Hej Premier League, czas na zmiany! Chcę moje mecze o 16:00!

Rooney 250 goal!Chciałem w weekend obejrzeć mecz Stoke City z Manchesterem United – żeby przypadkiem nie przegapić 250. gola Wayne’a Rooney’a w barwach „Czerwonych Diabłów” – i ku mojemu zdziwieniu po raz kolejny okazało się, że w CANAL+ SPORT nie transmitują na żywo spotkania o 16:00. Jakże to tak? Rozumiem, że „zimne, sobotnie popołudnie na Britannia Stadium”, ale jednak gra najbardziej popularny i silny marketingowo klub świata, z Ibrą, Pogbą, wspomnianym Rooney’em w składzie, o Jose Mourinho na ławce nie wspominając. Nie trzeba umysłu Sherlocka Holmesa, żeby przewidzieć, że mecze MU napędzają oglądalność każdej telewizji. Zasięgnąłem więc języka u żródła, czyli u przyjaciół z C+.

Co się okazuje. Gdyby tylko stacja mogła, pewnie że pokazywałaby najciekawsze mecze o 16. (zazwyczaj rozgrywanych jest wówczas równolegle kilka spotkań). Ale nie może ze względu na wieloletnią wyspiarską tradycję – wyjaśnił mi Tomek Smokowski. Pewnie nie wszyscy wiecie, że Angielska Federacja Piłkarska jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku wprowadziła regulacje, zgodnie z którymi mecze ligowe rozgrywane w soboty o 15:00 (GMT czyli ich czasu) nie mogą być pokazywane na żywo w telewizji. Pomysłodawcom chodziło o zachęcenie kibiców do przychodzenia na stadiony. Czasy się zmieniają, frekwencja na meczach Premier League rośnie, latami trzeba czekać na wolny karnet, rosną też sumy jakie stacje telewizyjne płacą za prawa transmisji (obecny trzyletni kontrakt kosztował SKY 5 miliardów funtów, a przepis wciąż obowiązuje! Tradycja ponad wszystko! O 15:00 miejscowego czasu meczu w Wielkiej Brytanii legalnie nie obejrzycie. I to nie tylko meczu Premier League. Jak opowiada Smok, kiedy ostatnio El Clasico ruszało o 16:00, też nikt go na Wyspach nie pokazywał. W tym czasie na wszystkich sportowych stacjach lecą wyścigi konne. Oczywiście poza Brytanią ten zakaz nie obowiązuje i stacje telewizyjne posiadające prawa do Premier League w Europie i na świecie mogą bez problemu transmitować te mecze. Chociaż i je pośrednio dotyka ta regulacja – muszą wybierać do transmisji jeden z kilku rozgrywanych jednocześnie meczów.

Smok szerzej o tym opowiedział w poniedziałkowej Misji Futbol (od 16:50)

Jednak globalizacja spowodowała zgrzyt w tym systemie i kłopot ze skutecznym egzekwowaniem anachronicznego przepisu. Potrzeba jest matką wynalazków i jeśli jest problem z dostępnością na rynku jakiego dobra bądź usługi, a popyt na nie jest duży, to zawsze znajdzie się sposób na dostarczenie pożądanego „towaru”. A już mistrzami w znalezieniu potrzebnej „furtki” są nasi rodacy, których jak wiadomo na Wyspach nie brakuje. Wraz z nimi do Anglii trafiły dekodery platformy nc+, w których mecze o 16:00 można dotąd było oglądać bez problemu. A następnie i do angielskich pubów, których goście, racząc się ulubionym Guinnessem, Fuller’s London Pride czy
Bishops Fingerem mogą oglądać w telewizji mecze o „zakazanej godzinie”.

Jest to oczywiście proceder niezgodny z prawem, zdecydowanie zwalczany przez Premier League. Każdej soboty tysiące „tajemniczych klientów” (mystery shoppers) ruszają do pubów kontrolując czy nie jest łamany zakaz z lat 60. XX wieku. I ciągle znajdują lokale, którymi zawiadują nieuczciwi właściciele, i którzy nic sobie nie robią z tego staroświeckiego zakazu. W efekcie obrywa nc+ i my widzowie, bowiem brak meczów o 16. w zagranicznych stacjach to efekt wkurzenia Anglików. Trudno właścicieli praw telewizyjnych winić za zdecydowaną walkę z piractwem, na którym traci cały biznes medialny, sportowy, kibice i Skarb Państwa.

A przecież rozwiązanie wydaje się proste – wystarczyłoby wyłączyć sygnał w „złapanych na gorącym uczynku” dekoderach i po kłopocie. Niestety, zawiłości prawa brytyjskiego i europejskiego powodują, że to nie jest takie proste. Łatwej jak się okazuje ograniczyć nadawcę z Polski, uderzając przy okazji w fanów Premier League znad Wisły. A już najlepszym i najprostszym pomysłem, który definitywnie załatwiłby sprawę byłoby zniesienie anachronicznych regulacji, dzięki czemu znacznie zyskałaby pozycja Premier League na całym świecie. Obawiam się jednak, że Anglicy będą się kurczowo trzymać tradycji jak jeżdżenia po lewej stronie.

Chyba, że ktoś z Was zna jakieś lepsze rozwiązanie tego galimatiasu, czekam na prpozycje w komentarzach…

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

5 miliardów za Premier League czyli sok z suszonych śliwek

 

Miliardy za Premier League

Czy rekordowe 5,1 miliarda funtów za prawa do transmisji Premier League to wspaniała wiadomość tylko dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości i dealerów Ferrari?

5 000 000 000.

Słownie: pięć miliardów. Funtów. Na nasze to 29 miliardów złotych. Góra pieniędzy trudna do wyobrażenia. Więcej niż wynosi roczny budżet Islandii, w końcu europejskiego kraju, Wybrzeża Kości Słoniowej, niedawnego triumfatora Pucharu Narodów Afryki, Paragwaju, Jamajki, Gruzji czy Senegalu i setki państw i państewek. Albo jeśli ktoś woli, więcej niż PBK Mołdawii lub Czarnogóry. Dokładnie 5 136 000 000 funtów zapłaciły telewizje Sky Sports Ruperta Murdocha i BT Sport należąca do brytyjskiego giganta telefonicznego za prawa do transmisji meczów Premier League na trzy sezony (w latach 2016-19). Do transmisji meczów tylko na Wyspach! Dopiero w przyszłym roku Premier League sprzeda prawa na zagranicę i bardzo możliwe, że zgarnie drugie tyle – już w poprzednim trzyletnim rozdaniu azjatyckie, europejskie i amerykańskie stacje zapłaciły 2 miliardów funtów.
Obie stacje pokażą przez trzy lata w sumie 504 spotkania (rekordowe 168 w sezonie), oznacza to, że każdy spotkanie jest warte 10 milionów 190 tysięcy funtów, a każda minuta – czy to szlagierów jak Chelsea – Manchester City, Derbów Północnego Londynu czy meczu ciężej strawnego w rodzaju grudniowego Newcastle United – Stoke – 113 tysięcy funtów. W porównaniu z obowiązującym wciąż kontraktem cena praw wzrosła o 70 procent!
Dla Premier League to premia za status najbardziej wartościowych rozgrywek piłkarskich świata – zgodnie z raportem Credit Suisse, który wśród rozgrywek w ogóle wyżej stawia tylko futbolową NFL, koszykarską NBA i basebalową MLB, ale amerykańskie ligi mają o wiele więcej drużyn, ich lokalny rynek jest o wiele większy i pokazywane są w otwartych telewizjach. Oraz skutek przyjętego dawno temu przez Anglików systemu podziału pieniędzy z praw telewizyjnych, w którym cała suma dzielona jest na trzy cześci: 50% podlega równemu podziałowi między wszystkie kluby, nie ważne czy to mistrz Anglii, klub z wielkimi tradycjami czy debiutujący w elicie. 25 % zależy od liczby transmitowanych meczów, a kolejne 25 % od miejsca w tabeli na koniec sezonu.
Czyli inaczej niż w Hiszpanii, gdzie Real Madryt i FC Barcelona rozparcelowują między siebie połowę pieniędzy z praw telewizyjnych. Kluby Primiera Division częściej ostatnio triumują w Lidze Mistrzów, to ich gwiazdy – Leo Messi i Cristiano Ronaldo – od sześciu lat dzielą miedzy siebie Złotą Piłkę, podczas gdy ostatnim rerpezentantem Premier League, który przebił się do finałowej trójki był w 2008 Ronaldo jeszcze jako zawodnik Manchesteru United. Ale to właśnie z powodu duopolu Barcy i Realu – z rzadka przełamywanego przez kogoś jak ostatnio Atletico Madryt – dla których cała reszta ligi jest tłem, hiszpański rynek praw telewizyjnych wart jest niecałe 600 milionów funtów za sezon, czyli niemal czterokrotnie mniej od angielskiego.
Premier League jest zdecydowanie bardziej wyrównana, a przez to bardziej ekscytująca i atrakcyjna dla widzów, stąd jej oglądalność jest na świecie dwukrotnie większą od La Liga. Jak szczycił się jej dyrektor zarządzajacy, Richard Scudamore podczas ogłaszania nowego kontraktu, ostatni klub minionego sezonu, Cardiff City potrafił pokonać przyszłego mistrza Anglii – Manchester City – zaś z praw telewizyjnych zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium (62 miliony funtów w porównaniu z 27 milionami Bawarczyków). Co ciekawe Cardiff zainkasował tylko 1,5 razy mniej od Manchesteru United, klubu, który zarobił wówczas najwięcej. W Hiszpanii giganci zarabiają 6,5 razy więcej niż ostatni klub tabeli.

Telewizje kochają Premier LeagueNie potrzebna była zresztą bomba z angielskimi miliardami, by Real i Barca już jakiś czas temu wyraziły gotowość do renegocjacji warunków podziału wpływów z praw telewizyjnych, najwyraźniej kalkulując, że warto ustąpić, by później zarobić jeszcze więcej w silniejszej i bardziej konkurencyjnej lidze.
Scudamore podł też przykład Burnley, beniaminka walczącego o utrzymanie w Premier League, który „jest pod względem ekonomicznym większym klubem niż Ajax Amsterdam”. Od 2016 roku będzie pod tym względem jeszcze lepiej. Zakładając, że jakaś drużyna przegra wszstkie co do jednego mecze w sezonie i tak na jego koniec otrzyma 99 milionów funtów, czyli nie wielie mniej niż Real i Barca! A mistrz Anglii – 159 minionów.
- Futbol został zalany forsą. Teraz obetnijcie ceny biletów, niech znów mogą sobie na nie pozwolić prawdziwi kibice – skomentował na Twitterze Gary Lineker, jeden z nielicznych na Wyspach, którzy nie zachłystnęli się sumą kontraktu. Wtórował mu dziennikarz “Daily Telegraph” Henry Winter, wzywając do wyznaczenia maksymalnej ceny 20 funtów na bilety na mecze wyjazdowe, czyli dla najwierniejszych fanów i zniżek dla młodzieży do 24 lat, by nie stracić “całego pokolenia, które poszuka sobie rozrywki gdzie indziej”.
To nie jedyne wątpliwości jakie ogarnęły Anglików co efektu gigantyczneg kontraktu. – Na razie to wspaniała wiadomość dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości, dealerów Ferrari… – ironizował Winter. Podobne obawy ma były właściciel Tottenhamu, Alan Sugar, który stwierdził, że miliardy Sky i BT Sport wpompowane w angielski wywołają efekt “soku z suszonych śliwek”, czyli szybko zostaną „wydalone z organizmu”, prosto do kieszeni zawodników i ich agentów, a na wszystkim straci… reprezentacja Anglii. Kluby dostaną bowiem środki, by walczyć i o sukcesy i o przeżycie, opłacając jeszcze wyższe kontrakty międzynarodowych gwiazd, zwłaszcza z Ameryki Południowej, którzy nigdy jeszcze taką masą nie zaludniali Premier League, blokując drogę rozwoju młodym Anglikom. Już jest pod tym względem źle. Tacy zawodnicy jak Harry Kane w Tottenhamie, młody, lojalny wychowanek klubu, gotowy zrobić dla niego wszystko już są fenomenem i odstępstwem od reguły. A bez nich Anglia może powoli porzucać marzenia o sukcesie na mistrzostwach świata i Europy.

5 miliardów Premier League

Juergen Hiobb i jego łóżko pełne gwoździ

Juergen Hiobb i jego kompaniaJose Maria Bakero, który z pracy w Ekstraklasie pozostawił po sobie wspomnienie kiepskiego trenera, ale za to cudownego rozmówcy, przekonywał mnie w 2010 roku, że fenomenalna passa Barcelony potrwa jeszcze może dwa, trzy lata. Brzmiało to jak herezja. Za chwilę Barca miała wygrać finał Ligi Mistrzów po raz drugi w ciągu trzech lat, powszechnie nazywaną ją „drużyną wszech czasów”. Przyszłość? Dopiero co aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia wystąpiło w finale mistrzostw świata! Ale Bakero przestrzegał, że to kwestia cyklu, który po prostu musi kiedyś dobiec końca. Tak jak musiał się skończyć „Dream Team” Johana Cruyffa, którego częścią był on sam. Gdy nadejdzie czas, w la Masii ciężko będzie znaleźć następców Xaviego, Andresa Iniesty, Charlesa Puyola, Sergio Busquetsa czy Cesca Fabregasa.
Trwają spory czy za datę końca tego barcelońskiego cyklu przyjąć porażkę z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów z Chelsea w 2012 roku czy raczej definitywnym końcem „ery Guardioli” była porażka z Realem Madryt 1:3 na Camp Nou. Ale cykl został zamknięty. Oczywiście dzisiejsza Barcelona nadal liczy się w walce na wszystkich frontach, ale jest to inna Barca. Raczej Messiego, Neymara i Suareza niż Messiego, Xavego i Iniesty, targana wewnętrznymi sporami, dotknięta zakazem transferowym, zmieniająca prezesów i poszukująca trenera idealnego rozpoczęła nowy okres.

FC BarcelonaCo mają powiedzieć kibice innych drużyn, jeszcze do niedawna gigantów światowego futbolu, jak Manchester United czy AC Milan, w których koniec cyklu dopadł o wiele bardziej boleśnie.
MU po przejściu na emeryturę sir Alexa Fergusona, który przez ponad ćwierć wieku potrafił inicjować nowy udany cykl niemalże natychmiast po wygaśnięciu poprzedniego, stracił nie tylko prymat w Premier League ale i tożsamość. Symbolami jej utraty była sprzedaż do Arsenalu wychowanka Danny Welbecka, sprowadzenie zastępu międzynarodowych, przepłaconych do granic gwiazd na wzór rywali „bez historii”, z których dotąd drwili, jak „Chel$ea!” czy „$ity. W klubie, w którym przez lata nie miał się prawa znaleźć piłkarz „większy niż klub”, dziś jest ich aż nadmiar, z kapitanem Wayne Rooney’em na czele.
Wreszcie na koniec zatrzaśniętego właśnie okna transferowego MU wypożyczył z Boltonu Andy’ego Kelletta, o którym nikt wcześniej ani na Old Trafford ani w Premier League nie słyszał, bo 21-letni obrońca występował w czwartoligowym Plymouth Argyle, wymierzając tym samym siarczysty policzek klubowej akademii i jej zawodnikom.

Gra w Milanie do niedawna pozwalała na seryjne występy w finale Ligi Mistrzów i dawała gwarancję, że zawodnik będzie się liczył w walce o Złotą Piłkę. Dziś nikt w czerwonej części Mediolanu nie wymawia na głos ani słowa „Champions League” ani nawet „sudetto”, czyli mistrzostwo Włoch. Klub przedstawił właśnie plany budowy nowego stadionu na 48 tysięcy widzów, na który ma zamiar przeprowadzić się z 80 tysięcznego San Siro, jakby symbolicznie rezygnując z rywalizacji w tej samej lidze co Real, Barca, Bayern Monachium czy czołowe kluby angielskie.
Ale nawet schyłek wielkiego Milanu, jeszcze większe męczarnie w Serie A Interu Mediolan i rozterki kibiców MU bledną przy niesamowitym końcu cyklu siedmioletniej pracy Juergena Kloppa w Borussii Dortmund. Dwukrotny mistrz, dwukrotny wicemistrz Niemiec w ostatnich czterech latach i finalista Ligi Mistrzów w tym sezonie stoczył się na samo dno Bundesligi i właściwie nie wiadomo dlaczego.
Oczywiście powodów gorszej gry jest mnóstwo: odejście największych gwiazd – Roberta Lewandowskiego i Mario Goetze, którzy wzmocnili konkurencję, brak wartościowych następców – tak jak ani Adrian Ramos ani Ciro Immobile nie zdołali wypełnić luki po Lewandowskim, tak Henri Mkitarian ani Pierre Aubameyang nie zastąpili Goetze. Czy wielkie zmęczenie stylem gry preferowanym przez Kloppa, atrakcyjnym dla kibiców, ale morderczym dla wykonawców, zwłaszcza przy zawsze krótkiej w Borussii ławce (w ostatnich sezonach Klopp grał na trzech frontach niemal 15-osobową kadrą). Przewlekłe kontuzje kluczowych piłkarzy jak pauzujący cały rok Ilkay Gundogan, Marco Reus, Kuba Błaszczykowski czy Neven Subotić. Spadek formy pozostałych jak Mats Hummels czy Łukasz Piszczek.
Ale nawet wszystkie te plagi zebrane do kupy nie tłumaczą aż tak głębokiego kryzysu. Niemożność rywalizacji z Bayernem – to normalne, utrata statusu drugiej siły w Bundeslidze na rzecz urosłych w siłę Wolfsburga czy Bayeru Leverkusen – zrozumiałe, zjazd gdzieś w środek tabeli. Ale walka o utrzymanie i co raz większa jej niepewność? Zagadka to tym większa, że przecież Borussia ma nie najgorsze statystyki (tylko Bayern dłużej utrzymywał piłkę w Bundeslidze i oddał więcej strzałów). Potrafiła też błysnąć w Lidze Mistrzów: w wygranym 2:0 meczu z Arsenalem widzieliśmy porywającą, dominującą Borussią jak z najlepszych czasów, dlaczego nie w meczach Bundesligi z przeciętniakami, którzy aż do tego sezonu nie potrafili wywieźć punktów z Dortmundu?
Klopp, jedno z największych trenerskich objawień dekady, w którego stronę dziś tęsknie spoglądają kibice Barcelony, Arsenalu czy Manchesteru City z porażki na porażkę tłumaczył, że kontroluje sytuację. Wie jak pomóc i gdyby było inaczej i przyniosło to korzyść drużynie, sam podałby się do dymisji. Całą przerwę zimową miał na wymyślenie planu, przyrównując to do spania w łóżku pełnym gwoździ. Historyczna, bo pierwsza porażka u siebie z Augsburgiem i szósty mecz bez zwycięstwa, po którym kibice wygwizdali piłkarzy pokazała, że nie ma. Że niczym biblijny Hiob patrzy jak płonie zbudowany przez niego dom z całą rodziną w środku, jak wali się dach, a z okien bucha dym i nie jest w stanie nic zrobić. I że jeżeli nic się nie zmieni, za chwilę nie będzie miał już łóżka, nawet pełnego gwoździ.

Juergen Klopp

Rusza Liga Mistrzów, czyli zagrajcie to jeszcze raz! (konkurs)

UEFA-Champions-LeagueTradycyjnie bez mistrza Polski, ale jeszcze nigdy aż tak boleśnie bez mistrza Polski rusza kolejna edycja Ligi Mistrzów. Co prawda i bez Celtiku Glasgow, co dla niektórych byłoby już traumą nie do zniesienia. Krąg cierpiących w tej edycji mocno się zresztą powiększył, gdy okazało się, że w Champions League po raz pierwszy od 19 lat zabraknie Manchesteru United. Ucierpimy wszyscy nie mogąc śledzić w elitarnych rozgrywkach gwiazd, dla których je stworzono jak Robin van Persie, Wayne Rooney, Radamel Falcao czy jeden z kluczowych zawodników w sukcesie Realu Madryt w poprzednim sezonie – Angel di Maria. Brak tych jednych z największych piłkarzy naszych czasów to tak wielki błąd w Matriksie, że aż się zastanawiam czy na pewno tę edycję możemy nazwać Ligą Mistrzów.

Oczywiście, że tak. Szansę na rozbłyśnięcie ma ligomistrzowskim firmamencie dostaną inni jak nowa gwiazda obrońców trofeum, James Rodriguez, Luis Suarez (gdy już wygaśnie mu zawieszenie w Barcelonie), osieroceni przez Urugwajczyka Daniel Sturridge czy Raheem Sterling z wracającego po przerwie do Champions League Liverpoolu czy Matteo Destro z Romy.

Nie zgadzam się z narzekaniem niektórych jak Sean Ingle z „Guardiana” że dysproporcja między wielkimi, a przeciętniakami jest już tak wielka, że runda grupowa stała się nieprzyjemnie przewidywalna. Ja nie jestem w stanie przewidzieć kto na którym miejscu wyjdzie z grupy E (Bayern, Manchester City, CSKA Moskwa, AS Roma), C (Benfika, Zenit St Petersburg, Bayer Leverkusen, AS Monaco) czy D (Arsenal, Borussia Dortmund, Galatasaray Stambuł, Anderlecht)?

Oczy nie tylko polskich kibiców będą śledzić jak jeden z najlepszych napastników świata, Robert Lewandowski odnajdzie się w Bayernie Monachium, naszpikowanym mistrzami świata. Okazji do udowodnienia swej wartości będzie miał co kolejka, bowiem Bawarczycy wraz z Manchesterem City, CSKA Moskwa i Romą stworzyli właściwie jedyną „grupę śmierci”. Bayern Pepa Guardioli bardzo wolno rozkręca się w Bundeslidze, czy to z winy kontuzji czy przemęczenia największych gwiazd mundialem (a dla reprezentantów Niemiec spełnieniem jakiego tam doznali). W tak silnej grupie trzeba być rozkręconym od początku, bo potknięcia może nie być kiedy nadrobić. Na Lewandowskim, który renomę w Europie zyskał dzięki czterem golom wbitym Realowi Madryt właśnie w Lidze Mistrzów, będzie ciążyła presja, żeby udowadniać swoją wartość co mecz. Ma być tym, który przesądza. Po to zresztą przecież zmienił klub, żeby z Bayernem sięgnąć po jedyne trofeum, którego nie był w stanie zdobyć z Borussią Dortmund.

Pod znacznie większą presją będzie w tej edycji również Guardiola, który ma za sobą już sezon z Bawarczykami, więc już żadnych wymówek w razie niepowodzenia na tym najważniejszym z frontów. W minionym sezonie Bayern potrafił zachwycać (m.in. w pierwszym spotkaniu z Manchesterem City) ale i boleśnie rozczarowywał, jak w rewanżu z The Citizens, przegranym na Allianz Arena czy obu meczach z Realem Madryt.

Borussia Dortmund Kuby Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka po raz trzeci w ostatnich latach trafiła do grupy z Arsenalem Wojtka Szczęsnego, dzięki znów usłyszymy koncert z udziałem rockowej kapeli Juergena Kloppa i orkiestry symfonicznej Arsene Wengera – jak to ujął pierwszy z dwóch wielkich trenerów. A przecież każdy z nas lubi te utwory, które już kiedyś usłyszał;) W przeciwieństwie do poprzedniej edycji „Kanonierzy”, wzmocnieni latem Alexisem Sanchezem czy Danny Welbeckiem nie powinni mieć problemu z zajęciem pierwszego miejsca w grupie, co być może wreszcie pomoże uniknąć im Barcelony czy innego giganta w 1/8 finału. BVB zdecydowanie nie poradziła sobie ze znalezieniem następcy Lewandowskigo ani nowego systemu gry bez Polaka. W dodatku jak co roku kadrę Kloppa przetrzebiły kontuzje (Kuby, Marco Reusa czy Matsa Hummelsa), których zabraknie m.in. w kluczowych meczach z Arsenalem. Ławka znów okazała się tak krótka, że Klopp musi uzupełniać kadrę meczową amatorami z rezerw.

Skarb Kibica Ligi Mistrzów

Jak co roku zadajemy sobie pytanie czy obrońca trofeum jest w stanie obronić trofeum. Na pewno nie ma co skazywać Realu z góry na niepowodzenie, ale zdecydowanie więcej szans dawałem na to w swoim czasie Barcelonie w 2010 roku czy Bayernowi sezon temu. I Barca i Bayern wydawały się wówczas drużynami kompletnymi, które dla wpuszczenia świeżej krwi i zwiększenia głodu sukcesu wzmocniły się Zlatanem Ibrahimoviciem (pierwsi) czy jednym z najlepszych trenerów świata (Guardiola u drugich), a jednak się nie udało. Nie da się obronić tezy, że wymiana Xabiego Alonso na Tony Kroosa (gdybyż mogli grać obaj w Realu!) czy Angela di Marii na Jamesa Rodrigueza były usprawiedliwionym pod względem sportowym wzmocnieniem drużyny. Albo, że przywrócenie pozycji w klubie Ikerowi Casillasowi wyszło drużynie na dobre. Na razie w przegranych derbach Madrytu z Ateltico po raz pierwszy w karierze był wygwizdany przez własnych kibiców na Santiago Bernabeu. Z drugiej strony poprzedniego sezonu Real również nie zaczął rewelacyjnie, a , zakończył Decimą, trzeba więc wstrzymać się z wróżeniem mu klęski w Lidze Mistrzów co najmniej do ćwierćfinału. Choć grupa wcale nie jest taka łatwa (z wracającym do elity Liverpoolem czy FC Basel, które w minionym sezonie potrafiło dwukrotnie pokonać Chelsea Jose Mourinho), to Real jest jej zdecydowanym faworytem.

UWAGA: KONKURS!

Z okazji startu Ligi Mistrzów mam dla Was konkurs z wyjątkową nagrodą do wygrania. Oto koszulka Bayernu Monachium z autografem Roberta Lewandowskiego. To drugi komplet, ale w takiej właśnie Lewy strzelił dla Bawarczyków pierwszego gola w oficjalnym meczu.

Lewy_BayernCo trzeba zrobić, żeby ją wygrać. Napisać w komentarzach króciutko, ale w zgrabnej formie i z pomysłem (może być śmiesznie, może być poważnie, może być do rymu, jak tam sobie chcecie): „piłkarz, którego w tej edycji będę śledził z największą uwagą/przyjemnością/uwielbieniem to…., bo….” Np: „Pirlo, bo „myśli, więc gra” (nawiązując do tytułu jego autobiografii, która w tych dniach ukaże się w naszych księgarniach).

Uwaga: konkurs rozgrywany jest również na moim Twitterze.

Do dzieła i powodzenia! Na propozycje czekam do pierwszego gwizdka, pierwszego meczu!

 

Skarb Kibica Ligi Mistrzów

Premier League, Rooney, konkurs!

Wayne Rooney - MOja Dekada w Premier League Jak dobrze, że wraca Premier League!

Najlepsza – przynajmniej w stosunku ilości dobrych piłkarzy i trenerów do jakości meczów w sezonie – liga świata! Znów wydarto jej latem największą gwiazdę – po Garethcie Bale’u sprzed roku, tym razem Primiera Division upomniała się o Luisa Suareza, wykorzystując zamieszanie z zawieszeniem Urugwajczyka. Odszedł najlepszy piłkarz minionego sezonu, ale w odwecie Jose Mourinho wykupił pół Atletico Madryt z Diego Costą na czele i zakończył wypożyczenie Thibaut Courtoise. Już tu wystarczająco druzgoczące ciosy w ligę hiszpańską. A tu jeszcze rozbestwiony Arsene Wenger po Mesucie Oezilu z Realu Madryt, tym razem sięgnął po gwiazdę Barcelony, Alexisa Sancheza. Wracają stare, ale nadal młode, lubiane i uznane twarze jak Cesc Fabregas, Everton szasta 22 mln funtów za Romelu Lukaku, Stoke kupuje niedoszłego następcę Leo Messiego, wygnańca z Barcelony, Bojana Krkića, Manchester City sprytnym manewrem via Nowy Jork wzmacnia się ikoną Chelsea, Frankiem Lampardem, a Liverpool – Southampton. Mam nadzieję, że to nie koniec ruchów transferowych Manchesteru United, bo „szalony mag” Louis van Gaal – jak słusznie zauważył w „Guardianie” Paul Scholes – samą magią nie włączy się ani do walki o tytuł ani nawet o pierwszą czwórkę. No i liczę, że już w tym sezonie za sprawą Wasyla w Leicester City wreszcie doczekamy się pierwszego polskiego gola w Premier League od bramki Roberta Warzychy z 1992 roku! Słowem, będzie jeszcze ciekawiej, choć co roku nam się wydaje, że już ciekawiej być nie może.

mojadekada2

A to nie ostatnia dobra wiadomość dla fanów Premier League. Dla tych, którzy chcieliby ja poznać od kulis, mam kolejną – do sklepów wchodzi właśnie druga część autobiografii Wayne Rooney’a „Moja dekada w Premier League” w moim skromnym tłumaczeniu. Kiedy w 2006 roku ledwo 20-letni Rooney podpisywał z Wydawnictwem Harper Collins kontrakt na napisanie co najmniej pięciu autobiograficznych książek, wart 5 milionów funtów, wzbudziło to głosy zdziwienia i ubolewania. Jak to, taka umowa z żółtodziobem, który jeszcze niczego nie osiągnął i nie wiadomo czy osiągnie? Świat zwariował. Od tego czasu Rooney trwale zapisał się w historii angielskiego futbolu, stając jedną z najjaśniejszych gwiazd Premier League. Strzelił dla Manchesteru United już ponad 100 goli, zdobył, stracił i odzyskał dla „Czerwonych Diabłów” tytuły mistrza Anglii, wygrał i przegrał finał Ligi Mistrzów, wreszcie stał się bohaterem niezliczonych skandali boiskowych i obyczajowych. Aż dziw, że zdołał to zawrzeć póki co w zaledwie dwóch autobiografiach!

W pierwszej z nich, „Moja Historia” opisał drogę jaką dzieciak z niebezpiecznej dzielnicy Liverpoolu przebył, by przebić się do wielkiego futbolu. W „Mojej Dekadzie w Premier League” opisuje jak ze zbuntowanego dzieciaka (zwłaszcza wobec menedżera Evertonu Davida Moyesa), robiącego psikusy charyzmatycznemu Roy’owi Keane’owi stał się pod okiem Aleksa Fergusona liderem drużyny oraz statecznym (momentami) piłkarzem i (również momentami) ojcem rodziny. Pozawala nam wniknąć za kulisy najlepszego (w pewnym momencie) klubu świata, rządzonego żelazną ręką sir Aleksa, poznać jego metody i ich skomplikowane wzajemne relacje, co pozwala nam zrozumieć różne późniejsze wybory. Opisuje życie codzienne piłkarza MU i trudny los megagwiazdy, skazanej na prowadzenie brudnej gry, a czasem wręcz wojny z nie znającymi miłosierdzia brytyjskimi tabloidami. Wreszcie, choć książka jest wygładzona przez piarowców, nie unika rozliczenia z taki kontrowersjami jak żądanie transferu do Manchesteru City. Ujawnia jak popadł w uzależnienie od obstawiania meczów, na których stracił fortunę, sprytnie wyrwaną mu przez ludzi żerujących na mających nadmiar kasy piłkarzach jak on. A przy tym potrafi traktować samego siebie z dystansem, jak kiedy opisuje powody decyzji o przeszczepie włosów. Z książki wyłania się obraz Rooney’a – zwykłego chłopaka z sąsiedztwa, wrzuconego w świat wielkiego futbolu, szczęśliwego, że jego pasja stała się jego zawodem, który jednak pobiera bolesne lekcje jak radzić sobie z wielką fortuną i popularnością…

UWAGA: KONKURS!
Myślę, że to czasem śmieszna, czasem smutna pozycja dla każdego pasjonata Premier League, nie tylko kibica MU. I z tej okazji ogłaszam konkurs. Dla Wszystkich, nie tylko kibiców MU. Napiszcie w komentarzach parę słów, byle składnych i ciekawych (oceniam i treść i formę) zaczynając od „Nigdy nie zapomnę jak Wayne Rooney…”, albo „Nigdy nie zapomnę/wybaczę Wayne Rooney’owi…” ewentualnie „Do dziś pamiętam jak Wayne Rooney…”. Autorzy trzech najciekawszych nagrodzę książkami z autografem tłumacza;) oraz najnowszy numer Magazynu Mecz ze Skarbem Kibica Ligi Angielskiej… Piszcie i powodzenia!

Magazyn Mecz

Liga Mistrzów, czyli Diabli wiedzą…

Czy przebudzony z letargu, grający od kilku spotkań jakby znów pod wodzą sir Aleksa Fergusona Manchester United jest w stanie pokonać na Allianz Arena Bayern Monachium? Lub choćby wysoki bramkowy remis, który wyeliminuje faworyzowanych Bawarczyków z Ligi Mistrzów? Diabli, nomen omen, to wiedzą. Co prawda odpadnięcie obrońców trofeum nie byłoby niczym nadzwyczajnym, jako że nikomu jeszcze nie udało się powtórzyć sukcesu w kolejnym roku, ani „galaktycznemu” Realowi, ani kosmicznej Barcelonie Pepa Guardioli. Jego Bayern po zapewnieniu sobie już w marcu mistrzostwa Niemiec wyraźnie spuścił z tonu i nie wygrał już trzech spotkań z rzędu. Mało tego, w miniony weekend przeciętny Augsburg przerwał mu passę 53 spotkań w Bundeslidze bez porażki, Bawarczycy też od niepamiętnych czasów nie zdołali strzelić gola. Stawka tego spotkania była jednak żadna, a w składzie Bayernu zagrało kilku zawodników już nawet nie rezerw, ale amatorów. Czy Guardiola specjalnie osłabił skład, żeby wstrząsnąć drużyną w kluczowym momencie pucharowego sezonu?

Za Manchesterem United przemawiają też ostatnie wyniki Bawarczyków na Allianz Arena z angielskimi drużynami. Arsenal zdołał tu wygrać przed rokiem 2:0, a ostatnio bezbramkowo zremisować, wygrał także Manchester City. W każdym z tych przypadków Bayern rozbił rywali w pierwszym spotkaniu. Na Old Trafford też zdominował MU, przynajmniej pod względem posiadania piłki. W rewanżu zagra jednak bez zawieszonych za kartki lub kontuzjowanych pomocników – Bastiana Schweinsteigera, Thiago i Javi Martineza. Jeśli United, do którego sądząc po wynikach w Premier League najwyraźniej wrócił duch znany z czasów poprzednika Davida Moyesa, szybko strzeli gola, nerwy będą jak w pamiętnym finale w Barcelonie w 1999 roku z udziałem obu drużyn.

Przypomnienie sytuacji w pierwszych spotkaniach;)

Droga do finału. Upadła drużyna

Tekstów tym razem nie dostałem zbyt wiele, ale i tak wybór nie był łatwy. Kasiu, Twój wpis rzeczywiście musiałem potraktować poza-konkursowo, raz, że wytknięto by nam tę wspólną ławkę, dwa, że zaiste nie opisujesz upadku drużyn, raczej powstanie dyscypliny;) (btw napisałabyś na mejla co u Ciebie…;) A oto nagrodzone notki. Jak widzicie mamy pełne spektrum. Jest wpis i bardzo emocjonalny i analityczne, z przeszłości i ostatniej chwili, dotyczące ukochanych klubów i reprezentacji Polski (świetny pomysł!). Wielkie dzięki! I panowie (chyba, że za nickiem kryje się kolejna pani) proszę o mejle z danymi do wysyłki beczułki Heinekena, z pewnością dotrze na ćwierćfinały.

Tymczasem dla miłośników konkursów już w środę Tajemniczy Konkurs z tajemniczym autografem NWP (Naprawdę Wielkiego Piłkarza) w nagrodę. Stay tuned!

Manchester United
by spa10

Jako kibic Manchesteru United, największy futbolowy upadek przeżywam właśnie teraz. Na moich oczach rozgrywa się rozpisana na wiele meczów tragedia drużyny, która jeszcze rok temu z ogromną przewagą punktową została mistrzem Anglii.

Dla znacznej części kibiców United właściwie zawsze był jeden trener. Cokolwiek się nie działo w Manchesterze był Sir Alex Ferguson. Za jego plecami mogli się schować i piłkarze i kibice. Miał w swojej karierze takie sukcesy w tym klubie, że nawet te mniejsze i większe wpadki były mu zazwyczaj wybaczane i mało kto śmiałby wytknąć coś Fergusonowi.
Lecz wszystko, co dobre ma kiedyś swój koniec. Chociaż wszystko wydaje się logicznie ułożoną układanką. Oto Ferguson ogłasza swoje odejście, w emocjonalnym pożegnaniu w swojej twierdzy, na stadionie Old Trafford, dziękuje kibicom i dokonuje symbolicznego namaszczenia następcy. Kibice mają mu zaufać i wierzyć w niego, cokolwiek i jakkolwiek by się nie działo. Kibice mają trwać przy nowym Manchesterze United pod wodzą nowego menedżera – Davida Moyesa.

Jednak już sam początek nowego sezonu nie jest taki wesoły. Murawa dobitnie weryfikuje umiejętności trenerskie Moyesa w tak wielkim klubie, jakim jest Manchester United. Cierpliwość kibica, jest rzeczą ogromną, czasem jest i nawet naiwnie bezkresna. Szczególnie, jeżeli została wyproszona przez kogoś takiego, jak Sir Alex. Ale sezon trwa, bywa, że z meczu na mecz, jest coraz gorzej. Widzimy piłkarzy United walczących już nie tyle z rywalami, co z samymi sobą. Wielki Manchester, przed którym rywale nie tylko w Anglii, ale i na świecie drżeli, teraz jest obiektem drwin. Bezlitośni są kibice rywali, często na trybunach widzimy banery wyśmiewające Davida Moyesa. Równie bezlitosny, jest internet, miejsce w którym kibice United już bez cienia uśmiechu oglądają kolejne prześmiewcze filmiki, memy, zdjęcia.

Manchester przegrywa z takimi drużynami, jak chociażby Sunderland. Przegrywa na własnym stadionie ze Swansea. Wszystko się sypie, a sadystyczni realizatorzy meczów pokazują w takich momentach ujęcie na trybuny. Tam bardzo często siedzi „ojciec” tej drużyny, o którym powiedzieć, że jest zwiedziony, to mało. I mamy wtedy zbliżenie na twarz Fergusona, którego mina dopełnia czary goryczy, którą czuje kibic United oglądając ten nowy Manchester, pod wodzą tego nowego trenera. A ten nowy styl gry, jest zazwyczaj bliższy gry podwórkowej, aniżeli wielkiego Manchesteru United.
Smutno ogląda się to wszystko. Wiara w Davida Moyesa największa zazwyczaj jest przed meczem, a w trakcie meczu sukcesywnie wygasa, by potem przez kilka dni znów wracało w bólach myślenie, że może jednak teraz, że może to właśnie kolejny mecz będzie przełomowy i wróci stary dobry Manchester.

I dla mnie to jest właśnie największy upadek, jaki pamiętam. A przynajmniej taki, który najdobitniej odczuwam (niestety). A skutki tego fatalnego sezonu będą długofalowe, najprawdopodobniej United nie zagra w przyszłym sezonie w Lidze Mistrzów, a jeżeli zagra w Lidze Europejskiej, to piłkarze potraktują to jako upokorzenie i także daleko tam nie zajdą. Co rusz w mediach pojawiają się pogłoski o piłkarzach, którzy chcą odejść, o nowym trenerze i o tym, jak to szatnia jest skłócona i nie ufa Moyesowi.
I nie, nie przekona mnie wczorajszy mecz i wygrana 3:0. Owszem miło się to oglądało, ale tylko do ostatniego gwizdka, który uświadamia, jak głęboki jest to kryzys, aby cieszyć się z awansu z takim rywalem, w takim stylu. A teraz może być jeszcze gorzej. Wyobraźmy sobie, że na Old Trafford wpada rozpędzony Real Madryt z Cristiano Ronaldo. Nie wiem, czy chce oglądać to, co będzie działo się z United w ćwierćfinale, obawiam się niestety najgorszego..

Mas que una klęska
Grmli

Tak właściwie to przecież nic się nie stało, ta rozpędzona kula pyłu i popiołu dalej wiruje sobie wokół płonącej gwiazdki, w jakiejś pomniejszej galaktyce, w mało istotnym wszechświecie. Mięso, które chwilowo zamieszkuję dalej utrzymuje homeostazę a moja egzystencja przecież i tak nigdy nie była zbyt kolorowa. Czerń i biel. Biel … Biel do cholery!
Teraz nagle wszystko przybrało się w granat w paski bordo. Bezguście. Każdy chce mieć metr sześćdziesiąt i być autonomiczny. Pofarcili ! Oni zawsze przecież farcą. Tak musiało być i tym razem. Oglądałem ten mecz. Przed chwilą się skończył. Dlaczego absolutnie nic z niego nie pamiętam? Fascynujące jak umysł potrafi selekcjonować wspomnienia. Jedno pamiętam. Wiecie co to jest remontada? – zapytałem, gdy moi dostawali właśnie trzecią bramkę. Po co? Wyszedłem na jeszcze większego idiotę .Ośmieszyli mnie, tak samo jak ośmieszyli moją ekipę, moją obronę, mojego bramkarza i całą ludzkość.
Wiecie co jest najgorsze? Od ponad stu lat wmawiają ludziom, że dla tego klubu nie ma rzeczy nie możliwych. „Nigdy się nie poddajemy”, „Jeśli coś jest nierealne to dlatego, że tylko my możemy to zrobić”, bla, bla, bla… Ale przecież widziałeś ich już tyle razy, jak wychodzili z sytuacji bez wyjścia . Nauczyłeś się, ze spokojem przyjmować ciosy wiedząc, że przecież Rocky też na początku zawsze obrywał. Dramaturgia musi być. Trochę fory, żeby wyrównać szanse. Jeszcze jedną! Strzelcie jeszcze jedną! Odrobimy i będzie wam wtedy jeszcze bardziej wstyd. Mamy trenera, który wygrywa samym ego, mamy zespół warty tyle, że dałoby się za to zbudować stadion, mamy… mamy wszystko i jesteśmy synonimem zwycięstwa.
Kalkulowaliście kiedyś co ile wasza drużyna musiałby strzelać bramkę żeby wygrać, gdy do końca zostaje 20 minut, 14 minut, 7 minut…? Kiedy tak naprawdę przestajecie wierzyć, że znów się uda? Pamiętam jeszcze, że jak wylazłem stamtąd to chciałem sobie strzelić na wnętrzu dłoni tatuaż z naszym herbem. Nie mam pojęcia czemu i nie wiem dlaczego ten idiotyczny pomysł wpadł mi do głowy akurat wtedy. Ponoć nic nie jednoczy tak jak upokorzenie. Nie wiem. Wiem za to jedno: od tamtego wieczoru nie lubię przybijania piątek i machania otwartą dłonią na pożegnanie. Mas que una klęska.

Leeds i Parma
by Jarek Wysokiński

Pierwsze co mi przyszło na myśl – AC Milan, jak zauważyło kilku kolegów powyżej. Jednak po chwili refleksji doszedłem do wniosku, że nie traktowałbym jeszcze (zwracam uwagę na słowo jeszcze) w kategoriach drużyny która upadła już zupełnie. Weźmy pod uwagę, że drużyna z Mediolanu w ostatnich pięciu sezonach za każdym razem stawała na podium. Fakt, nie jest to już Milan, którego pamiętamy z 2003, 2005 czy 2007 roku, ale nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że oni już definitywnie upadli.

Wśród moich typów są dwa zespoły, a mianowicie Leeds United oraz Parma F.C. (w najlepszym okresie znana jako A.C. Parma).

Chciałbym zacząć od 3-krotnego mistrza Anglii, czyli zespołu z Leeds. Przyznam otwarcie, że ich ostatniego mistrzostwa w 1992 roku nie pamiętam, z racji tego, że po prostu, nie było mnie jeszcze na świecie. Myślę, że gdybym zrobił teraz anonimową ankietę wśród polskich sympatyków futbolu, w szczególności, osób poniżej 20 roku życia, czy znają klub Leeds United, większość odpowiedziałaby, że nie. Z jednej strony, nie można byłoby się dziwić, gdyż Leeds nie występuje obecnie w najwyższej klasie rozgrywkowej, a nie każdy na bieżąco śledzi rozgrywki Championship. Z drugiej jednak strony, moim zdaniem warto pamiętać o tym zespole, ze względu na to, co udało mu się osiągnąć w najmocniejszej lidze świata oraz z racji sukcesów na arenie europejskiej. Kibice z Elland Road z pewnościa dobrze wspominają lata 1999-2001, kiedy to drużyna z północnej części Anglii nie spadała poniżej 4 miejsca w lidze. To także okres bardzo dobrych występów na arenie europejskiej. Najpierw w 2000 roku Leeds United doszło do półfinału Pucharu UEFA oraz zakończyło sezon ligowy na 3 miejscu, po czym w następnym roku, ekipa prowadzona wtedy przez Davida O’Learego, dotarła do półfinału rozgrywek Ligi Mistrzów. W drużynie z Leeds grali wówczas m.in. Rio Ferdinand, Robbie Keane, Mark Viduka, Harry Kewell, Robbie Fowler czy Alan Smith. Od 2002 roku zespół z Elland Road, nie powtórzył już sukcesów. Stało się coś zupełnie odwrotnego. Najpierw w 2004 roku Leeds spadło klasę niżej, a następnie w 2007 roku zajęło ostatnie miejsce w Championship i zostało zdegradowane do League One. Co prawda od 2010 roku zawodnicy Leeds United grają ponownie w Championship, ale marzenia o Premier League muszą jeszcze odłożyć (obecnie 15 miejsce). Jest to według mnie świetny przykład drużyny, która przeżywała swoje „wielkie dni”, a następnie przyszedł kryzys, który sprawił, że wielu kibiców nie pamięta już sukcesów tej angielskiej drużyny.

Dlaczego wybrałem Parmę? Głównie ze względu na fakt, że w latach 90 jak i później zespół ten nagminnie meldował się w najlepszej 5 ligi. Drużyna występująca obecnie w Serie A, odnosiła też wtedy wielkie sukcesy w europejskich rozgrywkach. W 1993 roku zawodnicy Parmy wygrali Puchar Zdobywców Pucharów, a rok później oraz w 1998 roku zwyciężali w Pucharze UEFA. Ponadto 3-krotnie zdobywali Puchar Włoch (1992, 1998, 1999) oraz zostali wicemistrzami Włoch w sezonie 1996/1997. To także klub, który otworzył drogę do bogatej kariery takim graczom jak Buffon, Cannavaro, Crespo, Chiesa, Zola czy Thuram. Od tamtych czasów Parma F.C. nie zdobywała już żadnych trofeów, a w międzyczasie zanotowała wycieczkę do Serie B. Obecnie od 2010 roku występuje w Serie A, zajmując miejsca mniej więcej w środku tabeli.

Reasumując, dwie drużyny, które wymieniłem absolutnie mogą być zaliczane do kategorii drużyn, które upadły, zeszły na bok, są cieniem tego, kim byli kilkanaście lat wcześniej. Bez dwóch zdań należą także do zespołów, o których, chociażby z racji zawodników, którzy w nich występowali, warto pamiętać.

Reprezentacja Polski
by bamb0l

Mam 26 lat więc niestety sukcesy polskiej Piłki znam jedynie z opowiadań, książek i archiwalnych nagrań. Całe życie marzy mi się reprezentacja Polski lub jakikolwiek polski klub odnoszące sukcesy na międzynarodowej arenie. Jako dziecko żyłem w przeświadczeniu, że miejsce naszej reprezentacji jest w ścisłej światowej czołówce. Mimo, że liczba Polskich piłkarzy grających w zagranicznych klubach była o wiele mniejsza niż w dniu dzisiejszym to czułem zawsze dumę słuchając hymnu i widząc grupę zdeterminowanych średniaków, gotowych oddać zdrowie na boisku za reprezentacje (ach, te rajdy Bronowickiego na lewej stronie w meczu z Portugalia w Chorzowie:) ). Był rok 2007 a reprezentacja z europejskiego zaścianku pięła się w góre w rankingu FIFA by we wrześniu osiągnąć w nim 16 miejsce! 16 z ponad 200. Niech mi ktoś powie, że to nie jest czołówka. Wiem, że różni ludzie mają różne podejście do tych rankingów, jednak obrazują one w mniejszym lub wiekszym stopniu grę danego zespołu. Nasze miejsce poparte było dobrą grą i wynikami. Jakież było moje (i pewnie wasze też) szczęście, gdy pod przewodnictwem Leo Benhakkera wygraliśmy eliminacje do mistrzostw Europy w 2008 roku. Grając jak równy z równym z miedzy innymi Portugalia. W tamtym momencie myslałem, że rośnie nam solidna reprezentacja z przyszłością. W końcu nasz kraj odwiedziła zachodnia myśl trenerska, wygraliśmy eliminacje i ogólnie ogarnął nas hurra-optymizm w stosunku co do biało-czerwonych. Turniej niestety nie wyszedł, trenera pożegnalismy a kariery grających w tamtej reprezentacji pilkarzy wygasały jedna po drugiej. Mimo to miałem nadzieję, ze zobaczylismy ze mozna, zobaczylismy jak to sie robi i bedziemy powoli wspinac sie coraz wyzej i ktoregos dnia doczekamy sie reprezentacji budzacej respekt kazdego zespolu. 16 miejsce! w rankingu FIFA! z roku na rok było jednak coraz gorzej a nasze orły zajmują dziś miejsca to 74, to 78… na papierze mamy skład najsilniejszy od wielu lat jednak nasi nie potrafią nawet strzelać bramek. Niby ranking (w ktorym wyprzedzaja nas Albania, Libia, Sierra Leone (CO?) czy Burkina Faso) nic nie mowi, jednak nasza gra potwierdza miejsce w ktorym sie znajdujemy. Druzyny takie jak Szkocja przyjezdzaja do nas i prowadzą gre na Narodowym. momentem zwrotnym miało być Euro. Piekne Euro w ktore całe serce włożył cały kraj… poza pilkarzami chyba. Symbolem upadku naszej reprezentacji na zawsze pozostanie dla mnie żałosny obraz jakim był „wystep” naszych pilkarzy w strefie kibica w Warszawie… przeprosiny, obietnice itp. Dzis wiemy juz ze z obietnic nic nie ma a przeprosiny… chyba nie byly szczere bo po naszych orlach do dzis nie widac charakteru. Mam nadzieje ze osiagnelismy juz dno, od ktorego mozna sie tylko odbic! I kiedys nasi panowie dorównają legendom z dawnych lat.

Arsenal
by M

Nie jest to drużyna, która z futbolowego raju spadła wprost w otchłań bylejakości. Jednakże, swego czasu ten zespół zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że obecne wyniki nie mogą zadowalać zawodników a już na pewno nie kibiców tego Klubu z piękną i długą historią.
Pamiętny sezon 2003/04 i historyczne zdobycie mistrzostwa bez choćby jednej porażki, trzy mistrzostwa Anglii z rzędu, genialny gol Dennisa Bergkampa w spotkaniu z Newcastle w 2002 roku, Thierry Henry i jego cztery korony króla strzelców, rewelacyjny sezon 2005/06 w Lidze Mistrzów z serią dziesięciu meczów bez straty gola, fantastyczny rajd Henry’ego w meczu z galaktycznym Realem Madryt, pojedynki Roya Keane’a i Patricka Vieiry, utarczki słowne Alexa Fergusona i Arsene Wengera. Bergkamp, Henry, Vieira, Ljungberg, Campbell, Lehmann. Już wiadomo. Arsenal Londyn.
I sezon 2007/2008, to wtedy się zaczęło. Pamiętam tabelę z lutego 2008 roku. Arsenal miał wówczas przewagę pięciu punktów nad Manchesterem United. Jeszcze w marcu wciąż był liderem. A jednak tamten sezon zakończył dopiero na trzecim miejscu. W Lidze Mistrzów także niepowodzenie. Po bardzo dramatycznym meczu z Liverpoolem, Arsenal odpadł tracąc w rewanżu na Anfield Road dwa gole w końcówce meczu.
W kolejnym sezonie było jeszcze gorzej. Po jesiennym zwycięstwie nad Manchesterem United 2-1, wydawało się, że Kanonierzy znowu będą się liczyć w walce o mistrzostwo. Niestety, Arsenal zakończył sezon na czwartym miejscu ze stratą aż 18 punktów. W Lidze Mistrzów z londyńczykami bez problemów rozprawił się Manchester United wygrywając w dwumeczu 4-1. To wtedy Michał Okoński napisał: „Zanim do tego dojdzie, dorzucę tylko jeden wątek: zawieszenia broni między menedżerami MU i Arsenalu. Tym razem nikt nie wracał do awantur sprzed kilku sezonów, kiedy van Niestelrooy nie wykorzystał karnego, Alex Ferguson został trafiony kawałkiem pizzy, a Roy Keane i Patrick Vieira szarpali się w tunelu. Obawiam się, że powód jest prosty: Wenger przestał być rozdającym karty; groźniejszymi przeciwnikami Szkota okazują się Rafa Benitez i kolejni trenerzy Chelsea, więc wobec menedżera Arsenalu może pozwolić sobie na uprzejmość”. Ten cytat najlepiej oddaje sedno sprawy. Arsene Wenger przestał być poważnym konkurentem w walce o trofea.
Sezon 2009/10. Czwarte miejsce i 11 punktów straty do lidera. W Lidze Mistrzów zaledwie ćwierćfinał po starciu z Barceloną.
Oczywiście, nie można nie wspomnieć, że Arsenal sukcesywnie tracił najlepszych zawodników co musiało mieć wpływ na wyniki zespołu. Od roku 2005 odeszli Vieira, Bergkamp, Henry, Pires, Ljungberg, Lehmann, Nasri, Fabregas, van Persie. Niektórzy odchodzili na emeryturę ale byli także tacy, którzy uznali, że z tym klubem nic poważnego nie wygrają. Należy oddać szacunek Wengerowi, że w tych okolicznościach gdy tracił najlepszych graczy zajmował miejsce w pierwszej czwórce. Z pewnością nie mogło to jednak satysfakcjonować fanów pamiętających najlepsze czasy Kanonierów.
Sezon 2010/11 to znów czwarte miejsce, 12 punktów straty. W Lidze Mistrzów ponownie porażka z Barceloną i to już w 1/8 finału. Dodatkowym rozczarowaniem była porażka w Pucharze Ligi Angielskiej z Birmingham 1-2 po bramce straconej w 89 minucie meczu. Loża szyderców mogła kontynuować odliczanie czasu bez zdobytego trofeum.
Kolejny sezon to wprawdzie trzecie miejsce w lidze ale aż 19 punktów straty do mistrza. W Lidze Mistrzów rozczarowanie. Wprawdzie po laniu w Mediolanu i porażce 0-4 z Milanem Kanonierzy ambitnie powalczyli o odrobienie strat zwyciężając u siebie 3-0 ale to nie wystarczyło żeby awansować do ćwierćfinału.
W sezonie 2012/13 Arsenal z trudem obronił czwartą pozycję tylko o punkt wyprzedzając Tottenham. Utrata miejsce w Lidze Mistrzów nie byłaby tym co kibice mogliby wybaczyć. Lecz w 1/8 finału tych rozgrywek Arsenal spotkał się Bayernem Monachium i szanse na awans zaprzepaścił już w pierwszym spotkaniu przegrywając 1-3. I chociaż w rewanżu Kanonierzy znów dzielnie walczyli to na Allianz Arena do awansu zabrakło jednego gola. Tylko tyle albo aż tyle.
W bieżących rozgrywkach ligi angielskiej Arsenal zaczął z wysokiego C i z małymi przerwami był liderem aż do 25 kolejki. Wtedy stracił fotel lidera na rzecz Chelsea. Szansę na odrobienie strat będzie miał już w najbliższą sobotę albowiem te dwa zespoły zagrają na Stamford Bridge. A w Lidze Mistrzów? Już po wszystkim. Po wyjściu z grupy śmierci londyńczycy tak jak przed rokiem trafili na Bayern Monachium. Zdobywca potrójnej korony w poprzednim sezonie nie pozostawił złudzeń kto jest lepszy.
Pomimo, że jestem sympatykiem Manchesteru United to nie mam nic przeciwko żeby Arsenal nawiązał do swoich najlepszych lat. Albowiem jeśli wygrywać to tylko z równie mocną konkurencją. Jeśli zdobywasz tytuł mistrza w Premier League to nie dlatego, że jesteś najbogatszy a pozostałe zespoły są biedne a Ty możesz sobie pozwolić na transfery zawodników na które nie stać innych. Jeśli zdobywasz tytuł w Premier League to znaczy, że miałeś świetnie poukładany zespół wśród równorzędnych drużyn. Najmocniejszy wśród mocnych. Najlepszy. A tylko zwycięstwo w doborowym towarzystwie może mieć wyjątkowy smak.

Droga do finału. Ostatni mecz Moyesa?

Jeśli Manchester United nie odrobi straty z przegranego 0:2 meczu w Pireusie i odpadnie z Ligi Mistrzów, może to zakończyć krótka i pełną rozczarowań karierę Davida Moyes w roli następcy Aleksa Fergusona. Jeszcze nie dawno, bo w ubiegłym sezonie nikt nie zadawałby nawet pytań czy „Czerwone Diabły” są w stanie pokonać na Old Trafford nie tylko europejskiego średniaka jak Olympiacos, ale w ogóle jakąkolwiek. MU zdobył wówczas mistrzostwo Anglii z 11 punktową przewagą. Niestety Moyes w tych kilka miesięcy przemienił drużynę w przeciętniaka bez szans na tytuł czy choćby pierwszą czwórkę – wizja gry w przyszłej edycji Champions League odpłynęła w ostatni weekend wraz z upokarzającą porażką z Liverpoolem 0:3 przed własną publicznością. Była to już dziewiąta przegrana w sezonie Premier League (wyrównany najgorszy klubowy rekord), w którym United był w stanie w dodatku strzelić u siebie zaledwie 18 goli. Odpadł też już z Pucharu Anglii i Ligi Anielskiej. Taktykę Moyesa po porażce z Pireusem publicznie skrytykował Robin van Persie (za Fergusona byłby to ostatni dzień każdego piłkarza w klubie), a po porażce z Liverpoolem Wayne Rooney przyznał, że był to najgorszy dzień w jego piłkarskiej karierze. W zespole nie ma chemii, a na boisku brakuje obowiązkowej w czasach Fergusona pasji, zadziorności i walki o wynik do ostatnich sekund. Bo jak wyjaśnić niemoc, która dopadła wybitnych przecież piłkarzy, o wysokich umiejętnościach indywidualnych? Zwłaszcza, że z Olympiacosem człapało bez pomysłu po boisku i zderzało się ze sobą, dublując pozycje aż dziewięciu tych samych zawodników, którzy przed rokiem potrafił zremisować 1:1 z Realem Madryt.
Co prawda w 1/8 finału z Ligą Mistrzów pożegnały się także Arsenal i Manchester City, ale porażki z Bayernem Monachium i Barceloną wstydu im nie przynoszą. Odpadnięcie z Olympiacosem na pewno przepełni czarę goryczy kibiców United. Czy wypali i cierpliwość właścicieli, którzy dojdą wniosku, że jednak się pomylili i nie jest on owym Chosen One. I rozważą rozwiązanie sześcioletniego kontraktu ze Szkotem, który przemienił ich MU w drugi Everton, skąd trafił na Old Trafford?

KONKURS: widziałem drużyny cień

I tu przychodzimy do kolejnej odsłony konkursów Heinekena, w których możecie wygrać 5-litrowe beczułki sponsora Ligi Mistrzów (a na stronie liga.heineken.pl oglądać mecze w jakości HD za kapsel) i nasze studio Ligi Mistrzów na żywo Droga do Finału. Tym razem chcę od Was notki o drużynie upadłej. Jaki spadek z Parnasu utkwił Wam w pamięci najbardziej, kiedy na własne oczy zobaczyliście, że wielcy piłkarze „umierają stojąc”, a drużyna, która dopiero co nie miała sobie równych w świecie, na Waszych oczach stała się doskonale przeciętną? Może zapamiętaliście jeden moment, obrazek, który Was w tym utwierdził.

Do dzieła! Kegi czekają. I ja czekam na wpisy w komentarzach. Do czwartku do godziny 15.

Ruszyła Premier League! Bez Sir Alexa jest jak Stonesi bez Jaggera?

Ruszył właśnie jeden z najciekawszych od dawna sezonów Premier League. Nie piszę „najlepszych”, bo jednak mam wrażenie, że w latach 2002-2010 grały tam znacznie silniejsze drużyny, a w nich znacznie większe gwiazdy niż obecnie – jak choćby Didier Drogba, Ruud van Nistelrooy czy Cristiano Ronaldo. Steven Gerrard z Xabim Alonso i Pepe Reiną czy Thierry Henry z Robertem Piresem i Patrickiem Vieirą, a potem młodym Ceskiem Fabregasem tworzyli jedne z najlepszych drużyn Europy. Zwieńczeniem tej angielskiej dominacji w Europie finał Ligi Mistrzów w 2008 roku i trzy drużyny w półfinale.

Premier League rusza po sezonie, który zakończył upokarzający dla niej niemiecki finał Champions League na Wembley. Co gorsza Chelsea jako pierwszy obrońca trofeum w historii nie zdołał wyjść z grupy, podobnie jak Manchester City, naszpikowany wielkimi gwiazdami futbolu, które znów nie stworzyły drużyny. W Europie zawiódł też i Arsenal i Manchester United. Jeśli nowy sezon zapowiada się spektakularnie to – póki co – raczej poprzez transfery trenerskie niż piłkarskie. Najbardziej gorące kąski transferowe ubiegłego sezonu jak Radamel Falcao czy Edinson Cavani wybrały miliony zamiast jakości sportowej i perspektywy największych sukcesów. Wygląda na to, że Falcao już tego żałuje i szykuje się do porzucenia Monaco). Robert Lewandowski, który też byłby wzmocnieniem każdego angielskiego klubu został w Borussii Dortmund i jeśli się gdzieś przeniesie to do wymarzonego Bayernu Monachium (mimo, że znów na Londyn będzie go namawiał sam Jose Mourinho).

Arsene Wenger znów obiecuje transfery, na razie jednak przegrał walkę o Gonzalo Higuaina i Luiza Gustavo (z Wolfsburgiem, co jest szczególnie przykrym policzkiem dla „Kanonierów”), cz wygra walkę o Wayne Rooney’a lub Luisa Suareza szczerze wątpię. Minie trochę czasu nim gwiazdy tego formatu będą garnęły się na Emirates, bo na razie klub wciąż balansuje na granicy awansu do Ligi Mistrzów. Jeśli miałbym spekulować nad zmianą składu tzw. Wielkiej Czwórki, to jedynym kandydatem do wypadnięcia z niej (kosztem Tottenhamu) jawi mi się właśnie Arsenal.

Pozostali czyli MU, City i Chelsea chyba nie powinny mieć tego kłopotu. Jeśli ten sezon będzie ciekawy to właśnie z racji trzech nowych trenerów w najlepszych drużynach. Jak sobie poradzą jest wielką zagadką, choć akurat w przypadku Jose Mourinho wydaje mi się, że jest skazany na sukces. Nie tylko dlatego, że z rzeczonej trójki jest najbardziej utytułowany tak w Anglii jak i Europie. Jako jedyny nie uczy się klubu od zera, nie poznaje piłkarzy, szatni, nie musi układać sobie relacji z właścicielem. Jose wraca do domu, gdzie czeka na niego wiele bliskich mu osób. Nie tylko kluczowi weterani jak Frank Lampard, John Terry czy Petr Cech. Ale także kibice, dla których pomijając dawne dzieje i sukcesy ważne jest też kogo w klubie zastąpił. Poza wszystkim mogą też liczyć, że uda mu się reaktywować Fernando Torresa. Bo jeśli on nie zrobi z Hiszpana znów najlepszego napastnika świata to już chyba nikt i niech El Nino lepiej już kończy karierę…

„Premier League bez Fergusona jak Rolling Stonesi bez Jaggera”

Jak poradzi sobie w Manchesterze United David Moyes, próbując zastąpić niezastępowalnego Sir Alexa, to kolejna wielka zagadka sezonu. Przyznaję, że początek jego pracy w klubie nie napawał mnie optymizmem. To trener świetnie znający realia ligi i wszystkich piłkarzy, ale zupełnie bez sukcesów i bez doświadczenia w pracy z wielkimi gwiazdami, piłkarzami tego formatu jacy są na Old Trafford. W dodatku na dzień dobry skłócony z jedną z gwiazd największych, czyli Wayne Rooney’m mającym z Moyesem zaszłości z czasów Evertonu, a do tego świeże nieporozumienia z Fergusonem z ubiegłego sezonu. Nieudane próby sprowadzenia na Old Trafford Fabregasa i Thiago Alcantary pokazały też, że do Moyesa piłkarze nie idą w dym po jednym telefonie jak do jego poprzednika. To dobre pytanie czy dziś MU udałoby się namówić na odejście z Arsenalu takiego piłkarza jak Robin van Persie. Ewentualne przejście Marouane Fellainiego na pewno będzie wzmocnieniem, swój człowiek na pewno przyda mu się w szatni i na boisku, ale czy będzie to transfer wystarczająco spektakularny? Problemem Moyesa może być też, choć nie musi, ciągła obecność w gabinecie dyrektorskim Sir Alexa. Dopóki sprawy będą szły po myśli, nie będzie kłopotów, ale co w razie kryzysu, powiedzmy 8. miejsca?

Pierwszy mecz kryzysu nie zwiastuje, ręcz przeciwnie. MU na dzień dobry rozbił na Liberty Stadium Swansea 4:1. Nic nie zatracił ze swojej skuteczności van Persie, skutecznością znów błysnął Danny Welbeck, który w tym jednym meczu zdobył więcej goli niż w całym poprzednim. Rooney, choć zaczął na ławce, grał bez focha i asystował przy golach kolegów. Kiedy rozgrzewał się przy linii bocznej, usłyszał gwizdy, ale tylko z sektorów fanów Swansea, kibice „Czerwonych diabłów” wspierają go mimo parcia ku odejściu do Chelsea (zawszeć nie do znienawidzonego lokalnego rywala). Jerzy Dudek nazwał Rooney’a w rozmowie z Andrzejem Twarowskim, Jarkiem Kolińskim i ze mną „psującym się jabłkiem w koszyku” i poleca go w swym byłym klubie, bo… Dudek: Rooney powinien odejść do Realu. Tam potrzebują takiego bandyty. A może jednak przyszłość Rooney nadal jest na Old Trafford?

Na dziś Moyes mógłby powtórzyć słowo w słowo zdanie wypowiedziane przez Aleksa Fergusona po objęciu drużyny w 1986 roku: „I’m not really interested in what happened here in the past. I don’t mean any disrespect to the great achievements of Manchester United over the years. It is simply that now there is only one way to go and that is forward”. Bo co innego mu pozostaje.

My cieszmy się, że najlepsza i najbardziej ekscytująca liga świata znów gra, z kilkoma naszymi ludźmi, pełna niespodzianek i zagadek. Cieszyłem się czując ciary chodzące po plecach, gdy słuchałem You’ll Never Walk Alone na Anfield przed pierwszym meczem sezonu. A jeszcze bardziej na „no to zapinamy pasy i…” Andrzeja. Ja moje pasy rozpinam dopiero w maju;)