’11′ grozy, czyli najbardziej przegrani mundialu

Przegrani mundialuWłaściwie można by ją sklecić w całości z reprezentacji Hiszpanii, nigdy bowiem w historii mundialu żaden aktualny mistrz świata aż tak bardzo się nie skompromitował, ani nie pożegnał z turniejem tak szybko i z takim hukiem. Większość z nas widziała La Furia Roja w finale z Brazylią. Albo z reprezentacji Brazylii, bo czyż była bardziej przegrana drużyna w historii mundiali? Gospodarze turnieju wprawdzie dotarli do półfinału, co pewnie wiele drużyn wzięłoby z pocałowaniem w rękę, tam jednak wzięli historyczne lanie od Niemców 1:7, stając w jednym szeregu z Haiti, Zairem czy Arabią Saudyjską, czyli największymi mundialowymi nieudacznikami w dziejach mistrzostw świata. Kandydatów do najgorszej 11 mundialu znalazłem jednak i w innych drużynach.

W bramce

Iker Casillas. Umieszczam go tu wielką przykrością, ponieważ szanuję go za wielki wkład we wszystkie trzy sukcesy Hiszpanii na trzech ostatnich turniejach i po ludzku lubię, ale niestety zasłużył. Mimo, że największy bramkarski klops popełnił Igor Akinfiejew w spotkaniu z Koreą Południową. Obaj wypadli fatalnie zwłaszcza na tle tak wielu tak doskonale dysponowanych na brazylijskim turnieju bramkarzy. Iker zjechał jednak z samego szczytu na sam dół, czego zapowiedź dał zresztą w finale Ligi Mistrzów, a czego nie chciał dostrzec Vicente del Bosque. Iker Casillas na kolanachObrona:

Na prawej Dani Alves, którego wyrzucenia ze składu domagała się większość brazylijskich kibiców już od pierwszego spotkania z Chorwacją. Nawet bardziej niż pozbycia się ze składu Freda, ponieważ Freda Luis Felipe Scolari mógł wymienić co najwyżej na Jo, zaś Dani Alves blokował miejsce Maiconowi, który w końcu dał świetną zmianę z Kolumbią. Wielkiego tak jeszcze niedawno Dani Alvesa z mundialu zapamiętamy głównie z powodu przefarbowanej na siwo czupryny. Za sprawą jego gry i pozostałych Canarinhos wielu brazylijskich kibiców osiwiało naprawdę.

Na lewej Kameruńczyk Benoit Assou-Ekotto, który w przegranym 0:4 meczu z Chorwacją z wściekłości uderzył głową… kolegę z zespołu, Benjamina Moukandjo. Później zaś w tunelu doprowadził do dogrywki. Dopełniając w ten sposób mizerii najgorszej drużyny na mundialu, której piłkarze jeszcze cztery dni przed wyjazdem do Brazylii kłócili się o pieniądze.

Benoit Assou-Ekotto

Na środku myślałem umieścić Davida Luiza za to jak bardzo pogubił się w meczu z Niemcami, w którym miał kierować obroną pod nieobecność Thiago Silvy, a zawalił z pięć goli. Oszczędzę go jednak za to, że dzięki niemu Brazylia w ogóle dotelepała się do półfinału, a również i z powodu solidarności fryzurowej. Zamiast niego znalazł się nieszczęsny Pepe za idiotyczne zachowanie w meczu z Niemcami, kiedy uderzył głową Thomasa Muellra. Jemu, świeżemu triumfatorowi Ligi Mistrzów i piłkarzowi-gentelmenowi, który w całym sezonie faulował najmniej z całego Realu Madryt, dostając bodaj jedną żółtą kartkę tak się zachować po prostu nie wypadało. Wraz z odejściem z Madrytu Jose Mourinho Portugalczyk pozbył się wizerunku boiskowego brutala, stając solidnym filarem defensywy. W reprezentacji pokazuje stare, brzydkie oblicze.

Obok niego wystawiam… japońskiego sędziego Yuichi Nishimurę, by po raz kolejny wybić jego haniebnie stronniczą pracę w meczu otwarcia. Zasłużył, bo w tym spotkaniu doskonale spełnił się w roli 12 zawodnika. Robią gospodarzom niedźwiedzią przysługę, ponieważ zapewne i bez jego pomocy uporali się z Chorwatami, tymczasem przywołał demony fatalnego sędziowania gospodarzom z mundialu 2002 i bekę z Ekstraklasy, w której terminował.

Pomoc

złożona w całości z zawodników z Afryki. Po pierwsze Kameruńczyk Alex Song, którego  szaleństwo dopadło w tym samym spotkaniu co Assou-Ekotto, ale na ofiarę swego tyleż chamskiego, co idiotycznego ataku łokciem na oczach arbitra wybrał jednak nie kolegę z drużyny ale Mario Mandżukicia. Oczywiście zarobił czerwoną kartkę, przynosząc wstyd macierzystej Barcelonie, w której obowiązuje szacunek dla przeciwników. Kolejny zawodnik, porządny w klubie, który w kadrze staje się bestią.

Oraz dwaj reprezentanci Ghany, Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari, odesłani z mundialu tuż przed decydującym o awansie do 1/8 finału meczem z Portugalią. Za wulgarne zachowanie wobec selekcjonera Kwesiego Appiaha i zastraszanie członka sztabu, któremu Muntari przylał w twarz, aż musieli interweniować ochroniarze,a działacz ze strachu przeniósł się do innego hotelu. Pamiętamy, że wszystko to działo się w napiętej atmosferze oczekiwania na lecącą z Ghany premię 3 milionów dolarów i groźby zbojkotowania spotkania z Portugalią, jeśli forsa nie doleci na czas. Ostatecznie kasa się zgadzała, ale kadra meczowa i wynik już nie.

Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari

Atak:

otwiera oczywiście największy mundialowy skandalista, Luis Suarez. Co prawda uważałem nałożoną na niego karę za zbyt surową i niewspółmierną do winy, zwłaszcza gdy nie karze za recydywę brutali w typie Juana Zunigi, który kolanem przerwał mundialową karierę Neymarowi. A już największym absurdem był zakaz stadionowy, czyniący z Suareza persona non grata futbolu jakby ustawił mecz albo prawa organizacji mundialu. Ale oczywiście postąpił karygodnie, skompromitował siebie (pół biedy) i cały Urugwaj idiotycznymi tłumaczeniami, że stracił równowagę i niechcący wbił zębami w ramię, osłabił drużynę przed meczem 1/8 z Kolumbią więc jego zachowanie należy napiętnować obecnością w ’11′ grozy. Inna rzecz, że patrząc na konsekwencje ukąszenia Giorgio Chiellinego można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest przegranym mundialu, skoro doprowadziło to do szybkiego transferu do Barcelony z lepszą pensją i widokami na większe trofea.

Atak uzupełnia para Diego Costa i Fred. Para, bo losy ich splotły się ze sobą i właściwie ciężko rozsądzić który bardziej rozczarował. Czy Costa, który miał wnieść do nasyconej sukcesami trzech ostatnich turniejów Hiszpanii, odnowić ją, natchnąć nową pasją i siłą. Już po kompromitującej porażce 1:5 z Holandią świat odbiegły memy, w których Costa dzwonił do Scolariego, pytając czy dałoby się jeszcze zweryfikować decyzję o wyborze Hiszpanii kosztem Brazylii, której Costa odmówił mimo usilnych starań selekcjonera Canarinhos i frustracji jej polityków, domagających się, by odebrać mu obywatelstwo. Jego decyzja zdeterminowała los Freda, przeciętego napastnika, którym nie zainteresował się żaden przyzwoity klub z Europy, a który z konieczności został namaszczony na głównego napastnika pięciokrotnych mistrzów świata. Im bardziej Fred nie przypominał najwybitniejszych napastników z chwalebnej przeszłości Canarinhos jak Ronaldo, Romario, Rivaldo, nie sięgając do czasów bardziej zamierzchłych, w tym większą frustrację wpadali jego rodacy i wypominali mu jego przeciętność. Jego dramat polegał na tym, że przecież nie sam powołał się na mundial i wyznaczył sobie rolę, której nie był w stanie udźwignąć. Gdyby Diego Costa wybrał jednak na swoją ojczyznę Brazylię, byłby zwykłym rezerwowym, który strzeliłby gola w meczu z Kamerunem i dziś nikt o nic by się go nie czepiał. Tymczasem już ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, co zapewne wszyscy w Brazylii przyjęli ze zrozumieniem i ulgą. On zaś przez całe pokolenia będzie wspominany jako kozioł ofiarny największej klęski w historii brazylijskiego futbolu. Diego Costa dostanie jeszcze pewnie szanse na odkupienia. Może nawet już podczas Euro 2016…

Diego Costa ma pytanie...

Jeßień średniowiecza: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy

Trauma BrazyliiNie żałuję, że wróciłem z mundialu odrobinę wcześniej i nie misze patrzeć z bliska na traumę kibiców gospodarzy turnieju, czyli wszystkich Brazylijczyków, bo jak wiadomo każdy z nich jest kibicem i selekcjonerem w jednym. Nie mogła doznać gorszego upokorzenia ta najbardziej szalona na punkcie piłki nacja świata, która z futbolu uczyniła prawdziwą religię. W bardziej spektakularny sposób ich marzenia o zadośćuczynieniu za „maracanazę”, porażkę w finale mundialu na Maracanie z Urugwajem z 1950 nie mogły zostać wyrzucone na śmietnik. Ta porażka to zdecydowanie największa i najbardziej okrutna klęska – nie Brazylii – ale w ogóle kogokolwiek w historii mistrzostw świata. 0:5 po pół godzinie gry w półfinale mundialu? Szkolne błędy kosztującego 50 milionów euro Davida Luiza i jego kolegów, przez które z dziewięciu celnych niemieckich strzałów aż siedem ląduje w siatce? Wszystko przed własną publicznością, tą w Belo Horizonte i całą, 200 milionową przed telewizorami w każdym zakamarku Brazylii, od lanserskiej Copacabany po najbardziej mroczne zaułki faweli. Hańba ostateczna.

Jeśli trauma po „maracanazie” trwa do dziś, już 64 lata, w trakcie których, jak pisze w książce „Futebol” Alex Bellos Brazylijczycy częściej ją rozdrapują i piszą o niej książki niż celebrują którykolwiek z pięciu mistrzowskich tytułów, to ile potrwa terapia po niemieckiej jeßieni średniowiecza? Odpowiedź brzmi: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy. Ani żadne z żyjących pokoleń, ani te które dopiero nadejdą. Choćby Canarinhos w tym samym składzie, z ty samym trenerem zdobyli za cztery lata w Moskwie mistrzostwo świata, nie spłacą długów, nie zrekompensują łez i rozdartych dusz milionom rodaków. Czeka ich wieczne potępienie. Trener Luis Felipe Scolari na zawsze przestanie być selekcjonerem mistrzów z 2002 roku, a stanie współwinnym największej klęski. Tego, że porażkę pięciokrotnych mistrzów świata z Niemcami będzie się odtąd wymieniać jednym tchem z laniami największych mundialowych zakał jak Haiti (0:7 z Polską), Arabia Saudyjska (0:8 z Niemcami) czy Zair (0:9 z Jugosławią).

Trauma BrazyliiKlęska Brazylii wisiała w powietrzu jeszcze przed rozpoczęciem mundialu i właściwie po każdym meczu (oprócz oczywistego zwycięstwa z Kamerunem) kibice Canarinhos bardziej oddychali z ulgą, że dało się jej uniknąć niż cieszyli się z efektownego sukcesu i pełni nadziei czekali następnego rywala. Po zwycięstwie z Chorwacją dzięki wsparciu arbitra (sami kibice przyznawali mi, że oj tam, no pomógł, ale to przywilej gospodarza), po remisie z Meksykiem były już olbrzymie wątpliwości czy tej ekipie uda się dotrzeć do finału. Po marginalnym zwycięstwie z Chile były, słuszne jak widać, łzy ulgi i gesty wdzięczności w kierunku niebios. Karnawał wciąż przedłużano. Po zwycięstwie z Kolumbią radość, że drużyna wreszcie zagrała przekonująco, choć brzydko i najbardziej brutalnie od 1966 (31 fauli), szybko przytłumił strach o brak Neymara, talizmnu Canarinhos, najbardziej kreatywnego piłkarza i jedynego łącznika z ideą joga bonito. Ale czy obecność gracza Barcelony, choćby w najlepszej formie w jakikolwiek sposób powstrzymałaby niedzielną klęskę? Wątpię. To nie charyzmatyczny lider, który nie pozwoliłby opuścić kolegom głów po trzeciej bramce i stracić kolejną bezpośrednio po wznowieniu. Który po błędzie Davida Luiza przy pierwszym golu, ogarnąłby defensywę, by się kompletnie nie posypała, jak to miało miejsce. Jeśli kogoś zabrakło to przede wszystkim kapitana Thiago Silvy. I nie dlatego, że fatalnie zagrał zastępujący go Dante, ale przez chaos jaki wprowadził w organizację gry zastępujący go w roli kierownika David Luiz.

David Luiz kaja się we łzachŻal mi niezwykle tego piłkarza, bez którego goli i pozytywnego zaangażowania Brazylia odpadła by dużo wcześniej. Jego łzy i czerwone oczy po meczu były poruszające, nie zdziwię się jednak jeśli zawiśnie w Brazylii na krzyżu. Żal mi i Freda, którego z pewnością też to czeka. Ba, urośnie zapewne do symbolu brazylijskiej niemocy na mundialu we własnym kraju, przez cały turniej wypominano mu wszak, że żaden z niego Romario, Ronaldo czy choćby Bebeto. Jaki inny los czeka jego i pozostałych współwinnych, skoro znakomitemu bramkarzowi Barbosie, kozłowi ofiarnemu finałowej klęski z Urugwajem z 1950 roku rodacy nie przebaczyli nigdy, skazując na wieczne potępienie i śmierć umarł w nędzy. Czasy się zmieniły i akurat nędza im nie grozi. Ale potępienie w kraju futbolowej religii dziś w czasach wszędobylskiej telewizji, brukowców i internetu może być jeszcze trudniejsze do wytrzymania.

Dziś dusza każdego piłkarza Brazylii i każdego brazylijskiego kibica wygląda tak jak wnętrze tego autobusu, spalonego na ulicach Sao Paolo tuż po meczu z Niemcami…

Dusza Brazylijczyka