Trenerzy kontra smartfony

uPOLowane„My way or highway” – pomysł mój, albo… żaden – jak przetłumaczono w jeden ze stacji telewizyjnych słowa Joe Cabota, organizatora skoku we „Wściekłych Psach”. Tę dewizę wyznają trenerzy czołowych klubów piłkarskich. Media w minionym tygodniu ujawniły jakie nowe surowe zasady wprowadzili w swoich zespołach Jupp Heynckes, który przejął Bayern Monachium z rąk Carlo Ancelottiego oraz Pep Guardiola w Manchesterze City.

I tak Katalończyk zarządził np, że wszystkie odprawy będą przeprowadzane po angielsku. W pierwszym zespole City grają reprezentanci aż 11 państw, niektórzy z nich ledwo znają język Szekspira. No to do nauki! Jak zdradził argentyński obrońca Nicolas Otamendi, Guardiola nie tylko zorganizował mu intensywny kurs języka, ale ale do tego w grudniu czeka go… egzamin. Jak nie zaliczy, to usiądzie na ławce.
Od nowego sezonu piłkarze City zawsze jedzą wspólnie po meczach. Koniec z wypadami z rodziną czy przyjaciółmi na kolacje Bóg wie gdzie. Z jednej strony sprzyja to integracji, z drugiej Guardiola ma pod kontrolą dietę zawodników. Jego zdaniem wiele kontuzji brało się ze złego odżywania, a zwłaszcza obżarstwa po wysiłku meczowym.

72-letni Heynckes również postanowił ingerować w dietę zawodników Bayernu. I zakazał np. spożywania zdrowych batoników energetycznych, rekomendowanych przez asystenta Ancelottiego, a prywatnie jego szwagra, Mino Fulco. I na nowo zezwolił im na konsumpcję makaronów i pizzy, uznając, że należy im się więcej węglowodanów po wysiłku fizycznym.

Zawodnicy mistrza Niemiec będą więc smaczniej jeść, ale za to podczas posiłków nie wolno im będzie korzystać ze smartfonów, robić fotek jedzenia na Instagram, przeglądać tweetów czy wpisów na Facebooku. Zabronił brania komórki do ręki nawet podczas masaży. Urządzenia musi zostać wyłączone natychmiast po wejściu do szatni inaczej delikwenta czeka wysoka grzywna.

Brutalna ingerencja trenera w przyzwyczajenia zawodników to nie nowość. Guardiola już w ubiegłym roku nakazał wyłączyć Wi-Fi w szatni i stołówce (zasięgu 3G tam nie ma). Wszystko po to, żeby zmusić zawodników, żeby więcej z sobą gadali. Ale już szczególnie bezwzględny okazał się Jose Mourinho, który zakazał piłkarzom MU gry w Pokemon Go! Uznał, że robiąca furorę na całym świecie aplikacja, polegająca na „chwytaniu” za pomocą smartfona kolorowych pokemonów jak Pikachu czy Bulbasaur w prawdziwych lokacjach, zbytnio rozprasza jego piłkarzy. I zakazał zabawy w ciągu 48 godzin poprzedzających każde spotkanie…

Dlaczego Messi z Ronaldo kiwają fiskusa?

Leo Messi i Cristiano RonaldoCiekaw jestem czy po świecie rozniesie się o inicjatywie kibiców Górnika Zabrze, którzy przebadali wykrywaczem kłamstw Adama Dancha, by zweryfikować plotki, że obstawiał u bukmacherów porażki własnej drużyny. Zawodnik skwapliwie zgodził się na badanie (ciekawe jakie byłyby konsekwencje odmowy?), wariograf wykazał czystość jego intencji, słowem atmosfera została oczyszczona. Może i pozostał lekki niesmak, ale nie uważają tak kibice Górnika, którzy w oświadczeniu podziękowali Danchowi za grę w barwach klubu.

Wariograf mógłby zakończyć wiele wątpliwości w świecie futbolu. Np. badaniu na okoliczność niezapłaconych podatków mogliby się poddać Cristiano Ronaldo czy w swoim czasie Leo Messi. Poprzestają na zapewnieniach o niewinności, ale na wszelki wypadek spłacają fiskusowi zaległe kwoty z odsetkami, żeby oddalić widmo więzienia.

W przypadku Argentyńczyka poskutkowało to tym, że hiszpański sąd skazując go na 21 miesięcy więzienia za ukrycie 4,16 mln euro z tytułu praw do wizerunku, zawiesił wykonanie kary. Jak skończy się sprawa Ronaldo, który zdaniem prokuratury ukrył 14,7 mln euro, przekazując prawa do wizerunku firmie z Wysp Dziewiczych, czyli najlepszego raju podatkowego na świecie, dopiero się dowiemy. Nie nastawiałbym się jednak, że zobaczymy Portugalczyka za kratami.

Dlaczego dwaj najlepiej zarabiający piłkarze świata (obaj z pierwszej piątki najlepiej zarabiających sportowców świata wg miesięcznika „Forbes”), słynący z akcji charytatywnych, zachachmęcili parę marnych (jeśli spojrzeć na ich zarobki) milionów? Po co ryzykowali nadszarpując swój tak cenny przecież wizerunek? Mało im? Przecież ciężko o większego krezusa niż piłkarz?

Nie tylko oni zresztą. Skazani za podobne oszustwa skarbowe wobec hiszpańskiego fiskusa zostali m.in. Javier Mascherano, Alexis Sanchez, Xabi Alonso, Angel di Maria czy Radamel Falcao. Pod lupą prokuratury właśnie znalazł się Jose Mourinho, który w okresie gdy trenował Real Madryt miał nie zgłosić 3,3 mln euro. Następni w kolejce czekają jego byli piłkarze Pepe i Fábio Coentrao. Dlaczego podobne skandale nie są udziałem gwiazd futbolu z Premier League czy Serie A, ale właśnie z La Liga?

Zwróciłem się z prośbą o konsultacje do profesora Roberta Gwiazdowskiego, eksperta w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, którego ekonomiczne opinie bardzo sobie cenię. A przy okazji wielkiego kibica futbolu. Żartem odparł, że na miejscu Messiego i Ronaldo zacząłby od zwolnienia doradców podatkowych, ponieważ wybrali bardzo toporne metody. Istnieją dużo bardziej subtelne i skuteczne, z których korzysta finansowa elita świata.

„Dlaczego Hiszpania? Po pierwsze tamtejsze organy ścigania znane są z gry pod publiczkę i ścigania ludzi ze świecznika, jak żadne inne na świecie. Są arbitrzy piłkarscy, którzy stawiają sobie za cel ukaranie kartką wielkiej gwiazdę, sędziowie w Hiszpanii chcą zniszczyć Messiego czy Ronaldo jak zabójca Jessie Jamesa, który strzelił mu w plecy żeby przejść do historii” – mówi.

Finansowe tricki do jakich uciekają się gwiazdy La Liga wynikają zdaniem Gwiazdowskiego z tego, że owszem, zarabiają oni najwięcej, ale też najwięcej muszą oddać fiskusowi, co u każdego rodzi niechęć.

„Różne podatki mają różne konsekwencje” mówi. „Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, obecnie zaś jest przyczyną upadku centrów wielu miast w USA. Złe podatki były też przyczyną „tej osobliwej łatwości, z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy” – jak pisał Monteskiusz. „W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”

Futbol też coś o tym wie. „W swoim czasie przecież to nie ilość dni słonecznych w roku tylko reforma podatków dla najbogatszych premiera Gordona Browna spowodowały, że Ronaldo przeniósł się z Manchesteru do Madrytu, gdzie obowiązywało tzw. „prawo Beckhama”, czyli linowy podatek dochodowy od nie-rezydentów w wysokości 24%”.

I przypomina zdarzenie z naszego podwórka, gdy okazało się że dwaj piłkarze wspomnianego Górnika, Robert Jeż i Michal Gasparik to… cypryjscy biznesmeni. Na Słowacji obowiązywał podatek liniowy, u nas progresywny, do tego jeszcze składki na ZUS i OFE, tylko dołożyliby do interesu. Płacili więc podatki na Cyprze. Gdzie zresztą rezydentami podatkowymi było kilku biznesmenów z listy najbogatszych Polaków „Wprost” i „Forbesa.

Zdaniem profesora Gwiazdowskiego samo tworzenie w rajach podatkowych tzw. trustów, czyli formy powierniczego zarządzania majątkiem przez ojców Messiego i innych piłkarzy nie jest niczym złym. „Skoro w Panamie czy Brytyjskich Wyspach Dziewiczych mogą to robić największe firmy świata jak Apple to czemu nie Ronaldo? Poza tym trust pomagający w ochranie majątku, planowaniu podatków i ewentualnej sukcesji majątkowej to instytucja o ponad 800-letniej tradycji. Zaczęło się od rycerzy udających się na wyprawy krzyżowe, którzy musieli jakoś zabezpieczyć finansowo rodzinę i siebie samych, nie wiedzieli bowiem czy wrócą, a jeśli tak, to kto będzie wówczas królem i jakie będzie miał wobec nich zamiary. Messi i spółka dziś grają, ale jutro przestaną. Chcą po prostu zabezpieczyć byt rodzinie na długie pokolenia” – mówi.

To więc nie przypadek, że po ujawnieniu kłopotów Messiego i Ronaldo kibice wcale się od nich nie odwrócili, ani nie wygwizdywali z trybun z tego powodu. Mało tego, skazaniu Argentyńczyka towarzyszyła wielka kampania w mediach społecznościowych #WeAreAllLeoMessi. „Wsparcia udzielali mu nawet fani wywodzący się z biedoty, dowodząc słuszności badań psychologicznych, że ludzie wcale nie są zwolennikami równego dzielenia dóbr. Uważają, że ci którzy mają większy udział w sukcesie, powinni dostawać więcej” – mówi prof. Gwiazdowski.

Cristiano Ronaldo i Leo Messi

 

 

Manchester. City United

CityUnitedTerroryści zataczają coraz ciaśniejszy krąg wokół sportu i wokół piłki nożnej… Futbol i pełne stadiony już jakiś czas temu przestały być tabu dla fanatyków, pragnących zadać cios zachodniej cywilizacji tam gdzie najbardziej zaboli. Wystarczy przypomnieć wybuchy przed Stade de France w trakcie towarzyskiego meczu Francja – Niemcy. Nie bez powodu autor zamachu na autobus z piłkarzami Borussii Dortmund próbował podszyć się pod islamskich ekstremistów, wiedząc że opinia publiczna i służby skrzętnie podchwycą ten trop.

Zresztą o jakim tabu mówimy, skoro terroryści właśnie dokonali zamachu na halę wypełnioną radosnymi nastolatkami, które przyszły do Manchester Arena na koncert ulubionej wokalistki. Skoro najmłodszą ofiarą zamachu stała się 8-letnia Saffie, co powstrzyma ich przed atakiem na kibiców czy piłkarzy?

Martwię się tym bardziej, że brytyjska premier Theresa May podniosła poziom zagrożenia atakiem terrorystycznym w kraju do najwyższego, czyli piątego. Oznacza to, że kolejny atak jest nie tylko bardzo prawdopodobny, ale może do niego dojść właściwie w każdej chwili. A zamachowiec nie był samotnym wilkiem, ale członkiem rozbudowanej siatki, którą trzeba wyłapać. Jego brata aresztowano w środę w Trypolisie… Tymczasem w Anglii i Walii za chwilę odbędą się dwie wielkie piłkarskie imprezy masowe o niezwykle istotnej randze – finał Pucharu Anglii na Stadionie Wembley w Londynie i finał Ligi Mistrzów w Cardiff…

W tych ponurych chwilach po ataku cieszą mnie wszystkie ludzkie gesty solidarności i nie rozumiem, czemu tak wiele osób w mediach społecznościowych irytują hasztagi w rodzaju #PrayforManchester, czy wcześniej #PrayforParis. Dlaczego naśmiewać się osób, które chcą dać wyraz empatii w jedyny sposób w jaki mogą? Przecież nie zaciągną się do armii na wojnę przeciwko Państwu Islamskiemu.

Wspaniała była reakcja mieszkańców miasta, którzy w obliczu tragedii natychmiast się zjednoczyli. W noc zamachu taksówkarze za darmo rozwozili poszkodowanych i wstrząśniętych uczestników do domu, innych obcy ludzie przyjmowali w swoich mieszkaniach.

Ulice i media społecznościowe obiegły niebiesko-czerwone banery z hasłem CityUnited. Następnego dnia tłumy zgromadziły się na czuwaniu w intencji ofiar na Albert Square, by wyrazić sprzeciw wobec terroru. Deklarowali, że nie dadzą się złamać, zastraszyć ani podzielić. Że są dumni z bycia mieszkańcami Manchesteru. A Manchester nigdy się nie poddaje.

Zawodnicy obu rywalizujących klubów z Manchesteru na Twitterze i Facebooku wyrażali wsparcie i deklarowali modlitwę, w tym także byłe gwiazdy MU jak Cristiano Ronaldo, David Beckham, Patrice Evra czy Rio Ferdinand, a Eric Cantona wrzucił wzruszający film na You Tube. Były pomocnik City, Joey Barton, znany z niewyparzonego języka w swoim stylu zbluzgał zamachowca. Kondolencje rodzinom z hasztagiem #Ilovemanchester złożył trener City, Pep Guardiola, którego żona i córki także były na feralnym koncercie Ariany Grande.

Jego klub w noc ataku zapraszał rozproszonych w szoku uczestników koncertu na Etihad Stadium, gdzie czekało na nich jedzenie, napoje, koce i… ładowarki do telefonów komórkowych, by jak najszybciej mogli nawiązać kontakt z bliskimi. Pomocnik City, Yaya Toure wraz z agentem przeznaczył 100 tys. funtów na pomoc dla rodzin ofiar. To samo zadeklarowała ikona MU, Wayne Rooney.

Pięknie zachowali się rywale klubów z Manchesteru w Premier League. Chelsea odwołała zaplanowaną na niedzielę paradę z okazji zdobycia mistrzostwa Anglii, a Arsenal party na swoim stadionie Emirates, gdzie na telebimach miał być transmitowany finał Pucharu Anglii, dla tych którzy nie załapali się na Wembley. Być może po części o odwołaniu imprez zadecydowały względy bezpieczeństwa, ale na pewno nie tylko. Władze Chelsea, której piłkarze mieli przejechać ulicami niebieskim piętrusem bez dachu uznały, że w obecnej sytuacji byłoby to niestosowne. To nie jest odpowiedni moment do świętowania i wyrażania radości. I zamiast tego ogłosiły publiczną zbiórkę pieniędzy dla rodzin ofiar tragicznego zamachu.

Arsenal także zapowiedział rezygnację z parady w razie ewentualnego zdobycia Pucharu Anglii. Jego zawodnicy podobnie jak piłkarze „The Blues” zagrają na Wembley z czarnymi opaskami na ramieniu.

A piłkarze Manchesteru United zadedykowali mieszkańcom (czerwonej) części miasta wygraną w Lidze Europy w Sztokholmie. Wcześniej uczcili ofiary minutą ciszy nie tylko przed rozpoczęciem finału ale i na treningu dzień przed spotkaniem. Może gdyby mogli, zwłaszcza wychowankowie klubu jak Marcus Rashford czy Jesse Lingard, przełożyliby mecz na inny termin, nie dwa dni po tragedii. Pamiętając jedna reakcję UEFA na zamach w Dortmundzie nikt nawet nie wyszedł z taką propozycją.

UEFA zrezygnowała przynajmniej z uroczystej ceremonii otwarcia finału. A Jose Mourinho z brylowania na przedmeczowej konferencji prasowej. Odczytał tylko krótkie oświadczenie, łącząc się w bólu z rodzinami zabitych i zniknął, nie odpowiadając na pytania. Uznał, że w dniu w którym w mediach dominują dramatyczne opisy tragedii i apele zdesperowanych rodziców, poszukujących zaginionych dzieci, nie ma miejsca na kwestie taktyczne czy ulubione gierki psychologiczne…

Manchester - CityUnited

Dobrze, że MU wraca do elity!

Manchester UnitedChwała Ajaksowi za wystawienie w finale Ligi Europy najmłodszego składu w historii finałów europejskich pucharów (średnia 22 lata i 282). Świetnie, że pozostał wierny ofensywnej filozofii swego trenera Petera Bosza, prezentowanej konsekwentnie przez cały sezon. Dziękujemy za atrakcyjną, ofensywną grę. Te dryblingi, mijanki, zwody Traore i jego kolegów były efektowne. Brawo za przewagę w posiadaniu piłki i to, że przyjechali do Sztokholmu grać w piłkę. Puchar Ligi Europy zdobyła jednak drużyna, która nie tyle chciała grać, co wygrać. Zwyciężyło doświadczenie finałowe Jose Mourinho, wyrachowanie, umiejętność wybijania rywala z rytmu i kontrolowania gry przez 90 minut. MU umiejętnie rozjechało autobusem entuzjazm amsterdamczyków.

Dzieciaki z Ajaksu muszą się jeszcze sporo nauczyć. Także większej wstrzemięźliwości i szacunku wobec bardziej doświadczonego i utytułowanego rywala. De Ligt – 17-letni, najmłodszy zawodnik w historii finałów europejskich pucharów – szybko pożałował słów o Pogbie, że „nigdy nie widział, żeby worek pieniędzy strzelał gola”. „Worek” trafił do siatki już w 18. minucie. Dzięki rykoszetowi, ale był to w wykonaniu Francuza jeden z najlepszych meczów w sezonie. Harował w defensywie, pomocy, kreował ataki, jakby wiedział, że cała Europa patrzy więc trzeba potwierdzić status najdroższego piłkarza świata. Tym samym załatwił sobie i drużynie przepustkę do Ligi Mistrzów. Kuchennymi drzwiami, bo grą w Premier League MU nie zasłużyło sobie na grę w elicie. Dobrze jednak, że do niej wraca. Takie gwiazdy jak Pogba, Zlatan, Mkitarjan, de Gea do niej przynależą, smutne było oglądanie ich w czwartkowe wieczory. Tak jak Mourinho, który w tej edycji Champions League występował wyłącznie w reklamach jej sponsora.

Jose MourinhoNiesamowite jest to zdjęcie Mourinho tuż po ostatnim gwizdku finału. Pokazuje jak wielką czuł presję, która właśnie z niego zeszła. Nigdy też nie widziałem, żeby aż tak bardzo cieszył się po wygranych finałach, tak szalał z piłkarzami podczas dekoracji. Tyle w karierze przeszedł, że potrafią go cieszyć nawet drobne sukcesy i przyjemności ;)

 

Czy Mourinho broniłby Drągowskiego?

Drągowski w "agonii"Wydawało się, że sprawa marnego aktorstwa Bartłomieja Drągowskiego, który w meczu poprzedniej kolejki z Lechią symulował poważny uraz po trafieniu rzuconą z trybun zapalniczką, już przyschła i wybrzmiała. Na głowę młodego piłkarza wylała się fala słusznej krytyki, zwłaszcza że nie był to pierwszy nieodpowiedzialny incydent utalentowanego19-latka. W ubiegłym sezonie pokazał środkowe palce kibicom rywali, w tym próbował rozproszyć rywala wpychając mu palec w tyłek.

Sam zawodnik po próbach ściemniania, że nie wie czy został trafiony, a na murawie leżał, żeby wytrącić strzelca karnego z równowagi, ostatecznie przyznał, że pajacował niepotrzebnie. Tłumaczył, że w trakcie meczu nie myśli i działa pod wpływem chwili. Działanie pod wpływem chwili i „wyłączanie myślenia” to niepokojące cechy u piłkarza, o czym najlepiej przekonał się Luis Suarez, nikt jednak nie dopominał się żadnych kar dla Drągowskiego, a już na pewno nie takich jak w przypadku Urugwajczyka. Wyglądało, że jest po sprawie.

Aż tu ni stąd ni zowąd w środę wieczór, pięć dni po incydencie w obronę bramkarza wziął jego trener z Jagiellonii, Michał Probierz. W oświadczeniu na Facebooku napisał, że to on namówił Drągowskiego do do symulowania. „W związku z falą krytyki dotyczącej Bartłomieja Drągowskiego z sytuacji z rzuconą zapalniczką (…) całą odpowiedzialność za zdarzenie ponoszę jako Trener Michał Probierz gdyż przekazałem informację żeby zawodnik symulował uraz i wybił z rytmu zawodnika Lechii przy uderzeniu z rzutu karnego. Bartłomiej Drągowski publicznie nie wyjawił całej prawdy dotyczącej tego zdarzenia a wziął winę na siebie” – napisał w komunikacie.

Ponieważ oświadczenie zostało opublikowane w social mediach, internauci natychmiast zakwestionowali i jego prawdziwość i mało wychowawczy sens. Analiza powtórek wykazała, że między przyznaniem rzutu karnego Lechii, rzuceniem zapalniczki na murawę, a cyrkiem odstawionym przez bramkarza Jagiellonii nie doszło do żadnej formy komunikacji między zawodnikiem, a trenerem. Probierz nie miał kiedy wydać instrukcji, którymi teraz próbuje usprawiedliwić zachowanie zawodnika. Chyba, że przed meczem proroczo przewidział, że z trybun spadnie zapalniczka i nakazał zawodnikowi symulkę. Skąd jednak wiedział, że spadnie akurat koło Drągowskiego a nie innego zawodnika.

 

Absurd. Toteż sieć zalały żarty z oświadczenia. Na Twitterze internauci zastanawiali się co jeszcze mogłoby być „winą Probierza”, powstał też hasztag #oświadczeniechallange. Ktoś pytał trenera, czy nie wziąłby na siebie jego winy, bo dwa dni temu trochę nabroił i narzeczona boczy się na niego. A najśmieszniejszy był mem ze zwijającym się „z bólu” Drągowskim i Probierzem instruującym go: „Bartuś, od pajacowania to jestem tutaj ja”. Mam nadzieję, że poczucie humoru trenera nie pozwoli mu się na nas obrazić.

Pojawiło się też sporo wyrazów uznania dla Probierza. „Brawo trenerze! Tak powinien postępować człowiek odpowiadający za innych”, Wow. Szacun za wzięcie winy na siebie”, „Trener jak ojciec… trzyma fason i broni swoich podopiecznych”.

Stawanie murem za swoimi zawodnikami, chronienie ich, zdejmowanie z nich presji poprzez wystawienie na ostrzał siebie, to cechy największych trenerów, prawdziwych liderów i psychologów jak Jose Mourinho czy do niedawna Sir Alex Ferguson. Jeśli Probierz zapatrzył się na ich metody, to skorzystał z nich niefortunnie.

Mourinho potrafił wzniecić na konferencji prasowej awanturę z trenerem rywali lub dziennikarzem czy oskarżać niesłusznie arbitrów lub całą federację, byle tylko odciągnąć uwagę od kłopotów swoich piłkarzy, to jednak nigdy nie próbował naprawić jednego oszustwa, kolejnym. Broniąc Johna Terry przed zarzutami o rasizm nie przekonywał, że to on kazał swemu kapitanowi obrazić Antona Ferdinanda. Ferguson po szaleńczym ataku Erica Cantony na wrednego kibica nie tłumaczył, że to on doradził Francuzowi odpowiedź ciosem kung-fu.

Gdy kibice Realu wygwizdali znajdującego się w kiepskiej formie Karima Benzemę, Mourinho przekonywał, że tak naprawdę publiczność wygwizdywała… jego, i słusznie, bo zmienił napastnika. Za to z Benzemy jest bardzo zadowolony, bo pracuje bardziej niż kiedykolwiek.

Dzięki takiemu podejściu obaj trenerzy potrafili zbudować fantastyczne relacje z zawodnikami, zyskując w zamian ich pełne oddanie, ultralojalność i gotowość by dla swego trenera „wbiec na ścianę”, zarówno na boisku jak i w chwilach kłopotów. Słynne „byłem gotów dla niego zabijać i zginąć” Wesley’a Sneijdera o Mourinho.

Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby absurdalne wstawiennictwo Probierza za Drągowskim przyniosło ten sam efekt. Raczej ani nie zbuduje więzi między trenerem i zawodnikiem, ani nie jest wychowawcze. Jest za to niepotrzebnym usprawiedliwieniem pajacowania, za które zawodnikowi zdążyło się zrobić głupio.

Mourinho i Wesley Sneijder

„Będąc młodą lekarką”, czyli awantura o dr Evę

Eva Carneiro i Jose Mourinho

Nie ma Jose Mourinho szczęścia do kobiet. Publiczne pretensje do Sary Carbonero, partnerki Ikera Casillasa – słuszne czy nie – w swoim czasie popsuły atmosferę w szatni Realu Madryt i przerodziły się w konflikt z bramkarzem reprezentacji Hiszpanii, na którym nie zyskała żadna ze stron. Dziś cały świat kibicuje i śle wyrazy wsparcia głównej lekarz Chelsea, Evie Carneiro, na której Portugalczyk wyżywa się po stracie punktów ze Swansea i szykanuje, odsuwając od pracy z piłkarzami „The Blues”, bo śmiała bez jego przyzwolenia pomóc jednemu z nich gdy cierpiał na boisku. Co mogło doprowadzić do straty bramki, ale nie doprowadziło. Rażąca niesprawiedliwość z jaką potraktował lekarkę wykonującą przecież swoje obowiązki i nieprzejednanie w jakim trwa, zabraniając jej nie tylko pracy podczas meczów, siadania na ławce, a nawet wstępu do hotelu drużyny, spotkała się ze zdumieniem i oburzeniem nie tylko kolegów po fachu Carneiro, nie tylko 350 tysięcy kibiców „The Blues”, którzy masowo okazali jej wsparcie na Facebooku, ale nawet samego właściciela Chelsea, Romana Abramowicza. Po co Mourinho ta awantura ze wzbudzającą powszechny szacunek i sympatię lekarką, z której może wyjść wyłącznie przegrany?

Czym podpadła mu dr Eva? Eden Hazard, któremu pobiegła z pomocą, zwijał się w bólu. Wyraźny sygnał do interwencji lekarza dał zresztą sędzia spotkania, Michael Oliver i to dwukrotnie! Czy miała go zlekceważyć? Gdy wbiegła na murawę wraz z fizjoterapeutą, Mourinho podskoczył za linią boczną jak rażony prądem. Wiadomo bowiem, że piłkarz opatrywany przez lekarza musi opuścić boisko i może wrócić dopiero po pozwoleniu arbitra. Oznaczało to, że grająca już w osłabieniu Chelsea (czerwoną kartkę dostał wcześniej Thibaut Courtois), musiała przez chwilę grać w dziewiątkę. Na konferencji Portugalczyk z wściekłością skrytykował swój sztab medyczny, przekonując, że Hazard nie doznał żadnego urazu, a jedynie był zmęczony. I dodał, że „nieważne, czy jesteś doktorem czy sekretarką siedzącą na ławce drużyny, musisz znać się na futbolu i rozumieć go”.

Były gwiazdor reprezentacji Anglii, ekspert BBC, Gary Lineker spuentował napisał na Twitterze, że być może sam złoży aplikację do sztabu medycznego Chelsea, bo na futbolu się zna, za wiedza medyczna jest jest tam szczególnie konieczna”. Wsparcia udzielili Carneiro koledzy. Lekarz WBA, Dr Mark Gillett i szef „Premier League Doctors’ Group” nazwał postępowanie Mourinho „skrajnie niesprawiedliwym” i torpedującym wysiłki władz ligi i stowarzyszenia by poprawić bezpieczeństwo zawodników. Odezwał się nawet lekarz krykietowej reprezentacji Australii, Peter Brukner, który domaga się przeprosin dla sztabu medycznego.

Eva Carneiro John Terry i Jon FearnMourinho brnie jednak w zaparte i podtrzymuje szykany. Postawa „Lorda Vadera” świata futbolu, nienawidzonego, ale zwycięskiego, używającego do osiągnięcia sukcesu „ciemnej strony mocy”, prowokującego trenerów, piłkarzy rywali, sędziów a nawet całe federacje to dla Mourinho chleb powszedni. Lubi ustawiać się wraz z drużyną w kontrze do całego świata, czynić z niej oblężoną twierdzę i zawsze mieć pod ręką wygodnego „wroga”. Od spiskującej przeciwko jego drużynie UEFA po złośliwych chłopców do podawania piłek. Rzadko jednak znajdował ich wśród pracowników własnego klubu. Choć po prawdzie Carneiro dostaje się po raz drugi. W styczniu ochrzanił ją za to, że dla odmiany zbyt wolno biegła zająć się kontuzjowanym Oscarem.

Oskarżenia o seksizm to oczywisty absurd. Kwestie płci są pewnie ostatnia rzeczą, którą kieruje się w pracy. Gdyby na miejscu dr Evy był jakiś facet, być może dostałby mu się jeszcze mocniej. Nie przekonuje mnie też do końca teza dziennikarza „Tygodnika Powszechnego”, Michała Okońskiego w sport.pl, że to po prostu kolejna wrzutka, której celem – jak mnóstwa poprzednich – jest odciągnięcie uwagi mediów od kondycji drużyny przed ważnym starciem z kontrkandydatem do tytułu (w sobotę Chelsea gra z Manchesterem City).

To prawda, że zamiast pytać o dwa bolesne niepowodzenia: porażkę w meczu o Tarczę Wspólnoty z obśmiewanym przez Mourinho Arsenalem i stratę punktów u siebie ze Swansea, którą w ubiegłym sezonie Chelsea wysoko ogrywała (5:0 na wyjeździe), wszyscy skoncentrują się na odsunięciu od drużyny tyleż uroczej, co kompetentnej lekarki (najmniej kontuzji w ubiegłym sezonie). Nie wierzę jednak, że taki by jego plan. Byłaby to wrzutka granatu między własne szeregi, koszty odwrócenia uwagi byłby zbyt wysokie.

To raczej efekt stresu wywołanego niepowodzeniami i słabszą postawą kluczowych zawodników od tak solidnych w ubiegłym sezonie obrońców, przez nieprzekonujących pomocników Fabregasa i Matica, po nie do końca wyleczonego Diego Costę w ataku i Falcao, który wciąż przypomina siebie z Manchesteru United, a nie Atletico. Oraz na karb frustracji wywołanej brakiem kontroli nad wszystkim, utraconej wraz z wydaniem zgody przez Abramowicza na przejście Petra Cecha do Arsenalu. Carneiro też zrobiła coś wbrew jego woli, ale ją w przeciwieństwie do właściciela „The Blues” może za to skarcić. Więc karci.

Z awantury tej Mourinho wychodzi jako seksistowski cham, do tego nie liczący się ze zdrowiem własnych zawodników, choć tak naprawdę trudno znaleźć trenera bardziej dbającego o swoich piłkarzy. I okazującego więcej szacunku i zainteresowania pracownikom klubu aż po odźwiernego bramy. Eva Carneiro i Jose Mourinho

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

Lampard w Man City, czyli Frank, „byłeś legendą”…

Wygląda na to, że Frank Lampard postanowił zagrać w sequelu sympatycznej nowojorskiej komedii „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”. Albo może raczej, że postanowił rzucić rolę w wartościowej superprodukcji „Jestem Legendą”. Przyznam, że ze wszystkich letnich transferów, ten jest dla mnie najbardziej zaskakujący i niezrozumiały. Oto legenda Chelsea po 13 latach gry w The Blues i może nie najserdeczniejszym rozstaniu przed mundialem (ale czy odchodzący Didier Drogba był żegnany z fanfarami?) via New York City FC przechodzi do drużyny największego rywala. Może nie najbardziej znienawidzonego, Manchester City to nie Arsenal, ale głównego kontrkandydata w walce o tytuł, którą to Chelsea przegrała spektakularnie w minionym sezonie.

Trawestując słynny cytat o Leninie: „mówię Lampard, myślę Chelsea”. Choć nie był wychowankiem klubu, przez ostatnich 13 lat stał się nie tylko najlepszym strzelcem w historii klubu, ale i integralną częścią wszystkich jego wzlotów (obu tytułów mistrza Anglii za Jose Mourinho) i upadków (jak ten w finale Ligi Mistrzów w Moskwie w 2008 roku). Jednym z liderów i filarów The Blues. Zobaczyć go w niebieskiej koszulce The Citizens to podobno szok jaki przeżylibyśmy patrząc na Ryana Giggsa w koszulce Chelsea, Aleksa del Piero w barwach Interu Mediolan, do którego trafiłby via ten klub w Sydney czy Francesco Tottiego w koszulce AC Milan etc.

Nie rozumiem tej decyzji. Ani piłkarza ani City. Dlaczego Lampard burzy swój pomnik, który być może kiedyś stanąłby przed Stamford Bridge? Rozumiem, że chce czuje się na siłach, by grać na najwyższym poziomie, tymczasem jego klub MLS ma wolne aż do końca roku. Ale mógł śladem Davida Beckhama wybrać dowolny europejski klub. W Milanie przyjęliby go z otartymi ramionami. Podobnie jak były gwiazdor Manchesteru United deklarował przecież, że nigdy nie zagra w innym klubie Premier League. W ostateczności mógł wybrać Queens Park Rangers swego wuja, Harry’ego Redknappa, co kibice The Blues przełknęliby znacznie łatwiej niż zespół najgroźniejszego rywala. Czy to „zemsta” na Jose Mourinho, który – jak przynajmniej dziś deklaruje – zaproponował mu przedłużenie umowy o rok, co w końcu jest rzeczą zwyczajną u piłkarzy w wieku Franka? Ubódł brak gwarancji regularnej gry, której Mourinho w tym przypadku dać mu po prostu nie mógł, zresztą wątpliwe, żeby dostał ją na Etihad? Nie wierzę, żeby w przypadku akurat tego piłkarza chodziło o pieniądze. Czy więc jest tu jeszcze jakieś drugie dno, którego na razie nie znamy?

City z jednej strony zyskuje na sześć miesięcy za darmo (okej, pieniądze idą z tej samej kieszeni) świetnego piłkarza, który doskonale zna szatnię największego rywala i w dodatku jest Anglikiem, co ważne z uwagi na finansowe Fair Play FIFA. Tylko czy Lampard pod względem sportowym jest do czegokolwiek potrzebny Manuelowi Pellegriniemu? Gdzie go upchnie, mając w pomocy Yaya Toure, Javiego Garcię, Fernandinho, Fernando, Jacka Rodwell i Jamesa Milnera (o Samirze Nasrim, Jesusie Navasie i Davidzie Silvie nie wspominając)? Czy w decyzji Pellegriniego znalazła się też i chęć wystrychnięcia na dudka Mourinho, który boleśnie dał mu się we znaki swoimi tyradami, a któremu odmówił polemiki na salach konferencyjnych? Jeśli nawet to nie uwierzę, że była wiodąca.

Lampard zastrzegł sobie, że nie wystąpi w spotkaniach przeciwko Chelsea (pierwsza okazja 21 września). Czy to wystarczy, żeby fani The Blues przełknęli ten transfer i widok swej ikony w jasnoniebieskiej koszulce City? Z tego co czytam na forach, są rozczarowani, ale nikt nie intonuje „byłeś legendą, jesteś sprzedajną mendą”… Czy jednak Lampard swoją decyzją spalił – nomen omen – most na Stamford? I nie wróci do drużyny, do sztabu trenerskiego, by zdać egzamin na trenerskiego magistra pod okiem promotora Mourinho, jak Giggs u profesora Louisa van Gaala? Z drugiej strony podpatrywał największych: oprócz The Special OneCarlo Ancelottiego, Guusa Hiddinka, Luisa Felipe Scolariego… Chciałbym, żeby ten jeden z najinteligentniejszych piłkarzy zasiadł kiedyś na ławce trenerskiej. Może wcale nie wszystko stracone i kiedyś będzie to ławka The Blues? W końcu jak głosi teoria spiskowa, Chelsea zawdzięcza swój największy europejski sukces – triumf w Lidze Mistrzów – nieformalnemu trenerskiemu tercetowi Lampard-Drogba-Terry, Roberto di Matteo tam tylko nie przeszkadzał…

Lampard_i_Terry

Mourinho: Gombrowicz wśród trenerów o mózgu wykutym w Mordorze?

Przepraszam, że wyniki konkursu Mourinho vs Guardiola ogłaszam z taką zwłoką, ale kompletnie nie miałem czasu zalgować się na blogu. A w międzyczasie tyle się wydarzyło: Legia jako kolejny z 17 mistrzów Polski odbiła się od Ligi Mistrzów, Gareth Bale ostatecznie przeszedł do realu Madryt bijąc (lub nie) przy tym rekord transferowy (zgadzam się z tezą, że tą metką z taką ceną zrobiono mu krzywdę), Arsene Wenger zerwał z swą wieloletnią filozofią i wybulił 50 mln euro na piłkarza, zaprawdę świetnego ale w kontekście zgody na odejście Robina van Persie i jeszcze paru chłopaków za nieporównanie mniej, nadal zastanawiam się co dalej z Arsenalem. Wreszcie Polska nie zdołała pokonać Czarnogóry i definitywnie pożegnała z mundialem w Brazylii (za słaby byłem z matmy, żeby patrzeć na sytuację z optymizmem), o czym napiszę w następnej notce. Tymczasem werdykt.

Najbardziej podobały mi się notki o Jose Mourinho, co nie znaczy, że zgadzam się z ich tezą, że jest lepszy od Pepa Guardioli. To był nie tyle pojedynek na argumenty, bo tego sporu prędko nie rozstrzygniemy, ale na ich formę, liczbę i logikę. Najlepszy komentarz stworzył Lukas i jego rękę wirtualnie wznoszę ku górze. Książki (jak tylko przyślecie mi mejlem adres) dostaną także Ytseman23 i Anwaarch. Gratuluje panowie! Kilka innych komentarzy, które również bardzo mi się podobały znajdziecie poniżej. Bardzo bliski podium był Jakub Sośnicki. Ucan narobił mi smaku teza o tym, że Mourinho jest Gombrowiczem wśród trenerów, ale liczyłem na znacznie obfitsze w argumenty rozszerzenie. Podobnie jak Grmli piszący o Mourinho jako postaci z Mordoru. Dziękuję wszystkim za wspólną zabawę i do następnej!

Lukas

Mourinho…

…ponieważ osiągał sukcesy z maszynami, nad którymi niekoniecznie każdy by zapanował. Podczas gdy Guardiola dostał wpierw Ferrari, a teraz Red Bulla, to Mourinho romansował z maszynami przeciętnymi, nowymi, niekoniecznie faworyzowanymi – czy jak ta ostatnia – kapryśnymi;

…ponieważ jest prawdziwym facetem, samcem alfa. To on przewodzi, on rządzi, daje i odbiera. Jeśli trzeba odtrąca najwyższe świętości, jeśli trzeba wysyła w bój oznaczony cierpieniem, jeśli trzeba jako pierwszy odbiera ciosy, by potem być tym, który zada ten ostatni;

…ponieważ jest niesfornym chłopcem na ringu. A to włoży palec w oko, a to się pokłóci z sędzią, a to oznajmi zwycięstwo nim rozpocznie się walka;

…ponieważ jest kimś więcej niż reżyserem. Panuje nad każdą sekwencją filmu, planuje kolejne sceny, a gdy się wszystko wali jak domek z kart, sam wchodzi na plan by odegrać kolejną brawurową rolę, wygłosić kolejny zapierający dech w piersiach monolog, znów uratować Oscara rolą wręcz oscarową;

…ponieważ stawia efektywność nad efektownością. Projektuje sprzęt stworzony dla swych celów, bez zbędnych ozdobników, które nie sprawiają żadnej praktycznej funkcji;

…ponieważ połowa świata go kocha, a druga połowa nienawidzi. Protagonista i antagonista w jednym. Niegrzeczny dzieciak, który wkurza rodzica, a ten nadal go kocha;

…ponieważ na jego spektaklu jeszcze nie zdarzyło mi się usnąć. Tymczasem „Tiki-taka” Guardioli, tak wiernie odtwarzana we wszystkich możliwych teatrach, coraz to doskonalsza, zdążyła mnie już nieraz znużyć.

…ponieważ Jose jest The Special One.

ytseman23

Mój głos zdecydowanie idzie na Mourinho. Oczywiście za Guardiolą stoją bezprecedensowe sukcesy – nikt w historii nie zdobył tak wiele w tak krótkim czasie. Mam jednak duże wątpliwości, na ile jest to faktycznie jego zasługa, a na ile efekt innych czynników, w szczególności życiowej formy niemal wszystkich zawodników Barcelony. Wcale nie twierdzę w tym miejscu, że wkład Josepa był zerowy – na pewno był znaczny, a fakt, że Messi, Xavi, Iniesta i inni grali na 150% możliwości na pewno był efektem unikalnego połączenia na linii trener-drużyna, którego pewnie nie osiągnąłby nikt inny. Ale czy kluczową postacią był Guardiola? To pozostaje dla mnie dyskusyjne.
W dodatku Guardiola wybierając za swój kolejny klub Bayern Monachium, nadal będzie wzbudzał moje wątpliwości – nawet jeśli w najbliższych latach będzie zdobywał jedno trofeum za drugim, to nadal pozostanie kwestia, na ile jest to jego wkład, a na ile – maszyna ustawiona, naoliwiona i puszczona w ruch przez Juppa Heynckesa.
Inna rzecz, że te sukcesy wcale nie muszą przyjść. Ba, nawet więcej – aktualna sytuacja i pozycja Bayernu jest bardzo niewygodna – wygranie Bundesligi to dla nich mus, bo każde inne miejsce będzie totalną porażką, a Borrussia na pewno łatwo nie odpuści. W Europie jeszcze gorzej – nikt Ligi Mistrzów dwa razy z rzędu nie wygrał, bo poza umiejętnościami trzeba mieć jeszcze mnóstwo szczęścia.
Upraszczając: ciężko będzie Guardioli sprawić, żeby nadchodzący sezon został nazwany sukcesem, a nawet jeśli, to cały czas nie będzie można pozbyć się znaków zapytania.
Dlatego też, przy całym szacunku dla sukcesów oraz kultury osobistej Josepa, gdybym sam prowadził klub piłkarski to bez zastanowienia postawiłbym na Jose. Tego wrednego skubańca, kłamcę i intryganta. Jego sukcesy przeliczone na tytuły są również spektakularne, a dodatkowo nie ma wątpliwości, że Porto, Chelsea, Inter oraz Real były jego projektami. W żadnym przypadku nie była to piłkarska poezja jak Barca Guardioli, ale przez wiele lat tworzył on drużyny lepsze od prostej sumy umiejętności poszczególnych graczy. Nie bez powodu jego zawodnicy w przeważającej większości darzą go niebywałym uwielbieniem – bo potrafił im powiedzieć w taki sposób, że są najlepsi, że mu uwierzyli. Dwa ostatnie zdania nie tyczą się Realu, ale według mnie, również jako szkoleniowiec Królewskich zrobił sporo (do sukcesu w Europie w ostatnich dwóch sezonach dzieliło go naprawdę niewiele). Głównym problemem według mnie było to, że we wszystkich poprzednich zespołach Mou mógł przenieść zawodników na wyższy level, a w przypadku Realu level był już właściwie maksymalny i podejście powinno być jednak inne. Tak mocno skupiono się na haśle „Bić Barcelonę”, że potem zabrakło innych opcji.
Oczywiście, zachowaniem bydlackim było wsadzenie palca w oko Tito, wiele wypowiedzi The Special One nie sposób określić inaczej niż „chamskie”, ale nie mam wątpliwości, że przy tych jego wyskokach Machiavelli skacze z radości, wystawia dłoń i krzyczy „Jose, gimme five!!!”. Bo każde jedno zachowanie, słowo i gest świadczy w mojej opinii o niebywałej wręcz inteligencji, umiejętnościach przewidywania oraz czytania emocji. To jest naprawdę „przygotowywanie się do następnego meczu tuż po zakończeniu poprzedniego”. Choćby to, co robi Mou w sprawie Rooney’a jest – z punktu widzenia klubu Chelsea – genialne! Podkreślenie gafy Moyesa na temat drugiej opcji, podchody, stawianie Wayne’owi ultimatum – wszystko jest mistrzowsko rozegrane i niezależnie od tego czy Rooney zmieni klub czy nie (według mnie nie) ilość zepsutej krwi na Old Trafford jest olbrzymia.
Według mnie Mourinho przerasta Pepa także w sferze strategiczno-taktycznej. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że przed meczem przygotowuje w swoim notesiku swoje reakcje typu zmiany taktyki, roszad personalnych, w zależności od zdarzeń na boisku. Dlatego też mało co go zaskakuje. Niezwykle mocno zapadła mi w pamięć scena z tegorocznego rewanżowego meczu między Realem oraz Manchesterem United. Kibicuję Czerwonym Diabłom już ze dwadzieścia lat, uwielbieniem darzę Alexa Fergusona (wśród trenerów tylko Phil Jackson może się z nim równać jak dla mnie). Gdy Nani dostał czerwoną kartkę rzuciłem mięsem – i nie było to „fruk ci w rzętak” Witkacego – i miałem ochotę wejść na murawę i spuścić sędziemu solidny łomot. Identycznie zareagował Ferguson, który zbiegał po schodach, z zacięciem żując gumę, co miało mu zapewne rozgrzać aparat gębowy przed uskutecznieniem słynnej suszarki. I zupełnie mu się nie dziwiłem. Ale, gdy potem analizowałem całą sytuację na chłodno, to stwierdziłem, że Ferguson dał plamę. Zamiast wprowadzić zmiany personalne lub w ustawieniu, zareagował bardzo emocjonalnie, a jego zdenerwowanie udzieliło się podopiecznym. A co zrobił Mou? Z kamienną miną wprowadził Modrica, który za kilka minut odmienił losy meczu. Zachował stoicki spokój, bo był na taką sytuację – mamy niekorzystny wynik, jest druga połowa i jeden z przeciwników dostaje czerwoną kartkę – po prostu przygotowany.
Podsumowując: mając do wyboru Mourinho oraz Guardiolę wybieram Fergusona ;) ale zaraz potem Mourinho.

Anwaarch

Patrząc na futbol przez pryzmat osiągnięć – nie poznałbyś jego piękna.
Kibicując jedynie dla trofeów – nie mógłbyś nazwać się kibicem.

Traktując piłkę nożną jako życie, rezultaty są sprawą drugorzędną.
W momentach słabości – kochając klub, ukazywałbyś ironię?
W momentach uniesień – kochając klub, ukazywałbyś brak szacunku?

Mourinho jest niczym żagiel. Tak, żagiel.
Gdy nie ma wiatru, żagiel opada, choć cały czas chce pokazać, iż jest najważniejszy, bo przecież bez niego statek nie popłynie?
Żagiel cały czas jest w centrum uwagi. Cały czas jest okazały, wyniosły. Ważny, choć nie najważniejszy.
Gdy Real przegrywał, Mourinho chciał być w orbicie mediów. Stawał się ironiczny, cyniczny. Prowokował w wywiadach. Pokazywał, że to on jest charakterem numer jeden

Guardiola jest kapitanem statku. Tak, kapitanem – człowiekiem.
Cały czas znajduje się na pokładzie. Dba o poddanych, nie unosi się. Gdy nie ma wiatru, jest sobą. Chwyta za wiosło i wiosłuje! Ważna jest załoga, a nie żagiel!

„””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””

Spójrz, taka prawda. To małe porównanie do morskich aspektów działa! Mourinho w gruncie rzeczy nie przebywa z piłkarzami. Pokazuje im jedynie jak grać. Ci narzekają na niego, kiedy nie zasiada już na ławce trenerskiej. Pep jest blisko zawodników. Gdy coś zaczyna się psuć, podchodzi do nich niczym przyjaciel. Mourinho to wyniosłość. Sam określił się The Special One. Co z tego, iż zdobywa trofea, jak za każdym razem kończy współpracę aferą? Guardiola to człowieczeństwo. Prawdziwy kompan.

Futbol to nie tylko wyniki.
Prawdziwie kocham futbol, więc wybieram..
Wybieram człowieczeństwo. Wybieram Pepa Guardiolę.

Jakub Sośnicki

Mourinho, bo… zdobywał puchary w czterech krajach, w czterech ligach, który ewidentnie różnią się od siebie stylem i działają w inny sposób. Już na początku swojej samodzielnej kariery pokazał, że potrafi wyciągnąć ze swoich piłkarzy 200%. Co prawda – w Porto spędził zaledwie dwa lata, jednak później dołączył do Chelsea i od razu potrafił z nią zdobywać kolejne trofea. A jak wiemy nie jest to wcale taka łatwa rzecz – na przykładzie Andre Villasa-Boasa, który pobijał w Portugalii rekordy „The Happy One”, a mimo to nie poradził sobie w drużynie Romana Abramowicza. Jest mistrzem gierek słownych, w których ukryta jest przede wszystkim motywacja. Zawsze broni swoich podopiecznych (nawet w kontrowersyjny sposób). Stał się piłkarską ikoną, a jego cytaty przeszły do historii. Wszyscy pamiętaj, jak przed meczem Ligi Mistrzów z Barceloną Jose Mourinho na konferencji prasowej wymienił skład obu drużyn. Wszyscy pamiętają słynne „por que?” i żale na UEFĘ. I w końcu wszyscy zapamiętają pierwsze słowa Mou, kiedy powrócić do Anglii – Dziennikarz powiedział: „W Premier League dużo się zmieniło”, na to Portugalczyk odpowiedział: „Nie, Arsenal nadal nie zdobył żadnego pucharu”. Geniusz, geniusz taktyczny, motywacyjny, ojciec sukcesu i drużyny. Za Mourinho murem stoją nawet sami piłkarze. To oni wracają do niego, chcą z nim współpracować w innych zespołach – Carvalho, Ferreira, Essien czy Eto’o. Wiedzą, jak wygląda praca z takim człowiekiem i bez chwili zwątpienia przenoszą się do klubów, które prowadzi Jose. Jego wielka osobowość i styl przekazywania informacji powoduje, że przez cały czas chce się go słuchać i oglądać. Przyciąga masę ludzi i potrafi zarazem – kolokwialnie mówiąc- zagiąć każdego. Żywa gestykulacja i ciągłe komentarze adresowane do arbitrów sprawiają, że jego piłkarze czują się pewniej. Czują, że tuż przy linii stoi Pan, który ich obroni. I w końcu wiedzą, że w jego głowie kryje się gama wszelkiego rodzaju pomysłów i schematów, który można wykorzystać podczas meczów. Dlatego właśnie moim zdaniem Jose Mourinho jest najlepszym menedżerem świata.

ucan

Mourihno, bo jest pierwszej klasy jajkiem na twardo (pamiętna konferencja), czyli Gombrowiczem wśród trenerów. Pokonując futbolowe sinusoidy, od portugalskiego outsidera União Leiria po K2 klubów świata – Real Madryt, przyklejał sobie nieustępliwie tysiące gombrowiczowskich gęb. Mozolne acz heroiczne próby uzyskania rzeczowych informacji na konferencjach The Special One nonszalancko zbywa festiwalem min i metafor.

Podobnie jak literackie alter ego, Jose jest nazbyt często posądzany o przerost formy nad treścią. Nonsens. Uczuleni na piękno obu kunsztów winni raczej błogosławić tą tendencję, która dopiero w symbiozie jest w stanie przedstawić ogrom geniuszu całości. Czym byłoby sportowo pieczołowicie wykute na ideał spotkanie Chelsea – Barcelona bez pamiętnego „Fucking disgrace” Drogby i kanonady mistrzostwa negatywnej ekspresji The Special One? Pięknem zapomnianym, mgnieniem oka wśród boiskowej magii.

Mourinho, bo poparty spektakularnymi, choć czasami tak ostentacyjnie zdobywanymi trofeami o niemal idealnej amplitudzie trudności. Od zwycięstwa w lidze portugalskiej po Ligę Mistrzów, a przecież zdołał także rozbroić hegemoniczną Barcelonę. Co jednak istotniejsze poparty szeregiem druzgocących porażek (0:5 w Gran Derbi), z których powstawał samotnie otrzepując kurz błędów, a skrzętnie zbierając z ziemi nawet najmniejsze ziarenko nauki z nich wynikającej.

Wreszcie dlatego, że jest jajkiem na twardo; a przeznaczeniem trenera klasy godnej literackiemu Gombrowiczowi jest uniesienie się ponad jajka na miękko czy inne omlety. Mou właśnie taki jest – unikatowy, nieprzejednany, buńczuczny, ale najlepszy. Doskonałość daje mu prawo do bycia bezwzględnym.

Grmli

Mourinho bo jest zły. To jego mózg wykuto w czeluściach Mordoru. On jest tym demonicznym manipulatorem od gierek psychologicznych. Człowiekiem, któremu nie wystarcza bycie solą w oku przeciwnika. On jest w tym oku wrednym paluchem.
Mourinho bo jest gorszy. W trakcie czterech lat jego pobytu w Barcelonie zespół wywalczył ledwie 5 tytułów. Reszta trofeów, które wygrywał w z klubikiem z Portugalii i w trzech, do niedawna, najbardziej wymagających ligach świat jest raczej nieistotna. Poza tym zostały zdobyte z dużą dozą szczęścia i wody ze zraszaczy na Camp Nou.
Mourinho bo jest obieżyświatem. Facet nie umie wytrzymać na jednym miejscu. Mówi się, że jest wampirem bo wysysa ze swoich drużyn to co najlepsze a potem nie mają siły na dalszą grę pod inną batutą. Nie są w stanie dowlec się choćby do finału Ligi Mistrzów. No chyba, że to Avram Grant ( daj Boże by gracze Realu też byli po nim tak wycieńczeni).
Mourinho bo nie liczy się z piłkarzami. Kto sadza najlepszego bramkarza na świecie ławce ? Kto nie liczy się z klasą, pozycją i jakością tak świetnego piłkarza! Może gdyby dorzucił trochę pieniędzy i wymienił Ikera na Ibrahimovicia krytyka byłaby ciut mniejsza. Jose nie liczy się nawet z emocjami swoich podopiecznych. Większość w sobie rozkochuje by następnie porzucić. Robi im wodę z mózgu tak, że niemal nie dorobił się swojej sekty. Dobrze, że w Madrycie pracują ludzie o tak kamiennych sercach. Też musieliby wylewać morze łez pod Santiago Bernabeu.
Mourinho bo żongluje taktyką. Kto słyszał, żeby robić jakieś taktyczne roszady? Tak robią tylko małe klubiki. Pewnie z Porto wyniósł takie nawyki. Nie przystoi wygrywać w ten sposób Pucharu z Wielkimi Uszami. Moratti pewnie musiał się ze wstydu zapaść pod ziemię kiedy wygrywali 2-0 z Bayernem.
Mourinho bo mówi prawdę. Jak można wytknąć błędy sędziemu co do popełnienia ,których nikt nie ma wątpliwości? I to w lidze, w której w każdej kolejce wynik jakiegoś meczu jest przez sędziego wypaczany. Sprawa rozwiąże się sama a medialny szum nakłada tylko presję na ludzi, którzy pod presją mogą się tylko więcej mylić. Jakby w piłce nikt nie musiał sobie z tą presją radzić.
Mourinho bo to on „ stał się kimś pomiędzy Machiavellim a Atyllą i poszedł tam gdzie już nie rośnie trawa”. Ciężko musi być kimś takim. Zwłaszcza gdy walczy się ze Świętym.

Guardiola czy Mourinho? Wybierz i wygraj!

Dziś w Pradze w meczu o Superpuchar Europy znów staną naprzeciw siebie dwaj najwięksi trenerscy antagoniści w ostatnich latach, a może nawet w ogóle w futbolu – Pep Guardiola i Jose Mourinho. Nie przypominam sobie, żeby najwięksi trenerzy w minionych dwóch dekadach – Arrigo Sacchi, Johan Cruyff, Luis van Gaal, Fabio Capello, Alex Ferguson, Arsene Wenger czy Rafa Benitez rywalizowali ze sobą aż tak intensywnie, jak Guardiola i Mourinho, których tak bardzo różniła filozofia gry, podejścia do zarządzania klubem i ludźmi, stosunek do mediów. Owszem, w czasach gdy Manchester United Fergusona rywalizował o prymat w Premier League z Arsenalem Wengera był to też spór o to czyja koncepcja lepsza: stawianie na Anglików, wychowanków klubu, piłkarzy o wyspiarskim, niezłomnym charakterze (których ucieleśnieniem były Roy Keane czy Paul Scholes) czy cudzoziemski, zaciąg (Wenger jako pierwszy wystawił drużynę bez ani jednego Anglika) głównie francuskich (Thierry Henry, Robert Pires, Patrick Vieira) ale i holenderskich (Denis Bergkamp, Marc Overmars) artystów. Mimo złej krwi między klubami czy pamiętnej „bitwy bufetowej”, była to jednak rywalizacja głównie między klubami. Podobnie jak odwieczna rywalizacja dwóch mediolańskich gigantów czy konfrontacji AC Milan, Interu z Juventusem i Romą. Dopóki w Italii nie pojawił się Mourinho (pamiętne „zero tituli” o Claudio Ranierim) nigdy nie była to rywalizacja trenerów ale klubów właśnie.

Dopiero objęcie przez The Special One Realu Madryt i rzucenie wyzwania prowadzonej przez Guardiolę Barcelonie sprawiło, że cały nie tylko piłkarski świat zaczęła elektryować rywalizacja między oboma szkoleniowcami. „On wydobywa ze mnie to, co najgorsze” – powiedział o Mourinho Guardiola. Portugalczyk dla odmiany traktował Guardiolę jak hipokrytę „lubiącego sprzedawać dym”. Zawsze wspominał półfinał Champions League z 2010 roku, gdy na świętujących awans graczy Interu na Camp Nou puszczono wodę z systemu nawadniającego. Pep nie umiał się pogodzić ze sposobem bycia „Mou”, który po słynnym półfinale Ligi Mistrzów w 2011 roku, gdy Real przegrał z Barceloną 0-2 na Santiago Bernabeu, dość otwarcie zasugerował, że za sukcesami Katalończyków stoją spiski sędziowskie. Kiedy w 2012 roku Guardiola postanowił nie przedłużać kontraktu z Barceloną, jego bliscy znajomi opowiadali prasie hiszpańskiej, iż duży wpływ na tę decyzję miał Mourinho, obrzydzając Pepowi uprawianie zawodu. Podobnie komentowano później nawet informację o tym, iż kolejnym klubem Guardioli będzie Bayern Monachium. Sugerowano, że wybrał Bundesligę, by trzymać się od Portugalczyka jak najdalej.

To idealny moment, żeby przedstawić Wam wyjątkową książkę „Mourinho vs Guardiola”. Wyjątkową, bo nie jest to po prostu kolejna historia obu trenerów od urodzenia po triumfy, ale analiza obu trenerów jako liderów i przywódców oraz metod jakimi osiągnęli owe niebywałe sukcesy. Dokonana przez specjalistów od zarządzania i coachingu, wykładowców uniwersyteckich Juana Carlosa Cubeiro i Leonor Gallardo. Zastanawiam się czy nie za dużo w niej nawiązań do starożytnych historyków i filozofów jak Plutarch, Heraklit z Efezu czy Arystoteles, buddyzmu, Dalajlamy itp. Niezwykle ciekawsze wydaje mi się za to konfrontacja metod Mourinho i Guardioli zarządzania klubem ze współczesnymi teoriami zarządzania i przywództwa w wielkim biznesie. Autorzy analizują (np. wyciagając mnóstwo cytatów z różnych sytuacji i konferencji prasowych) jak odmiennie Jose i Pep realizują 10 zasad lidera-coacha, rozbijając je na takie rozdziały jak „Umieć rządzić i decydować”, Utrzymać moralny autorytet i wiarygodność”, „Słuchać z uwagą”, Zachować spokój”, Okazywać dobroć”, Antycypować sukces”, „Rezygnować ze szkodników”, Skoncentrować się na ‚kliencie’” czy „Pracować nad emocjami”. Lektura pozwala zrozumieć wiele działań i słów jakie wstrząsnęły futbolowym światem w minionych latach jak np. decyzja Guardioli o pozbyciu się z Barcy Ronaldinho, Eto’o i Deco czy konflikt Mourinho z Ikerem Casillasem, takie jego prowokacyjne słowa jak „Nie mówię, że jestem najlepszym trenerem świata, ale lepszych ode mnie nie ma”. Dokładne omówienie co i dlaczego znalazło się w Dekalogu Mourinho, który rozdaje swoim piłkarzom.

Guardiola vs Mourinho czyli Google vs Aplle

A jednocześnie sporo jest o tym co obu panów łączy. Szczególne ciekawe i błyskotliwe publicystycznie wydaje mi się porównanie obu trenerów do dwóch wielkich światowych firm o odmiennych filozofiach działania: Googla (Guardiola) i jego największego antagonisty, swoistego anty-Googla – Apple’a (Mourinho). „Apple ignoruje najważniejszą zasadę Googla: ‚przekazać władze klientom’. Steve Jobs kontroluje wszystko i my chcemy, żeby to robił. Właśnie dzięki jego odważnej i błyskotliwej wizji oraz przesadnemu wręcz zamiłowaniu do perfekcji, by jego produkty funkcjonowały tak dobrze. Jest jednak coś jeszcze. Model Goole polega na współpracy. Apple jest jej przeciwieństwem. Nie jest tak, że nie obchodzi ich co myślimy my. Po wypuszczeniu produktu na rynek Apple nauczyła się rozwiązywać problemy ze spokojem (słynna niechęć Jobsa do tzw. focusów, bo ‚ludzie nie wiedzą co jest dla nich najlepsze, dopóki tego dla nich nie stworzymy – Polsport). Apple jest firmą kultu, a jej klienci najlepszymi sprzedawcami (…)

Aplle inwestuje dużo w reklamę, Google – ani dolara. Aplle jest czymś najbardziej oddalonym od transparentności. Pozwała blogerów za rozszyfrowanie i upublicznienie jej tajemnic (przypominają się słynne słowa Mourinho o tym, że klub, a zwłaszcza hotel w którym rezyduje przed meczem musi być jak bunkier – Polsport). Itd. (…) Google daje wszechmoc i wszechobecność (Google Earth), a Apple chowa świat do przedmiotów o pięknie zen.

W świecie futbolu Guardiola byłby jak Google: jest serdeczny słucha, rozumie i rozwizuje problemy. Mourinho przypomina Appla: projekt, prostota, wyzwanie, kontrola nad wszystkim a’la Jobs. Dwa modele sukcesu w nowej epoce…

Uwaga: konkurs!

Ciekawe i inspirujące, prawda? Nie wiem kto wygra Superpuchar Europy, czy obaj trenerzy są równie zdeterminowani, żeby zdobyć to najmniej ważne z europejskich trofeów. Ale wiem, że trzech z Was może wygrać książkę „Mourinho vs Guardiola”. Musicie w komentarzach odpowiedzieć na proste pytanie, kto jest lepszym trenerem: Guardiola, bo… albo Mourinho, bo… (uwaga liczy się nie tylko moc przekonywania argumentów ale również – jak zawsze w konkursach na Polsporcie – wartość literacka wypowiedzi i forma uzasadnienia).

Czekam na Wasze komenty do… ostatniego gwizdka praskiego Superpucharu…