Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

Finał: Ideał! Suarez udowodnił światu. Najlepsza Barca w historii?

Barcelona. Berlin 2015To był wspaniały finał Ligi Mistrzów, choć pewnie tych najbardziej legendarnych ze Stambułu czy Barcelony nie przebije. Aż chciało się krzyczeć do tureckiego arbitra Cuneyta Cakira, „Panie Turek, nie kończ pan tego meczu. Daj nam jeszcze z 45 minutek!” gdyby nie to, że ostatnie dotknięcie piłki w spotkaniu okazało się gole. „Ideał” – słusznie zauważył na Twitterze Rafał Stec z „Gazety Wyborczej”.

Finał był wspaniały, bo choć wygrał faworyt, to po wielkiej bitwie, bynajmniej nie jednostronnej ale po nerwach, zwrotach akcji. Szybko padł pierwszy gol po cudownej wymianie podań w stylu Barcy Pepa Guardioli, przy czym kluczowe podania podali w niej najpierw Leo Messi, a potem Anders Iniesta, ale do siatki trafił jeden z tych piłkarzy, którzy obecnej Barcy nadali charakter Luisa Enrique. Juventus postawił się Barcelonie o wiele bardziej, niż się spodziewałem, ale też w drugiej połowie zapłacił za to utratą sił. Powstrzymywanie tercetu MSN i wyprowadzanie ataków to karkołomna sprawa.

Do 30 minuty wyglądało jednak, że mecz może się skończyć jak finał Euro 2012 z udziałem Hiszpanów i Włochów. Że tak się nie stało wielka zasługa Gianluigi Buffon, który pokazał, że mimo upływu lat (i 37 na karku) nadal jest w trójce najlepszych golkiperów świata. Zdeterminowany, by wielką karierę ukoronować jedynym triumfem, jakiego mu jeszcze brakuje – poprzedni finał Ligi Mistrzów przegrał po pamiętnej serii karnych z Milanem, wykazywał się cudownym refleksem, ale w końcu i jego złamał tercet Messi, Neymar, Suárez, nie do zatrzymania w tym sezonie.

Parada Buffona. FInał Ligi Mistrzów. Berlin 2015Tercet MSN zdobył 121 i 122 gola we wszystkich rozgrywkach. A choć Leo Messi nie trafił do siatki na Stadionie Olimpijskim, nie wyglądał na sfrustrowanego, potwierdzając że między nim i kolegami panuje wielka chemia. Bzdurą byłoby stwierdzenie, że „przeszedł obok meczu”, miał przecież udział przy dwóch golach, rozrywał i zamęczał defensywę Juventusu, sprawiając, że w końcu opadła z sił. Ale nie da się powiedzieć, ze był to jego wieczór – przynajmniej jeśli popatrzeć na Messiego jak na pewniaka, który za chwile zgarnie piątą Złotą Piłkę…

Nie dziwiłem się emocjonalnej reakcji Luisa Suareza po arcyważnym golu na 2:1, który pozwolił Barcy odzyskać kontrolę nad finałem. Pamiętajmy, że zaczynał ten sezon jako banita, wyrzucony przez piłkarską rodzinę na marines jak parias, jakby ustawił mecz na mistrzostwach świata, a nie tylko ugryzł rywala z głupoty i zacietrzewienia. Kara zawieszenia to pół biedy, ale uczynienie go persona non grata w świecie futbolu, bez prawa wejścia na wszystkie stadiony globu i nałożonym zakazem treningu?

Wielu krytykowało Barcelonę, że „więcej niż klub” tak dbający i wizerunek i szacunek dla rywala sprowadza boiskowego gangsterka, ulicznego rozrabiakę, a może nawet rasistę (z tymi kłamliwymi zarzutami, ciągnącymi się za nim po oskarżeniach Patrice Evry po meczu Manchester United – Liverpool, Suarez nie może poradzić sobie do dziś, o czym przeczytacie w jego autobiografii „Na Krawędzi”, która ukaże się w Polsce jesienią). Media opowiadały bzdury o klauzuli „anty-ugryzieniowej” jaka miała się znaleźć w kontrakcie z Barcą, która zabezpieczyła się na wypadek kolejnego szaleństwa Urugwajczyka. Tymczasem idealnie odnalazł się u boku Messiego i Neymara, stając się dopełnieniem nowej Barcelony Enrique, niepokornej, wyrachowanej i bezwzględnej dla rywali. Urugwajczyk zakończył swój pierwszy sezon w katalońskim klubie w najlepszy sposób z możliwych. Akurat on miał co do udowodnienia całemu światu i zrobił to znakomicie.

Luis Suarez. Gol w finale Ligi Mistrzów

„Potrójna korona” Barcelony, wywalczona w pierwszym sezonie pracy Enrique na Camp Nou, podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu Pepa Guardioli zmusza nas do porównań i spekulacji, czy skoro tamtą Barcę Xaviego, Iniesty, Puyola i Messiego okrzyknęliśmy najlepszą drużyną w historii futbolu, to czy ta Barca tercetu MSN, Rakitica, Mascherano i Enrique – choć nie tak wierna tiki-tace – jest jeszcze lepsza? Na pewno ma lepsze statystyki: pod wodzą Guardioli wygrała mistrzostwo Hiszpanii z 87 punktami, dziś z 94. Wtedy strzeliła w lidze 105 goli, teraz zgromadziła ich 110. A we wszystkich rozgrywkach 18 goli mniej niż dziś i straciła 17 branek więcej. Barca AD ’2009 miała 68 procent zwycięskich spotkań, Barca AD ’2015 ma aż 83 procent. No i Leo Messi zdobył wówczas w sezonie 38 goli, w 2015 o 20 więcej – aż 58.

Na koniec jeszcze raz brawa dla Juventusu za świetne emocje w finale. Oprócz cudownych parad Buffona zapamiętamy gola Alvaro Moraty, bo to kolejna świetna historia chłopaka, który nie został doceniony w klubie, gdzie się wychował i który kochał, znakomicie odnajdując się „na wygnaniu”. I łzy Andrei Pirlo, żegnającego się z wielkim futbolem, bo doskonale wie, że w MLS będzie Guliwerem wśród Liliputów, ale emocji takich jak w sobotni wieczór już nie przeżyje. I wie to samo Xavi udający się do Kataru, ale dla niego ostatni sezon w Barcelonie okazał się jednym z najlepszych, kończy go po raz drugi w karierze z „potrójną koroną” i z czwartą wgraną Ligą Mistrzów. Jego łzy radości także zapamiętamy na długo.

Łzy Pirlo, radość Xaviego

Odyseja i Eneida, czyli najlepsza Barcelona w historii?

Messi and  Guardiola, Messi and EnriqueDoskonale wiem jak nieprzewidywalny, niesprawiedliwy i sprzeczny z logiką potrafi być futbol, za co go zresztą tak bardzo kochamy. Jak mawiał Leo Beenhakker, który nim w minionym tygodniu przeszedł na emeryturę po 50 latach pracy trenerskiej „piłka nożna to nie matematyka, tu dwa plus dwa rzadko równa się cztery, raczej przeważnie równa się trzy albo pięć”. Każdy z nas mógłby sypać przykładami jak z rękawa: Liverpool kontra AC Milan w finale Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku, którego 10. rocznicę właśnie obchodzimy, Chelsea pokonująca w niesamowitych okolicznościach Bayern w finale w Monachium w 2012, Polska wygrywająca pierwszy mecz w historii z Niemcami, koronowanymi na mistrzów świata trzy miesiące wcześniej, Sepp Blatter, który podaje się do dymisji cztery dni po wyborze na szefa FIFA na piątą kadencję…

A jednak choć dobrze wiem, że „mecze wygrywa się na boisku, a nie na papierze”, moja piłkarska wyobraźnia nie pozwala mi wyobrazić sobie innego scenariusza w sobotę na Stadionie Olimpijskim w Berlinie jak pewne zwycięstwo Barcelony z Juventusem Turyn, pieczętujące zdobycie drugiej w historii katalońskiego klubu „potrójnej korony”. Tę pierwszą wywalczyła w 2009 roku Barca Pepa Guardioli, w jego debiutanckim sezonie, teraz szansę na jej zdobycie w swoim pierwszym sezonie na Camp Nou ma Luis Enrique. Barcę Guardioli niemal cały świat zgodnie okrzyknął nie tylko najlepszą drużyną w historii klubu, ale wręcz w historii futbolu. Drużyna Enrique góruje nad tamtym zespołem niemal we wszystkich statystykach, czy triumf w Berlinie automatycznie ustawi więc ją na piedestale?

Barca1Myślę, że to będą pytania, które świat zacznie sobie stawiać zadawać po ostatnim gwizdku. Czyje zasługi są większe? Guardioli, który wymyślił, wdrożył i doprowadził do perfekcji porywającą tłumy tiki-takę, znajdując dla niej idealnych wykonawców w postaci Xaviego i Iniesty, a Leo Messi w jego drużynie uformował się na najlepszego piłkarza świata (to u niego Argentyńczyk po raz pierwszy – w wygranym 6:2 meczu z Realem Madryt – zagrał jako „fałszywa dziewiątka”)?

Czy Enrique, który (tylko lub aż) zreformował tiki-takę, przejrzaną już przez trenerów jak Jose Mourinho, naprawiając wypaczenia, wpajając drużynie umiejętność gry z kontry, czynią ja bardziej bezwzględną i nieprzewidywalną? Uzupełniając luki po gwiazdach, które odeszły jak Carles Puyol lub wyblakły jak Xavi i Iniesta czy reaktywując takich piłkarzy jak Gerard Pique? Przede wszystkim jednak natchnął na nowo Messiego, który z różnych powodów przygasł u kolejnych następców Guardioli. Sprawiając, że tercet M-S-N, Messi, Suarez, Neymar stał się najskuteczniejszym atakiem w historii futbolu, zdobywając w sezonie (póki co) 119 goli. Przy czym „trzej tenorzy” zupełnie ze są nie rywalizują, bo Brazylijczyk z Urugwajczykiem uznają, że liderem jest Messi.

Bez wątpienia statystyki przemawiają za Barcą AD 2015. Porażający jest procent zwycięskich spotkań: 83 dziś przy 68 procentach w 2009 roku. Obecna drużyna nie tylko zdobyła w całym sezonie 18 goli więcej niż zespół Guardioli, ale i mniej bramek straciła – 17. Sam Messi zdobył o 20 goli więcej (58) niż sześć lat temu (38).

Enrique w chwili obejmowania Barcelony wiele łączyło z Guardiolą. Obaj byli wychowankami klubu, obaj przygodę trenerską zaczynali w Barcelonie B, obaj obejmowali pierwszą drużynę w kryzysie, a przynajmniej po tym jak w poprzednim sezonie nie zdobyła żadnego trofeum. Obaj wzbudzali na początku wątpliwości kibiców: Guardiola gdy jego Barca zdobyła tylko jeden punkt w pierwszych meczach, Enrique gdy w styczniu media już go prawie zwolniły.

Guardiola i Luis EnriqueWydaje się jednak, że presja oczekiwań wobec Enrique była o niebo większa niż wobec Guardioli, a jego zadanie znacznie trudniejsze. Nie tylko dlatego, że obejmował zespół dopiero co najlepszy w historii, pełen największych gwiazd światowego futbolu, ale sfrustrowanych niepowodzeniami na wszystkich frontach. Ale także z powodu kryzysowych okoliczności w jakich działał: na Barcę nałożono zakaz transferowy, prezesów ciągano po sądach za pokrętne transfery, z klubu zwolniono dyrektora sportowego Andoniego Zubizarettę; długo nie mógł sięgnąć po Suareza, Messiemu z Neymarem sen z powiek spędzały podatkowe kłopoty ojców itd… A mimo to w pierwszych 50 meczach z Barceloną osiągnął historyczną liczbę zwycięstw (42) bijąc nie tylko Guardiolę (37) ale i Helenio Herrerę (40.)

Czy to sprawia, że sukcesy Barcy z 2015 roku są więcej warte i bardziej godne podziwu niż te z 2009? Czy wolno stawiać wyżej Enrique, który ulepszył koncepcję stworzoną przez Guardiolę? Dylemat jak z „Eneidą” Wergiliusza, napisaną na rozkaz Cesarza Augusta, by dowieść boskiego pochodzenia Rzymian. Opisując tułaczkę Eneasza w poszukiwaniu nowej ojczyzny po upadku Troi, Wergiliusz musiał mierzyć się z „Odyseją” wielkiego Homera, będącą wydawało się niedościgłym wzorcem. Jego Eneasz „płynął krok w krok za Odyseuszem”, spotykając tych samych bohaterów i przeżywając podobne przygody. A jednak poeta potrafił znaleźć rozwiązania przebijające te z pierwowzoru. Podam jeden przykład: u Homera podczas turnieju strzeleckiego u Feaków Odyseusz posyła strzałę poprzez otwory odpowiednio ustawionych siekier, a potem trafia nią w „dziesiątkę”, rozłupując na pół strzałę, którą ktoś wcześniej umieścił w środku tarczy. Triumf nie do przebicia? W „Eneidzie” strzała wypuszczona przez przyszłego Rzymianina zapłonęła w locie, „z długim lecąc warkoczem, spowijając niebo iskrami niczym gwiazdy”, przemieniając zwykły turniej strzelecki w proroctwo przyszłej wielkiej chwały…

Eneida