Manchester. City United

CityUnitedTerroryści zataczają coraz ciaśniejszy krąg wokół sportu i wokół piłki nożnej… Futbol i pełne stadiony już jakiś czas temu przestały być tabu dla fanatyków, pragnących zadać cios zachodniej cywilizacji tam gdzie najbardziej zaboli. Wystarczy przypomnieć wybuchy przed Stade de France w trakcie towarzyskiego meczu Francja – Niemcy. Nie bez powodu autor zamachu na autobus z piłkarzami Borussii Dortmund próbował podszyć się pod islamskich ekstremistów, wiedząc że opinia publiczna i służby skrzętnie podchwycą ten trop.

Zresztą o jakim tabu mówimy, skoro terroryści właśnie dokonali zamachu na halę wypełnioną radosnymi nastolatkami, które przyszły do Manchester Arena na koncert ulubionej wokalistki. Skoro najmłodszą ofiarą zamachu stała się 8-letnia Saffie, co powstrzyma ich przed atakiem na kibiców czy piłkarzy?

Martwię się tym bardziej, że brytyjska premier Theresa May podniosła poziom zagrożenia atakiem terrorystycznym w kraju do najwyższego, czyli piątego. Oznacza to, że kolejny atak jest nie tylko bardzo prawdopodobny, ale może do niego dojść właściwie w każdej chwili. A zamachowiec nie był samotnym wilkiem, ale członkiem rozbudowanej siatki, którą trzeba wyłapać. Jego brata aresztowano w środę w Trypolisie… Tymczasem w Anglii i Walii za chwilę odbędą się dwie wielkie piłkarskie imprezy masowe o niezwykle istotnej randze – finał Pucharu Anglii na Stadionie Wembley w Londynie i finał Ligi Mistrzów w Cardiff…

W tych ponurych chwilach po ataku cieszą mnie wszystkie ludzkie gesty solidarności i nie rozumiem, czemu tak wiele osób w mediach społecznościowych irytują hasztagi w rodzaju #PrayforManchester, czy wcześniej #PrayforParis. Dlaczego naśmiewać się osób, które chcą dać wyraz empatii w jedyny sposób w jaki mogą? Przecież nie zaciągną się do armii na wojnę przeciwko Państwu Islamskiemu.

Wspaniała była reakcja mieszkańców miasta, którzy w obliczu tragedii natychmiast się zjednoczyli. W noc zamachu taksówkarze za darmo rozwozili poszkodowanych i wstrząśniętych uczestników do domu, innych obcy ludzie przyjmowali w swoich mieszkaniach.

Ulice i media społecznościowe obiegły niebiesko-czerwone banery z hasłem CityUnited. Następnego dnia tłumy zgromadziły się na czuwaniu w intencji ofiar na Albert Square, by wyrazić sprzeciw wobec terroru. Deklarowali, że nie dadzą się złamać, zastraszyć ani podzielić. Że są dumni z bycia mieszkańcami Manchesteru. A Manchester nigdy się nie poddaje.

Zawodnicy obu rywalizujących klubów z Manchesteru na Twitterze i Facebooku wyrażali wsparcie i deklarowali modlitwę, w tym także byłe gwiazdy MU jak Cristiano Ronaldo, David Beckham, Patrice Evra czy Rio Ferdinand, a Eric Cantona wrzucił wzruszający film na You Tube. Były pomocnik City, Joey Barton, znany z niewyparzonego języka w swoim stylu zbluzgał zamachowca. Kondolencje rodzinom z hasztagiem #Ilovemanchester złożył trener City, Pep Guardiola, którego żona i córki także były na feralnym koncercie Ariany Grande.

Jego klub w noc ataku zapraszał rozproszonych w szoku uczestników koncertu na Etihad Stadium, gdzie czekało na nich jedzenie, napoje, koce i… ładowarki do telefonów komórkowych, by jak najszybciej mogli nawiązać kontakt z bliskimi. Pomocnik City, Yaya Toure wraz z agentem przeznaczył 100 tys. funtów na pomoc dla rodzin ofiar. To samo zadeklarowała ikona MU, Wayne Rooney.

Pięknie zachowali się rywale klubów z Manchesteru w Premier League. Chelsea odwołała zaplanowaną na niedzielę paradę z okazji zdobycia mistrzostwa Anglii, a Arsenal party na swoim stadionie Emirates, gdzie na telebimach miał być transmitowany finał Pucharu Anglii, dla tych którzy nie załapali się na Wembley. Być może po części o odwołaniu imprez zadecydowały względy bezpieczeństwa, ale na pewno nie tylko. Władze Chelsea, której piłkarze mieli przejechać ulicami niebieskim piętrusem bez dachu uznały, że w obecnej sytuacji byłoby to niestosowne. To nie jest odpowiedni moment do świętowania i wyrażania radości. I zamiast tego ogłosiły publiczną zbiórkę pieniędzy dla rodzin ofiar tragicznego zamachu.

Arsenal także zapowiedział rezygnację z parady w razie ewentualnego zdobycia Pucharu Anglii. Jego zawodnicy podobnie jak piłkarze „The Blues” zagrają na Wembley z czarnymi opaskami na ramieniu.

A piłkarze Manchesteru United zadedykowali mieszkańcom (czerwonej) części miasta wygraną w Lidze Europy w Sztokholmie. Wcześniej uczcili ofiary minutą ciszy nie tylko przed rozpoczęciem finału ale i na treningu dzień przed spotkaniem. Może gdyby mogli, zwłaszcza wychowankowie klubu jak Marcus Rashford czy Jesse Lingard, przełożyliby mecz na inny termin, nie dwa dni po tragedii. Pamiętając jedna reakcję UEFA na zamach w Dortmundzie nikt nawet nie wyszedł z taką propozycją.

UEFA zrezygnowała przynajmniej z uroczystej ceremonii otwarcia finału. A Jose Mourinho z brylowania na przedmeczowej konferencji prasowej. Odczytał tylko krótkie oświadczenie, łącząc się w bólu z rodzinami zabitych i zniknął, nie odpowiadając na pytania. Uznał, że w dniu w którym w mediach dominują dramatyczne opisy tragedii i apele zdesperowanych rodziców, poszukujących zaginionych dzieci, nie ma miejsca na kwestie taktyczne czy ulubione gierki psychologiczne…

Manchester - CityUnited

Dobrze, że MU wraca do elity!

Manchester UnitedChwała Ajaksowi za wystawienie w finale Ligi Europy najmłodszego składu w historii finałów europejskich pucharów (średnia 22 lata i 282). Świetnie, że pozostał wierny ofensywnej filozofii swego trenera Petera Bosza, prezentowanej konsekwentnie przez cały sezon. Dziękujemy za atrakcyjną, ofensywną grę. Te dryblingi, mijanki, zwody Traore i jego kolegów były efektowne. Brawo za przewagę w posiadaniu piłki i to, że przyjechali do Sztokholmu grać w piłkę. Puchar Ligi Europy zdobyła jednak drużyna, która nie tyle chciała grać, co wygrać. Zwyciężyło doświadczenie finałowe Jose Mourinho, wyrachowanie, umiejętność wybijania rywala z rytmu i kontrolowania gry przez 90 minut. MU umiejętnie rozjechało autobusem entuzjazm amsterdamczyków.

Dzieciaki z Ajaksu muszą się jeszcze sporo nauczyć. Także większej wstrzemięźliwości i szacunku wobec bardziej doświadczonego i utytułowanego rywala. De Ligt – 17-letni, najmłodszy zawodnik w historii finałów europejskich pucharów – szybko pożałował słów o Pogbie, że „nigdy nie widział, żeby worek pieniędzy strzelał gola”. „Worek” trafił do siatki już w 18. minucie. Dzięki rykoszetowi, ale był to w wykonaniu Francuza jeden z najlepszych meczów w sezonie. Harował w defensywie, pomocy, kreował ataki, jakby wiedział, że cała Europa patrzy więc trzeba potwierdzić status najdroższego piłkarza świata. Tym samym załatwił sobie i drużynie przepustkę do Ligi Mistrzów. Kuchennymi drzwiami, bo grą w Premier League MU nie zasłużyło sobie na grę w elicie. Dobrze jednak, że do niej wraca. Takie gwiazdy jak Pogba, Zlatan, Mkitarjan, de Gea do niej przynależą, smutne było oglądanie ich w czwartkowe wieczory. Tak jak Mourinho, który w tej edycji Champions League występował wyłącznie w reklamach jej sponsora.

Jose MourinhoNiesamowite jest to zdjęcie Mourinho tuż po ostatnim gwizdku finału. Pokazuje jak wielką czuł presję, która właśnie z niego zeszła. Nigdy też nie widziałem, żeby aż tak bardzo cieszył się po wygranych finałach, tak szalał z piłkarzami podczas dekoracji. Tyle w karierze przeszedł, że potrafią go cieszyć nawet drobne sukcesy i przyjemności ;)

 

Kamień milowy Mino Raioli

Mino Raiola i Paul PogbaTo nie mógł być przypadek, że parę dni po transferze Paula Pogby do Manchesteru United za rekordową w historii futbolu sumę 105 mln euro, pośredniczący przy tej transakcji agent piłkarza, Mino Raiola kupił sobie w Miami willę należącą niegdyś do Ala Capone. Dom, w którym najsłynniejszy gangster w historii świata pomieszkiwał od 1928 roku do śmierci w 1947 ma co prawda siedem sypialni, basen i prywatną plażę, ale kosztował 8 mln euro, czyli nawet nie połowę prowizji jaką Raiola zainkasował za transfer, czyli – jak nam się wtedy wydawało – 23 mln euro. Jak na rezydencję na wschodnim wybrzeżu USA to wcale nie jakaś zawrotna suma. Ot, choćby znany baseballista, Alex Rodriguez dopiero co kupił w Miami rezydencję za 24 mln. Włoch spokojnie mógł znaleźć bardziej luksusowe lokum. Ale liczył się symbol. Raiola znany z zamiłowania do prowokacji, ostrych słów w wywiadach gdy trzeba bronić swoich zawodników (potrafił wygarnąć Pepowi Guardioli, że może jest dobrym trenerem, ale jako człowiek nie jest wart złamanego grosza) wysłał środowisku sygnał kto tu jest „cappo di tutti cappi”.

Dotąd za największego rekina w branży całkiem słusznie uchodził Jorge Mendes. Może Raioli nie wystarczyło, że z pomocą Pogby pobił rekord transferowy Portugalczyka. Może chciał pokazać, że teraz nadchodzi jego czas, bo ma bardziej przyszłościowych zawodników w stajni. Trudno co prawda nazwać najsłynniejszego piłkarza Mendesa i zarazem jego przyjaciela, Cristiano Ronaldo zachodzącą gwiazdą, bo ustanawia kolejne rekordy, jest na najlepszej drodze po obronę trofeum w Lidze Mistrzów i kolejną Złotą Piłkę. To określenie bardziej pasuje do Zlatana Ibrahimovića, którego karierę prowadzi Raiola. Ale przyszłość zdecydowanie bardziej należy do takich jego piłkarzy jak Gianluigi Donnarumma, Romelu Lukaku czy właśnie Pogba niż do Angelo di Marii, Thiago Silvy czy Diego Costy ze stajni Mendesa.

Paradoksalnie pozycję Włocha i środowiskowy szacunek dla jego niekonwencjonalnych metod działania, na pograniczu prawa niczym słynny rodak z Chicago, mogą wzmocnić najnowsze rewelacje. FIFA potwierdziła w tym tygodniu, że sprawdza legalność transferu Pogby z Juventusu Turyn do MU. Zastrzegając, że nie chodzi o kwestie dyscyplinarne, ale wątpliwości jakie zgłosił wykrył Transfer Matching System, czyli narzędzie analizujące dane wszystkich transferów i przepływ pieniędzy w futbolu.

Kulisy odsłaniają fragmenty nieopublikowanej jeszcze książki „Football Leaks: The Dirty Business of Football”, będącej efektem śledztwa dziennikarzy tygodnika „Der Spiegel” na temat m.in. transferów Pogby i Ibrahimovića do MU. Dziennikarze ujawnili, że prowizja Raioli za transfer Francuza wyniosła tak naprawdę oszałamiające 49 mln euro! A to dlatego, że agent… reprezentował podczas negocjacji wszystkie trzy strony transakcji.

Tylko od Juventusu otrzymał aż 27 mln euro, przy czym nie była to prowizja za sprzedaż zawodnika, ale nagroda za wynegocjowanie tak wysokiej kwoty. Okazuje się, że kiedy w 2012 roku 19-letni zawodnik odchodził z MU za 2 mln euro (po tym jak wkurzył Sir Aleksa Fergusona, bo nie chciał przedłużyć kontraktu), Raiola podpisał z turyńskim klubem klauzulę, na mocy której zapewnił sobie przy kolejnym transferze 50 procent od sumy wynegocjowanej ponad 40 mln euro. Juve nie przewidziało, że padnie transferowy rekord świata, agent twierdzi dziś, że cały czas było to dla niego oczywiste.

Z kolei MU w 2016 był tak zdesperowany po kiepskich rządach Davida Moyesa i Louisa van Gaala, że zawarł z Raiolą kontrakt na „sprowadzenie Pogby na warunkach akceptowalnych przez klub”. Normalnie taka osoba walczyłaby o maksymalne zbicie ceny, ale przecież Raioli zależało na czymś wprost przeciwnym. MU był jednak tak zadowolony, że młoda gwiazda jednak wróci na Old Trafford, że wypłacił agentowi 19.4 mln euro. Doszła do tego jeszcze prowizja 3 mln euro od samego Pogby, któremu Raiola wynegocjował roczne zarobki w wysokości 10 mln euro za sezon.

Kwota prowizji agenta poraża. 49 mln euro – 99% procent klubów świata może pomarzyć o takim rocznym budżecie na wszystkie transfery. Kiedy w 1999 roku Lazio sprzedało Cristiana Vieriego do Interu Mediolan za 50 mln dolarów, watykański dziennik „Osservatore Romano” nazwał sumę transferu „obrazą dla ubogich”, ciekawe jak skomentowałby teraz?

Ale nie suma zarobiona przez Raiolę jest tu problemem, ale jego postawa, która wygląda na ewidentny konflikt interesów. Ale tylko pozornie, bo deregulacja przez FIFA zawodu agenta piłkarskiego w 2014 roku, zastępująca agentów pośrednikami, pozostawiła stronom decyzję czy zgadzają się na podobne konflikty. Jeżeli wszystkie dają zielone światło, nie ma problemu. W Premier League jest na porządku dziennym, że ta sama osoba reprezentuje piłkarza, któremu zależy, żeby zarobić jak najwięcej i klub, w którego interesie leży żeby zapłacić mu jak najmniej.

Raiola odpiera też zarzuty, że w przypadku Pogby doszło do zakazanej przez FIFA third-party ownership, czyli sytuacji gdy właścicielem zawodnika lub jego części jest ktoś jeszcze oprócz klubu np fundusz inwestycyjny, agencja menadżerska czy agent. Przecież gdyby Francuz poszedł za 40 mln euro, nie miałby z tego ani grosza.

Tak więc reprezentowanie przez Raiolę trzech stron transferu i zagarnięcie za to najwyższej prowizji w historii futbolu, trzeba mu uznać za kamień milowy i wejście na nieosiągalny dotąd poziom. I to zupełnie legalnie. Włoch mógłby powtórzyć za Al’em Capone w czasach prohibicji: „Jestem zwykłym biznesmenem, po prostu daję ludziom to czego tak bardzo potrzebują”.

Mino Raiola i Mario Balotelli

Hej Premier League, czas na zmiany! Chcę moje mecze o 16:00!

Rooney 250 goal!Chciałem w weekend obejrzeć mecz Stoke City z Manchesterem United – żeby przypadkiem nie przegapić 250. gola Wayne’a Rooney’a w barwach „Czerwonych Diabłów” – i ku mojemu zdziwieniu po raz kolejny okazało się, że w CANAL+ SPORT nie transmitują na żywo spotkania o 16:00. Jakże to tak? Rozumiem, że „zimne, sobotnie popołudnie na Britannia Stadium”, ale jednak gra najbardziej popularny i silny marketingowo klub świata, z Ibrą, Pogbą, wspomnianym Rooney’em w składzie, o Jose Mourinho na ławce nie wspominając. Nie trzeba umysłu Sherlocka Holmesa, żeby przewidzieć, że mecze MU napędzają oglądalność każdej telewizji. Zasięgnąłem więc języka u żródła, czyli u przyjaciół z C+.

Co się okazuje. Gdyby tylko stacja mogła, pewnie że pokazywałaby najciekawsze mecze o 16. (zazwyczaj rozgrywanych jest wówczas równolegle kilka spotkań). Ale nie może ze względu na wieloletnią wyspiarską tradycję – wyjaśnił mi Tomek Smokowski. Pewnie nie wszyscy wiecie, że Angielska Federacja Piłkarska jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku wprowadziła regulacje, zgodnie z którymi mecze ligowe rozgrywane w soboty o 15:00 (GMT czyli ich czasu) nie mogą być pokazywane na żywo w telewizji. Pomysłodawcom chodziło o zachęcenie kibiców do przychodzenia na stadiony. Czasy się zmieniają, frekwencja na meczach Premier League rośnie, latami trzeba czekać na wolny karnet, rosną też sumy jakie stacje telewizyjne płacą za prawa transmisji (obecny trzyletni kontrakt kosztował SKY 5 miliardów funtów, a przepis wciąż obowiązuje! Tradycja ponad wszystko! O 15:00 miejscowego czasu meczu w Wielkiej Brytanii legalnie nie obejrzycie. I to nie tylko meczu Premier League. Jak opowiada Smok, kiedy ostatnio El Clasico ruszało o 16:00, też nikt go na Wyspach nie pokazywał. W tym czasie na wszystkich sportowych stacjach lecą wyścigi konne. Oczywiście poza Brytanią ten zakaz nie obowiązuje i stacje telewizyjne posiadające prawa do Premier League w Europie i na świecie mogą bez problemu transmitować te mecze. Chociaż i je pośrednio dotyka ta regulacja – muszą wybierać do transmisji jeden z kilku rozgrywanych jednocześnie meczów.

Smok szerzej o tym opowiedział w poniedziałkowej Misji Futbol (od 16:50)

Jednak globalizacja spowodowała zgrzyt w tym systemie i kłopot ze skutecznym egzekwowaniem anachronicznego przepisu. Potrzeba jest matką wynalazków i jeśli jest problem z dostępnością na rynku jakiego dobra bądź usługi, a popyt na nie jest duży, to zawsze znajdzie się sposób na dostarczenie pożądanego „towaru”. A już mistrzami w znalezieniu potrzebnej „furtki” są nasi rodacy, których jak wiadomo na Wyspach nie brakuje. Wraz z nimi do Anglii trafiły dekodery platformy nc+, w których mecze o 16:00 można dotąd było oglądać bez problemu. A następnie i do angielskich pubów, których goście, racząc się ulubionym Guinnessem, Fuller’s London Pride czy
Bishops Fingerem mogą oglądać w telewizji mecze o „zakazanej godzinie”.

Jest to oczywiście proceder niezgodny z prawem, zdecydowanie zwalczany przez Premier League. Każdej soboty tysiące „tajemniczych klientów” (mystery shoppers) ruszają do pubów kontrolując czy nie jest łamany zakaz z lat 60. XX wieku. I ciągle znajdują lokale, którymi zawiadują nieuczciwi właściciele, i którzy nic sobie nie robią z tego staroświeckiego zakazu. W efekcie obrywa nc+ i my widzowie, bowiem brak meczów o 16. w zagranicznych stacjach to efekt wkurzenia Anglików. Trudno właścicieli praw telewizyjnych winić za zdecydowaną walkę z piractwem, na którym traci cały biznes medialny, sportowy, kibice i Skarb Państwa.

A przecież rozwiązanie wydaje się proste – wystarczyłoby wyłączyć sygnał w „złapanych na gorącym uczynku” dekoderach i po kłopocie. Niestety, zawiłości prawa brytyjskiego i europejskiego powodują, że to nie jest takie proste. Łatwej jak się okazuje ograniczyć nadawcę z Polski, uderzając przy okazji w fanów Premier League znad Wisły. A już najlepszym i najprostszym pomysłem, który definitywnie załatwiłby sprawę byłoby zniesienie anachronicznych regulacji, dzięki czemu znacznie zyskałaby pozycja Premier League na całym świecie. Obawiam się jednak, że Anglicy będą się kurczowo trzymać tradycji jak jeżdżenia po lewej stronie.

Chyba, że ktoś z Was zna jakieś lepsze rozwiązanie tego galimatiasu, czekam na prpozycje w komentarzach…

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

5 miliardów za Premier League czyli sok z suszonych śliwek

 

Miliardy za Premier League

Czy rekordowe 5,1 miliarda funtów za prawa do transmisji Premier League to wspaniała wiadomość tylko dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości i dealerów Ferrari?

5 000 000 000.

Słownie: pięć miliardów. Funtów. Na nasze to 29 miliardów złotych. Góra pieniędzy trudna do wyobrażenia. Więcej niż wynosi roczny budżet Islandii, w końcu europejskiego kraju, Wybrzeża Kości Słoniowej, niedawnego triumfatora Pucharu Narodów Afryki, Paragwaju, Jamajki, Gruzji czy Senegalu i setki państw i państewek. Albo jeśli ktoś woli, więcej niż PBK Mołdawii lub Czarnogóry. Dokładnie 5 136 000 000 funtów zapłaciły telewizje Sky Sports Ruperta Murdocha i BT Sport należąca do brytyjskiego giganta telefonicznego za prawa do transmisji meczów Premier League na trzy sezony (w latach 2016-19). Do transmisji meczów tylko na Wyspach! Dopiero w przyszłym roku Premier League sprzeda prawa na zagranicę i bardzo możliwe, że zgarnie drugie tyle – już w poprzednim trzyletnim rozdaniu azjatyckie, europejskie i amerykańskie stacje zapłaciły 2 miliardów funtów.
Obie stacje pokażą przez trzy lata w sumie 504 spotkania (rekordowe 168 w sezonie), oznacza to, że każdy spotkanie jest warte 10 milionów 190 tysięcy funtów, a każda minuta – czy to szlagierów jak Chelsea – Manchester City, Derbów Północnego Londynu czy meczu ciężej strawnego w rodzaju grudniowego Newcastle United – Stoke – 113 tysięcy funtów. W porównaniu z obowiązującym wciąż kontraktem cena praw wzrosła o 70 procent!
Dla Premier League to premia za status najbardziej wartościowych rozgrywek piłkarskich świata – zgodnie z raportem Credit Suisse, który wśród rozgrywek w ogóle wyżej stawia tylko futbolową NFL, koszykarską NBA i basebalową MLB, ale amerykańskie ligi mają o wiele więcej drużyn, ich lokalny rynek jest o wiele większy i pokazywane są w otwartych telewizjach. Oraz skutek przyjętego dawno temu przez Anglików systemu podziału pieniędzy z praw telewizyjnych, w którym cała suma dzielona jest na trzy cześci: 50% podlega równemu podziałowi między wszystkie kluby, nie ważne czy to mistrz Anglii, klub z wielkimi tradycjami czy debiutujący w elicie. 25 % zależy od liczby transmitowanych meczów, a kolejne 25 % od miejsca w tabeli na koniec sezonu.
Czyli inaczej niż w Hiszpanii, gdzie Real Madryt i FC Barcelona rozparcelowują między siebie połowę pieniędzy z praw telewizyjnych. Kluby Primiera Division częściej ostatnio triumują w Lidze Mistrzów, to ich gwiazdy – Leo Messi i Cristiano Ronaldo – od sześciu lat dzielą miedzy siebie Złotą Piłkę, podczas gdy ostatnim rerpezentantem Premier League, który przebił się do finałowej trójki był w 2008 Ronaldo jeszcze jako zawodnik Manchesteru United. Ale to właśnie z powodu duopolu Barcy i Realu – z rzadka przełamywanego przez kogoś jak ostatnio Atletico Madryt – dla których cała reszta ligi jest tłem, hiszpański rynek praw telewizyjnych wart jest niecałe 600 milionów funtów za sezon, czyli niemal czterokrotnie mniej od angielskiego.
Premier League jest zdecydowanie bardziej wyrównana, a przez to bardziej ekscytująca i atrakcyjna dla widzów, stąd jej oglądalność jest na świecie dwukrotnie większą od La Liga. Jak szczycił się jej dyrektor zarządzajacy, Richard Scudamore podczas ogłaszania nowego kontraktu, ostatni klub minionego sezonu, Cardiff City potrafił pokonać przyszłego mistrza Anglii – Manchester City – zaś z praw telewizyjnych zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium (62 miliony funtów w porównaniu z 27 milionami Bawarczyków). Co ciekawe Cardiff zainkasował tylko 1,5 razy mniej od Manchesteru United, klubu, który zarobił wówczas najwięcej. W Hiszpanii giganci zarabiają 6,5 razy więcej niż ostatni klub tabeli.

Telewizje kochają Premier LeagueNie potrzebna była zresztą bomba z angielskimi miliardami, by Real i Barca już jakiś czas temu wyraziły gotowość do renegocjacji warunków podziału wpływów z praw telewizyjnych, najwyraźniej kalkulując, że warto ustąpić, by później zarobić jeszcze więcej w silniejszej i bardziej konkurencyjnej lidze.
Scudamore podł też przykład Burnley, beniaminka walczącego o utrzymanie w Premier League, który „jest pod względem ekonomicznym większym klubem niż Ajax Amsterdam”. Od 2016 roku będzie pod tym względem jeszcze lepiej. Zakładając, że jakaś drużyna przegra wszstkie co do jednego mecze w sezonie i tak na jego koniec otrzyma 99 milionów funtów, czyli nie wielie mniej niż Real i Barca! A mistrz Anglii – 159 minionów.
- Futbol został zalany forsą. Teraz obetnijcie ceny biletów, niech znów mogą sobie na nie pozwolić prawdziwi kibice – skomentował na Twitterze Gary Lineker, jeden z nielicznych na Wyspach, którzy nie zachłystnęli się sumą kontraktu. Wtórował mu dziennikarz “Daily Telegraph” Henry Winter, wzywając do wyznaczenia maksymalnej ceny 20 funtów na bilety na mecze wyjazdowe, czyli dla najwierniejszych fanów i zniżek dla młodzieży do 24 lat, by nie stracić “całego pokolenia, które poszuka sobie rozrywki gdzie indziej”.
To nie jedyne wątpliwości jakie ogarnęły Anglików co efektu gigantyczneg kontraktu. – Na razie to wspaniała wiadomość dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości, dealerów Ferrari… – ironizował Winter. Podobne obawy ma były właściciel Tottenhamu, Alan Sugar, który stwierdził, że miliardy Sky i BT Sport wpompowane w angielski wywołają efekt “soku z suszonych śliwek”, czyli szybko zostaną „wydalone z organizmu”, prosto do kieszeni zawodników i ich agentów, a na wszystkim straci… reprezentacja Anglii. Kluby dostaną bowiem środki, by walczyć i o sukcesy i o przeżycie, opłacając jeszcze wyższe kontrakty międzynarodowych gwiazd, zwłaszcza z Ameryki Południowej, którzy nigdy jeszcze taką masą nie zaludniali Premier League, blokując drogę rozwoju młodym Anglikom. Już jest pod tym względem źle. Tacy zawodnicy jak Harry Kane w Tottenhamie, młody, lojalny wychowanek klubu, gotowy zrobić dla niego wszystko już są fenomenem i odstępstwem od reguły. A bez nich Anglia może powoli porzucać marzenia o sukcesie na mistrzostwach świata i Europy.

5 miliardów Premier League

Juergen Hiobb i jego łóżko pełne gwoździ

Juergen Hiobb i jego kompaniaJose Maria Bakero, który z pracy w Ekstraklasie pozostawił po sobie wspomnienie kiepskiego trenera, ale za to cudownego rozmówcy, przekonywał mnie w 2010 roku, że fenomenalna passa Barcelony potrwa jeszcze może dwa, trzy lata. Brzmiało to jak herezja. Za chwilę Barca miała wygrać finał Ligi Mistrzów po raz drugi w ciągu trzech lat, powszechnie nazywaną ją „drużyną wszech czasów”. Przyszłość? Dopiero co aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia wystąpiło w finale mistrzostw świata! Ale Bakero przestrzegał, że to kwestia cyklu, który po prostu musi kiedyś dobiec końca. Tak jak musiał się skończyć „Dream Team” Johana Cruyffa, którego częścią był on sam. Gdy nadejdzie czas, w la Masii ciężko będzie znaleźć następców Xaviego, Andresa Iniesty, Charlesa Puyola, Sergio Busquetsa czy Cesca Fabregasa.
Trwają spory czy za datę końca tego barcelońskiego cyklu przyjąć porażkę z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów z Chelsea w 2012 roku czy raczej definitywnym końcem „ery Guardioli” była porażka z Realem Madryt 1:3 na Camp Nou. Ale cykl został zamknięty. Oczywiście dzisiejsza Barcelona nadal liczy się w walce na wszystkich frontach, ale jest to inna Barca. Raczej Messiego, Neymara i Suareza niż Messiego, Xavego i Iniesty, targana wewnętrznymi sporami, dotknięta zakazem transferowym, zmieniająca prezesów i poszukująca trenera idealnego rozpoczęła nowy okres.

FC BarcelonaCo mają powiedzieć kibice innych drużyn, jeszcze do niedawna gigantów światowego futbolu, jak Manchester United czy AC Milan, w których koniec cyklu dopadł o wiele bardziej boleśnie.
MU po przejściu na emeryturę sir Alexa Fergusona, który przez ponad ćwierć wieku potrafił inicjować nowy udany cykl niemalże natychmiast po wygaśnięciu poprzedniego, stracił nie tylko prymat w Premier League ale i tożsamość. Symbolami jej utraty była sprzedaż do Arsenalu wychowanka Danny Welbecka, sprowadzenie zastępu międzynarodowych, przepłaconych do granic gwiazd na wzór rywali „bez historii”, z których dotąd drwili, jak „Chel$ea!” czy „$ity. W klubie, w którym przez lata nie miał się prawa znaleźć piłkarz „większy niż klub”, dziś jest ich aż nadmiar, z kapitanem Wayne Rooney’em na czele.
Wreszcie na koniec zatrzaśniętego właśnie okna transferowego MU wypożyczył z Boltonu Andy’ego Kelletta, o którym nikt wcześniej ani na Old Trafford ani w Premier League nie słyszał, bo 21-letni obrońca występował w czwartoligowym Plymouth Argyle, wymierzając tym samym siarczysty policzek klubowej akademii i jej zawodnikom.

Gra w Milanie do niedawna pozwalała na seryjne występy w finale Ligi Mistrzów i dawała gwarancję, że zawodnik będzie się liczył w walce o Złotą Piłkę. Dziś nikt w czerwonej części Mediolanu nie wymawia na głos ani słowa „Champions League” ani nawet „sudetto”, czyli mistrzostwo Włoch. Klub przedstawił właśnie plany budowy nowego stadionu na 48 tysięcy widzów, na który ma zamiar przeprowadzić się z 80 tysięcznego San Siro, jakby symbolicznie rezygnując z rywalizacji w tej samej lidze co Real, Barca, Bayern Monachium czy czołowe kluby angielskie.
Ale nawet schyłek wielkiego Milanu, jeszcze większe męczarnie w Serie A Interu Mediolan i rozterki kibiców MU bledną przy niesamowitym końcu cyklu siedmioletniej pracy Juergena Kloppa w Borussii Dortmund. Dwukrotny mistrz, dwukrotny wicemistrz Niemiec w ostatnich czterech latach i finalista Ligi Mistrzów w tym sezonie stoczył się na samo dno Bundesligi i właściwie nie wiadomo dlaczego.
Oczywiście powodów gorszej gry jest mnóstwo: odejście największych gwiazd – Roberta Lewandowskiego i Mario Goetze, którzy wzmocnili konkurencję, brak wartościowych następców – tak jak ani Adrian Ramos ani Ciro Immobile nie zdołali wypełnić luki po Lewandowskim, tak Henri Mkitarian ani Pierre Aubameyang nie zastąpili Goetze. Czy wielkie zmęczenie stylem gry preferowanym przez Kloppa, atrakcyjnym dla kibiców, ale morderczym dla wykonawców, zwłaszcza przy zawsze krótkiej w Borussii ławce (w ostatnich sezonach Klopp grał na trzech frontach niemal 15-osobową kadrą). Przewlekłe kontuzje kluczowych piłkarzy jak pauzujący cały rok Ilkay Gundogan, Marco Reus, Kuba Błaszczykowski czy Neven Subotić. Spadek formy pozostałych jak Mats Hummels czy Łukasz Piszczek.
Ale nawet wszystkie te plagi zebrane do kupy nie tłumaczą aż tak głębokiego kryzysu. Niemożność rywalizacji z Bayernem – to normalne, utrata statusu drugiej siły w Bundeslidze na rzecz urosłych w siłę Wolfsburga czy Bayeru Leverkusen – zrozumiałe, zjazd gdzieś w środek tabeli. Ale walka o utrzymanie i co raz większa jej niepewność? Zagadka to tym większa, że przecież Borussia ma nie najgorsze statystyki (tylko Bayern dłużej utrzymywał piłkę w Bundeslidze i oddał więcej strzałów). Potrafiła też błysnąć w Lidze Mistrzów: w wygranym 2:0 meczu z Arsenalem widzieliśmy porywającą, dominującą Borussią jak z najlepszych czasów, dlaczego nie w meczach Bundesligi z przeciętniakami, którzy aż do tego sezonu nie potrafili wywieźć punktów z Dortmundu?
Klopp, jedno z największych trenerskich objawień dekady, w którego stronę dziś tęsknie spoglądają kibice Barcelony, Arsenalu czy Manchesteru City z porażki na porażkę tłumaczył, że kontroluje sytuację. Wie jak pomóc i gdyby było inaczej i przyniosło to korzyść drużynie, sam podałby się do dymisji. Całą przerwę zimową miał na wymyślenie planu, przyrównując to do spania w łóżku pełnym gwoździ. Historyczna, bo pierwsza porażka u siebie z Augsburgiem i szósty mecz bez zwycięstwa, po którym kibice wygwizdali piłkarzy pokazała, że nie ma. Że niczym biblijny Hiob patrzy jak płonie zbudowany przez niego dom z całą rodziną w środku, jak wali się dach, a z okien bucha dym i nie jest w stanie nic zrobić. I że jeżeli nic się nie zmieni, za chwilę nie będzie miał już łóżka, nawet pełnego gwoździ.

Juergen Klopp

Rusza Liga Mistrzów, czyli zagrajcie to jeszcze raz! (konkurs)

UEFA-Champions-LeagueTradycyjnie bez mistrza Polski, ale jeszcze nigdy aż tak boleśnie bez mistrza Polski rusza kolejna edycja Ligi Mistrzów. Co prawda i bez Celtiku Glasgow, co dla niektórych byłoby już traumą nie do zniesienia. Krąg cierpiących w tej edycji mocno się zresztą powiększył, gdy okazało się, że w Champions League po raz pierwszy od 19 lat zabraknie Manchesteru United. Ucierpimy wszyscy nie mogąc śledzić w elitarnych rozgrywkach gwiazd, dla których je stworzono jak Robin van Persie, Wayne Rooney, Radamel Falcao czy jeden z kluczowych zawodników w sukcesie Realu Madryt w poprzednim sezonie – Angel di Maria. Brak tych jednych z największych piłkarzy naszych czasów to tak wielki błąd w Matriksie, że aż się zastanawiam czy na pewno tę edycję możemy nazwać Ligą Mistrzów.

Oczywiście, że tak. Szansę na rozbłyśnięcie ma ligomistrzowskim firmamencie dostaną inni jak nowa gwiazda obrońców trofeum, James Rodriguez, Luis Suarez (gdy już wygaśnie mu zawieszenie w Barcelonie), osieroceni przez Urugwajczyka Daniel Sturridge czy Raheem Sterling z wracającego po przerwie do Champions League Liverpoolu czy Matteo Destro z Romy.

Nie zgadzam się z narzekaniem niektórych jak Sean Ingle z „Guardiana” że dysproporcja między wielkimi, a przeciętniakami jest już tak wielka, że runda grupowa stała się nieprzyjemnie przewidywalna. Ja nie jestem w stanie przewidzieć kto na którym miejscu wyjdzie z grupy E (Bayern, Manchester City, CSKA Moskwa, AS Roma), C (Benfika, Zenit St Petersburg, Bayer Leverkusen, AS Monaco) czy D (Arsenal, Borussia Dortmund, Galatasaray Stambuł, Anderlecht)?

Oczy nie tylko polskich kibiców będą śledzić jak jeden z najlepszych napastników świata, Robert Lewandowski odnajdzie się w Bayernie Monachium, naszpikowanym mistrzami świata. Okazji do udowodnienia swej wartości będzie miał co kolejka, bowiem Bawarczycy wraz z Manchesterem City, CSKA Moskwa i Romą stworzyli właściwie jedyną „grupę śmierci”. Bayern Pepa Guardioli bardzo wolno rozkręca się w Bundeslidze, czy to z winy kontuzji czy przemęczenia największych gwiazd mundialem (a dla reprezentantów Niemiec spełnieniem jakiego tam doznali). W tak silnej grupie trzeba być rozkręconym od początku, bo potknięcia może nie być kiedy nadrobić. Na Lewandowskim, który renomę w Europie zyskał dzięki czterem golom wbitym Realowi Madryt właśnie w Lidze Mistrzów, będzie ciążyła presja, żeby udowadniać swoją wartość co mecz. Ma być tym, który przesądza. Po to zresztą przecież zmienił klub, żeby z Bayernem sięgnąć po jedyne trofeum, którego nie był w stanie zdobyć z Borussią Dortmund.

Pod znacznie większą presją będzie w tej edycji również Guardiola, który ma za sobą już sezon z Bawarczykami, więc już żadnych wymówek w razie niepowodzenia na tym najważniejszym z frontów. W minionym sezonie Bayern potrafił zachwycać (m.in. w pierwszym spotkaniu z Manchesterem City) ale i boleśnie rozczarowywał, jak w rewanżu z The Citizens, przegranym na Allianz Arena czy obu meczach z Realem Madryt.

Borussia Dortmund Kuby Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka po raz trzeci w ostatnich latach trafiła do grupy z Arsenalem Wojtka Szczęsnego, dzięki znów usłyszymy koncert z udziałem rockowej kapeli Juergena Kloppa i orkiestry symfonicznej Arsene Wengera – jak to ujął pierwszy z dwóch wielkich trenerów. A przecież każdy z nas lubi te utwory, które już kiedyś usłyszał;) W przeciwieństwie do poprzedniej edycji „Kanonierzy”, wzmocnieni latem Alexisem Sanchezem czy Danny Welbeckiem nie powinni mieć problemu z zajęciem pierwszego miejsca w grupie, co być może wreszcie pomoże uniknąć im Barcelony czy innego giganta w 1/8 finału. BVB zdecydowanie nie poradziła sobie ze znalezieniem następcy Lewandowskigo ani nowego systemu gry bez Polaka. W dodatku jak co roku kadrę Kloppa przetrzebiły kontuzje (Kuby, Marco Reusa czy Matsa Hummelsa), których zabraknie m.in. w kluczowych meczach z Arsenalem. Ławka znów okazała się tak krótka, że Klopp musi uzupełniać kadrę meczową amatorami z rezerw.

Skarb Kibica Ligi Mistrzów

Jak co roku zadajemy sobie pytanie czy obrońca trofeum jest w stanie obronić trofeum. Na pewno nie ma co skazywać Realu z góry na niepowodzenie, ale zdecydowanie więcej szans dawałem na to w swoim czasie Barcelonie w 2010 roku czy Bayernowi sezon temu. I Barca i Bayern wydawały się wówczas drużynami kompletnymi, które dla wpuszczenia świeżej krwi i zwiększenia głodu sukcesu wzmocniły się Zlatanem Ibrahimoviciem (pierwsi) czy jednym z najlepszych trenerów świata (Guardiola u drugich), a jednak się nie udało. Nie da się obronić tezy, że wymiana Xabiego Alonso na Tony Kroosa (gdybyż mogli grać obaj w Realu!) czy Angela di Marii na Jamesa Rodrigueza były usprawiedliwionym pod względem sportowym wzmocnieniem drużyny. Albo, że przywrócenie pozycji w klubie Ikerowi Casillasowi wyszło drużynie na dobre. Na razie w przegranych derbach Madrytu z Ateltico po raz pierwszy w karierze był wygwizdany przez własnych kibiców na Santiago Bernabeu. Z drugiej strony poprzedniego sezonu Real również nie zaczął rewelacyjnie, a , zakończył Decimą, trzeba więc wstrzymać się z wróżeniem mu klęski w Lidze Mistrzów co najmniej do ćwierćfinału. Choć grupa wcale nie jest taka łatwa (z wracającym do elity Liverpoolem czy FC Basel, które w minionym sezonie potrafiło dwukrotnie pokonać Chelsea Jose Mourinho), to Real jest jej zdecydowanym faworytem.

UWAGA: KONKURS!

Z okazji startu Ligi Mistrzów mam dla Was konkurs z wyjątkową nagrodą do wygrania. Oto koszulka Bayernu Monachium z autografem Roberta Lewandowskiego. To drugi komplet, ale w takiej właśnie Lewy strzelił dla Bawarczyków pierwszego gola w oficjalnym meczu.

Lewy_BayernCo trzeba zrobić, żeby ją wygrać. Napisać w komentarzach króciutko, ale w zgrabnej formie i z pomysłem (może być śmiesznie, może być poważnie, może być do rymu, jak tam sobie chcecie): „piłkarz, którego w tej edycji będę śledził z największą uwagą/przyjemnością/uwielbieniem to…., bo….” Np: „Pirlo, bo „myśli, więc gra” (nawiązując do tytułu jego autobiografii, która w tych dniach ukaże się w naszych księgarniach).

Uwaga: konkurs rozgrywany jest również na moim Twitterze.

Do dzieła i powodzenia! Na propozycje czekam do pierwszego gwizdka, pierwszego meczu!

 

Skarb Kibica Ligi Mistrzów

Premier League, Rooney, konkurs!

Wayne Rooney - MOja Dekada w Premier League Jak dobrze, że wraca Premier League!

Najlepsza – przynajmniej w stosunku ilości dobrych piłkarzy i trenerów do jakości meczów w sezonie – liga świata! Znów wydarto jej latem największą gwiazdę – po Garethcie Bale’u sprzed roku, tym razem Primiera Division upomniała się o Luisa Suareza, wykorzystując zamieszanie z zawieszeniem Urugwajczyka. Odszedł najlepszy piłkarz minionego sezonu, ale w odwecie Jose Mourinho wykupił pół Atletico Madryt z Diego Costą na czele i zakończył wypożyczenie Thibaut Courtoise. Już tu wystarczająco druzgoczące ciosy w ligę hiszpańską. A tu jeszcze rozbestwiony Arsene Wenger po Mesucie Oezilu z Realu Madryt, tym razem sięgnął po gwiazdę Barcelony, Alexisa Sancheza. Wracają stare, ale nadal młode, lubiane i uznane twarze jak Cesc Fabregas, Everton szasta 22 mln funtów za Romelu Lukaku, Stoke kupuje niedoszłego następcę Leo Messiego, wygnańca z Barcelony, Bojana Krkića, Manchester City sprytnym manewrem via Nowy Jork wzmacnia się ikoną Chelsea, Frankiem Lampardem, a Liverpool – Southampton. Mam nadzieję, że to nie koniec ruchów transferowych Manchesteru United, bo „szalony mag” Louis van Gaal – jak słusznie zauważył w „Guardianie” Paul Scholes – samą magią nie włączy się ani do walki o tytuł ani nawet o pierwszą czwórkę. No i liczę, że już w tym sezonie za sprawą Wasyla w Leicester City wreszcie doczekamy się pierwszego polskiego gola w Premier League od bramki Roberta Warzychy z 1992 roku! Słowem, będzie jeszcze ciekawiej, choć co roku nam się wydaje, że już ciekawiej być nie może.

mojadekada2

A to nie ostatnia dobra wiadomość dla fanów Premier League. Dla tych, którzy chcieliby ja poznać od kulis, mam kolejną – do sklepów wchodzi właśnie druga część autobiografii Wayne Rooney’a „Moja dekada w Premier League” w moim skromnym tłumaczeniu. Kiedy w 2006 roku ledwo 20-letni Rooney podpisywał z Wydawnictwem Harper Collins kontrakt na napisanie co najmniej pięciu autobiograficznych książek, wart 5 milionów funtów, wzbudziło to głosy zdziwienia i ubolewania. Jak to, taka umowa z żółtodziobem, który jeszcze niczego nie osiągnął i nie wiadomo czy osiągnie? Świat zwariował. Od tego czasu Rooney trwale zapisał się w historii angielskiego futbolu, stając jedną z najjaśniejszych gwiazd Premier League. Strzelił dla Manchesteru United już ponad 100 goli, zdobył, stracił i odzyskał dla „Czerwonych Diabłów” tytuły mistrza Anglii, wygrał i przegrał finał Ligi Mistrzów, wreszcie stał się bohaterem niezliczonych skandali boiskowych i obyczajowych. Aż dziw, że zdołał to zawrzeć póki co w zaledwie dwóch autobiografiach!

W pierwszej z nich, „Moja Historia” opisał drogę jaką dzieciak z niebezpiecznej dzielnicy Liverpoolu przebył, by przebić się do wielkiego futbolu. W „Mojej Dekadzie w Premier League” opisuje jak ze zbuntowanego dzieciaka (zwłaszcza wobec menedżera Evertonu Davida Moyesa), robiącego psikusy charyzmatycznemu Roy’owi Keane’owi stał się pod okiem Aleksa Fergusona liderem drużyny oraz statecznym (momentami) piłkarzem i (również momentami) ojcem rodziny. Pozawala nam wniknąć za kulisy najlepszego (w pewnym momencie) klubu świata, rządzonego żelazną ręką sir Aleksa, poznać jego metody i ich skomplikowane wzajemne relacje, co pozwala nam zrozumieć różne późniejsze wybory. Opisuje życie codzienne piłkarza MU i trudny los megagwiazdy, skazanej na prowadzenie brudnej gry, a czasem wręcz wojny z nie znającymi miłosierdzia brytyjskimi tabloidami. Wreszcie, choć książka jest wygładzona przez piarowców, nie unika rozliczenia z taki kontrowersjami jak żądanie transferu do Manchesteru City. Ujawnia jak popadł w uzależnienie od obstawiania meczów, na których stracił fortunę, sprytnie wyrwaną mu przez ludzi żerujących na mających nadmiar kasy piłkarzach jak on. A przy tym potrafi traktować samego siebie z dystansem, jak kiedy opisuje powody decyzji o przeszczepie włosów. Z książki wyłania się obraz Rooney’a – zwykłego chłopaka z sąsiedztwa, wrzuconego w świat wielkiego futbolu, szczęśliwego, że jego pasja stała się jego zawodem, który jednak pobiera bolesne lekcje jak radzić sobie z wielką fortuną i popularnością…

UWAGA: KONKURS!
Myślę, że to czasem śmieszna, czasem smutna pozycja dla każdego pasjonata Premier League, nie tylko kibica MU. I z tej okazji ogłaszam konkurs. Dla Wszystkich, nie tylko kibiców MU. Napiszcie w komentarzach parę słów, byle składnych i ciekawych (oceniam i treść i formę) zaczynając od „Nigdy nie zapomnę jak Wayne Rooney…”, albo „Nigdy nie zapomnę/wybaczę Wayne Rooney’owi…” ewentualnie „Do dziś pamiętam jak Wayne Rooney…”. Autorzy trzech najciekawszych nagrodzę książkami z autografem tłumacza;) oraz najnowszy numer Magazynu Mecz ze Skarbem Kibica Ligi Angielskiej… Piszcie i powodzenia!

Magazyn Mecz

Liga Mistrzów, czyli Diabli wiedzą…

Czy przebudzony z letargu, grający od kilku spotkań jakby znów pod wodzą sir Aleksa Fergusona Manchester United jest w stanie pokonać na Allianz Arena Bayern Monachium? Lub choćby wysoki bramkowy remis, który wyeliminuje faworyzowanych Bawarczyków z Ligi Mistrzów? Diabli, nomen omen, to wiedzą. Co prawda odpadnięcie obrońców trofeum nie byłoby niczym nadzwyczajnym, jako że nikomu jeszcze nie udało się powtórzyć sukcesu w kolejnym roku, ani „galaktycznemu” Realowi, ani kosmicznej Barcelonie Pepa Guardioli. Jego Bayern po zapewnieniu sobie już w marcu mistrzostwa Niemiec wyraźnie spuścił z tonu i nie wygrał już trzech spotkań z rzędu. Mało tego, w miniony weekend przeciętny Augsburg przerwał mu passę 53 spotkań w Bundeslidze bez porażki, Bawarczycy też od niepamiętnych czasów nie zdołali strzelić gola. Stawka tego spotkania była jednak żadna, a w składzie Bayernu zagrało kilku zawodników już nawet nie rezerw, ale amatorów. Czy Guardiola specjalnie osłabił skład, żeby wstrząsnąć drużyną w kluczowym momencie pucharowego sezonu?

Za Manchesterem United przemawiają też ostatnie wyniki Bawarczyków na Allianz Arena z angielskimi drużynami. Arsenal zdołał tu wygrać przed rokiem 2:0, a ostatnio bezbramkowo zremisować, wygrał także Manchester City. W każdym z tych przypadków Bayern rozbił rywali w pierwszym spotkaniu. Na Old Trafford też zdominował MU, przynajmniej pod względem posiadania piłki. W rewanżu zagra jednak bez zawieszonych za kartki lub kontuzjowanych pomocników – Bastiana Schweinsteigera, Thiago i Javi Martineza. Jeśli United, do którego sądząc po wynikach w Premier League najwyraźniej wrócił duch znany z czasów poprzednika Davida Moyesa, szybko strzeli gola, nerwy będą jak w pamiętnym finale w Barcelonie w 1999 roku z udziałem obu drużyn.

Przypomnienie sytuacji w pierwszych spotkaniach;)