KONKURS! Mój magiczny futbolowy moment 2014

Cristiano Ronaldo i Leo MessiJak wiadomo nasz piłkarski świat dzieli się na tych, którzy uważają, że najlepszym piłkarzem świata jest Cristiano Ronaldo i tych, którzy twierdzą, że przecież Leo Messi. Nie ma wątpliwości, że po latach będziemy wspominać ten okres w futbolu jako erę Messiego i CR7 oraz jakiegoś trzeciego trzeciego przez chwilę. W tym jest to Manuel Neuer, w innym Franck Ribery, Zlatan Ibrahimović, Arjen Robben. Ale królowie są dwaj. Cesarzowie wręcz. Znów natłukli w tym roku rekordów co niemiara, których nie sposób spamiętać. Gorzej gdy trzeba wymienić te mecze, które sami rozstrzygnęli. Pierwszy wygrał Ligę Mistrzów, drugi przegrał finał Mistrzostw Świata. Są wielcy, ja tego nie kwestionuję, lepszego wskazywać się nie odważę.

Ale poproszony o ułożenie listy 100 najlepszych piłkarzy w 2014 roku na pierwszym miejscu umieściłem Portugalczyka przed Argentyńczykiem (przy okazji zgłaszam votum separatum do ostatecznej 100! Robert Lewandowski dopiero 30. u mnie był w Top 10, podobnie jak Angel di Maria i Zlatan. Znacznie wyżej Sergio Ramos, Isco, Mario Mandżukić i David de Gea, w mojej setce zabrakło Gerarda Pique i Steve Gerrarda).

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia mam dla Was dwa prezenty do wyboru, w zależności od tego komu oddajecie hołd: smoczą koszulkę Realu Madryt na cześć Cristiano i reprezentacji Albiceleste na cześć Leo. Zwycięzców konkursu będzie dwóch.

Real i Argentyna

Co trzeba zrobić? Opiszcie zwięźle (w komentarzach na blogu może być w 140 znakach jak na Twitterze) swój najbardziej magiczny futbolowy moment 2014. Dlaczego właśnie ten?!Uzasadniając mądrze, jak najbardziej literacko się da, może być do rymu, byle nie przewlekle, haiku lub limerykiem…

Czekam do pierwszej Gwiazdki:)

Co do mnie, choć byłem na mundialu i napatrzyłem się na kawał fantastycznego futbolu, jakiego jeszcze na wielkich turniejach nie było, widziałem upadek wielkiej Hiszpanii, radosną grę Chile i Kolumbii, triumf Luisa Suareza nad Anglią, cudowne gole Robina van Persie czy Jamesa Rodrigueza, to jednak najbardziej magiczny moment przeżyłem we wrześniu na Stadionie Narodowym. Reprezentacja Polski, która nigdy w historii nie pokonała Niemców, nawet za najlepszych czasów Lubańskiego, Deyny czy Bońka, Polska z ligowcem Sebastianem Milą, który u żadnego innego selekcjonera nie usiadłby w takim meczu na ławce i rezerwowym Ajaksu, Arkadiuszem Milikiem. A naprzeciwko drużyna mistrzów świata, w tym samych czarno-czerwonych koszulkach, w których zmasakrowała Brazylię 7:1. A w bramce ludzka skała, czyli Manuel Neuer… Nie opisuję przeżycia, bo to zadanie dla Was…



 

Polska – Niemcy 2:0, czyli dlaczego balon nie pękł, ale niesie nas pod niebiosa

Polska - Niemcy 2:0! Bohater MilikTo co wydarzyło się w sobotę wieczór na Stadionie Narodowym to prawdziwy cud, zjawisko sprzeczne z prawami logiki, fizyki, Murphy’ego i wszystkich innych praw, które znosi prawo o nieprzewidywalności futbolu. Choć my: media napompowaliśmy gigantyczny balon oczekiwań i optymizmu, o dziwo nie pękł, ale uniósł nas wszystkich w górę i dziś płyniemy nim podniebny rejs. Napompowaliśmy balon, mimo że praktycznie nic nie przemawiało za sukcesem w tym meczu, a raczej wszystko przemawiało przeciw.

Po pierwsze historia. Ostatniego gola w meczu o stawkę zdołaliśmy wbić Niemcom 43 lata temu! Nie pokonaliśmy ich nigdy, ani za Wilimowskiego, ani za Pohla, za Lubańskiego, Deynę, Lato, Szarmacha, Bońka, Nawałkę, Dziekanowskiego, Urbana, Kowalczyka, Smolarka… Nie udało się Górskiemu, Piechniczkowi, Janasowi czy Beenhakkerowi, dlaczego miałoby się udać teraz. Zwłaszcza w świetle występów Polaków w ostatnich latach?

Po drugie przecież sam fakt gry ze świeżo koronowanym mistrzem świata powinien spętać nogi naszym piłkarzom jak w spotkaniu z Ukrainą na Narodowym. Czy nie powinni przegrać tego meczu w szatni, jak Legia przed rokiem w rewanżu ze Steauą na Łazienkowskiej? Ilu z nas drżało, że po 20 minutach będzie „brazyliana” czyli jak nie 0:3 to szczęśliwie 0:2.

Tymczasem:

@ „Biało-czerwoni” nie pękli. Różnicę 69 pozycji w rankingu FIFA jaka dzieli nas od lidera widać było momentami w kulturze gry i w statystyce 29 strzałów Niemców i 5 Polaków, ale na pewno nie głowach naszych zawodników. Przedmeczowe deklaracje, że „my się Niemców nie boimy” nie okazały się ściemą, a żarty na konferencji Grzegorza Krychowiaka i Wojtka Szczęsnego – jakie pasowały bardziej do konfrontacji z San Marino niż mistrzami świata – pokazały jak świetna w drużynie była atmosfera i jak spora wiara w siebie.

@ O dziwo sił starczyło naszym nie na tradycyjne 15 minut, nie na 45, 60 ale do końca. I to z Niemcami słynącymi z gry do końca, których trzeba pilnować aż do momenty gdy znajdą się pod prysznicem, o czym nie raz zdołaliśmy się przekonać.

@ Adam Nawałka – powitany przez dziennikarzy na konferencji prasowej oklaskami (sam biłem w dłonie) – który dotąd w kadrze właściwie nie dał nam żadnych powodów do optymizmu, zbierając cięgi za nadmierną selekcję i brak pomysłu – dobrał rozsądną taktykę z dwoma napastnikami – cofniętym Arkiem Milikiem, a przede wszystkim dokonał świetnych zmian. Nawet jeśli zmiana Kuby Wawrzyniaka była wymuszona, to wejście Sebastiana Mili prawdziwym Wejściem Smoka.

@ Szacun dla Nawałki za to, że zaufał Milikowi, grającemu ogony w Ajaksie i Mila, którego powołanie mimo świetnej postawy w Ekstraklasie wielu przyjęło ze zdumieniem i wzruszeniem ramion, zapewniając, że szans na grę nie ma żadnych.

Gerpol2

@ Wreszcie kapitalna była publiczność na meczu reprezentacji. Dotąd słusznie karcona za „piknikowy” i „korporacyjny” doping, którym tak bardzo odstawała od stadionów klubowych. Dziś Mateusz Klich mógłby jej klaskać przez cały czas. Momentami, gdy Niemcy ustawiali piłkę do rzutu wolnego przed naszym polem karnym decybele przy gwizdach przekraczały poziomem start Boeninga. Doping gdy nasi biegli do kontry – uskrzydlający. Tak głośno momentami nie było nawet podczas hałasu piekielnych wuwuzeli w RPA. Wspomniał o tym nawet Joachim Loew na konferencji, tłumacząc jako jeden z czynników przegranej. 

Po takim wyniku chwała należy się całej drużynie, ale trudno nie wyróżnić najważniejszych bohaterów. Jak Szczęsny, który był bezbłędny i natchniony jak w pamiętnym spotkaniu z Niemcami w Gdańsku. Opanowany i pewny siebie, obdarzał całą drużynę spokojem. Czy od dziś będziemy o nim mówić jako o „człowieku który zatrzymał Niemcy”, jak o Panu Janku, który zatrzymał Anglię?

Kamil Glik pokazał czemu został kapitanem Torino. Prawdziwy lider defensywy, waleczny, skory do poświęceń, niemal bezbłędny. Rozegrał swój najlepszy mecz w kadrze z silnym rywalem, podobnie jak Robert Lewandowski, który gola nie strzelił, ale to nie ma znaczenia. Inspirował ofensywę, dowodził atakami, rozbijał mur złożony z Jerome Boatenga i Matsa Hummelsa i wreszcie asystował przy golu Mili. Zagrał dokładnie tak jak od niego oczekuje w Bayernie Guardiola. O takim Lewym w kadrze marzyliśmy! Brawa dla Milika za postawę w całym spotkaniu, której przynajmniej ja się po nim kompletnie nie spodziewałem.

W ogóle wreszcie chyba wszyscy „biało-czerwoni” zagrali w kadrze na swoim poziomie klubowym, o co od lat ich błagaliśmy i rozkminialiśmy czemu tak nie jest. Choćby Łukasz Piszczek, który przy golu Milika asystował w stylu znanym i uwielbianym na Signal Iduna Park. Nawet Kuba Wawrzyniak, z którego lekko drwił Twitter, choć dawał się ogrywać Karimowi Bellarabiemu, nie popełnił większych błędów i to po odbiorze rozpoczęła akcja, która dała Polakom gola na 1:0.

Oczywiście mieliśmy w tym meczu kupę szczęścia. Nie tylko dlatego, że żaden z 29 niemieckich strzałów nie wpadł do siatki, a ten Łukasza Podolskiego trafił w poprzeczkę. Ładnie ze strony Manuela Neuera, bezsprzecznie najlepszego obecnie bramkarza świata, że wybrał mecz z Polską, żeby przycasillasować. Loew przywiózł do Warszawy drużynę zdekomponowaną po sukcesie na mundialu w Brazylii, bez kluczowych dla mistrzostwa świata piłkarzy jak Philip Lahm, Bastian Schweinsteiger, Mesut Oezil, itd., z piłkarzami nasyconymi, zmęczonymi mundialem oraz paroma żółtodziobami. Że nie są to chłopaki z Maracany widać było w towarzyskim meczu z Argentyną i o punkty ze Szkocja. Ale to problem Niemców, nie nasz i w żaden sposób nie umniejsza naszego sukcesu. Miał Loew do dyspozycji aż 15 mistrzów świata? Miał! I co z tego.

Oczywiście ten historyczny sukces nie oznacza, że nagle staliśmy się kandydatem do wygrani Euro 2016. Daleka droga do samego awansu na turniej we Francji. Przecież nie stłamsiliśmy mistrzów świata, nie rozbiliśmy jak Holandia Hiszpanię na mundialu w Brazylii. Zagraliśmy bardzo mądrze, z determinacją, koncentracją, wolą walki do końca i masą szczęścia. I chwała naszym! Wygrana z Niemcami doda im skrzydeł na dalsze mecze po paśmie klęsk i rozczarowań. Umocni w piłkarzach wiarę w selekcjonera – której, mam wrażenie brakowało – w jego pomysły i rozwiązania. Nic tak nie buduje szacunku i więzi drużyny z trenerem jak trafne decyzje przed meczem i te podjęte w ogniu walki, właściwe zmiany etc. Nie tylko Juergen Klopp, Guardiola, Arsene Wenger ale wyrosły z Ekstraklasy trener też może…

Teraz przekonajmy się czy „biało-czerwoni” są w stanie zagrać dwa dobre mecze z rzędu. Skoro jesteśmy w momencie przełomowym dla historycznej niemocy, to dlaczego nie przełamać i tej passy? Jest szansa, że tym nadmuchanym balonem polecimy pod niebiosa dłużej niż tylko do meczu ze Szkocją!


 

Moja ’11′ mundialu. Z dwoma bramkarzami!

Niemcy!

To był cudowny mundial! Szkoda, że już za nami, a następny dopiero z  a cztery lata (hej FIFA, a może coś z tym zrobimy?;) Czy był najlepszy w historii? Z tych, które oglądałem na bieżąco, a nie znam opowieści i zapisów sprzed lat – najlepszy! A przynajmniej z najlepszą runda grupową, wyjątkową, najbardziej wyrównaną i z mnóstwem sensacji jak klęska aktualnych mistrzów świata, zwycięstwo Kostaryki w grupie śmierci z byłymi mistrzami Urugwajem, Włochami i Anglią oraz wspaniałym ofensywnym futbolem bez kalkulacji. I z najlepszym finałem, z którym porównać mogę tylko ten z 1986 roku, również między Niemcami i Argentyną. Finałem, który obie drużyny chciały wygrać, w którym jedna z drużyn nie próbowała zabić futbolu jak Holandia w 2010, bez ruchu jednostronnego jak w meczu Francja – Brazylia w 1998, bez klinczu jak w 1990, 1994 czy 2006. Jedyne zastrzeżenie robię dla rundy pucharowej: lepsze mecze obejrzałem chyba podczas le Mondialu we Francji w 1998 (Argentyna – Anglia, Holandia – Argentyna, Holandia – Brazylia, Chorwacja – Niemcy 3:0).

I ze zwycięzcą, który zdecydowanie najbardziej zasłużył na triumf. Grającym ofensywny, kolektywny, skuteczny, porywający futbol. Niesamowita była mapka, która w trakcie finału mignęła na Twitterze, pokazująca komu kibicuje cały świat. Za Argentynę, która i tak w finale zagrała swój najlepszy i najładniejszy mecz na mundialu kciuki trzymało zaledwie kilka krajów z Ameryki Płd (bez Brazylii, ktoś w Azji, w Europie nikt). I to jest największy triumf trenera Joachima Loewa i jego chłopaków! Że dla niemieckiego futbolu, który przez lata budził szacunek skutecznością, ale odstręczał style i przyprawiał o ból zębów, zjednali sympatię całego świata. Że Loew konsekwentnie realizował i udoskonalał rewolucję, którą zapoczątkował wspólnie z Juergenem Klinsmannem w 2006 roku. Że miał przy tym wsparcie systemu szkolenia młodzieży swej federacji i Bayernu Monachium, które dostarczyły mu tak wybitnych piłkarzy jak Manuel Neuer, Philipp Lahm, Mats Hummels, Thomas Mueller, Toni Kroos, Bastian Schweinsteiger czy super-rezerwowy Mario Goetze. Właściwie każdy z nich miałby prawo odebrać tytuł Piłkarza Turnieju, symbolicznie przyznany za sukces całej drużyny, bo którego z nich wybrać.

Leo Messi z 'mandatem za szybką jazdę'Myślę, że Komitet Techniczny FIFA skrzywdził Leo Messiego, przyznając ten tytuł Argentyńczykowi. Odbierając statuetkę miał zresztą minę jakby odbierał bardzo gruby mandat. Rozczarowany wynikiem finału, ale zapewne i swoją postawą, nie złą, dobra, ale i nie wybitną. Czy myślał sobie, że na nagrodę o wiele bardziej zasługiwał nie tylko którykolwiek z Niemców, ale choćby Javier Mascherano z jego własnej drużyny, prawdziwy generał środka pola, od którego więcej celnych podań mieli tylko Lahm z Kroosem? Albo Arjen Robben lub James Rodriguez, którzy na mundialu błyszczeli o wiele jaśniejszym światłem od niego, byli prawdziwymi liderami ataku swych zespołów, o wiele bardziej przysługując się im niż Leo? Messi po raz kolejny dostał nagrodę za to, że jest Messim, a w pobliżu finału nie było akurat Cristiano Ronaldo, co po raz kolejny dowodzi bezsensowności indywidualnych nagród w futbolu. Tę najważniejszą zgarnęli Niemcy, indywidualną nagrodę powinien dostać co najwyżej najlepszy strzelec, bo tu przesądzają nie wrażenia artystyczne, ale konkretne liczby.

Navas i NeuerWrażeniem artystycznym wymieszanym z liczbami i faktami kierowałem się za to, przy wyborze jedenastki mundialu. W bramce postanowiłem umieścić… Keylora Navasa. Za niesamowitą ilość niewiarygodnych interwencji, które pomogły Kostaryce stać się sprawcą największej sensacji mundialu – wyjść na pierwszym miejscu z „grupy śmierci” po zwycięstwach z byłymi mistrzami świata, Urugwajem, Włochami oraz remisie z Anglią. I solidny i widowiskowy, a zaszedł dalej niż Guillermo Ochoa, też mocny kandydat do tego wyróżnienia.

Manuel Neuer miał o wiele mniej okazji, żeby się wykazać. Doceniam oczywiście jego kunszt i status jednego z najlepszych obecnie golkiperów świata, by uhonorować i jego i Navasa, Niemca umieszczam… na lewej obronie, gdzie przecież odnalazłby się doskonale. Żaden inny bramkarz nie interweniował więcej poza polem karnym w historii mundialu. A i sam Neuer, wierzę, że przystałby na taką rolę bez focha.
Na prawej obronie oczywiście Philipp Lahm, bez zbędnych wyjaśnień. Na środku Mats Hummels (choć długo rozważałem czy nie Ezequiel Garay, przesądził wynik w finale i to, że Niemiec lepiej czyta grę) oraz Ron Vlaar, czyli nowy holenderski Jaap Stam, filar solidnej defensywy „Pomarańczowych” i jedno z największych odkryć mundialu. W pomocy Arjen Robben, Javier Mascherano, Thomas Mueller i James Rodriguez (o których już pisałem, liderzy i inspiratorzy swoich drużyn. Rozważałem czy nie wcisnąć tu jeszcze Toni Kroosa, ale choć doceniam jego wielki wkład w sukces Niemców, to pogrzebał swe szanse gorszym występem w finale. Rozważałem też czy zamiast „Hamesa” nie dać Neymara, ale Brazylijczyk stał się tu ofiarą kontuzję kontuzji i kiepskiej postawy kolegów. Nigdy nie dowiemy się, czy gdyby zagrał z Niemcami i Holandią pogromy byłyby równie wysokie).
Leo Messi łapie się do jedenastki turnieju, bo jak pisałem, choć nie zagrał wybitnie, to jednak bez jego czterech goli Argentyna nie zaszłaby tak daleko, on rolę talizmanu Albiceleste w przeciwieństwie do Nemara, spełnił. I na koniec Robin van Persie, który był kluczowym dopełnieniem układanki Louisa van Gaala i za najpiękniejszego gola turnieju przeciwko Hiszpanii (ex equo z golem Rodrigueza z Urugwajem), która to bramka w cudowny sposób otworzyła ten niesamowity, niesamowity mundial. Jak Wam się podoba taka ’11′? Macie lepszą?

Gratulując Niemcom, drżę już przed naszą październikową konfrontacją w eliminacjach Euro 2016. I już dziś w piłkarzach Joachima Loewa widzę głównego kandydata do obrony tytułu na mundialu w 2018 roku. W Rosji aż 14 piłkarzy z jego ekipy nadal nie będzie miało 30. lat, za to jeszcze większe doświadczenie za sobą, a w składzie Marco Reusa i tych kilku znakomitych młodziaków, których wyprodukuje perfekcyjny niemiecki system szkolenia młodzieży. Tylko zazdrościć!

amu1