Małysz i Stoch, czyli Superman kontra Batman

 

Małysz i Stoch, Superman i Batman

Muszę Wam się przyznać, że jestem wielkim fanem komiksów (bo już nie wszystkich filmów) o superbohaterach i całej mitologii z nimi związanej. W drugiej części słynnego filmu Quentina Tarantino „Kill Bill”, tytułowy bohater, którego gra David Carradine wygłasza kapitalny monolog na temat wyższości superbohaterów. Wyjaśnia w nim dlaczego najbardziej ceni sobie Supermana, który – choć wszyscy superbohaterowie są siłą rzeczy wyjątkowi – ten jest postacią unikalną. Otóż Batman to tak naprawdę Bruce Wayne, a Spider-Man to Peter Parker. Budzą się rano jako Bruce Wayne i Peter Parker. Stali się superbohaterami w wyniku splotu różnych okoliczności i żeby odegrać tę rolę muszą po cichu wbijać się w specjalny kostium…

Superman urodził się zaś jako Superman. Budząc się rano nadal jest Supermanem. Jego alter ego pozwalające mu egzystować w społeczeństwie to Clark Kent. Jeśli wkłada kostium, czyli okulary i garnitur to po to, żeby ukryć się w tłumie. W tym z literką „S” na piersi został znaleziony jako niemowlak z planety Krypton.

Przyznaję rację Tarantino co do wyjątkowości Supermana, ale moim ulubionym superbohaterem zawsze pozostanie Batman. Po pierwsze dlatego, że nie zyskał nadnaturalnej mocy w wyniku ukąszenia pająka jak Spiderman, ani nie ulega mutacji w wyniku promieniowania gamma jak Hulk. Sam podjął decyzję, żeby walczyć ze złem przybierając maskę, niczym nowoczesny Zorro. Czuję do niego sympatię, ponieważ cały czas jest pełnym słabości człowiekiem, tyle że wspomaga się supergadżetami. W dodatku, żeby prowadzić grę na co dzień zgrywa antypatycznego bufona i playboy’a. Prawdziwą, wrażliwą twarz musi cały czas skrywać, by nie zostać zdemaskowanym…

Odwieczne dywagacje na temat wyższości jednego superbohatera nad drugim przypomniały mi się, gdy po wygraniu przez Kamila Stocha Turnieju Czterech Skoczni (i zajęcia drugiego miejsca przed Piotra „Robina” Żyłę) między kibicami rozgorzała dyskusja kto właściwie jest polskim skoczkiem narciarskim wszech czasów? Czy dwa złote medale olimpijskie, jeden mistrzostw świata i wygrany Turniej Czterech Skoczni Kamila przebijają dokonania Adama, czyli cztery „Kryształowe Kule” za wygranie Pucharu Świata i cztery tytuły mistrzostwa świata?

Śledziłem spory na Twitterze, a „Gazeta Wyborcza” poświęciła zagadnieniu cały artykuł. Dla mnie ta dyskusja jest równie absurdalna i nierozstrzygalna jak w przypadku postaci z komiksów Marvella i DC Comics, tyle że tu obaj superbohaterowie są z krwi i kości. Ale jednocześnie bardzo pociągająca, bo nie ma dla kibica lepszej zabawy jak porównywanie nieporównywalnego, czyli zawodników różnych dyscyplin z różnych epok.

W przypadku naszych „Orłów” padały różne argumenty. A to, że złoto olimpijskie przykrywa każdy inny sukces, a tu jeszcze Kamil zdobył dwa złote krążki na jednych igrzyskach. Trzeba przyznać, że przynajmniej w tej klasyfikacji wygrywa z Adamem, który wywalczył trzy srebrne medale i jeden brązowy. Ale igrzyska to nie wszystko i nie wolno popaść w przesadę. Trudno np. uznać takiego Larsa Bystøla lepszym skoczkiem od Adama, bo Norweg zdobył złoty medal na igrzyskach w Turynie.

Z kolei Małysz jest zdecydowanie bardziej utytułowanym skoczkiem jeśli chodzi o mistrzostwa jak i Puchar Świata. Wygrał w karierze 39 konkursów PŚ, Kamil jak dotąd – 17. No i wielka jest siła rażenia „Kryształowej Kuli”, bo to nagroda za bycie najlepszym przez cały sezon. Czterokrotnie tej sztuki oprócz Adama dokonał tylko Fin Matti Nykänen, ale za to Polak jako jedyny trzy razy z rzędu! To dowód niebywałej dominacji. Kamil jest na najlepszej drodze do wywalczenia „dopiero” drugiej „Kryształowej Kuli” w karierze.

Jeśli oddać głos samym zawodnikom, to Małysz w niedawnym wywiadzie dla „Przeglądu” przyznał, że oddałby wszystkie swoje medale olimpijskie za jeden złoty Kamila i spłakany po triumfie młodszego kolegi w TCS 16 lat po swoim własnym, przyznał, że „Orzeł z Zębu” przebił jego dokonania.

Co innego jednak prawda zawodnika, a co innego prawda kibica, która przypomina unikalność i niepowtarzalność „małyszomanii”. Pierwsze sukcesy Małysza były najsłodsze, bo kompletnie niespodziewane niewytłumaczalne. Polak nie-wiadomo skąd przebił się na szczyt, lejąc uznanych, niemieckich (co nie bez znaczenia) mistrzów. Jego zawody oglądało przed telewizorem 14 mln widzów, a pod skocznię w Zakopanem potrafiło zjechać nawet 50 tys. ludzi!

No i gdyby nie sukcesy Małysza, prawdopodobnie nie było by Stocha. Nie tylko z powodu inspiracji, bo dzieciaki zyskały idola i ruszyły trenować skoki, ale także dlatego, że w efekcie tamtych sukcesów powstał dobry system szkoleniowy, a skocznie nie popadły w ruinę.

Z drugiej strony presja na barkach Kamila, by wejść w buty Adama i stać się jego następcą była potworna. Skakał w Zakopanem zdając sobie sprawę z oczekiwań, a jednak dał radę! Za to też należy mu się ogromny szacunek.

Sam nie umiałbym wygrać między naszymi superbohaterami jeszcze z jednego powodu: z oboma jestem związany emocjonalnie. Byłem na TCS w 2001 gdy Małysz wygrywał go po raz pierwszy i na czterech kolejnych turniejach (bylismy tam z Robertem Błońskim jednymi z nielicznych polskich dziennikarzy). Widziałem z bliska narodziny małyszomanii, ba swoimi tekstami przyczyniłem się odrobinkę do jej rozdmuchania, m.in. odkrywając tajemnicę słynnej „bułki z bananem” – taki tytuł miał nasz artykuł. Odkrywaliśmy magię skoków razem z resztą rodaków. Zwycięstwa Kamila też dane mi było przeżywać na żywo. A co ważniejsze miałem przyjemność wręczyć mu na scenie statuetkę Sportowca Roku podczas niezapomnianej Gali Przeglądu Sportowego i TVP. To też było emocjonalne przeżycie.

Dlatego umywam ręce. Wybierajcie który lepszy sami;)

Kamil Stoch i Adam MalyszA jak bukmacherzy widzą szanse Kamila na wygranie klasyfikacji końcowej Pucharu Świata? Faworyt!

Fortuna

 

 

Wyjątkowy taki Plebiscyt!

80 Plebiscyt Przeglądu SportowegoCzas zacząć ulubioną zabawę większości Polaków kochających sport i jednocześnie jedno z najważniejszych wydarzeń świata sportu w naszym kraju – doroczny Plebiscyt “Przeglądu Sportowego” na 10 Najlepszych Sportowców Polski. W tym roku czeka nas edycja wyjątkowa. Po pierwsze dlatego, że będzie to jubileuszowa – 80. odsłona drugiego najstarszego tego typu konkursu na świecie. W 1926 roku, z inicjatywy Kazimierza Wierzyńskiego, ówczesnego redaktora naczelnego „PS”, postanowiono, aby czytelnicy wybierali corocznie Dziesięciu Najlepszych Sportowców Polski, z których pierwszy zyskiwał miano Sportowca Roku. W gronie zwycięzców znaleźli się legendarni sportowcy rozsławiający Polskę na świecie. Wśród nich wymienić należy zarówno bohaterów 20-lecia międzywojennego, takich jak Halina Konopacka, Jadwiga Jędrzejowska, Janusz Kusociński, Wacław Kuchar czy Stanisław Marusarz, sławy powojenne – Irena Szewińska, Janusz Sidło, Ryszard Szurkowski, Władysław Kozakiewicz, Zbigniew Boniek, jak i współczesnych herosów sportowych aren z Justyną Kowalczyk, Otylią Jędrzejczak i Adamem Małyszem na czele.

Plebiscyt Przeglądu Sportowego

Ale po drugie ta edycja będzie wyjątkowa dlatego, że nasi sportowcy jakby umówili się, żeby uczcić jubileusz swego Plebiscytu i przez cały rok rozpieszczali kibiców sukcesami, spodziewanymi i niespodziewanymi, rozsławiając przy tym Polskę na całym świecie. Złote medale olimpijskie Kamila Stocha, Justyny i Zbigniewa Bródki, wielki triumf siatkarzy, którzy zdobyli mistrzostwo świata na turnieju we własnym kraju, ogromne sukcesy kolarzy Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majki, wór medali przywiezionych przez lekkoatletów z mistrzostw Europy w Zurychu, żużlowy wicemistrz świata, koszykarska mistrzyni WNBA, zapasy, żeglarstwo, kajakarstwo, tenis, pływanie, podnoszenie ciężarów – jakiej dyscypliny nie tknąć tam były sukcesy. Dostroili się nawet piłkarze Adama Nawałki, którzy odnieśli historyczne zwycięstwo nad Niemcami!

Teraz nadchodzi moment, by fani mogli odwdzięczyć się za emocje i łzy wzruszenia, oddając głosy na swoich ulubionych sportowych idoli w walce o prestiżowy tytuł Sportowca Roku. Przed głosującymi stoi piekielnie trudne wyzwanie, bo już od dawna nie musieli wybierać w tylu fantastycznych triumfach. Czy wyżej ocenią złoto Justyny na igrzyskach w Sochi, wybiegnięte ze złamaną kością śródstopia czy historyczne dwa złote krążki Kamila, który zdominował olimpijskie skocznie? Czy więcej waży tytuł Mariusza Wlazłego, najlepszego siatkarza mistrzostw świata, który okazał się liderem złotej kadry czy zdobycie przez Michała Kwiatkowskiego tytułu kolarskiego mistrza świata jako pierwszy Polak w historii? Tytuł „króla strzelców” Bundesligi i fantastyczna gra w Bayernie Monachium i reprezentacji Polski Roberta Lewandowskiego czy rekord świata Anity Włodarczyk w rzucie młotem?

Na szczęście to nie kłopot redaktora naczelnego „PS”, ale czytelników, internautów i widzów Telewizji Polskiej, która od lat współorganizuje Plebiscyt na Sportowca Roku. Zapraszamy do głosowania na kuponach, które publikować będziemy w Przeglądzie Sportowym, a w internecie na stronie przegladsportowy.pl oraz na sport.tvp.pl. Ostateczną kolejność poznamy 10 stycznia na uroczystej Gali Mistrzów Sportu, która tradycyjnie będzie transmitowana przez TVP w programie 1. A wielka tajemnica zwycięzcy 80. Plebiscytu wyjaśni się 10 stycznia 2015 roku.

Zapraszam do wspólnej zabawy!

Zbigniew Boniek na Balu Mistrzów Sportu

Wielki „niepolski” triumf Kamila Stocha

Triumf olimpijski każdego sportowca wzbudza mój wielki szacunek, ale dla Kamila Stocha za jego wielki sukces w Soczi czuję podziw podwójny. Po pierwsze uważam, że miał o wiele trudniej niż ktokolwiek inny, ponieważ wkroczył w swą zawodniczą dorosłość jednocześnie z zejściem ze sceny Adama Małysza. Z jednej strony Małysz absolutny idol mass i wielki sportowiec przetarł skokom narciarskim drogę, sprawił, że musiano poważnie podejść do stworzenia systemu szkolenia i zagospodarowania entuzjazmu setek dzieciaków, które pod wpływem sukcesów Małysza ruszyły na skocznie. Z drugiej jednak przed Kamilem stanęła misja niemal niemożliwa – wejść w buty po ukochanym przez wszystkich „Adasiu”, który sprawiał, że konkursy Pucharu Świata w Zakopanem przychodziły pod Wielką Krokiew 50-tysięczne tłumy, traktujące się nawzajem i traktujące skoczka z Wisły jak jednego z Beatelsów (wolę to porównanie niż np. do Justina Biebera). Gdy Kamil zaczął skakać i mozolnie wspinać na szczyt, wielu „miało do niego pretensje”, że nie jest Małyszem, że to co było już „se ne vrati” – sam nagrywałem takie wypowiedzi kibiców w Zakopanem i górali, zmartwionych, że ludzie przestaną przyjeżdżać „na skoki”.

A jednak Kamil doskonale poradził sobie z tym ogromnym balastem oczekiwań i presją jakiej Adam nigdy nie zaznał, ponieważ wdarł się na scenę jako absolutny fenomen i ludzie byli mu wdzięczni już za to tylko, że jest. Byli z nim na dobre i złe, gotowi zrozumieć i wybaczyć każde niepowodzenie. Od Kamila tymczasem wymagali tylko „dobrego” – by dał im tę samą dumę i radość z sukcesów jakie dawał im Małysz. Wielu ta presja przygniotła by do ziemi – byliśmy świadkami tego w szeregu innych dyscyplin. Powiedzieć, że Kamil „dał radę”, to nie powiedzieć nic.

Dlaczego triumf Stocha uważam za „niepolski”

Jego triumf w Soczi był według mnie bardzo „niepolski” i już wyjaśniam o co chodzi wszystkim tym, którzy nie zrozumieli mojej wypowiedzi w Studio Soczi z Januszem Pinderą, być może dlatego, że nie miałem czasu by rozwinąć myśl. Otóż na pięciu igrzyskach olimpijskich (od Atlanty, przez Sydney, Salt Lake City, Ateny i ostatnie w Londynie) napatrzyłem się na wystarczająco dużo klęsk naszych faworytów i przeżyłem tyle nieoczekiwanych triumfów polskich czarnych koni, by nabrać pewności, że rola faworyta naszym sportowcom nie leży, deprymuje ich, podcina skrzydła, ściąga na dół, albo dopada pech w postaci nieoczekiwanej eksplozji formy Simona Ammanna, który czterokrotnie sprzątnął Małyszowi złoty medal igrzysk sprzed nosa. Nasi faworyci zawsze mieli wiatr w oczy. Parafrazując prawo Murphy’ego „gdy musi się udać, nie uda się na pewno”. Pamiętam radość z nieoczekiwanego złotego medalu Pawła Nastuli w judo w Atlancie, pierwszego dnia igrzysk i jego łzy, gdy niepokonany przez niemal cztery lata przegrał pierwszą walkę na igrzyskach w Sydney. Podobnych przykładów mógłbym podać zatrzęsienie, jeszcze dziś siedzi we mnie klęska Marcina Dołęgi z Londynu, który nie miał tam rywala, wystarczyło, że raz dźwignie to co codziennie dla rozgrzewki na treningu. Nie dźwignął ani razu i lata katorżniczej harówki na marne. Polacy, którzy „mieli wygrać i wygrali”, pojechali na igrzyska „po swoje” to wyjątki potwierdzające regułę: tak startował Robert Korzeniowski, Otylia Jędrzejczak, tak w Londynie zachował się Tomasz Majewski.

Kamil Stoch nie tylko wytrzymał w Soczi rolę faworyta, którym był jako lider Pucharu Świata (a przecież ilu liderów w przeszłości poległo w olimpijskich konkursach!), ale do tego znokautował rywali! Pokazał wszystkie cechy największych mistrzów: wielkie umiejętności wsparte wyjątkową odpornością psychiczną i wiarą, że to co robi jest dobre. Nie wyczyniał wygibasów jak Gregor Schlierenzauer, który tuż przed igrzyskami poleciał na parę dni Dubaju, żeby się wyluzować. Perfekcjonizm i zimna głowa pozwoliły mu uniknąć błędów Thomasa Morgensterna. Zrobił swoje najlepiej jak umiał i dostał noty marzeń. Pierwszy skok był znakomity, drugi – jeszcze lepszy. Zwycięstwo okazało się dla niego formalnością. Miał taki okres w karierze Adam Małysz, kiedy podobnie nokautował rywali, przeskakując skocznie, ale nie udało mu się ani razu na tej najważniejszej w życiu sportowca imprezie.

Broń Boże nie sugeruję, że sukces to coś niepolskiego, że nie leży w naszej naturze i bardziej pasują do nas klęski. To zupełnie nie tak. Po prostu TAKI sukces polskiego sportowca to rzadkość. Oczywiście niespodziewane sukcesy, jak złoto Adriana Zielińskiego na igrzyskach w Londynie w podnoszeniu ciężarów czy srebro Sylwii Bogackiej w strzelectwie. Przyznajcie jednak, że kiedy cała Polska (w tym i my w mediach – przyznaję) napompujemy balon oczekiwań do granic możliwości, zwykle pęka on później jak bańka mydlana zostawiając po sobie przykrego kaca. Nie będę już nawet przywoływać klęskę piłkarzy na Euro 2012, gdzie sukcesem byłoby wyjście z grupy, ale choćby występ siatkarzy na igrzyskach w Londynie, triumfatorów Lig Światowej przecież.

Kamil nie wygrał dlatego, że sędziowie skrzywdzili jego rywali, wiatr farciarsko powiał mu pod narty jak Wojtkowi Fortunie 42 lata temu w Saporro, główny rywal miał pecha i wywrócił się przy lądowaniu. Wygrał bo od początku do końca był najlepszy, miał tego świadomość i potrafił to wykorzystać. Miał dobrego trenera, którego rady okazały się pomocne i życzliwych kolegów, którzy go wspierali. I za taki, dominujący, nokautujący, w najmniejszym stopniu nieprzypadkowy, czyli „niepolski” sukces kłaniam się Kamilowi i trenerowi Kruczkowi czapką do samej ziemi! :)