FIFA The Best. Dlaczego nie głosowałem na Lewego i Messiego

Cristiano Ronaldo. FIFA The BestOd ogłoszenia wyników gali FIFA The Best na Najlepszego Piłkarza Roku cały czas spływają do mnie mejle, tweety i wiadomości na messangerze z pretensjami, uwagami i żądaniem wyjaśnień na temat mojego wyboru. Przypomnę, że głosując jako jedyny dziennikarz z Polski na pierwszym miejscu umieściłem Cristiano Ronaldo, na drugim Gianluigiego Buffona, a na trzecim Sergio Ramosa. Trzy stacje telewizyjne odpytały mnie na to konto, a na jednym z zaprzyjaźnionych portali powstał nawet tekst. Główny zarzut: jak mogłem nie umieścić na pudle Leo Messiego? Kolejny: dlaczego nie zagłosowałem na Roberta Lewandowskiego? Wreszcie najbardziej absurdalny: dlaczego Cristiano Ronaldo na pierwszym miejscu? Już odpowiadam.

Otóż w przeciwieństwie do wielu pozostałych uczestników tej zabawy, trenerów reprezentacji i samych piłkarzy, których głosy opublikowała FIFA, postanowiłem podejść do sprawy poważnie i rzetelnie ocenić kto na co zasłużył w futbolu od sierpnia 2016 do sierpnia 2016. Może to błąd, ale w moich kryteriach nie znalazły się ani patriotyzm, ani osobista sympatia. W przeciwnym razie na pewno na pierwszym miejscu dałbym Lewego, którego nie sposób nie lubić i nie podziwiać. Ale przecież nie chodzi o to, żeby rodak zawsze głosował na rodaka, w przeciwnym razie nigdy nie dałoby się wybrać laureata podobnych plebiscytów.

Piłkarsko w minionym okresie Robert po prostu nie zasłużył sobie na pierwszą trójkę i już. Byli lepsi, którzy osiągnęli w sezonie więcej i błyszczeli jaśniej. Co nie odbiera Lewemu pozycji najlepszej „9” świata. Myślę, że on sam zdawał sobie z tego sprawę, wszak tym razem nie skomentował werdyktu „le Cabaret” jak ostatniej edycji Złotej Piłki. Zawodnik na jego poziomie nie potrzebuje kadzenia

Życzę jemu i sobie z całego serca, żeby był faworytem w przyszłorocznym plebiscycie. Jest na najlepszej drodze – wkrótce przekroczy barierę 50. goli we wszystkich rozgrywkach dla klubu i reprezentacji, został królem strzelców eliminacji MŚ przed nim występ na turnieju w Rosji, na którym oby okazał się u szczytu kariery.

Lewandowskiego na pierwszym miejscu jako jeden z nielicznych trenerów umieścił Adam Nawałka i właściwie trudno mieć do niego pretensje. Nie widzę w tym chęci przypodobania się swemu kapitanowi. Nawałka sam najlepiej wie jak dużo mu zawdzięcza. Jego lojalność wobec swych „żołnierzy” doskonale znamy, a tu postanowił ją okazać swemu generałowi. Jeśli patrzeć na osiągnięcia piłkarza we wspomnianym okresie tylko w reprezentacji, trudno o lepszego, więc da się ten wybór jakoś usprawiedliwić.

Jednak ja nie zawahałem się nawet na sekundę, żeby maksymalną ilość punktów oddać Cristiano Ronaldo. Nie ma mniejszych wątpliwości, że Portugalczyk był w minionym sezonie najlepszy. Najskuteczniejszy i najbardziej kluczowy w sukcesach jakie osiągnęła jego drużyna. Kluczowy w odzyskaniu dla Realu Madryt mistrzostwa Hiszpanii i w obronie trofeum w Lidze Mistrzów. W tej ostatniej strzelił pięć goli w dwumeczu przeciwko drużynie Lewego. Hat-tricka w półfinale z Atletico Madryt i dwie bramki w finale w Cardiff, gdzie wybrano go Zawodnikiem Meczu. Zaprzeczając w minionym sezonie najdobitniej złośliwemu stwierdzeniu, że „strzela tylko słabym”.

Nie traktuję bowiem wyborów Piłkarza Roku jak konkursu piękności, wskazując tego, kto mi się najbardziej podoba. Moje kryteria obejmują trofea, które zawodnik zapewnia drużynie swoimi golami, asystami, interwencjami czy też paradami. Nawet jeśli plebiscyty to nagroda indywidualna a nie drużynowa. Bo co po tych wszystkich bramkach, jeśli drużyna nic z tego nie ma?

Cristiano Ronaldo i Leo MessiOczywiście Messi pozostaje geniuszem futbolu, najlepszym piłkarzem naszych czasów. Ale jeśli przyjmiemy wrażenie artystyczne za kryterium, wtedy w ogóle nie róbmy żądnych plebiscytów, tylko wszystkie nagrody dajmy Argentyńczykowi. Dopóki gra, lepszego od niego nie będzie.

Ale właśnie do „kosmity z innej planety” i „piłkarza z PlayStation” wymagamy kosmicznej formy i ciągnięcia drużyny za uszy w kluczowych momentach i wyciągania z najgorszych tarapatów. Tak właśnie gra Messi tej jesieni, zarówno w Barcelonie pozbawionej Neymara i Dembele jak i w reprezentacji pozbawionej… koncepcji.

Co z tego, że w minionym sezonie wykręcił fantastyczny wynik, zdobywając 54 gole w 52 meczach i dorzucając 19 asyst, skoro na koniec Barcelona została z niczym? Bycie Messim, jak szlachectwo, zobowiązuje. Więc jego brak w finałowej trójce to pewien symbol. Wątpię zresztą żeby zależało mu szczególnie na drugim czy trzecim miejscu.

Drugie miejsce dla Buffona było trochę za całokształt kariery, bo może już nie być okazji, żeby go uhonorować, ale postawą w sezonie też przecież sobie na to zasłużył. Mistrzostwo Italii z Juventusem, w Lidze Mistrzów puścił do finału tylko cztery gole, zachowując czyste konto w dwumeczu z Barceloną, czyli wówczas gdy bramki Messiego były najbardziej potrzebne. Włoch był prawdziwym liderem drużyny. Podobnie jak Ramos, skuteczny „zarówno w defensywie jak i ofensywie” jakby to ujął nasz selekcjoner. Myślę, że w sezonie, w którym Real jako pierwszy zespół w historii obronił trofeum w Champions League nie ma nic niestosownego, że w trójce znalazło się dwóch jego piłkarzy. Choć miałem ciężki dylemat czy nie wstawić Marcelo albo Luki Modrića. Podobnie jak nikt nie miał wątpliwości, że trzech zawodników Barcy powinno się znaleźć na podium w roku, w którym zdobyła wszystkie trofea jakie były do zdobycia.

Na ostatnie, najczęściej stawiane mi pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć: co w „Jedenastce Sezonu” robił Andreas Iniesta. Niewykluczone, że to jakiś błąd informatyczny i nazwisko Hiszpana po prostu co roku wybija w systemie, nikt nie wie jak to naprawić, więc FIFA dała spokój. Inaczej nie umiem tego wytłumaczyć. Pytajcie byłych piłkarzy z FIFPro, to oni decydowali.

11 Roku

Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

Dlaczego Messi z Ronaldo kiwają fiskusa?

Leo Messi i Cristiano RonaldoCiekaw jestem czy po świecie rozniesie się o inicjatywie kibiców Górnika Zabrze, którzy przebadali wykrywaczem kłamstw Adama Dancha, by zweryfikować plotki, że obstawiał u bukmacherów porażki własnej drużyny. Zawodnik skwapliwie zgodził się na badanie (ciekawe jakie byłyby konsekwencje odmowy?), wariograf wykazał czystość jego intencji, słowem atmosfera została oczyszczona. Może i pozostał lekki niesmak, ale nie uważają tak kibice Górnika, którzy w oświadczeniu podziękowali Danchowi za grę w barwach klubu.

Wariograf mógłby zakończyć wiele wątpliwości w świecie futbolu. Np. badaniu na okoliczność niezapłaconych podatków mogliby się poddać Cristiano Ronaldo czy w swoim czasie Leo Messi. Poprzestają na zapewnieniach o niewinności, ale na wszelki wypadek spłacają fiskusowi zaległe kwoty z odsetkami, żeby oddalić widmo więzienia.

W przypadku Argentyńczyka poskutkowało to tym, że hiszpański sąd skazując go na 21 miesięcy więzienia za ukrycie 4,16 mln euro z tytułu praw do wizerunku, zawiesił wykonanie kary. Jak skończy się sprawa Ronaldo, który zdaniem prokuratury ukrył 14,7 mln euro, przekazując prawa do wizerunku firmie z Wysp Dziewiczych, czyli najlepszego raju podatkowego na świecie, dopiero się dowiemy. Nie nastawiałbym się jednak, że zobaczymy Portugalczyka za kratami.

Dlaczego dwaj najlepiej zarabiający piłkarze świata (obaj z pierwszej piątki najlepiej zarabiających sportowców świata wg miesięcznika „Forbes”), słynący z akcji charytatywnych, zachachmęcili parę marnych (jeśli spojrzeć na ich zarobki) milionów? Po co ryzykowali nadszarpując swój tak cenny przecież wizerunek? Mało im? Przecież ciężko o większego krezusa niż piłkarz?

Nie tylko oni zresztą. Skazani za podobne oszustwa skarbowe wobec hiszpańskiego fiskusa zostali m.in. Javier Mascherano, Alexis Sanchez, Xabi Alonso, Angel di Maria czy Radamel Falcao. Pod lupą prokuratury właśnie znalazł się Jose Mourinho, który w okresie gdy trenował Real Madryt miał nie zgłosić 3,3 mln euro. Następni w kolejce czekają jego byli piłkarze Pepe i Fábio Coentrao. Dlaczego podobne skandale nie są udziałem gwiazd futbolu z Premier League czy Serie A, ale właśnie z La Liga?

Zwróciłem się z prośbą o konsultacje do profesora Roberta Gwiazdowskiego, eksperta w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, którego ekonomiczne opinie bardzo sobie cenię. A przy okazji wielkiego kibica futbolu. Żartem odparł, że na miejscu Messiego i Ronaldo zacząłby od zwolnienia doradców podatkowych, ponieważ wybrali bardzo toporne metody. Istnieją dużo bardziej subtelne i skuteczne, z których korzysta finansowa elita świata.

„Dlaczego Hiszpania? Po pierwsze tamtejsze organy ścigania znane są z gry pod publiczkę i ścigania ludzi ze świecznika, jak żadne inne na świecie. Są arbitrzy piłkarscy, którzy stawiają sobie za cel ukaranie kartką wielkiej gwiazdę, sędziowie w Hiszpanii chcą zniszczyć Messiego czy Ronaldo jak zabójca Jessie Jamesa, który strzelił mu w plecy żeby przejść do historii” – mówi.

Finansowe tricki do jakich uciekają się gwiazdy La Liga wynikają zdaniem Gwiazdowskiego z tego, że owszem, zarabiają oni najwięcej, ale też najwięcej muszą oddać fiskusowi, co u każdego rodzi niechęć.

„Różne podatki mają różne konsekwencje” mówi. „Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, obecnie zaś jest przyczyną upadku centrów wielu miast w USA. Złe podatki były też przyczyną „tej osobliwej łatwości, z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy” – jak pisał Monteskiusz. „W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”

Futbol też coś o tym wie. „W swoim czasie przecież to nie ilość dni słonecznych w roku tylko reforma podatków dla najbogatszych premiera Gordona Browna spowodowały, że Ronaldo przeniósł się z Manchesteru do Madrytu, gdzie obowiązywało tzw. „prawo Beckhama”, czyli linowy podatek dochodowy od nie-rezydentów w wysokości 24%”.

I przypomina zdarzenie z naszego podwórka, gdy okazało się że dwaj piłkarze wspomnianego Górnika, Robert Jeż i Michal Gasparik to… cypryjscy biznesmeni. Na Słowacji obowiązywał podatek liniowy, u nas progresywny, do tego jeszcze składki na ZUS i OFE, tylko dołożyliby do interesu. Płacili więc podatki na Cyprze. Gdzie zresztą rezydentami podatkowymi było kilku biznesmenów z listy najbogatszych Polaków „Wprost” i „Forbesa.

Zdaniem profesora Gwiazdowskiego samo tworzenie w rajach podatkowych tzw. trustów, czyli formy powierniczego zarządzania majątkiem przez ojców Messiego i innych piłkarzy nie jest niczym złym. „Skoro w Panamie czy Brytyjskich Wyspach Dziewiczych mogą to robić największe firmy świata jak Apple to czemu nie Ronaldo? Poza tym trust pomagający w ochranie majątku, planowaniu podatków i ewentualnej sukcesji majątkowej to instytucja o ponad 800-letniej tradycji. Zaczęło się od rycerzy udających się na wyprawy krzyżowe, którzy musieli jakoś zabezpieczyć finansowo rodzinę i siebie samych, nie wiedzieli bowiem czy wrócą, a jeśli tak, to kto będzie wówczas królem i jakie będzie miał wobec nich zamiary. Messi i spółka dziś grają, ale jutro przestaną. Chcą po prostu zabezpieczyć byt rodzinie na długie pokolenia” – mówi.

To więc nie przypadek, że po ujawnieniu kłopotów Messiego i Ronaldo kibice wcale się od nich nie odwrócili, ani nie wygwizdywali z trybun z tego powodu. Mało tego, skazaniu Argentyńczyka towarzyszyła wielka kampania w mediach społecznościowych #WeAreAllLeoMessi. „Wsparcia udzielali mu nawet fani wywodzący się z biedoty, dowodząc słuszności badań psychologicznych, że ludzie wcale nie są zwolennikami równego dzielenia dóbr. Uważają, że ci którzy mają większy udział w sukcesie, powinni dostawać więcej” – mówi prof. Gwiazdowski.

Cristiano Ronaldo i Leo Messi

 

 

Komu bije cykl

Ranking FIFA - Polska na 12 miejscuNigdy jeszcze sprawdzanie miejsca piłkarskiej reprezentacji Polski w rankingu FIFA nie było tak ekscytujące jak obecnie. Nigdy też od naszego ruchu w górę o parę pozycji tak wiele nie zależało. Kibice oczywiście odnotowywali, że np. w 2013 roku kadra spadła na historyczne dno, a potem mozolnie pięła się w górę. Ale media robiły to raczej z „kronikarskiego obowiązku”, wymieniając egzotyczne kraje, które nas wyprzedziły. Czołówek wiadomości z tego nie było, bo w końcu co za różnica, czy zajmowaliśmy 62. miejsce jak na koniec 2010 roku czy 63. jak cztery lata później? „Rankingi nie grają, decyduje boisko” – pocieszaliśmy się kolejnymi doniesieniami.

Teraz możemy się szczycić, że ranking dobitnie odzwierciedla postawę piłkarze Adama Nawałki na boisku. Z 20 ostatnich meczów o punkty przegrali zaledwie dwa (tylko jeden w normalnym czasie gry) – i to z aktualnym mistrzem świata oraz przyszłym mistrzem Europy. Toteż teraz gdy śrubujemy rekordy, ranking FIFA stał się ulubionym tematem rozmów. Dopiero co staruszek taksówkarz wiozący mnie na lotnisko, zachwycał się, że wyprzedziliśmy takie piłkarskie nacje jak Chorwacja, Anglia czy Włosi. I dopytywał kto tam następny do łyknięcia. „Szwajcaria? No panieeeee…”

Jeśli kadrowicze nie zdejmą nogi z gazu w eliminacjach do mundialu w Rosji, pod koniec roku możemy wejść do czołowej dziesiątki! To zaś z kolei może sprawić, że 1 grudnia na Kremlu reprezentacja Polski będzie losowana z pierwszego koszyka (wiem, że dopiero półmetek eliminacji, że matematyka itd, ale po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku Polaków na MŚ).

Pierwszy koszyk to tyleż wielki prestiż co ułatwienie, bo pozwoli uniknąć w grupie największych jak Brazylia, Niemcy, Hiszpania lub Portugalia. Choć z drugiej strony przecież wspomniani Niemcy czy Portugalczycy zupełnie nam nie straszni. Nawet lepiej, byłby wielkie mecze, okazje do rewanżu, starcia Lewego z Cristiano Ronaldo, Manuelem Neuerem, Neymarem… Po to właśnie wymyślono mundial!

Jak to w futbolu, tam gdzie jedni kibice mają wreszcie powody do dumy, inni w desperacji drą szaty i szarpią włosy na głowie, przecierając oczy w zdumieniu, co stało się z ich drużynami. Żeby nasz sen o pierwszym koszyku się spełnił (FIFA prawdopodobnie rozstawi siedem najwyżej notowanych reprezentacji świata oraz gospodarzy) na turniej do Rosji musiałaby nie pojechać Argentyna. Mundial bez wicemistrzów świata, którzy występują na nim nieprzerwanie od 1970 roku i bez Leo Messiego, jednej z największych piłkarskich gwiazd wszech czasów? Byłaby to ogromna sensacja i strata dla widowiska, ale świat przeżył mundial w 2014 bez Lewandowskiego, to przeżyje i bez gwiazdora Barcelony.

Minimalne szanse na awans ma Holandia, której zabrakło już na Euro 2016. Właśnie skompromitowała się przegrywając z Bułgarią i zajmuje czwarte miejsce w grupie. Gdyby w Rosji zabrakło i Oranjes i Albicelestes, nie obejrzelibyśmy drugiej i trzeciej najlepszej drużyny poprzedniego mundialu.

Byliśmy świadkami sporych przetasowań na szczycie reprezentacyjnego futbolu już podczas Euro 2016. Zamiast tradycyjnych nacji sukcesy odnosiła Islandia, Walia, Polska, a ten największy Portugalia. Patrząc na to przypominają się słowa Jose Maria Bakero, który wiosną 2010 wieszczył mi koniec fenomenalnej passy FC Barcelona. Drużyna Pepa Guardioli zdobyła sezon wcześniej wszystkie trofea jakie były do zdobycia i wydawało się, że w kolejnym jako pierwsza obroni zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Za chwilę w finale mundialu w RPA miało zagrać aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia

Ale Bakero machał ręką i jak mantra powtarzał słowo: „ciclo, ciclo, ciclo”. Wg niego i ta dominacja kiedyś się skończy, bo wszystko jest kwestia cyklu. Trafiła się generacja świetnych piłkarzy, ale kiedy zacznął kończyć kariery, długo przyjdzie poczekać na następców. Oczywiście szkolenie jest bardzo ważne, mówił, La Masia uczy systemu i dodatkowo wpaja istotne wartości. Daje przewagę nad klubami, które nie mają tak rozwiniętych akademii. Pozwoli wyłuskać największe talenty, ale one muszą się trafić. Ale nie łudźmy się, że po Xavim, Inieście czy Puyolu od razu przyjdą godni następcy. Tak samo było z „Dream Teamem” Johana Cruyffa, którego byłem częścią. Barcelona musiała czekać kilkanaście lat, aż przyjdzie kolejny cykl.

Tak jak nasz polski sukces trudno przypisać fenomenalnemu systemowi szkolenia, tak trudno zarzucić Holendrom, że nagle przestali umieć uczyć gry w piłkę. Po prostu trenerzy dostali gorszy materiał. My mieliśmy szczęście, że Nawałka miał kogo skrzyknąć i komu rozdzielić role. Zwolniony właśnie Danny Blind, którego drużyna z ośmiu ostatnich meczów wygrała tylko te z Luksemburgiem i Białorusią, zamiast Sneijdera, van Persiego, van der Vaarta i van der Sara musiał wystawiać Depay, van Ginkela, Jansena, a ostatnim pod swoją wodzą meczu z Bułgarią 17-letniego Matthijsa De Ligta.

Argentyńczycy przypadek warty osobnego felietonu. Zajmują dopiero piąte miejsce w tabeli i o ile je utrzymają – a właśnie na cztery mecze stracili Messiego, zdyskwalifikowanego za zwyzywanie sędziego – zagrają o mundial w barażach. Ich kryzys to nie wina końca cyklu – na świecie nadal gra mnóstwo zdolnych piłkarzy, których symbolem jest Paulo Dybala – tylko chwilowo nie w reprezentacji Edgardo Bauzy. Argentyńska federacja pogrążyła się w totalnym chaosie po śmierci wieloletniego szefa, Julio Grondony, niczym bliskowschodnie państwa po obaleniu dyktatorów – póki byli szerzyła się korupcja i bezprawie, ale przynajmniej panował porządek. Teraz trwa bezwzględna walka o władzę.

Leo Messi

Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Match fixing: największa zaraza sportu

Match fixing. Ustawianie meczówTo nie jest dobry moment dla światowego sportu. Jedna z jego największych ikon, Leo Messi została właśnie przyłapana na posiadaniu spółki w panamskim raju podatkowym, założonej akurat w dniu rozpoczęcia śledztwa w sprawie ukrywania podatków przez Argentyńczyka poprzez firmy z Belize i Urugwaju. W tzw. „kwitach z Panamy”, które wyciekły z kancelarii prawnej znalazło się też nazwisko nowego prezydenta FIFA, Gianiego Infantino, wielkiej nadziei na zreformowanie skorumpowanej organizacji i odbudowanie jej wizerunku. „Panama papers” ujawniły również podejrzenia interesy Juana Pedro Damianiego, prezesa urugwajskiego klubu Penarol oraz… członka Komisji Etyki FIFA, którego agencja miała pośredniczyć przy wielomilionowych łapówkach za prawa do organizacji turniejów w krajach Ameryki Łacińskiej.

Wizerunek innych dyscyplin pustoszą afery dopingowe. Do stosowania zakazanego meldonium przyznała się kolejna wielka ikona sportu, Maria Szarapowa, a po niej nastąpił wysyp nazwisk wielkich mistrzów od łyżwiarstwa figurowego przez lekkoatletykę po siatkówkę. Wciąż nie wiadomo czy na igrzyskach w Rio wystartują rosyjscy lekkoatleci…

Ale największe zagrożenie dla sportu w XXI wieku leży jeszcze gdzie indziej. Parlament Europejski widzi je w ustawianiu meczów (tzw. match fixing), z którego organizacje przestępcze na całym świecie czerpią co raz większe korzyści. W środę w Brukseli z inicjatywy m.in. polskiego europosła Bogdana Wenty, odbyła się debata z udziałem wszystkich stron poczuwających się do walki z tym procederem.

- Ustawianie meczów jest po prostu zbrodnią na sporcie. Nie chodzi tylko straty finansowe klubów, organizatorów rozgrywek, sponsorów czy bukmacherów, choć są one coraz większe. Najgorsza jest utrata zaufanie u kibiców do sportu, którego jedną z największych wartości jest nieprzewidywalność. Drżenie o ostateczny wynik, a potem euforia po wygranej lub smutek po porażce tak nas wszystkich do sportu przyciągają. Stąd nasza determinacja by stworzyć skuteczny system wykrywania i zapobiegania ustawianiu meczów, szybkiej wymiany informacji i współpracy między operatorami zakładów bukmacherskich, związkami sportowymi i instytucjami państwowymi – tłumaczy Wenta.

Z debaty wynika m.in. że ustawianie meczów dotyka wszystkich dyscyplin, od badmintona, przez boks, snooker, koszykówkę, wyścigi konne, po siatkówkę i sumo. Dwie najbardziej zagrożone to tenis i piłka nożna – przekonywał Nick Tofiluk z UK Gambling Commision. – Tenis z racji specyfiki dyscypliny: zawodnik sporo podróżuje po świecie, często samotnie bez trenera, łatwo złapać go w hotelowym lobby i złożyć propozycję. Piłka nożna jako sport zespołowy, w drużynie łatwo znaleźć jedno słabe ogniwo, w meczu zaś jest mnóstwo sytuacji boiskowych do wytypowania – czerwone czy żółte kartki, rzut karny w pierwszej połowie itd.

Match fixingZ przytoczonego raportu Interpolu wynika, że sportowcy, trenerzy, sędziowie najróżniejszych dyscyplin są przekupywani, ale najczęściej zastraszani i szantażowani, by wpływali na wynik lub przebieg meczu, grali poniżej swego poziomu, wycofywali z rozgrywek, bądź tylko udzielając zastrzeżonych informacji.

Dzieje się tak co prawda od wyścigów rydwanów w starożytnym Rzymie, ale globalizacja, rozwój technologii, ilość rozgrywek i wysyp firm bukmacherskich sprawiły, że można dziś obstawiać wyniki praktycznie przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Wg Interpolu roczne obroty zakładów bukmacherskich na całym świecie wynosi bilion dolarów.

Co ciekawe Interpol od 2011 współpracował w walce z ustawianiem meczów z FIFA, która obiecała przelać na to 20 mln euro. Wyszkolono za to 2,2 tys. specjalistów w 196 krajach. Niestety współpraca została zamrożona z powodu konfliktu interesów, gdy Interpol zaczął prowadzić śledztwo ws korupcji w FIFA. 2,9 mln euro zostało zwrócono światowej federacji.

Druga konkluzja: łatwiej manipulacjom zapobiegać niż za nie później karać. Łatwiej wyłapywać je i przeciwdziałać im w czasie rzeczywistym, ściganie winnych, udowadnianie im winy i karanie jest niezwykle skomplikowane i czasochłonne.

Khalid Ali, sekretarz generalny European Sports Security Association (ESSA) zrzeszającej największe firmy bukmacherskie jak Ladbrokes, William Hill, Unibet czy Expect opowiadał o coraz bardziej skutecznym systemie monitorowania zakładów, pozwalającym wychwycić i zablokować te podejrzane. W drugiej połowie 2015 roku pozwolił on m.in. wykryć aż 40 ustawionych meczów tenisowych na turniejach w Kolumbii, Rosji, Niemczech i Maroku (a także osiem meczów piłki nożnej i po jednym wyścigów hartów, snookera i hokeja na lodzie). Niestety nie ma ciągu dalszego. Nikt nie próbował wytropić i ukarać oszustów. Międzynarodowa Federacja Tenisowa otrzymała dane, ale nic z nimi nie zrobiła, bo „nie ma organów ścigania”.

- Przyszłością walki z ustawianiem meczów jest być może stworzenie niezależnej Anti Match-Fixing Agency, na wzór Światowej Agencji Antydopingowej WADA, która działałaby na skalę globalną. Dziś w każdym kraju Unii jest inna definicja ustawiania meczów i inne paragrafy. W jednych to kwestia prawa karnego, w innych – sportowego – mówi Wenta. – Stąd dążenie Parlamentu Europejskiego do stworzenia międzynarodowej koalicji, angażującej polityków wszystkich opcji. Potrzebny jest jeden wspólny mechanizm do szybkiej identyfikacji przestępstwa i natychmiastowego przeciwdziałania.

Match fixing

Barca – Atletico. Efekt siarczystego policzka

Barcelona - AtleticoCzy lodowaty prysznic jakim była porażka w El Clasico z Realem Madryt przed własną publicznością podziała na piłkarzy Barcelony zbawiennie? Czy potrzebowali właśnie takiego mocnego przebudzenia, by wyrwać się z letargu samozadowolenia i pewności siebie, w jaki mogła ich wprawić rekordowa seria 39 meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach i przewaga w tabeli La Liga nad najgroźniejszymi konkurentami?

Policzek był najbardziej siarczysty z możliwych, bo dokonany przez największego rywala z możliwych, który jako jedyny zdołał wygrać w tym sezonie na Camp Nou. Do tego wymierzony osobiście przez nieco lekceważonego w Katalonii Cristiano Ronaldo, który zdobył decydującą bramkę. A wszystko w meczu, który miał uhonorować pamięć zmarłego właśnie Johana Cruyffa.

Ale też to właśnie Cruyff mawiał o „pożytecznych porażkach”, które jeśli przyjdą w odpowiednim momencie, działają otrzeźwiająco i motywująco, pozwalają „wyzerować licznik” a przy okazji „spuścić powietrze z wentyla”. Niedawno w podobnych duchu mówił prezes PZPN, Zbigniew Boniek, który nie miałby nic przeciwko porażce kadry Adama Nawałki przed Euro. W tym sensie porażka z Realem przyszła w idealnym momencie, gdy piłkarze Luisa Enrique szykują się do decydującej fazy sezonu: przed kluczowym dwumeczem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Atletico Madryt, nad którym wciąż mają sześć punktów przewagi w tabeli. Ostatni raz Barca zaznała smaku porażki hen, 3 października 2015 z Sevillą. Po przegranym El Clasico wróci głód wygranej, koncentracja, respekt dla rywala, znikną za to nonszalancja i zbytnia pewność siebie.

Zagadką pozostaje tylko czy Leo Messi będzie umiał na boisku odciąć się od burzy medialnej jaka rozpętały tzw „Panama papers”, czyli wyciek nazwisk prominentnych osób, które posiadały firmy w „rajach podatkowych”. Posypały się oskarżenia, że Argentyńczyk wraz z ojcem znów oszukiwał hiszpańskiego fiskusa (trzy lata temu obu oskarżono o ukrycie przed fiskusem 4,1 mln euro, ale pieniądze oddał).

Leo zmartwiony Panama Papers

 

Efekt „lew-tricka”: kiedy Lewy dogoni Messiego i Ronaldo?

Robert LewandowskiLojalnie uprzedzam, że będzie to felieton o Robercie Lewandowskim. Widzę już bowiem u niektórych irytację, że „ten Lewy wyskakuje im już z lodówki”, że gdzie nie klikną, gdzie nie przełączą – tam on. Rzeczywiście nie było chyba na świecie telewizji, portalu czy dziennika, który nie informowałby na czołówkach o dokonaniu Polaka.

W polskiej sieci – wg monitorującej internet firmy Brand24 – zasięg wzmianek o napastniku Bayernu wyniósł ponad 33 mln użytkowników, a liczba wpisów na Twitterze z hashtagiem #Lewandowski przekroczyła 36 tys. Z kolei jak policzył Pentagon Research, od zdobycia „lew-tricka” (skoro istnieje hat-trick, może tak właśnie powinniśmy ochrzcić wyczyn Lewandowskiego, żeby następcy mieli do czego dążyć) do godz. 14. w czwartek w największych polskich serwisach internetowych pojawiły się aż 415 publikacje na ten temat, których wartość wyniosła 3,3 mln złotych. Tylko w naszym serwisach przegladsportowy.pl – aż 34 materiały, a na eurosport.onet.pl – 28. Film z pięcioma bramkami napastnika Bayernu ustanowił zresztą rekord wszech czasów w liczbie odtworzeń materiału wideo w portalu Onet – jak dotąd zostały obejrzane aż 1,2 miliona razy! Co na szczęście pokazuje, że dokonanie Lewandowskiego raczej zachwyciło niż zirytowało jego rodaków.

Polak wprawił w osłupienie i podziałał na wyobraźnię dosłownie wszystkim, od kibiców, przez kolegów z drużyny (słynny tweet Jerome Boatenga po polsku) i rywali aż po trenera Pepa Guardiolę, którego mina po piątym golu Lewandowskiego równie często publikowano w mediach społecznościowych, co skróty bramek.

Teraz warto zadać pytanie jaki będzie to miało wpływ na jego markę i jak będzie postrzegany na świecie? Że jest zawodnikiem wybitnym wiadomo było co najmniej od czterech goli wbitych Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów. Czy występ z Wolfsburgiem, choć jego ranga była niższa podobnie jak rywala, może mu nadać status globalnej megagwiazdy, zarezerwowany dziś wyłącznie dla Leo Messiego, Cristiano Ronaldo, może jeszcze Zlatana Ibrahimovića?

Pytanie, czy będzie na tym zależało władzom Bayernu Monachium? Choć w składzie Bawarczyków od lat grają piłkarze wybitni, w tym najlepsi Niemcy (aktualni mistrzowie świata) to jednak od czasów Franza Beckenbauera nigdy na tyle wielcy, by wybijać się ponad cały zespół. Owszem, są liderzy jak niegdyś Lothar Matthaeus, Stefan Effenberg czy Juergen Klinsmann, ale bez statusu numeru jeden, jaki Argentyńczyk ma Barcelonie, Portugalczyk w Realu, a Szwed w PSG.

Weźmy skład, który wygrał Ligę Mistrzów. Manuel Neuer to bez wątpienia najlepszy dziś bramkarz świata ale nie globalna megagwiazda, w której koszulkach latały by dzieciaki po podwórkach od Pekinu przez Lagos po Chicago, Bogotę i Czeladź. Lepiej już sprawa wygląda z Arjenem Robbenem, Thomasem Muellerem czy Franckiem Riberym, ale i im nie udało się osiągnąć marketingowego statusu Ronaldo, Messiego czy Zlatana.

Leo Messi i Cristiano RonaldoWcale nie jest dla mnie oczywiste, czy Bayern chciałby zburzyć panującą od lat hierarchię i mieć „megagwiazdę numer 1”, a nie jak dotąd „drużynę złożoną z wielu gwiazd”. Choć przecież znając charakter Lewandowskiego nie musi się bać, że taki status Polaka zmieniłby klub w niesławny „FC Hollywood” z przeszłości. Nigdy nie wywołał najmniejsze skandalu w żadnym z dotychczasowych klubów, jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF etc. Przecież, jak przypomina Roman Kołtoń, to prezes klubu Karlheinz Rummenigge przy okazji przejścia Polaka z Borussii Dortmund mówił, że „zbudują Roberta, tak by stał się czołowym piłkarzem w skali globu”.

Posiadanie gwiazdy na miarę Ronaldo i Messiego byłoby dla Bayernu wielkim wsparciem marketingowym zwłaszcza na rynkach azjatyckich, gdzie panuje kult idoli odmienny od europejskiego. Tamtejsi fani futbolu nie kibicują klubom, ale gwiazdom. Gdy Cristiano Ronaldo przechodził z Manchesteru United do Realu, ze ścian znikały plakaty pierwszych na rzecz drugich, a czerwone zasłony, pościel, poduszki, szlafroki, kapcie itd. zastępowały białe.

- Pod względem wizerunku Robert nie jest już w stanie zrobić wiele na polskim rynku, jest bliski szczytu. Bliski, bo wciąż najbardziej rozpoznawalnym polskim sportowcem jest Zbigniew Boniek (8 ludzi na 10), Lewy zajmuje drugie miejsce (7 na 10). Może za to pracować nad swoją marką globalną. Szacuję, że golami z Wolfsburgiem podniósł swoją wartość marketingową o około 10 proc. – ocenia Adam Pawlukiewicz, ekspert ds. marketingu sportowego z Pentagon Research.

Lewy już należy do najlepiej zarabiających w Bayernie i całej Bundeslidze, ale do Ronaldo i Messiego jeszcze mu brakuje. Choć wydłuża się jego sponsorskie (są tam już Nike, Coca-Cola, EA Sports czy Gillette pod względem kontraktów reklamowych ciężko mu rywalizować nie tylko z nimi ale i takimi piłkarzami jak np. Neymar z racji wielkości brazylijskiego rynku.

O jego rosnącym statusie świadczy to, że został Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Oraz zaprezentowany kilka miesięcy temu własny logotyp – RL9 (przemianowany w zabawny sposób po meczu z Wolfsburgiem na RL9 min). – Do siły marketingowej Messiego i Ronaldo brakuje mu jednak jeszcze ze 30 do 40 procent – uważa Pawlukiewicz.

Co pomogło by Lewandowskiemu wspiąć się na najwyższy poziom? Po pierwsze wybór do finałowej trójki w plebiscycie Złota Piłka wraz z Messim i Ronaldo (bo z kimże innym?). Pomijając aspekt czy zasłużył na to występami w całym roku, głosują trenerzy i koledzy-piłkarze, kierując się głównie magią nazwiska, a ta po wtorkowym wieczorze jest gigantyczna.

Po drugie z pewnością pomógłby awans i dobry występ na Euro 2016. Co prawda Argentyńczyk i Portugalczyk nigdy nie osiągnęli z reprezentacją znaczącego tytułu, ale i dla Lewego i dla nas wszystkich lepiej, żeby na turnieju we Francji nie był „największym nieobecnym”.

Robert Lewandowski tuż po lew-tricku