Man City – Real Madryt czyli kierunek: la Undécima

Real Madryt: CristianoReal Madryt nie ma wyjścia i chce czy nie chce, musi rzucić wszystkie siły w walkę o awans do finału Ligi Mistrzów. Choć wykorzystując chwilową słabość Barcelony dopadł ją w tabeli La Liga (wraz z Atletico Madryt) i mógłby teraz skupić się na nieoczekiwanej szansie na mistrzostwo Hiszpanii, ale będąc klubem „królewskim” po prostu nie może oprzeć się dążeniu do „Undecimy”, czyli jedenastego Pucharu Europy.

Po pierwsze półfinałowym rywalem „los Blancos” jest Manchester City, klub o potencjale finansowym zbliżonym do Realu, z paroma piłkarzami, którzy spokojnie mogli by się znaleźć w jego kadrze jak Sergio Agüero, David Silva czy Kevin de Bruyne, o swoim byłem trenerze, Manuelu Pellegrinim na ławce nie wspominając. Ale to jednocześnie nuworysz na piłkarskich salonach, który w półfinale Ligi Mistrzów znalazł się po raz pierwszy w historii. O ile odpaść w półfinale z Bayernem czy Atletico byłoby oczywiście przykre, o tyle odpaść z City po prostu nie wypada. Zwłaszcza w tak kiepskim sezonie dla „the Citizens”, którzy dawno przestali się liczyć w walce o mistrzostwo Anglii i nawet nie jest pewne czy zagrają w następnej edycji Champions League. W ogóle dożyliśmy czasów, że hiszpańskiej drużynie wstyd odpaść w europejskich pucharach z inną drużyną niż hiszpańska, a już zwłaszcza z angielską.

Poza tym już sam finał Ligi Mistrzów ostatecznie przypięczętowałby udany debiutancki sezon Zinédine Zidane i przesądził o jego losach w przyszłym sezonie. Wielu kwestionowało trenerskie talenty byłej wielkiej gwiazdy światowego futbolu. Zarówno w styczniu gdy przejmował drużynę z rąk Rafy Beniteza jak i po porażce z Wolfsburgiem, gdy zaszła konieczność remontady w rewanżu.

100 dni po debiucie można przesądzić, że jest dużo lepiej niż za Rafy, zarówno pod względem atmosfery w szatni jak i wyników. Zizou noyuje identyczny start w lidze co José Mourinho czy… Guardiola w Barcelonie. A doczekać się „własnego Guardioli” byłoby dla Realu tak samo ważne jak wygranie Ligi Mistrzów.

Gareth Bale

Wilk w zagrodzie Bayernu

Guardiola i AlabaDavid Alaba odmówił Pepowi Guardioli! – grzmi angielska i niemiecka prasa. Co się stało? Czyżby Austriak w meczu z Juventusem Turyn nie chciał grać na pozycji środkowego obrońcy, gdzie z powodu plagi kontuzji ustawia go trener? A może odmówił krycia Paolo Dybali? Nic z tych rzeczy, Alaba odmówił Guardioli… przeprowadzki do Manchesteru City, który Katalończyk obejmie w nowym sezonie. Odmówił i postanowił przedłużyć kontrakt z Bayernem Monachium aż do 2021 roku (z pensją 12 mln euro).

Zauważacie państwo kuriozalność tej informacji? To oczywiste, że piłkarzem tej klasy, być może najbardziej wszechstronnym w dzisiejszym futbolu interesują się czołowe kluby jak Barcelona, Real Madryt czy pragnący wejść na ich poziom Man City. To jasne, że pragnie go przyszły trener tego ostatniego. Kuriozum polega na tym, że jest nim jednocześnie aktualny trener Bayernu. Takiej sytuacji jeszcze w futbolu nie przerabialiśmy. Dziwi brak stanowczej reakcji władz bawarskiego klubu, w którego zagrodzie pies pasterski właśnie zrzucił skórę i okazał się w wilkiem. Może dlatego, że skandal to ostatnia rzecz jakiej Bayern przed walką z Juventusem o awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

Zasadne wydają się pytania stawiane przez dziennikarzy „Bilda” w chwili gdy ogłoszono przyszłego pracodawcę Guardioli, kogo zamierza zabrać ze sobą i ile czasu zamierza poświęcać do końca sezonu sprawom City. Okazuje się, że zapewnienia iż będzie się koncentrował tylko na Bayernie są mitem. W miniony poniedziałek fotoreporterzy przyłapali go na podróży do Amsterdamu, gdzie w hotelu spotkał się przyjacielem i dyrektorem sportowym City, Tixi Beguristeinem.

Ostatnio deklarację o braku zainteresowania transferem do City złożył na łamach „Muenchener Merkur” Manuel Neuer. Bayern za wszelką cenę chce też zatrzymać Roberta Lewandowskiego, Thomasa Mullera, Thiago. A że do City nie przeniosą się raczej także Leo Messi, Neymar, Luis Suarez, Cristiano Ronaldo, czy Zlatan Ibrahimovic, Guardiola ma znaczenie więcej powodów do zmartwień niż tylko rewanż z Juventusem.

 

Pytania do Pepa Guardioli

Guardiola w Manchesterze CityNajbardziej spektakularny transferem zamkniętego okna jest ten, który dokona się dopiero latem, czyli ujawnienie „tajemnicy Poliszynela” o objęciu przez Pepa Guardiolę Manchesteru City. Dziwny to zwyczaj gdy trener drużyny X ogłasza pół roku wcześniej, że w nowym sezonie obejmie zespół Y. Coś, co nie razi w przypadku piłkarzy, którym wygasa kontrakt (choć, owszem, wzbudza emocje i kontrowersje jak ze zmianą klubu przez Roberta Lewandowskiego czy obecnie przez Radosława Cierzniaka), u szkoleniowców budzi wątpliwości. Co innego gdy któryś jak Jupp Heynckes ogłasza po sezonie przejście na emeryturę lub po prostu odejście z klubu po wypełnieniu umowy, bez jasnych deklaracji co dalej.

Wczesna decyzja Guardioli (mówi się, że karierę zaplanował gruntownie do 2020 roku, kiedy to obejmie reprezentację gospodarza mundialu w Katarze) pozwoliła Bayernowi zakontraktować od czerwca znakomitego następcę w postaci Carlo Ancelottiego, ale czy nie powinna pozostać pozostać tajemnicą gabinetów? Naraża bowiem na niepewność piłkarzy aż dwóch klubów, o aktualnym trenerze City, Manuelu Pellegrinim nie wspominając.

Ja wiem, że wszystko to wysokiej klasy profesjonaliści, którzy tak czy siak będą dążyć do zdobycia mistrzostwa Niemiec i Anglii oraz triumfu w Lidze Mistrzów. Media pełne są jednak spekulacji nie tylko jacy piłkarze dzięki Guardioli rozkwitną w City (Sterling, Silva, Kelechi Ihenacho), kogo wykreuje na gwiazdę światowej klasy (de Bruyne), a kogo sprowadzi za 300 mln euro jakie ma dostać na zakupy (Lewandowski trafił już na czołówki gazet zarówno na Wyspach jak i w Hiszpanii jako przedmiot potencjalnej wojny Realu z City, mówi się o Messim, Neymarze, Pogbie). Ale i pełno wszędzie nazwisk które „odstrzeli”.

Pierwszy ma odejść Yaya Toure, któremu z dawnych lat nie po drodze z Katalończykiem, ale – jak czytam – nowych klubów może sobie szukać cała defensywa oprócz Vincenta Kompany’ego. Jak zareagują na to Sagna, Zabaleta, Kolarov, Mangala czy Demichelis? Czy doda im motywacji, czy nadal będą mieli ochotę „umierać” w walce o tytuł? Czy nie zacznie popełniać głupstw Joe Hart gdy wyczyta, że nie ma czego szukać u Guardioli, o ile szybko nie upodobni się do Neuera i nie zacznie rozgrywać?

Pytania padają nie tylko o to jak szybko City zacznie grać tiki-takę, ale i o konflikt interesów. To właśnie zasugerował „Bild”, publicznie pytając Guardiolę „ile czasu dziennie zamierza poświęcać City?” Pep zapewne odpowie, że do 30 czerwca koncentruje się wyłącznie na Bayernie i walce o „potrójną koronę”. Ale czy to możliwe, żeby tak kompletnie odciąć myśli od tego co dzieje się w przyszłej firmie? I nie mówię tu o sprawdzeniu na livescorze co tam u chłopaków…

O wiele poważniej brzmi drugie pytanie-zarzut: „Czy pilotował pan transfer De Bruyne?”. Dziennikarze sugerują, że Guardiola mógł celowo zablokować transfer Belga z Wolfsburga do Bayernu, choć jego agent już deklarował porozumienie z mistrzami Niemiec. Przypominają, że Guardiola już w w 2012 roku prowadził rozmowy z szejkami z City, w klubie dyrektorskie funkcje pełnią jego przyjaciele z Barcelony, Ferran Soriano i Tixi Beguiristain. Oczywiście wszyscy wolelibyśmy, żeby to była podła insynuacja „tabloida” iż Guardiola znając swą przyszłość wolał współpracować z de Bruynem w City niż w Bayernie…

Guardiola i LewandowskiKolejne pytanie „Bilda” „Czy zabierze nam pan latem Lewandowskiego?” nie ma już takiego ciężaru. Mamy wolny rynek, jeśli City wyłoży 100 mln euro, o których się spekuluje, a Bayern je zaakceptuje, Lewy przejdzie co City i nikomu nie stanie się krzywda.

O ile kapitan reprezentacji Polski będzie miał na to ochotę. Dotąd nie deklarował chęci przenosin do Premier League. Guardiolę ceni, jest mu wdzięczny za rozwój, ale to chyba nie aż tak głęboka relacja, by miał ślepo za nim podążać. Zwłaszcza, że na razie nie wygrał z Katalończykiem niczego więcej niż z Juergenem Kloppem. Czym City go skusi, pensją? Gdzie by nie poszedł, wszędzie dostanie ogromną. Np w Realu Madryt, dlaczego projekt Guardioli w City miałby być bardziej atrakcyjny? Istotnie jednak jest w tym jakiś absurd, że dziennikarze mają pełne prawo zadawać takie pytania obecnemu trenerowi Bawarczyków…

Nie sądzę, że Guardiola – jak czytam – idzie na łatwiznę. Czeka go przecież najtrudniejsze zadanie z dotychczasowych, nawet jeśli przyjąć, że po raz trzeci w karierze podejmuje pracę trenerską w klubie z bajki. Barcelonę przejmował z młodym Messim, Xavim i Iniestą oraz władzą pozwalającą „odstrzelić” takie gwiazdy jak Ronaldinho, Deco czy Eto’o (wyobraźmy sobie trenera Realu Madryt z analogiczną władzą, nawet Jose Mourinho nie był w stanie poradzić tam sobie z jednym gwiazdorem). Z kolei Bayern wziął u szczytu potęgi, tuż po zdobyciu „potrójnej korony”, z Neuerem, Lahmem, Alabą, Schweinsteigerem, Müllerem czy wreszcie Robbenem i Ribérym. Na dzień dobry udało mu się także osłabić jedynego rywala, odbierając Borussii Lewego.

W Premier League nie będzie rywalem sam dla siebie jak w Bundeslidze. Będzie musiał znieść brak przerwy zimowej i świąteczno-noworoczny maraton meczów, sukces w Lidze Mistrzów stanie się obowiązkiem, nie możliwością. Przed nim wiele „zimnych, wilgotnych wieczorów” nie tylko w Stoke.

Pep Guardiola

Gdzie zabrzmi heavy-metal Kloppa?

Juergen KloppZapowiedź odejścia Juergena Kloppa z Borussii Dortmund wstrząsnęła piłkarskim światem niemal równie silnie jak rozstanie sir Aleksa Fergusona z Manchesterem United, choć Niemiec nie spędził nawet połowy tego czasu w klubie co Szkot i bynajmniej nie rozpoczyna trenerskiej emerytury. Porównanie jest uzasadnione o tyle, że obaj nie tylko stworzyli od zera cały autorski projekt piłkarski (Ferguson nawet kilka razy), dobierając co do jednego każdego z wykonawców. Byli tego projektu twarzą, duszą, nadali mu swój charakter. Czas, zaufanie i pełnia władzy jakie dostali od właścicieli też były porównywalne. Obaj odeszli wtedy kiedy chcieli, a nie kiedy ktoś inny uznał, że powinni odejść. I mieli szacunek i wsparcie trybun nawet w czasie kryzysu, gorzkich porażek i rozczarowań.

Różnica polega na tym, że Ferguson nigdy jak Klopp nie powiedział sobie, że „klub potrzebuje zmiany”, ale „on sam nie jest mu już w stanie pomóc”. Że potrzebna jest osoba o nowym spojrzeniu, która wymyśli drużynę na nowo. Szkot, gdy trzeba był zawsze wymyślał sam. Dlaczego Klopp zostawia po siedmiu latach Borussię jak wcześniej dokładnie po takim samym okresie Mainz? Tamto rozstanie łatwiej było zrozumieć, zostawiał bowiem klub drugoligowy. Z którym wcześniej wywalczył najpierw historyczny awans do Bundesligi, a potem do Pucharu UEFA i stał się jego legendą. Aspiracje młodego trenera, by spróbować czegoś więcej i na większą skalę były jak najbardziej naturalne.
Wdzięczni kibice Mainz śpiewali mu na pożegnanie „You’ll never walk alone”. Można być pewnym, że i fani Borussii zgotują mu królewskie pożegnanie, choć zanosi się na najgorszy sezon pod jego wodzą, który klub skończy bez żadnego trofeum. Każdy jednak pamięta okoliczności w jakich przejmował zadłużonego bundesligowego średniaka i jak wiele osiągnął z nim przez te lata, przełamując na jakiś czas dominację Bayernu Monachium i czyniąc jeden z najbardziej podziwianych i szanowanych za styl klubów w Europie. Ile gwiazd futbolu odkrył, natchnął i wykreował, od mistrzów świata Matsa Hummelsa i Mario Goetze, przez Shinji Kagawę, Ilkaya Gundogana i Nuri Sahna po Łukasza Piszczka i Roberta Lewandowskiego.

Stosunek perfekcyjnych transferów do kiepskich, o których każdy trener chciałby zapomnieć mieli Ferguson z Kloppem zapewne podobny, choć Niemiec w dwóch ostatnich sezonach podejmował wyjątkowo nietrafne decyzje. Dlaczego jednak zamiast po raz kolejny budować w Dortmundzie, postanowił podjąć wyzwanie gdzieś indziej? Przecież – jak sam tłumaczy – to nie efekt wypalenia jak w przypadku Pepa Guardioli, który w 2012 roku porzucił Barcelonę, wycieńczony wysokimi kosztami sukcesu i rywalizacji z Realem Madryt Jose Mourinho. Klopp nie zamierza robić sobie rocznej przerwy od futbolu. Zmierza rozpocząć nowy projekt natychmiast, od razu po zakończeniu sezonu.

To bardzo dobra wiadomość, że za chwilę znów zobaczymy jego pasję przy linii bocznej i jego błyskotliwe analizy na konferencjach prasowych. Pytanie tylko na jakiej ławce i w jakim języku? Wszystko wskazuje na to, że w angielskim. Bardzo możliwe, że w razie niepowodzeń w Lidze Mistrzów, a zwłaszcza w lidze hiszpańskiej następcy Carlo Ancelottiego będzie szukał Real. Jednak wątpliwe, żeby Klopp zdecydował się na pracę w kraju, którego języka nie zna, a przynajmniej tak deklarował. Wielokrotnie opowiadał za to o fascynacji Premier League.
Tam nowego trenera prawie na pewno będzie potrzebował Manchester City – los Manuela Pellegriniego po kolejnej klęsce w Champions League i stracie już 12 punktów w tabeli Premier League do Chelsea jest już raczej przesądzony. Niemiec byłby dla „the Citizens” darem niebios. Mam za to wątpliwości czy wciąż aktualny mistrz Anglii byłby wymarzonym klubem dla Kloppa. Kilka razy wyrażał się krytycznie na temat klubów, działających w futbolu z pozycji siły finansowej, idących na łatwiznę, pogardzających pracą organiczną. Bayern, dokonujący kolejnych wrogich przejęć jego największych gwiazd przyrównał do Chińczyków, którzy „podpatrują jak coś robią inni i po prostu to kopiują, wkładając w to tylko większe pieniądze”.
Poza tym na Etihad zastałby szatnię wymagającą natychmiastowego odmłodzenia (City miało najstarszą kadrę w tej edycji Ligi Mistrzów – tylko dwóch piłkarzy ma mniej niż 30 lat). W dodatku musiałby kupować zawodników mogących zagwarantować natychmiastowy sukces. Nie miałby szansy odkryć kogoś takiego jak Kagawa czy wychować sobie na supergwiazdę jak Lewandowski. Nie dostałby czasu, bo szejkowie czekają na sukces już zbyt długo i wpompowali w w klub już ponad pół miliarda funtów.

Ale jeśli nie City to kto? U bukmacherów wysokie szanse mhttp://zarzadzanie.blog.pl/michalpol.blog.pl/wp-admin/post.php?post=2489&action=edita Arsenal. Klopp do „Kanonierów” pasowałby idealnie. Gdyby tylko Arsene Wenger „poszedł w dyrektory” przenosząc się do zarządu klubu i stamtąd wspierając Niemca, którego filozofia gry i prowadzenia drużyny są mu bardzo bliskie, co wielokrotnie podkreślał. Chwilowo jednak nic nie zapowiada takiego scenariusza, zwłaszcza, że Arsenal spisuje się w sezonie na tyle dobrze, że nikt nie domaga się odejścia Wengera. A Klopp szanuje „Kanonierów” właśnie i za podejście do wieloletniego menedżera. Z klubu dochodzą głosy, że Niemiec byłby idealnym następcą Francuza, ale za dwa lata… Tylko, że nowego sezonu heavy metal Kloppa będzie grał inny zespół, Arsenal zostanie przy koncercie na skrzypce…

Arsene Wenger i Juergen Klopp

Premier League w Trójkącie Bermudzkim

Anglia poza Ligą MistrzówLedwo minął miesiąc od ogłoszenia rekordowego kontraktu za prawa do transmitowania ligi angielskiej (ponad 5 miliardów za trzy sezony, co daje 113 tysięcy funtów za każdą minutę każdego meczu), a „najsilniejsza, najbogatsza i najbardziej ekscytująca ligi świata” skompromitowała się nie wprowadzając ani jednego przedstawiciela do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Po raz drugi w ostatnich trzech sezonach. Żeby tylko Premier League blado wypadła na tle ligi hiszpańskiej, która znów ma w ćwierćfinale trzech reprezentantów. Siarczysty policzek wymierzyła jej liga francuska, której PSG i Monaco wyeliminowało Chelsea i Arsenal, portugalska i przeżywająca kryzys finansowy liga włoska. Europa potraktowała angielskie kluby równie bezlitośnie jak Leo Messi piłkarzy Manchesteru City swoimi „kanałami”.

***
Ta kolejna klęska angielskich drużyn urasta do zagadki Trójkąta Bermudzkiego. Jak to możliwe, że ekipy mające na pokładzie najlepszy sprzęt i najlepszych na świecie specjalistów, których umiejętności i doświadczenie nie budzą wątpliwości, zamiast pewnie i bezpieczne przepłynąć z portu do portu znikają po drodze za sprawą sił iście paranormalnych. Przecież mówimy tu o lidze najbogatszej ze wszystkich, z którą finansowo równać mogą się jedynie futbolowe, baseballowe i koszykarskie odpowiedniki zza Oceanu.
Już dziś przecież szef Premier League chwali się, że spadkowicz po ubiegłym sezonie – Cardiff City zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium, a beniaminek Burnley finansowo stoi lepiej niż taki Ajax Amsterdam. Gdy nowy kontrakt wejdzie w życie wspomniane Burnley będzie pewnie stać na wykupienie połowy składu Juventusu Turyn czy FC Porto, a Premier League stanie się jeszcze bardziej wyrównana i atrakcyjna.
Pytanie czy już nie stała się ofiarą własnego sukcesu i atrakcyjności. Silna liga dzięki solidarnemu podziałowi wpływów z praw telewizyjnych sprawia, że jak w żadnej inne każdy jest w stanie wygrać tu z każdym. Nigdzie nie ma takiej konkurencji jak na Wyspach. Właśnie trwa tam pasjonująca walka o Ligę Mistrzów z udziałem aż siedmiu drużyn. Tylko czy właśnie z powodu tak wyczerpującej rywalizacji co kolejka, później angielskie drużyny kompromitują się w grupie Ligi Mistrzów (mniej – jak Arsenal czy City, lub bardziej – jak Liverpool, który zdołał wygrać tylko z Łudogorcem Razgrad), a po wyjściu z niej na drugim miejscu natychmiast odpadają?
Właśnie intensywność rywalizacji w Premier League, a przy tym brak dobrodziejstwa przerwy zimowej do pewnego stopnia tłumaczy niemoc angielskich drużyn. Bo już nie sama ilość spotkań. Barcelona eliminując City miała na koncie jedno spotkanie więcej, Chelsea dokładnie tyle samo co PSG (przed rewanżowym meczem miała za to cały tydzień na odpoczynek), a Arsenal, upokorzony na własnym stadionie przez Monaco, zaledwie dwa spotkania więcej niż Francuzi.
Ogromne pieniądze, przyznawane bez względu na wynik na koniec sezonu też nie są bez wpływu na kluby i samych zawodników. Demoralizują przepłaconych piłkarzy, którym ciężej o motywację. I kluby, które z kolei przestają prowadzić rozsądną politykę transferową. Ich kadry rozrastają się do gigantycznych rozmiarów. Tworzą przy tym gwiazdozbiór bez tożsamości. Jak na lekarstwo w nich wychowanków albo choćby Anglików, bo ich ceny są wywindowane pod niebiosa. Ostatnio narzekał na to zjawisko trener City, Manuel Pellegrini, który utyskiwał w „Guardianie”, że choć chciałby mieć w składzie angielskich zawodników, nie ma ich skąd wziąć, bo byle lewy obrońca jak Luke Shaw wyceniany jest na 35 milionów funtów, a za Raheema Sterlinga musiałby zapłacić Liverpoolowi ze 100 milionów funtów.
***
Poza tym wspólnym mianownikiem historia klęski każdej z angielskich drużyn jest inna. W Manchesterze City szósty raz z rzędu zawiódł trener nie umiejący wykorzystać potencjału światowej klasy, ale już co raz bardziej podstarzałych, milionerów (najwyższa średnia wieku ze wszystkich drużyn w Champions League). Chelsea zatraciła to co zawsze charakteryzowało drużyny Jose Mourinho: pozwoliła sobie strzelić gole po stałych fragmentach, w samej końcówce meczu i dogrywki, nie potrafiła wykorzystać gry z przewagą zawodnika. Jak tłumaczył sam Portugalczyk, nie uniosła presji. A Arsenal po raz piąty zrealizował doroczny scenariusz: zawalił kompletnie mecz u siebie, by w heroicznej pogoni w rewanżu zabrakło mu jednej bramki do awansu. Obie londyńskie drużyny odpadły z powodu goli na wjeździe.
I tu właśnie najzabawniejszy sposób na wyjście angielskich drużyn z europejskiego impasu znalazł Arsene Wenger. Zastrzegł co prawda, że żadnego kryzysu nie widzi, dodał za to, że dobrze byłoby zrezygnować z… reguły, że gole zdobyte na wyjeździe liczą się podwójnie. Jego zdaniem przepis jest przestarzały, wymyślono go w latach 60. ubiegłego wieku żeby zachęcić drużyny do ofensywnej gry na wyjeździe zamiast kurczowej obrony. Nie pasuje do współczesności, w której gole na wyjeździe znaczą zbyt dużo, należy więc go zmienić. Rzeczywiście zarówno rywalizacja Arsenalu z Monaco jak i Chelsea z PSG skończyła się wynikiem 3:3. Czy Anglikom wystarczy więc wyćwiczyć rzuty karne?

Liga Mistrzów: PSG wyrzutem dla szejków z City

Suarez rozbija Manchester City

Nie jest tak, że jeśli nie wygram w sezonie żadnego tytułu, to zostanę zwolniony – mówi trener Manchesteru City, Manuel Pellegrini „Guardianowi” przed rewanżowym meczem z Barceloną. I dodaje, że ponownie odpadnięcie z Ligi Mistrzów w 1/8 finału i brak obrony mistrzostwa Anglii wcale nie musi to dla niego oznaczać utraty posady.

A ja myślę, że wręcz przeciwnie. Wystarczy, że Manchester City znów skompromituje się w meczu z Barcą jak w pierwszym spotkaniu i tych obu przed rokiem, by arabscy właściciele walnęli pięścią w stół i nawet ewentualne wygranie Premier League nie uratuje posady Chilijczyka. Mistrzostwo, w które ciężko uwierzyć po ostatnich porażkach z Burnley i Liverpoolem, gdy strata do Chelsea wynosi już sześć punktów, przy jednym meczu rozegranym więcej.

Jak kluczowa dla szejków z Abu Zabi jest Champions League pokazali zwalniając poprzednika Pellegriniego – Roberto Manciniego – po mistrzowskim sezonie w lidze. Mimo kolejnych setek milionów funtów wpompowanych w transfery i płace gwiazd, ich City już szósty sezon bije w bije głową w mur w elitarnych rozgrywkach. Tymczasem właśnie dostali świeży przykład, że podobny projekt – drużyny bez tożsamości, budowanej od zera za grube petrodolary – ma jednak szanse powodzenia. Należące do szejków z sąsiedniego emiratu Paris Saint-Germain zachwyciło piłkarski świat eliminując po pasjonującym meczu (kończonym w dziesiątkę) faworyzowaną Chelsea, równie naszpikowaną gwiazdami, za to o wiele bardziej doświadczoną, z trenerem Jose Mourinho na ławce.

Pod tym względem Pellegrinie jest w tej samej sytuacji, co Laurent Blanc, krytykowany za kiepską taktykę i nieumiejętność wykorzystania potencjału PSG. I jego posada zależała od awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. I jego zadanie na Stamford Bridge wyglądało na mission:impossible, a jednak mu się udało. Bez spektakularnego wyniku na Camp Nou Pellegrini będzie mógł już w drodze powrotnej z Barcelony zacząć rozglądać się za miejscem do lądowania.

Swoją drogą dziwną przyjął metodę motywowania swoich piłkarzy przed heroicznym bojem. We wspomnianym wywiadzie dla „Guardiana” narzeka, że ma w składzie… zbyt mało angielskich piłkarzy. Chciałby ich więcej – dziś regularnie w pierwszym składzie występuje tylko Joe Hart – ale ceny Anglików są zawrotne. Powiedźmy, taki Luke Shaw. 35 milionów funtów za lewego obrońcę, bo jest Anglikiem? Drugie pytanie, czy można kupić Raheema Sterlinga z Liverpoolu? Być może, ale trzeba wyłożyć 100 milionów funtów. Idąc dalej, Gary Cahill, czy też kilka lat temu Frank Lampard? A jeżeli chcę kupić Anglika na pozycję, na której gra teraz Silva? Wayne Rooney? Nie ma takiego piłkarza, a jak już jest to klub nie chce się go pozbywać – marudzi Pellegrini.

Faktycznie, był długi czas, że mimo międzynarodowych gwiazd w składzie to angielscy zawodnicy nadawali drużynie charakteru, tworzyli jej kręgosłup i często przesądzali o sukcesach: w Manchesterze United wychowankowie Paul Scholes, Gary i Phil Neville, David Beckham i Ryan Giggs (uznajmy, że Walijczyk to prawie Anglik) czy kluczowi reprezentanci jak Rio Ferdinand czy Wayne Rooney, w Chelsea Frank Lampard i John Terry, w Arsenalu wciąż panuje tęsknota za zamierzchłymi czasami (ale już za panowania Arsene Wengera) charyzmatycznych angielskich liderów jak Tony Adams, Steve Bould, Martin Keown, Lee Dixon a nawet Sol Campbell.

Ale po pierwsze czy któryś z dzisiejszych reprezentantów Anglii znacząc odmieniłby oblicze Manchesteru City? Może jeden Rooney, który jak pamiętamy bliski był zresztą transferu do arcyrywala z miasta. Jeśli przyjrzeć się szerokiej kadrze City marudzenie Pellegriniego to jakiś absurd. Kogo ze składu mieliby wygryźć brakujący mu Anglicy? Sergio Agüero, Yaya Touré, Davida Silvę, Jovetića, Mangalę, Clichy’ego, Sagnę, Vincenta Kompany’ego (no może nie w obecnej formie), Pablo Zabaletę, Nasriego, Džeko, Kolarova, Jesús Navasa, Wilfrieda Bony’ego?

Pellegrini nie ma alibi. Dla takiej paki trzeba tylko wymyślić taktykę i odpowiednio ją zmotywować. Narzekania na brak Anglików w składzie to ostatnia rzecz jaka wzmocni ekipę przed bojem na Camp Nou.

Barcelona - Manchester City

Lampard w Man City, czyli Frank, „byłeś legendą”…

Wygląda na to, że Frank Lampard postanowił zagrać w sequelu sympatycznej nowojorskiej komedii „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”. Albo może raczej, że postanowił rzucić rolę w wartościowej superprodukcji „Jestem Legendą”. Przyznam, że ze wszystkich letnich transferów, ten jest dla mnie najbardziej zaskakujący i niezrozumiały. Oto legenda Chelsea po 13 latach gry w The Blues i może nie najserdeczniejszym rozstaniu przed mundialem (ale czy odchodzący Didier Drogba był żegnany z fanfarami?) via New York City FC przechodzi do drużyny największego rywala. Może nie najbardziej znienawidzonego, Manchester City to nie Arsenal, ale głównego kontrkandydata w walce o tytuł, którą to Chelsea przegrała spektakularnie w minionym sezonie.

Trawestując słynny cytat o Leninie: „mówię Lampard, myślę Chelsea”. Choć nie był wychowankiem klubu, przez ostatnich 13 lat stał się nie tylko najlepszym strzelcem w historii klubu, ale i integralną częścią wszystkich jego wzlotów (obu tytułów mistrza Anglii za Jose Mourinho) i upadków (jak ten w finale Ligi Mistrzów w Moskwie w 2008 roku). Jednym z liderów i filarów The Blues. Zobaczyć go w niebieskiej koszulce The Citizens to podobno szok jaki przeżylibyśmy patrząc na Ryana Giggsa w koszulce Chelsea, Aleksa del Piero w barwach Interu Mediolan, do którego trafiłby via ten klub w Sydney czy Francesco Tottiego w koszulce AC Milan etc.

Nie rozumiem tej decyzji. Ani piłkarza ani City. Dlaczego Lampard burzy swój pomnik, który być może kiedyś stanąłby przed Stamford Bridge? Rozumiem, że chce czuje się na siłach, by grać na najwyższym poziomie, tymczasem jego klub MLS ma wolne aż do końca roku. Ale mógł śladem Davida Beckhama wybrać dowolny europejski klub. W Milanie przyjęliby go z otartymi ramionami. Podobnie jak były gwiazdor Manchesteru United deklarował przecież, że nigdy nie zagra w innym klubie Premier League. W ostateczności mógł wybrać Queens Park Rangers swego wuja, Harry’ego Redknappa, co kibice The Blues przełknęliby znacznie łatwiej niż zespół najgroźniejszego rywala. Czy to „zemsta” na Jose Mourinho, który – jak przynajmniej dziś deklaruje – zaproponował mu przedłużenie umowy o rok, co w końcu jest rzeczą zwyczajną u piłkarzy w wieku Franka? Ubódł brak gwarancji regularnej gry, której Mourinho w tym przypadku dać mu po prostu nie mógł, zresztą wątpliwe, żeby dostał ją na Etihad? Nie wierzę, żeby w przypadku akurat tego piłkarza chodziło o pieniądze. Czy więc jest tu jeszcze jakieś drugie dno, którego na razie nie znamy?

City z jednej strony zyskuje na sześć miesięcy za darmo (okej, pieniądze idą z tej samej kieszeni) świetnego piłkarza, który doskonale zna szatnię największego rywala i w dodatku jest Anglikiem, co ważne z uwagi na finansowe Fair Play FIFA. Tylko czy Lampard pod względem sportowym jest do czegokolwiek potrzebny Manuelowi Pellegriniemu? Gdzie go upchnie, mając w pomocy Yaya Toure, Javiego Garcię, Fernandinho, Fernando, Jacka Rodwell i Jamesa Milnera (o Samirze Nasrim, Jesusie Navasie i Davidzie Silvie nie wspominając)? Czy w decyzji Pellegriniego znalazła się też i chęć wystrychnięcia na dudka Mourinho, który boleśnie dał mu się we znaki swoimi tyradami, a któremu odmówił polemiki na salach konferencyjnych? Jeśli nawet to nie uwierzę, że była wiodąca.

Lampard zastrzegł sobie, że nie wystąpi w spotkaniach przeciwko Chelsea (pierwsza okazja 21 września). Czy to wystarczy, żeby fani The Blues przełknęli ten transfer i widok swej ikony w jasnoniebieskiej koszulce City? Z tego co czytam na forach, są rozczarowani, ale nikt nie intonuje „byłeś legendą, jesteś sprzedajną mendą”… Czy jednak Lampard swoją decyzją spalił – nomen omen – most na Stamford? I nie wróci do drużyny, do sztabu trenerskiego, by zdać egzamin na trenerskiego magistra pod okiem promotora Mourinho, jak Giggs u profesora Louisa van Gaala? Z drugiej strony podpatrywał największych: oprócz The Special OneCarlo Ancelottiego, Guusa Hiddinka, Luisa Felipe Scolariego… Chciałbym, żeby ten jeden z najinteligentniejszych piłkarzy zasiadł kiedyś na ławce trenerskiej. Może wcale nie wszystko stracone i kiedyś będzie to ławka The Blues? W końcu jak głosi teoria spiskowa, Chelsea zawdzięcza swój największy europejski sukces – triumf w Lidze Mistrzów – nieformalnemu trenerskiemu tercetowi Lampard-Drogba-Terry, Roberto di Matteo tam tylko nie przeszkadzał…

Lampard_i_Terry

Liga Mistrzów. Droga do finału

I za to kocham Ligę Mistrzów! Że wyzwala Was właśnie takie emocje i wspomnienia, z którymi się podzieliliście. Wszystkie są ujmujące, w większości jest ta odrobina magii, nawet w jednym zdaniu, słowie. To nie przypadek, że kilkakrotnie pojawiło się określenie „spełnione marzenie”. Mogłem nagrodzić tylko pięć prac (niektóre to małe opowiadania albo minieseje – zobaczcie zresztą sami). Ktoś dzięki finałowi Ligi Mistrzów uniknął życiowej pomyłki;), ktoś opisuje spełnienie podczas pierwszego meczu obejrzanego z trybun, ktoś oddaje hołd dziadkowi, z którym oglądał mecze… Piękne historie i jestem z Was dumny.

Na pewno to nie ostatni konkurs literacki przy okazji tej edycji, z każdym potwierdzacie, że warto je robić. Poproszę zwycięzców o mejle z adresem, a beczki ruszą w drogę. Wy wszyscy zaś możecie wyruszyć w „Drogę do finału”, biorąc udział w konkursie pod tą nazwą na www.liga.heineken.pl

Przypominam też że dziś (wtorek) i jutro (środa) o 20.00 na eurosport.onet.pl i przegladsportowy.pl pierwsze Studio Ligi Mistrzów na żywo „Drogę do finału” – moimi gośćmi będą Maciej Szczęsny i Jakub Rzeźniczak. Zanosi się, że 1/8 finału zacznie się od trzęsienia ziemi, nawet jeśli rację ma Jose Mourinho, zarzucając Barcelonie, że ma najsłabszą drużynę od lat to na Etihad zagrają dwie drużyny kochające ofensywny styl gry, wierne swej filozofii, mający w składach najlepszych piłkarzy, jacy grają w naszych czasach, i trenerów, którzy wiedzą o sobie wszystko. Na pewno będzie się działo i moim zdaniem ten dwumecz nie ma faworyta…

Oto wyróżnione notki:

scv78
AC Milan – Liverpool FC, 2005

Z tamtym majem wiązałem wielkie nadzieje. Ponieważ udało mi się załatwić piękną żaglówkę na Jeziorze Solińskim, udało się zebrać na tą łódkę fajną ekipę, udało się uzyskać tydzień urlopu, udało się wstrzelić z tym urlopem w naprawdę piękną pogodę, a przede wszystkim – udało się zwabić w to wszystko pewną Anię, dookoła której od mniej więcej dwóch miesięcy odbywałem taniec godowy, co jak dla mnie stanowiło dostateczny dowód na istnienie Boga, co z kolei prowadzi do prostej konkluzji, że ateizm to nie stan wiary, a kwestia braku endorfiny.
Przez kolejne cztery dni – tokowałem. Uczęszczałem na dyskoteki, udawałem że interesuję się sztuką nowoczesną, teatr owszem, filharmonia – przy każdej okazji, alkohole – umiarkowanie, jeśli już to wina, z zapałem twierdziłem, że dzień bez Wisławy Szymborskiej jest dniem straconym, kłamałem, że uwielbiam patrzeć nocą w gwiazdy i że jestem prawdziwym fanatykiem długich spacerów. Jednym słowem robiłem takie rzeczy, że każdy cietrzew w trakcie rui mógłby do mnie mówić „mistrzu”. Ale warto był, gdyż owa Ania z każdym kwadransem miękła i stawała się coraz bardziej spolegliwa. Zwieńczeniem mojego bezwzględnego dążenia do zespolenia była środowa dyskoteka, w trakcie której udało się uzyskać zapewnienie iż moje starania zostały dostrzeżone, zaś anine oko stało się mi przychylne, na co wysunąłem propozycję, by może udać się wcześniej na łódkę i na ten przykład posprzątać kambuz (młodzież w tym momencie powinna robić notatki – przyp. scv). Ania się uśmiechnęła i powiedziała, żebym poszedł pierwszy, zrobił klimat, zaś ona dotrze za pół godziny gotowa na … właściwie cokolwiek tu napiszę – czy to będzie wytrzepanie dywaników, starcie kurzy, czy polerowanie kryształów – zabrzmi bardzo dwuznacznie, wiec poprzestańmy na wielokropku.
Drogę powrotną przebyłem pół metra nad ziemią, zastanawiając się, skąd wezmę świeczki, błękitny ser pleśniowy i płyty Chrisa de Burgha (młodzież – notatki, przyp. scv), zaś oczyma wyobraźni widziałem naszą 9 metrową Sportinę noszącą dumną nazwę „Chwała Przodkom” rozkołysaną niby podczas białego szkwału, pomimo totalnej flauty.
Ale bóg niżu demograficznego zagiął na mnie parol i postawił na mojej drodze budkę bosmanatu z wyłączonym telewizorem. Wyłączonym, ale działającym. Włączyłem – Liverpoo lwłaśnie przegrywał z Milanem 0-3 i zdawał się nie istnieć. Bardzo mnie to ucieszyło – wprawdzie kibicowałem angolom, ale wynik sugerował że bez dylematów będę mógł powrócić na kurs kolizyjny z Anią, bez zawracania sobie głowy rzeczami tak błahymi jak jakieś jednostronne widowisko. W międzyczasie pojawił się bosman, z którym wymieniłem kilka zwyczajowych uprzejmości i zaczęła się druga połowa. Doszedłem do wniosku, że łódka w gruncie rzeczy nie potrzebuje żadnych specjalnych przygotowań. Gola Smicera przyjęliśmy wprawdzie bez emocji, ale gdy chwilę później poprawił Gerrard, to wrzasnęliśmy z radości, na co przybiegło trzech kolesi grillujących na kei, zaś ja sobie pomyślałem, że świeczki można odpuścić, gdyż na jachtach zabrania się trzymania otwartego źródła ognia, a zamiast puszczać Chrisa de Burgha mogę jej zanucić „Hiszpańskie dziewczyny”. Chłopaki od grilla zobaczyli, że jest mecz, więc pobiegli po piwo i kiełbaski, na co Xabi Alonso strzelił trzeciej bramkę dla Liverpoolu, na co ja z bosmanem wrzasnęliśmy z radości, na co chłopaki od grilla szybko wrócili bez kiełbasek i piwa, po czym wściekli się i powiedzieli, że możemy sami iść po kiełbaski i piwo, gdyż jak tylko oni spuszczają oko z telewizora, to się dzieją rzeczy epokowe. No to poszliśmy po te kiełbaski i piwo, przy czym ja sobie pomyślałem, że opędzluję swoją Anię ciepłą herbatą i że skoro babki będące przedmiotem zakochania tak bardzo lubią ser z pleśnią, to być może uda mi się znaleźć coś zepsutego do jedzenia.
Gdy wróciliśmy do bosmanki, to okazało się, że nikt w międzyczasie nie dokonał rzeczy epokowych, ale za to przybyła tam już cała masa chłopów, zaś przyniesione przez nas piwo i kiełbaski są ledwo jednymi z licznych. Gdybym się chciał wtedy nad tym zastanawiać, to pewnie pomyślałbym, że znamy się z Anią stanowczo zbyt krótko, aby decydować się na pochopne pożycie pod pokładem „Chwały Przodkom” (młodzież notuje i podkreśla na czerwono!), ale się nie zastanawiałem – bez jaj, na ekranie działy się rzeczy epokowe, a Ani biust kwalifikował się ledwo do kategorii bardzo ładny, bez ambicji na „monumentalny” czy przynajmniej „epicki”.
O meczu mówił nie będę – jeśli na tym blogu są tacy, którzy nie wiedzą co było dalej, to znaczy że się pomylili i żeby trafić na blogi modowe to trzeba w guglach wklepać „Kasia Tusk”. Grunt, że wypiłem ocean piwa, zjadłem kontynent kiełbasek i ściskałem się z obcymi, spoconymi facetami, gdyż okazało się, że każdy od początku kibicował Liverpoolowi i nikt ani przez chwilę nie dopuszczał do siebie myśli że 0-3 to koniec ścieżki.
Chwiejąc się jak te maszty co miały się chwiać ugięte siłą mojego zaniązespolenia, dotarłem na naszą Sportinę, rozgarnąłem na boki obydwie pikujące ku mnie burty i szturchnąłem śpiącą Anię na znak że już jestem. Potem jeszcze streściłem jej przebieg drugiej połowy, pokazując jak – autocytuję – „Dudek wygrał, bo kręcił dupką”, swoje słowa obrazując układem choreograficznym, równie dobrze mogącym stanowić brawurowe odegranie scenki „Mężczyzna operuje sześcioma hula-hop jednocześnie”, oczekując że Ania ze zrozumieniem się uśmiechnie i powie „Ach, to stąd to spóźnienie! Ale nieważne, powiedz mi tylko jeszcze jak zagrał Maldini i obejmij mnie, na objęciu nie poprzestając, ach”.
Ania nie sprostała oczekiwaniom. W prostych, żołnierskich słowach wyraziła rozczarowanie okruszkami na pokładzie, brakiem świeczek, brakiem wina, brakiem sera pleśniowego, brakiem Chrisa de Burgha i brakiem mnie, przy czym to ostatnie jest najmniej istotne, gdyż jestem – i tu znów powracamy do nomenklatury kojarzącej się z zasadniczą służbą wojskową i problemami finansowymi polskiej armii, sprawiającymi, że żołnierze zamiast na poligonie, czas trawili na czyszczeniu toalet w koszarach.
Wyjazd ten uświadomił mi, że nie powinienem się wiązać z Anią. Różnił nas cały system wartości, ja byłem dobry, a ona zła.

M
Manchester United – Arsenal, 2009

Mój pierwszy a zarazem jedyny mecz Ligi Mistrzów obejrzany na żywo, wspominam z wielkim sentymentem. Może dlatego, że był pierwszy, a może dlatego, że zadałem sobie wiele trudu żeby go zobaczyć. 29 kwietnia 2009 r., półfinał Ligi Mistrzów, Old Trafford, Manchester United – Arsenal Londyn. Pierwszy problem, to jak zdobyć bilet. Manchester United miał wtedy porozumienie z platformą Viagogo. Posiadacze karnetów mogli za jej pośrednictwem sprzedać bilety żeby tacy osobnicy jak ja mieli możliwość je kupić.
Oczywiście, łatwo się mówi, bilet nawet jeśli się na Viagogo pojawiał znikał w kilka sekund. Zatem na trzy dni przed meczem siedziałem całą niedzielę na Viagogo odświeżając stronę i czekając na szansę. W końcu po paru godzinach udało się! Należy się tu wyjaśnienie, że po pojawieniu się biletu w sprzedaży, trzeba było go kupić w ciągu 10-15 sekund, żeby ktoś nie okazał się szybszy.
Pracowałem wtedy w Irlandii na nocną zmianę, trzy dni przed meczem nie było szansy żeby wziąć urlop. Nie zamierzałem się jednak tym przejmować. Dogadałem się ze zmiennikiem, że w środę w nocy się spóźnię dwie godziny i temat był załatwiony.
W środę o 7.00 rano skończyłem pracę i wyruszyłem na mecz. Nie było o tej porze połączenia do Manchesteru zatem poleciałem do Londynu. Stamtąd zamierzałem pojechać pociągiem do miasta docelowego lecz uznałem, że nie ma czasu. Musiałem się przecież wyspać po całej nocy w pracy. Więc wsiadłem w samolot i po czterdziestu minutach byłem już w Manchesterze. Tam miałem zarezerwowany pokój, przespałem się i wyruszyłem na stadion. Niestety, nie przewidziałem, że będą takie korki a ja jeszcze musiałem odebrać bilet. W końcu spóźniony jakieś pięć minut wszedłem na stadion. Żałuję, że nie mogłem usłyszeć na żywo hymnu Ligi Mistrzów. Manchester miał wtedy świetną drużynę. Van der Sar, Vidić, Ferdinand, Evra, Ronaldo, Rooney, Tevez, na rezerwie Giggs i Barbatov. No i sir Alex Ferguson. W Arsenalu Fabregas, Nasri , Walcott, Adebayor, jeszcze bez Szczęsnego w bramce.W 17 minucie John O’Shea dał prowadzenie gospodarzom, udało mi się uwiecznić ten moment na filmie. Jak pamiętamy rezultat nie uległ już zmianie, ale mecz był świetnym przeżyciem.
Po zakończeniu spotkania trzeba było szybko wracać do Irlandii do pracy. A razem ze mną wychodziło ponad 70 tysięcy osób. Biegłem w morzu ludzi by złapać taksówkę i zdążyć na samolot. Udało mi się dotrzeć na lotnisko na czas i około pierwszej w nocy byłem już pracy. W tamtym sezonie miałem jeszcze przyjemność świętować na Old Trafford zdobycie osiemnastego mistrzostwa Anglii. Również po meczu z Arsenalem tym razem zakończonym wynikiem 0-0, ale to już opowieść na inną okazję

Michał
Borussia Dortmund – Juventus Turyn, 1997

Przygodę ze świadomą Ligą Mistrzów zacząłem z wysokiego „C”, bo od razu od finału. Mecz Borussia (jeszcze wtedy nie określana mianem „polskiej”  ) kontra Juventus. Przed telewizorem dwuosobowy skład: ja, mały chłopczyk, spędzający popołudnia na zdzieraniu kolan i pogonią za marzeniem o karierze piłkarza oraz mój starszy brat, wielki wielbiciel sportowy, interesujący się chyba każdą dyscypliną, od piłki nożnej, przez siatkówkę, po darta czy bule francuskie włącznie… Rok 1997, końcówka pierwszej klasy szkoły podstawowej, dwa dni do moich ósmych urodzin, telewizor UNITRA w drewnianej obudowie z sześcioma przyciskami do przełączania kanałów, który od czasu do czasu trzeba było stuknąć jak przestawał nadawać sygnał. To, że akurat były dwa dni do moich urodzin pamiętam doskonale, ponieważ mama raz po raz kazała mi iść już spać, bo przecież: „jutro masz na rano do szkoły!”. Bronił mnie wtedy starszy brat, który notabene namówił mnie do oglądania tego meczu, używając przeciwko mamie argumentu o zbliżających się urodzinach… Udało się przekonać mamę więc zaczynamy oglądać. Ja w łóżku, w piżamie i pod kołdrą, on w wygodnym fotelu. Nie pamiętam za kim był mój brat, ja natomiast byłem bez stronniczy. Pierwsze dwie bramki dla Dortmundu gdzieś wyparowały z biegiem czasu z mojej głowy. Dopiero włączając filmik z tego meczu, coś w głowie zaczyna wracać. Bramkę na 2:1, którą strzelił Del Piero pamiętam już jednak doskonale. Piękny, magiczny gol. Po tej bramce już chyba lekko brało mnie na sen, bo obudził mnie krzyk komentatora (nie pamiętam, nie sprawdzałem, ale jestem niemal pewien że Pana Darka) po zdobyciu gola przez Larsa Rickena. Jak otworzyłem oczy piłka była już w siatce, jednak pamiętam powtórki tego niesamowitego loba niemieckiego chuderlaka. Choć już ledwo wygrywałem walkę ze snem, co chwilę dobudzał mnie brat, żebym wytrzymał i zobaczył koronację. Warto było czekać, chwila którą pamiętam do dziś. Wznoszony puchar, który widziałem pierwszy raz. Hymn Ligi Mistrzów, który tego dnia pierwszy raz świadomie usłyszałem. Kolejne edycje Ligi Mistrzów zacząłem oglądać już samodzielnie, bez namawiania przez brata. Finał z 1997r. to też masa wspomnień dotyczących piłkarzy obu drużyn. Po jednej stronie Sammer, Moller, Chapuisat, po drugiej Peruzzi, Zidane, Vieri, Del Piero. Po jakimś czasie miałem plakaty (z Brawo Sport? ) obu drużyn sprzed finału, które dumnie wywiesiłem na drzwiach swojego pokoju. Ten mecz był początkiem mojej przygody z oglądaniem Ligi Mistrzów, która trwa do dziś, a zapewne będzie trwała do końca mojego życia. Chciałbym kiedyś dla swojego synka/bratanka (bo młodszego rodzeństwa nie mam) zapewnić takie wspomnienia dotyczące Ligi Mistrzów, jak brat zapewnił mi! I z pewnością do tego będę dążył…

bond.james-bond
Inter Mediolan – Bayern Monachium, 2010

Krzysztof Krawczyk. Od kiedy pamiętam w domu mojego dziadka usłyszeć można było „Parostatkiem w piękny rejs”, „Ostatni raz zatańczysz ze mną” czy „Chciałem być”. Tę ostatnią piosenkę znałem na pamięć, choć muszę przyznać, że czasem zdarzało mi się celowo zmieniać jej słowa. I tak zamiast „chciałem być marynarzem” w mojej głowie roiło się „chciałem być piłkarzem”, dalej już nawet się zgadzało, bo i „podróżować, zwiedzać świat” i „pięknie żyć, garściami życie brać” ściśle wiązały się z wizją 10-11 letniego chłopaka na temat kariery piłkarza. Dziś pewnie równie istotnymi słowami byłyby „i wiele pięknych, pięknych kobiet znać”, ale wtedy?

Jedynymi momentami kiedy Krzysztof Krawczyk przegrywał z rzeczywistością i usuwał się w bok były mecze. Z dziadkiem oglądałem dużo piłki. Lubił ją tak samo jak Krawczyka. U mnie proporcje były trochę inne. Podśpiewywałem sobie co prawda „jak minął dzień”, ale o wiele bardziej lubiłem nucić hymn Ligi Mistrzów i czekać na Dariusza Szpakowskiego „gdy głos jego brzmiał jak szum ‚Blue Hawai’”. Akurat tak się składało, że ważniejsze mecze oglądałem razem z dziadkiem, nie mieszkał daleko, więc nie było problemu z dotarciem na miejsce. Do (naj)ważniejszych meczów zaliczam finały Ligi Mistrzów, więc z dziadkiem obejrzałem i cudownego woleja Zidane’a w 2002 roku przeciwko Bayerowi i wspaniały powrót Liverpoolu 3 lata później. Dziadek po tym meczu stwierdził, że „noc za krótka na sen” i miotał się po domu, jakby był uosobieniem słów „gdzieś by się szło, coś by się chciało, już prawie noc; a mnie wciąż mało; i nosi mnie po mieście, czort wie, gdzie…”. Jestem pewien, że tamtego dnia żyło mu się dobrze. Obejrzałem z nim 11 finałów Ligi Mistrzów, ale od kilku lat wynik ten stanął w miejscu. Na zawsze. MÓJ PIERWSZY MECZ LIGI MISTRZÓW będący finałem bez dziadka oglądałem w 2010 roku. Zabrakło jego, ale nie zabrakło Krzysztofa Krawczyka. Kto by pomyślał, że zatęsknię za panem Krzysztofem. Znałem wszystkie jego piosenki, ale przecież nigdy nie słuchałem ich sam, zawsze to dziadek włączał, a ja byłem tylko biernym słuchaczem. 22 maja 2010 roku jednak musiałem. Musiałem znów posłuchać „Rysunku na szkle”, „Byle było tak” i kilku innych klasyków gatunku. I wspomnienia ożyły.
Na murawę Estadio Santiago Bernabeu wyprowadził piłkarzy Interu i Bayernu Howard Webb, który dla Polaków był jak ten „przyjaciel” z piosenki, który dostał gitarę, dostał samochód, ale żonę wziął sobie sam. W mecz dobrze wszedł Arjen Robben. W 10 minucie przeprowadził akcję w swoim stylu. Urwał się obrońcy na prawym skrzydle, a następnie serią trudnych do przewidzenia zwodów na zamach dośrodkował w pole karne, ale piłkę w ostatniej chwili zdołali wybić obrońcy. Inter szybko odpowiedział dwoma rzutami wolnymi Sneijdera, a mi w głowie układały się wersy „i przegoń stres i przegnaj strach; spróbuj się dopatrzyć w życiu jasnych barw”. Tak zagrał Inter już do końca. W 35 minucie piłkę z własnego pola karnego wybijał Julio Cesar, głową piłkę do Sneijdera zgrał Milito, a najlepszy piłkarz tamtego roku dobrze wiedział, co należy zrobić w takiej chwili i momentalnie trącił piłkę do rozpędzonego niczym „parostatek w piękny rejs” Diego Milito. Raz, dwa i piłka w bramce. „Zatańczysz ze mną jeszcze raz” zdawał się mówić do Martina Demichelisa jego rodak ciesząc się po strzeleniu gola. Diego słowa dotrzymał w drugiej połowie, z tym że jego kolega z reprezentacji znów pogubił kroki i mógł tylko pocieszać się nucąc pod nosem „już nie zmienisz teraz nic; nie przewidział tego nikt; że nasz niezwykły sen; jak mgła rozpłynie się.” Z tym „nie przewidział tego nikt”, to panie kolego Demichelis bym jednak nie przesadzał. Prawdziwą furorę następnego dnia robił esemes Mourinho do Marco Materazziego wysłany w odpowiedzi na pytanie Włocha „i jak Bayern, trenerze?”. Oglądający właśnie ostatnią kolejkę Bundesligi Portugalczyk odpisał „wygramy 2-0”. Toteż głupio było jeszcze coś w tym meczu strzelać. Odgryzać za to próbował się Bayern, który ewidentnie nie przyłożył się do rozpracowania przeciwnika nie znając tak kluczowych tajemnych esemesów! A tak „nadziei iskra błysła w nas i zgasła w nas, jak niepotrzebna łza”, których nie zabrakło po końcowym gwizdku. Choć zapewne tego wieczora najbardziej płakał wspomniany Materazzi, który kilka godzin później w katakumbach stadionu w Madrycie nie mógł pogodzić się z decyzją Jose Mourinho o odejściu z Interu. Trener tylko objął zapłakanego Włocha i zdaje się, że szepnął do ucha „choć nam będzie siebie brak; choć poznamy ciszy smak; nie cofnie czasu nikt; gdy w oczy zajrzy świt; podzielimy świat na pół; pogubimy resztki słów; i zanim minie dzień; zapomnieć zdążysz mnie”. I to była jedyna pomyłka „The Special One” tego dnia. Nikt nie zdołał zapomnieć o Mou w Mediolanie.

A ja? A ja czułem lekką pustkę oglądając pierwszy finał Ligi Mistrzów w życiu bez mojego dziadka. Uczucie to łagodził Krzysztof Krawczyk. Łagodzi do dziś.

Uosiu
Real Madryt – Bayer Leverkusen, 2002

Bardzo chętnie poznam jedną osobę, jeśli oczywiście spełni moje wymagania. Nie, nie jest to ogłoszenie matrymonialne, nie zaoferuję nikomu dobrze płatnej pracy i nie chodzi o intratne interesy. Mało tego, że chcę poznać. Z radością uścisnę rękę, postawię najlepsze piwo i ze współczuciem pożegnam. Spytacie: kim ma być owa, na razie tajemnicza, osoba? Otóż, musi posiadać jedną cechę i oryginalną warstwę przeżyć. W skrócie: nigdy, przenigdy nie miała ciarek podczas słuchania Hymnu Ligi Mistrzów.

Dobrze wiem, ze nie ma takich osób, bo kogo nie poruszy podniosła melodia, wbijająca w serce igły dobitnych emocji, motywująca zawodników i kibiców do oddania wszystkich swoich sił podczas wieczornego widowiska. Chyba tylko piłka, niemy uczestnik, zdaje się być zawsze nieporuszona wibracjami nastrojów ogarniających stadion.
Tak było również tym razem, choć po raz pierwszy mecz wydawał mi się niezmiernie ważny, wskakując w hierarchii na najwyższy stopień podium mojej osobistej klasyfikacji. To była środa. Wtedy jeszcze nikt nie myślał o reformie zmieniającej dzień finału na sobotę. Może to i lepiej, wszak wtorki i środy na zawsze wiązać się będą z Champions League. Przyznam się szczerze, nie znam konkretnej daty. Wiem tylko, że był to maj 2002 roku, a niektórzy piłkarze mieli już w głowach Mundial w Korei i Japonii. Została jednak dwudziestka dwójka (doliczyć rezerwowych!), których myśli koncentrowały się na stadionie w Glasgow.

Wówczas moim ulubionym zawodnikiem był Brazylijczyk, Ze Roberto. Świetna technika, doskonała zwrotność i finezja. Był zawsze trochę „z boku”, jednak na mnie robił niezwykłe wrażenie. Pech chciał, że mimo gry jego drużyny z Leverkusen w finale, on musiał zostać na trybunach. Pauza za kartki. Coś takiego, w takim momencie to musi być bolesny cios dla każdego. Paradoksalnie, najbardziej bolesny dla kibiców.
Obok drużyny Bayeru Leverkusen, na murawę wyszła ekipa „Galcticos” z Madrytu, której niekwestionowanym liderem był Zidane. Przyznaję, nigdy nie przepadałem, zarówno za Zizou, jak i jego klubem. W ten sposób, staje się jasne za kim było moje serce, które w trakcie tego spotkania przeżywało zarówno te piękne, smutne, jak i nerwowe momenty.

Do rzeczy! Mecz rozpoczął się bramką Raula, jednak niedługo potem odpowiedź dał, nie kto inny jak rodak Ze Roberto, Lucio, który miał stać się później jedną z gwiazd Mistrzostw Świata. To było coś nie do opisania, choć zostało jeszcze wiele minut, podczas których mogło zdarzyć się naprawdę wszystko.

Niestety, dla mnie, zdarzyło się. Do dziś pamiętam pędzącego lewym skrzydłem Roberto Carlosa (dziś powiedzielibyśmy, że jak Usain Bolt). Jego dośrodkowanie, trochę przypadkowe, nie zapowiadało jednak chwil euforii dla fanów Realu, a grozy i rozpaczy dla ich przeciwników. Jednakże piłka, a właściwie kierujący nią Zidane, sprawił, że to co jeszcze przed sekundą wyglądało na chaotyczną grę, przybrało formę eksplozji, doprowadzającej do skrajnych emocji, budzącej żywioł, nie dający się określić nawet przez najbardziej wyrafinowane badania socjologiczne. Futbolówka znalazła się na stopie Zidane’a, a ten strzelił wprost w „okienko”, nie dając szans Hans-Jörg Buttowi.

Przeżyłem niezwykłe doznanie. Z jednej bowiem strony, dopadło mnie coś w rodzaju złości, każącej ze smutkiem spoglądać na ekran telewizora, bez szans na pozytywną reakcję. Druga strona, wydaje mi się bardziej ciekawa. Piękno bramki, piękno chwili wzbudziło we mnie zupełnie nieoczekiwaną radość, trudną do zrozumienia, gdy się jej nie przeżyło. Fantastyczna bramka „wgniotła mnie w fotel” i pozostawiła w niezwykłej, można rzec: dziwnej sytuacji, śmiesznej pozie.

Wynik był dla mnie rozczarowaniem. 2-1 dla Realu. Smutek, ale jednocześnie bramka, którą na zawsze będę miał w pamięci. Pochodzę z, chyba ostatniego, pokolenia, które spędzało całe dnie na boisku. O tym jak bardzo miałem ją „w głowie” (bramkę), a także moi koledzy, niech świadczy fakt, że przez wiele miesięcy trenowaliśmy na podwórku „strzał Zidane’a”, udoskonalając nasze uderzenie z woleja. Majowy wieczór ze wspaniałym meczem utkwił we mnie dość głęboko. Od tamtej chwili, gdy nikt nie słyszy, często nucę nieśmiertelną i pełną uroku melodię hymnu koronacyjnego Haendela. Tylko nikomu nie mówcie!

Oraz wyróżnienie książkowe dla ucan (w mejlu ustalimy jaka to będzie pozycja;) jedynej dziewczyny w tym towarzystwie i tamtym, podczas oglądanie pierwszego meczu LM, także za współpracę z bratem…

ucan
Real Madryt – Valencia, 2000

24 maj 2000 rok – mój pierwszy raz z futbolem najczystszej postaci. Wspomnienie tamtego dnia żyje we mnie do dzisiaj, a przywołanie go wzbudza we mnie nadal te same emocje.
Do ojca przyszli koledzy na mecz, mama poszła z koleżankami na damskie ploteczki. Małe brzdące miały siedzieć w swoich pokojach. Wraz z bratem postanowiliśmy tym razem nie zrezygnować z walki o możliwość obejrzenia meczu marzeń. Za dnia biegaliśmy umorusani za piłką pod blokiem. Cała chmara chłopaków z osiedla i jedna dziewczyna – ja. Ciągle powtarzali, że się nie nadaje. Do tego sportu trzeba być facetem, mieć tężyznę, siłę, inaczej nie da rady! Nieustępliwie nie rezygnowałam i biegałam na wariata w poprzek boiska, a jak już dostałam podanie to czułam się jak król życia. Dziecinne przyjemności dnia codziennego w brzydkich, podlaskich blokach.
Uknuliśmy z bratem chytry plan i zaszantażowaliśmy tatę – albo możemy obejrzeć z Twoimi kolegami mecz, albo naskarżymy mamie, że zamiast nas pilnować piłeś z kolegami piwo! Tata się tylko uśmiechnął, pokiwał znacząco do przyjaciół i zrobił nam miejsce na kanapie. Powiedzieli nam, że trafiliśmy na mało ciekawy finał Ligi Mistrzów pomiędzy hiszpańskimi drużynami – Realem Madryt i Valencią.
Rzeczywiście w porównaniu z oglądanymi przeze mnie później finałami ten miał obstawę dość mizerną. Pokiereszowany Real właściwie bez wielkich gwiazd w składzie. Wystarczy przypomnieć skład Królewskich na tamten mecz: Casillas – Carlos, Campo, Helguera, Karanka, Salgado – Redondo, McManaman – Raul – Anelka, Morientes. Drużyna wyjątkowo nie rozświetlająca piłkarskim bogactwem. Naprzeciwko Valencia, solidni wyjadacze. Mecz tendencyjny, wcale nie był porywający. Morientes otworzył wynik spotkania w pierwszej połowie, w drugiej wynik podwyższył świetnym strzałem ze skraju pola karnego McManaman. Ostatni gol wyrył się w pamięci do dzisiaj – ten rzut rożny dla rozbitej Valenci i natychmiastowe podanie do Raula, który gnał z piłką przez pół boiska by zakończyć spotkanie golem idealnym.
Ojciec z kolegami pili swoje piwo i komentowali, że oprócz goli to właściwie na stadionie w Paryżu nic się szczególnego nie działo. Brat też był zrezygnowany i szybko zasnął. A mój świat stanął i zmienił trajektorię. Od tamtej pory pokochałam futbol subtelny tworzony przez zgrany kolektyw. Doceniłam piękno wyrachowanych podań i poukładanej taktyki. Za ten gol po rożnym pokochałam też Raula i cały Real, który wydał mi się uosobieniem istoty sportu drużynowego – wygrać możesz tylko tworząc jedność.
Od tamtej pory tata zawsze robi mi miejsce na kanapie, a ja zawsze przyjeżdżam do domu na finał Ligi Mistrzów ;-) .

dzięki i pozdrowienia (i mejle z adresem plizz!)

Liga Mistrzów na żywo! Z mega konkursem dla Was:)

Igrzyska w Soczi igrzyskami (trzymamy kciuki za Kamila Stocha i jego kumpli w nadziei na kolejne medale), a tymczasem wraca Liga Mistrzów. I to w wielkim stylu! A zapowiada się wyjątkowo ciekawie nie tylko z powodów sportowych, czyli rywalizacji FC Barcelona z Manchesterem City czy Arsenalu z Bayernem Monachium. Zapraszam Was na wyjątkową wspólną zabawę i wspólne przeżywanie tych najbardziej wyrafinowanych piłkarskich emocji.

Tego jeszcze w polskich internetach nie było. Dzięki wspólnej akcji „Przeglądu Sportowego”, Onet Sport i globalnego sponsora Ligi Mistrzów, Heinekena będziecie mogli nie tylko obejrzeć każdy mecz Ligi Mistrzów w jakości HD za darmo (o ile znajdziecie właściwy kod pod kapslem lub zawleczką dowolnego produktu marki Heineken). Mecze będą dostępne na serwisie www.liga.heineken.pl, na którym oprócz oglądania transmisji w czasie rzeczywistym, można cofnąć akcję do dowolnego momentu meczu, obejrzeć dowolną ilość powtórek, a kontynuować oglądanie „na żywo”.

Chcemy Was też zaprosić (po raz pierwszy w polskim internecie!) do oglądania na żywo Studia Ligi Mistrzów przed wtorkowymi i środowymi meczami oraz na podsumowanie wydarzeń prosto po ostatnim gwizdku, byście mogli słuchając komentarza ekspertów, napawać się strzelonymi golami i akcjami lub rwać włosy z głowy z ich powodu;) Studio będzie streamowane na żywo na eurosport.onet.pl i przegladsportowy.pl, a stałym ekspertem będzie m.in. były bramkarz reprezentacji Polski, Maciej Szczęsny (przy okazji ojciec jednego z zawodników grających w Champions League;) Studio poprowadzi Tomek Włodarczyk na zmianę z moją skromną osobą:)

A to nie koniec atrakcji! Równolegle na www.liga.heineken.pl wystartuje konkurs, w którym codziennie będzie można wygrać zestaw Sony PlayStatation 4, 5-litrowe kegi piwa Heineken, a nagrodą główną będzie… wyjazd na majowy finał Ligi Mistrzów na Stadionie Światła w Lizbonie.

Konkurs literacki: „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”

Jednocześnie przy okazji każdej kolejki Champions League będę dla Was organizował moje ulubione (i wielu z Was chyba też) konkursy literackie, również z pękatymi piwnymi, 5-litrowymi nagrodami. A zaczynamy w tym momencie!

Na początek poproszę Was o notkę pod tytułem „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”. Czy opiszecie mecz, od którego zaczęła się Wasza miłość do tych cudownych rozgrywek, czy pierwszy, który udało Wam się obejrzeć z trybun. Czy po prostu pierwszy jaki zapadł Wam w pamięć, zachwycił, wkurzył, gole jakie w nim padły utkwiły w Was aż do dzisiaj – co sobie wybierzecie, Wasza wola. Pamiętajcie, że oceniam nie tylko wartość merytoryczną ale i literacką, czyli jakość opisu.

Umówmy się, że na Wasze notki w komentarzu tu na blogu Polsport czekam do niedzieli 16 lutego do godziny 20. Szybko ogłoszę pięciu zwycięzców i może uda się, by owi szczęśliwcy obejrzeli najbliższą kolejkę Ligi Mistrzów w towarzystwie przyjaciół oraz zgrabnej beczułki;)

Do dzieła!

A więcej informacji na temat akcji Heinekena Mecz za Piwo, oglądania meczów w HD i konkursu z wyjazdem na finał Ligi Mistrzów znajdziecie na www.liga.heineken.pl