To był mundial! Na Twitterze!

amund49

Mundial się skończył, zostały wspomnienia, dla jednych cudowne dla drugich traumatyczne. Zanim już za chwilę definitywnie przestawimy wajchę na Ekstraklasę, nasze ulubione ligi zagraniczne, Ligę Mistrzów, o którą znów rozpoczyna bój mistrz Polski czy straszący już łuną na horyzoncie mecz Polska – Mistrz Świata w eliminacjach Euro 2016, przeżyjmy to raz jeszcze. Oto mundial w Brazylii w tweetach, często Waszych. Nie dałem rady śledzić timeline’u 24/h, mnóstwo fajowych wpisów zapewne mi umknęło, oto co sobie upatrzył zaznaczyłem, albo zapamiętałem i teraz wykopałem. Mundial bez Twittera byłby kompletnie innym doznaniem! ;)

amund07

am9amund27 amund28

amund50

amund37

am10amund30

am11amund23

amund20

amund33

amund06amund38

am3 am4 am5 am24

am8amund45  amund47

am22 am23

amund22

amund46

amund19amund18

amund35

amund36   amund39

am21

am25

amund16

amund15

amund08 amund32

amund10 amund12 amund13

amund43 amund44

     amund21   amund24 amund26 amund31   am26amund34amund42

amund40

am20

amund09

 

’11′ grozy, czyli najbardziej przegrani mundialu

Przegrani mundialuWłaściwie można by ją sklecić w całości z reprezentacji Hiszpanii, nigdy bowiem w historii mundialu żaden aktualny mistrz świata aż tak bardzo się nie skompromitował, ani nie pożegnał z turniejem tak szybko i z takim hukiem. Większość z nas widziała La Furia Roja w finale z Brazylią. Albo z reprezentacji Brazylii, bo czyż była bardziej przegrana drużyna w historii mundiali? Gospodarze turnieju wprawdzie dotarli do półfinału, co pewnie wiele drużyn wzięłoby z pocałowaniem w rękę, tam jednak wzięli historyczne lanie od Niemców 1:7, stając w jednym szeregu z Haiti, Zairem czy Arabią Saudyjską, czyli największymi mundialowymi nieudacznikami w dziejach mistrzostw świata. Kandydatów do najgorszej 11 mundialu znalazłem jednak i w innych drużynach.

W bramce

Iker Casillas. Umieszczam go tu wielką przykrością, ponieważ szanuję go za wielki wkład we wszystkie trzy sukcesy Hiszpanii na trzech ostatnich turniejach i po ludzku lubię, ale niestety zasłużył. Mimo, że największy bramkarski klops popełnił Igor Akinfiejew w spotkaniu z Koreą Południową. Obaj wypadli fatalnie zwłaszcza na tle tak wielu tak doskonale dysponowanych na brazylijskim turnieju bramkarzy. Iker zjechał jednak z samego szczytu na sam dół, czego zapowiedź dał zresztą w finale Ligi Mistrzów, a czego nie chciał dostrzec Vicente del Bosque. Iker Casillas na kolanachObrona:

Na prawej Dani Alves, którego wyrzucenia ze składu domagała się większość brazylijskich kibiców już od pierwszego spotkania z Chorwacją. Nawet bardziej niż pozbycia się ze składu Freda, ponieważ Freda Luis Felipe Scolari mógł wymienić co najwyżej na Jo, zaś Dani Alves blokował miejsce Maiconowi, który w końcu dał świetną zmianę z Kolumbią. Wielkiego tak jeszcze niedawno Dani Alvesa z mundialu zapamiętamy głównie z powodu przefarbowanej na siwo czupryny. Za sprawą jego gry i pozostałych Canarinhos wielu brazylijskich kibiców osiwiało naprawdę.

Na lewej Kameruńczyk Benoit Assou-Ekotto, który w przegranym 0:4 meczu z Chorwacją z wściekłości uderzył głową… kolegę z zespołu, Benjamina Moukandjo. Później zaś w tunelu doprowadził do dogrywki. Dopełniając w ten sposób mizerii najgorszej drużyny na mundialu, której piłkarze jeszcze cztery dni przed wyjazdem do Brazylii kłócili się o pieniądze.

Benoit Assou-Ekotto

Na środku myślałem umieścić Davida Luiza za to jak bardzo pogubił się w meczu z Niemcami, w którym miał kierować obroną pod nieobecność Thiago Silvy, a zawalił z pięć goli. Oszczędzę go jednak za to, że dzięki niemu Brazylia w ogóle dotelepała się do półfinału, a również i z powodu solidarności fryzurowej. Zamiast niego znalazł się nieszczęsny Pepe za idiotyczne zachowanie w meczu z Niemcami, kiedy uderzył głową Thomasa Muellra. Jemu, świeżemu triumfatorowi Ligi Mistrzów i piłkarzowi-gentelmenowi, który w całym sezonie faulował najmniej z całego Realu Madryt, dostając bodaj jedną żółtą kartkę tak się zachować po prostu nie wypadało. Wraz z odejściem z Madrytu Jose Mourinho Portugalczyk pozbył się wizerunku boiskowego brutala, stając solidnym filarem defensywy. W reprezentacji pokazuje stare, brzydkie oblicze.

Obok niego wystawiam… japońskiego sędziego Yuichi Nishimurę, by po raz kolejny wybić jego haniebnie stronniczą pracę w meczu otwarcia. Zasłużył, bo w tym spotkaniu doskonale spełnił się w roli 12 zawodnika. Robią gospodarzom niedźwiedzią przysługę, ponieważ zapewne i bez jego pomocy uporali się z Chorwatami, tymczasem przywołał demony fatalnego sędziowania gospodarzom z mundialu 2002 i bekę z Ekstraklasy, w której terminował.

Pomoc

złożona w całości z zawodników z Afryki. Po pierwsze Kameruńczyk Alex Song, którego  szaleństwo dopadło w tym samym spotkaniu co Assou-Ekotto, ale na ofiarę swego tyleż chamskiego, co idiotycznego ataku łokciem na oczach arbitra wybrał jednak nie kolegę z drużyny ale Mario Mandżukicia. Oczywiście zarobił czerwoną kartkę, przynosząc wstyd macierzystej Barcelonie, w której obowiązuje szacunek dla przeciwników. Kolejny zawodnik, porządny w klubie, który w kadrze staje się bestią.

Oraz dwaj reprezentanci Ghany, Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari, odesłani z mundialu tuż przed decydującym o awansie do 1/8 finału meczem z Portugalią. Za wulgarne zachowanie wobec selekcjonera Kwesiego Appiaha i zastraszanie członka sztabu, któremu Muntari przylał w twarz, aż musieli interweniować ochroniarze,a działacz ze strachu przeniósł się do innego hotelu. Pamiętamy, że wszystko to działo się w napiętej atmosferze oczekiwania na lecącą z Ghany premię 3 milionów dolarów i groźby zbojkotowania spotkania z Portugalią, jeśli forsa nie doleci na czas. Ostatecznie kasa się zgadzała, ale kadra meczowa i wynik już nie.

Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari

Atak:

otwiera oczywiście największy mundialowy skandalista, Luis Suarez. Co prawda uważałem nałożoną na niego karę za zbyt surową i niewspółmierną do winy, zwłaszcza gdy nie karze za recydywę brutali w typie Juana Zunigi, który kolanem przerwał mundialową karierę Neymarowi. A już największym absurdem był zakaz stadionowy, czyniący z Suareza persona non grata futbolu jakby ustawił mecz albo prawa organizacji mundialu. Ale oczywiście postąpił karygodnie, skompromitował siebie (pół biedy) i cały Urugwaj idiotycznymi tłumaczeniami, że stracił równowagę i niechcący wbił zębami w ramię, osłabił drużynę przed meczem 1/8 z Kolumbią więc jego zachowanie należy napiętnować obecnością w ’11′ grozy. Inna rzecz, że patrząc na konsekwencje ukąszenia Giorgio Chiellinego można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest przegranym mundialu, skoro doprowadziło to do szybkiego transferu do Barcelony z lepszą pensją i widokami na większe trofea.

Atak uzupełnia para Diego Costa i Fred. Para, bo losy ich splotły się ze sobą i właściwie ciężko rozsądzić który bardziej rozczarował. Czy Costa, który miał wnieść do nasyconej sukcesami trzech ostatnich turniejów Hiszpanii, odnowić ją, natchnąć nową pasją i siłą. Już po kompromitującej porażce 1:5 z Holandią świat odbiegły memy, w których Costa dzwonił do Scolariego, pytając czy dałoby się jeszcze zweryfikować decyzję o wyborze Hiszpanii kosztem Brazylii, której Costa odmówił mimo usilnych starań selekcjonera Canarinhos i frustracji jej polityków, domagających się, by odebrać mu obywatelstwo. Jego decyzja zdeterminowała los Freda, przeciętego napastnika, którym nie zainteresował się żaden przyzwoity klub z Europy, a który z konieczności został namaszczony na głównego napastnika pięciokrotnych mistrzów świata. Im bardziej Fred nie przypominał najwybitniejszych napastników z chwalebnej przeszłości Canarinhos jak Ronaldo, Romario, Rivaldo, nie sięgając do czasów bardziej zamierzchłych, w tym większą frustrację wpadali jego rodacy i wypominali mu jego przeciętność. Jego dramat polegał na tym, że przecież nie sam powołał się na mundial i wyznaczył sobie rolę, której nie był w stanie udźwignąć. Gdyby Diego Costa wybrał jednak na swoją ojczyznę Brazylię, byłby zwykłym rezerwowym, który strzeliłby gola w meczu z Kamerunem i dziś nikt o nic by się go nie czepiał. Tymczasem już ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, co zapewne wszyscy w Brazylii przyjęli ze zrozumieniem i ulgą. On zaś przez całe pokolenia będzie wspominany jako kozioł ofiarny największej klęski w historii brazylijskiego futbolu. Diego Costa dostanie jeszcze pewnie szanse na odkupienia. Może nawet już podczas Euro 2016…

Diego Costa ma pytanie...

Moja ’11′ mundialu. Z dwoma bramkarzami!

Niemcy!

To był cudowny mundial! Szkoda, że już za nami, a następny dopiero z  a cztery lata (hej FIFA, a może coś z tym zrobimy?;) Czy był najlepszy w historii? Z tych, które oglądałem na bieżąco, a nie znam opowieści i zapisów sprzed lat – najlepszy! A przynajmniej z najlepszą runda grupową, wyjątkową, najbardziej wyrównaną i z mnóstwem sensacji jak klęska aktualnych mistrzów świata, zwycięstwo Kostaryki w grupie śmierci z byłymi mistrzami Urugwajem, Włochami i Anglią oraz wspaniałym ofensywnym futbolem bez kalkulacji. I z najlepszym finałem, z którym porównać mogę tylko ten z 1986 roku, również między Niemcami i Argentyną. Finałem, który obie drużyny chciały wygrać, w którym jedna z drużyn nie próbowała zabić futbolu jak Holandia w 2010, bez ruchu jednostronnego jak w meczu Francja – Brazylia w 1998, bez klinczu jak w 1990, 1994 czy 2006. Jedyne zastrzeżenie robię dla rundy pucharowej: lepsze mecze obejrzałem chyba podczas le Mondialu we Francji w 1998 (Argentyna – Anglia, Holandia – Argentyna, Holandia – Brazylia, Chorwacja – Niemcy 3:0).

I ze zwycięzcą, który zdecydowanie najbardziej zasłużył na triumf. Grającym ofensywny, kolektywny, skuteczny, porywający futbol. Niesamowita była mapka, która w trakcie finału mignęła na Twitterze, pokazująca komu kibicuje cały świat. Za Argentynę, która i tak w finale zagrała swój najlepszy i najładniejszy mecz na mundialu kciuki trzymało zaledwie kilka krajów z Ameryki Płd (bez Brazylii, ktoś w Azji, w Europie nikt). I to jest największy triumf trenera Joachima Loewa i jego chłopaków! Że dla niemieckiego futbolu, który przez lata budził szacunek skutecznością, ale odstręczał style i przyprawiał o ból zębów, zjednali sympatię całego świata. Że Loew konsekwentnie realizował i udoskonalał rewolucję, którą zapoczątkował wspólnie z Juergenem Klinsmannem w 2006 roku. Że miał przy tym wsparcie systemu szkolenia młodzieży swej federacji i Bayernu Monachium, które dostarczyły mu tak wybitnych piłkarzy jak Manuel Neuer, Philipp Lahm, Mats Hummels, Thomas Mueller, Toni Kroos, Bastian Schweinsteiger czy super-rezerwowy Mario Goetze. Właściwie każdy z nich miałby prawo odebrać tytuł Piłkarza Turnieju, symbolicznie przyznany za sukces całej drużyny, bo którego z nich wybrać.

Leo Messi z 'mandatem za szybką jazdę'Myślę, że Komitet Techniczny FIFA skrzywdził Leo Messiego, przyznając ten tytuł Argentyńczykowi. Odbierając statuetkę miał zresztą minę jakby odbierał bardzo gruby mandat. Rozczarowany wynikiem finału, ale zapewne i swoją postawą, nie złą, dobra, ale i nie wybitną. Czy myślał sobie, że na nagrodę o wiele bardziej zasługiwał nie tylko którykolwiek z Niemców, ale choćby Javier Mascherano z jego własnej drużyny, prawdziwy generał środka pola, od którego więcej celnych podań mieli tylko Lahm z Kroosem? Albo Arjen Robben lub James Rodriguez, którzy na mundialu błyszczeli o wiele jaśniejszym światłem od niego, byli prawdziwymi liderami ataku swych zespołów, o wiele bardziej przysługując się im niż Leo? Messi po raz kolejny dostał nagrodę za to, że jest Messim, a w pobliżu finału nie było akurat Cristiano Ronaldo, co po raz kolejny dowodzi bezsensowności indywidualnych nagród w futbolu. Tę najważniejszą zgarnęli Niemcy, indywidualną nagrodę powinien dostać co najwyżej najlepszy strzelec, bo tu przesądzają nie wrażenia artystyczne, ale konkretne liczby.

Navas i NeuerWrażeniem artystycznym wymieszanym z liczbami i faktami kierowałem się za to, przy wyborze jedenastki mundialu. W bramce postanowiłem umieścić… Keylora Navasa. Za niesamowitą ilość niewiarygodnych interwencji, które pomogły Kostaryce stać się sprawcą największej sensacji mundialu – wyjść na pierwszym miejscu z „grupy śmierci” po zwycięstwach z byłymi mistrzami świata, Urugwajem, Włochami oraz remisie z Anglią. I solidny i widowiskowy, a zaszedł dalej niż Guillermo Ochoa, też mocny kandydat do tego wyróżnienia.

Manuel Neuer miał o wiele mniej okazji, żeby się wykazać. Doceniam oczywiście jego kunszt i status jednego z najlepszych obecnie golkiperów świata, by uhonorować i jego i Navasa, Niemca umieszczam… na lewej obronie, gdzie przecież odnalazłby się doskonale. Żaden inny bramkarz nie interweniował więcej poza polem karnym w historii mundialu. A i sam Neuer, wierzę, że przystałby na taką rolę bez focha.
Na prawej obronie oczywiście Philipp Lahm, bez zbędnych wyjaśnień. Na środku Mats Hummels (choć długo rozważałem czy nie Ezequiel Garay, przesądził wynik w finale i to, że Niemiec lepiej czyta grę) oraz Ron Vlaar, czyli nowy holenderski Jaap Stam, filar solidnej defensywy „Pomarańczowych” i jedno z największych odkryć mundialu. W pomocy Arjen Robben, Javier Mascherano, Thomas Mueller i James Rodriguez (o których już pisałem, liderzy i inspiratorzy swoich drużyn. Rozważałem czy nie wcisnąć tu jeszcze Toni Kroosa, ale choć doceniam jego wielki wkład w sukces Niemców, to pogrzebał swe szanse gorszym występem w finale. Rozważałem też czy zamiast „Hamesa” nie dać Neymara, ale Brazylijczyk stał się tu ofiarą kontuzję kontuzji i kiepskiej postawy kolegów. Nigdy nie dowiemy się, czy gdyby zagrał z Niemcami i Holandią pogromy byłyby równie wysokie).
Leo Messi łapie się do jedenastki turnieju, bo jak pisałem, choć nie zagrał wybitnie, to jednak bez jego czterech goli Argentyna nie zaszłaby tak daleko, on rolę talizmanu Albiceleste w przeciwieństwie do Nemara, spełnił. I na koniec Robin van Persie, który był kluczowym dopełnieniem układanki Louisa van Gaala i za najpiękniejszego gola turnieju przeciwko Hiszpanii (ex equo z golem Rodrigueza z Urugwajem), która to bramka w cudowny sposób otworzyła ten niesamowity, niesamowity mundial. Jak Wam się podoba taka ’11′? Macie lepszą?

Gratulując Niemcom, drżę już przed naszą październikową konfrontacją w eliminacjach Euro 2016. I już dziś w piłkarzach Joachima Loewa widzę głównego kandydata do obrony tytułu na mundialu w 2018 roku. W Rosji aż 14 piłkarzy z jego ekipy nadal nie będzie miało 30. lat, za to jeszcze większe doświadczenie za sobą, a w składzie Marco Reusa i tych kilku znakomitych młodziaków, których wyprodukuje perfekcyjny niemiecki system szkolenia młodzieży. Tylko zazdrościć!

amu1

Najbardziej niechciany mecz w historii mundialu

Brazylia - HoandiaAni jako kibic ani jako dziennikarz nie podzielam awersji Louisa van Gaala i Arjena Robbena do meczów o trzecie miejsce mistrzostw świata. Za nic nie chciałbym ich likwidacji, uważam, że są potrzebne, zwłaszcza, że te na ostatnich trzech turniejach były prawdziwie pasjonujące, a ich uczestnicy niezwykle zdeterminowani, żeby zapisać się w historii jako trzecia drużyna świata. Ale też doskonale rozumiem obu Holendrów i jestem im wdzięczny za to, że przynajmniej otwarcie mówią co czują. W przeciwieństwie do piłkarzy Brazylii i trenera Luisa Felipe Scolariego, który stwierdził, że oto jego drużyna ma nowy cel: trzecie miejsce na mundialu, a więc powstanie i zrobi wszystko, żeby pokonać Holandię. Nie wątpię, że jak już wybrzmią hymny Canarnhos zrobią wszystko, żeby zakończyć ten katastrofalny turniej zwycięstwem. Cóż innego miał powiedzieć Scolari w tej sytuacji. Turniej, cholera, już się skończył, każdy piłkarz, członek sztabu szkoleniowego Canarinhos i każdy kibic (czyli każdy Brazylijczyk, bo każdy Brazylijczyk to kibic), ma dość futbolu na długo, a tu jeszcze trzeba grać. Jeszcze trzeba wyjść na murawę i poudawać, że im zależy. I kibicom i piłkarzom. A przecież wiadomo, że choćby Brazylia rozgromiła Holandię 7:1 prowadząc po pół godzinie 5:0, choćby Fred osobiście zdobył wszystkie siedem goli, z czego trzy przewrotką, dwa w stylu Jamesa Rodrigueza i zakończył lobem a’la van Persie, nie da to ani brazylijskim kibicom, ani samym piłkarzom grama satysfakcji. W najmniejszym stopniu nie liźnie rany, a jedynie sfrustruje. Po klęsce z Niemcami reprezentacja Brazylii najchętniej zaprezentowałaby się przed własną publicznością za dwa lata, jako zupełnie inna ekipa, zdystansowana do tej nieudacznej z mundialu w 2014, z nowym trenerem i nową misją: zmazania niemieckiej belohorizontazy.

Nieszczęsny FredDziś najchętniej każdy z nich leczyłby mundialową traumę gdzieś daleko od ojczyzny, na Seszelach, Mauritiusie, nurkując z rodziną w Tajlandii. By mieć jak najmniej okazji spojrzenia w twarze tym wszystkim, których tak bardzo zawiedli. A zwłaszcza Fred, którego los czeka najgorszy. Nie dlatego, by właśnie on z tej przeciętnej drużyny zawiódł najbardziej. Nie jego wina, że ktoś namaścił go na kluczowego napastnika Canarnhos w tej mission:impossible. Nie on odpowiadał za casting, nie on kazał uwierzyć w siebie całemu narodowi. Kazali to wychodził i robił co mógł, próbował… Oberwie najbardziej ze wszystkich, ponieważ jako jedyny gra w lidze brazylijskiej. Już po pierwszym meczu z Chorwacją został wytypowany na kozła ofiarnego przyszłej porażki. Za chwilę w każdym meczu swego Fluminense przekona się jak bardzo okrutni potrafią być jego rodacy (uznanego za winnego porażki z Urugwajem w finale mundialu w 1950 świetnego bramkarza Barbosę zaszczuto, aż umarł w nędzy). Obawiam się, że czeka go los Davida Beckhama po mundialu we Francji w 1998, gdy kibice reprezentacji Anglii „dziękowali” mu za czerwoną kartkę z Argentyną, życząc, by jego żonę ktoś zgwałcił, a dzieci zachorowały na AIDS.

Przy okazji przyszło mi do głowy, czy by prezes Bogusław Leśnodorski nie mógł podać pomocnej ręki brazylijskiemu partnerowi Legii, czyli Fluminense, oferując Fredowi wypożyczenie. Wiadomo, że jego obecność w Brazylii źle wpłynie nie tylko na niego samego, ale i na drużynę. Zanim kurz opadnie napastnik mógłby dochodzić do siebie w przyjaznym otoczeniu. Zwłaszcza, że umiejętności może nie pozwoliły mu zostać gwiazdą mundialu, ale w Ekstraklasie okazałby się najjaśniejszą w historii. A wprowadzenie mistrza Polski do Ligi Mistrzów pierwszy raz od 17 lat to dobra misja odkupicielska… Oczywiście pensję wypożyczanego (100 tys. euro miesięcznie) pokrywa wypożyczający;)

Wracając do meczu o 3. miejsce, rozumiem frustrację Holendrów, którzy na mundialu nie przegrali meczu, a każe im się grać w spotkaniu najbardziej przegranych turnieju. W dodatku z najbardziej przegraną drużyną w historii mundialu. – Nikomu nie chce się grać. Nawet nie myślę o tym spotkaniu i nie będę – przyznał Arjen Robben. To zresztą typowe podejście do sprawy Holendrów, którzy już w meczu o trzecie miejsce na mundialu we Francji w 1998 wystawili rezerwy i nie przejęli się przegrana z Chorwacją. „Al-in or nothing” – jak głosi hasło jednego ze sponsorów mundialu (akurat nie Holendrów). Liczy się tylko zwyciestwo. Mistrzostwa świata to nie igrzyska olimpijskie, gdzie brązowy medal ma jednak o wiele bardziej magiczny wydźwięk. Medal, nawet ten najgorszy, dekoracja na podium to jednak coś. Na igrzyskach czwarte miejsce boli jednak bardziej niż na mundialu. Ambitni Holendrzy do finału nie weszli, więc najchętniej już by wrócili do domu.

Ale po pierwsze taka jest tradycja. Konieczność rozgrywania dogrywki, a po niej serii karnych też może się Holendrom nie podobać, ale takie przyjęliśmy zasady. Poza tym co jakiś czas trafiają się jednak na mundialu drużyny, którym na trzecim miejscu zależy, dlaczego okazywać im brak szacunku dla ich aspiracji i likwidować mecz? Czy nie mile nam wspominać trzecie miejsca Polski z 1974 i 1982 roku? Czy wolelibyśmy wspominać mundiale w RFN i Hiszpanii jako te, w których Polska przegrała w półfinale? Chorwacji do dziś są dumni z trzeciego miejsca na swoim pierwszym turnieju, holenderski dekadentyzm nie zepsuł im radości. W 2002 cały świat trzymał kciuki za Turcję, żeby wreszcie ktoś sprawił lanie gospodarzom z Korei, wciągniętym do półfinału za uszy. Mecze Niemcy – Portugalia i Niemcy – Urugwaj z 2006 i 2010 należały do jednych z najlepszych meczów o 3. miejsce jakie widziałem w życiu. Rozczarowanie rozczarowaniem, zawód z braku finału, zawodem, ale jako kibic chcę „małego finału”, chcę kolejnej konfrontacji tych wielkich piłkarzy, gdybania co by było, gdyby zagrali w wielkim finale… Mało tego, nie miałbym nic przeciwko meczom o 3. miejsce w Lidze Mistrzów, zwłaszcza patrząc na składy ostatnich kilku półfinalistów. Motywację z pewnością poprawiłaby jakaś solidna nagroda finansowa. Chętnych do oglądania na pewno nie zabraknie…

Niemcy - Urugwaj 2010Mertesacker, Boateng i Suarez w meczu Niemcy – Urugwaj o 3. miejsce na mundialu w 2010. A już wkrótce w meczu Bayern – Barcelona w Lidze Mistrzów…

Jeßień średniowiecza: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy

Trauma BrazyliiNie żałuję, że wróciłem z mundialu odrobinę wcześniej i nie misze patrzeć z bliska na traumę kibiców gospodarzy turnieju, czyli wszystkich Brazylijczyków, bo jak wiadomo każdy z nich jest kibicem i selekcjonerem w jednym. Nie mogła doznać gorszego upokorzenia ta najbardziej szalona na punkcie piłki nacja świata, która z futbolu uczyniła prawdziwą religię. W bardziej spektakularny sposób ich marzenia o zadośćuczynieniu za „maracanazę”, porażkę w finale mundialu na Maracanie z Urugwajem z 1950 nie mogły zostać wyrzucone na śmietnik. Ta porażka to zdecydowanie największa i najbardziej okrutna klęska – nie Brazylii – ale w ogóle kogokolwiek w historii mistrzostw świata. 0:5 po pół godzinie gry w półfinale mundialu? Szkolne błędy kosztującego 50 milionów euro Davida Luiza i jego kolegów, przez które z dziewięciu celnych niemieckich strzałów aż siedem ląduje w siatce? Wszystko przed własną publicznością, tą w Belo Horizonte i całą, 200 milionową przed telewizorami w każdym zakamarku Brazylii, od lanserskiej Copacabany po najbardziej mroczne zaułki faweli. Hańba ostateczna.

Jeśli trauma po „maracanazie” trwa do dziś, już 64 lata, w trakcie których, jak pisze w książce „Futebol” Alex Bellos Brazylijczycy częściej ją rozdrapują i piszą o niej książki niż celebrują którykolwiek z pięciu mistrzowskich tytułów, to ile potrwa terapia po niemieckiej jeßieni średniowiecza? Odpowiedź brzmi: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy. Ani żadne z żyjących pokoleń, ani te które dopiero nadejdą. Choćby Canarinhos w tym samym składzie, z ty samym trenerem zdobyli za cztery lata w Moskwie mistrzostwo świata, nie spłacą długów, nie zrekompensują łez i rozdartych dusz milionom rodaków. Czeka ich wieczne potępienie. Trener Luis Felipe Scolari na zawsze przestanie być selekcjonerem mistrzów z 2002 roku, a stanie współwinnym największej klęski. Tego, że porażkę pięciokrotnych mistrzów świata z Niemcami będzie się odtąd wymieniać jednym tchem z laniami największych mundialowych zakał jak Haiti (0:7 z Polską), Arabia Saudyjska (0:8 z Niemcami) czy Zair (0:9 z Jugosławią).

Trauma BrazyliiKlęska Brazylii wisiała w powietrzu jeszcze przed rozpoczęciem mundialu i właściwie po każdym meczu (oprócz oczywistego zwycięstwa z Kamerunem) kibice Canarinhos bardziej oddychali z ulgą, że dało się jej uniknąć niż cieszyli się z efektownego sukcesu i pełni nadziei czekali następnego rywala. Po zwycięstwie z Chorwacją dzięki wsparciu arbitra (sami kibice przyznawali mi, że oj tam, no pomógł, ale to przywilej gospodarza), po remisie z Meksykiem były już olbrzymie wątpliwości czy tej ekipie uda się dotrzeć do finału. Po marginalnym zwycięstwie z Chile były, słuszne jak widać, łzy ulgi i gesty wdzięczności w kierunku niebios. Karnawał wciąż przedłużano. Po zwycięstwie z Kolumbią radość, że drużyna wreszcie zagrała przekonująco, choć brzydko i najbardziej brutalnie od 1966 (31 fauli), szybko przytłumił strach o brak Neymara, talizmnu Canarinhos, najbardziej kreatywnego piłkarza i jedynego łącznika z ideą joga bonito. Ale czy obecność gracza Barcelony, choćby w najlepszej formie w jakikolwiek sposób powstrzymałaby niedzielną klęskę? Wątpię. To nie charyzmatyczny lider, który nie pozwoliłby opuścić kolegom głów po trzeciej bramce i stracić kolejną bezpośrednio po wznowieniu. Który po błędzie Davida Luiza przy pierwszym golu, ogarnąłby defensywę, by się kompletnie nie posypała, jak to miało miejsce. Jeśli kogoś zabrakło to przede wszystkim kapitana Thiago Silvy. I nie dlatego, że fatalnie zagrał zastępujący go Dante, ale przez chaos jaki wprowadził w organizację gry zastępujący go w roli kierownika David Luiz.

David Luiz kaja się we łzachŻal mi niezwykle tego piłkarza, bez którego goli i pozytywnego zaangażowania Brazylia odpadła by dużo wcześniej. Jego łzy i czerwone oczy po meczu były poruszające, nie zdziwię się jednak jeśli zawiśnie w Brazylii na krzyżu. Żal mi i Freda, którego z pewnością też to czeka. Ba, urośnie zapewne do symbolu brazylijskiej niemocy na mundialu we własnym kraju, przez cały turniej wypominano mu wszak, że żaden z niego Romario, Ronaldo czy choćby Bebeto. Jaki inny los czeka jego i pozostałych współwinnych, skoro znakomitemu bramkarzowi Barbosie, kozłowi ofiarnemu finałowej klęski z Urugwajem z 1950 roku rodacy nie przebaczyli nigdy, skazując na wieczne potępienie i śmierć umarł w nędzy. Czasy się zmieniły i akurat nędza im nie grozi. Ale potępienie w kraju futbolowej religii dziś w czasach wszędobylskiej telewizji, brukowców i internetu może być jeszcze trudniejsze do wytrzymania.

Dziś dusza każdego piłkarza Brazylii i każdego brazylijskiego kibica wygląda tak jak wnętrze tego autobusu, spalonego na ulicach Sao Paolo tuż po meczu z Niemcami…

Dusza Brazylijczyka

All-in van Gaala, czyli rozrabiaka za prymusa

krul4Manewr ze zmianą bramkarzy przejdzie do historii mundialu. Van Gaal wiedział co robi zastępując prymusa Cillessen klasowym rozrabiaką, Krulem. Nie ma co gdybać, co by było, gdyby Krul pięć razy rzucił się w niewłaściwy róg i Holandia odpadła. On nie przez przypadek rzucał się tam gdzie trzeba. Van Gaal nie ryzykował. Znał karty swoje i rywala, dlatego nie zawahał się zagrać all in!

Kiedy Tim Krul, rezerwowy bramkarz reprezentacji Holandii zaczął rozgrzewać się 10 minut przed końcem dogrywki, zatweetowałem, że po karnych ogłosimy Louisa van Gaala wariatem (w razie porażki), albo geniuszem, jeśli manewr z zamianą bramkarzy się sprawdzi. Ale przecież to, że holenderski trener jest i geniuszem i wariatem w jednym zdiagnozowaliśmy już wieki temu! Jakiż inny trener odważyłby się zdjąć w kluczowym momencie końcówki z Meksykiem takiego zawodnika jak Robin van Persie? A jednak wprowadzony Klaas-Jan Huntelaar zdobył gola i miał asystę przesądzając losy meczu. Mitologicznym Midasem van Gaal okazał się już wcześniej, gdy obaj rezerwowi strzelili po golu w meczu z Chile. Ale takie ryzyko! Wstawić na karne od których zależy półfinał nierozgrzanego zawodnika, w Bóg wie jakiej formie fizycznej i psychicznej, który na mundialu nie zagrał minuty? To mógł zrobić tylko van Gaal i tylko z podszeptu trenera bramkarzy, Fransa Hoeka, o którym za chwilę. Tak czy siak ich manewr przechodzi na zawsze do historii mundiali.

Nie wierzę, żeby obaj holenderscy cwaniacy kierowali się wyłącznie statystyką, która mówi, że Jasper Cillessen nigdy w karierze nie obronił karnego. Krul na 20 karnych w Newcastle Utd obrobił wszak tylko dwa. Musiało chodzić o coś więcej. Widocznie na podstawie treningów obaj stwierdzili, że Cillessen na serię jedenastek jest za słaby psychicznie. To taki klasowy prymus, grzeczny, punktualny, zawsze dobrze przygotowany, zawsze z pracą domową. To dzięki jego postawie Holandia zaszła tak daleko w turnieju. To dzięki niemu (choć przede wszystkim głównie dzięki postawie Keylora Navasa w bramce Kostaryki) w ogóle doszło do karnych. Tu jednak profesor van Gaal uznał, że zamiast grzecznego prymusa musi postawić na klasowego rozrabiakę. Prymusowi okularki zajdą parą, Kostarykańcy stłuką mu je i zabiorą piórnik. Krul za każdym razem prowokował rywali, robił wszystko, żeby ich rozproszyć. Podawał piłkę, szeptał do ucha z pewnością nie życzenia powodzenia. Aż dziw, że nie interweniował sędzia, ale arbitrzy nie po raz pierwszy postanowili zostawić sprawy samym sobie. Niech chłopaki sami załatwią solówę, co im do tego. Czy to właśnie prowokacyjne zachowanie Krula rozproszyło Bryana Ruiza i Michaela Umañę, tego się nie dowiemy. Podobnie jak tego co by było, gdyby prymusik Cillessen został jednak w bramce.

Krul2

Przy okazji zamiana była też dobrym zagraniem psychologicznym, obliczonym na osłabienie morale Kostarykańczyków. Sygnał: „patrzcie to nasza specjalna broń, wchodzi pewniak, który was zatrzyma!” Wiemy z ust Krula, że decyzja van Gaala nie była spontaniczna, liczył się z nią. Usłyszał, że jeśli trenerowi zostanie jedna zmiana przed ostatnim gwizdkiem, to może wejść właśnie on. Jak widać decyzja nie spaliła go ale dodała mu skrzydeł. Sam Cillessen jak widzieliśmy zareagował nerwowo. Schodząc kopnął bidon i cisnął rękawicami. Ale przed serią karnych serdecznie wyściskał Krula, a po ostatnim pierwszy wpadł w jego ramiona. Przypomniało mi to podobną postawę Olivera Kahna na mundialu w Niemczech w 2006, rozczarowanego, że jest rezerwowym, który wsparł Jensa Lehmanna przed karnymi w ćwierćfinale z Argentyną. Tylko wielkich stać na takie zachowanie.

Po wszystkim Krul podkreślił, że to Cillessen powinien bronić w półfinale z Argentyną. I rzeczywiście, van Gaal już oznajmił, że prymus wraca między słupki. A gdy nadejdzie moment, że znów będzie potrzebował klasowego łobuza, wie, że może na niego liczyć.

Oczywiście silny charakter Krula i umiejętności rozpraszania rywala to nie wszystko. Holendrzy powtarzają, że z trener Hoekiem rozpracowali dokładnie każdego z piłkarzy Kostaryki. Hoek to jak pamiętacie były trener bramkarzy reprezentacji Polski za czasów Leo Beenhakkera. Co ważniejsze jednak to geniusz, który wspólnie z Johanem Cryuffem w Ajaksie, gdy jego wielki rodak po skończeniu kariery piłkarskiej rozpoczął trenerską, stworzył bramkarza-libero, ostatniego obrońcę i rozgrywającego w jednym, świetnie grającego nogami. To on wychował Edwina van der Sara. A potem gdy wspólnie z van Gaalem pracowali w FC Barcelona, Victora Valdesa, Pepę Reinę. Pracę z nim bardzo chwalił Manuel Neuer, gdy Hoek z van Gaalem zjawili się w Bayernie Monachium. Za chwilę obaj zajmą się Davidem de Geą w Manchesterze United.

Dlatego nie ma mowy o żadnym szczęściu van Gaala. Wszystko zostało sprytnie zaplanowane i wykonane tak jak powinno. Nie ma co gdybać, co by było, gdyby Krul pięć razy rzucił się w niewłaściwy róg i Holandia odpadła. Krul nie przez przypadek rzucał się tam gdzie trzeba. Van Gaal wcale nie ryzykował. Znał karty swoje i rywala, dlatego nie zawahał się zagrać all in!

Krul3

Brazylia cholernie daleko od joga bonito i hipokryzja FIFA

Agonia Neymara

Czy po zwycięstwie Brazylii z Kolumbią też mieliście wrażenie, że do półfinału Miss World przeszła brzydsza dziewczyna, która tę ładniejszą zepchnęła z podestu, bez reakcji wielbicieli w jury? Która co prawda wreszcie ładnie zaprezentowała się na scenie, wreszcie udanie dobrała makijaż i fryzurę do bikini, co tak raziło podczas poprzednich pokazów. Ale też kilka razy zagrała nie fair – schowała Kolumbijce sukienkę, złamała obcas w ulubionych szpilkach, podmieniła tusz do rzęs – członkowie jury widzieli, ale przyzwolili…

Oczywiście za pomocą tej być może trochę naciąganej metafory nie chcę napisać, że Brazylia znalazła się w półfinale niezasłużenie. Że hiszpański arbiter Carlos Velasco wciągnął ją do półfinału za uszy jak jego koledzy Koreę Płd na mundialu w 2002 roku. Nic z tych rzeczy. Po pierwsze trener Luis Felipe Scolari uznał, że tylko taktyka stłamszenia rywala, nie pozwolenia mu na grę w piłkę, wybicia mu z głowy ochoty wszelkimi środkami może pomóc jego przeciętnej zbieraninie pokonać tak chwalony na mundialu zespół. W efekcie – jak zauważyła Optastat – Brazylia rozegrała najbardziej agresywny mecz na mundialu w latach 1966 – 2014, faulując Kolumbię aż 31 razy. Scolari, który Puchar Świata zdobyć musi, ma prawo walczyć o niego w każdy dowolny sposób, nie przejmując się zgrzytaniem zębów wielbicieli joga bonito. Jego cel uświęca środki. Rozliczą go za końcowy sukces, a nie styl. Jeśli się uda, tylko przewrażliwieni będą marudzić, że Canarinhos nie mieli na mundialu napastnika (cholera wie, na jakiej właściwie pozycji grał z Kolumbią Fred?), a gole zdobywali środkowi obrońcy.

Ale co wolno Scolariemu, to nie sędziemu. Velasco zbyt długo pozwalał na wszystko, zbyt ostrą grę, zbyt długo (aż do 51 faulu!) wstrzymywał się z pokazaniem kartek, pozwalał Fernandinho a potem Maiconowi rozbijać i tłamsić Jamesa Rodrigueza. Kolumbijczycy byli na to kompletnie nieprzygotowani, zanim się otrząsnęli przegrywali 0:1, wówczas zobaczyli, że sędzia ich nie chroni, co napełniło ich dodatkową frustracją. W efekcie prawdziwą, tę mundialową Kolumbię zobaczyliśmy dopiero w ostatnich 15 minutach. Zbyt krótko, by odrobić straty i piłkarze Jose Pekermana pożegnali się z mundialem z żalem i sympatią widzów, podobnie jak za końcówki swoich porażek Algieria i USA. Oczywiście sporo w tym i winy Kolumbii i Pekermana, który najwyraźniej dał się przechytrzyć Scolariemu i zareagował zbyt późno. Dodatkowo Brazylijczyk trafił z zamianą Daniego Alvesa na Maicona, a Argentyńczyk zorientował się w przerwie, że musi zdjąć Victora Ibarbę, wprowadzony za niego Adrian Ramos wzbudził tylko wątpliwości, czy będzie godnym następcą Roberta Lewandowskiego w Borussii Dortmund (chyba, że ma grać jak nasz Lewy w kadrze). Nie znanych mi przyczyn nie umiał się odnaleźć tak chwalony dotąd Juan Cuadrado, który w kluczowym momencie popsuł idealny kontratak.

Gandalf spada w otchłań

Ale Brazylia zapłaciła wysoką cenę za swą agresywną taktykę. Sfrustrowani brakiem reakcji sędziego Kolumbijczycy też faulowali. Do najgorszego uciekł się Camilo Zuniga, który powalając Neymara kopnął go w plecy, w miejsce, które ten niedawno leczył. Największego gwiazdora Brazylii zniesiono go na noszach i odwieziono do szpitala ku przerażeniu całego narodu. Dziś już wiadomo doznał złamania kręgu i z pewnością nie zagra w półfinale. Jak bez niego pokonać Niemcy? Miałem skojarzenie z Władcą Pierścieni, że Kolumbia niczym Barlog spadający w otchłań z mostu Kazad d’um pociąga za sobą Gandalfa-Neymara. Drużyna Pierścienia łka, ale musi podążać dalej…

Swoją drogą tu dopiero widać hipokryzję FIFA. Zuniga ma farta, że „tylko” kopnął Neymara i złamał mu krąg. Jakby ugryzł Brazylijczyka dostałby dyskwę na 4 miesiące i zakaz stadionowy jak Luis Surazez.

Z Niemcami o finał przyjdzie jej zagrać także bez kapitana Thiago Silvy, strzelca pierwszego gola, który u tak wstrzemięźliwego w karaniu arbitra idiotycznym faulem zdołał jednak zasłużyć pierwszą żółtą kartkę w meczu. Co zrobi Scolari? Jednego można być pewnym, bez Neymara gra Brazylijczyków będzie jeszcze bardziej cholernie daleka od joga bonito. A niesiony sukcesem swej taktyki z Kolumbią Scolari spróbuje wybić Niemcom futbol z głowy…

Na szczęście były i podczas tego meczu urocze obrazki, jak ten gdy Brazylijczycy pocieszali po spotkaniu przegranych, pokazując, że wygrywać też trzeba umieć…

Brazylia umie wygrywać

 

Fryzjer „Króla Futbolu”: Siadaj, ogolę cię jak Pele

Pele4- Siadaj, ogolę cię tak jak Pele. Ale sekretów „króla futbolu” nie zdradzę. Za żadne pieniądze. Nie robi się tego przyjacielowi, którego przez 58 lat ostrzygłeś z 800 razy…

Stadion Santosu majestatycznie wznosi się przy ulicy Vila Belmiro. Całą jedną ścianę zajmuje ogromny portret Pelego, największej gwiazdy klubu i futbolu w ogóle. Dokładnie naprzeciwko billboardu, 10 metrów od wejścia na trybuny, przyklejony do baru mieści się mały, jednoizbowy zakładzik fryzjerski. „Cabeleireiro do Pele e de voce tambem” (Fryzjer Pelego i twój też) głosi napis nad drzwiami. Do środka zaprasza 75-letni Didi, a właściwie João Araujo, pierwszy i jedyny fryzjer legendy futbolu, który z czasem stał się jego przyjacielem, powiernikiem i talizmanem. Pele nigdy nie strzygł się u nikogo innego. Jeśli przebywa poza Brazylią, to po prostu zarasta. Latał do Didiego nawet z Nowego Jorku, w czasach gdy występował w Cosmosie. – Zdarzało się, że nie mógł przyjechać przez trzy miesiące i w tym czasie w ogóle się nie strzygł. Czekał aż będzie miał możliwość, by wrócić do Brazylii i obciąć włosy tutaj – wspomina Didi, zapewniając, że nie liczył, ale musiał ostrzyc Pele dobre nad 800 razy.

Jego zakład to jednocześnie małe muzeum, pełne wspólnych zdjęć, plakatów Pelego i wyciętych artykułów z gazet oraz sklepik. Didi radośnie wita ekipę z Polski, ale nie będzie opowiadał o swoim przyjacielu ot tak. Musimy zamówić usługę i kupić którąś z pamiątek. Wybieramy czapeczkę Santosu z autografem Pelego i postanawiamy, że dam się ogolić. Basi żal długich włosów, a z moich fryzury a’la Pele już się zrobić nie da. Spoglądam z niepokojem na ostrzącego brzytwę Didiego, na co dzień golę się elektryczną maszynką. Widać jednak, że mimo 75 lat jest w świetnej formie i tryska energią. Zapewnia, że zaledwie tydzień temu strzygł i golił Pelego. Gwiazdor odwiedza go co miesiąc. Gawędzą wówczas oczywiście o piłce, ale także o zdrowiu i sprawach rodzinnych. Sekretów tych ostatnich Didi nigdy nikomu nie zdradził i dlatego nie stracił ani przyjaciela ani klienta.
Didi i Pele znają się od 1956 roku, od czasu, gdy piłkarz przeszedł z małego klubiku Bauru do Santosu. – Kiedy przyjechał tutaj po raz pierwszy powiedział, że chce zrobić sobie topete, czyli włosy dłuższe na górze, tak jak miał jego ojciec. Zapytał czy potrafię tak ostrzyc. Powiedziałem, żeby usiadł i że spróbujemy. I że jeśli wyjdzie dobrze to zostanie moim klientem i przyjacielem. A jeśli nie, to zostanie tylko moim przyjacielem. Kiedy skończyłem, powiedział mi, że właśnie zyskałem nowego klienta – wspomina Didi.

- Pele jest osobą bardzo skromną, szczodrą, uprzejmą. Kiedy zajeżdża tu na strzyżenie swoim mercedesm, na ulicy zbiera się tłum, żeby choć popatrzeć, chcą zrobić sobie z nim zdjęcie. Wówczas nie możemy sobie pogadać otwarcie. Często jednak zaprasza mnie na strzyżenie do siebie, a przy okazji na lunch. Możemy wówczas nagadać się do woli i o starych czasach i współczesnych – mówi Didi.

Opowiada, że nie raz jego zakład stawał się okazją do rodzinnych spotkań. Edinho, syn Pele, był przez jakiś czas asystentem trenera Santosu. To u Didiego odbył z ojcem ostatnią rozmowę przed aresztowaniem, a potem tuż przed rozpoczęciem mundialu skazaniem na 33 lata za handel narkotykami. – Mieszkał w okolicy. Kiedy rozchodziło się, że Pele jest w mieście i zajechał na strzyżenie, walił prosto do mnie, żeby pogadać z ojcem – opowiada.
Kiedy rozmawiamy, przed zakładem zbierają się następni klienci. Jest dwójka turystów z Anglii i jeden z Niemiec oraz para brazylijskich staruszków, wyraźnie niezadowolonych, że nasza rozmowa się przeciąga. – Didi, oni zaraz wyjadą, a ja strzygę się u ciebie od 52 lat. Okaż trochę respektu, niech przyjdą później słuchać opowieści – gorączkuje się staruszek. – Ale oni mi zapłacili. Więcej niż ty płacisz mi za swoje strzyżenie przez rok! – śmieje się Didi. Umówiliśmy się, że za golenie, czapkę z autografem i opowieści zapłacimy 100 reali, czyli około 140 złotych.

Pele2

Pele nie jest jedynym piłkarzem, który korzysta z usług Didiego. – Strzygą się u mnie także Pepe, Coutinho czy Zito, którzy z nimi grali. I wielu, wielu innych słynnych piłkarzy przychodzi tutaj do salonu. Zawodnicy z obecnej drużyny przychodzą rzadziej, ponieważ trenują w ośrodku treningowym, tutaj przyjeżdżają tylko na mecze. Wydaje mi się, że strzygą się tam, gdzie mieszkają – opowiada.
Pytamy o Neymara, którego już jakiś czas temu Pele namaścił na swojego następcę. – Chciałbym, żeby był moim klientem, choć dużo przy nim roboty. Ae kiedy był małym chłopcem już wtedy pojawił się ktoś, kto obcinał mu włosy i tak zostało na wiele lat. Później, po wyjeździe do Hiszpanii, wydaje się, że znalazł sobie nowego fryzjera – mówi Didi. Ale czy faktycznie Neymar może być następcą Pelego? Przyjaciel „Króla” ma wątpliwości. – Neymar jest bardzo dobrym piłkarzem, to nie ulega wątpliwości, ale nigdy nie będzie taki jak Pele – stwierdza stanowczo. – Pele w jego wieku był już dawno mistrzem świata. Neymar dopiero teraz, w wieku 22 lat, gra na swoim pierwszym mundialu – dodaje Didi.
Rozmowa, co jest rzeczą naturalną, schodzi na fryzury piłkarzy. Didi wyraźnie się krzywi, gdy pytamy, czy podobają mu się fryzury Neymara. – Zbyt ekstrawaganckie – uważa. Ale już słynna fryzura Ronaldo „Fenomeno” z mundialu w 2002 roku z grzywką w kształcie trójkąta, mu się podoba. Po chwili dodaje jednak, że jest wielu piłkarzy obecnie grających, których fryzury w ogóle mu się nie podobają. – Jest ich mnóstwo, ale nie będę podawał nazwisk. Jako że znam się na swoim fachu, widzę, że w wielu przypadkach jest sporo niedociągnięć i braków – mówi krytycznie. Fryzura Messiego? – Podoba mi się. Bardzo mu pasuje, niczego bym w jego uczesaniu nie zmieniał – stwierdza Didi, który jest samoukiem. Jako dziecko marzył, żeby zostać piłkarzem i grać w ukochanym Santosie („Kibicuję tylko dwóm drużynom: Santosowi i reprezentacji Brazylii” – mówi z dumą w głosie), jednak nic z tego nie wyszło, Bóg poskąpił mu piłkarskiego talentu. Miał za to talent do strzeżenia, choć wszystkiego nauczył się sam, eksperymentując, jak mówi, na znajomych i przyjaciołach…
Średnio w swoim zakładzie przyjmuje sześciu klientów dziennie. Strzyżenie kosztuje od 25 do 30 reali. Żeby ogolić brodę, trzeba zapłacić 20 reali. Didi używa zarówno maszynki, jak i brzytwy. Wybór należy do klienta. – Są tacy, którzy nigdy w życiu maszynki nie widzieli – śmieje się Didi. – I jak zadowolony? No myślę! Taką buzię miałeś ostatnio zaraz po urodzeniu! – żegna spryskując wyżerającymi skórę pachnidłami.

Pele3

Buzia jak pupcia niemowlaka;) Na zdjęciu Basia Bardadyn, współautorka tekstu. Obrigade, Basiu:)

W fawelach Rio: „Nikt was tu nie okradnie, bo mu odrąbią rękę”

Fawela PalmeirasTyle podczas mundialu mówi się o brazylijskich fawelach, siedlisku biedy i przestępczości, brutalnie spacyfikowanych przed turniejem, żeby nie stanowiły problemu. Postanowiliśmy zobaczyć jedną z bliska. Pojechaliśmy w składzie: Basia Bardadyn, Bartek Buk, Tomek Ćwiąkała i Przemek Langier. Wybraliśmy Complexo do Alemão, jedną z największych faweli Rio de Janeiro. Okrytą złą sławą, gdzie ludzie z południa Rio nigdy się nie zapuszczają, a podczas mundialu kilka razy dochodziło tam do strzelaniny. Jedziemy bez strachu, mamy dobrego przewodnika…

Bandzior pilnuje porządku
Ledwo wjeżdżamy w rozłożoną na wzgórzu fawelę, gdy nagle rozlega się huk. Nie zdążyliśmy się na dobre przestraszyć, bo niebo od razu zakryły fajerwerki. Nie na naszą to cześć, ale Kolumbii, która właśnie strzela kolejne gole Japonii. Kolumbia ma w fawelach wielu fanów, nie tylko wśród dilerów i handlarzy narkotyków, których stragany z kokainą stoją otwarcie obok tych z warzywami i owocami nawet podczas mundialu.
- Kiedyś fajerwerki to był sygnał dla całej faweli, że policja wjeżdża na akcję. Czujki dyżurowały cały czas i ostrzegały w porę tych, którzy potrzebowali ostrzeżenia. Dziś ten zwyczaj zanikł, bo po pacyfikacji faweli przed mundialem policja i wojsko po prostu w nich zostały – wyjaśnia nasz przewodnik, Marek Polak, który od roku mieszka w Rio de Janeiro i pisze doktorat o fawelach na miejscowym Uniwersytecie Stanowym.
I wydaje polecenie, żebyśmy zgasili w samochodzie światła. Bo na światłach wjeżdża tylko policja, więc to źle się miejscowym kojarzy. Podobnie jak okulary przeciwsłoneczne. Lepiej nie budzić podejrzenia, że jesteśmy tajniakami. I tak będziemy bacznie obserwowani. Ale bać się nie mamy czego, mimo że wchodzimy z kamerą wartą kilkadziesiąt tysięcy złotych.
- Po pierwsze cały ten strach przed fawelami i ich przestępczością, nakręcany przez światowe media to wielki mit. W Alemao mieszka prawie sto tysięcy ludzi, ale bandytów jest może ze 400 . Cała reszta to zupełnie normalni ludzie, zajęci swoimi sprawami – opowiada Marek.
Każda fawela ma swoich władców, którzy bardzo rygorystycznie dbają o przestrzeganie oddolnego prawa. Najważniejsza zasada zabrania kraść w faweli. Każdemu kto coś ukradnie lub okradnie tych, którzy tu wjadą jak my, zostanie odrąbana ręka. Sprawca szybko zostanie ustalony, tu wszyscy wiedzą wszystko. Tu nie czyni się drugiemu tego, co drugiemu niemiłe. Społeczność jest bardziej zwarta, wszyscy się znają, więc nikt nikomu krzywdy nie robi. Dlatego w fawelach nikt tu nie zamyka domu na zamek, choć w większości na ścianach wiszą plazmy z nielegalną kablówką.
- Fawela ma gospodarza. Na zewnątrz są politycy. Tutaj jest bandzior, szef gangu o całego wzgórza. To on dba o porządek w swoim gospodarstwie. Sprawuje efektywną władzę, ma swoje terytorium, ma swoją ludność. Prawo w faweli przestrzegane jest bardzo skutecznie, ponieważ jest to prawo oddolne, nie jest narzucane – mówi Polak.

Widok z kolejki linowej na fawelę Morro AdeosIdź z Bogiem na wzgórze Niemca
Wisimy nad sięgającym po horyzont morzem jednoizbowych domków z pustymi oczodołami okien i dachami, krytymi falistą blachą. Siedzimy w kolejce linowej, oddanej do użytku w 2011 roku, łączącej pięć wzgórz faweli Alemao – Bonsucesso (Udanego sukcesu), Morro do Adeos (Wzgórze „idź z Bogiem”), Morro da Baiana (Wzgórze Baiany), Morro do Alemão (Wzgórze Niemca – tak naprawdę Polaka, należało bowiem w XIX wieku do Leona Kaczmarkiewicza, ale lokalesi nie byli w stanie wymówić nazwiska i przechrzcili na Niemca, jak w Brazylii nazywa się obcych), Itararé i Palmeiras. To niezwykłe ułatwienie dla mieszkańców. Wcześniej z miejsca na można było dojść tylko plątaniną labiryntu korytarzy i schodów.
Marek wskazuje nam z góry długą ulicę, wyraźnie dzielącą na połowę dwie części faweli. – Najgorsze co może być dla faweli to obecność w niej dwóch z trzech gangów, Amigos dos Amigos, Comando Vermelho lub Terceiro Comando, bo wtedy dochodzi do wojny domowej, w której często padają niewinne ofiary. Opowiadano mi, że między tą ulicą latały kule jak w Sarajewie. Ludzie w okolicy musieli czołgać się na brzuchu – opowiada.
Pacyfikacja Complexo do Alemão odbyła się w 2010 roku. Policja i wojsko wprowadziło tu do walki 21 tysięcy żołnierzy, w tym elitarną jednostkę BOPE, komandosów marines. Wsparcia udzieliło 800 spadochroniarzy, wozy opancerzone i śmigłowce, z których strzelali snajperzy. Walkę podjęło około 600 uzbrojonych po zęby i doskonale znających zawiłą mapę wzgórz bandytów. Bitwa trwała tydzień. Wg oficjalnych danych, w które nie bardzo można wierzyć, zginęło 39 bandytów i trzech policjantów.

Po pacyfikacji w faweli nastała cywilizacja. Powstały sklepiki, stragany, budki z napojami, uliczne bary. Władze miasta zaczęły wywozić śmieci, dzięki czemu z ulic zniknął smród nie do wytrzymania. Podciągnięto prąd, dzięki czemu w domach zagościły telewizory i klimatyzatory. Na dachach zawisły anteny satelitarne. Zaczął działać wewnętrzny transport przy pomocy wysłużonych „ogórków” Volkswagena.
- Gdybyśmy poszli do faweli w strefie południowej, Rosinhii czy Vidigal to zobaczylibyśmy samochód małolitrażowy na ulicy. W ciągu ostatnich lat wykształciło się coś, co nazywam klasą średnią niższą. Ci ludzie pracują w mieście i posyłają dzieci do szkoły, żeby dać im szansę. Wciąż jednak niestety cieszą się bardzo złą opinią przez ten niewielki procent bandytów, znany w Rio z przemocy. Przez nich wszyscy mieszkańcy faweli niosą ten stygmat, stereotyp i niestety są wykluczeni z przestrzeni miejskiej – opowiada Polak.
Pozostał problem handlu narkotykami. Podczas naszej wędrówki dostaliśmy propozycję od młodzieńców puszczających latawce (ulubiona zabawa, nad fawelą wisi ich mnóstwo) kupna kokainy o wiele taniej „niż na mieście”.
- Tam, gdzie jest popyt, tam jest też podaż. Narkotyki trafiają do Rio z Kolumbii, przez granicę boliwijską. To nie jest tranzyt, one są przeznaczone na rynek wewnętrzny, dla konsumpcji miejscowej. Podstawowym narkotykiem jest kokaina, sprzedaje się też dużo marihuany, natomiast narkotykiem biedoty jest crack, czyli pochodna kokainy. To jest gigantyczny problem społeczny, ale nie jest to problem faweli. Błędne jest kojarzenie narkomanii z fawelą, to nie ma ze sobą nic wspólnego – przekonuje Marek.

Prezent od FaboliPrzestępca albo piłkarz
Wysiadamy na ostatniej stacji Palmeiras i zapuszczamy się w dół. Zasada faweli jest taka, że im wyżej tym biedniej. Najlepiej mają ci, którzy mieszkają na płaskim. Otaczają nas bosonogie dzieci, które dotąd bawiły się zjeżdżając na zgniecionych butelkach po trawie ze stromej górki. Każde chwyta kogoś za rękę i nie odstępuje na krok. Płacz, bo ręce mamy tylko po dwie, a kandydatów znacznie więcej.
Marek przestrzega, żeby dzieciakom nie rozdawać pieniędzy, jeśli będą prosić, ale one wcale nie naciskają. To my dostajemy w prezencie świerszcza. Przyprowadzają zwierzaki, małe pieski i zaspane kotki, żeby się nimi pochwalić. Wypytują skąd jesteśmy. Nazwa „Polonia” nic im nie mówi. Colombia? Pytają ile godzin lecieliśmy do nich samolotem. – 15?! – łapią się za głowę. Jakie to uczucie lecieć samolotem? Chwytają nasz notes, żeby w nim coś dla nas narysować i wpisać swoje imiona, żebyśmy nie zapomnieli.
Umieją pisać, wszystkie chodzą do szkoły. Za każde dziecko, które podjęło edukację państwo płaci matkom (właśnie matkom, nie ojcom, którzy mogą przepić lub „pójść w długą”) po 300 reali (około 400 zł). – Jednak na studia najłatwiej pójść po szkole prywatnej, a na taką stać tylko bogatych rodziców. Dlatego z faweli mało kto dostaje się na studia – mówi Marek.
Na szczycie wzgórza gdzie w miarę płasko na otoczonym siatką piaszczystym boisku chłopaki grają w piłkę. Na bosaka. Ożywiają się na nasz widok, ten który przejmie piłkę, zanim odda popisuje się żonglerką, drylingiem. Przyglądający się grze pytają nas o najlepszego piłkarza świata wszech czasów. – No, Pele i Maradona – odpowiadamy ostrożnie. – Błąd! Tylko Ronaldinho Gaucho! – wykrzykuje jeden z nich. A z obecnie grających, Messi czy Cristiano Ronaldo? Zastanawiamy się, czy na wszelki wypadek nie powiedzieć, że Neymar, ale chłopaki są kompletnie nie agresywne, raczej zaciekawieni opinią obcych o mundialu i czy Brazylia daje radę.
Czy dzieciom z faweli łatwo jest przebić się do któregoś z wielkich brazylijskich klubów?
- Jeśli okażą talent to tak. Dla wielu z nich to jedyna szansa na wyjście z faweli. Wiedzą o tym doskonale. W fawelach w całej Brazylii skauci uważnie obserwują chłopców na placach czy boiskach. Najlepszy przykład takiego wypatrzonego to Ronan, który właśnie trafił do Legii. Był w małym klubiku Espirito Santo, tam zauważył go skaut i w wieku 10 lat zabrał go do szkółki Fluminense – opowiada Marek.
Gdy ktoś z faweli zostaje piłkarzem, od razu zostaje wywyższony przez swoich. Bardzo często utrzymuje później cały klan, bo fawele żyją klanowo. Patrząc na składy drużyn nie tylko tych największych klubów od razu po imieniu widać kto jest z faweli. Jeśli tylko zamiast nazwiska jest charakterystyczna ksywa albo jakieś dziwne imię jak Julcimar, to wiadomo, że dzieciak jest stąd.
Przed pacyfikacją w fawelach nie było żadnych klubów. Teraz to się zmienia. Powstają boiska na wzór polskich „Orlików”. Szkolenie zaczyna się już w wieku 4-5 lat; ta kategoria nazywa się Dragonzinhos, czyli Smoczki. Bierze się całe masy dzieciaków, ocenia się ich pod względem motorycznym, szybkościowym itd.
- W faweli dzieciaki wiedzą, że mają dwie opcje: zostać przestępcą i mieć na wszystko pieniądze oraz najlepsze dziewczyny, albo zostać piłkarzem i mieć to wszystko legalnie. To są dwie drogi, którymi najbardziej chcą iść – mówi Polak.

W faweli PalmeirasMundial nie da im nic
Zachodzi słońce i w ciągu pięciu minut zapada mrok. Wycofujemy się, bo po zmroku fawela rządzi się innymi prawami i lepiej nie kusić losu. Na dolnej stacji kolejki mijamy setki podążających do domu spracowanych osób. Fawele po okresie gigantycznego bezrobocia i upadku przemysłu w Rio, nowe pokolenie weszło do sfery usług. Fawela zaczęła konsumować, jej mieszkańcy zaczynają chodzić do centrów handlowych.
- Problem tkwi w tym, że kiedy taki człowiek wychodzi z faweli, staje się ciałem obcym w społeczeństwie białym. Jest wykluczony, od razu obdarzony stygmatem. Nie dostanie normalnej pracy, nawet jeśli posiada kwalifikacje i jest skazany na niższe zarobki. Ale jest pracowity. Znam tutaj ludzi, którzy pracują po 15 godzin dziennie i mówią o tym z uśmiechem – mówi Polak.
Jego zdaniem mieszkańcy faweli nie zyskają na mundialu absolutnie nic. Turniej odbywa się niby tuż obok, ale jednak bardzo daleko. Mogą go sobie obejrzeć w telewizji. Zaś pacyfikacja i cywilizowanie faweli są robione nie dla nich, ale dla zysków politycznych i ekonomicznych. Po pacyfikacji faweli kilometr dalej rosną ceny gruntów, na czym znakomicie zarabiają deweloperzy.
- Pytanie brzmi, co się stanie po igrzyskach olimpijskich w Rio? Jeśli po obu wielkich imprezach policja wyjdzie z faweli nastąpi efekt jojo. Wszystkie problemy wrócą ze zdwojoną siłą i miasto pogrąży się w chaosie – kończy.
Z głośników na dolnej stacji kolejki ryczą „Cztery Pory Roku” Antonio Vivaldiego. Słuchając klasycznej muzyki do snu na kartonach i gazetach układają się wzdłuż ulicy ci, których w faweli nie stać nawet na kilka metrów klepiska pod dachem…

Futebol w faweliVictoria

Koniec karnawału w Brazylii odroczony do meczu z Kolumbią?

James Rodriguez To był niesamowity dzień na mundialu. Widzieliśmy dwa jakże odmienne triumfy i dwie odmienne klęski. Łzy radości Brazylii i łzy smutku Chile. Kolumbijczycy oczywiście byli zachwyceni awansem do ćwierćfinału, ale nie było żadnych łez, raczej „piątki” po dobrej robocie i okrzyki, że „to kolejny krok do wielkości, teraz trzeba wykonać następny”. I oczywiście oklaski na cześć Jamesa Rodrigueza, pierwszego piłkarza od 2002 roku, który strzelił gole w każdym z pierwszych czterech meczów mundialu, czym wyrównał osiągnięcie Ronaldo i Rivaldo z turnieju w Japonii i Korei w 2002.
Urugwajscy piłkarze nie rozpaczali po odpadnięciu, a przynajmniej nie tak rozpaczliwie jak Chilijczycy. Po ostatnim gwizdku widziałem zapłakanych kibiców „Celeste”, np. kobietę ciągnącą za rękę może 10-letniego synka, chlipiącego na potęgę, których serdecznie pocieszali kibice Kolumbii. Ale sami zawodnicy Oscara Tabareza byli raczej źli niż smutni, na siebie, FIFA, międzynarodowe media za „spisek”, którego efektem było wyrzucenie Luisa Suareza. Jakby jeszcze przed meczem wiedzieli, że wszystko ma się skończyć ich odpadnięciem z turnieju.

col5

Niezwykle znamienne były łzy szczęścia Brazylijczyków po ostatnim karnym Gonzalo Jary, który trafił w słupek. Canarinhos i ich fani na stadionie Belo Horizonte cieszyli się jakby Brazylia właśnie wygrała finał. Łzy Neymara czy Julio Cesara były łzami wielkiej ulgi. A przecież zabrakło centymetra, dwóch, żeby ich nerwówka trwała nadal i Bóg wie czym skończyła się. Zaglądając w oczy zawodników Luisa Felipe Scolariego, gdy szykowali się do serii jedenastek, miałem wrażenie, że widzę ogromny strach. Rozmodlony kapitan Thiago Silva, ściskający Julio Cesara jakby ten właśnie miał ruszyć przed pluton egzekucyjny. Twarz samego Cesara, wchodzącego do bramki, jakby za chwilę miał przed nim stanąć chilijski żołnierz z odbezpieczonym Mauserem, a nie piłkarz…

Oglądaliśmy to spotkanie w jednej z tysięcy knajpek Rio de Janeiro, obleganych przez kibiców w żółtych koszulkach. Kibicowali ze wszystkich sił, aż ich nosiło. Co chwila ktoś przebiegał przez środek z trąbiąc na caxiroli, lokalnym odpowiedniku wuwuzeli. Co chwila za naszymi plecami grzmiały petardy, a niebo przesłaniały fajerwerki. Wszystko na próbę, w oczekiwaniu na właściwy moment. Niby nadszedł, gdy gola na 1:0 na spółkę z Jarą strzelił David Luiz. Ale Chile po chwili wyrównało i patrząc na grę swych Canarinhos, zwłaszcza bezradnego Neymara, pudła Freda i jeszcze gorsze Jo, który go zastąpił, nieefektywnego Dani Alvesa, Fernandinho, który miał nie wiele więcej kontaktów z piłką od Cesara, co raz częściej klaskali ze zniecierpliwienia w ręce, pokrzykiwali do monitora. Od „chilijskiego pajaca” dostało się kelnerowi, traf chciał, że akurat Chilijczykowi, który aż łapał się za usta, żeby uśmiechem nie irytować stałych bywalców. Co raz więcej znaków zwiastowało katastrofę, której tak bardzo obawiają się wszyscy w Brazylii. A raczej obawiają się porażki w finale, tu zaś w powietrzu wisiała „horizontaza”, „mineiraza”, „chileaza” i cały inny zastęp przeklętych mutacji „maracanazy” od finałowej porażki z Urugwajem w 1950. – Żeby Belo Horizonte nie trzeba było zmienić na Feio Horizonte (ładny na brzydki) – rzucił któryś z gości.

Ulga BrazyliiBrazylia grała tylko zrywami. Ani przez chwilę nie zdominowała rywala. Gola strzeliła po stałym fragmencie, rzadko jednak wykorzystywała przewagę nad Chile w powietrzu, której nie będzie miała w konfrontacji z Kolumbią. Podobnie jak lepszego przygotowania fizycznego. Chilijczycy zwłaszcza po zejściu Arturo Vidala stracili siłę i rozpęd. Kolumbii zdominować fizycznie raczej im się nie uda, tym bardziej, że z powodu żółtych kartek nie będzie mógł zagrać Luiz Gustavo.

To czego byliśmy świadkami dwie godziny później na Maracanie, było prawdziwym pokazem siły reprezentacji Kolumbii. Kto wie czy gdyby zamiast mrowia urugwajskich kibiców w maskach z twarzą Luisa Suareza, na boisku objawił się on sam, wiele by to zmieniło? Grająca w ustawieniu 4-2-2-2 drużyna Jose Pekermana, Argentyńczyka, który na mundialu nigdy nie przegrał meczu (nie licząc porażki w karnych z Niemcami w ćwierćfinale MS w 2006 roku) narzuciła rywalom swój ofensywny, piękny styl. I przede wszystkim miała swojego bohatera – 22-letniego „Hamesa” Rodrigueza, który strzelił dwa gole, w tym pierwszego – pewnego kandydata do bramki turnieju. Brazylijczycy marzyli, żeby w Chile w takiej roli właśnie wystąpił Neymar. Ale zawodnik Barcelony błysnął tylko raz, gdy pewnie wykorzystał karnego, o co – jak ujawnił po meczu – gorąco się modlił do Boga, prosząc o siłę i wsparcie, w trakcie marszu na jedenasty metr.

Col4

Dzięki wygranej, która dla Kolumbii jest historycznym sukcesem, ale także przekonywującemu i atrakcyjnemu stylowi gry, drużyna Pekermana jest na fali. Wie, że z Brazylią może tylko wygrać. Że nie jest zakładniczką nieobecnego gwiazdora, Radamela Falcao, że potrafiła wykreować na mundialu nową gwiazdę (a może gwiazdy, obok Jamesa Rodrigueza nie wiele mniej błyszczał Juan Cuardado, który ma już na koncie cztery asysty). Że zmazała traumę z 1994 roku, kiedy na mundial w USA również jechała w roli „czarnego konia”, ale nie zdołała wyjść z grupy, co życiem przypłacił Andres Escobar, zastrzelony w barze autor samobója w meczu z gospodarzami turnieju.

Brazylia, która nie ma wartościowych zmienników (dramatycznie pokazały to zmiany Scolariergo, a zwłaszcza Freda na Jo), która z Chile ledwo wyniosła głowę spod topora ma się czego bać przed meczem w Fortelazie. Na dziś wygląda na to, że koniec karnawału w Rio i całej Brazylii został odroczony do meczu z Kolumbią…

Col3