KONKURS! Mój magiczny futbolowy moment 2014

Cristiano Ronaldo i Leo MessiJak wiadomo nasz piłkarski świat dzieli się na tych, którzy uważają, że najlepszym piłkarzem świata jest Cristiano Ronaldo i tych, którzy twierdzą, że przecież Leo Messi. Nie ma wątpliwości, że po latach będziemy wspominać ten okres w futbolu jako erę Messiego i CR7 oraz jakiegoś trzeciego trzeciego przez chwilę. W tym jest to Manuel Neuer, w innym Franck Ribery, Zlatan Ibrahimović, Arjen Robben. Ale królowie są dwaj. Cesarzowie wręcz. Znów natłukli w tym roku rekordów co niemiara, których nie sposób spamiętać. Gorzej gdy trzeba wymienić te mecze, które sami rozstrzygnęli. Pierwszy wygrał Ligę Mistrzów, drugi przegrał finał Mistrzostw Świata. Są wielcy, ja tego nie kwestionuję, lepszego wskazywać się nie odważę.

Ale poproszony o ułożenie listy 100 najlepszych piłkarzy w 2014 roku na pierwszym miejscu umieściłem Portugalczyka przed Argentyńczykiem (przy okazji zgłaszam votum separatum do ostatecznej 100! Robert Lewandowski dopiero 30. u mnie był w Top 10, podobnie jak Angel di Maria i Zlatan. Znacznie wyżej Sergio Ramos, Isco, Mario Mandżukić i David de Gea, w mojej setce zabrakło Gerarda Pique i Steve Gerrarda).

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia mam dla Was dwa prezenty do wyboru, w zależności od tego komu oddajecie hołd: smoczą koszulkę Realu Madryt na cześć Cristiano i reprezentacji Albiceleste na cześć Leo. Zwycięzców konkursu będzie dwóch.

Real i Argentyna

Co trzeba zrobić? Opiszcie zwięźle (w komentarzach na blogu może być w 140 znakach jak na Twitterze) swój najbardziej magiczny futbolowy moment 2014. Dlaczego właśnie ten?!Uzasadniając mądrze, jak najbardziej literacko się da, może być do rymu, byle nie przewlekle, haiku lub limerykiem…

Czekam do pierwszej Gwiazdki:)

Co do mnie, choć byłem na mundialu i napatrzyłem się na kawał fantastycznego futbolu, jakiego jeszcze na wielkich turniejach nie było, widziałem upadek wielkiej Hiszpanii, radosną grę Chile i Kolumbii, triumf Luisa Suareza nad Anglią, cudowne gole Robina van Persie czy Jamesa Rodrigueza, to jednak najbardziej magiczny moment przeżyłem we wrześniu na Stadionie Narodowym. Reprezentacja Polski, która nigdy w historii nie pokonała Niemców, nawet za najlepszych czasów Lubańskiego, Deyny czy Bońka, Polska z ligowcem Sebastianem Milą, który u żadnego innego selekcjonera nie usiadłby w takim meczu na ławce i rezerwowym Ajaksu, Arkadiuszem Milikiem. A naprzeciwko drużyna mistrzów świata, w tym samych czarno-czerwonych koszulkach, w których zmasakrowała Brazylię 7:1. A w bramce ludzka skała, czyli Manuel Neuer… Nie opisuję przeżycia, bo to zadanie dla Was…



 

Polska – Niemcy 2:0, czyli dlaczego balon nie pękł, ale niesie nas pod niebiosa

Polska - Niemcy 2:0! Bohater MilikTo co wydarzyło się w sobotę wieczór na Stadionie Narodowym to prawdziwy cud, zjawisko sprzeczne z prawami logiki, fizyki, Murphy’ego i wszystkich innych praw, które znosi prawo o nieprzewidywalności futbolu. Choć my: media napompowaliśmy gigantyczny balon oczekiwań i optymizmu, o dziwo nie pękł, ale uniósł nas wszystkich w górę i dziś płyniemy nim podniebny rejs. Napompowaliśmy balon, mimo że praktycznie nic nie przemawiało za sukcesem w tym meczu, a raczej wszystko przemawiało przeciw.

Po pierwsze historia. Ostatniego gola w meczu o stawkę zdołaliśmy wbić Niemcom 43 lata temu! Nie pokonaliśmy ich nigdy, ani za Wilimowskiego, ani za Pohla, za Lubańskiego, Deynę, Lato, Szarmacha, Bońka, Nawałkę, Dziekanowskiego, Urbana, Kowalczyka, Smolarka… Nie udało się Górskiemu, Piechniczkowi, Janasowi czy Beenhakkerowi, dlaczego miałoby się udać teraz. Zwłaszcza w świetle występów Polaków w ostatnich latach?

Po drugie przecież sam fakt gry ze świeżo koronowanym mistrzem świata powinien spętać nogi naszym piłkarzom jak w spotkaniu z Ukrainą na Narodowym. Czy nie powinni przegrać tego meczu w szatni, jak Legia przed rokiem w rewanżu ze Steauą na Łazienkowskiej? Ilu z nas drżało, że po 20 minutach będzie „brazyliana” czyli jak nie 0:3 to szczęśliwie 0:2.

Tymczasem:

@ „Biało-czerwoni” nie pękli. Różnicę 69 pozycji w rankingu FIFA jaka dzieli nas od lidera widać było momentami w kulturze gry i w statystyce 29 strzałów Niemców i 5 Polaków, ale na pewno nie głowach naszych zawodników. Przedmeczowe deklaracje, że „my się Niemców nie boimy” nie okazały się ściemą, a żarty na konferencji Grzegorza Krychowiaka i Wojtka Szczęsnego – jakie pasowały bardziej do konfrontacji z San Marino niż mistrzami świata – pokazały jak świetna w drużynie była atmosfera i jak spora wiara w siebie.

@ O dziwo sił starczyło naszym nie na tradycyjne 15 minut, nie na 45, 60 ale do końca. I to z Niemcami słynącymi z gry do końca, których trzeba pilnować aż do momenty gdy znajdą się pod prysznicem, o czym nie raz zdołaliśmy się przekonać.

@ Adam Nawałka – powitany przez dziennikarzy na konferencji prasowej oklaskami (sam biłem w dłonie) – który dotąd w kadrze właściwie nie dał nam żadnych powodów do optymizmu, zbierając cięgi za nadmierną selekcję i brak pomysłu – dobrał rozsądną taktykę z dwoma napastnikami – cofniętym Arkiem Milikiem, a przede wszystkim dokonał świetnych zmian. Nawet jeśli zmiana Kuby Wawrzyniaka była wymuszona, to wejście Sebastiana Mili prawdziwym Wejściem Smoka.

@ Szacun dla Nawałki za to, że zaufał Milikowi, grającemu ogony w Ajaksie i Mila, którego powołanie mimo świetnej postawy w Ekstraklasie wielu przyjęło ze zdumieniem i wzruszeniem ramion, zapewniając, że szans na grę nie ma żadnych.

Gerpol2

@ Wreszcie kapitalna była publiczność na meczu reprezentacji. Dotąd słusznie karcona za „piknikowy” i „korporacyjny” doping, którym tak bardzo odstawała od stadionów klubowych. Dziś Mateusz Klich mógłby jej klaskać przez cały czas. Momentami, gdy Niemcy ustawiali piłkę do rzutu wolnego przed naszym polem karnym decybele przy gwizdach przekraczały poziomem start Boeninga. Doping gdy nasi biegli do kontry – uskrzydlający. Tak głośno momentami nie było nawet podczas hałasu piekielnych wuwuzeli w RPA. Wspomniał o tym nawet Joachim Loew na konferencji, tłumacząc jako jeden z czynników przegranej. 

Po takim wyniku chwała należy się całej drużynie, ale trudno nie wyróżnić najważniejszych bohaterów. Jak Szczęsny, który był bezbłędny i natchniony jak w pamiętnym spotkaniu z Niemcami w Gdańsku. Opanowany i pewny siebie, obdarzał całą drużynę spokojem. Czy od dziś będziemy o nim mówić jako o „człowieku który zatrzymał Niemcy”, jak o Panu Janku, który zatrzymał Anglię?

Kamil Glik pokazał czemu został kapitanem Torino. Prawdziwy lider defensywy, waleczny, skory do poświęceń, niemal bezbłędny. Rozegrał swój najlepszy mecz w kadrze z silnym rywalem, podobnie jak Robert Lewandowski, który gola nie strzelił, ale to nie ma znaczenia. Inspirował ofensywę, dowodził atakami, rozbijał mur złożony z Jerome Boatenga i Matsa Hummelsa i wreszcie asystował przy golu Mili. Zagrał dokładnie tak jak od niego oczekuje w Bayernie Guardiola. O takim Lewym w kadrze marzyliśmy! Brawa dla Milika za postawę w całym spotkaniu, której przynajmniej ja się po nim kompletnie nie spodziewałem.

W ogóle wreszcie chyba wszyscy „biało-czerwoni” zagrali w kadrze na swoim poziomie klubowym, o co od lat ich błagaliśmy i rozkminialiśmy czemu tak nie jest. Choćby Łukasz Piszczek, który przy golu Milika asystował w stylu znanym i uwielbianym na Signal Iduna Park. Nawet Kuba Wawrzyniak, z którego lekko drwił Twitter, choć dawał się ogrywać Karimowi Bellarabiemu, nie popełnił większych błędów i to po odbiorze rozpoczęła akcja, która dała Polakom gola na 1:0.

Oczywiście mieliśmy w tym meczu kupę szczęścia. Nie tylko dlatego, że żaden z 29 niemieckich strzałów nie wpadł do siatki, a ten Łukasza Podolskiego trafił w poprzeczkę. Ładnie ze strony Manuela Neuera, bezsprzecznie najlepszego obecnie bramkarza świata, że wybrał mecz z Polską, żeby przycasillasować. Loew przywiózł do Warszawy drużynę zdekomponowaną po sukcesie na mundialu w Brazylii, bez kluczowych dla mistrzostwa świata piłkarzy jak Philip Lahm, Bastian Schweinsteiger, Mesut Oezil, itd., z piłkarzami nasyconymi, zmęczonymi mundialem oraz paroma żółtodziobami. Że nie są to chłopaki z Maracany widać było w towarzyskim meczu z Argentyną i o punkty ze Szkocja. Ale to problem Niemców, nie nasz i w żaden sposób nie umniejsza naszego sukcesu. Miał Loew do dyspozycji aż 15 mistrzów świata? Miał! I co z tego.

Oczywiście ten historyczny sukces nie oznacza, że nagle staliśmy się kandydatem do wygrani Euro 2016. Daleka droga do samego awansu na turniej we Francji. Przecież nie stłamsiliśmy mistrzów świata, nie rozbiliśmy jak Holandia Hiszpanię na mundialu w Brazylii. Zagraliśmy bardzo mądrze, z determinacją, koncentracją, wolą walki do końca i masą szczęścia. I chwała naszym! Wygrana z Niemcami doda im skrzydeł na dalsze mecze po paśmie klęsk i rozczarowań. Umocni w piłkarzach wiarę w selekcjonera – której, mam wrażenie brakowało – w jego pomysły i rozwiązania. Nic tak nie buduje szacunku i więzi drużyny z trenerem jak trafne decyzje przed meczem i te podjęte w ogniu walki, właściwe zmiany etc. Nie tylko Juergen Klopp, Guardiola, Arsene Wenger ale wyrosły z Ekstraklasy trener też może…

Teraz przekonajmy się czy „biało-czerwoni” są w stanie zagrać dwa dobre mecze z rzędu. Skoro jesteśmy w momencie przełomowym dla historycznej niemocy, to dlaczego nie przełamać i tej passy? Jest szansa, że tym nadmuchanym balonem polecimy pod niebiosa dłużej niż tylko do meczu ze Szkocją!


 

Polska – Niemcy. Dać ognia czy odpuścić?

Polska - Niemcy. Ognia!Ognia! – wołamy do piłkarzy reprezentacji Polski z okładki „Przeglądu Sportowego” w dniu meczu z Niemcami. No bo jak inaczej, skoro „gramy u siebie” na Narodowym? Trzeba dać ognia , wbrew statystyce, logice i wszelkim innym „ikom”! Mimo, że w meczach o stawkę nie tylko nigdy nie wygraliśmy, ale zdołaliśmy strzelić tylko jednego gola… 43 lata temu! Mimo, że w rankingu FIFA dzieli nas aż 69 pozycji: Niemcy są pierwsi, a Polska – 70. Mimo, że nawet mimo tylu kontuzji i rezygnacji z polskiej jedenastki Niemcy wzięliby do swojej pewnie tylko Roberta Lewandowskiego i Łukasza Piszczka (dobrze, że choć dwóch!). Mimo, że trener Nawałka jak dotąd nie dostarczył nam żadnych argumentów, by mecz z Niemcami miał się w jego selekcjonerskiej karierze okazać tym czym spotkanie z Ukrainą w Kijowie i Norwegią w Oslo dla Jerzego Engela, z Walią w Cardiff dla Pawła Janasa czy oba spotkania z Portugalią dla Leo Beenhakkera. Mimo, że bukmacherzy nie dają Polakom żadnych szans – 7:1 na zwycięstwo Niemców, czyli tyle ile piłkarze Joachima Loewa rozbili Brazylijczyków w Belo Horizonte. Przypadek?

Wołamy do kadrowiczów „ognia”, by wyzwolić w nich wolę walki i wiarę w starciu ze świeżo koronowanym mistrzem świata, którego nigdy nie udało nam się pokonać. Ale też kiedy dawać ognia, jak nie wówczas gdy nasz odwieczny rywal z jednej strony nasycony sukcesem na mundialu w Brazylii, a z drugiej poraniony stratą aż 10 podstawowych zawodników, którzy albo pokończyli reprezentacyjne kariery, albo przemęczeni mundialem doznali kontuzji. Niemcy bez Philipa Lahma, Miro Klose, Bastiana Scheinsteigera, Mesuta Oezila, Mario Gomeza, Pera Mertesackera, Marco Reusa… Nie ma alibi: trzeba wyjść i spróbować wykorzystać brak zgrania tych, którzy zostali Loewowi! Niedoświadczenie bocznych obrońców, Sebastiana Rudego i Erika Durma, i słabą formę tego ostatniego, który wraz z Borussią Dortmund notuje najgorszy sezon od lat. Brak ogrania Lukasa Podolskiego, grzejącego ostatnio permanentnie ławę w Arsenalu, na którego Loew jest raczej skazany, podobnie jak na wystawienie Andre Schuerle na prawym skrzydle. To wszystko nie znaczy, że Niemcy są słabe. Ale na słabsze szybko nie trafimy…

Trzeba dać ognia mimo, że zewsząd tak wiele głosów, iż może warto spotkanie z Niemcami odpuścić, a by zachować siły i energię na mecz ze Szkocją trzy dni później, bo to nasz główny rywal w walce o Euro 2016, Niemcy sobie poradzą, pewnie i tak zajmą pierwsze miejsce w grupie. W wielu prywatnych rozmowach słyszałem: „kiedy Polska rozegrała dwa dobre z rzędu? Chłopaki wyprują się z Niemcami, dostaną gola w 90. minucie – oby na 1:1 zamiast na 0:1 – a trzy dni później dostaną łupnia od Szkotów”. I pytania, co ważniejsze: piękny, patriotyczny zryw z Niemcami, zakończony – być może eliminacyjną klęską – czy pragmatyczna gra na awans do mistrzostw we Francji?

Otwarcie sformułował te wątpliwości Jan Tomaszewski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” i choć jak przed laty, przed spotkaniem na Wembley znów został zwyzywany od klaunów, znalazł też sporo takich, którzy przyznali mu rację. Apeluje on do Nawałki traktował eliminacje jak bitwy, z kt których wygrywać za wszelką cenę warto tylko te, które zbliżają do celu. „Porzućmy romantyzm, zacznijmy myśleć przytomnie. Jakim wynikiem zacznie się mecz? 0:0. Czy to wynik dla nas dobry? Doskonały! Więc go brońmy od początku do końca. Nie chcę oglądać szaleńczej ułańskiej szarży, ślepej euforii na trybunach, by po błędzie w ostatniej minucie nasi przegrali 0:1. I na Szkotów wyszli ludzie wyczerpani fizycznie i psychicznie, bez pasji i wiary w cokolwiek. Chcę widzieć mądrą grę przeciw mistrzom świata. Czyli uważną defensywę i przemyślane kontry. Może Lewandowski trafi do bramki Neuera, nie mam nic przeciw temu. Ale jeśli nie, to nic się nie stanie, jeśli tylko Szczęsny będzie maksymalnie zabezpieczony…”

„Zróbmy więc wszystko, by awansować. A na zwycięstwo nad Niemcami porwijmy się we Francji. Na razie to są bitwy o awans, wojna o tytuł mistrza Europy odbędzie się za dwa lata. Wtedy pokonajmy drużynę Löwa, a to zwycięstwo zapisze się w historii. Tymczasem jeśli rzucimy się na nich 11 października, wywijając dumnie szabelką, i nawet wygramy, a przegramy eliminacje, to ja dziękuję bardzo. Wiem: idealnie byłoby wygrać teraz i z Niemcami, i ze Szkocją. Tylko czy nasz zespół na to stać? Ja twierdzę, że po porażce z Niemcami świat się nie zawali, zawali się po porażce ze Szkotami”.

Z jednej strony brzmi to logicznie, ale z drugiej po co w ogóle grać w futbol, jeśli nie po to, żeby próbować wygrywać? I ja nie pragnę, żeby „biało-czerwoni” z okrzykiem huuuraaaaaa, rzucili się do przodu, ale wyjście z szatni z myślą, żeby utrzymać 0:0? Plan posypie się przy stracie pierwszej bramki, co wówczas, panika, szturm i skończy się 0:4? Poza tym z takim podejściem przed meczem Słowacy nie pokonaliby wczoraj Hiszpanii, Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów – Barcelony, Polska Beenhakkera – Portugalii z Cristiano Ronaldo i Nanim, nie zdarzyłyby się wszystkie te cudowne, sprzeczne z rozumiem historie za które kochamy futbol.

Oczywiście, że patrząc na występy naszej reprezentacji w ostatnich latach szans na sukces z Niemcami szukać trzeba w gwiazdach, czarnej magii, voo doo (ktoś chyba wbijał te szpilki w figurki niemieckich piłkarzy, że ubyło aż dziesięciu…) i sloganach o nieprzewidywalności futbolu. To na koniec kolejne magiczne zestawienie:

11 października 2003. Budapeszt. Węgry – Polska 1:2

11 października 2006. Chorzów. Polska – Portugalia 2:1

11 października 2008. Chorzów. Polska – Czechy 2:1

11 października 2011. Wiesbaden. Polska – Białoruś 2:0

11 października 2014. Warszawa. Polska – Niemcy…

11 października 2015. Warszawa. Polska – Irlandia…

Przypadek? Nie sądzę:)

Więc: Ognia!

gol Polska!

Moja ’11′ mundialu. Z dwoma bramkarzami!

Niemcy!

To był cudowny mundial! Szkoda, że już za nami, a następny dopiero z  a cztery lata (hej FIFA, a może coś z tym zrobimy?;) Czy był najlepszy w historii? Z tych, które oglądałem na bieżąco, a nie znam opowieści i zapisów sprzed lat – najlepszy! A przynajmniej z najlepszą runda grupową, wyjątkową, najbardziej wyrównaną i z mnóstwem sensacji jak klęska aktualnych mistrzów świata, zwycięstwo Kostaryki w grupie śmierci z byłymi mistrzami Urugwajem, Włochami i Anglią oraz wspaniałym ofensywnym futbolem bez kalkulacji. I z najlepszym finałem, z którym porównać mogę tylko ten z 1986 roku, również między Niemcami i Argentyną. Finałem, który obie drużyny chciały wygrać, w którym jedna z drużyn nie próbowała zabić futbolu jak Holandia w 2010, bez ruchu jednostronnego jak w meczu Francja – Brazylia w 1998, bez klinczu jak w 1990, 1994 czy 2006. Jedyne zastrzeżenie robię dla rundy pucharowej: lepsze mecze obejrzałem chyba podczas le Mondialu we Francji w 1998 (Argentyna – Anglia, Holandia – Argentyna, Holandia – Brazylia, Chorwacja – Niemcy 3:0).

I ze zwycięzcą, który zdecydowanie najbardziej zasłużył na triumf. Grającym ofensywny, kolektywny, skuteczny, porywający futbol. Niesamowita była mapka, która w trakcie finału mignęła na Twitterze, pokazująca komu kibicuje cały świat. Za Argentynę, która i tak w finale zagrała swój najlepszy i najładniejszy mecz na mundialu kciuki trzymało zaledwie kilka krajów z Ameryki Płd (bez Brazylii, ktoś w Azji, w Europie nikt). I to jest największy triumf trenera Joachima Loewa i jego chłopaków! Że dla niemieckiego futbolu, który przez lata budził szacunek skutecznością, ale odstręczał style i przyprawiał o ból zębów, zjednali sympatię całego świata. Że Loew konsekwentnie realizował i udoskonalał rewolucję, którą zapoczątkował wspólnie z Juergenem Klinsmannem w 2006 roku. Że miał przy tym wsparcie systemu szkolenia młodzieży swej federacji i Bayernu Monachium, które dostarczyły mu tak wybitnych piłkarzy jak Manuel Neuer, Philipp Lahm, Mats Hummels, Thomas Mueller, Toni Kroos, Bastian Schweinsteiger czy super-rezerwowy Mario Goetze. Właściwie każdy z nich miałby prawo odebrać tytuł Piłkarza Turnieju, symbolicznie przyznany za sukces całej drużyny, bo którego z nich wybrać.

Leo Messi z 'mandatem za szybką jazdę'Myślę, że Komitet Techniczny FIFA skrzywdził Leo Messiego, przyznając ten tytuł Argentyńczykowi. Odbierając statuetkę miał zresztą minę jakby odbierał bardzo gruby mandat. Rozczarowany wynikiem finału, ale zapewne i swoją postawą, nie złą, dobra, ale i nie wybitną. Czy myślał sobie, że na nagrodę o wiele bardziej zasługiwał nie tylko którykolwiek z Niemców, ale choćby Javier Mascherano z jego własnej drużyny, prawdziwy generał środka pola, od którego więcej celnych podań mieli tylko Lahm z Kroosem? Albo Arjen Robben lub James Rodriguez, którzy na mundialu błyszczeli o wiele jaśniejszym światłem od niego, byli prawdziwymi liderami ataku swych zespołów, o wiele bardziej przysługując się im niż Leo? Messi po raz kolejny dostał nagrodę za to, że jest Messim, a w pobliżu finału nie było akurat Cristiano Ronaldo, co po raz kolejny dowodzi bezsensowności indywidualnych nagród w futbolu. Tę najważniejszą zgarnęli Niemcy, indywidualną nagrodę powinien dostać co najwyżej najlepszy strzelec, bo tu przesądzają nie wrażenia artystyczne, ale konkretne liczby.

Navas i NeuerWrażeniem artystycznym wymieszanym z liczbami i faktami kierowałem się za to, przy wyborze jedenastki mundialu. W bramce postanowiłem umieścić… Keylora Navasa. Za niesamowitą ilość niewiarygodnych interwencji, które pomogły Kostaryce stać się sprawcą największej sensacji mundialu – wyjść na pierwszym miejscu z „grupy śmierci” po zwycięstwach z byłymi mistrzami świata, Urugwajem, Włochami oraz remisie z Anglią. I solidny i widowiskowy, a zaszedł dalej niż Guillermo Ochoa, też mocny kandydat do tego wyróżnienia.

Manuel Neuer miał o wiele mniej okazji, żeby się wykazać. Doceniam oczywiście jego kunszt i status jednego z najlepszych obecnie golkiperów świata, by uhonorować i jego i Navasa, Niemca umieszczam… na lewej obronie, gdzie przecież odnalazłby się doskonale. Żaden inny bramkarz nie interweniował więcej poza polem karnym w historii mundialu. A i sam Neuer, wierzę, że przystałby na taką rolę bez focha.
Na prawej obronie oczywiście Philipp Lahm, bez zbędnych wyjaśnień. Na środku Mats Hummels (choć długo rozważałem czy nie Ezequiel Garay, przesądził wynik w finale i to, że Niemiec lepiej czyta grę) oraz Ron Vlaar, czyli nowy holenderski Jaap Stam, filar solidnej defensywy „Pomarańczowych” i jedno z największych odkryć mundialu. W pomocy Arjen Robben, Javier Mascherano, Thomas Mueller i James Rodriguez (o których już pisałem, liderzy i inspiratorzy swoich drużyn. Rozważałem czy nie wcisnąć tu jeszcze Toni Kroosa, ale choć doceniam jego wielki wkład w sukces Niemców, to pogrzebał swe szanse gorszym występem w finale. Rozważałem też czy zamiast „Hamesa” nie dać Neymara, ale Brazylijczyk stał się tu ofiarą kontuzję kontuzji i kiepskiej postawy kolegów. Nigdy nie dowiemy się, czy gdyby zagrał z Niemcami i Holandią pogromy byłyby równie wysokie).
Leo Messi łapie się do jedenastki turnieju, bo jak pisałem, choć nie zagrał wybitnie, to jednak bez jego czterech goli Argentyna nie zaszłaby tak daleko, on rolę talizmanu Albiceleste w przeciwieństwie do Nemara, spełnił. I na koniec Robin van Persie, który był kluczowym dopełnieniem układanki Louisa van Gaala i za najpiękniejszego gola turnieju przeciwko Hiszpanii (ex equo z golem Rodrigueza z Urugwajem), która to bramka w cudowny sposób otworzyła ten niesamowity, niesamowity mundial. Jak Wam się podoba taka ’11′? Macie lepszą?

Gratulując Niemcom, drżę już przed naszą październikową konfrontacją w eliminacjach Euro 2016. I już dziś w piłkarzach Joachima Loewa widzę głównego kandydata do obrony tytułu na mundialu w 2018 roku. W Rosji aż 14 piłkarzy z jego ekipy nadal nie będzie miało 30. lat, za to jeszcze większe doświadczenie za sobą, a w składzie Marco Reusa i tych kilku znakomitych młodziaków, których wyprodukuje perfekcyjny niemiecki system szkolenia młodzieży. Tylko zazdrościć!

amu1

Jeßień średniowiecza: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy

Trauma BrazyliiNie żałuję, że wróciłem z mundialu odrobinę wcześniej i nie misze patrzeć z bliska na traumę kibiców gospodarzy turnieju, czyli wszystkich Brazylijczyków, bo jak wiadomo każdy z nich jest kibicem i selekcjonerem w jednym. Nie mogła doznać gorszego upokorzenia ta najbardziej szalona na punkcie piłki nacja świata, która z futbolu uczyniła prawdziwą religię. W bardziej spektakularny sposób ich marzenia o zadośćuczynieniu za „maracanazę”, porażkę w finale mundialu na Maracanie z Urugwajem z 1950 nie mogły zostać wyrzucone na śmietnik. Ta porażka to zdecydowanie największa i najbardziej okrutna klęska – nie Brazylii – ale w ogóle kogokolwiek w historii mistrzostw świata. 0:5 po pół godzinie gry w półfinale mundialu? Szkolne błędy kosztującego 50 milionów euro Davida Luiza i jego kolegów, przez które z dziewięciu celnych niemieckich strzałów aż siedem ląduje w siatce? Wszystko przed własną publicznością, tą w Belo Horizonte i całą, 200 milionową przed telewizorami w każdym zakamarku Brazylii, od lanserskiej Copacabany po najbardziej mroczne zaułki faweli. Hańba ostateczna.

Jeśli trauma po „maracanazie” trwa do dziś, już 64 lata, w trakcie których, jak pisze w książce „Futebol” Alex Bellos Brazylijczycy częściej ją rozdrapują i piszą o niej książki niż celebrują którykolwiek z pięciu mistrzowskich tytułów, to ile potrwa terapia po niemieckiej jeßieni średniowiecza? Odpowiedź brzmi: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy. Ani żadne z żyjących pokoleń, ani te które dopiero nadejdą. Choćby Canarinhos w tym samym składzie, z ty samym trenerem zdobyli za cztery lata w Moskwie mistrzostwo świata, nie spłacą długów, nie zrekompensują łez i rozdartych dusz milionom rodaków. Czeka ich wieczne potępienie. Trener Luis Felipe Scolari na zawsze przestanie być selekcjonerem mistrzów z 2002 roku, a stanie współwinnym największej klęski. Tego, że porażkę pięciokrotnych mistrzów świata z Niemcami będzie się odtąd wymieniać jednym tchem z laniami największych mundialowych zakał jak Haiti (0:7 z Polską), Arabia Saudyjska (0:8 z Niemcami) czy Zair (0:9 z Jugosławią).

Trauma BrazyliiKlęska Brazylii wisiała w powietrzu jeszcze przed rozpoczęciem mundialu i właściwie po każdym meczu (oprócz oczywistego zwycięstwa z Kamerunem) kibice Canarinhos bardziej oddychali z ulgą, że dało się jej uniknąć niż cieszyli się z efektownego sukcesu i pełni nadziei czekali następnego rywala. Po zwycięstwie z Chorwacją dzięki wsparciu arbitra (sami kibice przyznawali mi, że oj tam, no pomógł, ale to przywilej gospodarza), po remisie z Meksykiem były już olbrzymie wątpliwości czy tej ekipie uda się dotrzeć do finału. Po marginalnym zwycięstwie z Chile były, słuszne jak widać, łzy ulgi i gesty wdzięczności w kierunku niebios. Karnawał wciąż przedłużano. Po zwycięstwie z Kolumbią radość, że drużyna wreszcie zagrała przekonująco, choć brzydko i najbardziej brutalnie od 1966 (31 fauli), szybko przytłumił strach o brak Neymara, talizmnu Canarinhos, najbardziej kreatywnego piłkarza i jedynego łącznika z ideą joga bonito. Ale czy obecność gracza Barcelony, choćby w najlepszej formie w jakikolwiek sposób powstrzymałaby niedzielną klęskę? Wątpię. To nie charyzmatyczny lider, który nie pozwoliłby opuścić kolegom głów po trzeciej bramce i stracić kolejną bezpośrednio po wznowieniu. Który po błędzie Davida Luiza przy pierwszym golu, ogarnąłby defensywę, by się kompletnie nie posypała, jak to miało miejsce. Jeśli kogoś zabrakło to przede wszystkim kapitana Thiago Silvy. I nie dlatego, że fatalnie zagrał zastępujący go Dante, ale przez chaos jaki wprowadził w organizację gry zastępujący go w roli kierownika David Luiz.

David Luiz kaja się we łzachŻal mi niezwykle tego piłkarza, bez którego goli i pozytywnego zaangażowania Brazylia odpadła by dużo wcześniej. Jego łzy i czerwone oczy po meczu były poruszające, nie zdziwię się jednak jeśli zawiśnie w Brazylii na krzyżu. Żal mi i Freda, którego z pewnością też to czeka. Ba, urośnie zapewne do symbolu brazylijskiej niemocy na mundialu we własnym kraju, przez cały turniej wypominano mu wszak, że żaden z niego Romario, Ronaldo czy choćby Bebeto. Jaki inny los czeka jego i pozostałych współwinnych, skoro znakomitemu bramkarzowi Barbosie, kozłowi ofiarnemu finałowej klęski z Urugwajem z 1950 roku rodacy nie przebaczyli nigdy, skazując na wieczne potępienie i śmierć umarł w nędzy. Czasy się zmieniły i akurat nędza im nie grozi. Ale potępienie w kraju futbolowej religii dziś w czasach wszędobylskiej telewizji, brukowców i internetu może być jeszcze trudniejsze do wytrzymania.

Dziś dusza każdego piłkarza Brazylii i każdego brazylijskiego kibica wygląda tak jak wnętrze tego autobusu, spalonego na ulicach Sao Paolo tuż po meczu z Niemcami…

Dusza Brazylijczyka

Historia alternatywna. Klose legendą! A gdyby wybrał grę dla Polski…

Mirosław Klose i jego 15 gol na mundialuGola Mirosława Klose przy pierwszym kontakcie z piłką po wejściu na boisko, który dał Niemcom upragnione wyrównanie z Ghaną, a napastnikowi pozwolił zrównać się w ilości mundialowych bramek z Brazylijczykiem Ronaldo mignął mi w ciasnej salce konferencyjnej Santosu, gdzie czekaliśmy na piłkarzy Kostaryki. Santos to miejsce magiczne, klub Pele. Dzięki tej bramce i wszystkim poprzednim 14. strzelonym na trzech poprzednich mundialach, Klose stał się obok wielkiego Brazylijczyka (i rodaka Uwe Seelera) trzecim piłkarzem w historii, który strzelał gole na czterech mundialach. I choć w przeciwieństwie do „Króla futbolu” mistrzostwa świata nie zdobył (jeszcze!) ani jednego, będzie już do końca historii mundiali wymieniany jednym tchem obok wszystkich największych legend.
Szybko przemknęło mi wtedy przez głowę, jak bardzo w kolejnych chwilach chwały musi sobie gratulować decyzji z 2001 roku, żeby wybrać grę dla reprezentacji Niemiec zamiast reprezentacji Polski, odrzucając namowy Jerzego Engela, który odwiedził go w Kaiserslautern. I jak trudna musiała to być decyzja dla 23-letniego piłkarza i jego polskiej rodziny. Po pierwsze odmowa wcale nie była oczywista ze względów sportowych – reprezentacja Engela parła wówczas pewnie do awansu na mundial w Japonii i Korei, który, jak pamiętamy, zapewniła sobie jako pierwsza w Europie. To ie przypadek Łukasza Podolskiego, którego na grę dla Polski próbował namówić Paweł Janas, zawożąc mu koszulkę z Orzełkiem, co Rudi Voeller przebił obietnicą zabrania na Euro 2004. Nie wiem jakich słów używał wówczas trener Engel, ale mógł obiecywać Mirkowi, że w parze z Emmanuelem Olisadebe stworzą jeden najgroźniejszych ataków świata.

Decyzja nie była oczywista, ponieważ Klose czuł się wtedy i czuje do dzisiaj i Niemcem i Polakiem. Typowa górnośląska nieoczywista historia. Syn zawodnika Odry Opole i piłkarki ręcznej Sośnicy Gliwice, która w reprezentacji Polski wystąpiła 82 razy miał prawo mieć mętlik w głowie. Wielokrotnie z nim rozmawiałem. Przed przyjazdem na Euro 2012 opowiadał mi, jak wielkim marzeniem jest dla niego gra na mistrzostwach Europy w kraju, który kocha, praktycznie „u siebie”. Jak bardzo czuje się związany z Polską, w której spędził część dzieciństwa, skąd ma tylko cudowne wspomnienia i gdzie chętnie odwiedza rodzinę. Związany tego stopnia, że w domu, z pochodzącą z Polski żoną rozmawia po polsku i dba, żeby dzieci nawet w Rzymie nie zaniedbywały nauki języka dziadków i mogły z nimi swobodnie rozmawiać. Z Podolskim zawsze rozmawiają ze sobą po polsku. Deklaruje, że gdyby jak Poldi na Euro 2008 w Klagenfurcie też kiedyś strzelił gola reprezentacji Polski, również zrezygnowałby ze świętowania i nie skoczył swego słynnego fikołka, jak przed chwilą na mundialu w Brazylii.

Ronaldo wita Klose w klubieCzemu odmówił wtedy Engelowi? Twierdzi, że jeszcze przed przyjazdem selekcjonera Polaków do Kaiserslautern ułożył to sobie w głowie. Skoro niemieckiej piłce zawdzięcza rozwój i pozycję w nowej ojczyźnie, będzie grał dla Niemiec. Tłumaczył jakim koszmarem była emigracja dla 8-latka i próby odnalezienia się w nowych okolicznościach. Gdy trafił z rodziną najpierw do Friedlandu, a później Kusel, 40 km od Kaiserslautern, zszokowany nagłą zmianą z niechęcią poszedł do szkoły. Nauka niemieckiego szła mu tak opornie, że został cofnięty o dwie klasy. W innych okolicznościach stałby się pośmiewiskiem kolegów, zakałą, nielubianym Ausslanderem. Ale ocaliła go piłka. – Koledzy szybko się zorientowali, że jestem dobry. Przy ustalaniu składów wybierano mnie jako pierwszego. Zawierałem przyjaźnie, od rówieśników uczyłem się języka. Jako pierwszy w rodzinie płynnie mówiłem po niemiecku – opowiadał.
Ojciec zapisał go do akademii piłkarskiej w Blaubach-Diedelkopf. Okazało się, że ma znacznie większy talent od taty. Gdy w 1998 trafił do amatorów FC Homburg, a stamtąd do FC Kaiserslautern zaopiekował się nim legendarny reprezentant Niemiec Fritz Walter, mistrz świata z 1954 r. – On, jego brat Ottmar i Horst Eckel, którzy również grali w słynnym finale z Węgrami, zapraszali mnie do stołu i snuli opowieści. Potrafiłem słuchać ich wspomnień przez kilka godzin. To było wspaniałe – opowiadał Klose.

Gdy Engel proponował mu grę dla „biało-czerwonych” miał w szufladzie polski paszport. Uznał jednak, że piłkarsko czuje się Niemcem. – Pomyślałem, że byłoby nie fair, gdybym wybrał Polskę po tym wszystkim, co dostałem od Niemiec – mówił.
Wiemy jak potoczyła się historia. Klose wybrał grę dla Niemiec i zamiast wracać z mundialu w Japonii i Korei po rundzie grupowej został wicemistrzem świata, królem strzelców turnieju (okej, w dużej mierze dzięki spotkaniu z Arabią Saudyjską) i tytułem objawienia mundialu. Po drodze pobił rekord Gerda Muellera goli w reprezentacji Niemiec, a dziś wspiął się na mundialowe podium, dotąd zarezerwowane dla Ronaldo.

A gdyby tak puścić wodze fantazji co by było, gdyby wybrał wówczas Polskę? Gdyby uległ namowom Engela, podszeptom Stefana Majewskiego, który trenował go w amatorach Kaiserslauern (i może przesadą byłoby stwierdzić, że to on był odkrywcą talentu Klose, ale dla nas, Polaków na pewno) czy rad Andrzeja Szarmacha, przyjaciela rodziny, który zastąpił Józefa Klose w Auxerre i jest częstym gościem w ich domu? Jaki ta decyzja miałaby wpływ na losy polskiej piłki, naszej kadry i samego Mirka?

Czy reprezentacja Polski jadąca – jak pamiętamy z deklaracji Engela – do Japonii i Korei po mistrzostwo świata, ugrałaby tam więcej? Czy Klose, który do drużyny dołączyłby rok przed turniejem, zostałby przez bardzo silny i zwarty kolektyw zaakceptowany? Przychodziłby wprawdzie w glorii czołowego snajpera Bundesligi (acz jeszcze nie talentu na miarę Gerda Muellera) – w sezonie 2001/02 zdobył 16 bramek i w walce o „króla strzelców” przegrał o dwa trafienia z Marcio Amoroso i Martinem Maxem. Czy czołowi obrońcy Bundesligi, Tomasz Wałdoch i Tomasz Hajto wystawiliby mu dobre referencje, czy sekowali, bo zabierałby miejsce w drużynie ich przyjacielowi, Pawłowi Kryszałowiczowi, który walnie przyczynił się do awansu na mundial?

Czy bez wicemistrzostwa świata trafiłby do Werderu Brema, a stamtąd do Bayernu Monachium? Czy jakiś trener po drodze nie dawałby raczej szansy reprezentantowi Niemiec, mając do wyboru Polaka? Wiemy, że młodzi Polacy urodzeni w Niemczech po deklaracji gry dla starej, zamiast nowej ojczyzny miewali problemy w klubach. Czy talent Klose eksplodowałby na tyle, że byłby zbyt wielkim piłkarzem, by można go było tak traktować?

Czy jego gra dla Polski nie wzbudzałaby kontrowersji? W końcu niewielu protestowało przeciwko grze Olisadebe, choć zdarzali się idioci, którzy obrzucili go bananami. Czy jednak po kilku meczach bez gola Klose nie usłyszałby z ust Jana Tomaszewskiego, że jest „farbowanym lisem”, śmieciem i najlepiej go z kadry w…?
Czy z nim w składzie wyszlibyśmy z grupy na mundialu w Niemczech i jak traktowałyby tam niemieckie trybuny (po prawdzie Polacy „grali tam u siebie”) i czy Niemcy bez niego zawędrowałby aż do półfinału (kto strzeliłby gola Argentynie?). Ileż dobrego potrafiłby wyciągnąć z partnerstwa Klose z Ebim Smolarkiem Leo Beenhakker, odkrywca talentu Zlatana Ibrahimovica?

A jeśli w 1999 Stefan Majewski, tak jak chciał, ściągnąłby go do Amiki Wronki, czy stałby się gwiazdą Ekstraklasy czy przesiąknąłby jej najgorszymi nawykami i dziś od dobrych paru lat mając zawieszone buty na kołku prowadził szkółkę młodzieżową w Opolu.
Ciekaw jestem historii alternatywnej Klose w Waszym wykonaniu. Czekam na pomysły w komentarzach. Najciekawszy nagrodzę… mundialową koszulką reprezentacji Niemiec od adidasa! Jak ta Mirka poniżej. Zachęcam i zapraszam!

Mirosław Klose jak Ronaldo

Niemiecka demonstracja siły. Jedyny faworyt, który udźwignął rolę

Portugalia vs Niemcy. Pepe vs MuellerWygrana 4:0 z Portugalią na Arena Fonte Nova to prawdziwy pokaz siły jednego z czterech głównych faworytów mundialu. Przed rozpoczęciem turnieju wszyscy eksperci co do jednego kandydatów do Pucharu Świata, a co najmniej do gry w półfinale upatrywali w Brazylijczykach, Hiszpanach, Argentyńczykach i Niemcach. Tylko ci ostatni w pierwszym meczu podołali roli, Brazylijczycy mimo wygranej 3:1 z Chorwacją nie zachwycili, więcej niż o dwóch golach Neymara mówiło się po niej o nadzwyczajnej życzliwości japońskiego arbitra wobec gospodarzy turnieju. Hiszpania skompromitowała się z Holandią najbardziej ze wszystkich broniących trofeum mistrzów świata w historii mundiali, a od gry Argentyny z Bośnią bolały zęby, Leo Messi zdobył co prawda pierwszego gola na mundialu od 600 minut, ale Edin Dżeko i spółka o mało co nie sprawili kolejnej niespodzianki turnieju.

Dominacja Niemców nad Portugalią ani przez sekundę nie podlegała dyskusji. Mechanizm nakręcony przez Joachima Loewa zadziałał perfekcyjnie. Wybitnie zagrali zwłaszcza Thomas Müller, który zdobył hatr-tricka i zarazem ósmego gola w swym siódmym meczu na mistrzostwach świata, goniąc wielka niemiecka legendę sprzed lat, Gerda Müllera. Oraz Toni Kroos z 96 procentami celnych podań. Kiedy zmęczonego Mesuta Oezila zmieniał Andre Schurrle, a Müllera w końcówce meczu – Lucas Podolski, Loew wysłał w świat kolejną wiadomość: „patrzcie jakie mam głębokie rezerwy, mam na ławce nie rezerwowych, ale równorzędnych piłkarzy mogących dać prawdziwe wzmocnienie”. A przecież został na niej m.in. Bastian Schweinsteiger.
Jedynym zgrzytem w tym perfekcyjnych mechanizmie był uraz Matsa Hummelsa, który cały sezon miał poszatkowany kontuzjami.

Portugalczycy zrobili wiele, żeby ułatwić Niemcom zadanie. Przede wszystkim nie okazali się dobrze rozumiejącym kolektywem jak jeszcze podczas Euro 2012, kiedy wprawdzie także ulegli Niemcom, ale po o wiele bardziej wyrównanej walce i zaledwie jednym golu. Tym razem zobaczyliśmy grupę przeciętnych piłkarzy i jedną wielką gwiazdę, osamotnioną i bezradną, bez wsparcia, wyeliminowaną z gry przez niemieckich najeźdźców. Cristiano Ronaldo miał prawo mieć deja vu z lania, jakie urządziła mu Borussia Dortmund w półfinale Ligi Mistrzów przed rokiem.

Pepe będzie jeszcze gorzej wspominał pierwszy mecz na mundialu niż jego partner z obrony Realu Madryt, Sergio Ramos. Hiszpan popełniał błędy, a telewizje i internety upajały się jego przegranym pojedynkiem biegowym z Arjenem Robbenem (30 km/h vs 37 km/h Holendra). Drugi z triumfatorów Ligi Mistrzów dał się ponieść złości i szaleństwu, skandalicznym zachowaniem wobec Müllera osłabiając drużynę przy stanie 0:2. Kolejne gole stały się kwestia czasu. Swoja drogą to ciekawe, że Pepe, znany z tyleż brutalnego co idiotycznego zachowania w czasach gdy Realem rządził Jose Mourinho, który korkami i kopniakami usiłował wybijać Barcelonie z głowy tiki takę w apogeum jej skuteczności. Pod ręką Carlo Ancelottiego stał się piłkarzem o wielkiej klasie, by nie powiedzieć elegancji. Przez cały sezon dostał wprawdzie 18 żółtych kartek, ale ani jednej czerwonej. Na mundialu wyleciał w pierwszym meczu i fazie grupowej może już nie zagrać. A byłby bardzo potrzebny, bo kontuzji doznał jego kolega z obrony Realu, Fabio Coentrao, mający za sobą naprawdę świetny sezon.

Mimo sympatii dla Pepe nie mogę zgodzić się krytyką Müllera, który swym aktorstwem wymusił wyrzucenie Portugalczyka. To prawda, że po przypadkowym uderzeniu w twarz zachował się jak po podbródkowym Mike Tysona i siadł na murawę, jakby zaraz miał zacząć zbierać z niej zęby. Z drugiej strony nie u arbitra o karę dla rywala ani go nie prowokował.

Czy tak popisowa wygrana Niemców z Portugalią czyni ich faworytem nr 1 mundialu w Brazylii? Niekoniecznie. To czwarte mistrzostwa świata z rzędu, które Niemcy rozpoczynają od nastrzelania rywalowi aż czterech goli. W 2010 roku w RPA ich ofiarą padła Australia (4:0), w 2006 – Kostaryka (4:2), co widziałem w Monachium w meczu otwarcia, unikając polskiego lania Ekwadorem, a w 2002 – wbili Arabii Saudyjskiej dwa razy po cztery gole i było to ostatnie najwyższe mundialowe zwycięstwo w historii.
Na żadnym jednak z tamtych turniejów nie triumfowali, dochodząc do finału tylko w Japonii i Korei. Już w RPA szli jak burza, cztery gole wbijając także i Anglii, jednak z Hiszpanią zagrali bojaźliwie i dali im się ograć, może mając świeżo w pamięci traumę finału Euro 2008. Dziś widać, że tamta młoda (z wyjątkiem nieśmiertelnego Mirosława Klose) drużyna okrzepła, nabrała doświadczenia. Wybijający się dopiero piłkarze jak Sami Khedira czy Oezil dziś są światowymi gwiazdami. Müller, który został wówczas najlepszym najmłodszym zawodnikiem turnieju dziś zmierza po ten sam tytuł wśród dorosłych. I po tytuł króla strzelców, którym w RPA musiał się dzielić z Diego Forlanem, Wesley Sneijderem i Davidem Villą. Doszedł Mario Goetze, wielką formę w pierwszym meczu pokazał Kroos. Drużyny, która powstrzyma Niemców trzeba póki co szukać poza rundą grupową…

Mueller-Killer

Nie ma zmiłuj, trzeba jechać na Euro 2016!

Z dużym optymizmem przyjąłem losowanie grup eliminacji Euro 2016. Oczywiście pamiętam, że z podobnym optymizmem przyjąłem werdykt losu po wyłonieniu grup Euro 2012 i eliminacji Brazylia 2014 – wydawało mi się niepodobieństwem byśmy mogli nie wyjść z grupy i nie awansować na mundial – a jednak skończyło się katastrofą. I właśnie dlatego większość konfiguracji grup Euro 2016 byłaby potencjalnymi „grupami śmierci”. Ta nie jest. Zajęcie drugiego lub trzeciego miejsca nie urasta do mission: impossible. Szczęśliwie udało nam się uniknąć silnej drużyny nie-do-pokonania z drugiego koszyka jak Szwecja, Szwajcaria, Dania czy Belgia lub Czarnogóra z trzeciego. Niemcy są dla nas poza zasięgiem (można co najwyżej wypowiadać futbolowe zaklęcia, że „w futbolu wszystko jest możliwe”, a „każda, najgorsza passa musi się kiedyś skończyć”). Szczęśliwie są jednak także poza zasięgiem dla wszystkich grupowych rywali. Trudno mi się oburzać reakcją niemieckiej prasy, że to „grupa ziewania”, że „wyszły by z niej nawet Freiburg z 1.FC Nuernberg”, czyli przeciętniaki Bundesligi, bo to niestety realna ocena z niemieckiej perspektywy. Pierwsze miejsce mają przyznane z urzędu, my bijmy się o drugie!

Wychodzi, że walkę tę stoczymy ze Szkocją i Irlandią, a Gruzja i Gibraltar raczej ograniczą się do odbierania punktów. Piszę „raczej”, bo diabli wiedzą, co sądzić o nowym w futbolowej rodzinie Gibraltarze – jest kompletną enigmą zapewne nawet dla własnego selekcjonera. Trener Allen Bula odgraża się co prawda, że jego drużyna, będąca mieszaniną iberyjskiej finezji i wyspiarskiej siły i hartu ducha mierzy w trzecie miejsce i udział w barażach. Drugą Hiszpanią czy Portugalią pewnie się nie okaże, ale chyba też i nie drugim San Marino. Gramy z nimi na otarcie eliminacji i głupio byłoby zapisać się „pozytywnie” w ich historii, jak ostatnio sanmarińskiej.

Nie ma co przywoływać faktu, że „drużyna Pawła Janasa awansowała do MS 2006 z wyspiarskiej grupy”, bo zupełnie inna jest reprezentacja Polski i zupełnie inni Wyspiarze. Uważam wręcz, że i Irlandczycy i Szkoci są w o tyle lepszej sytuacji, że nie budują drużyny od nowa, z nowym trenerem, który nie zdążył się jeszcze wprawić w boju. Chodzi mi nie tylko o to, że Adam Nawałka cały czas eksperymentuje i właściwie nie wiemy jeszcze czy będzie potrafił zrobić to, czego nie potrafił Waldemar Fornalik, czyli wykorzystać potencjał Roberta Lewandowskiego. Co będzie kluczem, ponieważ rywale nie mają w składzie piłkarzy takiego, europejskiego formatu. Za to Martin O’Neill (wsparty Roy’em Keanem) i Gordon Strachan to trenerzy z doświadczeniem i w Lidze Mistrzów i Premier League. Wiedzą co to mecze pod presją, doskonale radzą sobie z mediami i gwiazdami wielkich klubów, w czym mają znaczną przewagę nad Nawałką. Nie będzie więc łatwo, zwłaszcza, że nasi piłkarze dawno już nie zdominowali nikogo siłowo na boisku. Wręcz kiedy bardziej potrzebna była siła niż finezja (czyli z Ukrainą lub Czarnogórą) odstawali do rywali.

Ale łatwo nie byłoby w żadnej grupie, powtarzam, że wolę rywali z Wysp niż np. Bałkanów czy zza wschodniej granicy. Zdecydowanie mamy piłkarzy, których potencjał pozwala na awans do mistrzostw Europy z takiej grupy. Nie wyjście z niej, zajęcie miejsca za Irlandią i Szkocją (nie wspominając o Gruzji) byłoby zdecydowanie większą katastrofą i rozczarowaniem i czwarte miejsce za Anglią, Ukrainą i Czarnogórą, po dwóch wygranych z San Marino i jednej z Mołdawią. Teraz głowa Nawałki w tym, żeby z tych niezłych indywidualnie zawodników sklecić prawdziwą drużynę, której nie mieliśmy od czasu eliminacji do Euro 2008.