„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Niedopuszczalne fałszowanie Neymara czyli FIFA w oparach poprawności

Opaska Neymara ocenzurowanaPowiedzieć, że FIFA nie ma ostatnio najlepszego PR’u, to nie powiedzieć nic. O tytuł organizacji sportowej z najbardziej zszarganym wizerunkiem w 2015 roku może rywalizować chyba tylko z władzami światowej lekkoatletyki, kryjącymi dopingowiczów za łapówki. Wydawało się, że do wyborów nowego szefa FIFA pod koniec lutego nie wstrząsną już nami żadne skandale, oprócz rutynowych aresztowań kolejnych działaczy i ich ekstradycji do USA czy spektakularnych rozstań z firmą (po Seppie Blaterze i Michelu Platinim zawieszonymi na osiem lat w środę posadę stracił – i to dożywotnio – sekretarz generalny FIFA, Jerome Valcke, tak błyskawicznie, że nawet nie zdążył posprzątać biurka).

Cenzurując opaskę na głowie Neymara podczas gali wręczenia Złotej Piłki i wymazując z niej komputerowo napis „100% Jesus” FIFA po raz kolejny strzeliła sobie wizerunkowo w stopę, narażając i na słuszną krytykę i na śmiech oraz opinie organizacji „zakłamanej”, „bezdusznej” i ulegającej absurdalnej poprawności politycznej.

Wiadomo, że FIFA zakazuje prezentowania na boiskach symboli i gestów religijnych od mundialu w RPA w 2010 roku, a konkretnie od momentu gdy pod wygraniu Pucharu Konfederacji rok wcześniej cała reprezentacja Brazylii żarliwie modliła się na murawie stadionu Ellis Park w Johannebsurgu. Koszulki z deklaracjami religijnymi są tak samo zakazane jak z hasłami politycznymi.

Do prezentacji sylwetki Neymara – jednego z trójki kandydatów do Złotej Piłki – użyto fragmentów wideo nie z meczu (choć można było wybrać jeden z 48 goli w walce o pięć trofeów jakie zdobył w 2015), ale z wręczenia Pucharu Europy po zwycięskim dla Barcelony finale Ligi Mistrzów z Juventusem Turyn. W tym radosnym dla siebie momencie Neymar, jak wielu rodaków przed nim postanowił zamanifestować wiarę i wdzięczność Jezusowi.

Chwilę po pokazaniu jego ocenzurowanej opaski, główną nagrodę wręczył Leo Messiemu inny Brazylijczyk, Kaka – w 2007 roku ostatni laureat tej nagrody przed duopolem jaki stworzyli Messi z Cristiano Ronaldo. Zdjęcie klęczącego i zatopionego w dziękczynnej modlitwie Kaki, w koszulce z napisem „I belong to Jesus” po zwycięskim finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem w 2007 roku to jedna z największych ikon sportu. Świat zapamiętał też wznoszącego w górę ręce po zwycięskiej serii rzutów karnych z Bayernem Monachium w finale Ligi Mistrzów w 2012 roku ówczesnego obrońcę Chelsea i rodaka Kaki, Davida Luiza, który poszedł odbierać Puchar Europy w koszulce z napisem „I belong to God” (należę do Boga).

Kogo dziwi i komu przeszkadza, że brazylijscy piłkarze, nad których najpiękniejszym miastem góruje Chrystus Odkupiciel, dedykują mu największe osiągnięcia? Skąd cenzura FIFA? Gdyby za sterami organizacji nadal siedział Sepp Blatter, mógłbym zażartować, że z niechęci do reklamowania konkurencji. Wszak to szef FIFA żartował po audiencji u Papieża Franciszka w Watykanie, że „jego organizacja liczy więcej członków niż kościół Katolicki”. Deklarował również, że futbol dzięki swym pozytywnym emocjom, ma większy wpływ na ludzi niż którykolwiek religia świata”.

Ale Blattera w siedzibie FIFA już nie ma, federacja zaś pogrążyła się w absurd poprawności politycznej, nakazującej dmuchać na zimne, byle tylko nikogo nie urazić. Tej samej, która zamiast „Merry Chrismtas” czyli „Wesołych Świąt”, każe składać sobie życzenia „Season Greetings” (zimowe serdeczności?). A raczej ta sama poprawność, która boi się urazić czymkolwiek świat arabski, tak bardzo inwestujący i angażujący się w futbol. Która kazała władzom Realu Madryt w imię strategicznej współpracy usunąć krzyż ze swojego logo na kartach kredytowych wydawanych wspólnie z bankiem z Abu Dhabi. Czy która kazała Barcelonie usunąć krzyż św. Jerzego ze swoich koszulek, sprzedawanych na Bliskim Wschodzie, bo kibicom mógłby się skojarzyć z krucjatami. A Schalke Gelsenkirchen o mało co nie zmienić historycznego hymnu, śpiewanego od 1959 roku, w których znajduje się zwrotka mogąca obrazić muzułmanów: „Mahomet był prorokiem, który nie znał się na graniu w piłkę, ale z wszystkich pięknych kolorów upodobał sobie niebieski i biały”.

Czy w FIFA obawiali się, że opaska Neymara urazi arabskich kandydatów na szefa federacji z Jordanii i Bahrajnu? Założę się, że znając religijność Brazylijczyków, byłaby dla nich zupełnie oczywistym gestem.

Zgadzam się ze słowami księdza Artura Stopki, który komentując sprawę Neymara w portalu deon.pl przypomina za niemieckim filozofem i kulturoznawcą Peterem Sloterdijkiem, że współczesny sport został skonstruowany na wzór religii i już w starożytności między sportem a religią nie było antagonizmu, ani tak samo później w okresie chrześcijaństwa.

Wiara w futbolowej karierze Neymara – członka zielonoświątkowego kościoła Igreja Batista Peniel – odgrywała zawsze olbrzymią rolę, ukrywanie więc tego, a tym bardziej cenzurowanie jej wyrazów, to niedopuszczalne fałszowanie jego postaci. Którą przecież FIFA zamierzała wyróżnić.

Kaka: I belong to Jesus

’11′ grozy, czyli najbardziej przegrani mundialu

Przegrani mundialuWłaściwie można by ją sklecić w całości z reprezentacji Hiszpanii, nigdy bowiem w historii mundialu żaden aktualny mistrz świata aż tak bardzo się nie skompromitował, ani nie pożegnał z turniejem tak szybko i z takim hukiem. Większość z nas widziała La Furia Roja w finale z Brazylią. Albo z reprezentacji Brazylii, bo czyż była bardziej przegrana drużyna w historii mundiali? Gospodarze turnieju wprawdzie dotarli do półfinału, co pewnie wiele drużyn wzięłoby z pocałowaniem w rękę, tam jednak wzięli historyczne lanie od Niemców 1:7, stając w jednym szeregu z Haiti, Zairem czy Arabią Saudyjską, czyli największymi mundialowymi nieudacznikami w dziejach mistrzostw świata. Kandydatów do najgorszej 11 mundialu znalazłem jednak i w innych drużynach.

W bramce

Iker Casillas. Umieszczam go tu wielką przykrością, ponieważ szanuję go za wielki wkład we wszystkie trzy sukcesy Hiszpanii na trzech ostatnich turniejach i po ludzku lubię, ale niestety zasłużył. Mimo, że największy bramkarski klops popełnił Igor Akinfiejew w spotkaniu z Koreą Południową. Obaj wypadli fatalnie zwłaszcza na tle tak wielu tak doskonale dysponowanych na brazylijskim turnieju bramkarzy. Iker zjechał jednak z samego szczytu na sam dół, czego zapowiedź dał zresztą w finale Ligi Mistrzów, a czego nie chciał dostrzec Vicente del Bosque. Iker Casillas na kolanachObrona:

Na prawej Dani Alves, którego wyrzucenia ze składu domagała się większość brazylijskich kibiców już od pierwszego spotkania z Chorwacją. Nawet bardziej niż pozbycia się ze składu Freda, ponieważ Freda Luis Felipe Scolari mógł wymienić co najwyżej na Jo, zaś Dani Alves blokował miejsce Maiconowi, który w końcu dał świetną zmianę z Kolumbią. Wielkiego tak jeszcze niedawno Dani Alvesa z mundialu zapamiętamy głównie z powodu przefarbowanej na siwo czupryny. Za sprawą jego gry i pozostałych Canarinhos wielu brazylijskich kibiców osiwiało naprawdę.

Na lewej Kameruńczyk Benoit Assou-Ekotto, który w przegranym 0:4 meczu z Chorwacją z wściekłości uderzył głową… kolegę z zespołu, Benjamina Moukandjo. Później zaś w tunelu doprowadził do dogrywki. Dopełniając w ten sposób mizerii najgorszej drużyny na mundialu, której piłkarze jeszcze cztery dni przed wyjazdem do Brazylii kłócili się o pieniądze.

Benoit Assou-Ekotto

Na środku myślałem umieścić Davida Luiza za to jak bardzo pogubił się w meczu z Niemcami, w którym miał kierować obroną pod nieobecność Thiago Silvy, a zawalił z pięć goli. Oszczędzę go jednak za to, że dzięki niemu Brazylia w ogóle dotelepała się do półfinału, a również i z powodu solidarności fryzurowej. Zamiast niego znalazł się nieszczęsny Pepe za idiotyczne zachowanie w meczu z Niemcami, kiedy uderzył głową Thomasa Muellra. Jemu, świeżemu triumfatorowi Ligi Mistrzów i piłkarzowi-gentelmenowi, który w całym sezonie faulował najmniej z całego Realu Madryt, dostając bodaj jedną żółtą kartkę tak się zachować po prostu nie wypadało. Wraz z odejściem z Madrytu Jose Mourinho Portugalczyk pozbył się wizerunku boiskowego brutala, stając solidnym filarem defensywy. W reprezentacji pokazuje stare, brzydkie oblicze.

Obok niego wystawiam… japońskiego sędziego Yuichi Nishimurę, by po raz kolejny wybić jego haniebnie stronniczą pracę w meczu otwarcia. Zasłużył, bo w tym spotkaniu doskonale spełnił się w roli 12 zawodnika. Robią gospodarzom niedźwiedzią przysługę, ponieważ zapewne i bez jego pomocy uporali się z Chorwatami, tymczasem przywołał demony fatalnego sędziowania gospodarzom z mundialu 2002 i bekę z Ekstraklasy, w której terminował.

Pomoc

złożona w całości z zawodników z Afryki. Po pierwsze Kameruńczyk Alex Song, którego  szaleństwo dopadło w tym samym spotkaniu co Assou-Ekotto, ale na ofiarę swego tyleż chamskiego, co idiotycznego ataku łokciem na oczach arbitra wybrał jednak nie kolegę z drużyny ale Mario Mandżukicia. Oczywiście zarobił czerwoną kartkę, przynosząc wstyd macierzystej Barcelonie, w której obowiązuje szacunek dla przeciwników. Kolejny zawodnik, porządny w klubie, który w kadrze staje się bestią.

Oraz dwaj reprezentanci Ghany, Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari, odesłani z mundialu tuż przed decydującym o awansie do 1/8 finału meczem z Portugalią. Za wulgarne zachowanie wobec selekcjonera Kwesiego Appiaha i zastraszanie członka sztabu, któremu Muntari przylał w twarz, aż musieli interweniować ochroniarze,a działacz ze strachu przeniósł się do innego hotelu. Pamiętamy, że wszystko to działo się w napiętej atmosferze oczekiwania na lecącą z Ghany premię 3 milionów dolarów i groźby zbojkotowania spotkania z Portugalią, jeśli forsa nie doleci na czas. Ostatecznie kasa się zgadzała, ale kadra meczowa i wynik już nie.

Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari

Atak:

otwiera oczywiście największy mundialowy skandalista, Luis Suarez. Co prawda uważałem nałożoną na niego karę za zbyt surową i niewspółmierną do winy, zwłaszcza gdy nie karze za recydywę brutali w typie Juana Zunigi, który kolanem przerwał mundialową karierę Neymarowi. A już największym absurdem był zakaz stadionowy, czyniący z Suareza persona non grata futbolu jakby ustawił mecz albo prawa organizacji mundialu. Ale oczywiście postąpił karygodnie, skompromitował siebie (pół biedy) i cały Urugwaj idiotycznymi tłumaczeniami, że stracił równowagę i niechcący wbił zębami w ramię, osłabił drużynę przed meczem 1/8 z Kolumbią więc jego zachowanie należy napiętnować obecnością w ’11′ grozy. Inna rzecz, że patrząc na konsekwencje ukąszenia Giorgio Chiellinego można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest przegranym mundialu, skoro doprowadziło to do szybkiego transferu do Barcelony z lepszą pensją i widokami na większe trofea.

Atak uzupełnia para Diego Costa i Fred. Para, bo losy ich splotły się ze sobą i właściwie ciężko rozsądzić który bardziej rozczarował. Czy Costa, który miał wnieść do nasyconej sukcesami trzech ostatnich turniejów Hiszpanii, odnowić ją, natchnąć nową pasją i siłą. Już po kompromitującej porażce 1:5 z Holandią świat odbiegły memy, w których Costa dzwonił do Scolariego, pytając czy dałoby się jeszcze zweryfikować decyzję o wyborze Hiszpanii kosztem Brazylii, której Costa odmówił mimo usilnych starań selekcjonera Canarinhos i frustracji jej polityków, domagających się, by odebrać mu obywatelstwo. Jego decyzja zdeterminowała los Freda, przeciętego napastnika, którym nie zainteresował się żaden przyzwoity klub z Europy, a który z konieczności został namaszczony na głównego napastnika pięciokrotnych mistrzów świata. Im bardziej Fred nie przypominał najwybitniejszych napastników z chwalebnej przeszłości Canarinhos jak Ronaldo, Romario, Rivaldo, nie sięgając do czasów bardziej zamierzchłych, w tym większą frustrację wpadali jego rodacy i wypominali mu jego przeciętność. Jego dramat polegał na tym, że przecież nie sam powołał się na mundial i wyznaczył sobie rolę, której nie był w stanie udźwignąć. Gdyby Diego Costa wybrał jednak na swoją ojczyznę Brazylię, byłby zwykłym rezerwowym, który strzeliłby gola w meczu z Kamerunem i dziś nikt o nic by się go nie czepiał. Tymczasem już ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, co zapewne wszyscy w Brazylii przyjęli ze zrozumieniem i ulgą. On zaś przez całe pokolenia będzie wspominany jako kozioł ofiarny największej klęski w historii brazylijskiego futbolu. Diego Costa dostanie jeszcze pewnie szanse na odkupienia. Może nawet już podczas Euro 2016…

Diego Costa ma pytanie...

Jeßień średniowiecza: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy

Trauma BrazyliiNie żałuję, że wróciłem z mundialu odrobinę wcześniej i nie misze patrzeć z bliska na traumę kibiców gospodarzy turnieju, czyli wszystkich Brazylijczyków, bo jak wiadomo każdy z nich jest kibicem i selekcjonerem w jednym. Nie mogła doznać gorszego upokorzenia ta najbardziej szalona na punkcie piłki nacja świata, która z futbolu uczyniła prawdziwą religię. W bardziej spektakularny sposób ich marzenia o zadośćuczynieniu za „maracanazę”, porażkę w finale mundialu na Maracanie z Urugwajem z 1950 nie mogły zostać wyrzucone na śmietnik. Ta porażka to zdecydowanie największa i najbardziej okrutna klęska – nie Brazylii – ale w ogóle kogokolwiek w historii mistrzostw świata. 0:5 po pół godzinie gry w półfinale mundialu? Szkolne błędy kosztującego 50 milionów euro Davida Luiza i jego kolegów, przez które z dziewięciu celnych niemieckich strzałów aż siedem ląduje w siatce? Wszystko przed własną publicznością, tą w Belo Horizonte i całą, 200 milionową przed telewizorami w każdym zakamarku Brazylii, od lanserskiej Copacabany po najbardziej mroczne zaułki faweli. Hańba ostateczna.

Jeśli trauma po „maracanazie” trwa do dziś, już 64 lata, w trakcie których, jak pisze w książce „Futebol” Alex Bellos Brazylijczycy częściej ją rozdrapują i piszą o niej książki niż celebrują którykolwiek z pięciu mistrzowskich tytułów, to ile potrwa terapia po niemieckiej jeßieni średniowiecza? Odpowiedź brzmi: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy. Ani żadne z żyjących pokoleń, ani te które dopiero nadejdą. Choćby Canarinhos w tym samym składzie, z ty samym trenerem zdobyli za cztery lata w Moskwie mistrzostwo świata, nie spłacą długów, nie zrekompensują łez i rozdartych dusz milionom rodaków. Czeka ich wieczne potępienie. Trener Luis Felipe Scolari na zawsze przestanie być selekcjonerem mistrzów z 2002 roku, a stanie współwinnym największej klęski. Tego, że porażkę pięciokrotnych mistrzów świata z Niemcami będzie się odtąd wymieniać jednym tchem z laniami największych mundialowych zakał jak Haiti (0:7 z Polską), Arabia Saudyjska (0:8 z Niemcami) czy Zair (0:9 z Jugosławią).

Trauma BrazyliiKlęska Brazylii wisiała w powietrzu jeszcze przed rozpoczęciem mundialu i właściwie po każdym meczu (oprócz oczywistego zwycięstwa z Kamerunem) kibice Canarinhos bardziej oddychali z ulgą, że dało się jej uniknąć niż cieszyli się z efektownego sukcesu i pełni nadziei czekali następnego rywala. Po zwycięstwie z Chorwacją dzięki wsparciu arbitra (sami kibice przyznawali mi, że oj tam, no pomógł, ale to przywilej gospodarza), po remisie z Meksykiem były już olbrzymie wątpliwości czy tej ekipie uda się dotrzeć do finału. Po marginalnym zwycięstwie z Chile były, słuszne jak widać, łzy ulgi i gesty wdzięczności w kierunku niebios. Karnawał wciąż przedłużano. Po zwycięstwie z Kolumbią radość, że drużyna wreszcie zagrała przekonująco, choć brzydko i najbardziej brutalnie od 1966 (31 fauli), szybko przytłumił strach o brak Neymara, talizmnu Canarinhos, najbardziej kreatywnego piłkarza i jedynego łącznika z ideą joga bonito. Ale czy obecność gracza Barcelony, choćby w najlepszej formie w jakikolwiek sposób powstrzymałaby niedzielną klęskę? Wątpię. To nie charyzmatyczny lider, który nie pozwoliłby opuścić kolegom głów po trzeciej bramce i stracić kolejną bezpośrednio po wznowieniu. Który po błędzie Davida Luiza przy pierwszym golu, ogarnąłby defensywę, by się kompletnie nie posypała, jak to miało miejsce. Jeśli kogoś zabrakło to przede wszystkim kapitana Thiago Silvy. I nie dlatego, że fatalnie zagrał zastępujący go Dante, ale przez chaos jaki wprowadził w organizację gry zastępujący go w roli kierownika David Luiz.

David Luiz kaja się we łzachŻal mi niezwykle tego piłkarza, bez którego goli i pozytywnego zaangażowania Brazylia odpadła by dużo wcześniej. Jego łzy i czerwone oczy po meczu były poruszające, nie zdziwię się jednak jeśli zawiśnie w Brazylii na krzyżu. Żal mi i Freda, którego z pewnością też to czeka. Ba, urośnie zapewne do symbolu brazylijskiej niemocy na mundialu we własnym kraju, przez cały turniej wypominano mu wszak, że żaden z niego Romario, Ronaldo czy choćby Bebeto. Jaki inny los czeka jego i pozostałych współwinnych, skoro znakomitemu bramkarzowi Barbosie, kozłowi ofiarnemu finałowej klęski z Urugwajem z 1950 roku rodacy nie przebaczyli nigdy, skazując na wieczne potępienie i śmierć umarł w nędzy. Czasy się zmieniły i akurat nędza im nie grozi. Ale potępienie w kraju futbolowej religii dziś w czasach wszędobylskiej telewizji, brukowców i internetu może być jeszcze trudniejsze do wytrzymania.

Dziś dusza każdego piłkarza Brazylii i każdego brazylijskiego kibica wygląda tak jak wnętrze tego autobusu, spalonego na ulicach Sao Paolo tuż po meczu z Niemcami…

Dusza Brazylijczyka

Brazylia cholernie daleko od joga bonito i hipokryzja FIFA

Agonia Neymara

Czy po zwycięstwie Brazylii z Kolumbią też mieliście wrażenie, że do półfinału Miss World przeszła brzydsza dziewczyna, która tę ładniejszą zepchnęła z podestu, bez reakcji wielbicieli w jury? Która co prawda wreszcie ładnie zaprezentowała się na scenie, wreszcie udanie dobrała makijaż i fryzurę do bikini, co tak raziło podczas poprzednich pokazów. Ale też kilka razy zagrała nie fair – schowała Kolumbijce sukienkę, złamała obcas w ulubionych szpilkach, podmieniła tusz do rzęs – członkowie jury widzieli, ale przyzwolili…

Oczywiście za pomocą tej być może trochę naciąganej metafory nie chcę napisać, że Brazylia znalazła się w półfinale niezasłużenie. Że hiszpański arbiter Carlos Velasco wciągnął ją do półfinału za uszy jak jego koledzy Koreę Płd na mundialu w 2002 roku. Nic z tych rzeczy. Po pierwsze trener Luis Felipe Scolari uznał, że tylko taktyka stłamszenia rywala, nie pozwolenia mu na grę w piłkę, wybicia mu z głowy ochoty wszelkimi środkami może pomóc jego przeciętnej zbieraninie pokonać tak chwalony na mundialu zespół. W efekcie – jak zauważyła Optastat – Brazylia rozegrała najbardziej agresywny mecz na mundialu w latach 1966 – 2014, faulując Kolumbię aż 31 razy. Scolari, który Puchar Świata zdobyć musi, ma prawo walczyć o niego w każdy dowolny sposób, nie przejmując się zgrzytaniem zębów wielbicieli joga bonito. Jego cel uświęca środki. Rozliczą go za końcowy sukces, a nie styl. Jeśli się uda, tylko przewrażliwieni będą marudzić, że Canarinhos nie mieli na mundialu napastnika (cholera wie, na jakiej właściwie pozycji grał z Kolumbią Fred?), a gole zdobywali środkowi obrońcy.

Ale co wolno Scolariemu, to nie sędziemu. Velasco zbyt długo pozwalał na wszystko, zbyt ostrą grę, zbyt długo (aż do 51 faulu!) wstrzymywał się z pokazaniem kartek, pozwalał Fernandinho a potem Maiconowi rozbijać i tłamsić Jamesa Rodrigueza. Kolumbijczycy byli na to kompletnie nieprzygotowani, zanim się otrząsnęli przegrywali 0:1, wówczas zobaczyli, że sędzia ich nie chroni, co napełniło ich dodatkową frustracją. W efekcie prawdziwą, tę mundialową Kolumbię zobaczyliśmy dopiero w ostatnich 15 minutach. Zbyt krótko, by odrobić straty i piłkarze Jose Pekermana pożegnali się z mundialem z żalem i sympatią widzów, podobnie jak za końcówki swoich porażek Algieria i USA. Oczywiście sporo w tym i winy Kolumbii i Pekermana, który najwyraźniej dał się przechytrzyć Scolariemu i zareagował zbyt późno. Dodatkowo Brazylijczyk trafił z zamianą Daniego Alvesa na Maicona, a Argentyńczyk zorientował się w przerwie, że musi zdjąć Victora Ibarbę, wprowadzony za niego Adrian Ramos wzbudził tylko wątpliwości, czy będzie godnym następcą Roberta Lewandowskiego w Borussii Dortmund (chyba, że ma grać jak nasz Lewy w kadrze). Nie znanych mi przyczyn nie umiał się odnaleźć tak chwalony dotąd Juan Cuadrado, który w kluczowym momencie popsuł idealny kontratak.

Gandalf spada w otchłań

Ale Brazylia zapłaciła wysoką cenę za swą agresywną taktykę. Sfrustrowani brakiem reakcji sędziego Kolumbijczycy też faulowali. Do najgorszego uciekł się Camilo Zuniga, który powalając Neymara kopnął go w plecy, w miejsce, które ten niedawno leczył. Największego gwiazdora Brazylii zniesiono go na noszach i odwieziono do szpitala ku przerażeniu całego narodu. Dziś już wiadomo doznał złamania kręgu i z pewnością nie zagra w półfinale. Jak bez niego pokonać Niemcy? Miałem skojarzenie z Władcą Pierścieni, że Kolumbia niczym Barlog spadający w otchłań z mostu Kazad d’um pociąga za sobą Gandalfa-Neymara. Drużyna Pierścienia łka, ale musi podążać dalej…

Swoją drogą tu dopiero widać hipokryzję FIFA. Zuniga ma farta, że „tylko” kopnął Neymara i złamał mu krąg. Jakby ugryzł Brazylijczyka dostałby dyskwę na 4 miesiące i zakaz stadionowy jak Luis Surazez.

Z Niemcami o finał przyjdzie jej zagrać także bez kapitana Thiago Silvy, strzelca pierwszego gola, który u tak wstrzemięźliwego w karaniu arbitra idiotycznym faulem zdołał jednak zasłużyć pierwszą żółtą kartkę w meczu. Co zrobi Scolari? Jednego można być pewnym, bez Neymara gra Brazylijczyków będzie jeszcze bardziej cholernie daleka od joga bonito. A niesiony sukcesem swej taktyki z Kolumbią Scolari spróbuje wybić Niemcom futbol z głowy…

Na szczęście były i podczas tego meczu urocze obrazki, jak ten gdy Brazylijczycy pocieszali po spotkaniu przegranych, pokazując, że wygrywać też trzeba umieć…

Brazylia umie wygrywać

 

Trzymając kciuki za Kolumbię, pamiętajmy o Escobarze

Wróciłem już z mundialu do Polski, czuję się więc zwolniony z trzymania kciuków za Brazylię. Normalnie na każdym wielkim turnieju zawsze trzymam kciuki za gospodarza, ponieważ bez niego impreza od razu siada, lokalesi stają się rozdrażnieni, rozsierdzeni, niemili, traktują każdego przybysza jak intruza, który nie wiadomo co robi w ich kraju, przecież turniej się skończył. Albo po prostu zbolali, co także jest przykre. Doświadczyłem tego od Euro ’96 przez Euro 2000 (Holandia, która po porażce w półfinale z Włochami przez noc przestała być cała pomarańczowa, na mundialu w Niemczech w 2006 czy w RPA cztery lata później. Co prawda po mistrzostwach świata w Brazylii dla gospodarzy mam wyłącznie wdzięczność i serdeczność za przyjęcie i niezapomniane wrażenia, na nic się skarżyć nie mogę. Poza reprezentacją Canarinhos, która na finał tak cudownego piłkarsko mundialu nie zasłużyła. Może nawet nie zasłużyła na półfinał z przedstawicielem Europy, Niemcami lub Francją. Z drugiej strony mało który z ćwierćfinalistów tak bardzo zasłużył sobie na prawo gry o finał jak właśnie Kolumbia.

To nie tylko kwestia, pięknej, przekonującej w każdym spotkaniu gry Kolumbijczyków, którzy jakby odebrali gospodarzom prawo do joga bonito. Każda inna drużyna po stracie takiej gwiazdy jak Radamel Falcao przeżyłaby załamanie i zapewne zwątpienie. Wyobraźmy sobie Argentynę bez Leo Messiego, Brazylię bez Neymara, Anglię bez Wayne Rooney’a (Anglicy sobie wyobrażali i część nawet o to błagała), Holandię bez Arjena Robbena (choć może Holendrzy i Niemcy stanowią najlepsze kolektywy pośród ćwierćfinalistów i Louis van Gaal jakoś pewnie umaiłby to przekuć w pozytyw). Jak gra Urugwaj bez Luisa Suáreza mogliśmy obejrzeć dwa razy na własne oczy. Choć już na przykład Francja nie specjalnie ucierpiała po stracie lidera, Francka Ribery.
Kolumbia, dzięki Jose Pekermanowi bez swego najlepszego strzelca nie tylko nie straciła wiary w siebie, nie tylko potrafiła załatać dziurę – wydawałoby się – nie do załatania, ale także jako jedyna z nielicznych na mundialu wykreowała nie jedną nową wielką gwiazdę ale aż dwie: Jamesa Rodrígueza i Juana Cuadrado. Postaci do chwalenia jest znacznie więcej. Świetnie gra na mundialu kolumbijska defensywa (11 strzelony goli 2 stracone), mimo że kieruje nią 38-letni Mario Yepes. Podporą drużyny są Fredy Guarin z Interu Mediolan czy Jackson Martinez z FC Porto.

Kolumbijczycy i Pekerman z swym argentyńskim sztabem na pewno uważnie obejrzeli wygraną Brazylii w karnych z Chile i wiedzą, że gospodarze turnieju są do pokonania. Pamiętają, że o awansie przesądziły dwa centymetry: pierwszy gdy piłka po strzale Pinilli trafiła w poprzeczkę i drugi, gdy po strzale Jary z karnego w słupek, wychodząc w pole. Widzieli, że Neymar, przez ostatnie dni mundialu zmagający się z kontuzją nie stanowił inspiracji dla kolegów, nie dawał rady. Że Canarinhos da się wręcz zdominować, a przecież Kolumbia potrafi wywrzeć na rywala znacznie większy pressing niż Chile. Pamiętają łzy brazylijskich piłkarzy po zwycięstwie, Julio Cesara, Thiago Silvy, Davida Luiza jak po odwołaniu egzekucji. Wiedzą, że Luis Felipe Scolari nie ma właściwie wzmocnień na ławce. Bo kto, Jo za Freda? Jakąż zmianę dali w meczu z Chorwacją Hernanes i Bernard? Nawet zawodnicy Chelsea, Ramires i Willian nie wiele wnieśli po wejściu w spotkaniu z Chile. A tu Scolari musi się nabiedzić kim zastąpić zawieszonego za kartki Luiza Gustavo

Kolumbijczycy mają świadomość, że na tym mundialu grają po prostu lepiej. A jednocześnie nie muszą dźwigać na barkach roli faworyta, bo tym oficjalnie wciąż jest gospodarz turnieju. W dodatku są bardziej wypoczęci, bo awans z grupy zapewnili sobie przed ostatnim meczem grupowym z Japonią (zaczęli wówczas rezerwowi, z których Pekerman nie wykorzystał na mundialu tylko trzeciego bramkarza). Brazylia jest więc jak najbardziej w ich zasięgu. O ile we wszystko nie włączy się arbiter, próbując pokrzyżować kolumbijskie plany i zamiary…

Sprawa życia i śmierci

Mecz w Fortalezie odbędzie się dwa dni po 20. rocznicy śmierci Andresa Escobara, jednego z tych piłkarzy, którzy błąd w meczu przypłacili życiem. Co prawda świadkowie zdarzenia twierdzili, że 27-letni autor feralnego samobója w meczu z USA (1:2), który wykluczył Kolumbię z mundialu w 1994 roku, został zastrzelony w restauracji w Medellin nie tyle za samą bramkę, ile za to, że nie chciał za nią przeprosić wdając się w kłótnię z niewłaściwymi facetami, jak się okazało, gangsterami. Ale są i tacy, którzy twierdzą, że była to egzekucja na zlecenie narkotykowych bossów, braci Pedro Davida i Santiago Gallonów, którzy na przedwczesnym odpadnięciu Kolumbii z mundialu stracili spore pieniądze u bukmacherów. Zatrzymany sprawca, Humberto Castro Munoz miał być w przeszłości kierowcą i ochroniarzem Gallonów. Oddał do Escobara aż sześć strzałów, czy może być więc mowa o przypadku? (mimo skazania na 43 lata, spędził w więzieniu tylko 11).

Rozmawiałem po latach z reprezentantem USA, Johnem Harkesem, po którego podaniu Escobar wpakował piłkę do siatki. Opowiadał jak bardzo czuł się wówczas rozbity, gdy usłyszał o konsekwencjach tamtego gola. Bardzo długo nie umiał sobie z tym poradzić. Mówił, że nadal nie umie przestać myśleć o rodzinie Kolumbijczyka. Tłumaczył mi się, że przecież tylko podawał do Eriniego Stewarda, że nigdy w życiu nie przewidziałby co pociągnie za sobą ta bramka. Mówił, że po wszystkim futbol na jakiś czas stracił dla niego sens, bo w przeciwieństwie do często cytowanych słów Billa Shankley’a o futbolu „ważniejszym od spraw życia i śmierci” nigdy nie powinien taki być i nieść za sobą tak strasznych reperkusji. Że sam legendarny trener Liverpoolu nie byłby sobie nawet wyobrazić takich konsekwencji samobójczego strzału. Że futbol chodzi przecież o radość i zabawę, nawet jeśli zdarzają się porażki. To nie corrida ani rzymskie walki gladiatorów, ludzie w futbolu nie giną…

Tamto tragiczne zdarzenie położyło się dodatkowym cieniem na klęsce „złotego pokolenia” kolumbijskiej piłki z Carlosem Valderramą i Faustino Asprillą na czele, która na mundial do USA wyruszała jako „czarny koń”. To Escobarowi zadedykowali zwycięstwo z Urugwajem piłkarze obecnej Kolumbii, która rolę „czarnego konia” wytrzymała w Brazylii znakomicie. Jest zdecydowanie największym objawieniem turnieju, a za chwilę może się stać sprawcą największej sensacji i zarazem wielkiej traumy 200-milionowego narodu…

Koniec karnawału w Brazylii odroczony do meczu z Kolumbią?

James Rodriguez To był niesamowity dzień na mundialu. Widzieliśmy dwa jakże odmienne triumfy i dwie odmienne klęski. Łzy radości Brazylii i łzy smutku Chile. Kolumbijczycy oczywiście byli zachwyceni awansem do ćwierćfinału, ale nie było żadnych łez, raczej „piątki” po dobrej robocie i okrzyki, że „to kolejny krok do wielkości, teraz trzeba wykonać następny”. I oczywiście oklaski na cześć Jamesa Rodrigueza, pierwszego piłkarza od 2002 roku, który strzelił gole w każdym z pierwszych czterech meczów mundialu, czym wyrównał osiągnięcie Ronaldo i Rivaldo z turnieju w Japonii i Korei w 2002.
Urugwajscy piłkarze nie rozpaczali po odpadnięciu, a przynajmniej nie tak rozpaczliwie jak Chilijczycy. Po ostatnim gwizdku widziałem zapłakanych kibiców „Celeste”, np. kobietę ciągnącą za rękę może 10-letniego synka, chlipiącego na potęgę, których serdecznie pocieszali kibice Kolumbii. Ale sami zawodnicy Oscara Tabareza byli raczej źli niż smutni, na siebie, FIFA, międzynarodowe media za „spisek”, którego efektem było wyrzucenie Luisa Suareza. Jakby jeszcze przed meczem wiedzieli, że wszystko ma się skończyć ich odpadnięciem z turnieju.

col5

Niezwykle znamienne były łzy szczęścia Brazylijczyków po ostatnim karnym Gonzalo Jary, który trafił w słupek. Canarinhos i ich fani na stadionie Belo Horizonte cieszyli się jakby Brazylia właśnie wygrała finał. Łzy Neymara czy Julio Cesara były łzami wielkiej ulgi. A przecież zabrakło centymetra, dwóch, żeby ich nerwówka trwała nadal i Bóg wie czym skończyła się. Zaglądając w oczy zawodników Luisa Felipe Scolariego, gdy szykowali się do serii jedenastek, miałem wrażenie, że widzę ogromny strach. Rozmodlony kapitan Thiago Silva, ściskający Julio Cesara jakby ten właśnie miał ruszyć przed pluton egzekucyjny. Twarz samego Cesara, wchodzącego do bramki, jakby za chwilę miał przed nim stanąć chilijski żołnierz z odbezpieczonym Mauserem, a nie piłkarz…

Oglądaliśmy to spotkanie w jednej z tysięcy knajpek Rio de Janeiro, obleganych przez kibiców w żółtych koszulkach. Kibicowali ze wszystkich sił, aż ich nosiło. Co chwila ktoś przebiegał przez środek z trąbiąc na caxiroli, lokalnym odpowiedniku wuwuzeli. Co chwila za naszymi plecami grzmiały petardy, a niebo przesłaniały fajerwerki. Wszystko na próbę, w oczekiwaniu na właściwy moment. Niby nadszedł, gdy gola na 1:0 na spółkę z Jarą strzelił David Luiz. Ale Chile po chwili wyrównało i patrząc na grę swych Canarinhos, zwłaszcza bezradnego Neymara, pudła Freda i jeszcze gorsze Jo, który go zastąpił, nieefektywnego Dani Alvesa, Fernandinho, który miał nie wiele więcej kontaktów z piłką od Cesara, co raz częściej klaskali ze zniecierpliwienia w ręce, pokrzykiwali do monitora. Od „chilijskiego pajaca” dostało się kelnerowi, traf chciał, że akurat Chilijczykowi, który aż łapał się za usta, żeby uśmiechem nie irytować stałych bywalców. Co raz więcej znaków zwiastowało katastrofę, której tak bardzo obawiają się wszyscy w Brazylii. A raczej obawiają się porażki w finale, tu zaś w powietrzu wisiała „horizontaza”, „mineiraza”, „chileaza” i cały inny zastęp przeklętych mutacji „maracanazy” od finałowej porażki z Urugwajem w 1950. – Żeby Belo Horizonte nie trzeba było zmienić na Feio Horizonte (ładny na brzydki) – rzucił któryś z gości.

Ulga BrazyliiBrazylia grała tylko zrywami. Ani przez chwilę nie zdominowała rywala. Gola strzeliła po stałym fragmencie, rzadko jednak wykorzystywała przewagę nad Chile w powietrzu, której nie będzie miała w konfrontacji z Kolumbią. Podobnie jak lepszego przygotowania fizycznego. Chilijczycy zwłaszcza po zejściu Arturo Vidala stracili siłę i rozpęd. Kolumbii zdominować fizycznie raczej im się nie uda, tym bardziej, że z powodu żółtych kartek nie będzie mógł zagrać Luiz Gustavo.

To czego byliśmy świadkami dwie godziny później na Maracanie, było prawdziwym pokazem siły reprezentacji Kolumbii. Kto wie czy gdyby zamiast mrowia urugwajskich kibiców w maskach z twarzą Luisa Suareza, na boisku objawił się on sam, wiele by to zmieniło? Grająca w ustawieniu 4-2-2-2 drużyna Jose Pekermana, Argentyńczyka, który na mundialu nigdy nie przegrał meczu (nie licząc porażki w karnych z Niemcami w ćwierćfinale MS w 2006 roku) narzuciła rywalom swój ofensywny, piękny styl. I przede wszystkim miała swojego bohatera – 22-letniego „Hamesa” Rodrigueza, który strzelił dwa gole, w tym pierwszego – pewnego kandydata do bramki turnieju. Brazylijczycy marzyli, żeby w Chile w takiej roli właśnie wystąpił Neymar. Ale zawodnik Barcelony błysnął tylko raz, gdy pewnie wykorzystał karnego, o co – jak ujawnił po meczu – gorąco się modlił do Boga, prosząc o siłę i wsparcie, w trakcie marszu na jedenasty metr.

Col4

Dzięki wygranej, która dla Kolumbii jest historycznym sukcesem, ale także przekonywującemu i atrakcyjnemu stylowi gry, drużyna Pekermana jest na fali. Wie, że z Brazylią może tylko wygrać. Że nie jest zakładniczką nieobecnego gwiazdora, Radamela Falcao, że potrafiła wykreować na mundialu nową gwiazdę (a może gwiazdy, obok Jamesa Rodrigueza nie wiele mniej błyszczał Juan Cuardado, który ma już na koncie cztery asysty). Że zmazała traumę z 1994 roku, kiedy na mundial w USA również jechała w roli „czarnego konia”, ale nie zdołała wyjść z grupy, co życiem przypłacił Andres Escobar, zastrzelony w barze autor samobója w meczu z gospodarzami turnieju.

Brazylia, która nie ma wartościowych zmienników (dramatycznie pokazały to zmiany Scolariergo, a zwłaszcza Freda na Jo), która z Chile ledwo wyniosła głowę spod topora ma się czego bać przed meczem w Fortelazie. Na dziś wygląda na to, że koniec karnawału w Rio i całej Brazylii został odroczony do meczu z Kolumbią…

Col3

Kibice Brazylii siwi jak Alves. Canarinhos nie wygrali specjalnie?

Guillermo OchoaBardzo możliwe, że po bezbramkowym remisie z Meksykiem męska część populacja Brazylii jest w tej chwili tak samo siwa jak Dani Alves. Obrońca Barcelony podobnie jak jej napastnik, Neymar zwycięstwo nad Chorwacją postanowili uczcić nową stylówą: pierwszy przefarbował się na siwo, drugi na blond. Gdy tylko mecz w Fortalezie ruszył okazało się, że fryzury brazylijskich gwiazdorów to nie jedyna rzecz jaka zmieniła się na niekorzyść w porównaniu do meczu z Chorwacją. Tym razem bardzo przeciętnie zagrał Oscar, jeszcze gorzej Bernard, cała drużyna Canarinhos porażająco nieskutecznie, tym razem też nijak nie chciał pomóc arbiter. Turecki sędzia Cuneyt Cakir gwizdał wręcz perfekcyjnie. I tylko Fred, podobnie jak w meczu z Chorwacją pozostał uporczywie niewidoczny. To paradoks, że nawet reprezentacja Polski ma obecnie lepszego napastnika niż Brazylia. Widać też było, że trener Meksyku, Miguel Herrera uważnie obejrzał spotkanie Brazylii z Chorwacją i zagęścił środek pola, sprawiając, że Ramires z Paulinho wypadli beznadziejnie.

Siwy Dani AlvesI w meczu otwarcia gospodarze turnieju długo nie przekonywali i nawet przegrywali, ale w końcu – także dzięki życzliwości japońskiego arbitra – zaczęli trafiać do siatki. Na Estadio Costelao kiedy już stwarzali sobie sytuację do gola, wszystko wychwytywał lub wybijał Guillermo Ochoa, bezrobotny bramkarz, poszukujący klubu (jeśli wierzyć doniesieniom Twittera w kolejce po podpis ustawili się do niego Barcelona, Real Madryt, Liverpool i Manchester United). To był kapitalny popis fruwania między słupkami, na miarę występu Ikera Casillasa w finale mundialu w RPA. Pochwalić trzeba też zresztą i stojącego w przeciwnej bramce Julio Cesara, który miał nadspodziewanie dużo pracy, ale wywiązał się z niej dobrze, choć nie tak spektakularnie jak Ochoa. Powtórki parad Meksykanina po uderzeniach Neymara i Thiago Silvy będą jątrzyć otwarte rany brazylijskich kibiców aż do ostatniego grupowego meczu z Kamerunem.
W ojczyźnie ma za to – jak ktoś napisał na Twitterze – zapewnione burrito i tequilę w każdym barze. Meksyk zachował czyste konto z faworyzowaną, grającą u siebie Brazylią! Przerwał też Canarinhos passę 10 zwycięstw.

Och!oaSwoją drogą Silvy, filaru brazylijskiej defensywy nie powinno być już wtedy na boisku, bo tylko łaskawości arbitra zawdzięczał jedynie żółta kartkę za brutalny faul od tyłu na nogi…
Walenie głową w meksykański mur sfrustrowało Brazylijczyków do tego stopnia, że pchnęło ich do próby wymuszania fauli i karnego. Desperacka próba Marcelo w 2. połowie wywołała wściekłość komentatora brazylijskiej TV, który wypominał graczowi Realu, że gdyby ten nie rzucił się na murawę, miałby szansę strzelić gola. Żałosne.

Teorie spiskowe

Gra Brazylii była tak zła, że na Twitterze pojawiły się teorie spiskowe czy przypadkiem gospodarze turnieju specjalnie nie chcą wygrać grupy, żeby w 1/8 finału nie trafić na prawdopodobnie drugą w grupie B Hiszpanię, która gorszego meczu na mundialu jak ten z Holandią już raczej nie zagra. Remis pozwoliłby Canarinhos rozstrzygnąć wszystko w ostatnim spotkaniu. Problem w tej teorii z tym, że w przypadku grupy B każda kalkulacja bierze w łeb. Kto które miejsce w niej zajmie wiadomo będzie dopiero po ostatnim gwizdku ostatniego meczu. Nadal każdy (poza Australią) może tam wygrać z każdym i wcale nie wiadomo na kogo lepiej trafić. Poza tym Luis Felipe Scolari wie doskonale, że remisem i przeciętną grą zafundował całemu rozdygotanemu narodowi mały atak histerii, początki paniki i nerwowe spekulacje czy aby Selecao może grać lepiej. Bo zdecydowanie powinna, jeśli chce ten mundial wygrać. A przecież każde inne rozstrzygnięcie dla nikogo w Brazylii nie wchodzi w rachubę.

Neymar

Brazylia zwycięska, karnawał w Rio uratowany! (Vlog)

Brazylia - Chorwacja na CopacabanieCzarne chmury nad Brazylią: właśnie straciła prowadzenie z Chorwacją. Copacabana skonsternowana. Ne telebimie winowajca…

Mecz otwarcia mundialu oglądałem wraz z setkami tysięcy mieszkańców Rio de Janeiro w gigantycznej Fanzonie na najsłynniejszej plaży świata, Copacabanie. Gdy Marcelo w 11. minucie niechcący posłał piłkę do własnej siatki wokół zapadła grobowa cisza. Jakby na weselu nagle ktoś wrzasnął, że panna młoda jest w ciąży z innym mężczyzną. Cisza tym bardziej przejmująca, że w Brazylii właściwie niespotykana. Gdzie się człowiek nie ruszy w Rio, zewsząd dobiegają dźwięki muzyki, zza okien willi, bloczydeł, samochodów, z noszonych na ramieniu lub ciągniętych na wózkach magnetofonów. Nie wspominając o kakofonii klaksonów samochodowych i motorowych, a w czasie mundialu piekielnych caxiroli – brazylijskiej odpowiedzi na wuwuzele.

Tymczasem w Fanzonie ten szalony, rozgorączkowany, pląsający tłum (bo żaden Brazylijczyk nie wystoi w miejscu), który dopiero co z patosem odśpiewał słowa hymnu „O Pátria amada”, najpierw wydał głęboki jęk a potem kompletnie zamilkł. Jedni kryli twarz w dłoniach, drudzy zasłaniali ręką usta, jeszcze inni odchylali do tyłu. Większość patrzyła po sobie kręcąc głową.
- No, no, no! Źle się zaczęło, ale nie może się tak skończyć! Na szczęście jest Neymar – uspokajał, bardziej siebie niż mnie, Toni w żółto-zielonej peruce, z którym oglądaliśmy spotkanie. Słowo „Neymar”, które najczęściej padało z ust przybywających na Copacabanę i teraz zaczęło się roznosić wokół.

A 22-letni gwiazdor Barcelony pokazał, że Pele nie bez przyczyny namaścił go na swego następcę. Że mimo młodego wieku i nie całkiem udanego pierwszego sezonu w Europie jest w stanie objąć rolę lidera drużyny. Wytrzymał presję, wziął na siebie odpowiedzialność i zaczął kierować grą, dzięki czemu koledzy zamiast załamać się niepowodzeniem wzięli do odrabiania strat. Odbierał piłkę, znakomicie podawał – po jego akcji gola o mało co nie zdobył Oscar. I wreszcie świetnym strzałem za pola karnego wyrównał. Nie ugiął się też presji gdy trzeba było wykorzystać karnego, po kontrowersyjnej decyzji japońskiego sędziego.

Mimo, że Oscar ustalił wynik na 3:1, które przed meczem zapewne każdy Brazylijczyk wziąłby w ciemno, po ostatnim gwizdku sędziego Copacabana wydała z siebie raczej odgłos ulgi niż radości ze zwycięstwa. „Canarinhos” wymęczyli zwycięstwo. To nie była demonstracja siły przyszłego mistrza świata. Sporo strat, sporo błędów w obronie. Przy stanie 1:2 dążący do wyrównania Chorwaci momentami dominowali nad gospodarzami mundialu, których kilkakrotnie ratował David Luiz, rehabilitując się za błąd przy stracie gola. Przeciętnie zagrała obrona Canarnhos i obaj środkowi pomocnicy Paulinho i Luiz Gustavo. Kompletnie niewidoczny przez cały mecz był Fred, za wyjątkiem momentu gdy nabrał japońskiego arbitra. Skoro tak gra czołowy napastnik przyszłych mistrzów świata, to przy okazji dzisiejszego meczu Hiszpanii z Holandią z pewnością wróci debata na temat wyboru Diego Costy, który wolał grać dla La Furia Roja zamiast Canarinhos. Jak przewiduje w dzisiejszym wywiadzie dla „Przeglądu” Fernando Hierro, Costa musi się liczyć z szorstkim przyjęciem ze strony brazylijskich kibiców. Jeśli patrząc na gracza Atletico będą mieli przed oczami Freda, przyjęcie będzie szorstkie jak pumeks.

Copa4Toni (z prawej) spogląda z nadzieją na sunącego na bramkę Neymara

Gole Neymara i Oscara sprawiły, że pomeczowy karnawał w Rio nie został odwołany. Wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego Copacapana i przylegająca do niej kilkukilometrowa Avenida Atlanic zamieniły się w wielki parkiet taneczny. Pary tańczyły, obejmując się i całując, wiele z nich owinięte brazylijską flagą. Tańczyły młode dziewczyny z niemowlakami w ramionach i starsze kobiety z pieskami przystrojonymi w brazylijskie barwy.

- Tańczę, bo wygraliśmy. Ale z taką grą – tu piękna Claudia pogroziła nam do kamery palcem – nie ma co marzyć o Pucharze Świata. A ja chcę tu zatańczyć jeszcze nie raz na tym mundialu – powiedziała.
- Pierwszy mecz na turnieju trzeba obejrzeć, przecierpieć i o nim zapomnieć. Taka ich specyfika. Piłkarze mają spętane nogi, sami jeszcze nie wiedzą na co ich stać. Od miesięcy grali tylko spotkania towarzyskie. A tu pojawia się wreszcie prawdziwa presja. Jest zwycięstwo, jest sukces, pierwszy krok został zrobiony. O następne będzie łatwiej, mimo że przeciwnicy wcale nie będą łatwiejsi – tłumaczył nam Julio.
A Toni z uśmiechem klepnął na pożegnanie po plechach. – Troszeczkę pomógł nam sędzia, ale to przywilej każdego gospodarza. Nikt chyba nie powiem, że wygrania nie jest zasłużona. Najważniejsze, że w poniedziałek spokojnie mogę wracać do pracy. Pracuję w Argentynie, bez zwycięstwa straciłbym cały autorytet u pracowników. Mecz pokazał, że w tej drużynie sporo trzeba poprawić. Ale spokojnie, poprawimy.

Copa2

Ile kosztował Neymar, czyli anatomia transferu

Afera z prawdziwą ceną, jaką FC Barcelona zapłaciła za Neymara, która zmiotła z funkcji prezydenta klubu Sandro Rosella jest arcyciekawa z bardzo wielu powodów. Np tego, że głośno było o niej w świecie jakby z urzędu rezygnował premier lub prezydent liczącego się państwa. Taka jest jednak globalna potęga futbolu, gdzie FIFA urasta do supermocarstwa dysponującego odpowiednikiem broni atomowej w postaci praw organizacji mistrzostw świata. Kiedy te prawa ostatnio rozdawała, do gabinetu Seppa Blattera pielgrzymowali prezydenci Putin, Obama i Książę Karol z Davidem Beckhamem, o pomniejszych politykach nie wspominając.

Niesamowite jest i to, że do upadku Rosella przyczynił się zwykły socio Barcelony, niejaki Jordi Cases, człowiek mający na Twitterze zaledwie 3 000 followerów. Nie spodobało mu się, że szczegóły transferu Neymara zostały ukryte za klauzulą poufności. Złożył skargę przed sądem, sugerując możliwość przywłaszczenia 40 mln euro. Prokuratura zareagowała natychmiast, domagając się od klubu przedstawienia wszelkich umów związanych z transferem brazylijskiego piłkarza. Rosell zrezygnował nim sąd zdążył rozpatrzeć sprawę, a jego następca, Josep Maria Bartomeu ujawnił na konferencji prasowej, że sprowadzenie brazylijskiej gwiazdy kosztowało tak naprawdę nie 57 mln euro ale 86 mln.

Szalenie ciekawe jest wyliczenie tego, co zrobiło 30 mln różnicę. Złożyły się na to:
@ zwyczajowa premia dla zawodnika za podpisanie kontraktu (10 mln euro)
@ zwyczajowa prowizja agenta
@ kwota za prawa marketingowe do wizerunku Neymara (zawarta z Neymar Sport Marketing Limited – 650 tys. rocznie)
@ umowa z ojcem Neymara, który zobowiązał się wyszukiwać talenty dla Barcelony (ukryta dodatkowa opłata dla rodziny gwiazdora – 330 tys. rocznie, Barca ma przecież wystarczająco sprawny skauting)
@ umowa między klubem Neymara, Santosem i Barceloną, na mocy której Katalończycy zapewnili sobie za 8 mln euro prawo pierwokupu trzech uzdolnionych młodych piłkarzy (rodzaj ukrytej dodatkowej opłaty za piłkarza, bo Barca ma wystarczająco dużo własnych uzdolnionych wychowanków)
@ umowa między fundacją Barcelony i fundacją piłkarza N&N (zawarta jeszcze w 2011 roku, kolejna ukryta opłata dla zawodnika, Barca zapłaciła już 10 mln euro, do zapłacenia jest jeszcze nieznana kwota)
@ dwa mecze towarzyskie między Barcą, a Santosem („El Mundo Deportivo” twierdzi, że z ich powodu do ceny piłkarza należy doliczyć jeszcze 9 mln euro, Barca twierdzi, że byłoby tak, gdyby mecze się nie odbyły).

A przecież dojdą jeszcze podatki od tych wszystkich operacji finansowych, ubezpieczenie zawodnika, jego pensja etc, etc

I tu dochodzimy do mechanizmu dzisiejszych transferów, co czyni sprawę najciekawszą. Właściwie każda z tych dodatkowych opłat jest dziś sprawą zupełnie normalną i na porządku dziennym. Przecież podawana w mediach kwota transferu zawodnika to nie jedyne pieniądze jakie płaci klub kupujący. Rzadko wypływają kwoty prowizji agentów, ale kiedy już tak się stanie robią piorunujące wrażenie. Zwłaszcza, gdy za transferem stoi Portugalczyk Jorge Mendes, który na transferze Cristiano Ronaldo z MU do Realu Madryt zarobił 10 mln euro, a za pilotowanie sprzedaży Radamela Falcao i Hulka skasował od FC Porto 20 mln.

Bez premii dla zawodnika za podpis (tzw. signing on fee) w ogóle do niego nie podchodź! Wie to każdy kto grał w Football Managera;) Taki np. Adnan Januzaj stał się ostatnio rekordzistą pod względem wysokości premii za podpis dla nastolatka – Manchester United zapłacił urodzonemu w Belgii reprezentantowi Kosowa 5 mln funtów. Kluby rywalizujące o pozyskanie zawodnika z innymi klubami, zwłaszcza tymi, których właścicielami są arabscy szejkowie lub rosyjscy oligarchowie często oferują dodatkowe bonusy (za określoną ilość występów, goli, asyst, sukcesy drużyny, awanse do Ligi Mistrzów lub Europy). Niczym wyjątkowym nie jest praca dla najbliższej rodziny (zwłaszcza, jeśli piłkarz jest młody i wskazane, żeby rodzice przenieśli się z nim na Stary Kontynent). Pracę może dostać ojciec czy syn. Pamiętam, że kiedy VfB Stuttgart bardzo chciał pozyskać Arkadiusza Milika, oferował pracę całej rodzinie z narzeczoną włącznie (tzn. oferował narzeczonej, a nie narzeczoną). Dodatkowa opłata w formie meczu? Legia sprzedając Łukasza Fabiańskiego zapewniła sobie wizytę Arsenalu na otwarcie nowego stadionu, Borussia Dortmund grała z Lechem Poznań, a teraz – choć nie było takiej konieczności – agenci Roberta Lewandowskiego zagwarantowali, że mecz towarzyski rozegra w Polsce w przyszłym sezonie Bayern Monachium (choć chyba nie z Lechem).

Ukrywanie prawdziwej kwoty transferu – choć go nie pochwalam – nie dziwi mnie. Brzydko jest kłamać, ale ujawnianie prawdy nie leży interesie żadnej ze stron. Chyba nikt z nas nie lubi chwalić się swoimi zarobkami, a już zwłaszcza piłkarze z Ameryki Południowej, którym później porywają członków rodziny. Natomiast władze klubu nie chcą, by wielgachna gaża lub podwyżka któregoś z zawodników zasiała ferment w szatni i obniżyła morale (casus Manuela Arboledy w Lechu), albo co gorsza sprawiła, że podwyżki zażądają pozostali. Z kolei niektórym piłkarzom mogłoby być przykro, że nowy kolega jest droższy od niego – „a właściwie dlaczego, skoro to ja jestem lepszy i bardziej popularny?” ;)
Dlatego słuchając kolejnej kwoty, jaką kolejny klub płaci za kolejnego zawodnika pamiętajcie, że waszym oczom ukazał się zaledwie wierzchołek góry lodowej…