Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Match fixing: największa zaraza sportu

Match fixing. Ustawianie meczówTo nie jest dobry moment dla światowego sportu. Jedna z jego największych ikon, Leo Messi została właśnie przyłapana na posiadaniu spółki w panamskim raju podatkowym, założonej akurat w dniu rozpoczęcia śledztwa w sprawie ukrywania podatków przez Argentyńczyka poprzez firmy z Belize i Urugwaju. W tzw. „kwitach z Panamy”, które wyciekły z kancelarii prawnej znalazło się też nazwisko nowego prezydenta FIFA, Gianiego Infantino, wielkiej nadziei na zreformowanie skorumpowanej organizacji i odbudowanie jej wizerunku. „Panama papers” ujawniły również podejrzenia interesy Juana Pedro Damianiego, prezesa urugwajskiego klubu Penarol oraz… członka Komisji Etyki FIFA, którego agencja miała pośredniczyć przy wielomilionowych łapówkach za prawa do organizacji turniejów w krajach Ameryki Łacińskiej.

Wizerunek innych dyscyplin pustoszą afery dopingowe. Do stosowania zakazanego meldonium przyznała się kolejna wielka ikona sportu, Maria Szarapowa, a po niej nastąpił wysyp nazwisk wielkich mistrzów od łyżwiarstwa figurowego przez lekkoatletykę po siatkówkę. Wciąż nie wiadomo czy na igrzyskach w Rio wystartują rosyjscy lekkoatleci…

Ale największe zagrożenie dla sportu w XXI wieku leży jeszcze gdzie indziej. Parlament Europejski widzi je w ustawianiu meczów (tzw. match fixing), z którego organizacje przestępcze na całym świecie czerpią co raz większe korzyści. W środę w Brukseli z inicjatywy m.in. polskiego europosła Bogdana Wenty, odbyła się debata z udziałem wszystkich stron poczuwających się do walki z tym procederem.

- Ustawianie meczów jest po prostu zbrodnią na sporcie. Nie chodzi tylko straty finansowe klubów, organizatorów rozgrywek, sponsorów czy bukmacherów, choć są one coraz większe. Najgorsza jest utrata zaufanie u kibiców do sportu, którego jedną z największych wartości jest nieprzewidywalność. Drżenie o ostateczny wynik, a potem euforia po wygranej lub smutek po porażce tak nas wszystkich do sportu przyciągają. Stąd nasza determinacja by stworzyć skuteczny system wykrywania i zapobiegania ustawianiu meczów, szybkiej wymiany informacji i współpracy między operatorami zakładów bukmacherskich, związkami sportowymi i instytucjami państwowymi – tłumaczy Wenta.

Z debaty wynika m.in. że ustawianie meczów dotyka wszystkich dyscyplin, od badmintona, przez boks, snooker, koszykówkę, wyścigi konne, po siatkówkę i sumo. Dwie najbardziej zagrożone to tenis i piłka nożna – przekonywał Nick Tofiluk z UK Gambling Commision. – Tenis z racji specyfiki dyscypliny: zawodnik sporo podróżuje po świecie, często samotnie bez trenera, łatwo złapać go w hotelowym lobby i złożyć propozycję. Piłka nożna jako sport zespołowy, w drużynie łatwo znaleźć jedno słabe ogniwo, w meczu zaś jest mnóstwo sytuacji boiskowych do wytypowania – czerwone czy żółte kartki, rzut karny w pierwszej połowie itd.

Match fixingZ przytoczonego raportu Interpolu wynika, że sportowcy, trenerzy, sędziowie najróżniejszych dyscyplin są przekupywani, ale najczęściej zastraszani i szantażowani, by wpływali na wynik lub przebieg meczu, grali poniżej swego poziomu, wycofywali z rozgrywek, bądź tylko udzielając zastrzeżonych informacji.

Dzieje się tak co prawda od wyścigów rydwanów w starożytnym Rzymie, ale globalizacja, rozwój technologii, ilość rozgrywek i wysyp firm bukmacherskich sprawiły, że można dziś obstawiać wyniki praktycznie przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Wg Interpolu roczne obroty zakładów bukmacherskich na całym świecie wynosi bilion dolarów.

Co ciekawe Interpol od 2011 współpracował w walce z ustawianiem meczów z FIFA, która obiecała przelać na to 20 mln euro. Wyszkolono za to 2,2 tys. specjalistów w 196 krajach. Niestety współpraca została zamrożona z powodu konfliktu interesów, gdy Interpol zaczął prowadzić śledztwo ws korupcji w FIFA. 2,9 mln euro zostało zwrócono światowej federacji.

Druga konkluzja: łatwiej manipulacjom zapobiegać niż za nie później karać. Łatwiej wyłapywać je i przeciwdziałać im w czasie rzeczywistym, ściganie winnych, udowadnianie im winy i karanie jest niezwykle skomplikowane i czasochłonne.

Khalid Ali, sekretarz generalny European Sports Security Association (ESSA) zrzeszającej największe firmy bukmacherskie jak Ladbrokes, William Hill, Unibet czy Expect opowiadał o coraz bardziej skutecznym systemie monitorowania zakładów, pozwalającym wychwycić i zablokować te podejrzane. W drugiej połowie 2015 roku pozwolił on m.in. wykryć aż 40 ustawionych meczów tenisowych na turniejach w Kolumbii, Rosji, Niemczech i Maroku (a także osiem meczów piłki nożnej i po jednym wyścigów hartów, snookera i hokeja na lodzie). Niestety nie ma ciągu dalszego. Nikt nie próbował wytropić i ukarać oszustów. Międzynarodowa Federacja Tenisowa otrzymała dane, ale nic z nimi nie zrobiła, bo „nie ma organów ścigania”.

- Przyszłością walki z ustawianiem meczów jest być może stworzenie niezależnej Anti Match-Fixing Agency, na wzór Światowej Agencji Antydopingowej WADA, która działałaby na skalę globalną. Dziś w każdym kraju Unii jest inna definicja ustawiania meczów i inne paragrafy. W jednych to kwestia prawa karnego, w innych – sportowego – mówi Wenta. – Stąd dążenie Parlamentu Europejskiego do stworzenia międzynarodowej koalicji, angażującej polityków wszystkich opcji. Potrzebny jest jeden wspólny mechanizm do szybkiej identyfikacji przestępstwa i natychmiastowego przeciwdziałania.

Match fixing

Barca – Atletico. Efekt siarczystego policzka

Barcelona - AtleticoCzy lodowaty prysznic jakim była porażka w El Clasico z Realem Madryt przed własną publicznością podziała na piłkarzy Barcelony zbawiennie? Czy potrzebowali właśnie takiego mocnego przebudzenia, by wyrwać się z letargu samozadowolenia i pewności siebie, w jaki mogła ich wprawić rekordowa seria 39 meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach i przewaga w tabeli La Liga nad najgroźniejszymi konkurentami?

Policzek był najbardziej siarczysty z możliwych, bo dokonany przez największego rywala z możliwych, który jako jedyny zdołał wygrać w tym sezonie na Camp Nou. Do tego wymierzony osobiście przez nieco lekceważonego w Katalonii Cristiano Ronaldo, który zdobył decydującą bramkę. A wszystko w meczu, który miał uhonorować pamięć zmarłego właśnie Johana Cruyffa.

Ale też to właśnie Cruyff mawiał o „pożytecznych porażkach”, które jeśli przyjdą w odpowiednim momencie, działają otrzeźwiająco i motywująco, pozwalają „wyzerować licznik” a przy okazji „spuścić powietrze z wentyla”. Niedawno w podobnych duchu mówił prezes PZPN, Zbigniew Boniek, który nie miałby nic przeciwko porażce kadry Adama Nawałki przed Euro. W tym sensie porażka z Realem przyszła w idealnym momencie, gdy piłkarze Luisa Enrique szykują się do decydującej fazy sezonu: przed kluczowym dwumeczem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Atletico Madryt, nad którym wciąż mają sześć punktów przewagi w tabeli. Ostatni raz Barca zaznała smaku porażki hen, 3 października 2015 z Sevillą. Po przegranym El Clasico wróci głód wygranej, koncentracja, respekt dla rywala, znikną za to nonszalancja i zbytnia pewność siebie.

Zagadką pozostaje tylko czy Leo Messi będzie umiał na boisku odciąć się od burzy medialnej jaka rozpętały tzw „Panama papers”, czyli wyciek nazwisk prominentnych osób, które posiadały firmy w „rajach podatkowych”. Posypały się oskarżenia, że Argentyńczyk wraz z ojcem znów oszukiwał hiszpańskiego fiskusa (trzy lata temu obu oskarżono o ukrycie przed fiskusem 4,1 mln euro, ale pieniądze oddał).

Leo zmartwiony Panama Papers

 

Efekt „lew-tricka”: kiedy Lewy dogoni Messiego i Ronaldo?

Robert LewandowskiLojalnie uprzedzam, że będzie to felieton o Robercie Lewandowskim. Widzę już bowiem u niektórych irytację, że „ten Lewy wyskakuje im już z lodówki”, że gdzie nie klikną, gdzie nie przełączą – tam on. Rzeczywiście nie było chyba na świecie telewizji, portalu czy dziennika, który nie informowałby na czołówkach o dokonaniu Polaka.

W polskiej sieci – wg monitorującej internet firmy Brand24 – zasięg wzmianek o napastniku Bayernu wyniósł ponad 33 mln użytkowników, a liczba wpisów na Twitterze z hashtagiem #Lewandowski przekroczyła 36 tys. Z kolei jak policzył Pentagon Research, od zdobycia „lew-tricka” (skoro istnieje hat-trick, może tak właśnie powinniśmy ochrzcić wyczyn Lewandowskiego, żeby następcy mieli do czego dążyć) do godz. 14. w czwartek w największych polskich serwisach internetowych pojawiły się aż 415 publikacje na ten temat, których wartość wyniosła 3,3 mln złotych. Tylko w naszym serwisach przegladsportowy.pl – aż 34 materiały, a na eurosport.onet.pl – 28. Film z pięcioma bramkami napastnika Bayernu ustanowił zresztą rekord wszech czasów w liczbie odtworzeń materiału wideo w portalu Onet – jak dotąd zostały obejrzane aż 1,2 miliona razy! Co na szczęście pokazuje, że dokonanie Lewandowskiego raczej zachwyciło niż zirytowało jego rodaków.

Polak wprawił w osłupienie i podziałał na wyobraźnię dosłownie wszystkim, od kibiców, przez kolegów z drużyny (słynny tweet Jerome Boatenga po polsku) i rywali aż po trenera Pepa Guardiolę, którego mina po piątym golu Lewandowskiego równie często publikowano w mediach społecznościowych, co skróty bramek.

Teraz warto zadać pytanie jaki będzie to miało wpływ na jego markę i jak będzie postrzegany na świecie? Że jest zawodnikiem wybitnym wiadomo było co najmniej od czterech goli wbitych Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów. Czy występ z Wolfsburgiem, choć jego ranga była niższa podobnie jak rywala, może mu nadać status globalnej megagwiazdy, zarezerwowany dziś wyłącznie dla Leo Messiego, Cristiano Ronaldo, może jeszcze Zlatana Ibrahimovića?

Pytanie, czy będzie na tym zależało władzom Bayernu Monachium? Choć w składzie Bawarczyków od lat grają piłkarze wybitni, w tym najlepsi Niemcy (aktualni mistrzowie świata) to jednak od czasów Franza Beckenbauera nigdy na tyle wielcy, by wybijać się ponad cały zespół. Owszem, są liderzy jak niegdyś Lothar Matthaeus, Stefan Effenberg czy Juergen Klinsmann, ale bez statusu numeru jeden, jaki Argentyńczyk ma Barcelonie, Portugalczyk w Realu, a Szwed w PSG.

Weźmy skład, który wygrał Ligę Mistrzów. Manuel Neuer to bez wątpienia najlepszy dziś bramkarz świata ale nie globalna megagwiazda, w której koszulkach latały by dzieciaki po podwórkach od Pekinu przez Lagos po Chicago, Bogotę i Czeladź. Lepiej już sprawa wygląda z Arjenem Robbenem, Thomasem Muellerem czy Franckiem Riberym, ale i im nie udało się osiągnąć marketingowego statusu Ronaldo, Messiego czy Zlatana.

Leo Messi i Cristiano RonaldoWcale nie jest dla mnie oczywiste, czy Bayern chciałby zburzyć panującą od lat hierarchię i mieć „megagwiazdę numer 1”, a nie jak dotąd „drużynę złożoną z wielu gwiazd”. Choć przecież znając charakter Lewandowskiego nie musi się bać, że taki status Polaka zmieniłby klub w niesławny „FC Hollywood” z przeszłości. Nigdy nie wywołał najmniejsze skandalu w żadnym z dotychczasowych klubów, jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF etc. Przecież, jak przypomina Roman Kołtoń, to prezes klubu Karlheinz Rummenigge przy okazji przejścia Polaka z Borussii Dortmund mówił, że „zbudują Roberta, tak by stał się czołowym piłkarzem w skali globu”.

Posiadanie gwiazdy na miarę Ronaldo i Messiego byłoby dla Bayernu wielkim wsparciem marketingowym zwłaszcza na rynkach azjatyckich, gdzie panuje kult idoli odmienny od europejskiego. Tamtejsi fani futbolu nie kibicują klubom, ale gwiazdom. Gdy Cristiano Ronaldo przechodził z Manchesteru United do Realu, ze ścian znikały plakaty pierwszych na rzecz drugich, a czerwone zasłony, pościel, poduszki, szlafroki, kapcie itd. zastępowały białe.

- Pod względem wizerunku Robert nie jest już w stanie zrobić wiele na polskim rynku, jest bliski szczytu. Bliski, bo wciąż najbardziej rozpoznawalnym polskim sportowcem jest Zbigniew Boniek (8 ludzi na 10), Lewy zajmuje drugie miejsce (7 na 10). Może za to pracować nad swoją marką globalną. Szacuję, że golami z Wolfsburgiem podniósł swoją wartość marketingową o około 10 proc. – ocenia Adam Pawlukiewicz, ekspert ds. marketingu sportowego z Pentagon Research.

Lewy już należy do najlepiej zarabiających w Bayernie i całej Bundeslidze, ale do Ronaldo i Messiego jeszcze mu brakuje. Choć wydłuża się jego sponsorskie (są tam już Nike, Coca-Cola, EA Sports czy Gillette pod względem kontraktów reklamowych ciężko mu rywalizować nie tylko z nimi ale i takimi piłkarzami jak np. Neymar z racji wielkości brazylijskiego rynku.

O jego rosnącym statusie świadczy to, że został Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Oraz zaprezentowany kilka miesięcy temu własny logotyp – RL9 (przemianowany w zabawny sposób po meczu z Wolfsburgiem na RL9 min). – Do siły marketingowej Messiego i Ronaldo brakuje mu jednak jeszcze ze 30 do 40 procent – uważa Pawlukiewicz.

Co pomogło by Lewandowskiemu wspiąć się na najwyższy poziom? Po pierwsze wybór do finałowej trójki w plebiscycie Złota Piłka wraz z Messim i Ronaldo (bo z kimże innym?). Pomijając aspekt czy zasłużył na to występami w całym roku, głosują trenerzy i koledzy-piłkarze, kierując się głównie magią nazwiska, a ta po wtorkowym wieczorze jest gigantyczna.

Po drugie z pewnością pomógłby awans i dobry występ na Euro 2016. Co prawda Argentyńczyk i Portugalczyk nigdy nie osiągnęli z reprezentacją znaczącego tytułu, ale i dla Lewego i dla nas wszystkich lepiej, żeby na turnieju we Francji nie był „największym nieobecnym”.

Robert Lewandowski tuż po lew-tricku

Finał: Ideał! Suarez udowodnił światu. Najlepsza Barca w historii?

Barcelona. Berlin 2015To był wspaniały finał Ligi Mistrzów, choć pewnie tych najbardziej legendarnych ze Stambułu czy Barcelony nie przebije. Aż chciało się krzyczeć do tureckiego arbitra Cuneyta Cakira, „Panie Turek, nie kończ pan tego meczu. Daj nam jeszcze z 45 minutek!” gdyby nie to, że ostatnie dotknięcie piłki w spotkaniu okazało się gole. „Ideał” – słusznie zauważył na Twitterze Rafał Stec z „Gazety Wyborczej”.

Finał był wspaniały, bo choć wygrał faworyt, to po wielkiej bitwie, bynajmniej nie jednostronnej ale po nerwach, zwrotach akcji. Szybko padł pierwszy gol po cudownej wymianie podań w stylu Barcy Pepa Guardioli, przy czym kluczowe podania podali w niej najpierw Leo Messi, a potem Anders Iniesta, ale do siatki trafił jeden z tych piłkarzy, którzy obecnej Barcy nadali charakter Luisa Enrique. Juventus postawił się Barcelonie o wiele bardziej, niż się spodziewałem, ale też w drugiej połowie zapłacił za to utratą sił. Powstrzymywanie tercetu MSN i wyprowadzanie ataków to karkołomna sprawa.

Do 30 minuty wyglądało jednak, że mecz może się skończyć jak finał Euro 2012 z udziałem Hiszpanów i Włochów. Że tak się nie stało wielka zasługa Gianluigi Buffon, który pokazał, że mimo upływu lat (i 37 na karku) nadal jest w trójce najlepszych golkiperów świata. Zdeterminowany, by wielką karierę ukoronować jedynym triumfem, jakiego mu jeszcze brakuje – poprzedni finał Ligi Mistrzów przegrał po pamiętnej serii karnych z Milanem, wykazywał się cudownym refleksem, ale w końcu i jego złamał tercet Messi, Neymar, Suárez, nie do zatrzymania w tym sezonie.

Parada Buffona. FInał Ligi Mistrzów. Berlin 2015Tercet MSN zdobył 121 i 122 gola we wszystkich rozgrywkach. A choć Leo Messi nie trafił do siatki na Stadionie Olimpijskim, nie wyglądał na sfrustrowanego, potwierdzając że między nim i kolegami panuje wielka chemia. Bzdurą byłoby stwierdzenie, że „przeszedł obok meczu”, miał przecież udział przy dwóch golach, rozrywał i zamęczał defensywę Juventusu, sprawiając, że w końcu opadła z sił. Ale nie da się powiedzieć, ze był to jego wieczór – przynajmniej jeśli popatrzeć na Messiego jak na pewniaka, który za chwile zgarnie piątą Złotą Piłkę…

Nie dziwiłem się emocjonalnej reakcji Luisa Suareza po arcyważnym golu na 2:1, który pozwolił Barcy odzyskać kontrolę nad finałem. Pamiętajmy, że zaczynał ten sezon jako banita, wyrzucony przez piłkarską rodzinę na marines jak parias, jakby ustawił mecz na mistrzostwach świata, a nie tylko ugryzł rywala z głupoty i zacietrzewienia. Kara zawieszenia to pół biedy, ale uczynienie go persona non grata w świecie futbolu, bez prawa wejścia na wszystkie stadiony globu i nałożonym zakazem treningu?

Wielu krytykowało Barcelonę, że „więcej niż klub” tak dbający i wizerunek i szacunek dla rywala sprowadza boiskowego gangsterka, ulicznego rozrabiakę, a może nawet rasistę (z tymi kłamliwymi zarzutami, ciągnącymi się za nim po oskarżeniach Patrice Evry po meczu Manchester United – Liverpool, Suarez nie może poradzić sobie do dziś, o czym przeczytacie w jego autobiografii „Na Krawędzi”, która ukaże się w Polsce jesienią). Media opowiadały bzdury o klauzuli „anty-ugryzieniowej” jaka miała się znaleźć w kontrakcie z Barcą, która zabezpieczyła się na wypadek kolejnego szaleństwa Urugwajczyka. Tymczasem idealnie odnalazł się u boku Messiego i Neymara, stając się dopełnieniem nowej Barcelony Enrique, niepokornej, wyrachowanej i bezwzględnej dla rywali. Urugwajczyk zakończył swój pierwszy sezon w katalońskim klubie w najlepszy sposób z możliwych. Akurat on miał co do udowodnienia całemu światu i zrobił to znakomicie.

Luis Suarez. Gol w finale Ligi Mistrzów

„Potrójna korona” Barcelony, wywalczona w pierwszym sezonie pracy Enrique na Camp Nou, podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu Pepa Guardioli zmusza nas do porównań i spekulacji, czy skoro tamtą Barcę Xaviego, Iniesty, Puyola i Messiego okrzyknęliśmy najlepszą drużyną w historii futbolu, to czy ta Barca tercetu MSN, Rakitica, Mascherano i Enrique – choć nie tak wierna tiki-tace – jest jeszcze lepsza? Na pewno ma lepsze statystyki: pod wodzą Guardioli wygrała mistrzostwo Hiszpanii z 87 punktami, dziś z 94. Wtedy strzeliła w lidze 105 goli, teraz zgromadziła ich 110. A we wszystkich rozgrywkach 18 goli mniej niż dziś i straciła 17 branek więcej. Barca AD ’2009 miała 68 procent zwycięskich spotkań, Barca AD ’2015 ma aż 83 procent. No i Leo Messi zdobył wówczas w sezonie 38 goli, w 2015 o 20 więcej – aż 58.

Na koniec jeszcze raz brawa dla Juventusu za świetne emocje w finale. Oprócz cudownych parad Buffona zapamiętamy gola Alvaro Moraty, bo to kolejna świetna historia chłopaka, który nie został doceniony w klubie, gdzie się wychował i który kochał, znakomicie odnajdując się „na wygnaniu”. I łzy Andrei Pirlo, żegnającego się z wielkim futbolem, bo doskonale wie, że w MLS będzie Guliwerem wśród Liliputów, ale emocji takich jak w sobotni wieczór już nie przeżyje. I wie to samo Xavi udający się do Kataru, ale dla niego ostatni sezon w Barcelonie okazał się jednym z najlepszych, kończy go po raz drugi w karierze z „potrójną koroną” i z czwartą wgraną Ligą Mistrzów. Jego łzy radości także zapamiętamy na długo.

Łzy Pirlo, radość Xaviego

Tajemnica formy Messiego, czyli cud dieta cud chłopaka

Dieta Leo MessiegoUmówmy się, że wynik finału Ligi Mistrzów w Berlinie zależy w głównej mierze od tego jaki występ da Leo Messi. Możemy się zastanawiać co wymyśli trener Allegri by powstrzymać tercet M-S-N, do kogo trafią niebanalne podania Pirlo, czym zaskoczy Barcę Paul Pogba, a jednak jeśli Argentyńczyk będzie miał swój dzień, jeden z tych typowych w ostatnich tygodniach, wszystko inne stanie się mało istotne.

Z wielu teorii zgłębiających tajemnicę powrotu Messiego do formy z czasów gdy pobił strzelecki rekord Gerda Muellera 91 goli w sezonie, najciekawsza dotyczy diety, którą ustawił mu w styczniu Włoch Giuliano Poser, 59-letni lekarz sportowy, dietetyk, kinezjolog, homeopata i specjalista od… terpaii kwiatowej Bacha. Że Argentyńczyk „gra tak jak się odżywia” wiadomo było od dawna. Gdy debiutował w Barcy Franka Rijkaarda nie dbał o dietę i często łapał kontuzje. Przez to m.in. zabrakło go w zwycięskim finale Ligi Mistrzów w 2006 w Paryżu przeciwko Arsenalowi, czego nie mógł przeboleć.

Wszystko zmieniło przyjście Pepa Guardioli, który zdębiał gdy przekonał się, że Messi obżera się głównie stekami, które je z chlebem, kompletnie nie tyka za to ani ryb ani warzyw. Pep zatrudnił w klubie fizjologa, Juana Brau, który nie tylko ustawił Leo dietę, ale jeździł z nim na każdy mecz, pilnując co je i jak trenuje. W efekcie Messi zdobył wraz z Barcą 16 trofeów w ciągu czterech lat, nie odnosząc w tym czasie żadnych poważnych urazów.

Ale w ostatnich dwóch sezonach coś się popsuło. Messi zatracił szybkość, szybko się męczył, zdarzało mi się, że wymiotował podczas spotkania. Carles Rexach, była gwiazda Barcy w czasach Johana Cruyffa, a później trener, który odkrył i ściągnął do Katalonii 13-letniego Messiego ujawnił, że ten za bardzo obżera się pizzą i opija colą z czego biorą się wszystkie problemy. W końcu sam zawodnik zdał sobie sprawę, że musi sobie pomóc.

Klinikę dietetyka 59-letniego Giuliano Posera w miejscowości Sacile pod Wenecją, w której do formy od lat wracają włoscy kolarzy i narciarze alpejskich polecił Messiemu kolega z reprezentacji Argentyny, Martin Demichelis, który sam korzystał z porad włoskiego dietetyka. Obrońcę Manchesteru City miała szczególnie zafascynować terapia kwiatowa Bacha, w której wykorzystuje się esencję 38 rodzajów rosnących dziko kwiatów. Według zwolenników tej metody esencje kwiatowe uleczają negatywne emocje i pomagają pokonać stres, pomagają również zwalczyć uzależnienia.

Poser ponownie wprowadził do jadłospisu Argentyńczyka warzywa, owoce i kazał pić dobrą wodę mineralną zamiast ulubionej coli. – Ludzki organizm jest jak maszyna, o którą trzeba dbać, napędzając odpowiednim paliwem, po to, żeby mięśnie działały jak najlepiej. Jeśli zawodnik właściwie się odżywia, jego organizm lepiej funkcjonuje, wolniej się męczy i szybciej się regeneruje. Leo Messi odżywia się i pracuje bardzo rozsądnie i odpowiedzialnie. To bardzo inteligentny i intuicyjny człowiek. I wspaniały atleta – tłumaczył Poser w wywiadzie dla „AS’a”.

W efekcie jego pomocy Messi schudł cztery kilo, organizm oczyścił się z pestycydów, herbicydów, pozostałości po lekach, a mięśnie napastnika Barcy odżyły. Do tego doszedł też na pewno głód sukcesów spowodowany sezonem Barcy bez trofeum i porażka w walce o Złotą Piłkę z Cristiano Ronaldo. Efekt: Messi zdobył w sezonie już 58 goli, zanotował 27 asyst, a Barca zapewniła sobie mistrzostwo i Puchar Hiszpanii oraz finał Ligi Mistrzów. A Leo pędzi po piątą „Złotą Piłkę”, którą zapewne zgarnie nawet jeśli w sobotę w Berlinie jakimś cudem zatriumfuje Juventus.

Dieta Messiego

Lista 38 roślin, które Edward Bach wybrał do sporządzania esencji kwiatowych i stosował w leczeniu (może wam się przyda):

Agrimony (rzepik pospolity)

Aspen (topola osika)

Beech (buk zwyczajny)

Centaury (centuria pospolita)

Cerato (Ceratostigma willmottianum)

Cherry Plum (śliwa wiśniowa)

Chestnut Bud (pąki kasztanowca)

Chicory (cykoria podróżnik)

Clematis (powojnik pnący)

Crab Apple (jabłoń niska)

Elm (wiąz angielski)

Gentian (goryczuszka gorzkawa)

Gorse (kolcolist zachodni)

Heather (wrzos zwyczajny)

Holly (ostrokrzew kolczasty)

Honeysuckle (wiciokrzew przewiercień)

Hornbeam (grab pospolity)

Impatiens (niecierpek gruczołowaty)

Larch (modrzew europejski)

Mimulus (kroplik żółty)

Mustard (gorczyca polna)

Oak (dąb szypułkowy)

Olive (oliwka europejska)

Pine (sosna zwyczajna)

Red Chestnut (kasztanowiec czerwony)

Rock Rose (posłonek rozesłany)

Rock Water (woda źródlana, z naturalnego źródła wypływającego ze skał)

Scleranthus (czerwiec roczny)

Star of Bethlehem (śniedek baldaszkowaty)

Sweet Chestnut (kasztan jadalny)

Vervain (werbena pospolita)

Vine (winorośl właściwa)

Walnut (orzech włoski)

Water Violet (okrężnica bagienna)

White Chestnut (kasztanowiec zwyczajny)

Wild Oat (stokłosa gałęzista)

Wild Rose (róża dzika)

Willow (wierzba biała)

Dzika Róża

 

 

Odyseja i Eneida, czyli najlepsza Barcelona w historii?

Messi and  Guardiola, Messi and EnriqueDoskonale wiem jak nieprzewidywalny, niesprawiedliwy i sprzeczny z logiką potrafi być futbol, za co go zresztą tak bardzo kochamy. Jak mawiał Leo Beenhakker, który nim w minionym tygodniu przeszedł na emeryturę po 50 latach pracy trenerskiej „piłka nożna to nie matematyka, tu dwa plus dwa rzadko równa się cztery, raczej przeważnie równa się trzy albo pięć”. Każdy z nas mógłby sypać przykładami jak z rękawa: Liverpool kontra AC Milan w finale Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku, którego 10. rocznicę właśnie obchodzimy, Chelsea pokonująca w niesamowitych okolicznościach Bayern w finale w Monachium w 2012, Polska wygrywająca pierwszy mecz w historii z Niemcami, koronowanymi na mistrzów świata trzy miesiące wcześniej, Sepp Blatter, który podaje się do dymisji cztery dni po wyborze na szefa FIFA na piątą kadencję…

A jednak choć dobrze wiem, że „mecze wygrywa się na boisku, a nie na papierze”, moja piłkarska wyobraźnia nie pozwala mi wyobrazić sobie innego scenariusza w sobotę na Stadionie Olimpijskim w Berlinie jak pewne zwycięstwo Barcelony z Juventusem Turyn, pieczętujące zdobycie drugiej w historii katalońskiego klubu „potrójnej korony”. Tę pierwszą wywalczyła w 2009 roku Barca Pepa Guardioli, w jego debiutanckim sezonie, teraz szansę na jej zdobycie w swoim pierwszym sezonie na Camp Nou ma Luis Enrique. Barcę Guardioli niemal cały świat zgodnie okrzyknął nie tylko najlepszą drużyną w historii klubu, ale wręcz w historii futbolu. Drużyna Enrique góruje nad tamtym zespołem niemal we wszystkich statystykach, czy triumf w Berlinie automatycznie ustawi więc ją na piedestale?

Barca1Myślę, że to będą pytania, które świat zacznie sobie stawiać zadawać po ostatnim gwizdku. Czyje zasługi są większe? Guardioli, który wymyślił, wdrożył i doprowadził do perfekcji porywającą tłumy tiki-takę, znajdując dla niej idealnych wykonawców w postaci Xaviego i Iniesty, a Leo Messi w jego drużynie uformował się na najlepszego piłkarza świata (to u niego Argentyńczyk po raz pierwszy – w wygranym 6:2 meczu z Realem Madryt – zagrał jako „fałszywa dziewiątka”)?

Czy Enrique, który (tylko lub aż) zreformował tiki-takę, przejrzaną już przez trenerów jak Jose Mourinho, naprawiając wypaczenia, wpajając drużynie umiejętność gry z kontry, czynią ja bardziej bezwzględną i nieprzewidywalną? Uzupełniając luki po gwiazdach, które odeszły jak Carles Puyol lub wyblakły jak Xavi i Iniesta czy reaktywując takich piłkarzy jak Gerard Pique? Przede wszystkim jednak natchnął na nowo Messiego, który z różnych powodów przygasł u kolejnych następców Guardioli. Sprawiając, że tercet M-S-N, Messi, Suarez, Neymar stał się najskuteczniejszym atakiem w historii futbolu, zdobywając w sezonie (póki co) 119 goli. Przy czym „trzej tenorzy” zupełnie ze są nie rywalizują, bo Brazylijczyk z Urugwajczykiem uznają, że liderem jest Messi.

Bez wątpienia statystyki przemawiają za Barcą AD 2015. Porażający jest procent zwycięskich spotkań: 83 dziś przy 68 procentach w 2009 roku. Obecna drużyna nie tylko zdobyła w całym sezonie 18 goli więcej niż zespół Guardioli, ale i mniej bramek straciła – 17. Sam Messi zdobył o 20 goli więcej (58) niż sześć lat temu (38).

Enrique w chwili obejmowania Barcelony wiele łączyło z Guardiolą. Obaj byli wychowankami klubu, obaj przygodę trenerską zaczynali w Barcelonie B, obaj obejmowali pierwszą drużynę w kryzysie, a przynajmniej po tym jak w poprzednim sezonie nie zdobyła żadnego trofeum. Obaj wzbudzali na początku wątpliwości kibiców: Guardiola gdy jego Barca zdobyła tylko jeden punkt w pierwszych meczach, Enrique gdy w styczniu media już go prawie zwolniły.

Guardiola i Luis EnriqueWydaje się jednak, że presja oczekiwań wobec Enrique była o niebo większa niż wobec Guardioli, a jego zadanie znacznie trudniejsze. Nie tylko dlatego, że obejmował zespół dopiero co najlepszy w historii, pełen największych gwiazd światowego futbolu, ale sfrustrowanych niepowodzeniami na wszystkich frontach. Ale także z powodu kryzysowych okoliczności w jakich działał: na Barcę nałożono zakaz transferowy, prezesów ciągano po sądach za pokrętne transfery, z klubu zwolniono dyrektora sportowego Andoniego Zubizarettę; długo nie mógł sięgnąć po Suareza, Messiemu z Neymarem sen z powiek spędzały podatkowe kłopoty ojców itd… A mimo to w pierwszych 50 meczach z Barceloną osiągnął historyczną liczbę zwycięstw (42) bijąc nie tylko Guardiolę (37) ale i Helenio Herrerę (40.)

Czy to sprawia, że sukcesy Barcy z 2015 roku są więcej warte i bardziej godne podziwu niż te z 2009? Czy wolno stawiać wyżej Enrique, który ulepszył koncepcję stworzoną przez Guardiolę? Dylemat jak z „Eneidą” Wergiliusza, napisaną na rozkaz Cesarza Augusta, by dowieść boskiego pochodzenia Rzymian. Opisując tułaczkę Eneasza w poszukiwaniu nowej ojczyzny po upadku Troi, Wergiliusz musiał mierzyć się z „Odyseją” wielkiego Homera, będącą wydawało się niedościgłym wzorcem. Jego Eneasz „płynął krok w krok za Odyseuszem”, spotykając tych samych bohaterów i przeżywając podobne przygody. A jednak poeta potrafił znaleźć rozwiązania przebijające te z pierwowzoru. Podam jeden przykład: u Homera podczas turnieju strzeleckiego u Feaków Odyseusz posyła strzałę poprzez otwory odpowiednio ustawionych siekier, a potem trafia nią w „dziesiątkę”, rozłupując na pół strzałę, którą ktoś wcześniej umieścił w środku tarczy. Triumf nie do przebicia? W „Eneidzie” strzała wypuszczona przez przyszłego Rzymianina zapłonęła w locie, „z długim lecąc warkoczem, spowijając niebo iskrami niczym gwiazdy”, przemieniając zwykły turniej strzelecki w proroctwo przyszłej wielkiej chwały…

Eneida

#Justiciaparatopo

JusticiaParaTopoMam szczerą nadzieję, że członkowie Komisji Dyscyplinarnej UEFA, którzy 21 maja zajmą się „incydentem pozasportowym z udziałem trenera Bayernu Monachium, Pepa Guardioli” szybko rozejdą się do innych zajęć, nie wydając bezdusznego werdyktu, czym strzeliliby w stopę szacownej federacji. Rozumiem przeczulenie UEFA, by piłkarze czy trenerzy przy okazji meczów nie prowadzili agitacji politycznej, ani religijnej, nie prowokowali kibiców rywali czy po prostu nie prowadzili ordynarnej kampanii reklamowej dla swego sponsora – odsłaniając hasła, slogany czy hasztagi na koszulkach po strzelonych golach lub na konferencjach.

Guardiola nie agitował za niepodległością Katalonii, napis na jego koszulce nie głosił, że „Porto to stara k…”, nie reklamował na chama żadnej. Wchodząc na konferencję prasową przed rewanżowym meczem Ligi Mistrzów z FC Porto w czarnej koszulce z napisem #justiciaparatopo (sprawiedliwość dla Topo) upominał się o sprawiedliwe śledztwo, mające wyjaśnić śmierć znanego dziennikarza sportowego i swego znajomego, Jorge „El Topo” Lopeza. Jak napisała w podziękowaniu na Twitterze wdowa po dziennikarzu, Guardiola doskonale zdawał sobie sprawę, że ryzykuje karą, ale mimo to postanowił okazać solidarność. Gdy jeden z najwybitniejszych trenerów świata świadomie i na zimno łamie zasady, żeby przyciągnąć naszą uwagę na jakiś problem, warto się wsłuchać.

Jorge Lopez był doświadczonym i szanowanym dziennikarzem sportowym z Argentyny, pracującym również dla hiszpańskich mediów. Przydomek „Topo” (Kret) nadano mu 18 lat temu, ponieważ świetne newsy i tematy potrafił wydobyć wprost spod ziemi. Przyjaźnił się z wieloma osobistościami ze świata futbolu. Był korespondentem na ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Brazylii. W nocy przed półfinałem Brazylia – Niemcy zginął w wypadku samochodowym w Sao Paolo w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Wracał taksówką do hotelu, gdy o 1.30 nad ranem w jego samochód uderzył kradziony nissan, którym trójka nastolatków uciekała przed policyjnym pościgiem. 38-letni reporter wypadł na zewnątrz i zginął na miejscu. Trójce złodziei nic się nie stało.

JusticiaParaTopo„Topo” jechał do hotelu, w którym czekała na niego żona Veronica Brunati, dziennikarka „Marki”, która o śmierci męża dowiedziała się… z twitterowego wpisu poruszonego Diego Simeone, który żegnał przyjaciela. Odpisała trenerowi Atletico Madryt: „Nie. Diego nie pisz takich rzeczy. Proszę, niech ktoś do mnie zadzwoni”.

Dziś Brunati dziwi się, że sprawcy wypadku odpowiadają z wolnej stopy. Uważa, ze doszło do morderstwa. Spowodowanie wypadku to w Brazylii częsta metoda złodziei na zatrzymanie samochodu, by potem okraść rannych. W podobnych okolicznościach na drodze do Belo Horizonte zginęła dwójka innych argentyńskich dziennikarzy, a kolejnych dwóch trafiło do szpitala. Nie wiadomo też czy jakiś związek ze śmiercią „Topo” ma fakt, że wcześniej podczas turnieju został on wraz żoną ostrzelany przez nastoletniego sprawcę, jednak nie jednego z tych, którzy byli na miejscu wypadku.

Śmierć Lopeza wywołała wielkie poruszenie nie tylko w jego ojczyźnie. Kondolencje przesłała żonie piłkarza FIFA. Leo Messi, który z „Topo” znał się od 2004 roku zadedykował mu półfinałowe zwycięstwo z Holandią. „To zwycięstwo specjalnie dla ciebie, mój przyjacielu. Uściski dla całej rodziny i dużo sił” – napisał na Facebooku. Javier Mascherano przekazał rodzinie wpływ z wydanej po mundialu autobiografii. Z kartkami napisem #justiciaparatopo występowali w mediach m.in. Diego Maradona, ale i Urugwajczyk Diego Forlan. Nikomu nie przyszło do głowy protestować, kiedy w styczniu przed meczem Barcelona – Atletico Madryt obie drużyny ustawiły się na murawie do zdjęcia z banerem żądającym sprawiedliwego procesu.

JusticiaParaTopo

UEFA w swej dbałości o poprawność polityczną popada w co raz większe absurdy. Jak najbardziej rozumiem karę dla cwaniaczka Nicklasa Bendtnera, który po golu dla Danii na Euro 2012 bezczelnie uniósł koszulkę i opuścił spodenki, by odsłonić logo firmy bukmacherskiej. Ale karać Guardiolę? Dobrze, że Andres Iniesta wbił gola Holandii w finale mistrzostw świata w RPA, a nie na mistrzostwach Europy, bo pewnie trafiłby przed Komisję Dyscyplinarną UEFA za odsłonięcie pamiętnej koszulki „Dani Jarque: siempre con nosotros” (Dani Jarque: zawsze z nami) upamiętniając zmarłego kolegę z Espanyolu Barcelona. Czy i Kaka poniósłby dziś surową za wzruszający napis na koszulce „I Belong to Jesus” odsłaniany po wygranych finałach mundialu w 2002 roku i Ligi Mistrzów w 2007? Jeśli tak to futbolowe obyczaje schodzą na psy.

JusticiaParaTopo