Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Zły dotyk Jary

Jara i CavaniKolejny wielki turniej w Ameryce Południowej i kolejny wielki skandal związany wielką latynoską gwiazdą. Dokładnie rok temu na mundialu w Brazylii piłkarski świat zbulwersował Luis Suarez, gryząc w ramię Giorgio Chielliniego, za co został ukarany wielomiesięcznym zawieszeniem i m.in. nie występuje na rozgrywanym właśnie Copa America. Broniąca trofeum reprezentacja Urugwaju ubiegłej nocy odpadła z turnieju min. dlatego, że jej drugi największy gwiazdor, Edinson Cavani dostał czerwoną kartkę za spoliczkowanie zawodnika Chile Gonzalo Jary, który wsadził mu palec w tyłek (dobrze, że transmisje nadawane są po północy). Suarez dostał zakaz gry przez cztery miesiące, stając się persona non grata w futbolu, bez prawa trenowania z jakąkolwiek drużyną, ani nawet oglądania jakiegokolwiek meczu z trybun stadionu. Na jaką karę i czy w ogóle zasługuje Jara, skoro podobnie jak Urugwajczyk też jest recydywistą?

Zapewne tak doświadczony piłkarz jak Cavani powinien był zachować zimną krew i nie odpowiedzieć na prowokację Jary. Z drugiej strony wcale nie zdziwiłbym się gdyby przywalił Chilijczykowi z całej siły z łokcia, a nie tylko delikatnie spoliczkował, a właściwie odepchnął mu twarz. W panującej w Ameryce Łacińskiej kulturze macho żaden facet nie może nikomu pozwolić na takie gesty, a już na pewno nie dumny piłkarz, lider drużyny, w meczu o wszystko na oczach połowy świata. Social media aż kipią od zdjęć, filmików, vine’ów i gifów z zapisem incydentu. Nawet więc jeśli ktoś w Europie czy Azji nie zarwał nocy, żeby obejrzeć Copa America już zdążył się napatrzeć na utraconą cześć Cavaniego. Samego zawodnika wpienia to zapewne w równym stopniu co wyrzucenie z boiska.

Jara wybrał go na obiekt prowokacji nie przypadkowo. Wiedział, że Urugwajczyk jest rozchwiany emocjonalnie, bo w poniedziałek jego ojciec spowodował wypadek samochodowy po pijanemu, powodując śmierć motocyklisty. Cavani rozważał nawet czy nie odpuścić spotkania, ale bardzo chciał pomóc drużynie.

Daleki jestem od sympatyzowania z Jarą i bronienia go. Z dwojga złego wolałbym zostać ugryziony na boisku niż prowokowany w ten typowo latynoski sposób, który poznaliśmy już w Polsce za sprawą Manuela Arboledy, a najbardziej Ebi Smolarek. W dodatku Jara to recydywista. W 2013 w meczu z Urugwajem w eliminacjach do mundialu w Brazylii w przepychance pod bramką złapał za krocze Luisa Suareza. Urugwajczyk odruchowo wyrżnął go pięścią w twarz. Co ciekawe FIFA, która tak surowo potraktowała Suareza za ugryzienie, w tym przypadku po zbadaniu sprawy odstąpiła od wymierzenia kary.

„Przywaliłem facetowi z piąchy i nie zostałem zawieszony nawet na jeden mecz. Nic. Mój uczynek został odebrany jako zupełnie normalny. I nie było żadnych nacisków ze strony mediów czy opinii publicznej. Żadnego medialnego cyrku jak po ugryzieniu Ivanovica czy Chielliniego. Walnij kogoś pięścią, natychmiast ci to zapomną (…)” – pisze Suarez w autobiografii „Na krawędzi”.

Pytając jaką kare powinien dostać Jara za swą prowokację, zastanawiam się czemu nas, kibiców futbolu bardziej bulwersuje gryzienie rywala czy łapanie go poniżej pasa, choć tylko boiskowe incydenty niż wślizgi wyprostowaną nogą w kolano czy kopnięcia w kręgosłup w stylu Juana Zunigi, który wyłączył z mundialu Neymara? Chiellini i Branisław Ivanović przecież nawet nie musieli schodzić z boiska, Jara też przecież nie wyłączył Cavaniego z gry na długie miesiące. Wykluczył się z meczu sam przez swój niepohamowany temperament. Incydenty owe, choć przecież zupełnie nieszkodliwe, szokują, bo łamią pewne tabu i są aspołeczne. Nie jesteśmy przyzwyczajeni. Gdybyśmy byli, a piłkarze gryźli się w co drugim meczu, po prostu karano by ich czerwonymi kartkami i zawieszeniem na dwa, trzy mecze jak każde inne przewinienie.

Na razie na Jarę spadły już dwie pierwsze kary. Nie zagra w półfinale i bardzo prawdopodobnym finale Copa America, w którym jego Chile ma spore szanse na pierwszy w historii triumf. Na razie to kara samej chilijskiej federacji, zobaczymy co zrobi FIFA, która być może machnie ręką na „zły dotyk” Chilijczyka, ale skupi się na oszukaniu sędziego teatralnym padem, jakby Cavani co najmniej złamał mu szczękę.

Największą karę Jara nałożył na siebie sam. Będzie po latach opowiadał dzieciom i wnukom, że wprowadził drużynę do półfinału Copa America, bo… wsadził rywalowi palec w pupę. Dr Jara

Finał: Ideał! Suarez udowodnił światu. Najlepsza Barca w historii?

Barcelona. Berlin 2015To był wspaniały finał Ligi Mistrzów, choć pewnie tych najbardziej legendarnych ze Stambułu czy Barcelony nie przebije. Aż chciało się krzyczeć do tureckiego arbitra Cuneyta Cakira, „Panie Turek, nie kończ pan tego meczu. Daj nam jeszcze z 45 minutek!” gdyby nie to, że ostatnie dotknięcie piłki w spotkaniu okazało się gole. „Ideał” – słusznie zauważył na Twitterze Rafał Stec z „Gazety Wyborczej”.

Finał był wspaniały, bo choć wygrał faworyt, to po wielkiej bitwie, bynajmniej nie jednostronnej ale po nerwach, zwrotach akcji. Szybko padł pierwszy gol po cudownej wymianie podań w stylu Barcy Pepa Guardioli, przy czym kluczowe podania podali w niej najpierw Leo Messi, a potem Anders Iniesta, ale do siatki trafił jeden z tych piłkarzy, którzy obecnej Barcy nadali charakter Luisa Enrique. Juventus postawił się Barcelonie o wiele bardziej, niż się spodziewałem, ale też w drugiej połowie zapłacił za to utratą sił. Powstrzymywanie tercetu MSN i wyprowadzanie ataków to karkołomna sprawa.

Do 30 minuty wyglądało jednak, że mecz może się skończyć jak finał Euro 2012 z udziałem Hiszpanów i Włochów. Że tak się nie stało wielka zasługa Gianluigi Buffon, który pokazał, że mimo upływu lat (i 37 na karku) nadal jest w trójce najlepszych golkiperów świata. Zdeterminowany, by wielką karierę ukoronować jedynym triumfem, jakiego mu jeszcze brakuje – poprzedni finał Ligi Mistrzów przegrał po pamiętnej serii karnych z Milanem, wykazywał się cudownym refleksem, ale w końcu i jego złamał tercet Messi, Neymar, Suárez, nie do zatrzymania w tym sezonie.

Parada Buffona. FInał Ligi Mistrzów. Berlin 2015Tercet MSN zdobył 121 i 122 gola we wszystkich rozgrywkach. A choć Leo Messi nie trafił do siatki na Stadionie Olimpijskim, nie wyglądał na sfrustrowanego, potwierdzając że między nim i kolegami panuje wielka chemia. Bzdurą byłoby stwierdzenie, że „przeszedł obok meczu”, miał przecież udział przy dwóch golach, rozrywał i zamęczał defensywę Juventusu, sprawiając, że w końcu opadła z sił. Ale nie da się powiedzieć, ze był to jego wieczór – przynajmniej jeśli popatrzeć na Messiego jak na pewniaka, który za chwile zgarnie piątą Złotą Piłkę…

Nie dziwiłem się emocjonalnej reakcji Luisa Suareza po arcyważnym golu na 2:1, który pozwolił Barcy odzyskać kontrolę nad finałem. Pamiętajmy, że zaczynał ten sezon jako banita, wyrzucony przez piłkarską rodzinę na marines jak parias, jakby ustawił mecz na mistrzostwach świata, a nie tylko ugryzł rywala z głupoty i zacietrzewienia. Kara zawieszenia to pół biedy, ale uczynienie go persona non grata w świecie futbolu, bez prawa wejścia na wszystkie stadiony globu i nałożonym zakazem treningu?

Wielu krytykowało Barcelonę, że „więcej niż klub” tak dbający i wizerunek i szacunek dla rywala sprowadza boiskowego gangsterka, ulicznego rozrabiakę, a może nawet rasistę (z tymi kłamliwymi zarzutami, ciągnącymi się za nim po oskarżeniach Patrice Evry po meczu Manchester United – Liverpool, Suarez nie może poradzić sobie do dziś, o czym przeczytacie w jego autobiografii „Na Krawędzi”, która ukaże się w Polsce jesienią). Media opowiadały bzdury o klauzuli „anty-ugryzieniowej” jaka miała się znaleźć w kontrakcie z Barcą, która zabezpieczyła się na wypadek kolejnego szaleństwa Urugwajczyka. Tymczasem idealnie odnalazł się u boku Messiego i Neymara, stając się dopełnieniem nowej Barcelony Enrique, niepokornej, wyrachowanej i bezwzględnej dla rywali. Urugwajczyk zakończył swój pierwszy sezon w katalońskim klubie w najlepszy sposób z możliwych. Akurat on miał co do udowodnienia całemu światu i zrobił to znakomicie.

Luis Suarez. Gol w finale Ligi Mistrzów

„Potrójna korona” Barcelony, wywalczona w pierwszym sezonie pracy Enrique na Camp Nou, podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu Pepa Guardioli zmusza nas do porównań i spekulacji, czy skoro tamtą Barcę Xaviego, Iniesty, Puyola i Messiego okrzyknęliśmy najlepszą drużyną w historii futbolu, to czy ta Barca tercetu MSN, Rakitica, Mascherano i Enrique – choć nie tak wierna tiki-tace – jest jeszcze lepsza? Na pewno ma lepsze statystyki: pod wodzą Guardioli wygrała mistrzostwo Hiszpanii z 87 punktami, dziś z 94. Wtedy strzeliła w lidze 105 goli, teraz zgromadziła ich 110. A we wszystkich rozgrywkach 18 goli mniej niż dziś i straciła 17 branek więcej. Barca AD ’2009 miała 68 procent zwycięskich spotkań, Barca AD ’2015 ma aż 83 procent. No i Leo Messi zdobył wówczas w sezonie 38 goli, w 2015 o 20 więcej – aż 58.

Na koniec jeszcze raz brawa dla Juventusu za świetne emocje w finale. Oprócz cudownych parad Buffona zapamiętamy gola Alvaro Moraty, bo to kolejna świetna historia chłopaka, który nie został doceniony w klubie, gdzie się wychował i który kochał, znakomicie odnajdując się „na wygnaniu”. I łzy Andrei Pirlo, żegnającego się z wielkim futbolem, bo doskonale wie, że w MLS będzie Guliwerem wśród Liliputów, ale emocji takich jak w sobotni wieczór już nie przeżyje. I wie to samo Xavi udający się do Kataru, ale dla niego ostatni sezon w Barcelonie okazał się jednym z najlepszych, kończy go po raz drugi w karierze z „potrójną koroną” i z czwartą wgraną Ligą Mistrzów. Jego łzy radości także zapamiętamy na długo.

Łzy Pirlo, radość Xaviego

Suarez, czyli finał nurka i gryzonia, ale nie rasisty

Luis Suarez i Patrice EvraA więc po raz kolejny nie dojdzie do El Clasico w finale Ligi Mistrzów. Trochę szkoda, byłoby to wielkie medialne widowisko, może nawet padłby światowy rekord oglądalności meczu piłkarskiego. Real Madryt może mieć jednak pretensje tylko do siebie i swoich gwiazd, a nie do nieudolnego sędziego, rywali-oszustów, czy spisku UEFA. Z drugiej strony wielkie brawa należą się Juventusowi Turyn, niespodziewanie wracającemu na futbolowy Parnas po 12 latach chudych. A zwłaszcza zbliżającym się powoli do końca kariery weteranom Gianluigi Buffonowi i Andrei Pirlo, którzy 6 czerwca wrócą do miejsca swego życiowego triumfu: na Stadion Olimpijski w Berlinie gdzie sięgnęli po mistrzostwo świata.

Faworytem finału jest bezsprzecznie Barcelona, która zjedzie do Berlina najprawdopodobniej jako nowy mistrz Hiszpanii i triumfator Pucharu Króla. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś mógłby powstrzymać jej tercet bramkostrzelny Messi-Suarez-Neymar (114 goli we wszystkich rozgrywkach), rozpędzony pod koniec sezonu do granic możliwości.

Być może dlatego tuż po ostatnim gwizdku na Santiago Bernabeu media i social media obiegły nie spekulacje w jaki sposób Juventus miałby wygrać finał, ale kwestie drugorzędne, a zwłaszcza radość i ciekawość z kolejnej konfrontacji Luisa Suareza z Giorgio Chiellinim i Patricem Evrą. Obaj byli bowiem bohaterami skandali, które wywołał Urugwajczyk. I bardzo dobrze, bo to doskonała okazja, żeby wyjaśnić haniebnej nagonki na Suareza.

W tym miejscu muszę wyznać, że Urugwajczyk to jeden z moich ulubionych piłkarzy i to jeszcze z czasów gry w Ajaksie i pamiętnej ręki w ćwierćfinale mundialu w RPA z Ghaną. Cenię go nie tylko za diabelską skuteczność, ale wyjątkową pasję do futbolu, styl piłkarskiego zabijaki, który wpojono mu na ciemnych uliczkach Montevideo. Za obsesyjną wręcz wolę zwycięstwa i paniczny strach przez porażką, które kazały mu łkać po porażkach (np. gdy jego Liverpool o włos przegrał walkę o mistrzostwo Anglii) czy trzykrotnie gryźć rywali na boisku z bezradności gdy jemu i drużynie nie szło jak należy.

Publicznie oburzałem się gdy FIFA nałożyła na niego drakońską karę za ugryzienie Chielliniego na mundialu w Brazylii. Niechby go zawiesiła na pięć lub dziesięć spotkań, ale zrobić z niego persona non grata w świecie futbolu, z zakazem wejścia na stadion jakby co najmniej ustawił mundial? I z radością podjąłem tłumaczenia jego autobiografii „Na krawędzi”, które zakończyłem dosłownie w tych dniach, a która zostanie wydana w nowym sezonie. To z niej wiem, że nic bardziej nie upokorzyło Suareza w życiu i nie tkwi w jego sercu boleśniej niż pomówienie przez Evrę o rasizm i sposób w jaki sprawę rozwiązały władze Angielskiej Federacji Piłkarskiej.

„Można nazwać mnie „nurkiem”, „gryzoniem”, „niewyparzoną gębą”. Okej, na wszystko są dowody. Ale nazywanie mnie rasistą – to bardzo boli. (…) Evra zbrukał mój wizerunek. Wyszedł z tego jako niewinna ofiara, ja z reputacją zszarganą na wieki i metką rasisty” – twierdzi.

Suarez pisze, że podczas feralnej wymiany zdań po hiszpańsku w pamiętnym meczu Manchesteru United z Liverpoolem rzeczywiście użył hiszpańskiego słowa „negro”. Zwłaszcza w Urugwaju ma ono jednak zupełnie inną wymowę niż angielskie obraźliwe „nigger” (czarnuch). Oznacza po prostu „czarny”, w hiszpańskim w stosunku do rozmówcy często używa się takich przymiotników jak „Guapo” (przystojniaku), „Gordo” (grubasie), „Flaco” (chudzielcu), „Rubio” (blondynie) itd. „Negro” nazywa się w Urugwaju nawet brunetów. „Nawet moja żona czasami tak do mnie mówi. Moja babcia nazywała mojego dziadka „Negrito” i tak samo zwracała się do mnie. Jeden z najbardziej ukochanych przez kibiców piłkarzy w Urugwaju, legendarny Obdulio Varela, był nazywany „El Negro Jefe” (Czarny złodziej). Zawsze używamy tego słowa w przyjaznym znaczeniu, nigdy, by kogokolwiek obrazić” – pisze.

Evra w pierwszej wersji oskarżył Suareza o użycie słowa „nigger”, czyli „czarnuch”, z czego zresztą później się wycofał. Twierdził za to, że Urugwajczyk powtórzył przekleństwo pięć razy, czego jednak nie potwierdzili trzej specjalistów od czytania z ruchów warg na podstawie zapisu z 25 kamer skupionych na akcji. W wyniku śledztwa Suarez został uznany winnym na podstawie wyłącznie zeznań Francuza. David De Gea, który stał najbliżej stwierdził, że niczego nie słyszał. Nie pomogło wstawiennictwo czarnoskórych przyjaciół jak choćby Glen Johnson. Po serii upokarzających przesłuchań został zawieszony na osiem meczów.

W książce Suarez wyjaśnia, dlaczego Evra zachował się nie fair, unikając w kluczowym momencie mediacji. A potem podczas pierwszej konfrontacji po zawieszeniu złośliwie uniknął podania ręki Urugwajczykowi przed meczem, spektakularnie zwalając winę na niego za brak uścisku dłoni (przeanalizowałem incydent na youtubie i przyznaje Suarezowi rację).

„Najbardziej po tej historii boli mnie to, że ludzie często podsumowują mnie tak: „Luis Suárez? – dobry zawodnik, czasem zwariowany na boisku… no i rasista”. Albo jeszcze gorzej: „Luis Suárez: rasista”. Przeraża mnie świadomość, że niektórzy postrzegają mnie w taki sposób. Słowa bardzo ranią”.

Triumf w Lidze Mistrzów 6 czerwca w Berlinie z pewnością wynagrodziłby Suarezowi tamte krzywdy. O ile dotrwa do końca finału i nie wywinie kolejnego wariactwa. Na boisku będzie jeszcze Chiellini. Już jeden Włoch sprowokował w tym miejscu pewnego znanego Francuza… Włochy - Urugwaj. Po ukąszeniu

Liverpool – Real: słodko-gorzki wieczór na Anfield?

Liverpool - Real Zapowiada się słodko-gorzki środowy wieczór Ligi Mistrzów w Liverpoolu. Z jednej strony „The Reds” po latach wygnania, kiedy nie byli w stanie awansować choćby do Ligi Europy wreszcie wrócili tam gdzie ich miejsce, czyli do najbardziej elitarnych rozgrywek świata. I podejmują „królewski” Real Madryt, obrońcę trofeum – czy nie dla takich spotkań został stworzony stadion Anfeld?

Z drugiej strony jednak dziś gra tam drużyna, dla której boleśnie wypadają porównania z zespołem Rafy Beniteza, który nie tak dawno grał w dwóch finałach Champions League, wygrywając ten najbardziej pamiętany – w Stambule w 2005 roku – i co sezon wymieniano go w gronie faworytów. 18-krotni mistrzowie Anglii nie zdobyli ważnego trofeum od 2006 roku. Zespół Beniteza potrafił pokonać Real w dwumeczu 5:0, dzisiejszy z ledwością zdołał pokonać u siebie „kopciuszka” Łudogorec Razgrad 2:1 i poniosła klęskę z FC Basel. W Premier League zdarzają się piłkarzom Brendana Rodgersa takie mecze jak z QPR w ostatniej kolejce, w którym The Reds w 87. minucie prowadzili 1:0, by wygrać 3:2 po samobóju rywali w 94 minucie. Z ośmiu meczu

A tu na Anfield przyjeżdża nienasycony sukcesami Real Madryt z nienasyconym golami Cristiano Ronaldo, który w tym sezonie La Liga w ośmiu kolejkach zdobył aż 15 bramek – w wielu ligach Europy tyle wystarczyłoby do tytułu „króla strzelców”. Pobił tym 70-letni wyczyn napastnika Realu Oviedo, Estebana Echevarríi, 13 goli w pierwszych meczach. Ale Portugalczykowi mało i mało, czai się na kolejne rekordy. Na Anfield może wyrównać historyczny rekord Raúla 69 goli w Lidze Mistrzów. Brakuje mu dwóch.

Formę Portugalczyka najlepiej spuentował jego rodak, Jose Mourinho, pytany jak Liverpool może go powstrzymać. – To maszyna do strzelania goli. Liczby bardzo łatwo zanalizować. Mogę wam powiedzieć tylko to, że nie wiecie niczego.

W Liverpoolu wiedzą za to, że przeciwko „królewskim” zagrają bez – do niedawna – swej największej gwiazdy, szykowanej na Ligę Mistrzów, Luisa Suareza. Do konfrontacji czołowych napastników naszych czasów zamiast w środę dojdzie w sobotę w El Clasico, gdy Suarez zadebiutuje w barwach Barcelony. Dlatego w hiszpańska prasa więcej miejsca poświęca sobotniemu starciu gigantów, Liverpool, podobnie jak Ajax – wtorkowy rywal Barcelony – postrzegany jest jako przeszkoda, którą trzeba ominąć. A do tego The Reds stracili jeszcze Daniela Sturridge’a.

Słusznie przestrzega Dejan Lovren, że „Real to nie tylko Cristiano Ronaldo”, choć strzelił on połowę wszystkich goli jakie „królewscy” zdobyli w La Liga. Z duetu BBC wypadł wprawdzie do końca października Gareth Bale, ale za to po wyleczeniu grypy wraca Karim Benzema. Liverpool może uratować tylko jedno, że piłkarze Realu będą myślami przy sobotnim El Clasico, na niego zachowując siły fizyczne i psychiczne. Ale nawet jeśli tak będzie powtórka wyniku z 2008 roku jest dziś niemożliwa…

BRITAIN SOCCER CHAMPIONS LEAGUE

UWAGA: KONKURS!

Podczas tej edycji Ligi Mistrzów organizuję na swoim koncie na Twitterze konkurs #heinekenzatweeta w którym do wygrania są 5-litrowe kegi od sponsora Champions League. Zwykle proszę o wytypowanie strzelców goli w wybranych meczach, ale może mi też wpaść do głowy zupełnie inny pomysł.  Kegów co kolejka Ligi Mistrzów mam do rozdania sześć. W konkursie mogą brać udział tylko Twitterzyści pełnoletni oraz twittujący z terenu Polski (wysyłanie kega do USA czy nawet na Wyspy to zbyt skomplikowana sprawa). Oto krótki regulamin konkursu.

1. W konkursie może wziąć udział każda osoba posiadającą pełną zdolność do czynności prawnych oraz po ukończeniu 18 roku życia. Biorąc w nim udział automatycznie potwierdzasz swoją pełnoletność.

2. Zwycięzców proszę o wysłanie na mojego mejla michal.pol@przegladsportowy.pl swoich danych kontaktowych do wysyłki nagrody.

3. Zastrzegam sobie prawo do wyboru zwycięzców, kierując się z zależności od konkursu szybkością trafnej odpowiedzi, jej formą lub najciekawsze treści – w przypadku konkursów „literackich”. Na pewno każdy ma równe szanse.

4. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby mieszkające na terenie Polski.

5. W zadaniu konkursowym nie mogą pojawiać się wulgaryzmy oraz treści niezgodne z prawem.

6. Każda osoba może zostawić tylko jeden „komentarz konkursowy” czyli tweeta.

 

’11′ grozy, czyli najbardziej przegrani mundialu

Przegrani mundialuWłaściwie można by ją sklecić w całości z reprezentacji Hiszpanii, nigdy bowiem w historii mundialu żaden aktualny mistrz świata aż tak bardzo się nie skompromitował, ani nie pożegnał z turniejem tak szybko i z takim hukiem. Większość z nas widziała La Furia Roja w finale z Brazylią. Albo z reprezentacji Brazylii, bo czyż była bardziej przegrana drużyna w historii mundiali? Gospodarze turnieju wprawdzie dotarli do półfinału, co pewnie wiele drużyn wzięłoby z pocałowaniem w rękę, tam jednak wzięli historyczne lanie od Niemców 1:7, stając w jednym szeregu z Haiti, Zairem czy Arabią Saudyjską, czyli największymi mundialowymi nieudacznikami w dziejach mistrzostw świata. Kandydatów do najgorszej 11 mundialu znalazłem jednak i w innych drużynach.

W bramce

Iker Casillas. Umieszczam go tu wielką przykrością, ponieważ szanuję go za wielki wkład we wszystkie trzy sukcesy Hiszpanii na trzech ostatnich turniejach i po ludzku lubię, ale niestety zasłużył. Mimo, że największy bramkarski klops popełnił Igor Akinfiejew w spotkaniu z Koreą Południową. Obaj wypadli fatalnie zwłaszcza na tle tak wielu tak doskonale dysponowanych na brazylijskim turnieju bramkarzy. Iker zjechał jednak z samego szczytu na sam dół, czego zapowiedź dał zresztą w finale Ligi Mistrzów, a czego nie chciał dostrzec Vicente del Bosque. Iker Casillas na kolanachObrona:

Na prawej Dani Alves, którego wyrzucenia ze składu domagała się większość brazylijskich kibiców już od pierwszego spotkania z Chorwacją. Nawet bardziej niż pozbycia się ze składu Freda, ponieważ Freda Luis Felipe Scolari mógł wymienić co najwyżej na Jo, zaś Dani Alves blokował miejsce Maiconowi, który w końcu dał świetną zmianę z Kolumbią. Wielkiego tak jeszcze niedawno Dani Alvesa z mundialu zapamiętamy głównie z powodu przefarbowanej na siwo czupryny. Za sprawą jego gry i pozostałych Canarinhos wielu brazylijskich kibiców osiwiało naprawdę.

Na lewej Kameruńczyk Benoit Assou-Ekotto, który w przegranym 0:4 meczu z Chorwacją z wściekłości uderzył głową… kolegę z zespołu, Benjamina Moukandjo. Później zaś w tunelu doprowadził do dogrywki. Dopełniając w ten sposób mizerii najgorszej drużyny na mundialu, której piłkarze jeszcze cztery dni przed wyjazdem do Brazylii kłócili się o pieniądze.

Benoit Assou-Ekotto

Na środku myślałem umieścić Davida Luiza za to jak bardzo pogubił się w meczu z Niemcami, w którym miał kierować obroną pod nieobecność Thiago Silvy, a zawalił z pięć goli. Oszczędzę go jednak za to, że dzięki niemu Brazylia w ogóle dotelepała się do półfinału, a również i z powodu solidarności fryzurowej. Zamiast niego znalazł się nieszczęsny Pepe za idiotyczne zachowanie w meczu z Niemcami, kiedy uderzył głową Thomasa Muellra. Jemu, świeżemu triumfatorowi Ligi Mistrzów i piłkarzowi-gentelmenowi, który w całym sezonie faulował najmniej z całego Realu Madryt, dostając bodaj jedną żółtą kartkę tak się zachować po prostu nie wypadało. Wraz z odejściem z Madrytu Jose Mourinho Portugalczyk pozbył się wizerunku boiskowego brutala, stając solidnym filarem defensywy. W reprezentacji pokazuje stare, brzydkie oblicze.

Obok niego wystawiam… japońskiego sędziego Yuichi Nishimurę, by po raz kolejny wybić jego haniebnie stronniczą pracę w meczu otwarcia. Zasłużył, bo w tym spotkaniu doskonale spełnił się w roli 12 zawodnika. Robią gospodarzom niedźwiedzią przysługę, ponieważ zapewne i bez jego pomocy uporali się z Chorwatami, tymczasem przywołał demony fatalnego sędziowania gospodarzom z mundialu 2002 i bekę z Ekstraklasy, w której terminował.

Pomoc

złożona w całości z zawodników z Afryki. Po pierwsze Kameruńczyk Alex Song, którego  szaleństwo dopadło w tym samym spotkaniu co Assou-Ekotto, ale na ofiarę swego tyleż chamskiego, co idiotycznego ataku łokciem na oczach arbitra wybrał jednak nie kolegę z drużyny ale Mario Mandżukicia. Oczywiście zarobił czerwoną kartkę, przynosząc wstyd macierzystej Barcelonie, w której obowiązuje szacunek dla przeciwników. Kolejny zawodnik, porządny w klubie, który w kadrze staje się bestią.

Oraz dwaj reprezentanci Ghany, Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari, odesłani z mundialu tuż przed decydującym o awansie do 1/8 finału meczem z Portugalią. Za wulgarne zachowanie wobec selekcjonera Kwesiego Appiaha i zastraszanie członka sztabu, któremu Muntari przylał w twarz, aż musieli interweniować ochroniarze,a działacz ze strachu przeniósł się do innego hotelu. Pamiętamy, że wszystko to działo się w napiętej atmosferze oczekiwania na lecącą z Ghany premię 3 milionów dolarów i groźby zbojkotowania spotkania z Portugalią, jeśli forsa nie doleci na czas. Ostatecznie kasa się zgadzała, ale kadra meczowa i wynik już nie.

Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari

Atak:

otwiera oczywiście największy mundialowy skandalista, Luis Suarez. Co prawda uważałem nałożoną na niego karę za zbyt surową i niewspółmierną do winy, zwłaszcza gdy nie karze za recydywę brutali w typie Juana Zunigi, który kolanem przerwał mundialową karierę Neymarowi. A już największym absurdem był zakaz stadionowy, czyniący z Suareza persona non grata futbolu jakby ustawił mecz albo prawa organizacji mundialu. Ale oczywiście postąpił karygodnie, skompromitował siebie (pół biedy) i cały Urugwaj idiotycznymi tłumaczeniami, że stracił równowagę i niechcący wbił zębami w ramię, osłabił drużynę przed meczem 1/8 z Kolumbią więc jego zachowanie należy napiętnować obecnością w ’11′ grozy. Inna rzecz, że patrząc na konsekwencje ukąszenia Giorgio Chiellinego można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest przegranym mundialu, skoro doprowadziło to do szybkiego transferu do Barcelony z lepszą pensją i widokami na większe trofea.

Atak uzupełnia para Diego Costa i Fred. Para, bo losy ich splotły się ze sobą i właściwie ciężko rozsądzić który bardziej rozczarował. Czy Costa, który miał wnieść do nasyconej sukcesami trzech ostatnich turniejów Hiszpanii, odnowić ją, natchnąć nową pasją i siłą. Już po kompromitującej porażce 1:5 z Holandią świat odbiegły memy, w których Costa dzwonił do Scolariego, pytając czy dałoby się jeszcze zweryfikować decyzję o wyborze Hiszpanii kosztem Brazylii, której Costa odmówił mimo usilnych starań selekcjonera Canarinhos i frustracji jej polityków, domagających się, by odebrać mu obywatelstwo. Jego decyzja zdeterminowała los Freda, przeciętego napastnika, którym nie zainteresował się żaden przyzwoity klub z Europy, a który z konieczności został namaszczony na głównego napastnika pięciokrotnych mistrzów świata. Im bardziej Fred nie przypominał najwybitniejszych napastników z chwalebnej przeszłości Canarinhos jak Ronaldo, Romario, Rivaldo, nie sięgając do czasów bardziej zamierzchłych, w tym większą frustrację wpadali jego rodacy i wypominali mu jego przeciętność. Jego dramat polegał na tym, że przecież nie sam powołał się na mundial i wyznaczył sobie rolę, której nie był w stanie udźwignąć. Gdyby Diego Costa wybrał jednak na swoją ojczyznę Brazylię, byłby zwykłym rezerwowym, który strzeliłby gola w meczu z Kamerunem i dziś nikt o nic by się go nie czepiał. Tymczasem już ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, co zapewne wszyscy w Brazylii przyjęli ze zrozumieniem i ulgą. On zaś przez całe pokolenia będzie wspominany jako kozioł ofiarny największej klęski w historii brazylijskiego futbolu. Diego Costa dostanie jeszcze pewnie szanse na odkupienia. Może nawet już podczas Euro 2016…

Diego Costa ma pytanie...

Narracja o „spisku FIFA” pomoże Urugwajowi z Kolumbią?

Kolumbia czy Urugwaj?Bez dwóch największych gwiazdorów zagra przeciwko sobie Kolumbia z Urugwajem. Pierwsi doskonale radzą sobie na mundialu bez Radamela Falcao. Czy Urugwaj otrząśnie się po stracie Luisa Suareza? Czy pomoże w tym ferowana przez trenera Tabareza narracja: „spisek! Cały świat przeciwko nam”?

Już przed mundialem wieszczono, że będzie należał do drużyn z Ameryki Łacińskiej. Teraz okazuje się, że na chwilę turniej zmienia się wręcz w małą Copa America: zwycięzca pary Kolumbia – Urugwaj w ćwierćfinale zagra z Brazylią albo Chile. W normalnych okolicznościach mecz na Maracanie byłby pojedynkiem największych obok Neymara i Leo Messiego snajperów Kontynentu. Ale Falcao wyeliminowała z mundialu kontuzja, a Suareza – FIFA, odsuwając go od futbolu na cztery miesiące i dziewięć meczów reprezentacji za ugryzienie Giorgio Chielliniego. Wielkie pytanie jak „Celeste” zareagują na stratę swego gwiazdora, który wrócił już do ojczyzny, witany na lotnisku w Montevideo przez rodaków jak bohater narodowy.

Po werdykcie FIFA trener Oscar Tabarez liczy przede wszystkim na efekt gniewu i sportowej złości u swych piłkarzy z powodu „haniebnego, niesprawiedliwego potraktowania” ich kolegi. Od początku kreował całą sytuację na spisek FIFA i światowych mediów przeciwko Urugwajowi. Dlatego cała ekipa szła w zaparte i wygadywała głupoty w obronie Suareza, który „tylko się potknął”.
Najmocniejszym dowodem na to była przedmeczowa konferencja prasowa Tabareza na Maracanie, na której w 15 minutowym monologu oskarżył FIFA, że tak wysoka kara dla Luisito była chęcią zadowolenia „anglojęzycznych mediów” (w domyśle, czepiających się FIFA o korupcję przy przyznawaniu mundiali i podobne sprawki).
Urusów dodatkowo ubódł zakaz stadionowy dla Luisito, któremu spotkania z Kolumbią nie wolno obejrzeć z trybun. Wsparł ich w tym idol Latynosów, Diego Maradona, pytając kogo zabił Suarez i dlaczego nie został wysyłany do Guantanamo? Wsparła też i ofiara jego zębów, czyli Chiellini, dziwiąc się tak wielkim rozmiarom kary za zwykły w sumie incydent. I wielu innych piłkarzy, jak choćby napastnik reprezentacji Brazylii, Fred.

Licząc, że jego piłkarze będą pałać żądzą udowodnienia całemu światu niesprawiedliwości, Tabarez musi też znaleźć nowe rozwiązanie na skuteczne grożenie bramce Kolumbii. W pierwszym meczu na mundialu z Kostaryką gra „Celeste” bez najlepszego piłkarza i strzelca ostatniego sezonu Premier League wyglądała bardzo mizernie. Jedynym pomysłem na atak było wrzucanie długich piłek do przodu do Edinsona Cavaniego, który musiał toczyć skazane na porażkę pojedynki z trzema rosłymi i pełnymi energii obrońcami Kostaryki (w tym Juniorem Diazem). Osamotniony świetny przecież napastnik PSG był równie bezradny co Robert Lewandowski w reprezentacji Polski w eliminacjach do brazylijskiego mundialu. W efekcie Urugwaj przegrał 1:3.
Z Anglią ledwo co postawiony na nogi po kontuzji Suarez, nie przygotowany na sto procent, kompletnie odmienił grę „Celeste”. Będąc najbardziej wysuniętym zawodnikiem w drużynie wykorzystywał swą szybkość i umiejętności dryblingu, dzięki czemu Cavani mógł się cofnąć do tyłu, zyskując dla siebie więcej miejsca. W dodatku z nim w drużynie, której nie jest może kapitanem, ale charyzmatycznym liderem-talizmanem na pewno, Urusi zaczęli grać zdecydowanie pewniej i bardziej agresywnie. Także z Włochami do feralnego incydentu z Chiellinim.

Ciężko rozgryźć jak stawi drużynę przeciwko Kolumbii Tabarez, który w RPA zmieniał ustawienie co mecz, w Brazylii odszedł zaś od nieskutecznego z Kostaryką 4-4-1-1 do 3-5-2 z formacją diamentu. Albo więc Cavani wróci na pozycje środkowego napastnika, wspierany przez przesuniętego do przodu Nicolása Lodeiro na szczycie diamentu, a tyły z pomocy będzie zabezpieczał Walter Gargano. Albo Cavani zostanie lekko cofnięty, w miejsce Suareza zagra zaś któryś z kolejnych napastników – król strzelców poprzedniego mundialu Diego Forlán albo Christian Stuani z Espanyolu.

Nie mniej ważne zadanie Tabareza to powstrzymanie ataku Kolumbii, która szybko wylizała rany po starcie Falcao, głównie dzięki świetnej grze i współpracy Jacksona Martinezem z Jamesem Rodriguezem, który w Brazylii strzelił już trzy gole (choć trzeba pamiętać, że w mało wymagającej grupie). To właśnie piłkarz AS Monaco asystował przy obu golach Martineza w spotkaniu z Japonią i sam dołożył jedną z bramek. – James Rodriguez bardzo mi pomógł. Pomagał mi już w Porto, a odejście do ligi francuskiej dobrze mu zrobiło. Jest bardzo ważny na tym mundialu, a może grać jeszcze lepiej – mówi Martinez, który w meczu z Japonią przełamał złą passę i po raz pierwszy od pięciu lat strzelił gola dla reprezentacji w oficjalnym spotkaniu.

James Rodriguez z Juanem Zunigą na plechach

Suarez wariat, Urugwaj zakłamany, FIFA za surowa

Luis Suarez vs Giorgio ChielliniSprawa kolejnego szaleństwa Luisa Suareza wzbudza jeden wielki niesmak. Od czyny samego piłkarza, który trzeci raz w karierze wżarł się w ramię rywala, przez obronę go przez Urugwajską Federację Piłkarską, która rżnęła głupa, szła w zaparte, broniła kanibala jak niepodległości ojczyzny, sekowała dziennikarzy, którzy próbowali odpytać na konto zdarzenia trenera Oscara Tabareza i jego piłkarzy. Wietrzyła ogólnoświatowy spisek i szantażowała, że w razie zawieszenia „niewinnego piłkarza” gotowa zbojkotować sobotni mecz 1/8 finału z Kolumbią. Swoim zachowaniem z pewnością Suarezowi nie pomogła w zdobyciu światowej sympatii. Swoje zrobili też nakręcający histerię komentatorzy, zwłaszcza ci z Anglii, którzy chcieliby Suareza wyrzucić z futbolu na zawsze, no ewentualnie na dwa lata, czyli najwięcej na ile pozwala FIFA.

Niesmak pozostawia i werdykt komitetu dyscyplinarnego FIFA, zawieszający Suareza na dziewięć spotkań reprezentacji Urugwaju, oraz czyniący go na cztery miesiące persona non grata w futbolu, także klubowym. Najwcześniej w Premier League (czy La Liga o ile tam przejdzie) będzie mógł zagrać w listopadzie. Dodatkowo musi zapłacić 100 tysięcy franków szwajcarskich grzywny. Nie może także w trakcie kary oglądać reprezentacji Urugwaju z trybun.

Czy jest zbyt surowa? Okej, chodzi o recydywistę. I to podwójnego. To trzecia kara, Suarez był zawieszony za gryzienie w sumie na 17 spotkań to ile wlepić mu teraz? Tyle, że cóż to takiego ugryzienie? Wiem, nic przyjemnego, nie chciałbym, żeby to mnie ugryzł, współczuję Chielliniemu i Ivanovicowi traumy jaką przeżyli. Ale na ich miejscu i swoim wolałbym zostać ukąszony niż oberwać łokciem w nos albo żeby ktoś wjechał w moje kolano wyprostowaną nogą. Ugryzienie wywołało powszechny bulwers, ponieważ jest aspołeczne, nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni, łamie jakieś tabu, szokuje. Ale czy rzeczywiście jest czymś więcej niż boiskowym incydentem, włożeniem palca w oko, złapaniem rywala w przepychance w polu karnym przed rożnym poniżej pasa? Czy Chiellini i Ivanović musieli zejść z boiska, nie dokończyli meczu? Czy musieli pauzować parę tygodni, ich dalsza kariera stanęła pod znakiem zapytania? Jak w przypadku Marcina Wasilewskiego, ofiary perfidnego ataku?

Dlaczego czteromiesięcznym zawieszeniem nie każe się piłkarza, który trzeci raz w karierze zagra bardzo brutalnie. Wyłączy kogoś na parę, paręnaście dni czy dłużej? Nie traktuje się go jak recydywisty, daje karę za to ostatnie przewinienie. W pierwszym meczu na mundialu czerwoną kartkę dostał Pepe za uderzenie głową Thomasa Muellera. Czy chcielibyśmy, żeby komitet dyscyplinarny FIFA przed ukaraniem go przejrzał jego historię i na tej podstawie wydał werdykt? Ja bym nie chciał, nie byłoby to uczciwe wobec zawodnika. Dlaczego taką miarę przykłada się więc do Suareza? Może gdyby gryzienie było częstsze i nie tak szokujące, w rozdzielniku znalazła by się na nie jakaś sensowna kara – czerwona kartka i trzy mecze zawieszenia jak za brutalny atak na nogi od tyłu?

Dodatkowo upokarzający wydaje mi się ten zakaz oglądania reprezentacji Urugwaju z trybun. Czy Suarezowi udowodniono ustawienie meczu, że tak go traktuje jak najgorszego zbrodniarza wobec futbolu? Obstawiał coś u buka? Uderzył głową arbitra, ściął kibica ciosem kung fu, przyznał w autobiografii, że złośliwie złamał rywalowi nogę? Naprawdę zasłużył, żeby potraktować go jak kompletnego pariasa? Wyjątkowo nieprzyjemna szykana ze strony FIFA.

Zabrakło mi też skazania go na jakieś prace społeczne i/lub obowiązkową terapię. Ktoś powie, że to nie leży w gestii FIFA. Jest wina, komitet dyscyplinarny wyznacza karę z arsenału jaki ma. Obowiązkowe leczenie się w nim nie znajduje. Ale taka kara absolutnie niczego nie zmieni, w piłkarzu nie naprawi. Brakuje mi jednak pochylenia się nad wielkim piłkarzem z problemami, jakaś próba przy okazji kary pomocy mu, której ewidentnie potrzebuje. FIFA może wszystko, gdyby tylko zechciała. Pamiętam, że w swoim czasie FIA skazała Michaela Schumachera za niebezpieczne zachowanie na torze na objechanie pół świata, by szkolił ludzi z bezpiecznej jazdy samochodem. Na konferencji w Warszawie pokazywał, że torby i walizki lepiej przenieść z wnętrza auta do bagażnika, no i koniecznie trzeba zapinać pasy. Wsiadł do mercedesa i… pokazał nam jak się to robi. Mogła i FIFA wymyślić jakąś specjalną akcję, w fawelach, slumsach, na „Orlikach”, wszędzie tam gdzie Suarez jest idolem. Straciła dobrą okazję, żeby pomóc i wielkiemu piłkarzowi i sobie.

Luis Suarez lubi dzieciLuis Suarez lubi dzieci. Może tak kilkanaście godzin tygodniowo prac społecznych z dzieciakami w trakcie czteromiesięcznej przerwy od futbolu byłoby dobrą terapią i sprawiłoby, że kanibal by złagodniał…

Ratujmy Suareza dla futbolu: terapia zamiast zawieszenia!

Suarez i ukąszony Chiellini Po wgryzieniu się Luisa Suareza w ramię Giorgio Chielliniego ludzi futbolu na całym świecie najpierw opanowała zrozumiała głupawka. Kto żyw komentował w mniej lub bardziej zabawny sposób na Twitterze czy FB, sam uległem jej wrzucając zdjęcia z maską Hannibala Lecteura czy wysuniętymi ostrzegawczo jak u kobry zębiszczami Urugwajczyka, który wygryzł Włochy z mundialu. Jak inaczej zareagować, gdy facet zrobił to już trzeci raz, nie przed setkami tysięcy widzów jak w meczu Ajax – PSV, gdy publicznie ukąsił swą pierwszą ofiarę piłkarza Otmana Bakkala, nie przed dziesiątkami milionów gdy zatopił kły w ramieniu Branislava Ivanovicia w meczu Liverpool – Chelsea, ale na mundialu przed miliardową widownią, nie wierzę bowiem, żeby jakaś stacja na świecie nie pokazał kluczowego ujęcia.

Kiedy kurz opada, sprawa robi się jednak poważna. Co zrobić z recydywistą, który w trakcie kluczowych meczów, gdy ważą się ich losy, w wyjątkowo stresowych momentach po raz kolejny traci nad sobą kontrolę stając się zagrożeniem dla innych? Oczywiście, że Suarez musi zostać ukarany. W chwili gdy pisze te słowa FIFA obraduje nad werdyktem i obawiam się, że Suareza już na tym mundialu nie obejrzymy, co będzie wielką stratą dla całego turnieju i światowego futbolu.

Zmroziły mnie jednak żądania stawiane w mediach przez poważnych ekspertów, by Urugwajczyka skazać na wielomiesięczne zawieszenie, np. półroczne, nawet dwuletnie, obejmujące także grę w klubie. Ba, znaleźli się nawet tacy (zwłaszcza na Wyspach), którzy twierdzą, że podwójna recydywa dowodzi, iż poprzednie kary (7 spotkań za wybryk w Ajaksie, aż 10 spotkań za wybryk w Premier League) nie odniosły żadnego skutku, psychopatyczny umysł Suareza zawsze będzie mu kazał reagować w ten sposób w sytuacjach, gdy bardzo mu na czymś zależy, a czego nie jest w stanie osiągnąć. Powinien więc zostać zdyskwalifikowany na zawsze! Niczym pijak, który po dwóch wyrokach za spowodowanie wypadku znów siada pijany za kółkiem i wjeżdża w przystanek.

Ja skazałbym Suareza na standardowe dwa, trzy mecze zawieszenia i wysłał na przymusową roczną terapię pod okiem najlepszego specjalisty, który na koniec przedstawiłby raport z leczenia. Czy piłkarz znalazłby go sam i za nią zapłacił, czy włączyły by się w to federacja Urugwaju i władze Liverpoolu (a może któregoś z nowych klubów, które się o niego starają, słychać o Realu Madryt i Barcelonie), to sprawa drugorzędna. Po pierwsze dlatego, że Suarez jest zbyt wielkim piłkarzem, zbyt wyjątkowym, by stawiać na nim kreskę. Sami siebie ukarzemy znikając go na pół roku, rok, nie mówiąc o wiecznym zniknięciu, które byłoby kompletnym absurdem. Nie mówię, że tytuł Piłkarza Roku Premier League w ocenie wszystkich świętych, zawodników i dziennikarzy daje mu immunitet. Nie domagam się, żeby pozwalać mu na więcej. Po prostu uważam, że warto i trzeba o niego walczyć. Wiem, że już w Liverpoolu po historii z Ivanovicem pracował z nim psycholog i klubowy i reprezentacji Anglii, dr Steve Peters. Może zbyt krótko i za mało intensywnie, starczyło tylko na świetny i poprawny sezon w Premier League?

Źródła jego nieprzystosowania do reguł, jego braku kontroli nad sobą, nieumiejętności pogodzenia się z tym, że się nie udaje, że coś się wymyka z rąk są moim zdaniem pewnym usprawiedliwieniem i przesłanką by pomóc, ratować, a nie skreślać i potępiać. Trudne dzieciństwo i życie w skrajnej nędzy, gdy ojciec zostawił jego matkę z sześciorgiem dzieci i przepadł. Matka – sprzątaczka, ledwo umiała związać koniec z końcem, toteż przed głodem ratowała ich babcia. Sam Luis musiał zacząć wcześnie pracować, żeby wspomóc rodzinę. Braku pokory, cwaniactwa, parcia po swoje za wszelką cenę nauczyły go ulice Montevideo. Niesamowita jest opowieść o tym, że pierwsze własne piłkarskie korki dostał dopiero jako 17-latek, w prezencie od przyszłej żony, Sofii. Okej, to przypadek wielu piłkarzy, dopiero co pisałem o zawodnikach Kostaryki, którzy niemal co do jednego wychowywali się w trudnych warunkach, zaczynali ciężką pracę jako dzieci, wspomagając rodziców ścinaniem trzciny cukrowej od 4. rano przed wyjściem do szkoły czy pracując do późna jako goniec po lekcjach. Niepokornym chłopakiem z getta, które długo bardzo trudno było z niego wyciągnąć, był Kevin Prince Boateng, dziś lider Ghany, który potrafił złośliwie faulować rywali na boisku, którzy mu czymś podpadli, a nawet kopać w twarz. Na szczęście dorósł.

Suarezowi też trzeba dać szansę dorosnąć! Pomóc mu opuścić ciemną stronę mocy i przejść na jasną, a przynajmniej nauczyć się kontrolować siebie, a nie poddawać się w całości szaleństwu i impulsowi.

bite2