Duch Simeone nad Białymstokiem

Vadis Odjidja Ofoe i Jacek GóralskiNie rozumiem pretensji do trenera Michała Probierza, które rozlały się mediach społecznościowych jeszcze w trakcie meczu Jagielloni z Legią, o to że nakazał piłkarzom agresywną grę, a Jackowi Góralskiemu prowokowanie Vadisa Odidję Ofoe nieustannymi faulami. Może się to komuś nie podobać, bo piękne nie jest, ale tak też osiąga się w piłce zamierzone cele. Nad stadionem w Białymstoku wyraźnie unosił się duch Diego Simeone i jego „cholissmo”, a Jagiellonia Probierza , niczym Atletico Argentyńczyka ostrą grą wybiła rywalom futbol z głów i pozostała niepokonana u siebie. A jej stadion niezdobytą twierdzą w 2017 (6 zwycięstw, dwa remisy). Mało tego, gdyby nie pechowy spalony Ciliana Sheridana, wygrałaby po najlepszej akcji meczu.

Vadis, dopiero co tak chwalony po meczu z Lechem i słusznie nazywany zawodnikiem, który przerósł Ekstraklasę, nie pokazał nic z tego, czym tak zachwycał w Warszawie. W końcu, sfrustrowany niemocą, stracił nerwy i z drugą żółtą kartką za cios łokciem w nos Góralskiego wyleciał z boiska. Dopiero co trener Lecha Nenad Bjelica bezradnie wyjaśniał, że nie znalazł sposobu na zatrzymanie Belga, bo Vadis jest nie do zatrzymania. A Probierz znalazł. Brzydki (to nie przytyk do urody Góralskiego tylko jego stylu gry), ale skuteczny i zgodny z przepisami, choć na ich granicy. Tak się eliminuje gwiazdę rywali, która stanowi największe zagrożenie i piłkarsko jest poza zasięgiem wszędzie pod słońcem, czy to Gonzalo Higuain w Serie A, czy Leo Messi w La Liga czy Sergio Aguero w Premier League.

Brak porażki był dla Probierza warunkiem pozostania w grze o tytuł. Osiągnął to. Mogą nam się nie podobać meteody. Ale tylko efekt się liczy.

Michał Probierz

 

Ekstraklasa. Za co powinniśmy podziękować Arce

Arka Gdynia. Puchar Polski. Okładka Przeglądu Sportowego

Chwała Arce nie tylko za dopisanie kolejnego rozdziału do Księgi Futbolowych Bajek z 1001 Meczów, w których słabszy i biedniejszy pokonuje wbrew logice silniejszego (wszak Lech to statystycznie najlepsza drużyna w 2017 roku, a Arka… najgorsza). Ale i za to, że dzięki niespodziewanemu triumfowi piłkarzy trenera Ojrzyńskiego (i Nicińskiego) i tak ciekawa końcówka ekstraklasy zrobi się jeszcze ciekawsza. Oto bowiem przestała istnieć „wielka czwórka”, czyli grupa drużyn, które bez względu na to jakie ostatecznie zajmą miejsca w tabeli i tak zagrają w europejskich pucharach. Koniec komfortu! Czwarte miejsce stało się paląco bezwartościowe. Klub, który jej zajmie, śmiało będzie mógł podsumować sezon jako katastrofalny. Jagiellonia, bo skończyła rundę zasadniczą jako lider. Legia, bo raz że dla mistrza Polski byłby to wstyd, a jeszcze budżetu nie zasiliły pieniądze nawet Ligi Europy. Lech, bo przecież miał „podwójną koronę” na wyciągnięcie ręki. Wreszcie Lechia, w której aspiracje nie dość że były o niebo wyższe, to jeszcze poczucie klęski zwiekszyłaby świadomość, że pośrednio zadał ją rywal zza między. W którymś z klubów na koniec sezonu rozlegnie się więc zgrzytanie zębów i walenie pięścią w stół. Stąd ich determinacja w sześciu ostatnich meczach powinna być jeszcze większa, a bezpośrednie mecze jeszcze bardziej zacięte. Dla kibiców to znakomita wiadomość. Dzięki, Arko!

Chimera i Jacek Magiera

Jacek MagieraObserwujący triumf Legii ze Sportingiem z trybun na Łazienkowskiej były trener mistrzów Polski, Stanisław Czerczesow został entuzjastycznie powitany przez kibiców i wyściskany zarówno przez właścicieli klubu jak i byłych zawodników. Gdyby w środę wieczór na stadionie znalazł się Besnik Hasi, należałoby mu się dokładnie tak samo ciepłe przyjęcie. Bez jego krótkiej obecności w Legii nie było by tego spektakularnego sukcesu, jakim jest awans do Ligi Europy z tak silnej grupy.

Nie było by 18 mln euro od UEFA (spora część za wygrane eliminacje), nie byłoby tak kluczowych dla tego sukcesu piłkarzy jak Vadis Odjidja-Ofoe czy Thibault Moulin (choć to, że są w tak dobrej formie to już zasługa Jacka Magiery). Przede wszystkim jednak gdyby nie kompromitująca porażka 0:6 z Borussią Dortmund, styl gry drużyny Hasiego oraz jej wpadki w Ekstraklasie, nie było by samego Magiery, największego wygranego kampanii Legii w Champions League.

Właściciele Legii wcale nie ukrywają, że w żadnych innych okolicznościach Magiera nie dostałby tej roboty. Owszem, szykowano go, żeby kiedyś przejąć drużynę. Ale na pewno nie teraz – z tak nikłym trenerskim doświadczeniem, w stulecie klubu i perspektywie gry w Lidze Mistrzów po 20 latach. Mógł przyjść tylko jako „ratownik” i z tej roli wywiązał się chyba jako najlepszy ratownik w historii.

Ktoś w uniesieniu napisał na Twitterze tuż po meczu, że oto poznaliśmy następcę Adama Nawałki na fotelu selekcjonera reprezentacji – oby dla Legii jak najpóźniej, w okolicach 2020 roku. Lepiej zachować umiar, bo murowanym kandydatem na selekcjonera mianowaliśmy już Henryka Kasperczaka, Dariusza Wdowczyka czy Macieja Skorżę. Ale trudno się dziwić zachwytom, bo skala zmian jakie wprowadził Magiera i ich efekt zarówno w Lidze Mistrzów jak i Ekstraklasie są niewiarygodne.

Dzisiejsze zachwyty potęguje chaos jaki zostawił mu w szatni poprzednik i szybkość jak nieopierzony trenersko Magiera z nim sobie poradził. Natychmiastowy powrót dyscypliny, zaangażowania, determinacji i koncentracji w grze legionistów. Za które drużynę chwalono nawet mimo wysokich porażek w Madrycie czy Dortmundzie. Równie szybki powrót świetnej atmosfery, jakiej szatnia na Łazienkowskiej nie widziała od dawna. Reaktywacja uznanych za przegranych piłkarzy jak Kuba Rzeźniczak, danie szansy nowym jak Michał Kopczyński zbiegło się z odpaleniem formy zawodników sprowadzonych przez Hasiego.

Wszystko to idąc w parze z gruntowaną znajomość nie tylko szatni i klubu, każdego jego zakamarka i każdego pracownika spowodowało, że uważana po 0:6 z Borussią za zakałę Ligi Mistrzów, niegodną piłkarskich salonów i dobrą jedynie do śrubowania niechlubnych rekordów Legia wypadła w meczu ze Sportingiem jak rutyniarz grający w Lidze Mistrzów regularnie od lat. Wytrzymując po raz pierwszy w tej edycji presję oczekiwań. Drużyna, która straciła dotąd aż 24 gole, potrafiła zachować czyste konto. Na pochwały zasługiwał każdy zawodnik co do jednego.

Każdy bohater, żeby zdobyć swój status potrzebuje najpierw wyzwania. Legia zostawiana przez Hasiego była Chimerą, z którą Magiera rozprawił się niczym Bellerofont. Z odciętej głowy bestii wyskoczył Pegaz, na którym trener mknie teraz do Ligi Europejskiej.

Napisałem, że Magiera jest największym wygranym kampanii Legii w Champions League, ale dla samego klubu te „narodziny trenerskiej gwiazdy” są równie cenne jak zainkasowane od UEFA miliony euro. Gdy Magiera mówi: „Chcę z Legii zrobić drużynę europejskiego formatu” nie śmiejemy się kułak, nie zastanawiamy się czy trener zwariował, tylko pytamy „ile czasu mu to zajmie?”

Legia Warszawa

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Martwa cisza trybun

Żal mi Legii Warszawa. Swój najważniejszy i najbardziej prestiżowy mecz w XXI wieku będzie musiała rozegrać przy pustych trybunach. Akurat to spotkanie Ligi Mistrzów – z obrońcą trofeum – zamiast po latach stać się wielkim świętem, prawdziwym ukoronowaniem 100-lecia klubu, zmieni się stypę. Występ Realu Madryt i jego gwiazd to wszędzie na świecie wydarzenie, kraje, miasta, kluby biją się żeby przyjechał, uświetnił. Gdy nasz futbol wyszedł z okresu, gdy tej klasy drużynę dało się skusić na wizytę tylko SuperMeczem, taka katastrofa.

W świat pójdą kompromitujące we współczesnym futbolu obrazki z pustego stadionu. Ronaldo i spółka grający dla nikogo? – to dopiero sensacja! Mistrz Polski zostanie napiętnowany niczym naga Królowa Cersei, sunąca w tłumie gapiów w rytm monotonnego „wstyd!”, „wstyd!, „wstyd!” Po wstydliwych obrazkach i okrzykach podczas meczu z Borussią Dortmund, przyjdzie przełknąć wstydliwą martwą ciszę trybun.

Żal mi normalnych kibiców Legii, którzy płacą upokorzeniem za wybryk garstki chuliganów. Dzieciaków i ich rodzicom, którym odebrali szansę przeżycia niezapomnianej przygody. Żal starych wiarusów, którzy na przyjazd gwiazdy największego formatu na Łazienkowską czekali 21 lat. Żal polskich kibiców Realu, których miała spotkać nagroda za lata tułaczki po świecie za swoją drużyną. Żal zawodników, którzy zostaną zmuszeni do występu w żenującym spektaklu. Treningu zamiast meczu w niezapomnianej atmosferze Champions League…

Żal tych wszystkich polskich kibiców, którzy są wstanie wznieść się ponad podziały plemienne i nie cieszą się w tej chwili, że „Legła dostała za swoje” ale rozumieją, że UEFA wrzuciła nas wszystkich do jednego wora. Wszyscy zostaliśmy skompromitowani i obarczeni odpowiedzialnością zbiorową. Na polski futbol znów nałożone zostało kompromitujące odium, choć zaczynał mieć on się już tak dobrze dzięki grze Lewandowskiego, Glika, Krychowiaka i reszcie, w reprezentacji i klubach.

Żal mi samego siebie, bo wolałbym być zagadywany o wyższość Milika nad Higuainem. Tymczasem podczas niedawnych igrzysk paraolimpijskich w Rio przed dwa dni z rzędu musiałem wkręcać się od lingwistycznych debat zagranicznych dziennikarzy czy polscy kibice wyzywali rywali od Żydów czy tylko od k…?

Żal mi właścicieli Legii, którzy próbowali zapanować nad tłumem, rozsądnie się dogadać, wierzyli w politykę dialogu. Po raz kolejny zostali wystrychnięci na dudka przez ludzi uważających, że „klub to oni”. Niestety tak właśnie uznała również UEFA, nakładając na klub najgorszą karę z możliwych. I nie chodzi o grzywny. O wiele gorsza od utraty przychodu z dnia meczowego jest utrata wizerunku. Jej nie da się odzyskać zza biurka, dobrym transferem, umową sponsorską, jedną czy drugą trafną decyzją…

Właściciele zdają sobie z tego sprawę, świadczą o tym poważne słowa jednego z nich, Dariusza Mioduskiego, który przyznał sport.pl, że „problem nie leży w UEFA, ale w nas, wewnątrz klubu”. Nie ma tu uciekania od odpowiedzialności, wymyślanie #letfootbalwin co miało swój urok w przypadku wykluczenia z rozgrywek po sprawie Bereszyńskiego.

Ciekaw jestem jaki będzie ciąg dalszy tych słów i kroki jakie podejmie zarząd Legii. Wiem jednak, że cokolwiek postanowi, jakiej polityki nie zacznie prowadzić – czy tylko brak hołubienia chuliganerii czy aż zero tolerancji dla niej – wszystko to będzie za mało bez przeorania świadomości trybun. Wierzących, że skoro „klub to my” to wolno nam wszystko – pogwałcić każde prawo, obrazić każdego. Dających przyzwolenie na łamanie przepisów i robienie dymu, nawet jeśli samemu się tego nie robi. Ulegających instynktom stadnym bez względu na to jak głupi okrzyk ktoś zainicjował.

I mam tu na myśli trybuny nie tylko Legii, ale i reszty Polski. Bo inaczej zmieniać się będą tylko nazwy zamykanych stadionów, skompromitowanych klubów, barwy rozgoryczonych kibiców, loga firm, które wycofają się lub nie wejdą w sponsoring, lóż, których nikt nie wykupi, nazwiska zawodników, którzy odmówią transferu do ekstraklasy. I na zawsze pozostaniemy w zatęchłym bagienku…

Liga Mistrzów to dla Legii początek nie spełnienie

Roberto Carlos wylosował szczęśliwieReal Madryt, Borussia Dortmund, Sporting Lizbona! „20 lat narzekania i płaczu, że nie ma nas w Lidze Mistrzów, a kiedy już osiągamy upragniony cel dalej narzekamy. O co tutaj chodzi? Brawo Legia!” – skomentował na Twitterze Krzysztof Mączyński wymęczony w bólach awans. Tak też podchodzą do sprawy sami Legioniści. „W bólach, bo w bólach, ale awans jest. Można się uśmiechać lub wybrzydzać, ważne że udało się” – skomentował w „Przeglądzie” Michał Pazdan. Pomocnik reprezentacji Polski i Wisły Kraków ma trochę racji. Futbol to nie łyżwiarstwo figurowe. Nikt tu nie nagradza za styl i artyzm. Liczy się wyłącznie efekt końcowy. A skoro ten jest wreszcie pozytywny, nie ma co marudzić i wydziwiać na okoliczności awansu, które z czasem zapomnimy (choć może męczarnie w rewanżu z Dundalk ciężko będzie wymazać z pamięci). Ale zaraz będziemy przeżywać przyjazd do Warszawy obrońcy trofeum, a na żółtych paskach będzie śmigać, że Cristiano Ronaldo zjadł śniadanie. I cieszyć, że Najlepszy Piłkarz Europy minionego sezonu przyjechał do Polski nie w celach marketingowych na SuperMecz, ale z powodów czysto sportowych.

Cristiano Ronaldo. Marca i Przegląd SportowyOczywiście nie ma co pudrować fatalnej gry z Dundalk (i ostatnich meczach Ekstraklasy). Legia chwilowo nie tworzy zespołu, o rozpacz przyprawia każda formacja oprócz bramki. Bardzo możliwe, że ze wszystkich mistrzów Polski, którzy szturmowali Ligę Mistrzów, to mistrz najsłabszy, ale za to miał niesamowitego farta. Ano miał, ale dlaczego Legia miałaby przepraszać, że los wreszcie pozwolił polskiemu klubowi trafić na loterii najsłabszego rywala z możliwych?

Wszyscy mamy w pamięci piękne, ale przegrane boje o Ligę Mistrzów kolejnych mistrzów Polski, a zwłaszcza Wisły – 3:4 z Barceloną w 2002 roku i tę wygraną 1:0 z Barcą Pepa Guardioli w 2008, czy pasjonujące dwumecze z Panathinaikosem Ateny i Apoelem Nikozja, w których zabrakło tak niewiele. Niewiele ale jednak. Nie widzę też większego sensu w pisaniu jak tamte drużyny Wisły czy Legii rozprawiłyby się z takim Dundalk i czego to by nie dokonały w Lidze Mistrzów, a ta dzisiejsza Legia to, tamto… Ani lamentowaniu jakiego miały pecha w losowaniu w porównaniu z zespołem Besnika Hasiego.

Ten ostatni dziwił się na konferencji prasowej, że po tylu latach wygnania z elity nikt na sali nie cieszy się z powrotu do niej. „Dziwią mnie te nieprzychylne reakcje. W Polsce dzieje się dużo pozytywnych rzeczy, a my rozmawiamy tylko tych złych (…) Powinniście być zadowoleni. Jeśli nie jesteście to wasz problem” – zwrócił się do dziennikarzy, ale rozumiem, że przekaz skierowany był do kibiców Legii, którzy w przerwie meczu i po jego zakończeniu wygwizdali piłkarzy.

Też ich trochę rozumiem. Sam wolałbym, żeby Legia zamiast wtoczyć się do Champions League wjechała tam na pełnej… furii, w formie jak wtedy gdy rozgromiła w dwumeczu Celtic Glasgow 6:1. Na pewno jednak każdy z właścicieli niedoszłych polskich uczestników Ligi Mistrzów, jak Bogusław Cupiał czy Mariusz Walter chciałoby dziś przeżywać dylematy Bogusława Leśnodorskiego, Macieja Wandzla i Dariusz Mioduski. Zapewne gdyby któremuś z nich spełnił się wyśniony awans, dziś nadal byliby w klubie.

Obecni właściciele muszą zaś wyciągnąć wnioski z błędów poprzedników. Jak choćby ten rozsadzeniem klubowego budżetu z powodu obsesji na punkcie Champions League. W dużej mierze to z powodu zbyt szeroko odkręconego kurka z pieniędzmi na zagranicznych piłkarzy w 2011 przez duet Stan Valckx i Robert Maaskant, co nie przełożyło się na awans do piłkarskiej elity, Cupiała nie ma już dziś w Wiśle.

Dlatego śmieszne wydają się niektóre rady co zrobić z olbrzymim zastrzykiem gotówki z UEFA za awans do Ligi Mistrzów. Np ten by Legia całą premię wpompowała w wzmocnienia, wywalczyła awans drugi raz z rzędu i dopiero te ewentualne przyszłe miliony euro przeznaczyła na rozwój, ośrodek treningowy, boiska obok stadionu i akademię młodzieżową. Tymczasem w mojej ocenie to właśnie one są podstawą sukcesu klubów europejskich z tej półki, do jakiej powinna aspirować Legia. Rozwój przede wszystkim. Taki, który pozwoli regularnie dorabiać się wartościowych wychowanków, wzmacniać nimi drużynę, a następnie wysyłać świata.

Jestem pewien, że zwłaszcza po wizycie w Ajaksie Amsterdam i jego ośrodku Toekomst to podejście nie jest właścicielom Legii obce. Wiedzą, że klub dostał zbyt cenny dar od losu, by go roztrwonić w myśl zasady „raz się żyje” czy „zastaw się a postaw się”, bo „Liga Mistrzów zobowiązuje”. Rozwój i szkolenie przede wszystkim, zwłaszcza, że za chwilę o Ligę Mistrzów znów zrobi się bardzo trudno. Nawet jeśli kosztem miało by być przyjęcie sześciu lań w tej edycji. To prawda, że rywale są wielcy i poza zasięgiem Legii. Ale jak chyba każdy liczę na lepsza grę niż w Ekstraklasie czy z Dundalk. Choćby dlatego, że w Champions League Legia w każdym meczu będzie outsiderem, na którym nie spoczywa żadna presja. Tylko taka, by pokazać charakter i wolę walki. W każdym meczu będzie się bronić i wyprowadzać kontrataki. Każdy gol i każdy punkt będzie dla mistrza Polski ogromnym sukcesem. Warto więc pamiętać, że na tym jednym występie przyszłość się nie kończy.

Przegląd Sportowy. Liga Mistrzów

Mistrzowska feta Legii! (360 stopni)

Legia mistrzem PolskiOstatni mecz Legii Warszawa w sezonie – z Pogonią Szczecin – mecz, który miał (musiał!) zapewnić jej tytuł mistrzowski na 100-lecie klubu postanowiłem obejrzeć zza linii bocznej boiska. Normalnie wraz z resztą dziennikarzy siedziałbym wysoko na trybunach, ale miałem przeczucie, że zdarzyć się coś wyjątkowego, co najlepiej będzie oglądać z dołu, z miejsca między ławkami trenerskimi. Nie miałem pojęcia, że znajdę się na murawie wraz… z resztą kibiców, którzy zbiegną z trybun na dekorację nowych mistrzów…

W przeciwieństwie do nich nie musiałem łamać prawa. Miałem doskonały pretekst, żeby zostać na płycie, ponieważ tuż przed spotkaniem wraz z Joasią wręczyliśmy kontuzjowanemu Aleksandarovi Prijovićowi nagrodę dla Piłkarza Kwietnia. Choć zegarek od sponsora Ekstralasy to piękne cacko, Szwajcar z uwięzionym w plastikowym opatrunku złamanym łokciem stwierdził, że oddałby go i wiele więcej byle tylko móc zagrać w tym meczu.

Aleksandar Prijović z narodą Piłkarza Kwietnia w EkstraklasieSpotkanie poprzedził tradycyjny hymn Legii, „Sen o Warszawie” Niemena, wyśpiewany przez wszystkie gardła, który stał się już tym czym „You’ll Never Walk Alone” na Anfield przed meczami Liverpoolu. Po raz kolejny wypróbowałem kamerę 360 stopni, żeby ten kto ma oculusa mógł poczuć się jakby był na miejscu, a i na You Tubie (w lewym górnym rogu są pokrętła to wybrania takiego ujęcia jakie chcecie).


Nagrane Samsung Gear 360

Legia podstawiła przegrywając poprzedni mecz w Gdańsku postawiła się pod ścianą. Musiała pokonać Pogoń, a gdyby się nie udało, liczyć że jej jedyny konkurent do tytułu, Piast straci punkty z Zagłębiem Lubin. Toteż śledząc poczynania na Łazienkowskiej jednym okiem zerkaliśmy na tablecie co tam w Gliwicach. Gospodarze szybko strzelili bramkę, ale nie zmniejszyło to nerwówki. Trener Stanisław Czerczesow był tak spięty, że nawet nie spojrzał po golu na świętowanie piłkarzy z ławki i na murawie.

Stanisław CzerczesowZ kolei trener gości Czesław Michniewicz, choć Pogoń nie walczyła już o nic, szalał za linią motywując zawodników do walki i pokrzykując na sędziego technicznego. Goście wiedzieli, że mecz ogląda cała Polska, chcieli się pokazać, sprawić niespodziankę…

Mistrzowska oprawa Legii

Gdy rozniosło się, że Piast przegrywa z Zagłębiem, kibice odpalili mistrzowską oprawę, która na chwilę przykryła dymem murawę i mecz został przerwany na parę minut. Tymczasem Leginości kolejnymi golami przypieczętowali tytuł i rezerwowi na ławce nie mogli już wytrzymać, miętosząc w rękach przygotowane butelki z szampanem…

Ondrej Duda z szampanemTuż przed końcem cały stadion zdążył jeszcze oklaskać na stojąco Marka Saganowskiego. 37-letni ulubieniec publiczności, ceniącej go i za skuteczność i za charakter po raz ostatni wybiegł na boisko w koszulce Legii, żegnając się i z kibicami przy Łazienkowskiej i z karierą. Najprawdopodobniej rozpocznie teraz karierę trenera młodzieży.

Saganowski ostatni raz w barwach LegiiW końcu rozbrzmiał ostatni gwizdek. Po krótkiej celebracji na murawie, wniesiono dekoracje, ustawiono niebieski dywan z tunelu dla mistrzów, warta honorowa złożona z żołnierzy Jednostki Reprezentacyjnej wniosła trofeum i… scenę i dywan ze wszystkich stron otoczyli kibice, w każdym wieku od dzieciaków po sędziwe głowy rodziny. Wywoływani z tuneli zawodnicy mistrza Polski musieli przedzierać się przez tłum, przybijając po drodze „piątki” lasowi rąk. Jeśli chcecie zanurzyć się w tym tłumie, to proszę bardzo, nagrałem cały ten pozytywny chaos kamerą 360 stopni z samego środka…


Nagrane Samsung Gear 360

A potem poleciały w górę konfetti i feta wraz z autokarem z mistrzami Polski przeniosła się do centrum Warszawy…

Mistrzowska feta Legii

Ostateczny krach „klubów Kokosa”

Radosław CierzniakMam nadzieję, że bezprecedensowy wyrok Izby ds. Rozwiązywania Sporów Piłkarskich w sprawie Radosława Cierzniaka, pierwszy raz rozwiązujący kontrakt piłkarza z klubem za bezpodstawne zesłanie do rezerw, symbolicznie likwiduje niesławne „kluby Kokosa”, jak przywykliśmy z przymrużeniem oka, a więc niestety i z przyzwoleniem, określać zwykły mobbing i szykany.

Piszę „mobbing” ponieważ polski kodeks pracy definiuje go właśnie jako „działania lub zachowania (…) skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu go, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników”.

Kodeks dodaje, że pracownikowi przysługuje „możliwość dochodzenia zadośćuczynienia pieniężnego od pracodawcy za utratę zdrowia spowodowaną mobbingiem”. Czymże jeśli nie formą „utraty zdrowia” jest obniżka formy spowodowana brakiem gry przez pół roku (akurat Cierzniak nie rozegrał w rezerwach ani jednego z czterech sparingów), a często także uniemożliwieniem porządnych treningów.

Mam nadzieję, że wyrok ws Cierzniaka okaże się „wystrzałem z Aurory”, który rozpoczyna egzekwowanie nowych przepisów w zakresie minimalnych wymagań kontraktowych, przyjęty przed rokiem przez PZPN. I żaden piłkarz nie będzie już represjonowany bieganiem po schodach, treningami o bladym świcie, noszeniem mebli, strojeniem choinki, roznoszeniem ulotek czy na co jeszcze wpadną klubowi ciemiężyciele, którzy nie wpadli na to, żeby zawrzeć z zawodnikiem odpowiednio długi kontrakt.

Oby następnym „strzałem” było unormowanie sytuacji Filipa Modelskiego, potraktowanego przez Jagiellonię za nieprzedłużenie kontraktu nawet gorzej niż Cierzniak przez Wisłę Kraków, bowiem nie tylko przesunięto go do drugiej drużyny, nie tylko nie pozwolono w niej grać i wpisywano do protokoły, ale zabroniono nawet korzystania z klubowej siłowni.

Ostateczny krach „klubów Kokosa” – o ie rzeczywiście nastąpi – wyjdzie na dobre samym klubom. Szykanowanie zawodników szarga wizerunek, demotywuje szatnię (piłkarze mniej lub bardziej solidaryzują się z ciemiężonym kolegą) i zraża potencjalne nowe nabytki.

Co klub zyskuje na represjonowaniu „nielojalnego” w swoim mniemaniu zawodnika – nie jest dla nie do końca jasne. Odstrasza tych, którzy chcieliby pójść jego śladem i skorzystać z „prawa Bosmana”? Satysfakcję, że oddadzą rywalowi zawodnika niepełnowartościowego, bo przez długie miesiące poza rytmem meczowym i zdołowanego psychicznie?

Pytanie czy oba efekty, odstraszający i karcący, warte są strat wizerunkowych, sportowych (drużyna nie może skorzystać z wartościowego zawodnika) i wreszcie finansowych? W przypadku Cierzniaka zarząd Wisły uznał, że najwyraźniej tak, skoro nie tylko odrzucił 200 tysięcy proponowane za odejście bramkarza zimą, powiększone następnie do 500 tysięcy, ale gotów jest wręcz płacić mu do końca czerwca, jeśli Legia nie podpisze z nim nowego kontraktu nie czekając do lipca.

Ubolewam, że wraz z Cierzniakiem do historii przechodzi klub tak zasłużony dla polskiego futbolu jak Wisła. A jego zarząd kompromituje się i naraża klub na śmieszność, zarówno przed jak i po wyroku. Najpierw szykanując piłkarza, a następnie chocholim tańcem wokół jego sprawy w PZPN. Jak inaczej nazwać zgłoszenie wniosku o przesłuchanie trenera Tadeusza Pawłowskiego, którego decyzją bramkarz miał rzekomo trafić do rezerw, a następnie wycofanie go w ostatniej chwili (nieoficjalnie z powodu braku pewności co do zeznań trenera), mimo iż Pawłowski był już w Warszawie na posiedzeniu? Za to gdy Izba trzy dni później sama wzywa trenera, zamiast niego przybywają prawnicy ze zwolnieniem lekarskim, choć Pawłowski jest przecież „urlopowany” z klubu.

Wreszcie po niekorzystnym wyroku, zarząd Wisły wydał kuriozalne oświadczenie, nie tylko brnąc w nim w obronę haniebnych praktyk, ale i mimo klauzuli o natychmiastowej wykonalności decyzji, deklarując, że nie przyjmuje werdyktu do wiadomości („uważamy, iż Radosław Cierzniak pozostaje zawodnikiem naszego klubu, którego do 30 czerwca bieżącego roku”). I wytaczając teorię spiskową „aktualne rozstrzygnięcie sugeruje zatem, iż umowy zawodników mogą być każdorazowo rozwiązywane w przypadku piłkarzy, których nowym klubem mogłaby stać się Legia Warszawa”.

Komuś kto ma świeżo w pamięci niedawną dominację Wisły w lidze, seryjnie zdobywane mistrzostwa i dumę jaką napawała wszystkich polskich kibiców zwycięstwami w europejskich pucharach ciężko patrzeć bez przykrości i zażenowania na to w jak wielkim pogrąża się chaosie, nie tylko sportowym.

 

 

#letfootballwin nie dla Realu

CheryshevazoTo doprawdy niesłychane, że tak wielki klub jak Real Madryt, najsłynniejszy, najbardziej utytułowany i najbogatszy na świecie już któryś raz w tym sezonie pada ofiara braku profesjonalizmu swoich pracowników. I nie mówię tu o zawodnikach (choć nie da się ich pochwalić za 0:4 z Barceloną), ale zarządzających drużyną wszelkiego szczebla.

Zaczęło się od kompromitujących okoliczności pożegnania klubowej legendy i wychowanka, Ikera Casillasa. Jego czas w Realu ze względu na formę może rzeczywiście dobiegł końca, ale łzy podczas samotnej konferencji i machanie do pustych trybun szczególnie żałośnie kontrastowały z hucznym, emocjonalnym pożegnaniem Xaviego z Barceloną na Camp Nou. Nawet jeśli sam bramkarz żywił urazy i chciał skromnego rozstania, klub powinien był przejść sprawy w swoje ręce.

Następnie cały świat ze zdumieniem oglądał przepychankę Realu z Manchesterem United w poszukiwaniu winnego niewypału transferu Davida de Gei z Old Trafford na Santiago Bernabeu i wymianę żenujących oświadczeń kto i ile na ile sekund przed północą był gotowy, komu i dlaczego nie chciał się otworzyć mejlowy załącznik. Do dziś nie wiem czy bardziej zawiedli ludzie czy techniki negocjacyjne, w każdym razie po żadnej ze stron nie spadła niczyja głowa. Oba kluby poszły w zaparte, całą winę widząc po drugiej stronie.

Do tego dochodzi kontrowersyjne rozstanie z trenerem Carlo Ancelottim, współautorem zdobycia wymarzonej „Decimy”, za którego pozostawieniem na stanowisku mimo sezonu bez trofeum wstawiali się publicznie sami zawodnicy. I zastąpienie go kontrowersyjnym Benitezem, z którym piłkarze – mówiąc oględnie – mają bardzo chłodne relację i umiarkowaną wiarę w umiejętności.

A czekają nas dopiero skutki afery Karima Benzemy – który wplątał się w negocjacje między szantażystami, a Mathieu Valbueną. Oczywiście w najmniejszym stopniu nie można za nią winić Realu: trudno, żeby klub odpowiadał za to z kim przyjaźni się i kogo zatrudnia w swojej firmie jego napastnik. Ale cała sprawa kładzie się cieniem na wizerunku klubu, dopełniając kiepskiego roku.

Kiedy w środę wieczorem gruchnęła wiadomość, że Real zostanie wyrzucony z Pucharu Króla, bo w meczu z Cadizem trener Rafa Benitez posłał do gry zawodnika, który powinien pauzować za kartki, media społecznościowe natychmiast opanowały żarty. Jak najbardziej zasłużone, żartowali nie tylko kibice Cadiz, skandujący z trybun „Benitez, sprawdź Twittera” ale nawet i niektórzy fani „królewskich”, bezradni wobec wyjątkowego aktu braku profesjonalizmu.

Mnie najpierw opanował żal, że w tak głupi sposób – my, kibice na na całym świecie – zostaliśmy pozbawieni kolejnego El Clasico albo/i derbów Madrytu. Potem dzięki internautom zrobiłem błyskawiczny „doktorat” z przepisów hiszpańskiej federacji, konsekwencji przewidzianych za taki czyn, odwołań do historii oraz okoliczności w jakich oba kluby mogły zapoznać z listą zawodników zmuszonych pauzować.

Cadiz od rana wiedział, że Denis Czeryszew wrócił z wypożyczenia do Villarreal z trzema żółtymi kartkami na koncie i nie może wystąpić przeciwko nim. Jak więc to możliwe że nie wiedział sam piłkarz, trener Benitez i dyrektor klubu Emilio Butragueno? Co gorsza ten ostatni jeszcze po meczu szedł w zaparte, przekonując, że „skoro sam zainteresowany nie wiedział o karze, to Realowi nie grozi dyskwalifikacja”. Dziś już przyznaje, że „Real wykazał się ignorancją” i jest to najłagodniejsze określenie w przypadku tak wielkiego klubu.

Ponieważ kwestia wyrzucenia Realu z Pucharu Króla zależała od tego, czy Cadiz złoży protest, na polskim Twitterze natychmiast odżyła sprawa Legii, wyrzuconej z Ligi Mistrzów mimo pogromu Celtiku za wystawienie w Glasgow Bartka Bereszyńskiego. Co ciekawe okazało się, że choć sprawy są pozornie podobne – mimo innej stawki i tu i tu został naruszony ten sam przepis – to odbiór zupełnie inny.

O ile łatwo było sympatyzować z Legią, choćby włączając się w kampanię #letfootballwin – robili to nawet piłkarze i kibice niekoniecznie niezaprzyjaźnionych z nią klubów, a dziennikarze z zagranicy do dziś mówią mi, że nie znają bardziej zjednującej sympatię klubowi kampanii w… przegranej sprawie – o tyle w przypadku Realu trudno znaleźć jedną osobę, która sympatyzowałaby z „królewskimi”? Nawet jej oddani kibice mówią mi i piszą: „skoro panuje tam taki burdel, niech klub poniesie konsekwencje” albo że „ze wstydem śledziliby dalszy udział w Copa del Rey”. I bynajmniej nie dlatego, że Bereszyński wszedł na trzy minuty przy przesądzonym wyniku, zaś Czeryszew ten wynik przesądził strzelając gola już w trzeciej minucie. Po prostu klub taki jak Real po takiej wpadce nie powinien nawet apelować, ale pospać głowę popiołem, znaleźć winnych i rozliczyć tak, żeby podobna sytuacja nigdy nie miała miejsca.

Inna rzecz, że gdybym był prezesem Cadizu, ogłosiłbym, że mój klub przyjmuje walkowera, ale nie składa protestu, nie domaga się dyskwalifikacji Realu, tylko z trzybramkową zaliczką jedzie na rewanż na Bernabeu. Żeby wygrał futbol. Cadiz zyskałby tym więcej niż tylko awans do kolejnej rundy Pucharu Króla, w którym wielkiej kariery nie zrobi. Szacunek i rozgłos na całym świecie oraz wdzięczność kibiców Realu, a już na pewno jego prezesa, niwelując odrobinę skutki katastrofy.

Wiem, że to naiwna myśl. Nie znam też nastrojów i oczekiwań kibiców Cadizu, którymi musi kierować się prezes. Wiem, że „twarde prawo, ale prawo” i „trzeba ponosić konsekwencje”. Szkoda, że nie będzie kolejnego El Clasico. Żal też Czeryszewa, do którego przylgnie cała historia i być może popsuje karierę, bowiem patrząc na niego w koszulce Realu każdy mimowolnie będzie wspominał kompromitujący incydent.

Czeryszew

Zwalnianie Berga: konieczne, szkoda że publiczne

Henning BergZaczynając pisać felieton do „Przeglądu Sportowego” nie wiedziałem jeszcze jak piłkarze Legii wypadli w 2. kolejce Ligi Europy przeciwko Napoli. Czy wykorzystali sytuację, że rywale po ligowym zwycięstwie z Juventusem Turyn chcieli oszczędzać siły na kolejne starcie w Serie A z AC Milan – nie wystawiając najmocniejszego składu z takimi gwiazdami jak Marek Hamšik czy Gonzalo Higuain? Czy odnieśli zwycięstwo, które na Łazienkowskiej będzie się wspominać długo? Czy też dali się przytłoczyć gęstniejącej atmosferze po ligowych niepowodzeniach przed własną publicznością, uciekającym w tabeli Piaście Gliwice i bolesnej porażce z FC Midtjylland?

Czy czytając w mediach o spotkaniach władz klubu z potencjalnym następcą Henninga Berga (ponoć Rosjanina Stanisława Czerczesowa zabrakło na meczu z Napoli z powodu śmierci matki), zagryźli zęby, zagrali dla norweskiego trenera, okazując wiarę w niego i odwlekając ścięcie? Czy też sfrustrowani własną niemocą, brakiem siły, dynamiki, jednostajną gra, brakiem kreatywnych rozwiązań, na które Norweg nie miał pomysłu, ostatecznie dali dowód braku zaufania i przypieczętowali jego los?

Okazało się, że zagrali najlepiej jak umieli, ale rywal był silniejszy. Higuain pokazał błysk geniuszu gdy w końcówce wszedł na boisko z ławki. Legioniści podjęli walkę, zagrali z ambicją i wolą wygranej i chwała im za to.

Jednak nawet zwycięstwo z Napoli nie uratowałoby posady Berga, skoro władze klubu są już po rozmowach z następcą. Rozczarowanie właścicieli, kibiców i samych piłkarzy Legii norweskim szkoleniowcem jest zrozumiałe. Skoro zawodnicy nie mają siły na 90 minut walki, to najwyraźniej Berg źle przygotował ich fizyczne do sezonu. Ich gra jest przewidywalna i czytelna dla rywali. Nikt nie boi się przyjechać na Łazienkowską i grać otwartego, ofensywnego futbolu. Po wywiezionych z Warszawy remisach zarówno trener Zagłębia Lubin jak i Termaliki mieli prawo mówić o zawodzie wynikiem. Strata w tabeli do lidera, nawet pamiętając o podziale punktów musi niepokoić, zwłaszcza w obliczy rychłych obchodów 100-lecia klubu. Każdy inny wynik niż mistrzostwo Polski będzie wielkim rozczarowaniem dla wszystkich, którym drogi jest klub.

Pytanie czy zwolnienie trenera w trakcie sezonu, gdy ma się do wyboru garstkę bezrobotnych z równych powodów szkoleniowców to dobre rozwiązanie? Są trenerzy – choć akurat nie słyszałem takich deklaracji u polskich – którzy zapewniają, że nigdy nie objęliby drużyny w sezonie, w sytuacji, gdy nie mieli żadnego wpływu na skład kadry i jej przygotowanie. Są i kluby, które z tych samych powodów wzdragają się przez zmianami w sezonie. Nie każdy jednak ma tyle wiary w szkoleniowca i szacunku co Borussia Dortmud do Juergena Kloppa. Gdy sytuacja stała się krytyczna nawet słynący z rekordowo długoletnich trenerskich rządów Manchester United, zwolnił w trakcie sezonu Davida Moyesa, zrywając dopiero co popisany sześcioletni kontrakt.

Bo istotnie, nowy trener-ratownik zaczynając pracę ma w kieszeni gotowe alibi w razie niepowodzenia. Może mieć nowe pomysły na organizację gry, taktykę i dyscyplinę w zespole, ale nikt nie może żądać od niego gwarancji poprawy. Jednak problem w przypadku Legii polega na tym, że również metody Berga nie dają żadnych gwarancji postępu zespołu czy pojedynczych piłkarzy. Wielu sądzi, że wręcz przeciwnie. Być może powinno się zaczekać do końca rundy jesiennej, wówczas łatwiej byłoby ocenić pracę Norwega. Ewentualny następca wchodząc teraz z marszu i tak nie wiele będzie w stanie zrobić do przerwy zimowej. Może poza daniem drużynie pozytywnego impulsu na zasadzie „nowej miotły”, zwłaszcza jeśli jej trzonek weźmie w ręce ktoś znany z zamiłowania do dyscypliny i niepatyczkowania z gwiazdami.

Z drugiej strony nie dziwi mnie brak cierpliwości władz klubu. Poza tym następca dostałby więcej czasu na poznanie zespołu i jego bolączek, z którymi będzie mógł zmierzyć podczas przygotowań do rundy wiosennej. Oczywiście gwałtowne działania będą bardzo kosztowne – Norweg ma ważny kontrakt do czerwca 2018 roku, trzeba więc będzie wypłacić mu gigantyczną odprawę. Jeśli jednak władze klubu są w stanie ponieść tę ofiarę w imię ratowania sezonu, to trudno im zabraniać.

Nie dziwię się za to, że na głowę prezesa Legii spadły gromy za publiczne przyznanie do prowadzenia rozmów z innymi trenerami. Nie jest to standard w zachodnich klubach, by media otwarcie informowały, że mecz przyjeżdża obejrzeć z trybun następca tego, który ma zostać zastąpiony. W zasadzie do rozstania z trenerem władze klubów nie wypowiadają się na temat następcy, wspierając go dopóki siedzi na ławce. Zazwyczaj trener powinien poznać decyzję o zwolnieniu jako pierwszy.

To zresztą w Legii sytuacja nie nowa. W podobnych okolicznościach Berg zastępował Jana Urbana. Cóż, z jednej strony mało to eleganckie, ale choć dla ustępującego szkoleniowca sytuacja jest mocno niekomfortowa i stresująca, to nie komfortem trenera powinny się kierować władze klubu. Skoro wizyt Czerczesowa nie udało się ukryć, bez sensu było brnąć w zaparte.

Bogusław Leśnodorski i Henning Berg