Zawodniku, z daleka od polityki!

Zozulia

Czy sportowiec powinien manifestować swoje poglądy polityczne i promować je, wykorzystując do tego swą popularność? Z jednej strony, dlaczego nie? Sportowiec też człowiek, dlaczego odbierać mu prawa do posiadania przekonań? Zwłaszcza jak jeszcze walczy w słusznej sprawie. Czy ktoś dziś krytykuje np. Muhammad Ali za jego walkę o prawa czarnych, przejście na islam i przystąpienie do organizacji Czarnych Muzułmanów? Za odmowę odbycia służby wojskowej i wyjazdu na wojnę w Wietnamie odebrano mu paszport i na trzy lata pozbawiono możliwości uprawiania boksu, ale po latach doceniony, zasypano zaszczytami, np. ONZ zdążyła odznaczyć go przed śmiercią prestiżowym Medalem Wolności.

Jednak w ostatnich burzliwych czasach wyraziste deklaracje, nie mówiąc o jawnym wsparciu konkretnego polityka lub partii nie jest mile widziane. Federacje sportowe i pracodawcy zawodników, czyli np. kluby piłkarskie robią wszystko, żeby utrzymać sportowców z dala od polityki i deklarowania politycznych sympatii. Zwłaszcza podczas meczów.

FIFA i UEFA są przeczulone na punkcie polityki, piętnują wszelkie transparenty polityczne na trybunach (o czym nie raz przekonali się bardziej lub mniej zasłużenie polscy kibice). Zakaz zdejmowania koszulek po golu wprowadzono nie tylko po to, by uniemożliwić piłkarzowi „nielegalne” zareklamowanie sponsora, ale i politycznych deklaracji (prawo zmieniono gdy Predrag Mijatović i Dragan Stojkovic odsłaniali koszulki z napisem „NATO stop bombing” w trakcie interwencji paktu w Serbii).

Pod lupą brane są nawet gesty. Władze Premier League długo prowadziły śledztwo wyjaśniające czy Nicholas Anelka, wówczas zawodnik WBA, łapiąc się po golu lewą ręką za prawe ramię odtworzył gest o nazwie „quenelle”, powszechnie uważany we Francji za antysemicki czy akurat zabolało go ramię. Ostatecznie zawodnik został ukarany grzywną 80 tys. funtów.

Aenis Ben-Hatira

Ledwo zaczął się nowy rok, a już staliśmy się świadkami jak wyraziste poglądy zaszkodziły dwójce zawodników. Najpierw Darmstadt, ostatnia drużyna Bundesligi zwolniła z kontraktu Aenisa Ben-Hatirę (fot. powyżej), reprezentanta Tunezji za otwarte wsparcie dla radykalnej organizacji islamskiej, Ansaar International. Co prawda zawodnik tłumaczył, że jej oficjalnym celem jest pomoc muzułmańskim imigrantom w Niemczech, podejmuje także dużo pozytywnych inicjatyw w świecie, m.in. pomaga Palestyńczykom w Strefie Gazy. Jednak niemieckie służby specjalne uważają, że organizacja jest powiązana z radykalnym islamem i monitorują członków Ansaaru.

Prezes Darmstadtu i trener Torsten Frings wyrazili ubolewanie z powodu straty znakomitego piłkarza, który zachowywał się bez zarzutu. Ale uznali takie rozwiązanie za najlepsze dla wszystkich. Zwłaszcza, że Ben-Hatira deklarował kontynuację współpracy z Ansaar. Po zerwaniu kontraktu napisał na Facebooku, że „jest niewielu ludzi, na których spoczywa wielka odpowiedzialność, a mimo to mogą codziennie spojrzeć w lustro i z dumą się rozpoznać. Dzięki Bogu, ja mogę”.

Do bardzo ciekawej sytuacji doszło w środę w Hiszpanii, gdzie kibice drugoligowego Rayo Vallecano zmusili władze klubu do wypożyczenia ukraińskiego napastnika Romana Zozuli, sprowadzonego ostatniego dnia okna transferowego z Betisu. Fani nie chcieli się zgodzić, by w ich drużynie grał zawodnik powiązany z neonazistowską ultraprawicową partią. W ośrodku treningowym Rayo od rana trwał ich protest, a media całego świata obiegł transparent: „Vallekas nie jest miejscem dla nazistów, dla ciebie też nie. Wynocha!”.

To prawda, że Zuzulia nigdy nie krył się ze swymi nacjonalistycznymi poglądami. Jego media społecznościowe pełne są zdjęć piłkarza w szaliku ze Stepanem Banderą, w koszulkach z „tryzubem” czy karabinem maszynowym w dłoniach. A wg oświadczenia stowarzyszenia kibiców Vallekas, miał też wspierać finansowo ochotnicze faszystowskie bataliony paramilitarne na Ukrainie.

Tymczasem Rayo to jeden z najbardziej lewicowych klubów w Europie. Na Estadio de Vallecas powiewają czerwono-żółto-fioletowe republikańskie flagi z czasów wojny domowej, transparenty z Che Guevarą czy sierpem i młotem na trybunach to zwykła rzecz.

Nie pomogło oświadczenie Zozuli, że hiszpańscy dziennikarze pomylili herb Ukrainy z logiem organizacji nacjonalistycznej, a poety Tarasa Szewczenki z Banderą. Dzień po przylocie do Madrytu musiał się spakować i wracać do Sewilli, mimo że Rayo zdążyło go już zarejestrować, teoretycznie nie ma więc szans na grę w dawnym klubie.

Być może więc agenci sportowców powinni im zalecać absolutny brak deklaracji politycznych dopóki nie skończą kariery, by jej sobie nie utrudniali. A już zwłaszcza w kraju rozdartym tak bardzo politycznym konfliktem jak Polska. Na szczęście nasi sportowcy starają się być w pełni apolityczni. Po sukcesach odwiedzają przedstawicieli władzy, kto akurat rządzi, bez mrugnięcia uśmiechając się podczas wspólnych śniadań.

Tego by tylko brakowało, żeby media zaroiły się opiniami Anity Włodarczyk, Roberta Lewandowskiego czy Kamila Stocha na temat Trybunału Konstytucyjnego, efektów programu 500+ czy funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej. Sport natychmiast przestałby być ostatnim bastionem wspólnoty Polaków.