Jeden(astka) znienawidzony(ch)

most_hated

Uwielbiam media społecznościowe za wszelkiego rodzaju gry i zabawy. Sondy, typowanie, wybory ulubionych „jedenastek” itp. w których cała twitterowa piłkarska społeczność rozważa „najważniejsze z najmniej ważnych” kwestie. Tylko w tym tygodniu polscy twitterowicze mogli wspólnie ze Zbigniewem Bońkiem, Jerzym Dudkiem i Tomkiem Hajto spierać się jak wypadłaby mundialowa reprezentacja Polski z 2002 roku (w swojej najlepszej formie) w konfrontacji z obecną ekipą „Biało-czerwonych”.

Hajto, były filar defensywy Schalke 04, który w jednym sezonie ogrywał Bayern 3:1 i 3:2 na wyjeździe, a w kolejnym 5:1, deklarował że „Turbogrosika wyłączyłby jak stare radio”. Dyskusję zakończył osobiście „nie kto inny jak” Robert Lewandowski, twittując, że taki mecz byłby wyrównany być może nawet przez całe 10 minut.

Kto wie czy cała historia nie zakończy się meczem charytatywnym, w którym dawna drużyna Engela zmierzy się z chłopakami Nawałki. Ja bym to obejrzał! Więc od razu deklaruję patronat „Przeglądu Sportowego” :)

W minionym tygodniu wielkim zainteresowaniem cieszyła się także zabawa w ułożenie jedenastki piłkarzy najbardziej znienawidzonych. Miałem spory problem z jej wyłonieniem, bo nie nienawidzę nikogo. Bywali piłkarze, których w trakcie kariery nie znosiłem, ale z czasem niechęć minęła, zastąpiona przez sentyment czy uznanie. Np po finale mundialu w 2006 roku wydawało mi się, że dozgonne miejsce w „11” znienawidzonych będzie miał Marco Materazzi za sprowokowanie Zinedine Zidane’a do zrujnowania sobie ostatniego miejsca w karierze. Ale mi przeszło, zwłaszcza po tym jak płakał jak bóbr w ramionach odchodzącego z Interu Jose Mourinho.

Wydawało mi się, że nie znoszę brutala, Olivera Kahna. Ale z czasem nabrałem do niego szacunku i czułem empatię gdy stracił miejsce w kadrze podczas mundialu we własnym kraju. Podobnie jak do Paula Scholesa, którego chętnie zadusiłbym za trzy gole strzelone Polsce (szczególnie tego ręką). Ale daleko mi dziś do nienawiści do tego jednego z najlepszych angielskich piłkarzy w historii.

Pepe, gdy za czasów Mourinho w Realu deptał i tratował rywali, gotów byłem zakazać gry w piłkę. Nabrałem i do niego sympatii, zwłaszcza po przeprowadzeniu wywiadu. To całkiem pozytywny gość. Z drugiej strony straciłem serce do Thierry’ego Henry po pamiętnym oszustwie z Irlandią, ale też nigdy nie umieściłbym Francuza wśród „znienawidzonych”.

Zinedine Zidane i Marco MaterazziZdumiały mnie zresztą składy wielu twitterowych jedenastek. Segio Ramos? Naprawdę? Zawodnik, od którego powinno się dziś zaczynać budowę każdej drużyny jest aż tak bardzo nielubiany? Dobrze, jeśli nie jest się kibicem Chelsea, ciężko kochać Johna Terry’ego za wszystkie jego boiskowe i pozaboiskowe wyskoki czy Gerarda Pique za jego prowokacje, o ile nie jest się fanem Barcelony. Ale daleko mi do nienawiści.

Zresztą to, że jakiś zawodnik nie jest aniołem, nie sprawia, że automatycznie traci naszą sympatię. Czasem wręcz przeciwnie. Lubimy łobuzów, boiskowych wariatów, grających na granicy, o ile robią to pasją i dla dobra drużyny. Jak Eric Cantona, Roy Keane, Zlatan Ibrahimović czy Luis Suraez, dla którego, po przetłumaczeniu jego autobiografii mam sporo zrozumienia i nie potrafię znielubić.

Jeszcze w ubiegłym sezonie w „jedenastce znienawidzonych” umieściłbym pewnie Diego Costę za jego ewidentną boiskową wredność. Ale zmienił się diametralnie po przyjściu Diego Conte. Na dziś w mojej anty-drużynie znalazłbym miejsce tylko dla jednego zawodnika: Samira Nasriego. I widzę, że nie jestem w tym osamotniony, patrząc, że twitterowa akcja odbyła się pod wymyślonym przez Pawła Wilkowicza ze sport.pl hasztagiem #memoriałNasriego.

Francuz zawsze był arogancki, irytujący i nielojalny wobec kolegów i trenerów. Jego charakter opisał dobitnie były selekcjoner Francji, Raymond Domenech w autobiografii „Straszliwie sam”. „Nasri w zespole potrafi uderzyć w miejsce, które boli najbardziej i zamiast opatrzyć rany, jeszcze je rozdrapuje. Nic nie daje drużynie. Stroi się przy tym w piórka przywódcy, choć nim nie jest. Ciągle szuka zwady, co na dłuższą metę wykańcza zespół. Kiedy rozważałem w 2010 roku, co może mi dać, a jakie problemy stworzyć, uciąłem krótko – jedziemy bez niego (na mundial do RPA – red)” – opisywał.

Chamski wobec dziennikarzy (jednemu kazał „zamknąć mordę”, innego zwyzywał publicznie od sk….ów) i kolegów. Po przejściu z Arsenalu do Manchesteru City naśmiewał się z byłego klubu i jego kibiców. Następca Domenecha, Didier Deschampes przywrócił go do kadry na chwilę, by nie zabrać go na mundial w Brazylii, o co prosili ponoć sami zawodnicy.

Jak był destrukcyjny dla drużyny, taki pozostał, co udowodnił we wtorek z Leicester City, osłabiając drużynę w kluczowym momencie. Dwie żółte kartki za głupi faul i pyskówkę z Jamie Vardym walnie przyczyniły się do sensacyjnego odpadnięcia Sevilli. Być może jestem dla niego niesprawiedliwy. Być może lubiąc w zasadzie większość pozostałych piłkarzy z Nasriego zrobiłem „kozła ofiarnego” i „czarnego luda”. Nie umiem jednak przezwyciężyć niechęci. Za nic nie chciałbym mieć go w swojej drużynie. Samir Nasri

 

Kapustka nie wróci za rok z podkulonym ogonem

Bartosz kapustka w Leicester CityJeszcze nigdy tak wiele świetnych klubów nie wydało w jednym oknie transferowym tak wiele pieniędzy na tak wielu polskich piłkarzy. Za chwilę tylko za reprezentantów Polski pęknie okrągła setka milionów euro, a przecież kluby zmieniali i inni. Z szeroko otwartymi oczami obserwuję ten boom na Polaków, których dyrektorzy sportowi traktują niemal jak Pokemony – próbując wyłapać wszystkich. Te nie kończące się rekordy, najpierw sumy zapłaconej za polskiego piłkarza (Grzegorz Krychowiak), potem pobitej (Arkadiusz Milik), potem za piłkarza z Ekstraklasy (Bartosz Kapustka). Dopiero naszym najdroższym przewodził nieśmiertelnie Jerzy Dudek, aż tu nagle spadł dlatego poza podium.

Szokuje też do jakich klubów trafiają nasi. Nie chodzi mi o szacowne nazwy, ale aktualną pozycję w futbolu i aspiracje. Dotąd szczyciliśmy się, że mamy zawodników w drużynie mistrza i wicemistrza Bundesligi, teraz będziemy mieli swoich ludzi w ekipie mistrza Anglii i Francji oraz u wicemistrzów i w trzecich drużynach Włoch i Francji. Słowem jak już ktoś kupuje Polaka, to raczej z myślą o wzmocnieniu na Ligę Mistrzów niż walkę o utrzymanie.

Mnie najbardziej szokuje suma jaką Napoli zapłaciło za Arka Milika, a najbardziej cieszy transfer Bartka Kapustki do Leicester City. Oczywiście rozumiem skąd wzięło się te 32 mln – to znak czasów, bogactwa klubów, którym przelewa się dzięki prawom telewizyjnym i marketingowym. Skoro władze Napoli właśnie zainkasowały 90 mln euro za Gonzalo Higuaina, to Ajaks spokojnie mógł je zmusić do ustanowienia najwyższego transferu w historii klubu. Żadnego z oszlifowanych w Amsterdamie diamentów nie udało się sprzedać z większym zyskiem, ani Zlatana Ibrahimovica ani Luisa Suareza.

Kapustka zaś odchodzi do fantastycznie zarządzanego klubu, z kapitalną atmosferą i świetnymi kibicami i trenerem, który go naprawdę chce. To nie drużyna szejka czy oligarchy, który zażądał sprowadzenia młodej gwiazdki, bo przez chwilę zachwycił się nią na turnieju. Skauci Leicester obserwowali młodego Polaka jeszcze przed Euro.

Nikt tam nie zachłysnął się mistrzostwem Anglii, nikt nie orbituje z tego powodu, wszyscy twardo stąpają po ziemi. Trener Claudio Ranieri zapowiada, że przede wszystkim mierzy w zdobycie 40 punktów, które zapewnią „Lisom” utrzymanie, dopiero później będzie patrzył co dalej. Przed rozpoczęciem sezonu jego klub był przecież skazywany na spadek.

Leicester nie szasta pieniędzmi, choć byłoby go stać. Na sprowadzenie Kapustki i sześciu innych piłkarzy wydano niecałe 50 mln euro, czyli tyle ile giganci jak Manchester City, United czy Chelsea płacą za jednego zawodnika.

Przed rokiem klub szybko odpadł z obu krajowych pucharów i mogły skupić się na grze wyłącznie w Premier League. Mistrzowi Anglii nie wypada za szybko odpadać, a dochodzi jeszcze jeden prestiżowy front – Liga Mistrzów. Choć więc Ranieri nie lubił rotować składem i robił to wówczas kiedy naprawdę musiał, Kapustka dostanie wystarczająco dużo okazji, żeby się pokazać i nauczyć nowej ligi, kosmicznej w porównaniu z tą, którą zostawia. A do tego jeszcze w roli wprowadzającego wystąpi Marcin Wasilewski, który na boisku spędza może niewiele czasu, Ranieri dopiero co podkreślał jego wagę dla klubu, charyzmę i właśnie przedłużył z nim kontrakt.

Bartosz Kapustka i Marcin Wasilewski Tradycyjnie w przypadku transferu polskiego zawodnika do dobrego klubu w internecie pojawił się hejt i złośliwe wróżby, że „sobie nie poradzi”, „wróci za rok z podkulonym ogonem”, „jak Wolski albo Pawłowski”, „czeka go grzanie ławy”, „Ligę Mistrzów obejrzy sobie co najwyżej w TV” etc. Zresztą to samo czytałem na temat Milika. Przywoływano litanię nastolatków, którym się nie udało podbić świata.

Nie warto pochylać się na tymi, których uwiera każdy sukces rodaka ale przy okazji złośliwego „a kto to jest Kapustka, zagrał dobrze jedną rundę i jeden mecz w reprze?”, pojawiło się wartościowe pytanie czy Bartek nie powinien rozegrać jeszcze jednego sezonu w Ekstraklasie? Okrzepnąć, zmężnieć, po nagrodzie „objawieniem sezonu Ekstraklasy”, w następnym wywalczyć „najlepszego piłkarza sezonu” i dopiero odejść. Jak Robert Lewandowski, który mimo to potrzebował sezonu, żeby ogarnąć się w Borussii Dortmund.

Moim zdaniem, nie ma reguły. Jednym posłuży droga Lewego, innym Piotra Zielińskiego czy Krychowiaka, którzy umknęli z Polski mając po 16 lat. Czy Krystiana Bielika, który przedziera się do pierwszego składu Arsenalu. Wiele zależy od ligi, klubu, jego trenera i prezesa. Dawidowi Janczykowi przedwczesny wyjazd do Rosji zwichnął karierę. Ale Milik podniósł się po niepowodzeniach i rozczarowaniach, potrafił zrobić krok wstecz, żeby nabrać rozpędu.

Ale najwięcej od charakteru zawodnika. Kapustka ze swoim po prostu nie mógł odmówić Leicester City. Skoro ma poczucie, że poradziłby sobie wszędzie, niech próbuje. Lepiej coś zrobić i żałować, niż żałować przed całą karierę, że się czegoś nie zrobiło. To jest idealny moment i idealny klub. Cieszę się, że wreszcie doczekałem się w Premier League polskiego zawodnika z pola! Debiut Kapustki w Leicester

 

Boski Klaudiusz, czyli dwa cesarskie żywoty

Claudio Ranieri i Cesarz Klaudiusz„Latami grałem przygłupa
idioci żyją bezpieczniej
spokojnie znosiłem obelgi
gdybym zasadził wszystkie pestki
jakie rzucano mi w twarz
wyrósłby gaj oliwny
rozległa palmowa oaza (…)”

Przywołuję fragment wiersza Zbigniewa Herberta „Boski Klaudiusz” ponieważ postać, życie i droga do spektakularnego sukcesu rzymskiego Cesarza Klaudiusza jak ulał do oklaskiwanego właśnie za zdobycie mistrzostwa Anglii z Leicester City trenera Claudio Ranieriego. Po latach powszechnej pogardy, lekceważenia, nieustannych porażek i klapsów od losu, dziś włoskiego szkoleniowca wszyscy podrzucają w górę niczym żołnierze gwardii pretoriańskiej nieszczęsnego Klaudiusza, gdy po zamordowaniu Kaliguli obwołali go cesarzem w 41 roku po Chrystusie.

Niczym lud Rzymu, który po latach krwawej i zwyrodniałej tyranii fetował wstępującego na tron nieśmiałego jąkałę, Ranieriego wychwalają dziś wszystkie media na całym świecie. Brawo biją mu uznani koledzy po fachu od Carlo Ancelottiego po Pepa Guardiolę, hołd oddają nawet dawni nieprzyjaciele jak Jose Mourinho, który niegdyś wypominał Włochowi ironicznie „zero tytułów” i głosił, że w wieku 74 lat prochu nie wymyśli, choć biedak miał 20 lat mniej.

„La Gazzetta dello Sport” umieściła nawet na okładce grafikę marmurowej rzeźby swego rodaka w stylu rzymskich popiersi, dając jednak mylny tytuł „King Claudio”. Rozumiem, że angielskie słowo „król” miało podkreślić zapewne sukces osiągnięty w Premier League, ale przecież to właśnie cesarz Klaudiusz dokonał ostatecznego podboju Brytanii, zapoczątkowanego przez Juliusza Cezara.

Wybaczcie, że będę brnął głębiej w to porównanie, ale po latach studiowania filologii klasycznej po prostu nie umiem odmówić sobie tego odwołania do Antyku. Zwłaszcza że oba wydarzenia wydaje się łączyć kompletna sprzeczność z logiką. Nie wiem czy i jaki kurs przyjmowali starożytni bukmacherzy na to, że władzę nad największym imperium świecie obejmie kiedyś schorowany od dziecka, uważany za niedorozwiniętego, poniżany nawet przez własną rodzinę Tiberius Claudius Caesar Augustus Germanicus, ale spokojnie mogło to być 5000 aureusów do 1 (wg Seneki dzienny koszt wyżywienia jednej osoby wynosił dwa auerusy). Czyli kurs za wydarzenie niemożliwe do spełnienia. Jak 5000:1 funtów za mistrzostwo Leicester.

AureusKlaudiusz urodził się jako wcześniak w Galii w obozie swego ojca, wielkiego wodza, Druzusa Starszego. Ledwo przeżył poród, przeszedł paraliż dziecięcy na skutek którego utykał na jedną nogę, ślinił się, jąkał, miał mimowolne ruchy mięśni twarzy oraz podrzuty głowy. Z powodu świnki ogłuchł na prawe ucho.

Członkowie rodziny cesarskiej uznali, że musi być upośledzony umysłowo i trzymali go z dala od świata publicznego. Babka Liwia, żona Cesarza Augusta traktowała go jak idiotę i nie zgadzała się nawet, by jadał wraz z rodziną. Własna matka Antonia nazywała go „monstrum zaczętym, ale nie dokończonym przez naturę” i gdy chciała komuś wytknąć głupotę, mówiła, że jest głupszy niż jej syn, Klaudiusz.

Izolowany przez całe dzieciństwo i młodość, poświęcał czas na czytanie, zdobywając szeroką wiedzę, zwłaszcza z historii, na temat której napisał kilka wartościowych prac. Ze starych ksiąg nauczył się wymarłego już wówczas języka etruskiego i władał nim jako jedyny w Rzymie.

Nie traktowany poważnie, nie piastując nigdy żadnych urzędów państwowych, zwyczajowo powierzanych członkom elity, był na uboczu intryg politycznych i bezwzględnej walki o władzę po Auguście. Pozwoliło mu to uniknąć otrucia przez babkę Liwię, wygnania czy wciągnięcia do spisku, co stało się udziałem jego liczonych krewnych, w tym brata Germanika i siostry Liwilli.

Ostatecznie jako jedyny z rodziny przeżył szalone i zbrodnicze rządy swego bratanka, Kaliguli, który wcześniej miał udusić Cesarza Tyberiusza. Klaudiusz przeżył ponieważ i Kaligula nie traktował go poważnie: mianował „stryjka Klodzia” konsulem wyłącznie dla żartu, tak samo jak swego ulubionego konia wyścigowego Incitatusa – senatorem. Był to zresztą pierwszy publiczny urząd sprawowany przez Klaudiusza, który miał wówczas 46 lat. To otworzyło mu drogę do przejęcia władzy gdy szaleństwa Klaudiusza przeszły wszelką miarę i został zamordowany.

Dokładnie takim samym cudem jest zdobycie mistrzostwa najtrudniejszej i najbardziej konkurencyjnej ligi świata z drużyną, która w poprzednim sezonie z trudem obroniła się przed spadkiem. Do tego pod wodzą trenera, który dopiero co poniósł największa klęskę w karierze: prowadzona przez niego reprezentacja Grecji uległa w eliminacjach Euro 2016 Wyspom Owczym, grzebiąc szanse turniej we Francji.

Karierze, uczciwie przyznajmy, średnio porywającej. Ranieri mimo że przez 29 lat prowadził takie potęgi jak Chelsea (już w czasach Romana Abramowicza), Juventus, AS Roma czy Inter Mediolan, jedyne istotne trofea jakie zdołał wywalczyć to dwa Puchary Włoch (z Fiorentiną) i Puchar Króla (z Valencią). Lekceważyli go nie tylko trenerzy rywali, ale właśni piłkarze, a nawet prezesi klubów, którzy go zatrudniali. Gdy obejmował Valencię w 1997 roku jej prezes Francisco Roig przedstawił go piłkarzom w szatni jako „pan Rinaldi”.

Dziś czeka na swojego Swetoniusza lub Tacyta. „Żywot cesarza Claudio. Od czasów najdawniejszych do mistrzostwa z Leicester” będzie bestselerem.

Claudio Ranieri