Zobaczć ogień, Mo, Caster, Anite, Bolta i… do domu

 

Wreszcie, ostatniego dnia zmagań lekkoatletycznych wdarłem się na Stadion Olimpijski, by z bliska obejrzeć znicz olimpijski i pooglądać jakieś zawody. A to dlatego, że żaden Polak nie zdobył dziś medalu, w przeciwnym razie spędziłbym czas przed wioską olimpijską czekając z kamerą na szczęściarza, sprawdzając wyniki na smartfonie i nasłuchując okrzyków uniesienia z pobliskiego stadionu. Obejrzałem triumf brytyjskiego biegacza, Mo Farah’a na 5000 m, który jak w biegu na 10 000 metrów znów pokonał koalicję słynnych Etiopczyków i Kenijczyków. Gdy minął linię mety, finiszując jakby biegł na 400 m, stadion eksplodował (taka radość zapanuje pewnie kiedyś na Wembley jak Anglicy znów wygrają jakiś piłkarski turniej). Bądźcie pewni, że w tym momencie większość londyńczyków przykłada sobie ręce do głowy układając je w literę M, by uhonorować pochodzącego z ogarniętej wojną Somalii atletę (gdzie również stał się bohaterem).

Obejrzałem też finał biegu kobiet na 800 m, w którym słynna Caster Semenya zdobyła srebrny medal. Zawodniczka, której płeć wciąż jest kwestionowana (IAAF zawiesił ją na 11 miesięcy dopatrując się obojniactwa, ale w 2010 znów pozwolił jej startować nie ujawniając wyników badań) przez cały bieg trzymała się na ostatnim miejscu, by na zaatakować jak torpeda. Wystarczyło na srebro, ale w Caster było tyle siły, że podejrzewałem, że świadomie zrezygnowała ze złota, by nie wznawiać spekulacji na temat swojej płci.

W międzyczasie swój srebrny medal odebrała Anita Włodarczyk i była to dopiero moja druga polska dekoracja w Londynie po otwierającym igrzyska srebrze Sylwii Bogackiej. Srebrem zaczęliśmy i srebrem skończyliśmy. Jaka szkoda, że nie złotem, bo ostatni raz Mazurka Dąbrowskiego na igrzyskach wysłuchałem… w 2004 roku w Atenach gdy grali go dla Otylii Jędrzejczak!

Przede wszystkim jednak wreszcie obejrzałem na żywo Usaina Bolta i to od razu trafiając na rekord świata w sztafecie 4 x 100 m, którą Jamajczyk doprowadził do końca, zdobywając swój szósty złoty medal olimpijski. I przy okazji stałem się świadkiem jego niezaplanowanego boju o… symboliczną, zwycięską pałeczkę, którą przekazywali sobie z kolegami. Gdy Bolt minął metę, pieczętując czasem 36,84 rekord świata Jamajczyków, nie zdążył jeszcze zacząć czarować publiczności na trybunach i widzów przed telewizorami tradycyjnymi wygibasami i pozami zwycięzcy, gdy pani sędzia odbierająca pałeczki wyciągnęła rękę po jego. Bolt zręcznie ominął jednak jej dłoń i przyciskając pałeczkę do piersi pobiegł przed siebie. Ledwo zdążył owinąć się w jamajską flagę wraz z kolegą z teamu, Yohanem Blakiem, gdy sędzia techniczna podeszła do nich wsparta starszym kolegą w okularach i w ostrych słowach zażądała oddania pałeczki.

Bolt – pierwszy człowiek, który na dwóch kolejnych igrzyskach wygrał biegi na 100 i 200 m, zbaraniał. Jak to, ktoś śmie jemu, legendzie sprintu odebrać taką pamiątkę? Trudno było odczytać z ruchu warg jak argumentuje, żeby zostawiono go w spokoju, ale jako fan futbolu i Manchesteru United mógł powołać się na znany ze stadionów piłkarskich zwyczaj, że zawodnik, który zdobył hat-tricka w ważnym spotkaniu zatrzymuje szczęśliwą piłkę na zawsze. Jak zrobił choć Robert Lewandowski po zwycięskim finale Pucharu Niemiec przeciwko Bayernowi Monachium. Czy Leo Messi po wbiciu czterech goli Arsenalowi w Lidze Mistrzów.

Jamajczyk proponował, że po prostu pokaże arbitrom pałeczkę, ale nie będzie się z nią rozstawać. Sędziowie byli jednak nieugięci. Mówili, że muszą zważyć i zmierzyć pałeczkę, by upewnić się, że jest przepisowa. Zrezygnowany Bolt zrobił wkurzoną minę, machnął ręką i zostawiając żółty plastik w ich rękach odszedł zrobić z kolegami rundę wokół stadionu olimpijskiego i szaleć z kibicami. Widzowie, którzy obejrzeli spór o pałeczkę na wielkich telebimach, przyjęli decyzję sędziów gwizdami i buczeniem. Tymczasem dziennikarze zaczęli zastanawiać się czy nie chodzi o coś więc niż tylko pomiar . Owen Gibson z „Guardiana” zasugerował na twitterze, że może sprytni organizatorzy igrzysk chcą wystawić pałeczkę na aukcję.

Inni zastanawiali się czy to przypadkiem nie jakiś element nowej reklamy sponsora Bolta, kręcony gdzieś z ukrycia kamerą. Przed igrzyskami i w ich trakcie telewizje obiegła reklamówka karty Visa, w której Bolt ściga się po ulicach Londynu z jednym z pasażerów samolotu, z którym wylądował w stolicy Wielkiej Brytanii. Rywal robi wszystko, żeby zostawić sprintera w tyle, a na końcu okazuje się… sędzią startowym zawodów. Ostatecznie Bolt po wielu perypetiach zdąża na start na Stadionie Olimpijskim. W sobotę też skończyło się happy endem dla Jamajczyka. Już po długim świętowaniu rekordu i zwycięstwa, gdy Bolt maszerował już do wyjścia do szatni, ktoś podbiegł do niego i wręczył pałeczkę. Złoty medalista zasalutował nią w kierunku trybun, na wszelki wypadek owinął jamajską flagą i uśmiechnięty od ucha do ucha, jak dzieciak, który znalazł pod choinką wymarzony prezent, zniknął w tunelu…

Uczniowie złotych mistrzów

 

Właśnie obejrzałem w Weymouth dramatyczny finisz regat widnsurferów i dwa polskie brązowe medale, ale teraz napiszę o innym brązie, zapaśniczym.

Pierwszą reakcją Damiana Janikowskiego, gdy sekundy po końcu walki wreszcie do niego dotarło, że ma brązowy medal, było podbiegnięcie do trenera Ryszarda Wolnego, pochwycenie w żelaznym uścisku i powalenie efektownym rzutem na matę. Przypuszczam, że złoty medalista olimpijski z Atlanty gdyby tylko chciał, potrafiłby skontrować młodziaka i zawinąć w precelek, w czasach kariery był mistrzem jakich mało. Ale powiedział mi później, że był przygotowany na ten dziękczynny rzut, więc tylko się asekurował przy upadku. Zapaśnicy nie podrzucają swoich trenerów w górę, jak piłkarze czy siatkarze, oni rzucają na matę.

 Gdy zawodnik kończy karierę, ma przed sobą kilka opcji na dalsze życie, w zależności od dyscypliny. Może zostać telewizyjnym ekspertem, tylko że na co dzień najbardziej potrzebni są ci od piłki nożnej, siatkówki, ostatnio jeszcze tenisa. Zawodnicy dyscyplin olimpijskich potrzebni są co dwa lata. z okazji igrzysk, ewentualnie mistrzostw świata. Może zostać agentem, ale tu porządne pieniądze zarabiają tylko agenci piłkarzy. Mogą odejść od sportu i ‘pójść w biznes’, ale spróbować zostać trenerem. Dwaj złoci medaliści olimpijscy z Atlanty, Wolny i Włodzimierz Zawadzki, których w Londynie wspierał z trybun trzeci, Andrzej Wroński, postanowili sobie, że przywrócą zapasom dawny blask, z czasów kiedy sami walczyli. I zaprzeczą stereotypowi, że mistrz nigdy nie wychowa kolejnego mistrza. Nie było łatwo, bo zastali spaloną ziemię, upadające jeden za drugim klubu, głównie wojskowe, odcięte od pieniędzy, nie potrafiące znaleźć sponsorów, zawodników, uciekających za chlebem do ligi niemieckiej. Ale zabrali się do roboty. I 16 lat po swoim triumfie w Atlancie dochowali brązowego medalisty. I zapowiadają, że za cztery lata w Rio medali będzie więcej i może z bardziej atrakcyjnych kruszców. Mówią, że już mają w kadrze kolejnego Janikowskiego…

Ostatni raz rozmawiałem z nimi właśnie w Atlancie w 1996 roku. To były moje pierwsze igrzyska, a pierwszy tekst jaki z nich przysłałem był wywiad właśnie z Wolnym, który złoto zdobył pierwszego dnia igrzysk wraz z Renatą Mauer, Pawłem Nastulą i Wrońskim. Wczoraj późnym wieczorem, stojąc przed wioską olimpijską przyznałem się do jednej z największych wpadek w zawodowej karierze, choć nie zawinionej przeze mnie. Otóż w tamtym wywiadzie pan Ryszard opowiadał, że jego złoto jest tym większym cudem, że przez ostatnie miesiące zmagał się z kontuzją kręgosłupa. Jeszcze dwa miesiące przed startem w Atlancie ból był tak wielki, że nie był w stanie schodzić do wózka. Niestety pewien baardzo wybitny redaktor Gazety Wyborczej, wypożyczony do sportu tylko na czas igrzysk, uznał, że młody korespondent coś pokręcił i zredagował to w ten sposób, że Wolny jeszcze dwa miesiące przed wyjazdem na igrzyska… nie schodził z inwalidzkiego wózka! Rany, jak to przeczytałem, uznałem, że jestem spalony w środowisku zapaśniczym, a jeśli musiałem później obsługiwać np. mistrzostwa świata w zapasach rozgrywane w Warszawie, starałem się przynajmniej nie napatoczyć na Wolnego. Wczoraj poprosiłem o rozgrzeszenie. Pogroził mi tylko palcem i powiedział, że miałem szczęście, że ten wywiad nie trafił w jego ręce…

Po igrzyskach w Londynie karierę kończą inni wielcy mistrzowie: wioślarscy dominatorzy. Adam Korol, czterokrotny mistrz świata w czwórce podwójnej i złoty medalista z Pekinu powiedział mi, że po odłożeniu wioseł zamierza zrobić doktorat na gdańskim AWF oraz poświęcić się wychowaniu poprzez wioślarstwo trudnej młodzieży w gdańskim liceów nr 6. Wyjaśnia, że to ‚trudny’ rejon Gdańska. – Miejscowe dzieciaki mają ciężko w życiu, często są zostawiane same sobie. Zapewniamy im wiele atrakcji, zgrupowania, zawody, korzystanie z sali, basenu – mówi. No i treningi z wielkim mistrzem, legendą dyscypliny. Życzę mu z całego serca, że wychował swego następcę, albo następczynię i przeżył uniesienie jakiego dostąpili Wolny z Zawadzkim. Zasługuje na to jak mało kto… 

Vlog sprzed wioski olimpijskiej: smuta bezmedalowa

Długie godziny spędziłem przed wioską olimpijską czekając na pokonaną Otylię Jędrzejczak. Złota medalistka z Aten, ten nasz Otylek, który tak bardzo nas zachwycał, kiedy dominował w basenie, potem kiedy przeżywał rodzinną tragedię, podniósł się po niej, wrócił i wykazał niezwykłą determinację, żeby wystartować w Londynie, nie zdołał zakwalifikować się do finału na swym koronnym dystansie. Chciałem pogadać o jej ostatnim występie na igrzyskach, ale się nie doczekałem się. W końcu przeszedł Paweł Korzeniowski, który sam zajął rozczarowujące, siódme miejsce i powiedział, że Oti rozklejona i nie pogada.

Wejście do wioski, która wygląda jak nowoczesne blokowisko, to śmieszne miejsce. Przewalają się tabuny znanych i nieznanych sportowców. Od koszykarzy NBA po rosyjskiego judokę, Mansura Isajewa, który wracał nabuzowany i wyciągnął z kieszeni złoty medal. Fajnie było poczuć w rękach złoto, ciekawe ile jeszcze trzeba będzie czekać na polskie, do piątku, kiedy startują Konrad Czerniak, Tomek Majewski czy Julka Michalska? Czy do soboty, kiedy znów chwyci za broń – i to w swej ulubionej konkurencji – st. szeregowa Sylwia Bogacka

Natknąłem się też na polskiego badmintonistę, Adama Cwalinę, którego partner zerwał podczas meczu ścięgno Achillesa i wyznał nam, że wraca do Polskim, bo ma dość patrzenia na radosnych, podekscytowanych sportowców. Gorycz sportowca, który nie był w stanie spełnić swoich marzeń nie dlatego, że któryś z rywali okazał się lepszy… 

Przemknęli też polscy siatkarze, którzy mężnie znieśli porażkę z Bułgarią, przyznając, że nie mieli swego dnia, za to mecz fantastycznie wyszedł rywalom. Paweł Zagumny zastanawiał się, czy porażka nie była Polakom potrzebna po serii zwycięstw pod wodzą Andrei Anastasiego i czy nie pomoże w walce o medal, bo Polacy to naród, który nie lubi jak jest za dobrze, ale dobrze radzi sobie, gdy ma nóż na gardle. Krzysztof Ignaczak dodał, że już nie ma marginesu na wpadki czy słabsze dni. Trzeba wygrywać wszystko do końca, żeby wyjść z grupy na przyzwoitym miejscu, pozwalającym na walkę o medal. Sprawdzimy ich w czwartkowym meczu z Argentyną…

Pozostaje czekać. Na Julkę, Tomka, Sylwię, chłopaków Anastasiego, a może na parę siatkarzy plażowych, zwanych Fijałkami od lidera, Grzegorza Fijałka, partnera Mariusza Prudla, którzy pokonali najlepszą parę na świecie, z USA, nie dając zasnąć premierowi Wielkiej Brytanii, Davidowi Cameronowi, w jego rezydencji na Downing Street10…

 

 

  



Siatkarze grają u siebie

Długo będę pamiętał ten wieczór w hali Earls Court, gdzie nasi siatkarze tak udanie rozpoczęli walkę na turnieju olimpijskim! Nie tylko dlatego, że nasi pewnie pokonali jedną z najlepszych drużyn świata, Włochów, w ostatnim secie tak bardzo dominując nad rywalami, że niemal ośmieszając ich. To był naprawdę świetny mecz. Pierwszy set dla Włochów, drugi dla nas, trzeci niezwykle wyrównany, łeb w łeb, punkt za punkt, kto wygrywał zyskiwał przewagę psychiczną przed decydującym, czwarty. Wygrali nasi, Włosi pękli psychicznie i już się nie podnieśli. Widzieć polską drużynę tak dominującą nad renomowanym rywalem – bezcenne. Podobnie jak mądrość trenera, który potrafił odmienić losy spotkania po nieudanym początku. Zwłaszcza dla kogoś kto zazwyczaj ugania się za piłkarzami nożnymi i w mix-zonach wysłuchuje głównie opowieści, dlaczego się nie udało, co zawiodło, czego zabrakło, choć było już tak blisko – jak po wszystkich trzech naszych meczach na Euro 2012.

Równie wielkie wrażenie zrobili na mnie kibice. Polacy zaprawdę grali u siebie, hala była biało-czerwona od góry do dołu i od prawej do lewej. Doping był wspaniały i – co jest dużym szokiem dla dziennikarz snującego się po stadionach piłkarskich – absolutnie skoncentrowany na pomaganiu naszym, a nie obrażaniu rywali. Żadnego jazda z k… (choć nie mówię tu o Euro 2012, bo i tam kibice byli cudowni). Ci z Earls Court skandowali tylko „Polskaaaa, biało-czerwoni, Polacy, gramy u siebie, i dopiero na koniec pozwolili sobie na leciutko drwiące Arrivederci, la-la-la-ala-la! Siatkarze byli zachwyceni, doping był im potrzebny, dodał animuszu w trudnym momencie. Krzysztof Ignaczak mówił nam, że czuli się jak w Polsce. Choć wiedzieli, że w Londynie mieszka chyba z milion Polaków, to nie spodziewali się, że aż tylu z nich będzie ich wspierać na trybunach. Marcin Możdżonek też dziękował, choć dodał, że nieskromnie liczył właśnie na taki doping.

Siatkarze przy bliższym poznaniu także wyjątkowi jak na polskich sportowców. Fajni, skromni, skoncentrowani na zadaniu, co dla tych, którzy ich znają jest oczywiste ale ja – wstyd przyznać – ostatni mecz reprezentacji Polski na żywo oglądałem na… igrzyskach w Atenach, kiedy prowadząc 2:0 przegrali 2:3 z Argentyną. Michał Winiarski powiedział nam, że nikt z nich nie upaja się pokonaniem Włochów. – Nie myślcie sobie, że w każdym meczu będzie tak jak w tym ostatnim secie. Od dwóch, trzech miesięcy rzeczywiście wygrywamy wiele spotkań, ale dlatego, że nie podniecamy się tym, stąpamy twardo po ziemi i po każdym zwycięstwie myślimy o kolejnym spotkaniu. Nie myślimy więc jeszcze o ćwierćfinale, ale o spotkaniu z Bułgarią, która może i przeżywa swoje problemy, ale to jest turniej olimpijski i na pewno nie będzie łatwo.

Przyjechali jako faworyci, zwycięzcy Ligi Światowej i trzymają się swojej roli. I wygląda na to, że przez całe igrzyska, aż do finału osładzać nam będą niepowodzenia kolejnych polskich sportowców, jak owej feralnej niedzieli…



Fart pierwszego dnia igrzysk, czyli srebro na mojej szyi!

 

Czyż mogłem przypuszczać, że już pierwszego dnia igrzysk dane mi będzie wziąć do ręki i zawiesić sobie na szyi pierwszy polski medal olimpijski? W życiu! Co prawda bardzo liczyłem na Sylwię Gruchałę, która zapowiadała, że to jej ostatnie igrzyska, wywróciła do góry nogami całe życie, podporządkowując wszystko temu startowi, zmieniła trenera, przeniosła z Gdańska do Warszawy, zerwała ze światem celebrytów i „Tańcem z Gwiazdami”. Niestety przegrała w pierwszej walce turnieju olimpijskiego, a ja nawet na nią nie dotarłem, ponieważ zupełnym przypadkiem trafiłem po drodze na pierwszą konkurencję w programie igrzysk – strzelectwo (nie będę ściemniał, po prostu mieszkamy dwa przystanki autobusowe od Royal Artillery Barracks), a tam poznałem inną Sylwię i… utknąłem na parę godzin.

 

Były to drugie zawody strzeleckie jakie widziałem w życiu. Pierwsze – w 2000 roku na igrzyskach Sydney, gdzie Renata Mauer zdobyła drugi złoty medal po igrzyskach w Atlancie. Strzelnica w Londynie mieści się w barakach, które wyglądają tak, jakby spadły na ziemię z kosmosu. Gdy wszedłem, sala pełna była Chińczyków, wzdychających z uniesieniem oooooooh! po każdym strzale Polki i swoich zawodniczek, nie szło rozeznać czy z zachwytu, że Polka słabo, czy w panice, że Polka dobrze. A Sylwii szło rewelacyjnie. Po wygranych kwalifikacjach, w których tylko raz nie trafiła dychy, walczyła praktycznie tylko z dwiema Chinkami. Wszystko szło idealnie do ósmego strzału, w którym trafiła 9, a Chińczycy znów wydali to samo westchnienie co zwykle, ale ich zawodniczka, Siling Yi wyprzedziła Polkę. Po następnym strzale Sylwia spadła na trzecie miejsce za Dan Yu, ale ostatnim niemal perfekcyjnym strzałem wróciła na drugie podium.

 

Po dekoracji i konferencji prasowej – nim zniknęła na trzy godziny na kontroli dopingowej – okazała się niezwykle równą dziewczyną, nie tylko dlatego, że sama zaproponowała, żebym zawiesił sobie jej medal na chwilę. Opowiadała, że nie umie wysiedzieć w domu na miejscu, a strzelanie to nie jej jedyna pasja (lubi strzelać z karabinu snajperskiego i umie trafić w 10-groszówkę z 300 m, lubi „grzebać w samochodzie”, dwa razy sama wymontowała i wstawiła nową skrzynie biegów, kręcą ją samochody rajdowe WRC i zdążyła już parę razy poszaleć na szutrze. Tu opowiada o walce o medal, walce z samą sobą:

Spotkałem też grupkę kibiców Sylwii z Polski, w koszulkach „Kocham Polskę za Sylwię Bogacką”, którzy w hali przekrzykiwali dominujących fanów z Chin, wspierając Polkę, czym ją wzruszyli, bo jak nam powiedziała, zawsze na strzelnicy jest sama jak palec i w kompletnej ciszy. trochę o nie opowiedzieli. Np. że Sylwia to zadziora. Wiedzieliśmy, że da power na sam koniec! Jest delikatna, ale ma w sobie lwi pazur i zawsze walczy do końca. A co najlepsze, że sukces Sylwii to niespodzianka, bo jej koronna konkurencja – karabinek pneumatyczny z trzech pozycji – dopiero 4 sierpnia!

Londyn wita

 

Pierwszy kontakt z olimpijskim Londynem: nadzwyczaj pozytywny! Lot – bez turbulencji. Obok w fotelu – Karolina Michalczuk, jedyny przedstawiciel polskiego boksu w Londynie. Szybko narzuciła na głowę kaptur i zapadała w koncentracyjną drzemkę, więc nie pogadaliśmy. Na Heathrow nigdy tak szybko nie przemieściłem się z samolotu na zewnątrz. Zaraz po wyjściu z rękawa przejął nas woluntariusz, mówiący po polsku Londyńczyk i powiódł ścieżką dla rodziny olimpijskiej. Wyjątkowo żałowałem, że wyrabianie akredytacji – zwykle ciągnące się w nieskończoność – tym razem trwało nie więcej niż minutę, co zrozumiecie rzucając okiem na zdjęcie;) Chodzi oczywiście o tego Azjatę, który życzył mi zdobycia złotego medalu, choć nie sprecyzował w jakiej dyscyplinie;)

 

Słynny londyński korek widzieliśmy tylko z okienek schodzącego do lądowania samolotu, za to ciągnący się od lotniska do samego centrum. Heathrow Express błyskawicznie i komfortowo, w ciszy i klimatyzacji, śledząc na plazmie historię rekordów świata Jeleny Isibajewej dostaliśmy się na stację Paddington. Tam miny nam zrzedły gdy przesiedliśmy się na linię Central. Wydawało się, że przynajmniej połowa 12-milionowej aglomeracji Londynu postanowiła akurat w tym momencie wybrać się w kierunku Parku Olimpijskiego (po ulicach krążył znicz olimpijski, więc wszyscy zeszli pod ziemię). Przydaliby się upychacze metrowi z Tokio! Spoceni, ściśnięci jak sardynki w puszcze jechaliśmy 45 minut. W dodatku przemknęło nam przez myśl, że nikogo nie zainteresowały nasze olbrzymie 20-kilowe torbiszcza, może powinno…

Przeszukano nas za to dokładnie prze wejściu na teren obiektów olimpijskich w drodze do Main Press Center. Bramki, prześwietlanie, skanowanie akredytacji, udowadnianie, że laptop działa, wreszcie przeszukanie. Młoda pani marynarz z Royal Navy wytropiła szampon w bagażu Łukasza Ceglińskiego (tutaj jego londyński blog) i skonfiskowała. Ja miałem więcej szczęścia: rosły żołnierz w zielonym mundurze spojrzał na moje, jeszcze więsze butle z szamponem i żelem pod prysznic i mrugnął okiem. – Twoje szczęście, że jestem Szkotem. Chwała mu, bo dzięki jego łaskawości nie będę utrapieniem dla współpasażerów w porannym metrze;) Mam tylko nadzieję, że mu nie zaszkodzę tą opowieścią i nie będą sprawdzać wszystkich Szkotów w jednostce.

Zdążyliśmy jeszcze wpaść na kawałek konferencji Agnieszki Radwańskiej, chorążej naszej olimpijskiej ekipy i obejrzeć jej pomalowane na biało-czerwono paznokcie. Dziś obejrzę ją na treningu korcie. Nigdy jeszcze nie byłem na tenisowym Wimbledonie. Tyle pierwszych impresji z oblężonego miasta…

Zdjęcia: HTC One X

Piłowanie na ostatnią chwilę

Wybrałem się do monstrualnego centrum wystawowego ExCel  nad Tamizą, gdzie w pięciu halach wielkości terminala na Okęciu każda odbędą się zmagania bokserów, judoków, zapaśników, tenisistów stołowych i szermierzy. Poszedłem na ostatni trening Sylwii Gruchały i pozostałych florecistek przed jutrzejszą walką w turnieju indywidualnym. A raczej nie na trening, ale na lekcję, jakiej udzielił dziewczynom fechmistrz (nie trener!) Longin Szmit (o tym co przede wszystkim musi przekazać podczas tego ostatniego sprawdzianu godziny przed występem, jak widzi szanse swoich zawodniczek i co musi zrobić Sylwia w pierwszej walce, żeby w kolejnych poszło z górki – wkrótce na sport.pl.

Ciekawsze, że szukając salki treningowej trafiłem na imponującą halę, a na której odbędą się jutrzejsze zawody. Podesty już gotowe, flagi już wiszą, a telebimy wyświetlają nazwiska pierwszych zawodniczek. A tymczasem na tyłach trybun, które już za paręnaście godzin zapełnią tłumy widzów, ekipy robotników gorączkowo kończą skręcanie podtrzymujących siedzenia stalowych rurek, w ruch idą piły, kombinerki, młotki itp. Zobaczcie sami.

 

A tak się martwiliśmy trzy miesiące przed rozpoczęciem Euro 2012 to tu to tam stoi jeszcze pryzma cegieł czy piachu. Tu nie było widać po Londyńczykach, żeby przejmowali się zbytnio tym, że zaledwie dzień przed zawodami kasy z biletami malowane są na niebiesko, brama wjazdowa na czarno, a w okół walają się płyty pilśniowe i wszystko wygląda tak jakby igrzyska miały się odbyć za miesiąc…