Lucyna Kornobys: Dopóki walczę, jestem zwycięzcą

Nie wiem co to dzień bez bólu i bez marzenia, żeby ten koszmar się skończył. Ale moja historia dowodzi, że nawet ktoś tak potraktowany przez los może się czuć wartościowym i potrzebnym człowiekiem Lucyna KornobysWiecie jak ryje psychikę świadomość, że gdybyście czegoś nie zrobili albo zrobili parę minut wcześniej, całe wasze życie potoczyłoby się inaczej? Mieliście tak czasem? Nazywam się Lucyna Kornobys i od 15 lat jestem przykuta do wózka. Przez porażenie czterokończynowe, które wywołała choroba neurologiczna. Najgorsze, że nikt nie wie jaka. Nie marzę, że kiedyś znajdzie się dla mnie lek i stanę na nogach. Marzę, żeby znalazł się lekarz, który wreszcie postawi trafną diagnozę.

Marzę też o jednym dniu bez bólu, choć po prawdzie to już się do niego przyzwyczaiłam. Ważna rzecz: wcale nie czuję się niepełnosprawna. Wpieniają mnie słowa „inwalida” czy „kaleka”. Pobrzmiewa w nich wyrok, że to ktoś, kto się do niczego nie nadaje. Kto już nic w życiu nie osiągnie. Ja coś osiągnęłam i mam jeszcze dużo do osiągnięcia!

Owszem, był czas, że nie chciało mi się wstać z łóżka, przygotować posiłku, żyć… Ale wzięłam się w garść. A kiedy odkryłam sport, wróciła motywacja. Mam srebrny medal igrzysk paraolimpijskich z Rio. Właśnie zdobyłam w Londynie wicemistrzostwo świata. Na co dzień staram się pomagać niepełnosprawnym w Jeleniej Górze wyjść do świata. Tym, którzy są w takim stanie, w jakim ja kiedyś byłam. Uświadamiam, że nie wolno im dać się zamknąć w czterech ścianach, bo rodzina ich się wstydzi, bo tak wygodniej, bo są człowiekiem gorszej kategorii. Nie są! Staram się pomóc im uniknąć mojego przeklętego losu…

 Ostatni zjazd

Wszystko zaczęło się od feralnego ostatniego zjazdu na nartach. Kochałam narty, w dzieciństwie byłby dla mnie jedną z nielicznych radości. Najpierw bieganie, potem szusowanie z górek…

Mieszkaliśmy w Lubawce. Mamy nie pamiętam, tyle co ze zdjęć. Zmarła na raka kiedy miałam półtora roczku. Ojciec… Był dla nas taki – dla brata i czterech sióstr – że sami zgłosiliśmy się do Domu Dziecka. Byle nas jak najdalej od niego zabrali. Dużo pił i był dla nas okrutny. Nawet nie to że bił, choć potrafił przyłożyć, że mało nie połamał rąk i nóg. Dbał tylko o siebie. On jadł, dla nas nie starczało. Czasem w domu nie było nic do jedzenia przez trzy, cztery dni. W wieku sześciu lat musiałyśmy z siostrą chodzić do ludzi na wykopki, żeby w zamian dostać jakiś posiłek. Albo po prośbie. Albo na szaber po ogródkach.

Dzieciństwo było traumą, której nikomu nie życzę i nie chcę o niej za dużo mówić. Moje środowisko o niej nie wie, nie mówiłam nawet trenerowi. To starte dzieje, po części wyparliśmy je z rodzeństwem z pamięci, nigdy do nich nie wracamy. Mnie musiał w tym pomóc psychoterapeuta, z którym współpracuję od pięciu lat.

Właśnie z Domu Dziecka pojechaliśmy na Kapellę tuż za Jelenią Górą na nocną jazdę. Narty pozwalały mi zapomnieć, zatracić się w czymś przyjemnym. Jeszcze ten jeden zjazd i do busa. Ruszyłam. Na szczycie stanął jakiś facet, rozłożył ręce i wydarł się na cały stok: „Zjeżdżam! Z drogi! Nie umiem jeździć!” Pomknął w dół na krechę jak wariat. I wjechał prosto we mnie. Przekoziołkowaliśmy.

Nie wiele pamiętam. Znieśli mnie ze stoku do busa. Rozwalił mi kolano, poszła łąkotka, więzadła, cała reszta. Nigdy nie przeprosił. Noga w gips na sześć tygodni, wydawało się, że normalka.

Coś się jednak paprało i po dwóch miesiącach lekarze zdecydowali się na artroskopię. I – to tylko moje podejrzenia, bo nie mam żadnych dowodów – podczas usypiania anestezjolog dał mi za dużą dawkę tego czy tamtego. W każdym razie zrobił się spory problem, żeby mnie wybudzić.

 Mniej niż zero

Wiadomo, dzieciaka z Domu Dziecka traktuje się inaczej niż takiego, o którego bez przerwy dopytują rodzice, zanoszą prezenty, wożą na konsultacje. O mnie nie pytał pies z kulawą nogą. Dla Domu Dziecka fakt, że zapakowano mnie na pół roku do szpitala, to był problem z głowy. Też zero zainteresowania.

Po powrocie to samo, choć mój stan pogarszał się z tygodnia na tydzień. Nogi zaczęły coraz gorzej funkcjonować, najpierw jedna potem druga. Nie mogłam ich ani wyprostować ani zgiąć. Lekarze wpakowali je w aparat Ilizarowa, obręcze ze śrubami wkręconymi w kości, ale ścięgna podkolanowe okazały się tak silne, że powyginały śruby. Podcinali więzadła, pakowali nogi w gips, ale nic nie pomagało.

Z czasem straciłem czucie w obu nogach, doszła za to potworna spastyka, czyli skurcze mięśni. Skąd, dlaczego? Przecież nie miałam uszkodzonego kręgosłupa? Lekarze nie wiedzieli. Dostałam rentę 700 zł i do widzenia.

Rodzeństwo zrzuciło się na prywatną wizytę w Poznaniu. Tam usłyszałam, że pewnie popełniono błąd przy znieczulaniu. Ale nikt się do tego nie przyzna, więc nie mam co liczyć na odszkodowanie od szpitala. Dokumentacja medyczna? Nie miałam wtedy głowy, żeby poprosić. Zresztą kto by wydał 15-letniej gówniarze z Domu Dziecka?

Nie mam z niego miłych wspomnień. Na każdym kroku dawano nam odczuć, że do niczego się nie nadajemy, że nic w życiu nie osiągniemy. A przecież moja siostra, starsza o pięć minut bliźniaczka, co rok kończyła szkołę z czerwonym paskiem. Moja średnia też nie była najgorsza – 4,2, ale obniżono mi sprawowanie, bo byłam łobuziarą.

Po gehennie z wypadkiem i powolnej utracie władzy w nogach poczucie mojej wartości nawet nie wynosiło zero. Było grubo poniżej zera. Kompletnie straciłam wiarę w siebie. Jak wychowawczyni pytała uczniów, kto idzie na jakie studia, deklarowałam, że nie będę podchodzić do matury. Bo po co? Co mnie w życiu dobrego czeka? Na szczęście rodzeństwo mnie przymusiło.

Tortury

Na początku starałam się chodzić o kulach. Ale szło mi coraz gorzej, ręce nie wytrzymywały ciężaru. Przejście paru głupich metrów zajmowało pół godziny. Kiedyś nogi ugięły się pode mną na przejeździe kolejowym. Usiadłam na szynach i nie mogłam wstać. Pomyślałem, a niech się dzieje co chce, może tak będzie lepiej. Ale znalazł się jakiś kierowca, wybiegł z samochodu, pomógł mi wstać i nawet odwiózł do domu, choć to było tylko… 200 m.

W końcu rehabilitant powiedział, żebym szykowała sobie wózek, bo mój kręgosłup tego nie wytrzyma. Odparłam buńczucznie, że wolę się już czołgać. Na długi czas zaległam w łóżku. Ale w końcu trzeba było stawić czoła życiu.

Pierwszy rok był torturą. Nie załapałam się na szkolenie jak jeździć na wózku, bo zarezerwowane było tylko dla osób z uszkodzeniem kręgosłupa. A mnie nie wiadomo było co dolega. Problemem było poruszanie się po mieszkaniu, nie wspominając o wyjściu z mieszkania w domu bez windy.

Pamiętam pierwszą wyprawę po zakupy. Nie umiałam podjechać na głupi krawężnik. Tkwiłam przed nim załamana, aż w końcu siadłam na ulicy na tyłku, wepchnęłam wózek na chodnik i wdrapałam się na niego. Zlana potem jak po przebiegnięciu maratonu.

Wtedy rzadko spotykałam się z przejawami życzliwości. Kilka razy pisałam skargi do MZK, bo kierowcom autobusu niskopodłogowego nie chciało się wyjść i opuścić platformy, żebym mogła wjechać do środka. Zamykali drzwi i odjeżdżali, a ja zostawałam na przystanku jak ten frajer. Nikt z pasażerów się nie upomniał. Przepadło mi kilka zabiegów rehabilitacji jakie zafundował mi NFZ.

Innym razem stałam przed sklepem, do którego nie mogłam wjechać przez dwa schodki. Z odliczonymi pieniędzmi prosiłam ludzi, żeby kupili mi czyste płytki CD. Patrzyli na mnie z odrazą jak na wariatkę albo narkomankę. Przez pół godziny nikt nie chciał pomóc. Popłakałam się z bezradności.

Ale zawzięłam się. Skończyłam administrację na Uniwersytecie Wrocławskim. Dostałam pracę w Zespole Obsługi Oświaty w Jeleniej Górze. Tylko wciąż to nie było życie, ale ciągła walka. Do czasu aż w moim życiu pojawił się sport. Aż ktoś mnie nim zaraził. To było jak objawienie.

Srebrne kule

Tym kimś okazał się w 2008 roku Wiktor Żuryński z Jeleniogórskiego Klubu Sportowo-Rehabilitacyjnego. Spotkałam go na mszy dla niepełnosprawnych. Namówił namówił mnie na pokazowy mecz siatkówki na siedząco.

Ze sportem miałam jedno z nielicznych miłych wspomnień z dzieciństwa. Jako 7-latka zajęłam w Lubawce czwarte miejsce w biegu narciarskim na kilometr. Do dziś pamiętam dumę i to, że dostałam w nagrodę taki paskudny jaskrawo-żółty kombinezon. Co prawda po przyjściu do domu ojciec spuścił mi straszne manto, bo chyba byłam za wesoła. Ale nawet razy jakoś mniej bolały. Miałam satysfakcję, że coś mi się udało.

Poszłam. Ciągnęło mnie do ludzi. Zwłaszcza takich, których nie będzie razić moja niepełnosprawność. Popatrzyłam i spodobało mi się. Po roku trener Żuryński stwierdził, że mam na tyle mocne ręce, iż powinnam spróbować także lekkiej atletyki. Zabrałam się za pchnięcie kulą, rzut dyskiem i oszczepem. Okazało się, że mam do tego dryg. Już z pierwszych mistrzostw Polski w Kozienicach przywiozłam trzy medale, po jednym w każdej dyscyplinie.

Pierwszą własną kule kupił mi mój rehabilitant. Trenowałam w domu. Pchałam w ścianę, ale huk był taki, że sąsiedzi wzywali straż miejską. Brat przybił mi więc do ściany gruby materac.

Po roku rzuciłam siatkówkę. Bardzo męczyła ramiona, barki i plecy, bo trzeba się odpychać rękami od parkietu. Uznałam, że lepiej skupić się na jednej dyscyplinie. Poza tym w lekkiej atletyce zależę tylko od własnej formy i nastroju. A w drużynie – wiadomo.

Cieszę się z tego wyboru. Szybko trafiłam do kadry Polski. Zaczęły się wyjazdy po świecie. Jak inaczej byłabym w stanie polecieć np. do Nowej Zelandii? A w 2011 poleciałam i zdobyłam tam swój pierwszy medal MŚ – srebro w rzucie oszczepem. Zawsze jestem druga. Od MŚ w Doha w Katarze w 2015 bez przerwy srebro w kuli. Na igrzyskach paraolimpijskich w Rio, a teraz na MŚ w Londynie do złota zabrakło mi jednego centymetra.

Lucyna Kornobys

Tatuaże

Pomyślałam, skoro potrafię walczyć o siebie na bieżni lekkoatletycznej, to powalczę żeby ludzie bardziej dostrzegali niepełnosprawnych i nas rozumieli. Od siedmiu lat jeżdżę po szkołach na Dolnym Śląsku z prelekcjami. Stworzyłam własną prezentację multimedialną, że dzieci łatwiej pojęły co niepełnosprawność czyni z człowiekiem. Mogą przejechać się na wózku albo przejść z zasłoniętymi oczami jak niewidomi. Prowadzę warsztaty z „savoir-vivre wobec osób z niepełnosprawnościami”, żeby odnoszono się do nas z godnością.

No i wciągam ludzi w sport. Organizuję turnieje, urządzam festyny sprawności, mityngi. Sprowadzam rowery integracyjne, organizuję pokazowe mecze koszykówki czy ścigania na wózkach. Ostatnio siatkówki siedzącej dla dzieci z zespołem Downa. W pewnym momencie jak taki Michałek zdobył punkt z serwisu, to do końca meczu biegał wokół boiska, tak się cieszył. Dla mnie jego radość to największa nagroda za to co robię. To są dla mnie najszczęśliwsze chwile.

Sama kupuję medale, bo dzieciaczek musi dostać choćby najmniejszą nagrodę, żeby mieć motywację. Planów mam wiele. Np na jesieni organizujemy z koleżanką rejs Darem Pomorza dla 20 niepełnosprawnych. To będzie przygoda! Udowodnią sobie samym, że mogą osiągnąć co chcą, a pełnosprawnym, że niczym się od nich nie różnią.

Kiedy jest mi źle i popadam w zwątpienie, co czasem się przecież zdarza, spoglądam na jeden z czterech tatuaży. Zrobiłam logo olimpijskie i paraolimpijskie na obu łydkach, żeby pamiętać kim jestem i jak daleko zaszłam. Na nodze mam sentencję po angielsku: „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać”. Bo z czasem dorobiłam się prawdziwych wspaniałych przyjaciół. Np Zbigniewa Ładzińskiego. To biznesmen z Jeleniej Góry, na którego zawsze mogę liczyć, ufundował mi m.in. siedzisko do rzutów. Ale najwięksi to moje rodzeństwo, brat Tomek i siostry Iza, moja bliźniaczka, Sylwia, Agnieszka i Basia.

A na przedramieniu: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Całe moje życie to jedna wieczna walka. Ale mimo wszystko czuję się w niej wygrana. Cholernie wygrana.

Tatuaże Lucyny Kornobys

Był to artykuł napisany dla „Przegląd Sportowy. Reportaż”

#ParaAthletics. Zawód: przewodnik

Joanna Mazur i Michal StawickiCiężko o bardziej wzruszającą dyscyplinę lekkoatletycznych MŚ w Londynie od biegów osób niewidomych. Tych, gdzie ramię w ramię z zawodnikiem podąża przewodnik, połączony z nim opaską, będący jego oczami na bieżni, podpowiadając kiedy wejść w wiraż, a kiedy dać czadu na ostatniej prostej.

Znaleźć osobę, która chciałaby zostać przewodnikiem niewidomego to w Polsce spora sztuka. Po pierwsze szukać można tylko wśród innych lekkoatletów, ci zaś mają swoje kariery, swoje starty i cele. Mogą trenować z niewidomym na pół gwizdka, czasem wspomóc na jakichś zawodach. Takich, którzy byliby gotowi poświęcić mu się w całości, towarzyszyć na co dzień, w każdym żmudnym treningu ze świecą szukać.

Do tego przewodnik musi biegać co najmniej tak samo dobrze jak zawodnik. Tacy, którzy nie wytrzymują tempa, spowalniają zawodnika, są dla niego kulą u nogi.

Ale już znaleźć takiego, do którego zawodnik czułby stuprocentowe zaufanie, robił wszystko na komendę i na bieżni tworzył z nim jeden organizm, to prawdziwy cud. Dwa takie cuda zdarzyły się w polskiej ekipie, gdy Asia Mazur, mistrzyni świata na 1500 m trafiła na swoje drodze na Michała Stawickiego, a Olek Kosaskowski (życiówka w półfinale 1500 m i brązowy medal w finale) na Sylwestra Lepiarza.

Asia

Zaczęła tracić wzrok w wieku siedmiu lat. Okulista zdiagnozował nieuleczalną wadę, tak rzadką, że nawet nie ma nazwy. Wspomina, że postawiła na półce figurkę ukochanego miśka i z dnia na dzień przestawała go widzieć…

Mimo że chodziła do klasy integracyjnej, okrutnie dokuczano jej w szkole, podstawiano nogi, szydzono. Któregoś dnia wróciła spłakana do domu i oświadczyła, że więcej tam nie pójdzie. Rodzice wysłali 13-latkę do internatu szkoły dla niewidomych w Krakowie. Tam nauczyła się samodzielności, a zainspirowana sukcesami niewidomych sportowców, zaczęła biegać.

Już ze znalezieniem trenera był dramat. – Przez rok nikt mi nawet nie odpisał. Za milionowym podejściem dodzwoniłam się do Lecha Salamonowicza, byłego trenera kadry. To człowiek o wielkim doświadczeniu i wielkim sercu. Jako pierwszy powiedział mi: „spróbujmy”. Przez rok trenowałam bez przewodnika. Często myliłam tory, wpadałam na kogoś. Po kolejnej katastrofie zrozumiałam, że trzeba pogodzić się z utratą wzroku – mówi.

Przewodnicy, których wypróbowywała nie podołali treningom. Męczyli się, zostawali w tyle. Aż spotkała Michała Stawickiego. Był świetnym lekkoatletą, triatlonistę i tak bardzo zdeterminowany, żeby wspólnie z Asią trenować dwa razy dziennie, że poświęcił pracę szkole. Po kilku miesiącach treningów wywalczyli złoto na mistrzostwach Europy w Grosseto na 200 m i srebro na 100 m. Gdy na igrzyskach paraolimpijskich w Rio nie weszli do finału, porzucili sprinty na rzecz średnich dystansów. Na MŚ w Londynie w czwartym wspólnym starcie na 1500 m pobili własny rekord o… 15 sekund!

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Olek

Kossakowskiego z Lepiarzem łączy burzliwa historia. Panowie rozstali się po igrzyskach w Rio, gdzie nie udało im się wejść do finału. Sylwek, oszołomiony atmosferą na Stadionie Olimpijskim mocno przeszarżował, poprowadził bieg w tempie jak na rekord świata. W efekcie Olek na 400 m przed metą nie był w stanie biec i niemal domaszerował do końca. To ósme miejsce i tak dałoby im prawo startu w finale, gdyby nie to, że zagotowany Sylwek pierwszy przekroczył metę. A przepisy mówią, że zawsze musi to zrobić zawodnik. Zostali zdyskwalifikowani.

- Oszołomiły mnie emocje, presja i niesamowita publika na stadionie. Czułem się jak w statku kosmicznym – tłumaczy Sylwek. – Dziś już nie ma tematu. Tzn jest tylko jako nauczka dla nas. Ale już nie mamy do siebie pretensji – dodaje Olek. A jednak przez kilka miesięcy sprawdzał innych przewodników. Ale drugiego takiego nie znalazł.

Ich relacje świetnie opisują okoliczności zdobycia brązowego medalu na ME w Grosseto. 120 metrów po starcie rywal z Portugalii niechcący nadepnął Olkowi na piętę i ściągnął buta. Już po pierwszym okrążeniu po rozgrzanym tartanie pod skarpetą na podeszwie stopy zrobił mu się pęcherz. Po drugim pękł, skóra zeszła, a podeszwa zmieniła się w krwawą ranę.

- Z początku działała adrenalina, ale jak około 600 m zeszła, ból zrobił się jak cholera. Mówię do Sylwka, że chyba zejdę. Ale on, żebym się nie wygłupiał, bo to mistrzostwa Europy – wspomina Kossakowski.

- Nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero jak zobaczyłem krwawe ślady na tartanie, mysle, kurde, co to jest? Po chwili skojarzyłem, że to Olek. Spojrzałem w dół, nie ma buta, zamiast tego czerwona, porwana skarpeta. No, ale już był prawie finisz. Dobiegliśmy. I zdobyliśmy brąz! – mówi Lepiarz.

- Ja na szczęście tych krwawych śladów nie widziałem, bo kto wie jakby to na mnie podziałało. Nie wiem jak dobiegłem, chyba tylko siłą charakteru. Ci, którzy zobaczyli ranę, trenera, kolegów z kadry, złapały mdłości. Jedna wielka rana, do tego czarna z brudu. Lekarze złapali się za głowy, natychmiast do szpitala, kuracja antybiotykowa i opatrunek. – Oj już nie wyolbrzymiaj, przebiegłeś na bosaka raptem 1350 metrów – śmieje się Sylwek.

Dlaczego został przewodnikiem? Przecież nie dla kasy, bo jej tu nie ma. Trenował siedem lat lekkoatletykę, mógłby więcej zarobić w ulicznych startach. Ale chciał spróbować czegoś nowego. – Chciałem się po prostu… poczuć kimś ważniejszym. I czuję się taki – mówi.

Sylwester Lepiarz i Aleksander Kossakowski

#ParaAthletics. Srebro Fiodorow, czyli Alicja w krainie czarów

Alicja FiodorowAlicja Fiodorow zdobyła srebrny medal w biegu na 100 m rozgrywanych w Londynie MŚ osób niepełnosprawnych. Osiągnęła najlepszy wynik w sezonie (12.61), wyprzedzając na mecie Chinkę Lu Li zaledwie o 0.01 sekundy! Po zejściu z bieżni szalała ze szczęście i zamiast jak po czwartym miejscu na 200 m mówić o końcu kariery, wybiegała myślami do igrzysk w Tokio

- Podeszłam do tego biegu na pełnym luzie. Wykasowałam niepowodzenie na 200 m, zapomniałam o łzach, liczyło się tylko tu i teraz. Nie chciałam sama siebie postawić pod presją, że mogę wrócić z mistrzostw świata bez medalu, że to będzie katastrofa i pora kończyć karierę – mówiła.

Pomogło jej, że biegła dziewiątym torem, nie widząc najgroźniejszych rywalek, nie stresowała się więc ich występem, tylko ruszyła ile sił w nogach. Są zawodniczki, które jak Barbara Niewiedział, zdobywczyni złota na 1500 m i srebra we wtorek na 400 m, lubią ruszać zza pleców rywalek, żeby je kontrolować. Ala woli nie widzieć.

- Po niepowodzeniu na 200 m targały mną emocje, bo nie jestem przyzwyczajona do przegrywania. Od 2004 roku nie ma imprezy, z której wróciłabym bez medalu. Brązy na igrzyskach paraolimpijskich w Atenach, Pekinie, Londynie, srebra w Pekinie, Londynie, Rio, złoto mistrzostw świata w Assen, medale w Christchurch, Lyonie, Doha… – wymienia. – Z pierwszych mistrzostwa świata, w Birmingham wróciłam dopiero piata, ale pojechałam tam jako 13 letnia dziewczynka, po zaledwie dwóch miesiącach treningów…

- Urodziłam się bez lewego przedramienia. Ale nigdy nie czułam się z tego powodu gorsza. Nigdy nie musiałam sobie przez to czegoś odmawiać. Na podwórku uczestniczyłam we wszystkich dziecięcych zabawach i wygłupach. Czasem spotykałam się z dogryzaniem czy wyszydzaniem, nazywaniem „jednorękim bandytą”, wiadomo, że dzieciaki bywają okrutne. Ale nic sobie z tego nie robiłam, spływało jak po kaczce. Wielka w tym zasługa rodziców. Zawsze mi powtarzali: „a niech się śmieją, może osiągniesz w życiu więcej od nich” – opowiada Alicja.

Rodzicom zawdzięczam pełną niezależność. Od małej dziewczynki nie traktowali jej jak niepełnosprawną, nie trzymali pod kloszem, wszystko musiała robić sama.

- Pamiętam jak mając czterolatka męczyłam się z wiązaniem butów, aż doszłam do perfekcji i w końcu robiłam to szybciej niż rówieśnicy. Są rodzice, którzy wstydzą się niepełnosprawnego dziecka, albo za bardzo na nie chuchają, że takie biedne. I trzymają w domu, boją się wypuścić na świat. U mnie było przeciwne podejście: „chcesz iść na trzepak, to idź. Spadniesz, trudno, ale sama się podnieś”. Czułam ich wsparcie i czuję je do dziś, ale nigdy mnie nie wyręczali, za co jestem im niezwykle wdzięczna – mówi.

I opowiada, że nigdy nie nalegali na córkę, żeby nosiła protezę, skoro ta jej nie pasowała. – Od maleńkości miałam taką gotową ale jakoś jej nie zaakceptowałam. Skoro tak, to nie kazali mi jej nosić. Nie wstydzili się córki bez rączki jak to czasem na wsiach bywa, gdzie niepełnosprawność to coś gorszego. Najważniejszy był mój komfort i moje dobre samopoczucie. „Nie chcesz, to nie noś, ale radź sobie sama”.

I radziłam. Do tego stopnia, że na studiach na AWF potrafiłam zrobić wymyk i odmyk na drążkach lepiej niż koleżanki z obiema zdrowymi rękami które musiały zaliczać w drugim terminie. Wydaje mi się, że jak na niepełnosprawną jestem całkiem sprawna i niejedna zdrowa dziewczyna mogłaby mi pozazdrościć.

Najgorsze co może spotkać niepełnosprawne dziecko to zamknąć je w domu i użalać się nad nim. Trzeba pozwolić mu się rozwijać, wychodzić do ludzi. Nie wolno odcinać go od świata. Bo rodzice, którzy się takim dzieckiem opiekują, wieczni nie będą i co wtedy? – przekonuje.

- Naprzeciwko naszego domu stoi szkoła, więc praktycznie całe dzieciństwo spędziłam na szkolnym boisku i w budynku. Odbywały się tam treningi tenisa stołowego Broni Radom. Przychodziłam, patrzyłam z pożądaniem przez szybkę, aż w końcu trener zaprosił mnie na trening. Miałam dryg do sportu, pewnie po mamie, która biegała sprinty. Nieźle mi szło, jeździłam na zawody, wygrywałam. Zdarzało mi się nawet grać w debla z Natalią Partyką, czterokrotną mistrzynią paraolimpijską. Ale drugą Natalką nie zostałam, ponieważ okazał się, że jestem też dobra w lekkiej atletyce. Przez jakiś czas startowałam w kadrze Polski obu dyscyplin. Ale w końcu terminy występów zaczęły nakładać się na siebie i musiałam dokonać wyboru – wspomina.

Pomógł w tym trener Jacek Szczygieł, który w 2002 roku trafił do Startu Radom i… odmówił współpracy z Alicją. – Nie podobało mi się, że wykorzystywano ją w każdej dyscyplinie, gdzie był potrzebny medal. Tu takie zawody, tu takie. Nie chciałem się zgodzić na łączenie. Powiedziałem: „albo odłożysz rakietkę na bok i skupić się w całości na lekkiej atletyce i wtedy trenujemy na pełnych obrotach, albo szukaj sobie innego trenera. Ja nie będę prowadził zawodnika na pół gwizdka”. No i przed igrzyskami w Atenach w 2004 Ala wybrała bieżnię – wspomina Szczygieł.

Alicja Fiodorow- Uznałam, że lekka jest mi bliższa sercu. I nigdy nie żałowałam wyboru. Ani współpracy z trenerem Szczygłem. On jest twórcą wszystkich moich sukcesów – podkreśla Fiodorow.

- Nie jestem fachowcem od tenisa stołowego, ale uważam, że Ala nie zrobiłaby takiej kariery jak Natalia, bo warunki jakie tamta ma w Gdańsku, a jakie były w Radomiu to dwa światy – mówi Szczygieł.

Dodaje, że Ala jest obdarzona takim talentem ruchowym, iż odnosiłaby sukcesy w każdym sporcie za jaki by się wzięła. Łatwo jej przychodzi nauka, szybko wszystko sobie przyswaja. Bez połowy ręki kapitalnie gra w koszykówkę czy siatkówkę o piłce nożnej nie mówię. Świetnie pływa, skacze…

- Czego się nie dotknie w tym jest dobra. Pod tym względem jest fenomenem. Taka się urodziła, ale też sporo w tym zasługi rodziców. Nie ma w sobie żadnych barier. I jest bardzo ambitna. Wyznacza sobie cele i dąży do nich z rzadko spotykaną konsekwencją – mówi Szczygieł.

Po udanych MŚ teraz celem są igrzyska paraolimpijskie w Tokio. Ale obawiam się, że na 200 m trzeba będzie pobiec 25 sekund na medal, a to oznacza mnóstwo ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Siądziemy z trenerem i zastanowimy się, czy nie postawić tylko na setkę – mówi Fiodorow.

Nakładka na rękę Alicji Fiodorow, pomaga jej wystartować z bloków i stabilizuje bieg (cena 12 000 zł o.o). W tle Marcel Jarosławski z Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”

#ParaAthletics. Bracia z opaską, czyli krwawe ślady na bieżni

Sylwester Lepiarz i Aleksander KossakowskiNiewidomy Aleksander Kossakowski (na zdjęciu z prawej)  z przewodnikiem Sylwestrem Lepiarzem wygrali półfinał biegu na 1500 m podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Londynie. Ustanowili życiówkę (4:14.07) i pokonali w bezpośrednim pojedynku rekordzistę świata, Kenijczyka Samwela Mushai Kimani. O medal powalczą w piątek

W kadrze polskich lekkoatletów na MŚ w Londynie mówią, że ciężko o większego pechowca niż Olek. Co ważny bieg, to rywal ściąga buta ze stopy. Z pięć razy tak już miał ostatnio. A już do legendy przeszedł jego start na mistrzostwach Europy w Grosseto.

120 metrów po starcie rywal z Portugalii niechcący nadepnął mu na piętę i ściągnął buta. Już po pierwszym okrążeniu po rozgrzanym tartanie pod skarpetą na podeszwie stopy zrobił mu się pęcherz. Po drugim pękł, skóra zeszła, a podeszwa zmieniła się w krwawą ranę. – Z początku działała adrenalina, ale jak około 600 m zeszła, ból zrobił się jak cholera. Mówię do Sylwka, że chyba zejdę. Ale on, żebym się nie wygłupiał, bo to mistrzostwa Europy – wspomina Kossakowski.

- Nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero jak zobaczyłem krwawe ślady na tartanie, myślę, kurde, co to jest? Po chwili skojarzyłem, że to Olek. Spojrzałem w dół, nie ma buta, zamiast tego czerwona, porwana skarpeta. No, ale już był prawie finisz. Dobiegliśmy. I zdobyliśmy brąz! – mówi Lepiarz.

- Ja na szczęście tych krwawych śladów nie widziałem, bo kto wie jakby to na mnie podziałało. Nie wiem jak dobiegłem, chyba tylko siłą charakteru. Ci, którzy zobaczyli ranę, trenera, kolegów z kadry, złapały mdłości. Jedna wielka rana, do tego czarna z brudu. Lekarze złapali się za głowy, natychmiast do szpitala, kuracja antybiotykowa i opatrunek.

- Oj już nie wyolbrzymiaj, przebiegłeś na bosaka raptem 1350 metrów – śmieje się Sylwek.

Łączy burzliwa historia. Panowie rozstali się po igrzyskach w Rio, gdzie nie udało im się wejść do finału. Sylwek, oszołomiony atmosferą na Stadionie Olimpijskim mocno przeszarżował, poprowadził bieg w tempie jak na podwójny rekord świata. W efekcie Olek na 400 m przed metą nie był w stanie biec i niemal domaszerował do końca. Ale i tak dałoby to im ósme miejsce i prawo startu w finale, gdyby nie to, że zagotowany Sylwek pierwszy przekroczył metę. A przepisy mówią, że zawsze musi to zrobić zawodnik. Zostali zdyskwalifikowani.

- Emocje, presja, niesamowita publika na stadionie. Czułem się jak w statku kosmicznym. Oszołomiło mnie. Musiałem wykrzykiwać komendy, żeby Olek mnie słyszał. Też byłem wkurzony, bo tyle przygotowań i startów na nic – tłumaczy Sylwek. – Dziś już nie ma tematu. Tzn jest tylko jako nauczka dla nas. Ale już nie mamy do siebie pretensji – precyzuje Olek.

Kossakowski zaczął szukać nowego przewodnika, ale próby kończyły się marnie. – Przewodnik dla niewidomego lekkoatlety to w Polsce prawdziwy dramat. Nie każdy ma tyle szczęście co świeżo koronowana mistrzyni świata z Londynu, Joanna Mazur, która idealnie dobrała się z Michałem Stawskim. A i ona długo szukała. Ale dziewczynie łatwiej znaleźć faceta, który biega lepiej od niej. Olek odrzucił kilku zawodników, którzy nie wytrzymywali jego tempa i odpadali już po pierwszym okrążeniu – tłumaczy ich trener ze Startu Radom, Jacek Szczygieł.

Z braku kandydatów na przewodnika zwrócił się o pomoc co lekkoatletów pełnosprawnych. Ale nikt nie chciał. Przewodnik musi w całości poświęcić się niewidomemu, zgrać z nim w jeden organizm. Pełnosprawni lekkoatleci mieli swoje starty, swoje zgrupowania i cele. Mogli pomóc na jedne zawody, ale ciężko im było zgrywać terminy.

- Z kolei ci, którzy już skończyli kariery, bawią się w biegi uliczne, starają jakoś zarabiać pieniądze i też nie interesuje ich rola przewodnika. Bo z bycia przewodnikiem żadnych kokosów nie ma. Wielu robi to za „dziękuję”. Dobrze jak dostanie stypendium. Ale w przypadku Kossakowskiego i Lepiarza będzie ciężko, bo w ich konkurencji nie zebrało się na MŚ 12 rywali – tłumaczy Szczygieł.

Poszukiwania nowego przewodnika szły jak po grudzie. Tymi, których sprawdził, Olek był zawiedziony. Narzekał, że to trucht, a nie prawdziwe bieganie. Wreszcie obaj panowie postawili na reset, podali sobie ręce i postanowili zacząć współpracę od nowa.

Tu w Londynie Sylwek pokazał, że Rio to był po prostu eksces. Obaj jesteśmy mądrzy po szkodzie i doświadczeni. Nigdy już nie popełnimy takiego błędu. Dziś jestem w stu procentach z naszej współpracy – mówi Kossakowski.

- Wyglądamy na bieżni jak bracia, niektórzy nawet nas za nich biorą. Mamy podobną technikę biegu, jesteśmy równi wzrostem i wiekiem. Jeśli będą nas omijały kontuzje, będziemy co raz bardziej się zgrywać i biegać długie lata. Poza bieżnią różnimy się tylko upodobaniami muzycznymi. Olek słucha heavy-metalu, a ja bardziej rozrywkowej, ale nie mamy spinek z tego powodu – mówi Sylwek.

Prawdziwy brat Olka ma tę samą chorobę oczu – zwyrodnienie barwnikowe siatkówki – i też nie widzi. Nie jest zawodnikiem, został masażystą. – Zachorował w wieku 13 lat, ja miałem sześć. Do tego czasu widziałem normalnie. Potem systematycznie traciłem widzenie barw, widzenie w nocy, ograniczało mi się pole widzenia, najpierw do lunetowego, aż do zupełnej ślepoty. Póki co medycyna nie wymyśliła na nią lekarstwa. Już się nią nie przejmuję, mam ją gdzieś. Mam mocno wyrobiony węch i słuch. Jestem w stanie wszystko sobie wyobrazić – mówi Olek.

Jako gimnazjalista zbuntował się przeciwko losowi. Uciekał z domu na parę dni, opuszczał w lekcjach, odmawiał pomocy w domu. Ojciec postanowił przywrócić go do pionu.

- Tata też uprawia sport, jest karateką, ma 3 dan w karate kyokushin. W ramach resocjalizacji wysłał mnie na obóz lekkoatletyczny z trenerem Krzysztofem Jóźwikiem do Spały. Tam tak dostałem w kość, że nauczyłem się pokory. Ale przy okazji trener Krzysiek zaszczepił we mnie ducha rywalizacji. Spodobało mi się. A później na jakichś zawodach juniorów wypatrzył mnie trener Jacek Szczygieł i wziął pod swoje skrzydła. I poznał z Sylwkiem.

- Biegamy z Olkiem od 2013 roku. Poznaliśmy się kiedy jeszcze trochę widział i startował w wyższej kategorii. Biegaliśmy wówczas jeszcze nie połączeni opaską jak teraz ale obok siebie. Trenowałem wcześniej siedem lat lekkoatletykę, ale chciałem spróbować czegoś nowego. Nie jestem przewodnikiem dla kasy. Chciałem się po prostu… poczuć kimś ważniejszym. I czuję. Jeździmy po świecie, startujemy na igrzyskach, mistrzostwach świata. Jest pięknie – opowiada Sylwek. Sylwester Lepiarz, Aleksander Kossakowski i trener Jacek Szczygieł

#ParaAtheltics. Dwa złote medale i apel do ministra

Joanna Mazur i Michał Stawicki

Dwa złote medale w odstępie kilku minut zdobyli polscy sportowcy w poniedziałek wieczór na Stadionie Olimpijskim w Londynie podczas MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych. Najpierw Barbara Niewiedział na 1500 m w kat. T20. Po niej niewidoma Joanna Mazur wraz z przewodnikiem Michałem Stawickim na tym samym dystansie

Niewiedział, mistrzyni paraolimpijska na 1500 m wśród osób upośledzonych intelektualnie z Londynu 2012 i Rio 2016 potwierdziła dominację w tej konkurencji. Przez cały wyścig kontrolowała sytuację, nie przejęła się szarżą Amerykanki Kaitlin Bonds i przybiegła na metę ze sporą przewagą nad Ukrainką Ludmiłą Daniliną.

- Mogę właściwie powiedzieć, że to był zwykły dzień w biurze. Na dwóch ostatnich igrzyskach i obu mistrzostwach świata w Lyonie w 2013 i Doha dwa lata temu nie miałam sobie równych. Cieszę się, że nic się w tej kwestii nie zmieniło – śmiała się za metą.

Niewiedział nie przeszkodziło nawet to, że kilka godzin przed wieczornym biegiem wygrała półfinał na 400 m. Na szczęście organizatorzy przygotowali specjalny namiot, w którym można się było zanurzyć w kąpieli w lodowatej wodzie z kostkami lodu. Pierwszy raz skorzystałam z czegoś takiego i to był strzał w dziesiątkę! Igły przeszły całe moje ciało, ale nogi momentalnie odpoczęły i zrobiły się lżejsze. Zanurzyłam się tuż po biegu na 400 m i tuż przed startem na 1500 m – opowiadała.

Dodała, że nie przestraszyła się szarży Amerykanki Bonds, która mocno wyrwała do przodu. – Ona jest faworytką na 400 m, to jest jej koronny dystans, wiedziałam, że nie wytrzyma. Ona będzie moją główną rywalką we wtorek, ale ciesze się, że dostałam trzeci tor a ona piąty. Będę ją miała na widoku – mówiła Niewiedział, która w Rio wywalczyła na 400 m brązowy medal szalonym finiszem, rzucając się na linię mety i upadając na twarz, co zostało uznane przez organizatorów za „najbardziej magiczny moment igrzysk”.

Barbara NiewiedziałLedwo Basia Niewiedział zeszła z bieżny, a w finale biegu na 1500 m osób niewidomych wystartowała Joanna Mazur z przewodnikiem Michałem Stawickim. To dla nich nowy dystans. Wcześniej biegali na 200 m i 400 m, ale choć zdobywali mistrzostwa Europy, po igrzyskach paraolimpijskich w Rio zdecydowali się wydłużyć dystans. I to był strzał w dziesiątkę! W swoim zaledwie czwartym wspólnym starcie na 1500 m, w finale mistrzostw świata po kapitalnym finiszu wyprzedzili Kolumbijkę Arango Buitrago (z Jonathanem Daybesem) i Chinkę Zheng Jin (z Wangiem Zipengiem). Do tego pobili własny rekord aż o 15 sekund!

- Michał jako mój trener postanowił przerobić mnie ze sprinterki na biegacza średniodystansowego, choć nie wierzyłam, że podołam. A jednak! Jak widać oddałam się w dobre ręce. Opłaciły się te wszystkie ciężkie treningi – mówiła Asia.

- Tak naprawdę ułożyłem sobie taktykę na ten bieg jeszcze podczas zgrupowania w Zakopanem. Wszystko było dokładnie przemyślane. Mieliśmy zaatakować na ostatnich 200 m. Jeszcze dziś po obiedzie, Asia zapytała czy na pewno jestem przekonany, że zdążymy przeprowadzić to, co chcemy. Ryzyko było, ale bez niego nie ma największych sukcesów. No i rzeczywiście było „na żyletki”. Jeśli przyprawiliśmy któregoś z naszych kibiców o zawał, to przepraszamy – opowiadał Stawicki, były lekkoatleta i triatlonista.

- Wszystko było jak na treningu, więc nic nie mogło pójść źle. A w dodatku jeszcze niesamowicie niósł nas doping kibiców – dodała Mazur.

Prośba do ministra sportu

Świeżo koronowani mistrzowie świata zwrócili się z ogromną prośbą do ministra sportu, Witolda Bańki o zmianę przepisów. Stypendium za sukces na takiej imprezie jak londyńskie MŚ przysługuje im tylko w przypadku jeśli w finale wystartuje 12 zawodników z 8 państw. Na nieszczęście Mazur i Stawickiego w ostatniej chwili wycofała się Kenijka, nie wystartowali też Rosjanie, bo cała ich lekkoatletyczna reprezentacja została zawieszona za doping przez Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski. W efekcie w konkurencji wystartowało więc 11 zawodników.

- Bardzo prosimy ministra, żeby popatrzył łaskawie na sprawę. W sporcie paraolimpijskim niestety łatwo o to, że zabraknie tego kluczowego 12 zawodnika. Po pierwsze z powodu kontuzji, po drugie z braku pieniędzy, wielu krajów nie stać na wysłanie zawodnika, jeśli nie są absolutnymi pewniakami do medalu. A my stajem się ofiarami, bo mimo złotego medalu nie dostajemy stypendium, które zapewniłoby nam przygotowania do kolejnych startów – tłumaczy Joanna Mazur.

Reportaż o Joannie Mazur i Michale Stawickim z Rio: Biegnę w ciemności. Michał to moje oczy

I ona i jej przewodnik musieli zrezygnować z pracy, żeby skoncentrować się na przygotowaniach do igrzysk w Rio i MŚ w Londynie. Ze Stawickim nie przedłużono umowy w szkole gdzie uczył WF. Mazur pracowała w przychodni jako masażystka. – Ale 18 osób dziennie i do tego trening wytrzymałościowy, trzy godzinna siłownia było ponad moje siły. Wykańczałam się. Trenowanie tego sportu to dla nas ciężkie zderzenie z rzeczywistością. Sporo poświęciliśmy przez ten rok. Ale uważamy że warto. Idziemy do przodu i spełniamy marzenia – mówi Asia.

Michał podkreśla, że w tej dyscyplinie nie można zawodnika oddzielić od przewodnika, który jest jego oczami, połączony z zawodnikiem opaską dyktuje tempo, podczas biegu informuje: „prosta”, „wyjście z wirażu” itp. nie wolno mu wyprzedzać ani ciągnąć zawodnika. – To nie może być ktoś przypadkowy, ale ktoś kto zgra się z zawodnikiem w jeden organizm. Biedniejsze, np. afrykańskie kraje radzą sobie tak, że z niewidomym zawodnikiem biegnie, który startuje też w swojej konkurencji. Np z zawodniczką z Angoli bieg jej rodak bez oka, z inną ktoś po amputacji. Ale wówczas ciężko o te największe sukcesy. JM4Fizjoterapeuta Leszek Izdebski po przegranym zakładzie przenosi Joasię Mazur przez bieżnię. Będzie jeszcze musiał wystartować na 400 m. Z tyłu Michał Stawicki

 

#ParaAtheltics. Renia Śliwińska: Lwi pazur i cztery życiówki

Renata ŚliwińskaRenata Śliwińska ze Skwierzyny wywalczyła srebrny medal w pchnięciu kulą w klasie F40, czyli dla osób niskorosłych. W finale konkursu MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych w Londynie aż cztery razy pobiła rekord życiowy!

Śliwińska to kolejna medalistka mistrzostw świata spod skrzydeł trenera Zbigniewa Lewkowicza, który wynalazł i wychował między innymi takich paraolimpijczyków jak Maciej Lepiato (dwukrotny złoty medalista igrzysk i rekordzista świata w skoku wzwyż), Bartek Tyszkowski (srebrny w Rio, wielokrotny mistrz i rekordzista świata w pchnięciu kulą i dysku) czy złoty medalista z Aten w kuli i dysku Tomasz Blatkiewicz.

- Renia pokazała w tym konkursie lwi pazur i zagotowała przeciwniczki. Już w pierwszym rzucie pobiła życiówkę uzyskując 6,94 m. W finałowej serii pierwszy raz w karierze przekroczyła barierę 7 metrów i ostatnie skończyła na 7,23. To fenomenalnie na kogoś, kto trenuje dopiero od półtora roku – cieszył się Lewkowicz.

Śliwińska miała szczęście, że jej rodzinna Skwierzyna leży 20 km od Gorzowa, gdzie Lewkowicz pracuje z niepełnosprawnymi w miejscowym Starcie. Prowadził wykłady na dyrektorów szkół w powiecie międzyrzeckim jak nauczać niepełnosprawnych. Wśród slajdów przewinął się Tyszkowski, który ma karłowatość. – Po spotkaniu jeden z dyrektorów zaczepił mnie, że zna dziewczynę, która nie bardzo wie co robić w życiu, a ma mnóstwo energii, jest dynamiczna i pozytywne nastawienie do świata. Spotkaliśmy się w Gorzowie i na pierwszych treningach zaiskrzyło. Od razu wiedziałem, że ma niezwykły talent do sportu.

Renata Śliwińska i trener Zbigniew LewkowiczŚliwińska opowiada, że od dziecka ciągnęło ją do sportu, ale głównie grała na podwórku z chłopakami w piłkę nożną. Jej wielkim idolem i inspiracją od lat jest Robert Lewandowski. Pchnięcie kulą? Zastrzegła trenerowi, że po pół roku treningów zdecyduje, że jej się to podoba.

- Ale przez pierwsze dwa miesiące zrobiła takie postępy, że jak zabraliśmy ją na mistrzostwa Europy w Grossetto to pobiła tam rekord świata w rzucie dyskiem! – mówi Lewkowicz. – Udowodniła nam, że jest takim fajterem, że pojechała też na igrzyska paraolimpijskie do Rio. Tam kategorie są połączone i Renia, która ma 125 cm wzrostu musiała walczyć z zawodniczkami wyższymi od siebie o 10-15 cm. Więc mimo że i tam zrobiła życiówkę, zajęła dopiero szóste miejsce. Ale z dzisiejszym wynikiem z Londynu miałaby w Rio brąz.

- Dziś to żałuję tylko że tak późno wzięłam się za sport paraolimpijski, miałam już 20 lat. Szkoda, że nie wcześniej. Wcześniej tylko szkoła, dom. Niespecjalnie lubiłam wychodzić, bo wiadomo jak przykre potrafią być ludzkie spojrzenia. Pewnie gdyby nie sport, skończyłabym szkołę handlową i była sprzedawczynią. Albo wyjechałabym za praca do Irlandii, bo sporo znajomych właśnie tam zarabia i byli chętni pomóc w organizacji. A tak trenuję ciężko od poniedziałku do piątku w Gorzowie, a w sobotę sama w Skwierzynie i mam z tego wielką satysfakcję – mówi Śliwińska.

Chciałabym, żeby ten mój srebrny medal i sukcesy sportowe były inspiracją dla innych niepełnosprawnych, którzy może wstydzą się wyjść z domu do ludzi, boją nieżyczliwych albo ciekawskich spojrzeń. Nie ukrywam, że sama też się kiedyś bałam. Nie wolno. Trzeba być silnym i lubić siebie. Mamy takie samo prawo do życia jak wszyscy inni. A osiągnąć możemy nawet więcej. Jestem żywym przykładem, że sport jest w stanie odmienić życie na lepsze – przekonuje Renia, która w trakcie naszej rozmowy odebrała telefon z gratulacjami od burmistrza Skwierzyny.

Renata Śliwińska i jej tunezyjhskie rywalki które przedzieliła na podiumRenata Śliwińska i jej tunezyjskie rywalki które przedzieliła na podium

#ParaAthletics. Jak bieganie pozwoliło Jagodzie zaakceptować niepełnosprawność i polubić siebie


Jagoda Kibil i trener Jacek Szczygieł Piąte miejsce w biegu na 200 m kobiet po porażeniu mózgowym czterokończynowym zajęła na MŚ w lekkiej atletyce w Londynie 17-letnia Jagoda Kibil. Opowiada jak bieganie pozwoliło jej zaakceptować niepełnosprawność i polubić siebie

Zawodniczka trenera Jacka Szczygła, czasem 32,89 sek pobiła życiówkę. – Od dawna starałam się przełamać 33 sekundy i marzenie wreszcie się spełniło. I to właśnie na mistrzostwach świata! Nie mogłam sobie wybrać lepszego czasu i miejsca. Jestem w siódmym niebie. To zasługa trenera Jacka Szczygła, bo włożył w to prawdopodobnie więcej pracy ode mnie. Ja mam trudny charakterek, trzeba nade mną nieźle popracować. To jego zasługa, że w ogóle tu jestem. Że w ogóle biegam – przyznała szczerze za metą.

- Moja niepełnosprawność to dziecięce porażenie czterokończynowe. Niestety lekarze popełnili błąd przy porodzie i nastąpiło niedotlenienie mózgu. Dotknęło to zresztą również mojego brata bliźniaka. Lekarze nie dawali nam szans, że kiedykolwiek staniemy na nogi. Ale nasza mamusia jest strasznie uparta. Zawzięła się i tak nas sama rehabilitowała, że w wieku dwóch lat byliśmy w stanie stać. Przy drabince, koślawo, z powyginanymi kończynami, ale staliśmy. Lekarka kiedy to zobaczyła aż wybiegła z gabinetu w szoku po koleżanki, bo nie mogła uwierzyć. A po roku byliśmy już w stanie oboje chodzić – opowiada Jagoda.

Trener Szczygieł wypatrzył ją przypadkiem gdy przechodziła obok boiska lekkoatletycznego w Kozienicach, z których pochodzi. Zwróciła jego uwagę nierównym chodem, a przy tym jeszcze podbiegła. Dojrzał spory potencjał. – Widać było, że ma naturalny tzw ciąg do przodu – wspomina. Jagoda była wówczas w drugiej klasie gimnazjum. Niemal rok musiał namawiać ją na podejście treningów. Mama Jagody miała wątpliwości czy córka zdoła pogodzić naukę w szkole, rehabilitację i treningi. Ale to właśnie treningi okazały się najlepszą rehabilitacją.

- Jestem bardzo wdzięczna mamie za to, że się wtedy zgodziła, bo sport odmienił moje życie. Mam cel, poprawiam się z roku na rok, dostaję stypendium, które bardzo nam się przydaje, jeżdżę po świecie. Ci, którym kiedyś zdarzało się dokuczać mi z powodu mojego chodu, mojej choroby teraz mi zazdroszczą. W ogóle ludzie są dla mnie teraz bardziej sympatyczni. A nawet jak jeszcze czasem usłyszę jakiś hejt czy zaczepkę, to tylko się z tego śmieję: „a myśl se człowieku co chcesz” i idę dalej.

Bieganie zmieniło moje podejście do niepełnosprawności i do siebie samej. Kiedyś, pamiętam, byłam przekonana, że tacy ludzie jak ja nie osiągną nic. Płakałam leżąc w łóżku, że nic dobrego mnie w życiu nie czeka. Dziś lubię siebie i to co robię. Nie czuję się w niczym gorsza od pełnosprawnych, żadnemu z nich niczego nie zazdroszczę – mówi Jagoda.

Wspomina, że na pierwszym treningu przyglądała się treningom Szczygła z Aleksandrem Kossakowskim, mistrzem Europy na 1500 m. – Pytam trenera zdziwiona, że przecież mieli tu ćwiczyć niepełnosprawni, a on na to, że przecież Olek jest niewidomy. Co? W życiu bym się nie domyśliła. Skoro on tak świetnie sobie radzi w sporcie, to znaczy że i dla mnie jest szansa – pomyślałam.

Jagoda to podwójna mistrzyni świata juniorów. Teraz jej celem jest jak najlepszy występ na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio. – Nie mówię, że medal, bo będzie trudno. Wiadomo, że to marzenie, ale konkurencja na moim dystansie jest bardzo duża, Australijka, Brytyjka, Chinka. Mam wrażenie, że ich niepełnosprawność jest nieco mniejsza od mojej – mówi.

Problemem jest lewa noga, którą Jagoda musiała poddać planowej operacji i z powodu komplikacji jeszcze nie wróciła do dawnej sprawności. – Gdy była dzieckiem, żeby ja spionizować skrócono jej ścięgno Achillesa. Kiedy już złapała wzrost dla odmiany musiano jej tego samego Achillesa wydłużyć, żeby mogła normalnie funkcjonować. Niestety po pierwsze została zarażona w szpitalu gronkowcem. Jest jest też duży zrost na bliźnie, która jest pogrubiona. Nie wiadomo czy nie będzie konieczna kolejna operacja – mówi trener Szczygieł.

- Mimo to Jagoda była w stanie bić na kolejnych zawodach życiówki. Do tego tu w Londynie pokonała jedną z doświadczonych Australijek. Ten wynik cztery lata temu na igrzyskach paraolimpijskich na tym samym stadionie dałby jej medal! To szalenie ambitna dziewczyna. Życie tak ostro dało jej w tyłek, że już jako nastolatka stała się lepszym fajterem niż wielu dorosłych. Jej losy nadają się na scenariusz filmowy, jeśli kiedyś będzie chciała szczerze o nich opowiedzieć – dodaje Szczygieł.

Jagoda Kibil

#ParaAthletics. Srebrny finisz Mateusza Michalskiego


Mateusz Michalski wywalczył srebrny medal w biegu na 100 m w kat. T13, czyli osób niedowidzących na MŚ w lekkie atletyce osób niepełnosprawnych w Londynie. Drugie miejsce na podium zapewnił sobie dosłownie rzutem na taśmę, szalonym atakiem na finiszu z czwartego miejsca

- Wiedziałem, że wygra ten, kto pobiegnie do końca i rzuci się na linie mety. Tzn wiedziałem, że wygra Irlandczyk Jason Smyth, bo od paru lat nie ma sobie równych i rządzi w naszej kategorii. Kandydatów do miejsca na podium obok niego było kilku. Chciałem powalczyć, choć setka to nie mój koronny dystans, ja jestem klasyczną dwusetą.T

Toteż po cichu liczył co najwyżej na brązowy medal. Ale gdy w środku stawki poczuł, że idzie równo z rywalami, zrozumiał, że może przesądzić dobry finisz. Na mecie wyprzedził Australijczyka Chada Perrisa o 0,01 sekundy! Czas 10.95 to jego najlepszy wynik w sezonie.

Mateusz MichalskiMichalski to mistrz i srebrny medalista paraolimpijski z Londynu 2012 na 200 m i rekordzista świata, ale w kategorii T12 dla osób z bardzo ograniczonym widzeniem. Od siódmego roku życia cierpi na chorobę Stargarda, która pozbawiła go 90 procent wzroku.

- Choroba zeżarła sobie tyle wzroku ile chciała i się zatrzymała. Szczęśliwie od 20 lat nie posunęła się na przód. Nie ma na nią lekarstwa, ani nie da się niczego naprawić operacyjnie. Widzę tylko z bliska, im dalej tym bardziej rozmazany obraz. Mam problem z rozpoznawaniem twarzy, czytaniem czcionki. Ale i tak czuję się szczęśliwy, że widzę choć do tych dwóch metrów w przód. I że mogę robić to, co kocham – mówi.

W 2013 Michalski postanowił przenieść się do trudniejszej kategorii dla widzących nieco więcej. – To była kwestia motywacji, nie miałem już się z kim ścigać, nasza grupa się wypaliła. A mnie motywuje tylko rywalizacja, nie pieniądze czy łatwe sukcesy. A tu biega ten niepokonany Irlandczyk, nieźli Brazylijczycy, Australijczycy, poziom jest znacznie wyższy. Znów poczułem ochotę wychodzenia na trening. I satysfakcję z sukcesów – opowiada.

Michalski startuje trzy lata w nowej kategorii i to jego największy sukces. Do sportu trafił w szkole integracyjnej w Owińskach pod Poznaniem, gdzie trener Wiesław Pawlak prowadził kółko sportowe i zaraził go pasją do biegania.

- Miałem szczęście do trenerów, przez siedem lat prowadził mnie Adam Kaczor, uczestnik igrzysk w Meksyku. A teraz fantastyczny szkoleniowiec Tadeusz Such. Ułożył mnie technicznie. Z powodu słabego wzroku ciężko mi koordynować ruchy, a on pracuje nad każdym szczegółem – opowiada.

I wyjaśnia, że poprawił wyjście z bloków i pierwsze 25 m. Miał tendencję, żeby automatycznie skracać krok, teraz z każdym stara się sięgać coraz dalej, maksymalnie go wydłużać. Nie patrzeć w dół, bo robił wówczas „garba”, ale starać się sięgać wzrokiem przed siebie. – Jest sporo detali do poprawy, w jeden rok nie da się wszystkiego ogarnąć. Ale już do igrzysk paraolimpijskich w Tokio powinniśmy dać radę – mówi. Mateusz MichalskiMateusz musiał podejść naprawdę blisko telewizora, żeby obejrzeć własny finisz

#ParaAthletics. Nie ma zmiłuj, czyli jak wykuć przyszłego mistrza

Łukasz Czarnecki17-letni Łukasz Czarnecki to najmłodszy zawodnik w polskiej kadrze na MŚ #ParaAthleics. Ma szanse na medal w konkursie rzutu oszczepem, choć wystąpi… ze złamaną i zadrutowaną ręką. Trener Zbigniew Lewkowicz opowiada jak formuje przyszłego paraolimpijczyka.

Łukasz startuje w kategorii osób po dziecięcym porażeniu mózgowym. Jest najmłodszym zawodnikiem w 51-osobowej polskiej ekipie na MŚ w lekkiej atletyce osób niepełnosprawnych London 2017 i zarazem największym pechowcem. Mało brakowało, a w ogóle by do Londynu nie przyjechał. Na majowym zgrupowaniu w Bydgoszczy uszkodził mięsień dwugłowy uda. Ledwo fizjoterapeuci postawili go na nogi, a na kolejnym obozie w Słupsku upadł w czasie treningu wielobojowego i złamał prawą rękę. Szczęście w nieszczęściu, że nie tę, którą wykonuje rzuty.

- W szpitalu okazało się, że nie ma przemieszczenia, że to raczej tzw „złamanie zielonej gałązki”. Ale lekarze i tak musieli dokonać drutowania, bo to ręka spastyczna po porażeniu, trzeba ją było stabilnie złożyć – opowiada trener koordynator lekkoatletycznej reprezentacji Polski, Zbigniew Lewkowicz.

Sztab miał trzy dni na decyzję, czy wycofać Łukasza z MŚ, ale byłby to wielki zawód i dla niego i dla wszystkich. Zasłużył sobie na wyjazd – na mistrzostwach Polski w Białymstoku zdobył złoty medal i osiągnął niezbędne minimum na wyjazd, w światowym rankingu seniorów zajmuje trzecie miejsce.

- Zdjęcie wykazało, że wszystko jest dobrze złożone, wspólnie z rodzicami podjęliśmy decyzję, żeby jechał. Wystartuje, ale wynik ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Zależy mi, żeby Łukasz oswoił się z presją wielkiej imprezy. Tłumem dopingujących kibiców, ogromem Stadionu Olimpijskiego, który robi wrażenie na każdym, kto stanie na bieżni. To bardzo silne przeżycie. Jestem zwolennikiem żeby zawodnicy jak najszybciej zderzali się z takimi bodźcami na wielkich imprezach. Doświadczenie jest bezcenne. Ostatnio na igrzyskach paraolimpijskich w Rio kilku debiutantów przytłamsiła presja, spalili się w niej i osiągnęło gorsze rezultaty niż by mogli. Chcę, żeby Łukasz do igrzysk paraolimpijskich w Tokio nabrał doświadczenia i nauczył radzić sobie z presją – tłumaczy Lewkowicz.

Łukasz Czarnecki rzu ca oszczepem w LondynieTo ojciec zaprowadził Łukasza do Lewkowicza w klubie Start Gorzów, bo słyszał już o dokonaniach trenera, który wynalazł i wychował między innymi takich paraolimpijczyków jak Maciej Lepiato (dwukrotny złoty medalista igrzysk w skoku wzwyż), Bartek Tyszkowski (srebrny w Rio, wielokrotny mistrz i rekordzista świata w pchnięciu kulą) czy złoty medalista z Aten w kuli i dysku Tomasz Blatkiewicz. Ten ostatni również z niedowładem lewostronnym ręki i nogi po mózgowym porażeniu dziecięcym.

- Ojciec chciał, żeby syn się ruszał, zamiast tkwić w czterech ścianach i gapić się w ekran telewizora lub komputera. Łukasz był wtedy w szóstej klasie, a ja zazwyczaj zaczynam trenować dopiero gimnazjalistów. Ale przekonały mnie warunki fizyczne taty, który był wielkim, ponad dwumetrowym chłopem – opowiada Lewkowicz.

Na początku Łukasz dwa razy w tygodniu na treningi ogólnorozwojowe, żeby trener mógł się rozeznać, w jakiej dyscyplinie sprawdziłby się najlepiej. – To była raczej zabawa w sport. Jestem nauczycielem i wiedziałem, że gdybym od razu dał mu do ręki kulę, oszczep lub dysk, albo kazał biegać, młody szybko by się zniechęcił. Głownie graliśmy w kosza, trenowaliśmy skoczność, z czasem dołożyłem techniki rzutowe, bo zrozumiałem, że Łukasz to świetny materiał na dobrego zawodnika. Ma szybką rękę i szybki nadgarstek. Potrzeba mu tylko pracy nad koordynacją ruchową – mówi.

Nie ma pośpiechu, bo przy porażeniu mózgowym trzeba uważać na kręgosłup. W pewnym momencie, gdy Łukasz zaczął szybko rosnąć, Lewkowicz wraz z rodzicami podjęli decyzję o przerwaniu treningów na pół roku, żeby nie nadwyrężyć słabej chrząstki kolanowej, bo mogłaby pęknąć.

- Myślę, że Łukasz będzie kiedyś wysokiej klasy kulomiotem. Na razie trenujemy z 3 kg kulą, bo ta seniorska jest jeszcze za ciężka dla 17-latka, na razie skupiamy się na oszczepie, który wymaga za to dużo większej techniki – mówi Lewkowicz. I podkreśla zaangażowanie rodziców w modelowanie przyszłego mistrza. – Łukasz mi się przyznał, że przez pierwsze dwa lata treningi mu się nie podobały. Wolałby zostać w domu i grać na komputerze, ale ojciec przywoził go z żelazną konsekwencją. Nie było zmiłuj. Aż przyszły pierwsze małe sukcesy i dziś już Łukasza nie trzeba namawiać na trening. Trzeba uważać, żeby z nim nie przesadził.

Łukasz Czarnecki i trener Zbigniew Lewkowicz

#ParaAthletics. Pojedynek fenomenów, czyli bądź kumplem, nie oprawcą

Richard Whitehead i Ntando MahlanguDziś wieczór na MŚ w lekkiej atletyce pojedynek dwóch fenomenów. W finale 200 m zawodników z amputacją obu nóg, 40-letnia ikona paraolimpizmu, rekordzista świata w maratonie i jednocześnie niepokonany od 2011 sprinter, zmierzy się z 15-latkiem z RPA, który zaledwie pięć lat temu nauczył się chodzić. Na igrzyskach paraolimpijskich w Rio pierwszy z nich zdobył złoto, a drugi – srebro. Jak będzie w Londynie?

Richard Whitehead to jeden z najbardziej utytułowanych sportowców paraolimpijskich w historii i prawdziwy fenomen. W 2010 roku podczas maratonu w Bostonie czasem 2:42:52 pobił własny rekordy świata w kategorii osób z amputacją obu nóg poniżej kolana (rekord świata w półmaratonie też należy do niego). Ponieważ tej kategorii nie ma w programie igrzysk paraolimpijskich, a organizatorzy nie dopuścili go do startu z osobami z amputacją powyżej kolan, przerzucił się na sprinty. Od 2011 nie przegrał ani jednego biegu na 200 m. Zdobył trzy złote medale na trzech kolejnych mistrzostwach świata, bijąc przy tym rekordy świata. A także złoto igrzysk paraolimpijskich w Londynie w 2012 i Rio de Janeiro 2016.

Inspiracja

Na co dzień uczy pływania w Nottingham. Zimą uprawia hokej na sankach – był nawet członkiem ekipy Wielkiej Brytanii na igrzyskach paraolimpijskich w Turynie w 2006. Jest twarzą fundacji walczącej z rakiem kości, wielu akcji charytatywnych,i promujących sport niepełnosprawnych. W ramach jednej z nich – „Richard Whitehead Runs Britain” – przebiegł 40 maratonów w 40 dni! W uznaniu zasług Królowa Elżbieta II uhonorowała go w 2013 roku Orderem Imperium Brytyjskiego.

Opowiada, że do biegania maratonów by w ten sposób zbierać pieniądze na walkę z rakiem zainspirowała go historia kanadyjskiego lekkoatlety, Terry’ego Foxa. Gdy wieku 22 lat z powodu raka kości amputowano mu nogę, postanowił przebiec w poprzek Kanady z Wschodniego na Zachodnie wybrzeże. W czasie biegu, nazwanego Marathon of Hope – Maraton Nadziei, zbierał datki na fundusz walki z nowotworami. Ruszył 12 kwietnia 1980 w St. John’s na Nowej Fundlandii od symbolicznego zanurzenia swej sztucznej nogi w falach Oceanu Atlantyckiego i napełnienia baniaka wodą, którą zamierzał wylać pod koniec biegu do Oceanu Spokojnego. W 143 dni zdołał przebiec 5300 km, czyli średnio właśnie 42 km. Niestety z powodu przerzutów do płuc musiał przerwać bieg i wkrótce potem zmarł. Jednak jego idea przetrwała. Co roku na całym świecie (także w Polsce) odbywa się Terry Fox Run, dzięki którym na walkę z nowotworami zebrano ponad 400 mln dolarów.

- Przed 2004 roku nie byłem w stanie biec na obu protezach, nie pozwalała jeszcze na to technologia, a kiedy już się pojawiła, była koszmarnie droga. Kiedy już zacząłem, długo nie byłem w stanie zejść poniżej pięciu godzin. W 2006 roku po 11 miesiącach treningów wystartowałem w Maratonie Nowojorskim, który skończyłem w czasie 5 godzin i 18 minut. Przerażony przez cały bieg jak postrzegają mnie ludzie. Bałem się, że będą mnie wytykać palcami jak dziwadło. Ale oczywiście spotkałem się z pełną akceptacją – wspomina.

W 2009 roku, m.in. dzięki treningom ze słynną zwyciężczynią maratonów, Paulą Radcliff udało mu się jego pierwszemu zawodnikowi po podwójnej amputacji zejść poniżej trzej godzin – Maratona Di Roma skończył z czasem 2:56:45.

Richard Whitehead w środkuWymioty ze szczęścia

Z Ntando Mahlangu spotkali się już w finale igrzysk paraolimpijskich w Rio. Wówczas górą był Brytyjczyk, 14-letni zawodnik z RPA musiał zadowolić się srebrnym medalem. Ale był tak podniecony i zachwycony, że za metą zwymiotował ze szczęścia. Nie pierwszy raz.

Wychowany w Tweefontein w prowincji Mpumalanga, urodził się z hemimelią – wadą polegająca obustronnym niedorozwoju kończyn dolnych, zwaną również „wrodzoną amputacją”. Dziesięć lat przesiedział na wózku, pogodzony że nigdy z niego nie wstanie. Aż odnalazła go fundacja non-profit „Jumping Kids”, która w RPA wyposaża w zaawansowane technologicznie protezy dzieci, nawet najbiedniejsze, ze slamsów.

Ntando stawiał swoje pierwsze kroki akurat w trakcie igrzysk paraolimpijskich w Londynie w 2012. Nawet mu wtedy do głowy nie przyszło, że za cztery lata zdobędzie medal, przegrywając tylko z legendą.

- Wtedy skupiałem się tylko na chodzeniu. To był coś tak wspaniałego, że po paru pierwszych krokach zwymiotowałem ze szczęścia. Przybiegł zaniepokojony lekarz, że coś ze mną nie tak. Ale uspokoiłem go, że to euforia, że to najszczęśliwszy dzień w życiu. Jakbym wyrzygał te wszystkie lata spędzone na wózku, z zazdrością, że wszyscy moi bliscy i rówieśnicy biegają za piłką. Tak mi się to spodobało, że nauczyłem się chodzić w pięć dni – opowiada Ntando.

Jak mówi, protezy nie sprawiły że przestał być niepełnosprawny. Ale wreszcie mógł stanąć z kimś twarzą w twarz, spojrzeć w oczy, uśmiechem odpowiedzieć na uśmiech. – Gdy ktoś mnie pyta, co mi sprawia największa przyjemność od czasu gdy potrafię chodzić, odpowiadam że możliwość robienia babci herbaty. Wcześniej nie dosięgałem do stołu…

Natychmiast rzucił się do uprawiania sportu. Po dwóch latach treningu, został mistrzem RPA poniżej 20-roku życia, a przy okazji srebrny medal w skoku w dal. Rok później mistrzem kraju seniorów i dołożył złoto w rzucie oszczepem, bo chwytał się wielu dyscyplin. W 2013 na MŚ do lat 23 w czeskiej Pradze zdobył cztery złote medale i został wybrany najlepszym zawodnikiem imprezy. Co zawody pobija życiówki. Ma już na koncie kilkanaście rekordów RPA, Afryki i już pierwszy paraolimpijski rekord świata – w biegu na 400 m.

Bądź kumplem

Przed założeniem protez uczęszczał do szkoły dla niepełnosprawnych, w której przyuczano do prostych zawodów. Dziś marzy o studiach inżynierskich albo informatycznych, bo wie, że choć jego sportowa kariera dopiero się zaczyna, prędzej czy później się skończy. Staje się coraz bardziej popularny. Między innymi za sprawą kampanii telewizyjnej kanału Cartoon Network „Be a Buddy, Not a Bully” (bądź kumplem, nie oprawcą) przeciwdziałającej przemocy w szkole i w sieci, która wypuściła spoty reklamowe z Ntando w całej Afryce.

- Jestem dumny z tego co już osiągnąłem i mam nadzieję, że moi szkolni oprawcy zobaczą gdzie zaszedłem. Doskonale wiem co to hej, jak mogą cę potraktować rówieśnicy bez serca. To dla mnie wielki zaszczyt, że mogę moją postawą zainspirować jakieś dzieciaki, które może teraz uwierzą w siebie. A przede wszystkim przeciwstawią się hejtowi, opowiedzą o nim, nie będą się mu bezwolnie poddawać – mówi.

Na igrzyskach w Rio startował mając 14 lat, ale rywalizacja z dorosłymi facetami nie przeraża go. – Tam skąd pochodzą, ktoś kto nie możesz chodzić, musi dorosnąć szybciej. Ja musiałem nauczyć się radzić sobie z rzeczami, których moi zdrowi rówieśnicy nawet sobie nie wyobrażają. Doświadczenia uformowały mnie jako osobę. Rywalizacja z dorosłymi nie onieśmiela mnie, wrecz przeciwnie, mobilizuje do ciężkiej pracy – mówi.

- Ntando robi niesamowite postępy z zawodów na zawody. Do niego należy przyszłość w tej dyscyplinie. Rozmawiam z nim, doradzam, staram się inspirować. Wiem, że mnie wkrótce pokona, że przejmie pałeczkę. Ale nie chcę mu jej po prostu przekazać i zakończyć karierę. Chcę przy okazji popchnąć go, żeby osiągał w tym sporcie rzeczy wielkie – mówi o młodym rywalu Whitehead. Ntando Mahlangu