Gdyby Darek Dziekanowski… (konkurs)

Dziekan„Gdyby…” to słowo chyba najczęściej wypowiadane przez każdego kibica. Oczywiście obok przekleństw z radości lub wściekłości, gdy jego drużyna wygrywa lub przegrywa, te dominują raczej w trakcie meczu. Gdybanie zaczyna się po ostatnim gwizdku i przewija się podczas każdej kumplowskiej czy rodzinnej dyskusji. Od prostych „gdyby dołożył nogę…”, „gdyby rzucił się w prawo…”, „gdyby nie faulował…”, „gdyby sfaulował…”, „gdyby nie zagwizdał…” po ponadczasowe „gdyby Deyna strzelił Argentynie karnego…”, „gdyby Boniek zagrał z Włochami”, „gdyby ktoś się połapał, że Bereszyński nie może zagrać z Celtikiem…”

W czasach licealnych najczęściej gdybałem z kumplami na temat Darka Dziekanowskiego. To jego akcje, zagrania, strzały, ale też decyzje klubowe i życiowe rozkładaliśmy na czynniki pierwsze. Dla nas, warszawskich dzieciaków był idolem absolutnym. Chcieliśmy tak grać w piłkę, mieć prawo do „dychy” na koszulce, wyglądać jak on, mieć tak piękne samochody, takie dziewczyny i taki luz… Nie uczestniczyłem w podwórkowych kłótniach o to, kto będzie w meczu „Dziekanem” tylko dlatego, że stałem na bramce, ale jednego z kumpli do dziś nazywamy między sobą „Darkiem”, choć na imię ma zupełnie inaczej. Oglądaliśmy go zresztą nie tylko z trybun Legii, mieszkał w okolicach naszego liceum.

Fascynowała nas nie tylko jego boiskowa i pozaboiskowa bezczelność gościa, który zna swoją wartość. Identyfikowaliśmy się z nim, bo i nam zdarzało się oberwać na wakacjach za to, że jesteśmy z Warszawy (mi np. złamano nos w Augustowie – ekipa wpadła nas zlać podczas gry w piłkę, nadal jednak wracam tam z sentymentem). Jego – autora najgłośniejszego i największego transferu lat 80. – trener Bronisław Waligóra musiał przed każdym meczem Widzewa w Łodzi przez pół godziny przygotowywać psychicznie na starcie z rywalem, własną publicznością i… kolegami z drużyny. Szczególnie po słynnym wywiadzie, udzielonym Jerzemu Chromikowi, w którym stwierdził, że kiedy wjeżdża do Warszawy, to otwiera okno, by oddychać świeżym powietrzem…

Gdybaliśmy co by było gdyby od razu trafił do Legii, zamiast do Widzewa? Albo gdyby nie udzielił tego wywiadu. Co by było gdyby trener Antonii Piechniczek zabrał go na mundial do Hiszpanii, a miał już za sobą debiut w kadrze? Gdybaliśmy czemu z Janem Urbanem nie stworzył super-duetu na mundialu w Meksyku. Dlaczego w kluczowym meczu o mistrzostwo Polski z Górnikiem Zabrze Waldemar Matysik „nakrył go czapką”? Po pasjonującym dwumeczu Legii z Interem Mediolan gdybaliśmy czy tworzyłby dobry duet z Karlem-Heinzem Rummenigge albo Alessandro Altobellim. Po jego golu dającym Polsce wygraną 1:0 z Włochami byliśmy pewni, że gdyby odszedł zagranicę, rzuciłby cały świat do swych stóp. Gdybaliśmy która liga najbardziej by mu pasowała, włoska czy raczej angielska. Szkockiej nie braliśmy pod uwagę, stąd późniejsze gdybanie a gdyby jednak zamiast Celtiku – Liverpoolu…

Lata minęły a nam wciąż zdarza się gdybać, czemu zawodnik o takim talencie i takich umiejętnościach nie zrobił kariery na miarę swego potencjału. Czy to wina jego samego, tego samego zamiłowania do futbolu co do „wina, kobiet i śpiewu” zamiast pełnej koncentracji na pierwszym? Czy też trenerów na których trafiał, drużyn w których grał i twardej rzeczywistości późnego PRL?

Ta „gdybologia” odżyła po lekturze jego autobiografii „Dziekan”, która właśnie trafia do księgarń, bowiem wcale nie daje odpowiedzi na wszystkie pytań, ale mnoży kolejne. Na przykład co by było gdy Dziekanowski w 1987 roku uciekł z Polski do RFN? Opisuje, że w Pradze, gdzie reprezentacja rozgrywała mecz z Czechosłowacją, przed hotelem stał już samochód, do którego wystarczyło wskoczyć, żeby zostać gwiazdą Bayeru Leverkusen z kontraktem na milion marek za sezon. Trener Erich Ribbeck i słynny dyrektor sportowy „Aptekarzy”, Rainer Calmund długo próbowali przeprowadzić transfer legalnie. Tego drugiego nie zraziło nawet to, że podczas negocjacji w pokoju pułkownika Lasoty na Łazienkowskiej złamało się pod nim krzesło, wyrżną głową o kasę pancerną i stracił przytomność. Po ocuceniu nie zmienił zdania i w końcu podstawił pod Dziekanowskiego samochód.

Ucieczka zapewne oznaczałby dożywotnią dyskwalifikację z reprezentacji Polski. Ale pewnie tylko do wyborów w 1989 roku, choć kto mógł to wówczas wiedzieć. Czy gdyby Dziekanowski trafił do Bundesligi w odpowiednim wieku, zrobiłby w europejskim futbolu karierę na miarę Roberta Lewandowskiego?

Podczas wieczoru autorskiego tuż przed rozpoczęciem meczu Barcelona – Bayern Monachium o Dziekanowskim opowiadali wszyscy jego najważniejsi trenerzy: Bogusław Hajdas, który prowadził go w Gwardii, Henryk Apostel z którym wspólnie dwukrotnie zdobyli wicemistrzostwo Europy do lat 18, Andrzej Strejlau, który prowadził go w Legii, Bronisław Waligóra i Antoni Piechniczek. Każdy z nich w swoim czasie zachwycał się jego talentem, zdolnościami, klasą i miał poczucie kontaktu z zawodnikiem o jakim trener marzy, żeby spotkać go na swojej drodze. Którego talent za chwilę eksploduje. Ale każdego na swój sposób zawiódł. W „Dziekanie” Dziekan szczerze wyznaje niektóre grzechy i winy. Zapewne nie wszystkie rzeczy – tylko podczas wieczoru autorskie usłyszałem dwie „straszne” historie na jego temat.

Czy powinien narzekać, że urodził się za wcześnie? Czy gdyby miał agenta z prawdziwego zdarzenia jak każdy z dzisiejszych piłkarzy, ten odrzuciłby w autoryzacji pamiętny wywiad, wymógł na Legii wcześniejszą zgodę na transfer i przede wszystkim uchronił przed popełnieniem kilku pozaboiskowych błędów? Możemy tylko gdybać…

 KONKURS: Gdyby Dziekan…

Mam dla Was książki z autografem „Dziekana” do wygrania, zadanie jest bardzo proste: rozwińcie w komentarzu: „Gdyby Darek Dziekanowski… to…”

Dzekanowski i Wdowczyk w Celticu

Wasz magiczny futbolowy moment 2014

TweetZawsze w przypadku takich konkursów ciężko wybrać zwycięzców. Nie kierowałem się oczywiście rangą wydarzenia, bo nie sposób dyskutować z Waszymi wyborami. Każdy miał prawo wybrać sobie taki moment, jaki naprawdę przepełnił go piłkarską magią. Czy to była wyśniona Decima Realu Madryt, czy historyczne zwycięstwo Polaków z Niemcami, czy magiczne mecze na mundialu… w konkursie decydowała forma i to, czy odrobina tej magii przeniknęła do tweeta lub notki. Dlatego postanowiłem postanowiłem przyznać wygraną Mattowi (za powyższy tweet) oraz Arturowi za poniższą notkę:

Artur
Najpiękniejszy futbolowy moment w 2014, ale i w całym moim życiu miał miejsce podczas meczu Polska-Litwa na PGE Arena w Gdańsku. Pierwszy raz zabrałem swojego 6-letniego syna na stadion. Widok ubranego w biało-czerwone barwy, śpiewającego z ogromnym przejęciem hymn Polski dziecka to obraz, który pozostanie w mej pamięci na zawsze.

A także dwa wyróżnienia, dla YolandyCornelii za poniższego tweeta oraz kolejnemu Arturowi (o ile to nie ta sama osoba co zwycięzca) za notkę o meczu Polska – Niemcy.

Artur
Nigdy nie zapomnę, gdy po bramce Mili 6 krzesełek w moim rzędzie opustoszało, bo wszyscy rzucili się z radości na siebie na schody, a jeszcze obok jakiś facet wskoczył nieznajomemu z radości na plecy. Ja krzyczałem i skakałem kolegą z radości. Jestem dorosłym facetem, ale popłynęły mi wtedy łzy. Następnego dnia musiałem iść do laryngologa, bo straciłem głos.

Arturze, proszę o adres na mejla, żebym mógł ci wysłać książkową pocieszenia.

TweetPozakonkursowo potraktowałem dwie ujmujące notki Kuby i TymoPrawilnie, o ich własnych futbolowych magicznych przeżyciach.

Kuba
Oczywiście rok 2014 obfitował w ważne wydarzenia piłkarskie. Nie zamierzam podważać fantastycznego finału Ligi Mistrzów, jak i odbywających się co 4 lata Mistrzostw Świata. Jest jednak jeden problem. Moim najbardziej magicznym momentem mijającego już roku był debiut na boiskach A-klasy . Szaleniec powiedzą, performer. Ronaldo i Messi biją fantastyczne rekordy, a ten kopie się po czole i to uważa za magię. Jednak coś w tym jest. Moim zdaniem piłka nożna dostarcza najwięcej radości, gdy sam ją uprawiasz. Nie jest ważne, czy grasz na orliku, na hali, czy w jakąś inną wersje (nie wiem na lodzie na przykład :P). Gdy walczysz z przeciwnikiem (niekoniecznie z Ramosem, czy Pepe), gdy strzelasz bramki (niekoniecznie Borucowi, czy Szczęsnemu), gdy zatrzymujesz kolejnego napastnika (nie Ibre, czy Messiego). Podczas rozgrywanego meczu przeżywasz te same emocje co gwiazdy największego formatu i to jest właśnie MAGIA! Te magiczne momenty towarzyszyły mi przez większą część roku. Istnieje ogromna różnica między oglądaniem, a uprawianiem tego sportu. Niestety przekonuje się o tym od dwóch miesięcy, ale już niedługo wrócą magiczne weekendy na boiskach.

TymoPrawilnie
Na pewno takie przeżycie nie było związane z tym futbolem znanym z wielkich stadionów czy ekranu telewizora. Przed turniejem posypał się skład, który zbierałem i nie mogłem jednak nie pękać i zamiast dorosłych chłopów, postawiłem na kilku dzieciaków z podstawówki z mojego podwórka. Mimo, że w juniorach miałem opaskę kapitana to w tym wypadku dopiero poczułem ogromną odpowiedzialność i ją udźwignąłem, a dzieciaki w wieku 11,12 i 14 lat (w tym jedna strasznie uzdolniona dziewczyna, która jest córką gościa, który mnie wprowadzał w podwórkowe granie, gdy miałem 6 lat) potrafiły ograć dobrych 20 latków i zakończyć 5 drużynową grupę na 3 miejscu z jedną tylko porażką. Z pewnością było to nie tylko największe futbolowe wydarzenie tego roku, ale i całego mojego życia.

Gratuluje, wszystkim serdecznie dziękuję i oby w Nowym Roku czekało nas jak najwięcej piłkarskiej magii!

Happy New Year

Rooney: rozwiązanie konkursu

Magic by RooneyPrzepraszam, że z tak wielkim poślizgiem, ale nie zdążyłem rozstrzygnąć konkursu przed wyjazdem na wakacje, gdzie net pozwalał mi zaledwie zajrzeć od czasu do czasu na Twittera. Ale dobrze się składa, bo autobiografia Rooney’a właśnie dziś trafia do księgarń. Trzech zwycięzców oczywiście dostanie książki pocztą lada dzień. Jak zwykle ciężko było wybrać. Najbardziej spodobał mi się tekst dla Wayne’a gorzki, czyli ten PiotraCsx. Nie wiem co Was naszło, nigdy na konkurs nie nadeszło aż tyle utworów rymowanych. Postanowiłem wyróżnić jeden z nich, padło na baziego9. Trzecie miejsce dla Tomka Gąska, który zapamiętał Rooney’owi… występ w jednej z najsłynniejszych reklam sportowych ever.


Wreszcie wyróżnienia dla Macieja z przypomnienie czerwonej kartki z Portugalią na mundialu w 2006 roku i słynnym mrugnięciu okiem Cristiano Ronaldo, co obficie wspomina Wayne w autobiografii, zdradzając jak to naprawdę było z powrotem ich obu do United…

Oto wyróżnione notki. Zwycięzców proszę o mejle z adresem. Wszystkim dziękuję za udział. Nie odchodźcie daleko, ponieważ lada moment cały grad konkursów. Regularnie robię na Twitterze #KoszulkaZaTweeta gdzie można wygrać fajne koszulki różnych reprezentacji i klubów. Ot dziś z okazji ostatniej batalii o Ligę Mistrzów będę rozdawał koszulkę Red Bull Salzburg…

 Wayne Rooney - MOja Dekada w Premier League

PiotrCsx
Nigdy nie wybaczę Rooneyowi tego, z jaką łatwością bawił się uczuciami kibiców United. Prawdziwy Czerwony Diabeł powinien wykazywać się walecznością na boisku i oddaniem dla klubu poza nim. I przez lata był Wayne Czerwonym Diabłem. Był nim i wtedy, gdy biegał za trzech po boisku w każdym meczu, i wtedy, gdy całował herb Manchesteru przed kibicami Evertonu, demonstrując, że to jest „jego klub”, i nawet wtedy, gdy tak angażował się w mecz, że czasem nie panował nad emocjami…

Przestał być jednak Czerwonym Diabłem, gdy miłość do pieniędzy przesłoniła mu miłość do klubu, gdy przestał rozumieć, że dobro klubu zawsze jest ważniejsze od interesu gracza.Czerwonym Diabłem nie może być ktoś,dla kogo liczba zer na koncie jest ważniejsza od spełniania marzenia o grze w największym angielskim klubie. Tej poniżającej klub walki o pieniądze nie da się niestety ot tak wymazać…

Rooney, choć dał wiele radości, jest postacią, której decyzje być może zamknęły drogę do miana prawdziwej legendy klubu… I choć jest kapitanem, to prawdziwym bohaterem i grającym symbolem klubu jest Darren Fletcher, który umiał pokonać przeciwności, stanąć do trudnego boju, by móc reprezentować barwy ukochanego klubu. Bo taki być powinien Czerwony Diabeł.

Wayne jest wielkim piłkarzem, ale co najwyżej „malowanym” Diabłem, a nie naturalnie czerwonym. Niestety.

bazi9
Ludzkie głowy z natury do wspomnień są skłonne,
tak też i ja mam rzeczy, których nie zapomnę.
I choć nad tematem tak wielu się głowi,
ja bez tchu wymienię, czego nie zapomnę Rooney’owi.

Więc może zacznę wspomnienia od prostego banału,
Nie zapomne gdy młody przerwał serię Arsenalu.
Bo trzeba mieć wielkich umiejętności pokłady,
By strzelić drużynie, której nikt nie dał rady.

Kolejne wspomnienie znaczenie ma ogromne,
i tak jak pozostałych na pewno nie zapomnę.
Gdy sięgnę w głąb pamięci to zawsze tam znajdę,
monent, gdy Wayne Rooney trafił do United.

A największe wspomnienie jest najbardziej banalne
mimo wszystko utkwiło w pamięci globalnej.
To co zawsze zostanie w pamięci każdego,
jest przewrotka Rooneya po asyscie Naniego.

Lecz nie tylko piłkarskie zostaną wspomnienia,
A ta rzecz pozasportowa nie ma dziś znaczenia.
Choć Rooney ma twarzy wiele to nie ucichną głosy,
Jak podczas wakacji doszczepili mu włosy.

I jak każdy pomnik, Roo niejedną ma rysę.
To kolejna rzecz, którą z swej pamięci wypiszę.
Zamiast z RPA wrócić w amitnej walki chwale,
Rooney wrócił z brakiem formy i zdrady skandalem.

Wiem czego Wazzie kibice nie wybaczą,
momentu, gdy radość mieszali z rozpaczą.
Bo jako kibic United pamiętliwy jestem,
gdy swój pomnik burzył Transfer Requestem.

Tomek Gasek
Nigdy nie zapomnę jak Wayne Rooney powstrzymał akcję Francka Ribery, dzięki czemu zdobył tytuł szlachecki, wartość funta pobiła wszystkie możliwe rekordy, a wszystkie nowo narodzone dzieci odziedziczały imię idola wszystkich Anglików. Oczywiście to wszystko nie miało miejsca w rzeczywistości, tylko reklamie Nike  Ale kto wie? Może największe sukcesy Rooney’a dopiero przed nim? Mistrzostwo Anglii, Liga Mistrzów, a za dwa lata zdobycie upragnionego przez wszystkich Anglików mistrzostwa Europy? Następnie oczywiście zasłużony tytuł szlachecki dla Wayne’a. Czy nadany przez królową Elżbietę II? Czas pokaże 

Maciej
Nigdy nie zapomnę, jak Wayne Rooney dostał czerwoną kartkę w meczu z Portugalią na Mundialu w 2006. Dopadło go dwóch Portugalczyków, którzy za wszelką cenę chcieli go raczej sfaulować niż wydrzeć mu piłkę. Każdy piłkarz świata by się przewrócił i dostał zasłużony rzut wolny. I nikt by go nie nazwał nurkiem, bo to co robili Portugalczycy nie było walką o piłkę, tylko wściekłym, kilkusekundowym szarpaniem przeciwnika. Kozak Rooney nie dał się przewrócić, nie stracił piłki. Śęk w tym, że kiedy zwlekający sędzia wreszcie odgwizdał faul, Wayne przypadkiem nadepnął na jaja Portugalczykowi, który przed chwilą chciał go skosić. Dostał czerwoną kartkę, Anglia odpadła, wybuchła afera, Wayne przejął od Becksa miano angielskiego kozła ofiarnego. A ja go za to uwielbiam dziś, bo takich Johnów McClane’ów w piłce dużo nie ma. Podziwiam za to Wayne’a, choć czasem myślę, że jestem jedyny, który nie wierzy, że biedny Rooney nadepnął specjalnie…

Rooney i czerwona kartka z Portugalią

Gdyby Klose wybrał reprezentację Polski…

Miro Klose i niedoszli kumple z reprezentacjiOto rozstrzygnięcie konkursu: fajnych kilka pomysłów, p ten, że staję się legendą Odry Opole (czyżbym domyślał się skąd jest autor?;) Najbardziej spodobały mi się notki Iniestião i Kasi. Raz, że pozytywnie widzące skutki tego wyboru (Kasia może aż nazbyt kolorowo, ale ma rację, że jak historia alternatywna to alternatywna) niż ci, którzy widzieli ją depresyjnie, że talent Miro rozpłynie się w polskim marazmie i nieudacznictwie. Co prawda u Iniestião więcej o skutkach wyboru Klose dla polskiego futbolu klubowe (miło było poczytać o Wiśle Kasperczaka w półfinale Pucharu UEFA, choć ciekawe czy Miro u boku Tomka Frankowskiego czy Macka Żurawskiego). Ale Kasia ze swoim pomysłem była o parę godzin szybsza. Oboje chyba trafnie napisali, że sukces wyboru Klose miałby wpływ i na decyzję Łukasza Podolskiego. Zatem: dwójka wygranych, dwie mundialowe koszulki reprezentacji Niemiec wyślę do Was, o ile podeślecie na mejla adres (z dopiskiem KONKURS KLOSE, bo zginie w spamie) i zaczekacie aż wrócę z mundialu. Wszystkim dziękuję i pewnie jeszcze jakiś konkursik wymyślę…

Iniestião

W 1999 21-letni Klose za namową Stefana Majewskiego podpisuje 2-letni kontrakt z Amicą Wronki. Po strzeleniu 11 goli, w pierwszym sezonie polskiej 1 ligi, zostaje ostatecznie kupiony przez Wisłę Kraków (o piłkarza mocno zabiegała również Polonia Warszawa). Klose świetnie wkomponowuje się w drużynę prowadzoną przez Henryka Kasperczaka, co owocuje debiutem w reprezentacji Polski w trakcie eliminacji mundialu. W Korei i Japonii drużyna Jerzego Engela odpada w 1/8 finału z Niemcami, a Klose jest wiodąca postacią reprezentacji.
W sezonie 2002/2003 w meczu 1/8 finału Pucharu UEFA z Lazio Rzym strzela gola na 2:2 i ostatecznie awansuje z Wisłą aż do półfinału. W 2003 roku wypatrzony przez skautów 18-letni Lukas Podolski, zainspirowany przebiegiem kariery Klose, trafia z rezerw FC Koeln do rosnącej w siłę Wisły Kraków. W sezonie 2005/2006 najlepsza polska drużyna awansuje bez problemów do Ligi Mistrzów. Wisła podziwiana w Europie, jako czarny koń, dochodzi aż do ćwierćfinału. W międzyczasie Podolski również debiutuje w reprezentacji.
Kadra Polski oparta na zawodnikach Wisły na mundialu w 2006 r. po pokonaniu Niemiec w fazie grupowej dochodzi do ćwierćfinału. Paweł Janas po otrzymaniu oferty z Schalke 04 rezygnuje z pracy selekcjonera. Kadrę przejmuje Leo Beenhakker. Gra reprezentacji Polski mającej w składzie m. in. Klose, Podolskiego, Lewandowskiego, Błaszczykowskiego czy Boruca budzi zachwyt u ludzi na całym świecie. Po udanych startach w Euro 2008 i mundialu 2010 nasza reprezentacja nadal utrzymuje się w europejskiej czołówce. Holenderski szkoleniowiec dostępuje zaszczytu prowadzenia reprezentacji Polski w trakcie Euro 2012. Kadra uzupełniona kilkoma młodymi, bardzo utalentowanymi zawodnikami osiąga poziom o jakim Polacy od dawna marzyli.
W pięknym stylu zostajemy pierwszy raz w historii mistrzami Europy, a Miroslav Klose bije rekord Włodzimierza Lubańskiego i zostaje najlepszym strzelcem reprezentacji Polski w historii. Leo Beenhakker odchodzi w chwale, a zastępuje go Marcelo Bielsa. Na mundialu w Brazylii już po dwóch meczach fazy grupowej 36-letni Klose wyrównuje rekord 15 goli Brazylijczyka Ronaldo…

Kasia
Co by było gdyby Miro Klose grał dla Polski? Wszystkie negatywne wyobraźnia pisane powyżej pewni, by się sprawdziły. W nas, kibicach, reprezentacji Polski tak wiele żalu, bólu i goryczy, że to wcale nie dziwi. Szczególnie, oglądając tak fenomenalny turniej, jak Mundial w Brazylii.

Spróbujmy jednak inaczej…

Jerzy Engel namawia młodego Klose dla gry dla nas, a podekscytowany Miro się zgadza. Jest młody, utalentowany, pełen pasji. Kocha Polskę, kocha swoją rodzinę, czuje się Polakiem, więc mimo, że niemiecka piłka dała mu tak wiele, to jego serce chce być przy jednej reprezentacji – Polski. Zgadza się więc i szybko dołącza do kolegów, próbując dopasować się do zgranego już składu.

Miro szybko się aklimatyzuje. Mówi po polsku, rozumie polskość, jest pracowity, ambitny i zostawi serce na boisku. Wszyscy zdają się go lubić. Od razu pokazuje się z dobrej strony i razem z reprezentacją wyjeżdża na Mundial do Korei i Japonii. I tam gra jak natchniony! Nie tylko strzela bramki, ale jest dobrym duchem zespołu, który potrafi mobilizować i któremu potrafi dodawać otuchy. Polskiej reprezentacji wszystko wychodzi i zostaje zatrzymana dopiero w półfinale. Klose jest architektem polskiego sukcesu i nazywany jest nowym Deyną, Latem i Bońkiem w jednym. Polacy z Mundialu wracają w glorii i chwale.

Kiedy w Niemczech objawia się talent Podolskiego to właśnie Miro Klose jest tym, który pomaga namówić swojego rodaka dla gry w polskiej reprezentacji. Wszystko udaje się znakomicie, a na EURO 2004 Polacy kwalifikują się bez problemów i jadą jako jedni w faworytów po wspaniałym występie w Koreii i Japonii. Miro i Łukasz na portugalskich boiskach są nie do zatrzymania. Wspierani przez całą kadrę, mkną jak burza, tworząc duet, jakiego Polska jeszcze nie miała. Świat jest zachwycony, kibicie mdleją z radości, wszyscy wspominają cudowne czasy polskiej piłki nożnej, przekonani, że teraz historia wróciła. Polska reprezentacja zdobywa vicemistrzostwo kontynentu i wydaje się, że nic nie może jej powstrzymać.
Kiedy zaczynają się MŚ w Niemczech, cała niemiecka prasa krzyczy, że Polacy ukradli im Klose i Podolskiego, ale głosy milkną, gdy Polska pokonuje Niemców w grupie, a Klose strzela dwa zwycięskie gole. Po zdobytych bramkach nie cieszy się jednal, oddając szacunek krajowi, który wychował go piłkarsko. Polska co prawda odpada w ćwierćfinale, ale w wywiadach Miro mówi, że jest szczęśliwy i spełniony, gra w reprezentacji którą kocha i dla kraju, który zawsze miał w sercu.

Polska reprezentacja osiąga kolejne sukcesy na EURO 2008 i Mundialu w RPA, ale ekstaza wybucha w 2012 roku, kiedy podczas EURO organizowanego na własnym podwórku Polacy zostają mistrzami Europy. Miro Klose podnosi w górę puchar i wie, że sukces w piłce nożnej można osiągnąć wszędzie, ale szczęście, spokój ducha i sumienia, grając tylko dla kraju, który ma się w sercu i śpiewając hymn, który powoduje jego drżenie.

Kiedy przed Mundialem w 2014 roku Miro Klose kończy karierę, na stałe osiada się w Polsce. Koniec.

A dzięki takim wydarzeniom, ja mogę na żywo oglądać uwielbianego przeze mnie piłkarza, razem w duecie z Podolskim, płacząc ze szczęścia, po każdym strzelonym golu Wtedy siedziałabym ubrana w koszulkę z orzełkiem, ale w tej rzeczywistości z oczami pełnymi łez ze szczęścia ubrałabym tę reprezentacji Niemiec, podczas oglądania finału tego Mundialu z ich udziałem, bo ponad wszystko wierzę, że tak będzie. Dla Miro, który zasłużył, jak nikt.

Jak ma być alternatywna rzeczywistość, to jest! W niej nie ma porażek, smutku i rozgoryczenia, te mamy w rzeczywistości,
Pozdrawiam, Kasia

Zasłużona Decima Realu, czyli gdyby Ramos nie strzelił tego gola…

Sergio Ramos po golu w finale Ligi Mistrzów!Ależ niesamowity finał Ligi Mistrzów! Dzięki pościgowi Realu po golu Diego Godina, szokującej wyrównującej bramce Sergio Ramosa w ostatnich sekundach meczu i trzem w dogrywce, przejdzie do historii i ustawi się na podium obok triumfu Liverpoolu ze Stambułu w 2005 roku i Manchesteru United z 1999 w Barcelonie. Chwała „królewskim”, którzy w przekroju całej edycji Champions League zasłużyli na Decimę, czyli dziesiąty Puchar Europy (zwłaszcza za pamiętny dwumecz z Bayernem Monachium), chwała Carlo Ancelottiemu, „sile spokoju” w tych krytycznych momentach, który dołączył do legendarnego Boba Paisley’a, jedynego dotąd trenera – zdobywcy trzech Pucharów Europy. Chwała Cristiano Ronaldo za 17 goli w rozgrywkach, na którego barkach obsesja fanów Realu o Decimie ciążyła chyba najbardziej.

Gloria Victis, czyli chwała i pokonanym, których ciepło będziemy wspominać za rzucenie wyzwania możnym świata futbolu i rzeź Barcelony i Chelsea w drodze do finału (skalp wzięli i w La Liga). Choć trudno chwalić Atletico za sam występ w finale w Lizbonie, nie można nie współczuć im za okoliczności porażki. Wyobraźmy sobie jednak co zapamiętalibyśmy z finału, gdyby Ramos nie doznał iluminacji w 93. minucie i mecz zakończyłby się triumfem piłkarzy Diego Simeone?

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… uznalibyśmy, że był to jeden z najbrzydszych finałów w historii, w którym zwycięzców po zdobyciu gola przestał interesować futbol, a jedynie zachowanie wyniku. Którzy gasnąc w oczach, „oddychając rękawami”, „jadąc na oparach” skupiali się na brutalnych faulach i wybijaniu desperacko dążącym do wyrównania rywalom futbol z głowy.

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… antybohaterem finału ogłosilibyśmy Ikera Casillasa, który po konflikcie z Jose Mourinho w ostatnim sezonie i tak stracił sporo serc fanów „królewskich”. Teraz zostałby do reszty odartym z resztek „świętości”, stając się piłkarzem przeklętym, tym którego błąd kosztował Real jedną z najboleśniejszych porażek w historii, może nawet bardziej niż 0:5 z Barceloną Pepa Guardioli w 2011 roku, bo lokalnym rywalem-kopciuszkiem. Nie dziwię się, że Casillas zacałował Ramosa po gwizdku na dogrywkę…

Ramos zacałowany przez CasillasaGdyby Ramos nie strzelił tego gola… narzekalibyśmy na brak blasku największych indywidualności Realu. Zwłaszcza Cristiano Ronaldo, któremu być może znów wytykalibyśmy, że nie potrafi być liderem w meczach o największą stawkę. Że przez 90 minut niemal nie stworzył zagrożenia, a Estadio da Luz znów stało się grobem jego wielkich marzeń, po finale Euro 2004 z Grecją.

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… marudzilibyśmy i na Karima Benzemę (właściwie nadal możemy), a Garethowi Bale’owi wypominalibyśmy trzy zmarnowane „setki”, zastanawiając się czy Real nie wywalił 85 milionów funtów w błoto. Tymczasem – jak tweetowałem – golem na 2:1, gdy zawisł w powietrzu niczym Michael Jordan, potwierdził swą galaktyczność i spłacił cenę do ostatniego pensa.

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… być może machnęlibyśmy ręką na nieodpowiedzialną decyzję Diego Simeone, by wystawić od pierwszych minut Diego Costę. Czyżby aż tak uwierzył w terapię końskim łożyskiem serbskiej guślarki? A może – jak porzucił w studiu Ligi Mistrzów Zbigniew Hołdys – w przeciwieństwie do Carlo Ancelottiego wciąż jeszcze za dużo w nim piłkarza, a za mało doświadczonego trenera i nie umiał mu odmówić. Bo wiedział co gra w duszy Costy i jak bardzo chce zagrać mimo niewyleczonej kontuzji. Przecież sam wmówił swoim zawodnikom wolę walki i parcie do celu za wszelką cenę bez względu na koszty…

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… bohaterem finału ogłosilibyśmy pewnie Diego Godina, Twitter już zresztą szalał, pisząc o „God in Atletico”. Czy Urugwajczyk dostanie jeszcze kiedyś okazję, że zostać bohaterem meczu o taką stawką. On i inni zawodnicy Atletico jak Felipe Luiz, Arda Turan, Adrian Lopez, Tiago, Gabi

Przewrotny i okrutny dla jednych, łaskawy dla drugich Bóg Futbolu zadecydował jednak inaczej i Ramos strzelił tego gola!

I spełniły się wszystkie marzenia Realu. Te małe o zemście na lokalnym rywalu za porażkę w finale Pucharu Króla na Santiago Bernabeu przed rokiem i w walce o mistrzostwo Hiszpanii w tym. I te wielkie o dziesiątym Pucharze Europy, w drodze po który kibice „królewskich” musieli znieść tyle upokorzeń – ze znienawidzoną Barceloną, ale i „parweniuszami” jak Olympique Lyon czy Borussia Dortmund – tyle nieudanych transferów, w tym także trenerskich, jak oddanie drużyny Jose Mourinho, który zraził do Realu rzesze kibiców w Hiszpanii i na całym świecie. Wszystko minęło, wszystko nie ważne, jest wymarzona Decima po niezapomnianym meczu!

A ja, w chwili tej zasłużonej chwały dla Realu nie waham się wyjątkowo zaintonować: bravo, hala Madrid!

Decima Realu Madryt!Ps, czyli rozwiązanie naszego konkursu. Oczywiście nikt nie był w stanie przewidzieć TAKIEGO scenariusza (choć ja sam obstawiałem 1-1, dogrywkę i dramat w karnych). W tej sytuacji beczki Heinekena otrzymają ci, którzy byli najbliżej: Cotammi (przewidział zejście Diego Costy i triumf Realu w dogrywce, choć nie trafił strzelców i bohatera spotkania), Kijan (przewidział triumf Realu i gola głową Sergio Ramosa, choć nie w tak dramatycznych okolicznościach) oraz Robespierre (triumf Realu, brutalne faule Atletico, nieobecność Costy). Gratuluję, proszę o adresy na mejla, beczki drodze. Najbliższe dramaty już za chwilę podczas mundialu w Brazylii!

Finał Ligi Mistrzów: Książęta i Żebracy (konkurs!)

Zrzut ekranu 2014-05-22 o 19.00.18Okładka „PS” specjalnie wyrysowana na finał przez portugalskiego grafika, Daniela Garcię

Paradoksalnie choć tegoroczny finał Ligi Mistrzów to wewnętrzna sprawa już nawet nie jednego kraju jak przed rokiem w niemieckim finale na Wembley, ale po raz pierwszy jednego miasta, cały świat wypatruje wydarzeń w Lizbonie jak starcia dwóch wielkich nacji. O kompletnie odmiennej filozofii, pomyśle na grę, historii. Jakby znów to wielki AC Milan grał z Liverpoolem, albo FC Barcelona z Manchesterem United. Mecz Atletico z Realem to może nie tak uwielbiana przez kibiców odsłona odwiecznego zmagania dobra ze złem. Prędzej „Księcia” z „Żebrakiem”, jeśli spojrzeć na budżety obu klubów i ceny, za jakie ściągnięto poszczególnych zawodników.

Atletico przez długie lata odganiane halabardami sprzed drzwi na salony wreszcie, za sprawą swego charyzmatycznego wodza zmieniło się w pazerną (trofeów) bandę, która wdarła się na nie i plądruje bez opamiętania. Łupem piłkarzy Diego Simeone padło już mistrzostwo Hiszpanii, wybitni fechmistrzowie z Barcelony sześciokrotnie w tym sezonie próbowali ich powstrzymać i nie udało się ani razu, Real ograbili z Pucharu Króla jeszcze w ubiegłym sezonie.

Trudno nie przywołać FC Porto i reprezentacji Grecji z 2004 roku, kroczących po wydawałoby się, niedostępne dla nich trofea, po trupach utytułowanych rywali, dzięki swej determinacji i charyzmie trenerów. Przy tym piłkarze Simeone, podobnie jak wówczas zawodnicy Jose Mourinho i Otto Rehhagela zdają sobie sprawę, że to okazja jedna na milion, która więcej się nie powtórzy. Muszą im dźwięczeć w uszach słowa byłego zawodnika Reala, Francisco Pavona, który stwierdził, że Królewscy awansują do finału Ligi Mistrzów jeśli nie za rok, to za dwa lub pięć, Atletico poczeka na to pewnie kolejne 40 lat jeśli nie więcej”.

Ale i Real ma sympatię świata, odzyskując ją pod wodzą Carlo Ancelottiego po „ciemnych wiekach” Mourinho. Z laureatem „Złotej Piłki”, Cristiano Ronaldo, iście galaktycznym Garethem Bale’m, niesamowitym Angelem di Marią czy leczącym frustrację tylko w Lidze Mistrzów, wciąż wielkim Ikerem Casillasem jest przy Atletico prawdziwy księciem. Tyle, że to książę w sytuacji Księcia Karola, więdnącego już tyle długich lat w tęsknocie o koronacji. Dwanaście lat bez Pucharu Europy, to dla kibiców i piłkarzy „królewskich” wieczność prowadząca do obsesji o „La Decima”. Czyja obsesja wygra w sobotę na Estadio da Luz, ta żebracza „jedynej okazji” czy „królewska”, nie mam pojęcia!

UWAGA: KONKURS!
na Wasz scenariusz!
A teraz już ostatni w tej edycji konkurs, w którym do wygrania beczułki Heinekena – w sam raz żeby opić sukces zwycięskiej drużyny w finale lub osłodzić sobie (z goryczką) klęskę. A jeśli Real i Atletico ani Was ziębią ani grzeją, po prostu udanie rozpocząć mundial. W każdym razie mecz jak zwykle możecie obejrzeć w jakości HD na liga.heineken.pl

Co tym razem?
Pomyślałem, że chcę od Was scenariusza tego co wydarzy się w sobotę na Estiadio da Luz! Nie tylko wynik (ja sam obstawiam 1:1, dogrywkę i karne), ale prawdziwy scenariusz: kto obejmuje prowadzenie, kto wyrównuje, albo podwyższa wynik. Kto pierwszy schodzi z boiska powalony kontuzją (duże szanse, że reanimowany przez serbską guślarkę Diego Costa) albo czerwoną kartką. Kto powoduje karniaka, kto go broni, lub puszcza po rękawicach… Bohaterem Iker czy Thibaut Courtois po efektownym #thibautingu w końcówce? Cristiano z wolnego? Bale po ucieczce i nieskutecznej pogoni przez 3/4 boiska?
A cholera wie co się zdarzy. Tzn Wy macie wiedzieć! I napisać w komentarzach! Najfajniej napisany i najbliższy realiom scenariusz nagrodzę! Czekam do pierwszego gwizdka.

RealAtleti

Być jak Tomek Zimoch… (konkurs i zaproszenie)

A350A oto i spóźnione rozwiązanie naszego heinekenowego konkursu. Beczułki tego pienistego trunku umilą oglądanie finału Ligi Mistrzów w Lizbonie Tomkowi, Wiktorowi i Spa10. Mam wrażenie, że wszyscy i dość wstrzemięźliwie potraktowali zadanie i tekstom daleko do pełnego fajerwerków strumienia podświadomości i skojarzeń jakie funduje nam Tomek Zimoch co relacja, ale on ma łatwiej, bo robi wszystko na spontanie, Wy jednak odtwarzaliście, czasem bardzo odległe emocje. Inna rzecz, że mogłem zamówić pliki dźwiękowe, może tam więcej by się działo;) Nota bene konkurs na liga.heineken.pl wciaż trwa, a nas czeka jeszcze jeden wieczór Ligi Mistrzów – finałowy.

Oto nagrodzone notki, autorów proszę o mejla, by móc wysłać nagrody, a WSZYSTKICH, którzy w czwartek mogą być w Warszawie serdecznie zapraszam do Baru Champions w Hotelu Marriott na pierwsze spotkanie z cyklu „Przegląd i Przyjaciele”, podczas których chcemy spotykać się z Wami, by wspólnie pogawędzić o futbolu (i nie tylko). Pretekstem czwartkowego spotkania (o 18.00!) będzie zakończenie sezonu Premier League, a gośćmi specjalnymi znany i lubiany duet komentatorów NC+, Andrzej TwarowskiRafał Nahorny. W rolę moderatorów wcielmy się z Przemkiem Rudzkim. Powinno przybyć też sporo znajomych z redakcji Przeglądu, jego felietonistów oraz przyjaciół z innych mediów. Szczegóły tutaj. Zapraszamy serdecznie!

Spa10
Ciekawy konkurs, i wbrew pozorom wcale nie taki prosty. Ciężko chociaż próbować podrobić niepowtarzalnego Pana Tomasza. A jeszcze trudniej zmieścić się w 1500 znakach. Mój wybór pada na 1999 rok…
… i jeszcze jeden rzut rożny dla United! dosłownie przed chwilą wykonując kornera z tego samego miejsca David Beckham w swojej pięknej stylistycznie blond fryzurze wrzucając piłkę w pole karne dał początek akcji, która zapisze się w sportowych annałach po wieczność.
Proszę państwa! Co tu się dzieje! Niemieccy kibice odwracają wzrok, nie chcą na to patrzeć. Kibice z Anglii zaciskają kciuki, przed chwilą uciekli katowi spod topora, a teraz chcą więcej! To oni chcą położyć głowę kata na pieńku!.. Beckham bierze rozbieg.. i skacze.. i GOOOOOOOOOOOL. ZROBILI TO! Jeszcze raz! Solskjaer! Dwa do jednego dla Manchesteru United! Przecież oni nie mieli już prawa tego wygrać, wracają nie tylko do świata żywych, ale i wygrywają wszystko!
Cała ławka trenerska, wszyscy rezerwowi wyskoczyli ze swoich miejsc niczym z katapulty, pognali w kierunku tego norwega o słodkiej niczym kilkuletnie dzieciątko twarzy, który teraz jest mordercą Niemieckich nadziei na puchar! Ta twarzyczka, jest teraz najbardziej uśmiechniętą twarzą na całym świecie! To on dołożył tylko nogę od której odbija się piłka i wylądowała w siatce, on jest tym katem, który ucina głowę bawarskiej bestii! Piłkarze Bayernu pod swoimi palcami już czuli chłód srebra z którego wykonany jest puchar. Oni już świętowali, już było słychać wystrzały korków od szampana, a w ciągu trzech minut okazało się, że nie ma w całej Bawarii takiej ilości piwa, która pozwoliłaby niemieckim piłkarzom zapomnieć o tej klęsce. Jej widmo będzie powracało do nich w snach niczym najgorsza senna zmora do końca ich piłkarskich karier, do końca życia i kto wie, czy nie dłużej! Bo to Manchester wzniesie dzisiaj to trofeum! W ich herbie diabełek, czerwony niczym gorąca krew wrząca w ich ciałach i nie da się inaczej nazwać tego, co właśnie sprawili drużynie z Monachium! T-O J-E-S-T PIEKŁO!

Tomek
Carvajal podaje do Coentrao ten do Bale’a i ajjj… wypuścił sobie piłkę chyba za daleko. Bartra będzie pierwszy, ale jednak, AAA JEDNAK Bale dobiegnie pierwszy, tak Baaaleeee dobiegnie pierwszy do tej piłki nie dogoni go Bartr. Teraz zostaje mu tylko Lopez a może poda do Benzemy, nie jednak oddaje strzał a piłka przelatuje Lopezowi pod nogami! Niesamowite!!! Goooooool braka fenomenalnego Garetha Bale’a, który niczym pocisk ziemia – ziemia przeleciał obok zdezorientowanego całą sytuacją obrońcy Barcelony i umieścił piłkę między nogami bramkarza. Nie powstrzymał go Bartra mimo wypchnięcia daleko za linię boiska. Ach jakże ten chłopak biega, oszukał Bartrę jak przemądrzały gimnazjalista, łatwowiernego przedszkolaka w piaskownicy dając mu kilka groszy w zamian za banknot! Jak przemiły kieszonkowiec oferujący starszej pani bezpieczne przeprowadzenie przez ruchliwą ulicę. Perfidnie, bezlitośnie i z zimną krwią okradł Barcelonę ze złudzeń, obnażając ich dramat i bardzo złą passę. Gareth Bale odebrał Katalończykom tą bramką, chęć do gry w piłkę. Strzał między nogami Lopeza był tylko dopełnieniem jego bezczelnej precyzji. Wykonał na nim wyrok jak na chłopaku, który pcha się na wiejską dyskotekę i dostaje stempel na czoło zamiast na rękę. Spoliczkował całą drużynę po obu stronach twarzy nie czekając aż sama nadstawi drugi policzek. Tą akcją pokonał sam całą Barcelonę niczym brytyjski rycerz krucjaty, spadający jak grom z jasnego nieba na bezbronnych konkwistadorów!

Wiktor
Ależ trudno jest dziś Chelsea przedrzeć się pod pole karne Bayernu! Brak już taktyki w tym rozpaczliwym przemarszu wojsk. To jest jednak ten moment piłkarskiej wojny, w którym taktyka schodzi na dalszy plan, a do głosu dochodzi dzielność i brawura odpowiednio przeszkolonych żołnierzy. Ale i tutaj wszystkie atuty ma Bayern. To on prowadzi w tym konflikcie. To na jego ziemi, na Allianz Arenie w Monachium, toczą się działania zbrojne. Teraz musi tylko odeprzeć ten ostatni atak Chelsea. To już 88 minuta. Z rzutu rożnego będzie dośrodkowywać Juan Mata – hiszpański rozgrywający, Napoleon niebieskiej armii Londynu. Brakuje mu w polu karnym największego wojownika, Johna Terry’ego, ale reszta kompanii gotowa jest przecież zastąpić swego kapitana.
Mata ostro w pole karne, Drogba głową i gooool! Przerwał zasieki rywali i pokonał Manuela Neurera! Nie zdążyli Lahm i Boateng, wyrwał im się Drogba i huknął jak armaty! Bez szans bramkarz Bayernu! Ale Drogba to nie jest zwykły żołnierz, to przecież prawdziwy czołg! Dziś zasłużył na ten przydomek jeszcze bardziej niż wcześniej! Cieszą się kompani, cieszy się Drogba i sunie na swych nogach, na tych naoliwionych gąsienicach w stronę kibiców, ha, salutuje im teraz z okazji dobrze wykonanego zadania! Spisywali go na straty, mówili że jest za stary, zbyt wolny i nie tak silny jak kiedyś, ale dziś to ten 34-letni weteran przedłuża nadzieje Chelsea na zwycięstwo. Nie udał się Bayernowi blitzkrieg na Allianz Arenie i chyba będziemy świadkami dogrywki!

Wybierzmy Sportowe Wydarzenie 25-lecia!

PS_25l4 czerwca 2014 roku minie ćwierć wieku od wyborów z 1989 roku, które zakończyły się wielkim zwycięstwem Solidarności, pieczętując upadek komunizmu i dając impuls do przemian politycznych, gospodarczych i społecznych nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Był to wielki triumf wspólnoty. Warto więc dziś wspólnie zadać sobie pytanie, co nam dzięki tym przemianom i takim ich skutkom jak wejście Polski do Unii Europejskiej najbardziej się udało? Stąd pomysł „Przeglądu Sportowego” i redakcji sportowej TVP byśmy wspólnie z Wami wybrali Sportowe Wydarzenie 25-lecia w naszym kraju.

Wszyscy kandydaci w Plebiscycie

PRL miał swoje niezapomniane imprezy, dziś obrosłe już legendami jak kolarski Wyścig Pokoju, zwycięskie mecze hokeistów z ZSRR, kadrowiczów Kazimierza Górskiego z Anglią w Chorzowie, sukcesy lekkoatletów na Stadionie XX-lecia, na którego miejscu króluje dziś Stadion Narodowy czy wygrane turnieje bokserskie pięściarzy Papy Stamma. I wiele innych. Ale i my w ostatnich 25 latach nie mamy się czego wstydzić. Mieliśmy imprezy, którymi żyliśmy przez długie miesiące, najpierw przygotowań, potem pękaliśmy z dumy gdy trwały, a gdy wybrzmiały, dyskutujemy o nich do dzisiaj. Żadne z PRL-owskich wydarzeń, choćby nawet najbardziej wspierane przez ówczesne władze w ramach propagandy sukcesu, nie mogą się równać z organizacją mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012. Imprezą prawdziwie globalną, z której przygotowaniem wykonaliśmy drugi największy skok cywilizacyjny, po odbudowie Polski z wojennych zgliszczy. Przede wszystkim zmieniliśmy postrzeganie naszego kraju w Europie – ironiczne „polnische Wirtschaft” stało się synonimem sukcesu.

A przecież kandydatów jest więcej: Finał Ligi Światowej siatkarzy w 2001 i koszykarski Eurobasket w 2009. Kolarski Tour de Pologne, zachwycający co rok profesjonalizmem na poziomie Tour de France czy Giro d’Italia, wszedł zresztą przecież do prestiżowego Pro Tour czy Halowe Mistrzostwa Świata w lekkiej atletyce w Sopocie w 2014. Walka bokserska o mistrzostwo świata w wadze ciężkiej Kliczko – Adamek na Stadionie we Wrocławiu czy wreszcie Puchar Świata w skokach narciarskich w Zakopanem w 2002 roku. Ten gdy pod Wielką Krokiew, dmuchać pod narty idolowi całej Polski, Adamowi Małyszowi zjechało ponad 50-tysięcy narodu, dając gigantyczną salwę do „małyszomanii” i tworząc tak wyjątkową atmosferę, że czołowi skoczkowie narciarscy świata wspominają ją do dzisiaj.

A Wy z której sportowej imprezy w Polsce jesteście najbardziej dumni? Zapraszam do wspólnych wspomnień i wspólnej zabawy!

Sprawdź Regulamin Konkursu

Perełki, czyli Wasi bramkarze nr 1

perelka

Oto wyniki konkursu na Wasz Bramkarski Nr 1 Wszech Czasów. Jak widzicie znalazł się tu bramkarz fikcyjny, rymowany Artur Boruc, Edwin Van Der Sar i Iker Casillas. Podobała mi się też notka o Dino Zoffie, niestety autor nadesłał ją po deadlinie, nie mogę więc jej nagrodzić, ale chociaż opublikuję na końcu wyróżnionych notek. Zwycięzców poproszę o adresy, boję się wszakże, że książki dojdą już po świętach. A już za chwilę kolejny książkowy konkurs przy okazji recki wyjątkowej pozycji.

Najpierw jednak zapraszam do obejrzenia rozmowy o Gigi Buffonie z zapaleńcami z JuvePoland.com, stojącymi za szybkim przetłumaczeniem i wydaniem jego autobiografii na naszym rynku. Gadamy o miejscu jakie zajmuje Buffon w sercach kibiców Juve po swoich wieloletnich występach i decyzji o pozostaniu w Juventusie po degradacji do Serie B i ocenę jego dzisiejszej formy i szans by stać się bohaterem mundialu w Brazylii…


Perełka
Milanista35

Niski, szczupły, uczesany na jeża, o twarzy wątłej, upstrzonej piegami. Źle ubrany, zaniedbany, wrzaskliwy, gotowy do zaczepki, ale najgorliwszy miłośnik piłki nożnej, noszący w sercu umiłowanie do sportu. Rzeczywistość powojennej Warszawy. Tutaj rozegrał swój pierwszy mecz szmacianą piłką,tutaj przeżywał pierwsze emocje walki o obronę bramki,tutaj uczył się abecadła piłkarskiego. Tutaj wziął udział w pierwszym turnieju „dzikich drużyn”o puchar Expressu Wieczornego. Tutaj jego ukochana SYRENKA stanęła naprzeciwko słynnego Huraganu.
„Królewicz ledwo dostrzegalnym ruchem nogi oddał piłkę nadbiegającemu Skumbrii. Ten w pełnym biegu posłał ją na bramkę.
Och!… – wyrwał się okrzyk podziwu wśród publiczności,ale w tej samej chwili ponad ławę sunących na bramkę graczy wyskoczył jak sprężyna mały, zwinny Perełka. Jego chude ręce dosięgły piłki i ściągnęły ją jednym ruchem na ziemię.
Brawo! Brawo Perełka! zawołali zwolennicy SYRENKI. Niebezpieczna akcja została zlikwidowana”. W kluczowym dla losów spotkania momencie,w samej końcówce „Skumbria posłał piłkę do skrzydłowego,skrzydłowy momentalnie przerzucił ją do Królewicza, a ten minąwszy obrońcę strzelił ostro w stronę bramki. Żółta koszulka Perełki śmignęła w powietrzu, jego drobne ciało wyciągnęło się w klasycznej robinsonadzie a dłonie jak magnesy złapały ostro piłkę”
Dla nas czytających to dzisiaj to był tylko mało istotny,wywołujący delikatny uśmiech politowania, turniej juniorów. Dla Perełki to było wydarzenie na miarę dzisiejszego występu w finale Ligi Mistrzów.
Tak, Boguś Albinowski zwany Perełką jest postacią fikcyjną. Wytworem wyobraźni Adama Bahdaja który losy mikrusa z warszawskiej Woli przedstawił w książce „Do przerwy 0 1″.
Ale czy aby na pewno?Przecież takich chłopców jak Perełka marzących o karierze sportowca były wtedy setki a nawet tysiące. To byli mali bohaterowie zasługujący na szanse. Tylko,że wtedy rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.
Perełka,wzór do naśladowania. Na boisku i poza nim. Bohater

Artur Boruc
Kacper Powrózek

Zwiedziłem trochę świata
Artur Boruc – golkiper pierwsza klasa
Artur Boruc – lepszy od Casillasa
Tylko Artur Boruc – ekstraklasa

Edwin van der Sar
Łukasz94

W mojej ocenie na miano najlepszego bramkarza wszechczasów zasługuje kilku piłkarzy. Moim wyborem jest jednak.. Edwin Van Der Sar. Mimo faktu, iż nie przepadam za klubem w którym spędził ostatnie lata swojej kariery (sympatyzuję z Arsenalem) to uważam, że sukcesy osiągnięte przez Edwina całkowicie uprawniają mnie do takiej opinii. Najpierw przedstawię suche fakty.

Sukcesy Van Der Sara: 4x Premier League (07’, 08’. 09’, 11’), 5x Mistrzostwo Holandii (90’, 94’, 95’, 96’, 98’), 2x Liga Mistrzów z dwoma różnymi klubami (Ajax 95’ i Manchester United 08’), Puchar UEFA (92’), Puchar Interkontynentalny/Klubowe MŚ (95’ i 08’).

Jak widać, Holendrowi brakuje jedynie sukcesu osiągniętego ze swoją reprezentacją, jednak nie może to mieć większego wpływu na jego ocenę. Nie negujemy przecież wartości Messiego bądź Cristiano Ronaldo z powodu braku zdobycia Mistrzostwa Świata bądź Mistrzostwa Kontynentu. Edwin mimo, że nie osiągnął poważnego sukcesu ze swoją reprezentacją może poszczycić się kosmiczną liczbą występów w bramce „pomarańczowych”. 130 – tyle razy strzegł bramki Holendrów Van Der Sar. Aby lepiej zobrazować ogrom tej liczby wystarczy powiedzieć, że tylu meczów dla „Biało czerwonych” nie rozegrali łącznie Jerzy Dudek z Arturem Borucem. Tyle razy mandarynkowej koszulki nie ubierali De Boer, Koeman ani Bergkamp.

Najlepsze lata swojej kariery Van Der Sar przeżył w Anglii. Dobre występy w bramce drużyny z Craven Cottage poskutowały transferem do klubu z Old Trafford. Doświadczenie zebrane podczas całej kariery Van Der Sara wniosło dużo spokoju w grę defensywną drużyny Sir Alexa Fergusona. Lata spędzone na Old Trafford skutkowały zdobyciem wielu trofeów a wysoki Holender miał ogromny udział przy ich zdobyciu. Serie rzutów karnych z udziałem Manchesteru United zawsze kończyły się pomyślnie Czerwonych Diabłów gdy bronił EVS. Ogromny udział Holender miał przy zdobyciu Tarczy Wspólnoty w roku 2007 i 2008. Obronił wówczas po 3 rzuty karne, które zapewniły końcowy triumf Manchesterowi United odpowiednio nad Chelsea i Portsmouth. Po raz kolejny karne przeciwko The Blues miał okazję bronić w finale Ligi Mistrzów 2008. One również skończyły się powodzeniem drużyny Holendra. Podczas swojej kariery Edwin miał również serię 14 meczów z rzędu bez straconej bramki, co świadczy nie tyle o szczęściu ale o dobrej grze defensywnej Czerwonych Diabłów której najważniejszą postacią był właśnie Van Der Sar.

Holenderski bramkarz może być przykładem nie tylko dla młodych piłkarzy, ale również dla tych bardziej doświadczonych. Najlepsze chwile w swojej karierze Van Der Sar przeżywał w wieku, w którym wielu piłkarzy kontakt z piłką ma jedynie przed ekranami telewizorów.

Iker Casillas
KachaAnt

Bramkarz wszechczasów? Ciężkie pytanie. Mogę się podpierać tylko dwudziestoma latami obserwacji, więc o wszechczasie ciężko mówić. No ale spróbujmy.
Aha, nie będę rzucała tu statystykami, wspomnieniami wspaniałych akcji które były któregoś tam dnia, któregoś tam roku (no może kilka, jednak będzie). Będzie to opinia subiektywna, opinia, która się sformułowała w głowie przy haśle „Najlepszy Bramkarz Wszechczasów” :)
W pierwszej kolejności pomyślałam o Gigim Buffonie. Odkąd sięgam pamięciom to On jest między słupkami. W Parmie, potem Juve i oczywiście w reprezentacji Włoch. Ilość tytułów, które zdobył ciężko zliczyć. Nie bez przyczyny Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu wybrała Go najlepszym bramkarzem dekady. Dla mnie jako dzieciaka przede wszystkim, wydarzeniem było oglądanie Jego parad w trakcie meczów reprezentacji Włoch. (Wiecie jak jest, Ligę Mistrzów mogłam pooglądać co najwyżej w skrócie w Teleekspresie, bo jak się miało tych lat kilka mniej to niestety, ale godzina policyjna nie ma zawieszenia, dlatego, że gra Gigi ;) ).
Jednak, jako prywatnego zwycięzcę tego rankingu muszę wskazać tego, który stał po drugiej stronie PGE Areny w Gdańsku 10.06.2012 roku.
Za Casillasem przede wszystkim idą wyniki. Mam na myśli to, że to właśnie on dwukrotnie z rzędu podnosił Puchar Mistrzów Europy i raz (póki co) Mistrzów Świata z reprezentacją Hiszpanii. Nie tylko Puchar ten podnosił, ale bez niego istnieje spore prawdopodobieństwo, że tych pucharów by nie było. Jest to facet, który jak nikt czuje i czyta grę, a między słupkami zaprzecza prawom fizyki. Owszem teraz, z niejasnych przyczyn, w swoim ukochanym klubie ma funkcję rezerwowego. Mimo wszystko, to niewyobrażalne marnotrawstwo talentu i umiejętności, jakie pokazuje Real Madryt, nie zaprzecza temu co mówią kibice. Ci jednym głosem mówią El Santo Iker Casillas.

Dino Zoff
Klemens

Mógłby być Oliver Kahn, mógłby Peter Bolesław Schmeichel, lecz jednak Dino Zoff.

Uzasadnienie

Dlaczego Kahn? Łatwo mu się pamięta nieszczęsną interwencję z finału mundialu z 2002 roku, która dała prowadzenie i złoto Brazylijczykom, zapomina się jednak, iż tamte Niemcy były chyba najsłabszymi w historii (z obroną włącznie), a mimo to tylko grubość włosa dzieliła je od zdobycia Pucharu Świata na wyłączność, wszystko to zaś dzięki Kahnowi, który niejako „zaciągnął” za uszy swą drużynę aż do finału – nigdy jeszcze nie widziałem, by w turnieju tak wiele zależało od bramkarza – ani wcześniej, ani później.

Dlaczego Schmeichel? Przed oczami staje mi Euro’96 i mecz Duńczyków – obrońców trofeum – którym wyraźnie nie szło, czas uciekał, wynik był niekorzystny, a to rywal w myśl zasady, iż najlepszą obroną jest atak, oblega duńską bramkę. Rzut rożny pod bramką Schmeichela, dośrodkowanie w pole karne. Pewnie wyłapane przez Petera. Standard? Błahostka? Tak, pod warunkiem, że następuje dwiema rękami. Tymczasem Schmeichel złapał piłkę – w tłumie rywali – JEDNĄ ręką, po czym przerzucił ją na „podkładkę” do drugiej, by następnie już zbliżającą się nogą posłać futbolówkę do „sępiącego” na kontrę napastnika – wszystko to idealnie zgrane, dowodzące uprzedniego zamysłu, by dokładnie tak rozegrać tę akcję. Wtedy uderzyły mnie dwie rzeczy – bramkarz klasowy nie może być zwykłym „piłkołapem”, zainteresowanym tylko swoim otoczeniem i swoją bramką. Drugą zaś – nigdy wcześniej ani później nie widziałem takiej demonstracji umiejętności bramkarskich ani wiary w siebie. Bramki przewrotką zdarzają się kilka razy w sezonie, „skorpiony” raz na kilka lat (pamiętam chociażby w wykonaniu właśnie Buffona, by oczywiście o takich Higuitach – mimo wszystko dość przeciętnych – nie wspominać) – a jak często wyłapanie dośrodkowania z rzutu rożnego jedną ręką?

A jednak Dino Zoff. Dlaczego? Ilu bramkarzy znacie, którzy najcenniejsze piłkarskie trofeum na świecie by zdobywali na boisku w wieku lat 40? Będąc jedną z kluczowych postaci zwycięskiej drużyny? Drużyny od zawsze przebierającej między bramkarzami znakomitymi a wybitnymi? By mówić o bramkarzu wszechczasów trzeba mieć na uwadze nade wszystko wieloletnią stałość a nie epizodyczną wielkość. Tymczasem Dino Zoff zdobył mistrzostwo Europy CZTERNAŚCIE lat przed mundialowym tryumfem. 6 lat później ustanowił do dziś niepobity rekord czasu bez straty bramki w meczach reprezentacji (1142 minuty pomiędzy 20 września 1972 a 15 czerwca 1974). Dino Zoff był wybitny w czasach swej młodości, był wybitny w czasach dojrzałości i był wybitny w czasach swej piłkarskiej starości – był wybitny zawsze.

Konkurs: Buffon. Numer 1. A Twój?

„Wielkość. I wierność.
Wolał grać w drugiej lidze niż opuścić ukochany Juventus.
W reprezentacyjnej i klubowej piłce wygrał niemal wszystko.
O swoim życiu i karierze.
Marzeniach i życiowych dramatach.
Szczerze, przewrotnie, ironicznie.
Piłkarska autobiografia numer 1”

to cytat z okładki autobiografii Gianluigi Buffona, która właśnie ukazała się na naszym rynku nakładem SQN, dzięki staraniom zapaleńców zrzeszonych w JuvePoland.com (kolejna po autobiografiach Antonio Conte i Alessandro del Piero). Pozycji wyjątkowej, bo chyba nie ma wśród Was nikogo, kto by nie lubił i nie szanował tego faceta, niezależnie od tego jakiej drużynie kibicujecie. Dla mnie, gdy słyszę jego nazwisko, pierwsze skojarzenie to „szacunek”. Nie tylko za to, że jest jednym z najwybitniejszych bramkarzy jakich dane mi było podziwiać na żywo. I pewnie mocnym kandydatem do tytułu bramkarza wszech czasów (zwłaszcza wobec ostatnich niepowodzeń Ikera Casillasa). Ale też z powodu wyjątkowej wierności ukochanemu klubowi, która nie pozwoliła mu opuścić drużyny po degradacji do Serie B, choć przyjąłby go każdy klub świata.

Tu 10 najlepszych parad Buffona, niektóre naprawdę fantastyczne, ale najlepsze w nich są te miny niedowierzania powstrzymanych strzelców…

Cieszę się, że dzięki tej książce dał nam się poznać bliżej. I odsłonił, pokazując, że nie jest supermenem-terminatorem, ale zwykłym człowiekiem, który ma uczucia. Choćby wówczas gdy już na samym początku opisuje jak popadł w depresję i szukał pomocy, by się z niej wydobyć. On – numer jeden Juventusu Turyn i reprezentacji Włoch! Po przegranym z Milanem finale Ligi Mistrzów w 2004 roku. „Czy to przez sławę i pieniądze? Myślę, że przyczyn było tysiące. Te dwie rzeczy w pewnym momencie w końcu się normują. Ktoś popada w depresję, bo nie może znaleźć właściwej kobiety, ktoś inny, bo nie wygra Ligi Mistrzów. Pamiętam jak ludzie mówili mi: ‚Ale co może obchodzić kogoś takiego, jak Gigi Buffon?’ Dla ludzi stajesz się idolem, ale nikt nie zapyta nawet: ‚Jak się masz?’”

(…) Marylin Monroe powiedziała kiedyś, że „Lepiej jest płakać w rolls-roysie niż w zatłoczonym tramwaju”. Cóż, nie miała racji. Ten, kto płacze w zatłoczonym tramwaju zdaje sobie sprawę, że może wyjsć, stać się lepszy i zmienić swoje położenie. Włoży w to więcej siły i determinacji i prędzej poradzi sobie z kryzysem, szybciej osuszy łzy. Kto zaś płacze na wygodnych siedzeniach rolls-roysa jest przekonany, że osiągnął już wszystko, dlatego dużo trudniej będzie mu wyjść z kryzysu. Nie umie nawet wyznaczyć sobie konkretnego celu, by zmienić swoją sytuację. Jeśli sięgniesz dna w taki sposób, nie masz już żadnej nadziei”.

Nie wiem jak Wy, ale ja w przypadku takich autobiografii najbardziej lubię wspomnienia z dzieciństwa, pierwsze mecze podwórkowe, relacje z rodzicami (ci Buffona byli nauczycielami WF), słowem, jak to wszystko się zaczęło, czy w tych małych dzieciakach (a Buffon był najmłodszy w rodzinie). Oto jedno z jego wspomnień z Pertegadu: „wstawaliśmy o 5.00 rano, obiad jedliśmy o 11.30, a kolację o 17.30. W pół do dziewiątej wieczorem piliśmy rumianek, a pół godzimy później kładliśmy się spać” (…) Tam na przykład zacząłem kolekcjonować karty Panini z wizerunkami piłkarzy. W 1983 dostałem w prezencie swój pierwszy album. Przeglądając go dzisiaj wciąż czuję podekscytowanie. Otwieram opakowanie, wyjmuję z niego dwie karty z piłkarzami Ascoli – Anzivino, Nicolinim – i znowu czuje się jak dziecko (…)

Pierwszą piłkę dostał od wujka. Chodziłem z nią na boisko 500 m od domu. Była to jedna ze słynnych wówczas piłek „supertele”. Nie dało jej się opanować, latała, gdzie tylko chciała. Z kolei tata kupował mi tylko piłki z gąbki, te do dostania na stacjach benzynowych. Zupełnie mi nie odpowiadała. Chodziłem grać w piłkę z kolegami starszymi ode mnie, byłem ich maskotką (…)
(…) Czasami bawili się ze mną jak wręcz z jakąś świnką morską. Mieli swoją ulubioną rozrywkę: wiązali mi ręce za plecami, po czym musiałem pokonywać przeszkody, robiąc koziołki. Ile razy obiłem sobie kości. Dzięki temu przezwyciężyłem strach przed rzucaniem się na ziemię, nawet gdy nie było śniegu amortyzującego upadek…

No więc już wiecie jak to się zaczęło u Gigi’ego:) Dalej już czytajcie sami. I piszcie!

UWAGA, KONKURS!

Dla trojga z Was mam autobiografię „Buffon. Numer 1″. Napiszcie w komentarzu kto Waszym zdaniem jest najlepszym bramkarzem wszech czasów? To wcale nie musi być bohater tej notki, ale ten, kogo naprawdę za takiego uważacie. Do dzieła, czekam do soboty do 12.00