Z liścia, czyli wszyscy jesteśmy zdradzeni

Legia pobita w Poznaniu i na parkingu na ŁazienkowskiejAwans reprezentacji na mundial w Rosji, gwarancja losowania z pierwszego koszyka, rekord strzelecki Roberta Lewandowskiego, który wyprzedził Włodzimierza Lubańskiego – wszystko to na chwilę przykryło skandaliczne wydarzenia na parkingu Legii po powrocie piłkarzy z przegranego meczu w Poznaniu. Mam nadzieję, że sprawa została zamieciona pod dywan tylko na chwilę z powodu ogólnego zachłysnięcia się narodowym sukcesem. „8-minutowa ostra wymiana zdań i szarpanina” – jak to misternie ujęto w oświadczeniu klubu – tak dalece przekracza wszelkie granice, że konsekwencje przez lata będzie ponosiła nie tylko Legia ale cały polski futbol klubowy.

Sprawę rozmyła też reakcja policji, która po analizie monitoringu wykluczyła pobicie, stwierdzając, że doszło co najwyżej do „czynów związanych z naruszeniem nietykalności osobistej”. I w związku odmówiła ścigania sprawców z urzędu, oczekując na „inicjatywę ze strony osób, które poczuły się pokrzywdzone”. Że nic takiego nie nastąpi pokazała już sprawa z pobiciem Kuby Rzeźniczaka, której deja vu właśnie przeżywamy tylko w większej skali.

Od początku było wiadomo, że nie chodzi o pobicie, ale kilka „plaskaczy i karychów” rozdanych celem zdyscyplinowania zawodników. Co z tego, że nie były bolesne i nie zostały widocznych ślady. Ważne, że zostawiły mocny ślad w psychice piłkarzy.

Większego upokorzenia w karierze nie przejdą. Jak podsumował Maciej Szczęsny, na miejscu pobitych nie chciałby już grać w Legii. Kontrakty i strach skazują ich pozostanie, ale tej psychicznej kuli u nogi nie pozbędą się już do końca.

Ciekawe w głowach ilu z nich w trakcie niedzielnego meczu z Lechią będzie brzmiało pytanie, czy w razie porażki znów czeka ich ścieżka zdrowia?

Ma rację Krzysztof Stanowski, pisząc na Weszlo.com, że piłkarze zostali zdradzeni. Przez klub, trenera, kibiców. To prawda, grali fatalnie, każdy co do jednego ze trzy razy gorzej niż w poprzednim sezonie. Ale przecież nie dlatego, że tak się umówili: dobra gramy piach, chrzanić powołania do kadry czy transfer do lepszego klubu. Niestety nikt im nie pomaga wyjść z tego kryzysu.

Właściciel zwolnił trenera, który przestał mieć pomysł na zespół, ale w zamian zatrudnił człowieka obecnego w futbolu od lat, ale nie na ławce trenerskiej. Być może ten eksperyment wypaliłby w czasach spokojnych. Tymczasem Romeo Jozak jest jak świetny ortopeda, któremu kazano przeprowadzić operację na otwartym sercu.

Trener zdradził szatnię zanim autokar zajechał na klubowy parking, gdy po porażce zdystansował się od drużyny i skompromitował ich tekstem o panienkach. W myśl zasady: „wygrywamy my, przegrywacie wy”.

Ale akurat o bierność podczas dyscyplinowania piłkarzy nie mam do niego pretensji. Sytuacja była ekstremalna. Nie jest opiekunem drużyny trampkarzy, czy miał zasłaniać dorosłych facetów własną piersią? Być może mógł zostać bohaterem, rzucając się sam przeciwko pięćdziesięciu chłopa, ale nie można mu czynić zarzutów, że nie zechciał.

Gorycz poczucia zdrady przez kibiców najlepiej wyraził na łamach legia.net asystent Jozaka, Aleksandar Vuković. Od lat związany z Legią, nie da się powiedzieć, że nie ma jej w sercu. Dwa mocne cytaty: „(…) Jako kibic wychowany na innych ideałach pytam się, co się stało z obowiązującym kiedyś na stadionach hasłem „Na dobre i na złe”? Drużyna Legii ma teraz kłopoty, nie da się zaprzeczyć. Gra słabo, z różnych powodów. Kiedy jest więc to złe? Właśnie teraz, ci ludzie potrzebują wsparcia. Przecież wszystkich porażek w tym sezonie w pucharach i w lidze nie można podczepić pod brak zaangażowania czy chęci”.

Chciałbym, aby kibice podeszli do sprawy w ten sposób: – Panowie jest źle, widzimy to, ale jesteśmy z wami”. Czy jest szansa na takie podejście, czy to już się nie wydarzy, a ja po prostu żyję ideałami z poprzedniej epoki? Jeśli to już nie jest możliwe, to bardzo źle się dzieje. Moim zdaniem hasło „na dobre i na złe” jest esencją kibicowania i podejścia do swojego klubu”.

Piłkarze mają też prawo czuć się zdradzeni przez klub. Nie tylko dlatego, że incydent miał miejsce na jego terenie, tam gdzie mieli prawo czuć się jak w domu. Długo czekali na stanowisko klubu, ale okazało się ono nadzwyczaj miałkie. Brak w nim stanowczego wzięcia w obronę upokorzonych, jest za to dzielenie włosa na czworo że „klub ma świadomość silnych emocji związanych z niepowodzeniem sportowym…”

Naprawił to nieco właściciel, ale na jego głos usłyszeliśmy dopiero trzy dni po incydencie. Rozumiem niechęć eskalowania konfliktu i uniknięcia ewentualnego bojkotu trybun, to byłaby już ostateczna katastrofa. Słowem, znów zgniły kompromis jak przy sprawie Rzeźniczaka.

Tylko, że klub także ma prawo czuć się zdradzony. Przez wszystkie instytucje państwowe i piłkarskie. Jak zwykle w takich wypadach jest zostawiony sam sobie z problemem chuliganów. Wszyscy inni umywają ręce. Ta rzecz jest niezmienna od lat. Co z tego, że mamy najpiękniejsze i najbardziej funkcjonalne stadiony w Europie, gwiazdy światowego formatu w reprezentacji, wyjazd na kolejny turniej skoro chuligani jak terroryzowali kluby tak terroryzują nadal?

Od lat nie ma woli rozwiązania problemu stadionowego chuligaństwa. I wspólnego frontu państwa, polityków, policji, prokuratury, instytucji piłkarskich jak PZPN czy Ekstraklasa.

Dlatego kolejny podobny incydent jest kwestią czasu. Może już po Lechii w razie złego wyniku? Nie dziwmy się więc, jak ostatnio na Forum Ekonomicznym w Krynicy, że czołowe instytucje finansowe, banki, firmy ubezpieczeniowe itp. stronią od polskiej piłki klubowej. Ta zaś ulega w Europie coraz większej marginalizacji. Aż stanie się skansenem, z którego w świat idą tylko przekazy o fajnych oprawach i niefajnych pobiciach. Ale nigdy o sporcie. Tak naprawdę zdradzeni mają prawo się czuć wszyscy prawdziwy kibice futbolu.

Legia

Mączyński w Legii, czyli piłkarzu, uważaj co deklarujesz!

Krzysztof Mączyński w barwach LegiiKrzysztof Mączyński to nie pierwszy piłkarz, który złamał serca kibicom odchodząc do klubu rywala, wywołując z kolei ich przejście od miłości do nienawiści. Historia futbolu zna takich przypadków mnóstwo i jeszcze nie jeden klub podkupi rywalom piłkarza. Normalna sprawa, że ambitny zawodnik chce zrobić krok do przodu. Tu w dodatku reprezentant Polski, który ma już 30 lat i chce po raz pierwszy w karierze powalczyć o europejskie puchary (a nuż się uda przeżyć niesamowitą przygodę w Lidze Mistrzów). Normalna sprawa, że chce zarobić znacznie więcej niż mógłby tu gdzie jest. Kto z nas wstanie i powie, że wybierając pracodawcę nie kieruje się finansami? Zwłaszcza że Mączyńskiemu bliżej do „emerytury” niż dalej.

To także zupełnie normalna sprawa, że kibicom jego dotychczasowego klubu się to nie podoba. Dopiero co wieszali plakaty z jego podobizną, ściągali tapetę na smartfona czy pulpit, nagle zobaczą go we wrogiej koszulce. Więc normalna sprawa, że nie szczędzą mu żalu, obelg, wulgaryzmów na klubowych forach i w mediach społecznościowych. Że będą gwizdać i obrażać go, kiedy przyjedzie z nową drużyną na stary stadion. Takie ich kibicowskie prawo i nic w tym nowego. Tak było, jest i będzie.

W „zdrajców” leciał już trybun łeb świni, zapalniczki, monety czy fałszywe dolary jak ostatnio w Gianluigiego Donnarummę. Transparenty z napisem „Judasz” widziałem już wymierzone w Andy Moellera gdy przeszedł z Borussii Dortmund do Schalke 04 i w Manuela Neuera, gdy z tej ostatniej przeniósł się do Bayernu Monachium. Kibice Arsenalu w ostatnich latach wyzywali od „Judaszów” Robina van Persie, Cesca Fabregasa, Samira Nasriergo czy Ca$hley’a Cole’a. A kibice Tottenhamu Sola Campbella, gdy ten ważył się stać „Kanonierem”.

DollarummaNie dziwi mnie więc specjalnie, że kibice Wisły zmienili Mączyńskiemu opis na Wikipedii, wklejając tam słowo „Judasz”. Ot, znak nowych czasów. Kiedyś fani mogli co najwyżej nawrzucać piłkarzowi jak do nich przyjechał z nową drużyną. Jeśli coś w przypadku byłego Wiślaka, a nowego Legionisty zaskakuje to rozmiar hejtu jaki go spotkał.

Nieporównywalny z tym jaki wylał się ostatnio np. na Bartosza Bereszyńskiego czy Kaspera Hamalainen, którzy dopuścili się przecież zbrodni szczególnie wyrafinowanej, porzucając Lecha na rzecz Legii. Może dlatego, że pierwszy był zaledwie dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, jeszcze nie gwiazdą. Drugi zaś owszem, kluczową postacią w wywalczeniu mistrzostwa, ale jednak najemnik. Kibice „Kolejorza” wyrażali więc pogardę dla najemnika, który po trzech latach w klubie najpierw kręcił przy przedłużeniu umowy, aż okazało się że podpisał ją z rywalem, ale nic więcej.

Jak pisał Krzysztof Stanowski w ostatnim felietonie w „Przeglądzie”, nie ma co oczekiwać, że piłkarze zakocha się w klubie piłkarskim. Zwłaszcza zagraniczny, zwłaszcza w Polskim. Chyba, że chodzi o zawodnika z tego samego miasta co klub, „chłopaka z sąsiedztwa, zasypiającego z koszulką pod poduszką i wieszający plakaty na ścianach”. Takiego, który zakocha się w klubie z wzajemnością, tzn kibice w nim. Wydaje mi się, że taka miłość istniała właśnie między Mączyńskim, a kibicami Wisły, stąd tak bolesne i pełne złych emocji rozstanie.

A tu jeszcze akt rozstania toczy się na oczach gawiedzi, czyli w mediach społecznościowych. Ich specyfika polega na tym, że dziś każdy kibic ma sportowca na wyciągnięcie ręki. Kiedyś mógł co najwyżej w telewizji usłyszeć co ma do powiedzenia lub przeczytać wywiad w gazecie, dziś może się z nim kontaktować bezpośrednio. Zwłaszcza z takim jak Mączyński, który chętnie w ten kontakt wchodził i odpowiadał na mniej lub bardziej ostre zaczepki.

Zwykle chwalę sportowców, którzy sami prowadzą swoje konta i piszą, nawet jeśli nieporadnie, to od siebie. Lepsze to niż zlecanie komunikacji wyspecjalizowanym agencjom. W tym przypadku jednak szkoda, że profesjonalista nie czuwał nad emocjonalną narracją piłkarza. Z czego on sam zdał sobie najlepiej sprawę, kasując wszystkie wątki na Twitterze. Dziś można tam znaleźć wyłącznie link do wywiadu z legia.com pod znamiennym tytułem „Czasem warto się ugryźć w język”. „Może mój przykład pokaże młodym chłopakom, że czasami warto nie składać żadnych deklaracji, bo życie jest brutalne” – mówi w nim, co prawda podtrzymując jednocześnie deklarację, że nigdy nie zagra w Cracovii.

I to jest kluczem do rozumienia rozmiarów hejtu jaki go spotkał. Kibice poczuli się oszukani zdradą deklaracji. Tej z wywiadu w C+, że nigdy nie przejdzie do Legii. Tymi, że czuje się wiślakiem od urodzenia, co wyraża to nawet jego twitterowy nick: @makatsw.

Tak samo na „Dollarummę” spadł deszcz fałszywych dolarów na stadionie Cracovii, nie tylko dlatego że Milan miałby stracić niesamowity talent, który sobie wychował. Ale dlatego, że piłkarz wcześniej całował po dobrych występach herb na koszulce i deklarował, że jego wielkim marzeniem jest zostać kiedyś kapitanem „rossonerich”.

Gdyby nie słowa, że kibicował Milanowi od dziecka (zadebiutował zresztą w Serie A jako 16-latek) i że chce zostać takim symbolem jak Gianluigi Buffon Juventusu, nie byłoby zarzutów o chciwość, przekleństw, grożenia śmiercią (przynajmniej wg agenta Mino Raioli) i szantażu, że „jeśli nie przedłużysz kontraktu, to spędzisz rok na trybunach”.

Pod tym względem wzorem odejścia z klasą z klubu, a jeszcze do drużyny arcy-rywala zawsze będzie dla mnie przejście Roberta Lewandowskiego do Bayernu Monachium, wciąż szanowanego i oklaskiwanego w Dortmundzie.

Robert Lewandowski w Dortmundzie

Dlaczego dla mnie to Probierz jest Trenerem Sezonu Ekstraklasy

Probierz, Magiera, BartoszekW czwartek gościliśmy w redakcji byłe wielkie gwiazdy hiszpańskiego futbolu, Fernando Morientesa i Gazikę Mendietę. Gdy opowiedzieliśmy im jak ciekawą końcówkę sezonu Ekstraklasy właśnie przeżyliśmy, ci aż otworzyli oczy. – Ile drużyn walczyło o tytuł w ostatniej kolejce? – Aż cztery? – I to bezpośrednich meczach? – Ile przyszły mistrz Polski czekał na wynik drugiego meczu, , zagryzając zęby? Siedem?! – dopytywali. Z tego wszystkiego rozłożyli „Przegląd Sportowy” i zaczęli analizować tabelę. – Takie małe różnice, nigdy nie widziałem czegoś podobnego! Ja-gie-lonia Bia-ły-stok, Le-chia – wymawiali z trudem nowe nazwy. Oczy jeszcze szerzej otworzyły im się na wieść o zasadach ESA37 i podziale punktów…

Szok w pełni zrozumiały, bo faktem jednak jest, że dawno nigdzie sezon nie skończył się z większym przytupem. Jedna akcja, jeden gol mógł przesądzić o mistrzostwie i o tym kto zagra w pucharach! Przy okazji dzięki tej dramatycznej końcówce staliśmy się naocznymi świadkami wielkiego triumfu smartfonów nad tzw. desktopami (czyli urządzeń mobilnych nad komputerami – to ostatnio bardzo modny temat wszelkich technologicznych konferencji, w których uczestniczę). A nawet nad telewizją.

Patrząc na całe sektory kibiców Legii, śledzących na telefonach rozwój wydarzeń w Białymstoku dzięki portalowym relacjom live, na tzw. livescorach, czyli aplikacjach wyspecjalizowanych w podawaniu wyników na bieżąco, na Twitterze, wreszcie w aplikacji NC+ Go (jak ja, dzięki uprzejmości internauty, który podrzucił mi kod – jeszcze raz dziękuję) zobaczyliśmy do jakiego urządzenia należy przyszłość.

Jakby tego mało, przytup spotęgowała jeszcze wojna domowa w Lechu, której odsłonę między trenerem Bjelica, a królem strzelców i najlepszym napastnikiem ekstraklasy Marcinem Robakiem obejrzeliśmy na żywo. Oraz kontrowersyjny wybór Trenera Sezonu podczas poniedziałkowej Gali Ekstraklasy.

Ja z całego serca serdecznie gratuluję Maciejowi Bartoszkowi. Cieszę się, że los wynagrodził mu tym tytułem wszystkie upokorzenia jakie przeszedł w karierze. I te świeże i te stare. Patrząc na jego krętą trenerską karierę, która na chwilę zaprowadziła go symbolicznie na wysypisko śmieci, na wszystkie kłody jakie życie rzuciło mu pod nogi za sprawą właścicieli, prezesów i dyrektorów sportowych, trudno mu nie przyklasnąć.

Toteż klaskałem na Gali, gdy wychodził odebrać statuetkę. Zwłaszcza, że szedł na scenę jako trener bezrobotny. Oby nagroda pomogła mu jak najszybciej znaleźć nowy klub. Widać było jednak, że sam jest wyraźnie speszony i zaskoczony werdyktem piłkarzy Ekstraklasy. Czy ich sympatię zjednało mu zwolnienie jeszcze przed zakończeniem sezonu przez nowych właścicieli Korony, a zwłaszcza absurdalna argumentacja tej decyzji? Czy to, że jest dobrym człowiekiem, zdolnym motywatorem, a w jego zespołach zawsze panuje świetna atmosfera?

Oczywiście, że wykonał w Koronie kawał świetnej roboty. Obejmował drużynę rozbitą, na równi pochyłej do spadku. A zostawił na 5. miejscu w tabeli i do tego zdecydowanie najlepszą w rundzie mistrzowskiej z drużyn nie walczących o tytuł. Jednak już sama nominacja Bartoszka do finałowej trójki wywołała zdziwienie. Dlaczego on a nie trener Bjelica, który podniósł z kolan Lecha, a choć przegrał najważniejszy mecz w sezonie w finale Pucharu Polski, to wszak jego zespół do końca walczył o tytuł. A Bartoszek z Koroną mimo „dobrego wrażenia artystycznego” na koniec sezonu zanotował więcej porażek (10) niż zwycięstw (9).

Sam szukając Trenera Sezonu wybierałbym między Jackiem Magierą a Michałem Probierzem. I choć długo byłem zdania, że powinni byli wygrać ex equo, ostatecznie wyróżniłbym jednak trenera Jagielloni. Po pierwsze dlatego, że nagradzamy za ekstraklasę, więc choć doceniam remis z Realem Madryt, wygrana ze Sportingiem Lizbona, trzecie miejsce w grupie Ligi Mistrzów i awans do Ligi Europy, to tu nie mają znaczenia. Magiera i tak zgarnął najważniejsze trofeum czyli mistrzostwo Polski. Niech zgarnie i tytuł Trenera Roku.

Za Ekstraklasę Probierz zasłużył sobie nie tylko historycznie wysokim miejscem Jagielloni. Ale także właśnie okolicznościami w jakich został wyłoniony mistrz Polski. Za te siedem minut udręki jakie zgotował Legii, która mimo wszystkich dotychczasowych zwycięstw i imponująco skutecznej pogoni w tabeli, na siedem minut stała się bezradna, zależna od tego czy Jadze się uda czy nie uda…

A także za wyciśnięcie najwięcej z najsłabszej kadrowo drużyny finałowej czwórki. To jest znak prawdziwej roboty trenera. Owszem, chwała Magierze za sklejenie drużyny znajdującą się w fazie rozpadu w broniącego tytułu mistrza. Za przywrócenie piłkarzom radości gry i wykorzystanie ich potencjału, czego nie umiał Besnik Hasi.

Probierz wycisnął ze swoich 120 procent. I niech nam tego nie przesłoni jego momentami irytujący styl bycia, szukanie wymówek czy tricki jak… serpentyny. To także jedyny trener Ekstraklasy, który znalazł sposób na powstrzymanie Piłkarza Sezonu, Vadisa Odidję Ofoe. Sposób, który wielu zniesmaczył, ale jedyny skuteczny. Dzięki któremu Jagiellonia walczyła o tytuł do ostatniej minuty sezonu. I siedem minut dłużej.

Feta Jagielloni Białystok po wicemistrzostwie

Duch Simeone nad Białymstokiem

Vadis Odjidja Ofoe i Jacek GóralskiNie rozumiem pretensji do trenera Michała Probierza, które rozlały się mediach społecznościowych jeszcze w trakcie meczu Jagielloni z Legią, o to że nakazał piłkarzom agresywną grę, a Jackowi Góralskiemu prowokowanie Vadisa Odidję Ofoe nieustannymi faulami. Może się to komuś nie podobać, bo piękne nie jest, ale tak też osiąga się w piłce zamierzone cele. Nad stadionem w Białymstoku wyraźnie unosił się duch Diego Simeone i jego „cholissmo”, a Jagiellonia Probierza , niczym Atletico Argentyńczyka ostrą grą wybiła rywalom futbol z głów i pozostała niepokonana u siebie. A jej stadion niezdobytą twierdzą w 2017 (6 zwycięstw, dwa remisy). Mało tego, gdyby nie pechowy spalony Ciliana Sheridana, wygrałaby po najlepszej akcji meczu.

Vadis, dopiero co tak chwalony po meczu z Lechem i słusznie nazywany zawodnikiem, który przerósł Ekstraklasę, nie pokazał nic z tego, czym tak zachwycał w Warszawie. W końcu, sfrustrowany niemocą, stracił nerwy i z drugą żółtą kartką za cios łokciem w nos Góralskiego wyleciał z boiska. Dopiero co trener Lecha Nenad Bjelica bezradnie wyjaśniał, że nie znalazł sposobu na zatrzymanie Belga, bo Vadis jest nie do zatrzymania. A Probierz znalazł. Brzydki (to nie przytyk do urody Góralskiego tylko jego stylu gry), ale skuteczny i zgodny z przepisami, choć na ich granicy. Tak się eliminuje gwiazdę rywali, która stanowi największe zagrożenie i piłkarsko jest poza zasięgiem wszędzie pod słońcem, czy to Gonzalo Higuain w Serie A, czy Leo Messi w La Liga czy Sergio Aguero w Premier League.

Brak porażki był dla Probierza warunkiem pozostania w grze o tytuł. Osiągnął to. Mogą nam się nie podobać meteody. Ale tylko efekt się liczy.

Michał Probierz

 

Ekstraklasa. Za co powinniśmy podziękować Arce

Arka Gdynia. Puchar Polski. Okładka Przeglądu Sportowego

Chwała Arce nie tylko za dopisanie kolejnego rozdziału do Księgi Futbolowych Bajek z 1001 Meczów, w których słabszy i biedniejszy pokonuje wbrew logice silniejszego (wszak Lech to statystycznie najlepsza drużyna w 2017 roku, a Arka… najgorsza). Ale i za to, że dzięki niespodziewanemu triumfowi piłkarzy trenera Ojrzyńskiego (i Nicińskiego) i tak ciekawa końcówka ekstraklasy zrobi się jeszcze ciekawsza. Oto bowiem przestała istnieć „wielka czwórka”, czyli grupa drużyn, które bez względu na to jakie ostatecznie zajmą miejsca w tabeli i tak zagrają w europejskich pucharach. Koniec komfortu! Czwarte miejsce stało się paląco bezwartościowe. Klub, który jej zajmie, śmiało będzie mógł podsumować sezon jako katastrofalny. Jagiellonia, bo skończyła rundę zasadniczą jako lider. Legia, bo raz że dla mistrza Polski byłby to wstyd, a jeszcze budżetu nie zasiliły pieniądze nawet Ligi Europy. Lech, bo przecież miał „podwójną koronę” na wyciągnięcie ręki. Wreszcie Lechia, w której aspiracje nie dość że były o niebo wyższe, to jeszcze poczucie klęski zwiekszyłaby świadomość, że pośrednio zadał ją rywal zza między. W którymś z klubów na koniec sezonu rozlegnie się więc zgrzytanie zębów i walenie pięścią w stół. Stąd ich determinacja w sześciu ostatnich meczach powinna być jeszcze większa, a bezpośrednie mecze jeszcze bardziej zacięte. Dla kibiców to znakomita wiadomość. Dzięki, Arko!

Chimera i Jacek Magiera

Jacek MagieraObserwujący triumf Legii ze Sportingiem z trybun na Łazienkowskiej były trener mistrzów Polski, Stanisław Czerczesow został entuzjastycznie powitany przez kibiców i wyściskany zarówno przez właścicieli klubu jak i byłych zawodników. Gdyby w środę wieczór na stadionie znalazł się Besnik Hasi, należałoby mu się dokładnie tak samo ciepłe przyjęcie. Bez jego krótkiej obecności w Legii nie było by tego spektakularnego sukcesu, jakim jest awans do Ligi Europy z tak silnej grupy.

Nie było by 18 mln euro od UEFA (spora część za wygrane eliminacje), nie byłoby tak kluczowych dla tego sukcesu piłkarzy jak Vadis Odjidja-Ofoe czy Thibault Moulin (choć to, że są w tak dobrej formie to już zasługa Jacka Magiery). Przede wszystkim jednak gdyby nie kompromitująca porażka 0:6 z Borussią Dortmund, styl gry drużyny Hasiego oraz jej wpadki w Ekstraklasie, nie było by samego Magiery, największego wygranego kampanii Legii w Champions League.

Właściciele Legii wcale nie ukrywają, że w żadnych innych okolicznościach Magiera nie dostałby tej roboty. Owszem, szykowano go, żeby kiedyś przejąć drużynę. Ale na pewno nie teraz – z tak nikłym trenerskim doświadczeniem, w stulecie klubu i perspektywie gry w Lidze Mistrzów po 20 latach. Mógł przyjść tylko jako „ratownik” i z tej roli wywiązał się chyba jako najlepszy ratownik w historii.

Ktoś w uniesieniu napisał na Twitterze tuż po meczu, że oto poznaliśmy następcę Adama Nawałki na fotelu selekcjonera reprezentacji – oby dla Legii jak najpóźniej, w okolicach 2020 roku. Lepiej zachować umiar, bo murowanym kandydatem na selekcjonera mianowaliśmy już Henryka Kasperczaka, Dariusza Wdowczyka czy Macieja Skorżę. Ale trudno się dziwić zachwytom, bo skala zmian jakie wprowadził Magiera i ich efekt zarówno w Lidze Mistrzów jak i Ekstraklasie są niewiarygodne.

Dzisiejsze zachwyty potęguje chaos jaki zostawił mu w szatni poprzednik i szybkość jak nieopierzony trenersko Magiera z nim sobie poradził. Natychmiastowy powrót dyscypliny, zaangażowania, determinacji i koncentracji w grze legionistów. Za które drużynę chwalono nawet mimo wysokich porażek w Madrycie czy Dortmundzie. Równie szybki powrót świetnej atmosfery, jakiej szatnia na Łazienkowskiej nie widziała od dawna. Reaktywacja uznanych za przegranych piłkarzy jak Kuba Rzeźniczak, danie szansy nowym jak Michał Kopczyński zbiegło się z odpaleniem formy zawodników sprowadzonych przez Hasiego.

Wszystko to idąc w parze z gruntowaną znajomość nie tylko szatni i klubu, każdego jego zakamarka i każdego pracownika spowodowało, że uważana po 0:6 z Borussią za zakałę Ligi Mistrzów, niegodną piłkarskich salonów i dobrą jedynie do śrubowania niechlubnych rekordów Legia wypadła w meczu ze Sportingiem jak rutyniarz grający w Lidze Mistrzów regularnie od lat. Wytrzymując po raz pierwszy w tej edycji presję oczekiwań. Drużyna, która straciła dotąd aż 24 gole, potrafiła zachować czyste konto. Na pochwały zasługiwał każdy zawodnik co do jednego.

Każdy bohater, żeby zdobyć swój status potrzebuje najpierw wyzwania. Legia zostawiana przez Hasiego była Chimerą, z którą Magiera rozprawił się niczym Bellerofont. Z odciętej głowy bestii wyskoczył Pegaz, na którym trener mknie teraz do Ligi Europejskiej.

Napisałem, że Magiera jest największym wygranym kampanii Legii w Champions League, ale dla samego klubu te „narodziny trenerskiej gwiazdy” są równie cenne jak zainkasowane od UEFA miliony euro. Gdy Magiera mówi: „Chcę z Legii zrobić drużynę europejskiego formatu” nie śmiejemy się kułak, nie zastanawiamy się czy trener zwariował, tylko pytamy „ile czasu mu to zajmie?”

Legia Warszawa

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Martwa cisza trybun

Żal mi Legii Warszawa. Swój najważniejszy i najbardziej prestiżowy mecz w XXI wieku będzie musiała rozegrać przy pustych trybunach. Akurat to spotkanie Ligi Mistrzów – z obrońcą trofeum – zamiast po latach stać się wielkim świętem, prawdziwym ukoronowaniem 100-lecia klubu, zmieni się stypę. Występ Realu Madryt i jego gwiazd to wszędzie na świecie wydarzenie, kraje, miasta, kluby biją się żeby przyjechał, uświetnił. Gdy nasz futbol wyszedł z okresu, gdy tej klasy drużynę dało się skusić na wizytę tylko SuperMeczem, taka katastrofa.

W świat pójdą kompromitujące we współczesnym futbolu obrazki z pustego stadionu. Ronaldo i spółka grający dla nikogo? – to dopiero sensacja! Mistrz Polski zostanie napiętnowany niczym naga Królowa Cersei, sunąca w tłumie gapiów w rytm monotonnego „wstyd!”, „wstyd!, „wstyd!” Po wstydliwych obrazkach i okrzykach podczas meczu z Borussią Dortmund, przyjdzie przełknąć wstydliwą martwą ciszę trybun.

Żal mi normalnych kibiców Legii, którzy płacą upokorzeniem za wybryk garstki chuliganów. Dzieciaków i ich rodzicom, którym odebrali szansę przeżycia niezapomnianej przygody. Żal starych wiarusów, którzy na przyjazd gwiazdy największego formatu na Łazienkowską czekali 21 lat. Żal polskich kibiców Realu, których miała spotkać nagroda za lata tułaczki po świecie za swoją drużyną. Żal zawodników, którzy zostaną zmuszeni do występu w żenującym spektaklu. Treningu zamiast meczu w niezapomnianej atmosferze Champions League…

Żal tych wszystkich polskich kibiców, którzy są wstanie wznieść się ponad podziały plemienne i nie cieszą się w tej chwili, że „Legła dostała za swoje” ale rozumieją, że UEFA wrzuciła nas wszystkich do jednego wora. Wszyscy zostaliśmy skompromitowani i obarczeni odpowiedzialnością zbiorową. Na polski futbol znów nałożone zostało kompromitujące odium, choć zaczynał mieć on się już tak dobrze dzięki grze Lewandowskiego, Glika, Krychowiaka i reszcie, w reprezentacji i klubach.

Żal mi samego siebie, bo wolałbym być zagadywany o wyższość Milika nad Higuainem. Tymczasem podczas niedawnych igrzysk paraolimpijskich w Rio przed dwa dni z rzędu musiałem wkręcać się od lingwistycznych debat zagranicznych dziennikarzy czy polscy kibice wyzywali rywali od Żydów czy tylko od k…?

Żal mi właścicieli Legii, którzy próbowali zapanować nad tłumem, rozsądnie się dogadać, wierzyli w politykę dialogu. Po raz kolejny zostali wystrychnięci na dudka przez ludzi uważających, że „klub to oni”. Niestety tak właśnie uznała również UEFA, nakładając na klub najgorszą karę z możliwych. I nie chodzi o grzywny. O wiele gorsza od utraty przychodu z dnia meczowego jest utrata wizerunku. Jej nie da się odzyskać zza biurka, dobrym transferem, umową sponsorską, jedną czy drugą trafną decyzją…

Właściciele zdają sobie z tego sprawę, świadczą o tym poważne słowa jednego z nich, Dariusza Mioduskiego, który przyznał sport.pl, że „problem nie leży w UEFA, ale w nas, wewnątrz klubu”. Nie ma tu uciekania od odpowiedzialności, wymyślanie #letfootbalwin co miało swój urok w przypadku wykluczenia z rozgrywek po sprawie Bereszyńskiego.

Ciekaw jestem jaki będzie ciąg dalszy tych słów i kroki jakie podejmie zarząd Legii. Wiem jednak, że cokolwiek postanowi, jakiej polityki nie zacznie prowadzić – czy tylko brak hołubienia chuliganerii czy aż zero tolerancji dla niej – wszystko to będzie za mało bez przeorania świadomości trybun. Wierzących, że skoro „klub to my” to wolno nam wszystko – pogwałcić każde prawo, obrazić każdego. Dających przyzwolenie na łamanie przepisów i robienie dymu, nawet jeśli samemu się tego nie robi. Ulegających instynktom stadnym bez względu na to jak głupi okrzyk ktoś zainicjował.

I mam tu na myśli trybuny nie tylko Legii, ale i reszty Polski. Bo inaczej zmieniać się będą tylko nazwy zamykanych stadionów, skompromitowanych klubów, barwy rozgoryczonych kibiców, loga firm, które wycofają się lub nie wejdą w sponsoring, lóż, których nikt nie wykupi, nazwiska zawodników, którzy odmówią transferu do ekstraklasy. I na zawsze pozostaniemy w zatęchłym bagienku…

Liga Mistrzów to dla Legii początek nie spełnienie

Roberto Carlos wylosował szczęśliwieReal Madryt, Borussia Dortmund, Sporting Lizbona! „20 lat narzekania i płaczu, że nie ma nas w Lidze Mistrzów, a kiedy już osiągamy upragniony cel dalej narzekamy. O co tutaj chodzi? Brawo Legia!” – skomentował na Twitterze Krzysztof Mączyński wymęczony w bólach awans. Tak też podchodzą do sprawy sami Legioniści. „W bólach, bo w bólach, ale awans jest. Można się uśmiechać lub wybrzydzać, ważne że udało się” – skomentował w „Przeglądzie” Michał Pazdan. Pomocnik reprezentacji Polski i Wisły Kraków ma trochę racji. Futbol to nie łyżwiarstwo figurowe. Nikt tu nie nagradza za styl i artyzm. Liczy się wyłącznie efekt końcowy. A skoro ten jest wreszcie pozytywny, nie ma co marudzić i wydziwiać na okoliczności awansu, które z czasem zapomnimy (choć może męczarnie w rewanżu z Dundalk ciężko będzie wymazać z pamięci). Ale zaraz będziemy przeżywać przyjazd do Warszawy obrońcy trofeum, a na żółtych paskach będzie śmigać, że Cristiano Ronaldo zjadł śniadanie. I cieszyć, że Najlepszy Piłkarz Europy minionego sezonu przyjechał do Polski nie w celach marketingowych na SuperMecz, ale z powodów czysto sportowych.

Cristiano Ronaldo. Marca i Przegląd SportowyOczywiście nie ma co pudrować fatalnej gry z Dundalk (i ostatnich meczach Ekstraklasy). Legia chwilowo nie tworzy zespołu, o rozpacz przyprawia każda formacja oprócz bramki. Bardzo możliwe, że ze wszystkich mistrzów Polski, którzy szturmowali Ligę Mistrzów, to mistrz najsłabszy, ale za to miał niesamowitego farta. Ano miał, ale dlaczego Legia miałaby przepraszać, że los wreszcie pozwolił polskiemu klubowi trafić na loterii najsłabszego rywala z możliwych?

Wszyscy mamy w pamięci piękne, ale przegrane boje o Ligę Mistrzów kolejnych mistrzów Polski, a zwłaszcza Wisły – 3:4 z Barceloną w 2002 roku i tę wygraną 1:0 z Barcą Pepa Guardioli w 2008, czy pasjonujące dwumecze z Panathinaikosem Ateny i Apoelem Nikozja, w których zabrakło tak niewiele. Niewiele ale jednak. Nie widzę też większego sensu w pisaniu jak tamte drużyny Wisły czy Legii rozprawiłyby się z takim Dundalk i czego to by nie dokonały w Lidze Mistrzów, a ta dzisiejsza Legia to, tamto… Ani lamentowaniu jakiego miały pecha w losowaniu w porównaniu z zespołem Besnika Hasiego.

Ten ostatni dziwił się na konferencji prasowej, że po tylu latach wygnania z elity nikt na sali nie cieszy się z powrotu do niej. „Dziwią mnie te nieprzychylne reakcje. W Polsce dzieje się dużo pozytywnych rzeczy, a my rozmawiamy tylko tych złych (…) Powinniście być zadowoleni. Jeśli nie jesteście to wasz problem” – zwrócił się do dziennikarzy, ale rozumiem, że przekaz skierowany był do kibiców Legii, którzy w przerwie meczu i po jego zakończeniu wygwizdali piłkarzy.

Też ich trochę rozumiem. Sam wolałbym, żeby Legia zamiast wtoczyć się do Champions League wjechała tam na pełnej… furii, w formie jak wtedy gdy rozgromiła w dwumeczu Celtic Glasgow 6:1. Na pewno jednak każdy z właścicieli niedoszłych polskich uczestników Ligi Mistrzów, jak Bogusław Cupiał czy Mariusz Walter chciałoby dziś przeżywać dylematy Bogusława Leśnodorskiego, Macieja Wandzla i Dariusz Mioduski. Zapewne gdyby któremuś z nich spełnił się wyśniony awans, dziś nadal byliby w klubie.

Obecni właściciele muszą zaś wyciągnąć wnioski z błędów poprzedników. Jak choćby ten rozsadzeniem klubowego budżetu z powodu obsesji na punkcie Champions League. W dużej mierze to z powodu zbyt szeroko odkręconego kurka z pieniędzmi na zagranicznych piłkarzy w 2011 przez duet Stan Valckx i Robert Maaskant, co nie przełożyło się na awans do piłkarskiej elity, Cupiała nie ma już dziś w Wiśle.

Dlatego śmieszne wydają się niektóre rady co zrobić z olbrzymim zastrzykiem gotówki z UEFA za awans do Ligi Mistrzów. Np ten by Legia całą premię wpompowała w wzmocnienia, wywalczyła awans drugi raz z rzędu i dopiero te ewentualne przyszłe miliony euro przeznaczyła na rozwój, ośrodek treningowy, boiska obok stadionu i akademię młodzieżową. Tymczasem w mojej ocenie to właśnie one są podstawą sukcesu klubów europejskich z tej półki, do jakiej powinna aspirować Legia. Rozwój przede wszystkim. Taki, który pozwoli regularnie dorabiać się wartościowych wychowanków, wzmacniać nimi drużynę, a następnie wysyłać świata.

Jestem pewien, że zwłaszcza po wizycie w Ajaksie Amsterdam i jego ośrodku Toekomst to podejście nie jest właścicielom Legii obce. Wiedzą, że klub dostał zbyt cenny dar od losu, by go roztrwonić w myśl zasady „raz się żyje” czy „zastaw się a postaw się”, bo „Liga Mistrzów zobowiązuje”. Rozwój i szkolenie przede wszystkim, zwłaszcza, że za chwilę o Ligę Mistrzów znów zrobi się bardzo trudno. Nawet jeśli kosztem miało by być przyjęcie sześciu lań w tej edycji. To prawda, że rywale są wielcy i poza zasięgiem Legii. Ale jak chyba każdy liczę na lepsza grę niż w Ekstraklasie czy z Dundalk. Choćby dlatego, że w Champions League Legia w każdym meczu będzie outsiderem, na którym nie spoczywa żadna presja. Tylko taka, by pokazać charakter i wolę walki. W każdym meczu będzie się bronić i wyprowadzać kontrataki. Każdy gol i każdy punkt będzie dla mistrza Polski ogromnym sukcesem. Warto więc pamiętać, że na tym jednym występie przyszłość się nie kończy.

Przegląd Sportowy. Liga Mistrzów

Mistrzowska feta Legii! (360 stopni)

Legia mistrzem PolskiOstatni mecz Legii Warszawa w sezonie – z Pogonią Szczecin – mecz, który miał (musiał!) zapewnić jej tytuł mistrzowski na 100-lecie klubu postanowiłem obejrzeć zza linii bocznej boiska. Normalnie wraz z resztą dziennikarzy siedziałbym wysoko na trybunach, ale miałem przeczucie, że zdarzyć się coś wyjątkowego, co najlepiej będzie oglądać z dołu, z miejsca między ławkami trenerskimi. Nie miałem pojęcia, że znajdę się na murawie wraz… z resztą kibiców, którzy zbiegną z trybun na dekorację nowych mistrzów…

W przeciwieństwie do nich nie musiałem łamać prawa. Miałem doskonały pretekst, żeby zostać na płycie, ponieważ tuż przed spotkaniem wraz z Joasią wręczyliśmy kontuzjowanemu Aleksandarovi Prijovićowi nagrodę dla Piłkarza Kwietnia. Choć zegarek od sponsora Ekstralasy to piękne cacko, Szwajcar z uwięzionym w plastikowym opatrunku złamanym łokciem stwierdził, że oddałby go i wiele więcej byle tylko móc zagrać w tym meczu.

Aleksandar Prijović z narodą Piłkarza Kwietnia w EkstraklasieSpotkanie poprzedził tradycyjny hymn Legii, „Sen o Warszawie” Niemena, wyśpiewany przez wszystkie gardła, który stał się już tym czym „You’ll Never Walk Alone” na Anfield przed meczami Liverpoolu. Po raz kolejny wypróbowałem kamerę 360 stopni, żeby ten kto ma oculusa mógł poczuć się jakby był na miejscu, a i na You Tubie (w lewym górnym rogu są pokrętła to wybrania takiego ujęcia jakie chcecie).


Nagrane Samsung Gear 360

Legia podstawiła przegrywając poprzedni mecz w Gdańsku postawiła się pod ścianą. Musiała pokonać Pogoń, a gdyby się nie udało, liczyć że jej jedyny konkurent do tytułu, Piast straci punkty z Zagłębiem Lubin. Toteż śledząc poczynania na Łazienkowskiej jednym okiem zerkaliśmy na tablecie co tam w Gliwicach. Gospodarze szybko strzelili bramkę, ale nie zmniejszyło to nerwówki. Trener Stanisław Czerczesow był tak spięty, że nawet nie spojrzał po golu na świętowanie piłkarzy z ławki i na murawie.

Stanisław CzerczesowZ kolei trener gości Czesław Michniewicz, choć Pogoń nie walczyła już o nic, szalał za linią motywując zawodników do walki i pokrzykując na sędziego technicznego. Goście wiedzieli, że mecz ogląda cała Polska, chcieli się pokazać, sprawić niespodziankę…

Mistrzowska oprawa Legii

Gdy rozniosło się, że Piast przegrywa z Zagłębiem, kibice odpalili mistrzowską oprawę, która na chwilę przykryła dymem murawę i mecz został przerwany na parę minut. Tymczasem Leginości kolejnymi golami przypieczętowali tytuł i rezerwowi na ławce nie mogli już wytrzymać, miętosząc w rękach przygotowane butelki z szampanem…

Ondrej Duda z szampanemTuż przed końcem cały stadion zdążył jeszcze oklaskać na stojąco Marka Saganowskiego. 37-letni ulubieniec publiczności, ceniącej go i za skuteczność i za charakter po raz ostatni wybiegł na boisko w koszulce Legii, żegnając się i z kibicami przy Łazienkowskiej i z karierą. Najprawdopodobniej rozpocznie teraz karierę trenera młodzieży.

Saganowski ostatni raz w barwach LegiiW końcu rozbrzmiał ostatni gwizdek. Po krótkiej celebracji na murawie, wniesiono dekoracje, ustawiono niebieski dywan z tunelu dla mistrzów, warta honorowa złożona z żołnierzy Jednostki Reprezentacyjnej wniosła trofeum i… scenę i dywan ze wszystkich stron otoczyli kibice, w każdym wieku od dzieciaków po sędziwe głowy rodziny. Wywoływani z tuneli zawodnicy mistrza Polski musieli przedzierać się przez tłum, przybijając po drodze „piątki” lasowi rąk. Jeśli chcecie zanurzyć się w tym tłumie, to proszę bardzo, nagrałem cały ten pozytywny chaos kamerą 360 stopni z samego środka…


Nagrane Samsung Gear 360

A potem poleciały w górę konfetti i feta wraz z autokarem z mistrzami Polski przeniosła się do centrum Warszawy…

Mistrzowska feta Legii