza umiejętnościami trzeba mieć jeszcze mnóstwo szczęścia.
Upraszczając: ciężko będzie Guardioli sprawić, żeby nadchodzący sezon został nazwany sukcesem, a nawet jeśli, to cały czas nie będzie można pozbyć się znaków zapytania.
Dlatego też, przy całym szacunku dla sukcesów oraz kultury osobistej Josepa, gdybym sam prowadził klub piłkarski to bez zastanowienia postawiłbym na Jose. Tego wrednego skubańca, kłamcę i intryganta. Jego sukcesy przeliczone na tytuły są również spektakularne, a dodatkowo nie ma wątpliwości, że Porto, Chelsea, Inter oraz Real były jego projektami. W żadnym przypadku nie była to piłkarska poezja jak Barca Guardioli, ale przez wiele lat tworzył on drużyny lepsze od prostej sumy umiejętności poszczególnych graczy. Nie bez powodu jego zawodnicy w przeważającej większości darzą go niebywałym uwielbieniem – bo potrafił im powiedzieć w taki sposób, że są najlepsi, że mu uwierzyli. Dwa ostatnie zdania nie tyczą się Realu, ale według mnie, również jako szkoleniowiec Królewskich zrobił sporo (do sukcesu w Europie w ostatnich dwóch sezonach dzieliło go naprawdę niewiele). Głównym problemem według mnie było to, że we wszystkich poprzednich zespołach Mou mógł przenieść zawodników na wyższy level, a w przypadku Realu level był już właściwie maksymalny i podejście powinno być jednak inne. Tak mocno skupiono się na haśle „Bić Barcelonę”, że potem zabrakło innych opcji.
Oczywiście, zachowaniem bydlackim było wsadzenie palca w oko Tito, wiele wypowiedzi The Special One nie sposób określić inaczej niż „chamskie”, ale nie mam wątpliwości, że przy tych jego wyskokach Machiavelli skacze z radości, wystawia dłoń i krzyczy „Jose, gimme five!!!”. Bo każde jedno zachowanie, słowo i gest świadczy w mojej opinii o niebywałej wręcz inteligencji, umiejętnościach przewidywania oraz czytania emocji. To jest naprawdę „przygotowywanie się do następnego meczu tuż po zakończeniu poprzedniego”. Choćby to, co robi Mou w sprawie Rooney’a jest – z punktu widzenia klubu Chelsea – genialne! Podkreślenie gafy Moyesa na temat drugiej opcji, podchody, stawianie Wayne’owi ultimatum – wszystko jest mistrzowsko rozegrane i niezależnie od tego czy Rooney zmieni klub czy nie (według mnie nie) ilość zepsutej krwi na Old Trafford jest olbrzymia.
Według mnie Mourinho przerasta Pepa także w sferze strategiczno-taktycznej. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że przed meczem przygotowuje w swoim notesiku swoje reakcje typu zmiany taktyki, roszad personalnych, w zależności od zdarzeń na boisku. Dlatego też mało co go zaskakuje. Niezwykle mocno zapadła mi w pamięć scena z tegorocznego rewanżowego meczu między Realem oraz Manchesterem United. Kibicuję Czerwonym Diabłom już ze dwadzieścia lat, uwielbieniem darzę Alexa Fergusona (wśród trenerów tylko Phil Jackson może się z nim równać jak dla mnie). Gdy Nani dostał czerwoną kartkę rzuciłem mięsem – i nie było to „fruk ci w rzętak” Witkacego – i miałem ochotę wejść na murawę i spuścić sędziemu solidny łomot. Identycznie zareagował Ferguson, który zbiegał po schodach, z zacięciem żując gumę, co miało mu zapewne rozgrzać aparat gębowy przed uskutecznieniem słynnej suszarki. I zupełnie mu się nie dziwiłem. Ale, gdy potem analizowałem całą sytuację na chłodno, to stwierdziłem, że Ferguson dał plamę. Zamiast wprowadzić zmiany personalne lub w ustawieniu, zareagował bardzo emocjonalnie, a jego zdenerwowanie udzieliło się podopiecznym. A co zrobił Mou? Z kamienną miną wprowadził Modrica, który za kilka minut odmienił losy meczu. Zachował stoicki spokój, bo był na taką sytuację – mamy niekorzystny wynik, jest druga połowa i jeden z przeciwników dostaje czerwoną kartkę – po prostu przygotowany.
Podsumowując: mając do wyboru Mourinho oraz Guardiolę wybieram Fergusona ;) ale zaraz potem Mourinho.

Anwaarch

Patrząc na futbol przez pryzmat osiągnięć – nie poznałbyś jego piękna.
Kibicując jedynie dla trofeów – nie mógłbyś nazwać się kibicem.

Traktując piłkę nożną jako życie, rezultaty są sprawą drugorzędną.
W momentach słabości – kochając klub, ukazywałbyś ironię?
W momentach uniesień – kochając klub, ukazywałbyś brak szacunku?

Mourinho jest niczym żagiel. Tak, żagiel.
Gdy nie ma wiatru, żagiel opada, choć cały czas chce pokazać, iż jest najważniejszy, bo przecież bez niego statek nie popłynie?
Żagiel cały czas jest w centrum uwagi. Cały czas jest okazały, wyniosły. Ważny, choć nie najważniejszy.
Gdy Real przegrywał, Mourinho chciał być w orbicie mediów. Stawał się ironiczny, cyniczny. Prowokował w wywiadach. Pokazywał, że to on jest charakterem numer jeden

Guardiola jest kapitanem statku. Tak, kapitanem – człowiekiem.
Cały czas znajduje się na pokładzie. Dba o poddanych, nie unosi się. Gdy nie ma wiatru, jest sobą. Chwyta za wiosło i wiosłuje! Ważna jest załoga, a nie żagiel!

„””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””

Spójrz, taka prawda. To małe porównanie do morskich aspektów działa! Mourinho w gruncie rzeczy nie przebywa z piłkarzami. Pokazuje im jedynie jak grać. Ci narzekają na niego, kiedy nie zasiada już na ławce trenerskiej. Pep jest blisko zawodników. Gdy coś zaczyna się psuć, podchodzi do nich niczym przyjaciel. Mourinho to wyniosłość. Sam określił się The Special One. Co z tego, iż zdobywa trofea, jak za każdym razem kończy współpracę aferą? Guardiola to człowieczeństwo. Prawdziwy kompan.

Futbol to nie tylko wyniki.
Prawdziwie kocham futbol, więc wybieram..
Wybieram człowieczeństwo. Wybieram Pepa Guardiolę.

Jakub Sośnicki

Mourinho, bo… zdobywał puchary w czterech krajach, w czterech ligach, który ewidentnie różnią się od siebie stylem i działają w inny sposób. Już na początku swojej samodzielnej kariery pokazał, że potrafi wyciągnąć ze swoich piłkarzy 200%. Co prawda – w Porto spędził zaledwie dwa lata, jednak później dołączył do Chelsea i od razu potrafił z nią zdobywać kolejne trofea. A jak wiemy nie jest to wcale taka łatwa rzecz – na przykładzie Andre Villasa-Boasa, który pobijał w Portugalii rekordy „The Happy One”, a mimo to nie poradził sobie w drużynie Romana Abramowicza. Jest mistrzem gierek słownych, w których ukryta jest przede wszystkim motywacja. Zawsze broni swoich podopiecznych (nawet w kontrowersyjny sposób). Stał się piłkarską ikoną, a jego cytaty przeszły do historii. Wszyscy pamiętaj, jak przed meczem Ligi Mistrzów z Barceloną Jose Mourinho na konferencji prasowej wymienił skład obu drużyn. Wszyscy pamiętają słynne „por que?” i żale na UEFĘ. I w końcu wszyscy zapamiętają pierwsze słowa Mou, kiedy powrócić do Anglii – Dziennikarz powiedział: „W Premier League dużo się zmieniło”, na to Portugalczyk odpowiedział: „Nie, Arsenal nadal nie zdobył żadnego pucharu”. Geniusz, geniusz taktyczny, motywacyjny, ojciec sukcesu i drużyny. Za Mourinho murem stoją nawet sami piłkarze. To oni wracają do niego, chcą z nim współpracować w innych zespołach – Carvalho, Ferreira, Essien czy Eto’o. Wiedzą, jak wygląda praca z takim człowiekiem i bez chwili zwątpienia przenoszą się do klubów, które prowadzi Jose. Jego wielka osobowość i styl przekazywania informacji powoduje, że przez cały czas chce się go słuchać i oglądać. Przyciąga masę ludzi i potrafi zarazem – kolokwialnie mówiąc- zagiąć każdego. Żywa gestykulacja i ciągłe komentarze adresowane do arbitrów sprawiają, że jego piłkarze czują się pewniej. Czują, że tuż przy linii stoi Pan, który ich obroni. I w końcu wiedzą, że w jego głowie kryje się gama wszelkiego rodzaju pomysłów i schematów, który można wykorzystać podczas meczów. Dlatego właśnie moim zdaniem Jose Mourinho jest najlepszym menedżerem świata.

ucan

Mourihno, bo jest pierwszej klasy jajkiem na twardo (pamiętna konferencja), czyli Gombrowiczem wśród trenerów. Pokonując futbolowe sinusoidy, od portugalskiego outsidera União Leiria po K2 klubów świata – Real Madryt, przyklejał sobie nieustępliwie tysiące gombrowiczowskich gęb. Mozolne acz heroiczne próby uzyskania rzeczowych informacji na konferencjach The Special One nonszalancko zbywa festiwalem min i metafor.

Podobnie jak literackie alter ego, Jose jest nazbyt często posądzany o przerost formy nad treścią. Nonsens. Uczuleni na piękno obu kunsztów winni raczej błogosławić tą tendencję, która dopiero w symbiozie jest w stanie przedstawić ogrom geniuszu całości. Czym byłoby sportowo pieczołowicie wykute na ideał spotkanie Chelsea – Barcelona bez pamiętnego „Fucking disgrace” Drogby i kanonady mistrzostwa negatywnej ekspresji The Special One? Pięknem zapomnianym, mgnieniem oka wśród boiskowej magii.

Mourinho, bo poparty spektakularnymi, choć czasami tak ostentacyjnie zdobywanymi trofeami o niemal idealnej amplitudzie trudności. Od zwycięstwa w lidze portugalskiej po Ligę Mistrzów, a przecież zdołał także rozbroić hegemoniczną Barcelonę. Co jednak istotniejsze poparty szeregiem druzgocących porażek (0:5 w Gran Derbi), z których powstawał samotnie otrzepując kurz błędów, a skrzętnie zbierając z ziemi nawet najmniejsze ziarenko nauki z nich wynikającej.

Wreszcie dlatego, że jest jajkiem na twardo; a przeznaczeniem trenera klasy godnej literackiemu Gombrowiczowi jest uniesienie się ponad jajka na miękko czy inne omlety. Mou właśnie taki jest – unikatowy, nieprzejednany, buńczuczny, ale najlepszy. Doskonałość daje mu prawo do bycia bezwzględnym.

Grmli

Mourinho bo jest zły. To jego mózg wykuto w czeluściach Mordoru. On jest tym demonicznym manipulatorem od gierek psychologicznych. Człowiekiem, któremu nie wystarcza bycie solą w oku przeciwnika. On jest w tym oku wrednym paluchem.
Mourinho bo jest gorszy. W trakcie czterech lat jego pobytu w Barcelonie zespół wywalczył ledwie 5 tytułów. Reszta trofeów, które wygrywał w z klubikiem z Portugalii i w trzech, do niedawna, najbardziej wymagających ligach świat jest raczej nieistotna. Poza tym zostały zdobyte z dużą dozą szczęścia i wody ze zraszaczy na Camp Nou.
Mourinho bo jest obieżyświatem. Facet nie umie wytrzymać na jednym miejscu. Mówi się, że jest wampirem bo wysysa ze swoich drużyn to co najlepsze a potem nie mają siły na dalszą grę pod inną batutą. Nie są w stanie dowlec się choćby do finału Ligi Mistrzów. No chyba, że to Avram Grant ( daj Boże by gracze Realu też byli po nim tak wycieńczeni).
Mourinho bo nie liczy się z piłkarzami. Kto sadza najlepszego bramkarza na świecie ławce ? Kto nie liczy się z klasą, pozycją i jakością tak świetnego piłkarza! Może gdyby dorzucił trochę pieniędzy i wymienił Ikera na Ibrahimovicia krytyka byłaby ciut mniejsza. Jose nie liczy się nawet z emocjami swoich podopiecznych. Większość w sobie rozkochuje by następnie porzucić. Robi im wodę z mózgu tak, że niemal nie dorobił się swojej sekty. Dobrze, że w Madrycie pracują ludzie o tak kamiennych sercach. Też musieliby wylewać morze łez pod Santiago Bernabeu.
Mourinho bo żongluje taktyką. Kto słyszał, żeby robić jakieś taktyczne roszady? Tak robią tylko małe klubiki. Pewnie z Porto wyniósł takie nawyki. Nie przystoi wygrywać w ten sposób Pucharu z Wielkimi Uszami. Moratti pewnie musiał się ze wstydu zapaść pod ziemię kiedy wygrywali 2-0 z Bayernem.
Mourinho bo mówi prawdę. Jak można wytknąć błędy sędziemu co do popełnienia ,których nikt nie ma wątpliwości? I to w lidze, w której w każdej kolejce wynik jakiegoś meczu jest przez sędziego wypaczany. Sprawa rozwiąże się sama a medialny szum nakłada tylko presję na ludzi, którzy pod presją mogą się tylko więcej mylić. Jakby w piłce nikt nie musiał sobie z tą presją radzić.
Mourinho bo to on „ stał się kimś pomiędzy Machiavellim a Atyllą i poszedł tam gdzie już nie rośnie trawa”. Ciężko musi być kimś takim. Zwłaszcza gdy walczy się ze Świętym.

Guardiola czy Mourinho? Wybierz i wygraj!

Dziś w Pradze w meczu o Superpuchar Europy znów staną naprzeciw siebie dwaj najwięksi trenerscy antagoniści w ostatnich latach, a może nawet w ogóle w futbolu – Pep Guardiola i Jose Mourinho. Nie przypominam sobie, żeby najwięksi trenerzy w minionych dwóch dekadach – Arrigo Sacchi, Johan Cruyff, Luis van Gaal, Fabio Capello, Alex Ferguson, Arsene Wenger czy Rafa Benitez rywalizowali ze sobą aż tak intensywnie, jak Guardiola i Mourinho, których tak bardzo różniła filozofia gry, podejścia do zarządzania klubem i ludźmi, stosunek do mediów. Owszem, w czasach gdy Manchester United Fergusona rywalizował o prymat w Premier League z Arsenalem Wengera był to też spór o to czyja koncepcja lepsza: stawianie na Anglików, wychowanków klubu, piłkarzy o wyspiarskim, niezłomnym charakterze (których ucieleśnieniem były Roy Keane czy Paul Scholes) czy cudzoziemski, zaciąg (Wenger jako pierwszy wystawił drużynę bez ani jednego Anglika) głównie francuskich (Thierry Henry, Robert Pires, Patrick Vieira) ale i holenderskich (Denis Bergkamp, Marc Overmars) artystów. Mimo złej krwi między klubami czy pamiętnej „bitwy bufetowej”, była to jednak rywalizacja głównie między klubami. Podobnie jak odwieczna rywalizacja dwóch mediolańskich gigantów czy konfrontacji AC Milan, Interu z Juventusem i Romą. Dopóki w Italii nie pojawił się Mourinho (pamiętne „zero tituli” o Claudio Ranierim) nigdy nie była to rywalizacja trenerów ale klubów właśnie.

Dopiero objęcie przez The Special One Realu Madryt i rzucenie wyzwania prowadzonej przez Guardiolę Barcelonie sprawiło, że cały nie tylko piłkarski świat zaczęła elektryować rywalizacja między oboma szkoleniowcami. „On wydobywa ze mnie to, co najgorsze” – powiedział o Mourinho Guardiola. Portugalczyk dla odmiany traktował Guardiolę jak hipokrytę „lubiącego sprzedawać dym”. Zawsze wspominał półfinał Champions League z 2010 roku, gdy na świętujących awans graczy Interu na Camp Nou puszczono wodę z systemu nawadniającego. Pep nie umiał się pogodzić ze sposobem bycia „Mou”, który po słynnym półfinale Ligi Mistrzów w 2011 roku, gdy Real przegrał z Barceloną 0-2 na Santiago Bernabeu, dość otwarcie zasugerował, że za sukcesami Katalończyków stoją spiski sędziowskie. Kiedy w 2012 roku Guardiola postanowił nie przedłużać kontraktu z Barceloną, jego bliscy znajomi opowiadali prasie hiszpańskiej, iż duży wpływ na tę decyzję miał Mourinho, obrzydzając Pepowi uprawianie zawodu. Podobnie komentowano później nawet informację o tym, iż kolejnym klubem Guardioli będzie Bayern Monachium. Sugerowano, że wybrał Bundesligę, by trzymać się od Portugalczyka jak najdalej.

To idealny moment, żeby przedstawić Wam wyjątkową książkę „Mourinho vs Guardiola”. Wyjątkową, bo nie jest to po prostu kolejna historia obu trenerów od urodzenia po triumfy, ale analiza obu trenerów jako liderów i przywódców oraz metod jakimi osiągnęli owe niebywałe sukcesy. Dokonana przez specjalistów od zarządzania i coachingu, wykładowców uniwersyteckich Juana Carlosa Cubeiro i Leonor Gallardo. Zastanawiam się czy nie za dużo w niej nawiązań do starożytnych historyków i filozofów jak Plutarch, Heraklit z Efezu czy Arystoteles, buddyzmu, Dalajlamy itp. Niezwykle ciekawsze wydaje mi się za to konfrontacja metod Mourinho i Guardioli zarządzania klubem ze współczesnymi teoriami zarządzania i przywództwa w wielkim biznesie. Autorzy analizują (np. wyciagając mnóstwo cytatów z różnych sytuacji i konferencji prasowych) jak odmiennie Jose i Pep realizują 10 zasad lidera-coacha, rozbijając je na takie rozdziały jak „Umieć rządzić i decydować”, Utrzymać moralny autorytet i wiarygodność”, „Słuchać z uwagą”, Zachować spokój”, Okazywać dobroć”, Antycypować sukces”, „Rezygnować ze szkodników”, Skoncentrować się na ‚kliencie’” czy „Pracować nad emocjami”. Lektura pozwala zrozumieć wiele działań i słów jakie wstrząsnęły futbolowym światem w minionych latach jak np. decyzja Guardioli o pozbyciu się z Barcy Ronaldinho, Eto’o i Deco czy konflikt Mourinho z Ikerem Casillasem, takie jego prowokacyjne słowa jak „Nie mówię, że jestem najlepszym trenerem świata, ale lepszych ode mnie nie ma”. Dokładne omówienie co i dlaczego znalazło się w Dekalogu Mourinho, który rozdaje swoim piłkarzom.

Guardiola vs Mourinho czyli Google vs Aplle

A jednocześnie sporo jest o tym co obu panów łączy. Szczególne ciekawe i błyskotliwe publicystycznie wydaje mi się porównanie obu trenerów do dwóch wielkich światowych firm o odmiennych filozofiach działania: Googla (Guardiola) i jego największego antagonisty, swoistego anty-Googla – Apple’a (Mourinho). „Apple ignoruje najważniejszą zasadę Googla: ‚przekazać władze klientom’. Steve Jobs kontroluje wszystko i my chcemy, żeby to robił. Właśnie dzięki jego odważnej i błyskotliwej wizji oraz przesadnemu wręcz zamiłowaniu do perfekcji, by jego produkty funkcjonowały tak dobrze. Jest jednak coś jeszcze. Model Goole polega na współpracy. Apple jest jej przeciwieństwem. Nie jest tak, że nie obchodzi ich co myślimy my. Po wypuszczeniu produktu na rynek Apple nauczyła się rozwiązywać problemy ze spokojem (słynna niechęć Jobsa do tzw. focusów, bo ‚ludzie nie wiedzą co jest dla nich najlepsze, dopóki tego dla nich nie stworzymy – Polsport). Apple jest firmą kultu, a jej klienci najlepszymi sprzedawcami (…)

Aplle inwestuje dużo w reklamę, Google – ani dolara. Aplle jest czymś najbardziej oddalonym od transparentności. Pozwała blogerów za rozszyfrowanie i upublicznienie jej tajemnic (przypominają się słynne słowa Mourinho o tym, że klub, a zwłaszcza hotel w którym rezyduje przed meczem musi być jak bunkier – Polsport). Itd. (…) Google daje wszechmoc i wszechobecność (Google Earth), a Apple chowa świat do przedmiotów o pięknie zen.

W świecie futbolu Guardiola byłby jak Google: jest serdeczny słucha, rozumie i rozwizuje problemy. Mourinho przypomina Appla: projekt, prostota, wyzwanie, kontrola nad wszystkim a’la Jobs. Dwa modele sukcesu w nowej epoce…

Uwaga: konkurs!

Ciekawe i inspirujące, prawda? Nie wiem kto wygra Superpuchar Europy, czy obaj trenerzy są równie zdeterminowani, żeby zdobyć to najmniej ważne z europejskich trofeów. Ale wiem, że trzech z Was może wygrać książkę „Mourinho vs Guardiola”. Musicie w komentarzach odpowiedzieć na proste pytanie, kto jest lepszym trenerem: Guardiola, bo… albo Mourinho, bo… (uwaga liczy się nie tylko moc przekonywania argumentów ale również – jak zawsze w konkursach na Polsporcie – wartość literacka wypowiedzi i forma uzasadnienia).

Czekam na Wasze komenty do… ostatniego gwizdka praskiego Superpucharu…

 

Tiki-taka – tak! Wypaczenia – nie!

Era Barcelony musiała się kiedyś skończyć jak z czasem skończyło się każde piłkarskie imperium, ale że upadek będzie tak spektakularny, tego się nie spodziewałem. 0:7 w dwumeczu z Bayernem Monachium! Barca jeszcze tak niedawno słusznie obwoływana najlepszą drużyna świata, a może nawet wszechczasów została sprowadzona do statusu najżałośniejszego półfinalisty w historii Ligi Mistrzów. A i we wcześniejszym Pucharze Europy nie łatwo doszukać się tak bolesnego lania – w 1982 roku poniosła je CSKA Sofia, zresztą również z rąk (nóg) Bayernu Monachium. Szok tym większy dla piłkarzy i kibiców klubu, który od lat bił rekordy tylko pozytywne, dopiero co świat przecierał oczy na te ustanawiane przez Leo Messiego.

Ktoś musi być winny temu, że Barca w kilka miesięcy tak boleśnie została sprowadzona z nieba na ziemię, do roli zwykłej drużyny. Bo przecież mecz z Bawarczykami był tylko zwieńczeniem nieuchronnego, znakami nadciągającego upadku były przecież ligowe i pucharowe porażki z Realem i fakt, że na wiosnę wygrała ona w Lidze Mistrzów jedno spotkanie (dziś wiemy, że rewanż z Milanem był w jej wykonaniu wybrykiem natury, jednorazową genialną remontadą).

Nie zgadzam się z tezą, że Barca zwiędła, bo wypaliła się formuła Tiki-taki, drużyny ją przejrzały, znalazły na nią antidotum. Moim zdaniem wypaliła się nie tyle tiki-taka ile jej wykonawcy. Do czego doprowadziła zarządzanie klubem przez prezesa, dyrektorów i trenerów. Słowem: Tiki-taka – tak! Wypaczenia – nie! Wypaczenia widzę następujące:

@ Najlepszy Piłkarz Świata przestał nim być, bywał co raz rzadziej, został tak wyeksploatowany, że zaczęły go gnębić kontuzje. W końcu doszedł do wniosku, że z nim na boisku drużyna gra w dziesiątkę. Dlatego – moim zdaniem – postanowił przesiedzieć na ławce cały rewanż z Bayernem. Za wredne i debilne uważamspekulacje, że przeczuwał lanie, więc nie chciał być z nim kojarzony. Messi jest może mały wzrostem, ale to wychowanek Barcy i gdy zdrowy – wciąż piłkarz z PalyStation, nie róbmy mu krzywdy takimi insynuacjami.

@ Ktoś dopuścił do tego, że Messi przerósł klub (do czego nigdy nie dopuściliby tacy trenerzy jak Alex Ferguson, Jose Mourinho czy Jupp Heynckes). Ktoś dopuścił, że drużyna tak bardzo się od niego uzależniła. Że nie tylko grał kiedy chciał (czyli zawsze, nawet w meczach, w których powinien odpoczywać), ale z rokiem na rok odpowiadał za co raz większy procent goli zespołu: w sezonie 2008/09 zdobywał jeszcze 32% goli z piątki czołowych strzelców Barcy, w 2009/10 już 43%, w 2010/11 - 46%, w 2011/12 – 56%, a w obecnym 2012/13 - aż 60%. Kto? Zarząd, który m.in. po to by uniknąć przechwycenia gwiazdora przez wrogich szejków i innych bogaczy oddał mu olbrzymi wpływ na drużynę i możliwość decydowania ile gra, z kim i w jakim stylu. Nawet najlepszy piłkarz niekoniecznie musi wiedzieć co jest najlepsze dla niego i drużyny. Moim zdaniem zabrakło na ławce kogoś z autorytetem i stanowczym zdaniem.

 

@ Nie mam o to pretensji do Tito Vilanovy, czy tym bardziej do Jordi Roury. Oni dopasowali się do relacji panujących w klubie. Do nich pretensje można mieć za to o przygotowanie fizyczne, z którym najwyraźniej jest cos nie tak. Nie tylko z Bayernem piłkarze Barcy wyglądali na słabszych, wolniejszych, zdominowanych fizycznie, nie najlepiej to wyglądało i z PSG i z Milanem (nie biorę pod uwagę rywali ligowych, bo od nich dzieli Barcę przepaść, także psychologiczna).

@ Nie wiem na ile można mieć pretensje do trenerów, a ile do dyrektorów w kwestii nieudanych i -co może ważniejsze – zaniechanych transferów. Ktoś musiał uznać kolejny sezon z rzędu, że nie, nie potrzebujemy środkowego obrońcy, Carles Puyol na pewno uniknie kontuzji, w razie co przesunie się na środek Javiera Macherano, jest też młody Marc Bartra… Dlaczego nie kupiono Thiago Silvy, czy nie sprowadzono Niemanji Vidića, gdy było to możliwe, czemu w Barcy nie gra jeszcze Mats Hummels? Czy obawiano się powtórki z transferowej pomyłki Dymitro Czygryńskiego? Czy znajdzie się winny, który odpowie, że Alexis Sanchez sprowadzony za prawie 40 milionów euro nie okazał się aż taką rewelacją, podobnie jak Cesc Fabregas, który ma tylko przebłyski tego lidera i wielkiego piłkarza jakim był w Arsenalu. O celowości transferu Alexa Songa już nie wspominam. Na pewno Vilanowę i jego sztab obciąża za to spektakularny regres takich piłkarzy jak Pedro, Dany Alvesa czy David Villa (jego usprawiedliwia koszmarna kontuzja, ale trenerów brak wykreowania następcy). 

@ Pytanie czy Barca nie za bardzo zawierzyła La Masii? Gdy Pep Guardiola i Vilanova wstawiali do składu kolejnych wychowanków, a oni zaskakiwali jak Pedro, czy – jak się początkowo wydawało Isaak Cuenca, Thiago Alcanara czy Cristian Tello - można było odnieść wrażenie, że zapasy są nieprzebrane. Niestety okazało się, że zastąpić Xaviego, Iniestę, Villę, Puyola wcale nie jest tak łatwo. Z czasem młodzi przestali dostawać szanse, Barca kiedy tylko wszyscy byli zdrowi, grała składem galowym.

@ W środowy wieczór Barcelona przeżyła coś na podobieństwo najazdu Hunów pod wodzą Attyli na Cesarstwo Rzymskie, którzy zburzył przepiękne miasta z ich cudownymi zabytkami. Do czego mogło dojść tylko w wyniku rozpadu wewnętrznego i degeneracji struktur państwowych…

Koniec ery Guardioli

Klęska Barcelony na Camp Nou z Realem Madryt po najwyższej porażce z arcyrywalem od 50 lat (gdy w 1963 Królewscy rozbili gospodarzy 5:1), zniknięcie Leo Messiego, bezradność Xaviego i Iniesty, pomyłki filarów defensywy Gerarda Pique przy ewidentnym faulu na Cristiano Ronaldo w polu karnym oraz symboliczny rozkrok Carlesa Puyola przy stracie drugiego gola definitywnie kończy erę Guardioli w Barcelonie. Porażka z Milanem w Lidze Mistrzów, choć szokująca, bo po oddaniu jedynego celnego strzału na bramkę rywali i zaniku tiki-taki mogła być uznana za wypadek przy pracy, zwalona na kiepską murawę, koncentrację na zbliżający się mecz o Puchar Króla, brak odpowiedniego wsparcia z ławki trenerskiej. Klęska z Realem dowodzi, że to nie przypadek ale ostateczny kres pewnej pięknej epoki, która zapisze się w historii futbolu złotymi zgłoskami. Tiki-taka była czymś wyjątkowym, ale żelazna defensywa Milanu oraz bynajmniej nie autobusowa defensywa Realu pokazały, że ta formuła najwyraźniej się wyczerpała. Przypomniała mi się rozmowa z Jose Bakero kiedy był trenerem Polonii Warszawa w 2010 roku, który mówiąc mi o fenomenie Barcy przekonywał, że jest to kwestia pewnego cyklu, który kiedyś dobiegnie końca, tak jak musiał się skończyć Dream Team Johana Cruyffa, którego częścią był on sam. Bo choć La Massia produkuje kolejnych wychowanków (w zwycięskim finale mundialu w RPA zagrało ich aż siedmiu) to jednak ciężko będzie znaleźć takich, którzy z miejsca wskoczą w buty Xaviego, Iniesty, Puyola, Pique, Busquetsa i Fabregasa. Wydaje się, że za datę końca owego cyklu możemy przyjąć 26 lutego 2013 roku.

Jose Mourinho z każdym kolejnym El Clasico był co raz bliżej i ostatecznie udało mu się sprawić, że nie to co w grze Barcy było błyskotliwe, perfekcyjne, niedoścignione i nieprzewidywalne stało się przewidywalne, monotonne i łatwe do powstrzymania. A do tego Barca widząc, że przestała działać na dawnych zasadach nie zmieniła stylu ani na jotę – waląc głową w mur tak z Milanem jak i Realem. Jordi Roura nijak nie pomógł drużynie w tych meczach, nie zareagował na wydarzenia na boisku, nie odwrócił losów spotkania w szatni. Guardiola potrafił np. wystawić w ataku Dani Alvesa, żeby przechytrzyć Real Mourinho. A przecież Barca doskonale wiedziała, że na San Siro Milan cofnie się, będzie twardo bronił i wyprowadzał szybkie kontry, tak jak wiedziała, że królewscy, którzy ostatnio znów stali się Realem Usaina Bolda postawią na swą najgroźniejszą broń, czyli szybki atak szybki atak.

– Blokowanie Messiego jest fundamentalne, Barcelona jest zależna od Messiego na ostatnich trzydziestu metrach. Nasz sposób obrony wpłynął na to, że Real powstrzymał Messiego - stwierdził po meczu Emilio Butragueno. Co na to odpowiada Roura: – Nie sądzę, że Real był dużo lepszy, różnica tkwiła w małych szczegółach (…) Gdybyśmy strzelili pierwsi gola, mecz ułożyłby się inaczej (…) Rywale bardzo mocno i dokładnie kryli Messiego, wieloma zawodnikami. Drużyna to dostrzegła, że został powstrzymany (…)Oczywiście ostatnie wyniki to rozczarowanie, ale trzeba pozostać optymistą, nie ma potrzeby wytykania czegokolwiek drużynie, wyjdziemy z tego. Z tych słów bije przeraźliwa bezradność, w erze Guardioli z pewnością nigdy by nie padły. Doprawdy mecz ułożyłby się inaczej, gdyby Barca pierwsza strzeliła gola? Takie słowa mógł powiedzieć Bakero po kolejnej porażce Polonii czy Lecha, trener do niedawna najlepszej drużyny świata? Brakuje tylko stwierdzenia, że po tej porażce liga zrobi się ciekawsza…

Magiczny guzik dla kibiców Barcelony ;)

Mój redakcyjny kolega, Michał Szadkowski nie zgadza się, że mecz z Realem skończył erę Guardioli. Uważa, że dobiegła ona końca w dniu odpadnięcia z półfinału Ligi Mistrzów z Chelsea. Ciekawie mówi o koniecznych zmianach w Barcy, świeżej krwi i specjalnym obchodzeniu się z kluczowymi, ale wiekowymi piłkarzami jak Xavi czy Puyol, który jeśli rzeczywiście zamierza grać do 40. może powinien być traktowany tak jak Ryan Giggs przez Aleksa Fergusona albo Rio Ferdinand. Tylko na sadzanie Puyola na ławce i decydowanie kiedy go wypuścić – jego feralny rozkrok, który stał się dla internatów sygnałem do produkcji szyderczych memów, a mnie przeszył podobnym żalem jak nokaut Andrzeja Gołoty przez Przemka Saletę ostatniej soboty – podobnie jak na zmianę pozycji Messiemu będzie mógł sobie pozwolić trener z charyzmą i autorytetem, ktoś kto jak Guardiola był dla kapitana drużyny czy czterokrotnego zdobywcy Złotej Piłki idolem z plakatu nad łóżkiem, a nie asystent asystenta…