Czy Mourinho broniłby Drągowskiego?

Drągowski w "agonii"Wydawało się, że sprawa marnego aktorstwa Bartłomieja Drągowskiego, który w meczu poprzedniej kolejki z Lechią symulował poważny uraz po trafieniu rzuconą z trybun zapalniczką, już przyschła i wybrzmiała. Na głowę młodego piłkarza wylała się fala słusznej krytyki, zwłaszcza że nie był to pierwszy nieodpowiedzialny incydent utalentowanego19-latka. W ubiegłym sezonie pokazał środkowe palce kibicom rywali, w tym próbował rozproszyć rywala wpychając mu palec w tyłek.

Sam zawodnik po próbach ściemniania, że nie wie czy został trafiony, a na murawie leżał, żeby wytrącić strzelca karnego z równowagi, ostatecznie przyznał, że pajacował niepotrzebnie. Tłumaczył, że w trakcie meczu nie myśli i działa pod wpływem chwili. Działanie pod wpływem chwili i „wyłączanie myślenia” to niepokojące cechy u piłkarza, o czym najlepiej przekonał się Luis Suarez, nikt jednak nie dopominał się żadnych kar dla Drągowskiego, a już na pewno nie takich jak w przypadku Urugwajczyka. Wyglądało, że jest po sprawie.

Aż tu ni stąd ni zowąd w środę wieczór, pięć dni po incydencie w obronę bramkarza wziął jego trener z Jagiellonii, Michał Probierz. W oświadczeniu na Facebooku napisał, że to on namówił Drągowskiego do do symulowania. „W związku z falą krytyki dotyczącej Bartłomieja Drągowskiego z sytuacji z rzuconą zapalniczką (…) całą odpowiedzialność za zdarzenie ponoszę jako Trener Michał Probierz gdyż przekazałem informację żeby zawodnik symulował uraz i wybił z rytmu zawodnika Lechii przy uderzeniu z rzutu karnego. Bartłomiej Drągowski publicznie nie wyjawił całej prawdy dotyczącej tego zdarzenia a wziął winę na siebie” – napisał w komunikacie.

Ponieważ oświadczenie zostało opublikowane w social mediach, internauci natychmiast zakwestionowali i jego prawdziwość i mało wychowawczy sens. Analiza powtórek wykazała, że między przyznaniem rzutu karnego Lechii, rzuceniem zapalniczki na murawę, a cyrkiem odstawionym przez bramkarza Jagiellonii nie doszło do żadnej formy komunikacji między zawodnikiem, a trenerem. Probierz nie miał kiedy wydać instrukcji, którymi teraz próbuje usprawiedliwić zachowanie zawodnika. Chyba, że przed meczem proroczo przewidział, że z trybun spadnie zapalniczka i nakazał zawodnikowi symulkę. Skąd jednak wiedział, że spadnie akurat koło Drągowskiego a nie innego zawodnika.

 

Absurd. Toteż sieć zalały żarty z oświadczenia. Na Twitterze internauci zastanawiali się co jeszcze mogłoby być „winą Probierza”, powstał też hasztag #oświadczeniechallange. Ktoś pytał trenera, czy nie wziąłby na siebie jego winy, bo dwa dni temu trochę nabroił i narzeczona boczy się na niego. A najśmieszniejszy był mem ze zwijającym się „z bólu” Drągowskim i Probierzem instruującym go: „Bartuś, od pajacowania to jestem tutaj ja”. Mam nadzieję, że poczucie humoru trenera nie pozwoli mu się na nas obrazić.

Pojawiło się też sporo wyrazów uznania dla Probierza. „Brawo trenerze! Tak powinien postępować człowiek odpowiadający za innych”, Wow. Szacun za wzięcie winy na siebie”, „Trener jak ojciec… trzyma fason i broni swoich podopiecznych”.

Stawanie murem za swoimi zawodnikami, chronienie ich, zdejmowanie z nich presji poprzez wystawienie na ostrzał siebie, to cechy największych trenerów, prawdziwych liderów i psychologów jak Jose Mourinho czy do niedawna Sir Alex Ferguson. Jeśli Probierz zapatrzył się na ich metody, to skorzystał z nich niefortunnie.

Mourinho potrafił wzniecić na konferencji prasowej awanturę z trenerem rywali lub dziennikarzem czy oskarżać niesłusznie arbitrów lub całą federację, byle tylko odciągnąć uwagę od kłopotów swoich piłkarzy, to jednak nigdy nie próbował naprawić jednego oszustwa, kolejnym. Broniąc Johna Terry przed zarzutami o rasizm nie przekonywał, że to on kazał swemu kapitanowi obrazić Antona Ferdinanda. Ferguson po szaleńczym ataku Erica Cantony na wrednego kibica nie tłumaczył, że to on doradził Francuzowi odpowiedź ciosem kung-fu.

Gdy kibice Realu wygwizdali znajdującego się w kiepskiej formie Karima Benzemę, Mourinho przekonywał, że tak naprawdę publiczność wygwizdywała… jego, i słusznie, bo zmienił napastnika. Za to z Benzemy jest bardzo zadowolony, bo pracuje bardziej niż kiedykolwiek.

Dzięki takiemu podejściu obaj trenerzy potrafili zbudować fantastyczne relacje z zawodnikami, zyskując w zamian ich pełne oddanie, ultralojalność i gotowość by dla swego trenera „wbiec na ścianę”, zarówno na boisku jak i w chwilach kłopotów. Słynne „byłem gotów dla niego zabijać i zginąć” Wesley’a Sneijdera o Mourinho.

Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby absurdalne wstawiennictwo Probierza za Drągowskim przyniosło ten sam efekt. Raczej ani nie zbuduje więzi między trenerem i zawodnikiem, ani nie jest wychowawcze. Jest za to niepotrzebnym usprawiedliwieniem pajacowania, za które zawodnikowi zdążyło się zrobić głupio.

Mourinho i Wesley Sneijder

„Będąc młodą lekarką”, czyli awantura o dr Evę

Eva Carneiro i Jose Mourinho

Nie ma Jose Mourinho szczęścia do kobiet. Publiczne pretensje do Sary Carbonero, partnerki Ikera Casillasa – słuszne czy nie – w swoim czasie popsuły atmosferę w szatni Realu Madryt i przerodziły się w konflikt z bramkarzem reprezentacji Hiszpanii, na którym nie zyskała żadna ze stron. Dziś cały świat kibicuje i śle wyrazy wsparcia głównej lekarz Chelsea, Evie Carneiro, na której Portugalczyk wyżywa się po stracie punktów ze Swansea i szykanuje, odsuwając od pracy z piłkarzami „The Blues”, bo śmiała bez jego przyzwolenia pomóc jednemu z nich gdy cierpiał na boisku. Co mogło doprowadzić do straty bramki, ale nie doprowadziło. Rażąca niesprawiedliwość z jaką potraktował lekarkę wykonującą przecież swoje obowiązki i nieprzejednanie w jakim trwa, zabraniając jej nie tylko pracy podczas meczów, siadania na ławce, a nawet wstępu do hotelu drużyny, spotkała się ze zdumieniem i oburzeniem nie tylko kolegów po fachu Carneiro, nie tylko 350 tysięcy kibiców „The Blues”, którzy masowo okazali jej wsparcie na Facebooku, ale nawet samego właściciela Chelsea, Romana Abramowicza. Po co Mourinho ta awantura ze wzbudzającą powszechny szacunek i sympatię lekarką, z której może wyjść wyłącznie przegrany?

Czym podpadła mu dr Eva? Eden Hazard, któremu pobiegła z pomocą, zwijał się w bólu. Wyraźny sygnał do interwencji lekarza dał zresztą sędzia spotkania, Michael Oliver i to dwukrotnie! Czy miała go zlekceważyć? Gdy wbiegła na murawę wraz z fizjoterapeutą, Mourinho podskoczył za linią boczną jak rażony prądem. Wiadomo bowiem, że piłkarz opatrywany przez lekarza musi opuścić boisko i może wrócić dopiero po pozwoleniu arbitra. Oznaczało to, że grająca już w osłabieniu Chelsea (czerwoną kartkę dostał wcześniej Thibaut Courtois), musiała przez chwilę grać w dziewiątkę. Na konferencji Portugalczyk z wściekłością skrytykował swój sztab medyczny, przekonując, że Hazard nie doznał żadnego urazu, a jedynie był zmęczony. I dodał, że „nieważne, czy jesteś doktorem czy sekretarką siedzącą na ławce drużyny, musisz znać się na futbolu i rozumieć go”.

Były gwiazdor reprezentacji Anglii, ekspert BBC, Gary Lineker spuentował napisał na Twitterze, że być może sam złoży aplikację do sztabu medycznego Chelsea, bo na futbolu się zna, za wiedza medyczna jest jest tam szczególnie konieczna”. Wsparcia udzielili Carneiro koledzy. Lekarz WBA, Dr Mark Gillett i szef „Premier League Doctors’ Group” nazwał postępowanie Mourinho „skrajnie niesprawiedliwym” i torpedującym wysiłki władz ligi i stowarzyszenia by poprawić bezpieczeństwo zawodników. Odezwał się nawet lekarz krykietowej reprezentacji Australii, Peter Brukner, który domaga się przeprosin dla sztabu medycznego.

Eva Carneiro John Terry i Jon FearnMourinho brnie jednak w zaparte i podtrzymuje szykany. Postawa „Lorda Vadera” świata futbolu, nienawidzonego, ale zwycięskiego, używającego do osiągnięcia sukcesu „ciemnej strony mocy”, prowokującego trenerów, piłkarzy rywali, sędziów a nawet całe federacje to dla Mourinho chleb powszedni. Lubi ustawiać się wraz z drużyną w kontrze do całego świata, czynić z niej oblężoną twierdzę i zawsze mieć pod ręką wygodnego „wroga”. Od spiskującej przeciwko jego drużynie UEFA po złośliwych chłopców do podawania piłek. Rzadko jednak znajdował ich wśród pracowników własnego klubu. Choć po prawdzie Carneiro dostaje się po raz drugi. W styczniu ochrzanił ją za to, że dla odmiany zbyt wolno biegła zająć się kontuzjowanym Oscarem.

Oskarżenia o seksizm to oczywisty absurd. Kwestie płci są pewnie ostatnia rzeczą, którą kieruje się w pracy. Gdyby na miejscu dr Evy był jakiś facet, być może dostałby mu się jeszcze mocniej. Nie przekonuje mnie też do końca teza dziennikarza „Tygodnika Powszechnego”, Michała Okońskiego w sport.pl, że to po prostu kolejna wrzutka, której celem – jak mnóstwa poprzednich – jest odciągnięcie uwagi mediów od kondycji drużyny przed ważnym starciem z kontrkandydatem do tytułu (w sobotę Chelsea gra z Manchesterem City).

To prawda, że zamiast pytać o dwa bolesne niepowodzenia: porażkę w meczu o Tarczę Wspólnoty z obśmiewanym przez Mourinho Arsenalem i stratę punktów u siebie ze Swansea, którą w ubiegłym sezonie Chelsea wysoko ogrywała (5:0 na wyjeździe), wszyscy skoncentrują się na odsunięciu od drużyny tyleż uroczej, co kompetentnej lekarki (najmniej kontuzji w ubiegłym sezonie). Nie wierzę jednak, że taki by jego plan. Byłaby to wrzutka granatu między własne szeregi, koszty odwrócenia uwagi byłby zbyt wysokie.

To raczej efekt stresu wywołanego niepowodzeniami i słabszą postawą kluczowych zawodników od tak solidnych w ubiegłym sezonie obrońców, przez nieprzekonujących pomocników Fabregasa i Matica, po nie do końca wyleczonego Diego Costę w ataku i Falcao, który wciąż przypomina siebie z Manchesteru United, a nie Atletico. Oraz na karb frustracji wywołanej brakiem kontroli nad wszystkim, utraconej wraz z wydaniem zgody przez Abramowicza na przejście Petra Cecha do Arsenalu. Carneiro też zrobiła coś wbrew jego woli, ale ją w przeciwieństwie do właściciela „The Blues” może za to skarcić. Więc karci.

Z awantury tej Mourinho wychodzi jako seksistowski cham, do tego nie liczący się ze zdrowiem własnych zawodników, choć tak naprawdę trudno znaleźć trenera bardziej dbającego o swoich piłkarzy. I okazującego więcej szacunku i zainteresowania pracownikom klubu aż po odźwiernego bramy. Eva Carneiro i Jose Mourinho

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

Lampard w Man City, czyli Frank, „byłeś legendą”…

Wygląda na to, że Frank Lampard postanowił zagrać w sequelu sympatycznej nowojorskiej komedii „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”. Albo może raczej, że postanowił rzucić rolę w wartościowej superprodukcji „Jestem Legendą”. Przyznam, że ze wszystkich letnich transferów, ten jest dla mnie najbardziej zaskakujący i niezrozumiały. Oto legenda Chelsea po 13 latach gry w The Blues i może nie najserdeczniejszym rozstaniu przed mundialem (ale czy odchodzący Didier Drogba był żegnany z fanfarami?) via New York City FC przechodzi do drużyny największego rywala. Może nie najbardziej znienawidzonego, Manchester City to nie Arsenal, ale głównego kontrkandydata w walce o tytuł, którą to Chelsea przegrała spektakularnie w minionym sezonie.

Trawestując słynny cytat o Leninie: „mówię Lampard, myślę Chelsea”. Choć nie był wychowankiem klubu, przez ostatnich 13 lat stał się nie tylko najlepszym strzelcem w historii klubu, ale i integralną częścią wszystkich jego wzlotów (obu tytułów mistrza Anglii za Jose Mourinho) i upadków (jak ten w finale Ligi Mistrzów w Moskwie w 2008 roku). Jednym z liderów i filarów The Blues. Zobaczyć go w niebieskiej koszulce The Citizens to podobno szok jaki przeżylibyśmy patrząc na Ryana Giggsa w koszulce Chelsea, Aleksa del Piero w barwach Interu Mediolan, do którego trafiłby via ten klub w Sydney czy Francesco Tottiego w koszulce AC Milan etc.

Nie rozumiem tej decyzji. Ani piłkarza ani City. Dlaczego Lampard burzy swój pomnik, który być może kiedyś stanąłby przed Stamford Bridge? Rozumiem, że chce czuje się na siłach, by grać na najwyższym poziomie, tymczasem jego klub MLS ma wolne aż do końca roku. Ale mógł śladem Davida Beckhama wybrać dowolny europejski klub. W Milanie przyjęliby go z otartymi ramionami. Podobnie jak były gwiazdor Manchesteru United deklarował przecież, że nigdy nie zagra w innym klubie Premier League. W ostateczności mógł wybrać Queens Park Rangers swego wuja, Harry’ego Redknappa, co kibice The Blues przełknęliby znacznie łatwiej niż zespół najgroźniejszego rywala. Czy to „zemsta” na Jose Mourinho, który – jak przynajmniej dziś deklaruje – zaproponował mu przedłużenie umowy o rok, co w końcu jest rzeczą zwyczajną u piłkarzy w wieku Franka? Ubódł brak gwarancji regularnej gry, której Mourinho w tym przypadku dać mu po prostu nie mógł, zresztą wątpliwe, żeby dostał ją na Etihad? Nie wierzę, żeby w przypadku akurat tego piłkarza chodziło o pieniądze. Czy więc jest tu jeszcze jakieś drugie dno, którego na razie nie znamy?

City z jednej strony zyskuje na sześć miesięcy za darmo (okej, pieniądze idą z tej samej kieszeni) świetnego piłkarza, który doskonale zna szatnię największego rywala i w dodatku jest Anglikiem, co ważne z uwagi na finansowe Fair Play FIFA. Tylko czy Lampard pod względem sportowym jest do czegokolwiek potrzebny Manuelowi Pellegriniemu? Gdzie go upchnie, mając w pomocy Yaya Toure, Javiego Garcię, Fernandinho, Fernando, Jacka Rodwell i Jamesa Milnera (o Samirze Nasrim, Jesusie Navasie i Davidzie Silvie nie wspominając)? Czy w decyzji Pellegriniego znalazła się też i chęć wystrychnięcia na dudka Mourinho, który boleśnie dał mu się we znaki swoimi tyradami, a któremu odmówił polemiki na salach konferencyjnych? Jeśli nawet to nie uwierzę, że była wiodąca.

Lampard zastrzegł sobie, że nie wystąpi w spotkaniach przeciwko Chelsea (pierwsza okazja 21 września). Czy to wystarczy, żeby fani The Blues przełknęli ten transfer i widok swej ikony w jasnoniebieskiej koszulce City? Z tego co czytam na forach, są rozczarowani, ale nikt nie intonuje „byłeś legendą, jesteś sprzedajną mendą”… Czy jednak Lampard swoją decyzją spalił – nomen omen – most na Stamford? I nie wróci do drużyny, do sztabu trenerskiego, by zdać egzamin na trenerskiego magistra pod okiem promotora Mourinho, jak Giggs u profesora Louisa van Gaala? Z drugiej strony podpatrywał największych: oprócz The Special OneCarlo Ancelottiego, Guusa Hiddinka, Luisa Felipe Scolariego… Chciałbym, żeby ten jeden z najinteligentniejszych piłkarzy zasiadł kiedyś na ławce trenerskiej. Może wcale nie wszystko stracone i kiedyś będzie to ławka The Blues? W końcu jak głosi teoria spiskowa, Chelsea zawdzięcza swój największy europejski sukces – triumf w Lidze Mistrzów – nieformalnemu trenerskiemu tercetowi Lampard-Drogba-Terry, Roberto di Matteo tam tylko nie przeszkadzał…

Lampard_i_Terry

Mourinho: Gombrowicz wśród trenerów o mózgu wykutym w Mordorze?

Przepraszam, że wyniki konkursu Mourinho vs Guardiola ogłaszam z taką zwłoką, ale kompletnie nie miałem czasu zalgować się na blogu. A w międzyczasie tyle się wydarzyło: Legia jako kolejny z 17 mistrzów Polski odbiła się od Ligi Mistrzów, Gareth Bale ostatecznie przeszedł do realu Madryt bijąc (lub nie) przy tym rekord transferowy (zgadzam się z tezą, że tą metką z taką ceną zrobiono mu krzywdę), Arsene Wenger zerwał z swą wieloletnią filozofią i wybulił 50 mln euro na piłkarza, zaprawdę świetnego ale w kontekście zgody na odejście Robina van Persie i jeszcze paru chłopaków za nieporównanie mniej, nadal zastanawiam się co dalej z Arsenalem. Wreszcie Polska nie zdołała pokonać Czarnogóry i definitywnie pożegnała z mundialem w Brazylii (za słaby byłem z matmy, żeby patrzeć na sytuację z optymizmem), o czym napiszę w następnej notce. Tymczasem werdykt.

Najbardziej podobały mi się notki o Jose Mourinho, co nie znaczy, że zgadzam się z ich tezą, że jest lepszy od Pepa Guardioli. To był nie tyle pojedynek na argumenty, bo tego sporu prędko nie rozstrzygniemy, ale na ich formę, liczbę i logikę. Najlepszy komentarz stworzył Lukas i jego rękę wirtualnie wznoszę ku górze. Książki (jak tylko przyślecie mi mejlem adres) dostaną także Ytseman23 i Anwaarch. Gratuluje panowie! Kilka innych komentarzy, które również bardzo mi się podobały znajdziecie poniżej. Bardzo bliski podium był Jakub Sośnicki. Ucan narobił mi smaku teza o tym, że Mourinho jest Gombrowiczem wśród trenerów, ale liczyłem na znacznie obfitsze w argumenty rozszerzenie. Podobnie jak Grmli piszący o Mourinho jako postaci z Mordoru. Dziękuję wszystkim za wspólną zabawę i do następnej!

Lukas

Mourinho…

…ponieważ osiągał sukcesy z maszynami, nad którymi niekoniecznie każdy by zapanował. Podczas gdy Guardiola dostał wpierw Ferrari, a teraz Red Bulla, to Mourinho romansował z maszynami przeciętnymi, nowymi, niekoniecznie faworyzowanymi – czy jak ta ostatnia – kapryśnymi;

…ponieważ jest prawdziwym facetem, samcem alfa. To on przewodzi, on rządzi, daje i odbiera. Jeśli trzeba odtrąca najwyższe świętości, jeśli trzeba wysyła w bój oznaczony cierpieniem, jeśli trzeba jako pierwszy odbiera ciosy, by potem być tym, który zada ten ostatni;

…ponieważ jest niesfornym chłopcem na ringu. A to włoży palec w oko, a to się pokłóci z sędzią, a to oznajmi zwycięstwo nim rozpocznie się walka;

…ponieważ jest kimś więcej niż reżyserem. Panuje nad każdą sekwencją filmu, planuje kolejne sceny, a gdy się wszystko wali jak domek z kart, sam wchodzi na plan by odegrać kolejną brawurową rolę, wygłosić kolejny zapierający dech w piersiach monolog, znów uratować Oscara rolą wręcz oscarową;

…ponieważ stawia efektywność nad efektownością. Projektuje sprzęt stworzony dla swych celów, bez zbędnych ozdobników, które nie sprawiają żadnej praktycznej funkcji;

…ponieważ połowa świata go kocha, a druga połowa nienawidzi. Protagonista i antagonista w jednym. Niegrzeczny dzieciak, który wkurza rodzica, a ten nadal go kocha;

…ponieważ na jego spektaklu jeszcze nie zdarzyło mi się usnąć. Tymczasem „Tiki-taka” Guardioli, tak wiernie odtwarzana we wszystkich możliwych teatrach, coraz to doskonalsza, zdążyła mnie już nieraz znużyć.

…ponieważ Jose jest The Special One.

ytseman23

Mój głos zdecydowanie idzie na Mourinho. Oczywiście za Guardiolą stoją bezprecedensowe sukcesy – nikt w historii nie zdobył tak wiele w tak krótkim czasie. Mam jednak duże wątpliwości, na ile jest to faktycznie jego zasługa, a na ile efekt innych czynników, w szczególności życiowej formy niemal wszystkich zawodników Barcelony. Wcale nie twierdzę w tym miejscu, że wkład Josepa był zerowy – na pewno był znaczny, a fakt, że Messi, Xavi, Iniesta i inni grali na 150% możliwości na pewno był efektem unikalnego połączenia na linii trener-drużyna, którego pewnie nie osiągnąłby nikt inny. Ale czy kluczową postacią był Guardiola? To pozostaje dla mnie dyskusyjne.
W dodatku Guardiola wybierając za swój kolejny klub Bayern Monachium, nadal będzie wzbudzał moje wątpliwości – nawet jeśli w najbliższych latach będzie zdobywał jedno trofeum za drugim, to nadal pozostanie kwestia, na ile jest to jego wkład, a na ile – maszyna ustawiona, naoliwiona i puszczona w ruch przez Juppa Heynckesa.
Inna rzecz, że te sukcesy wcale nie muszą przyjść. Ba, nawet więcej – aktualna sytuacja i pozycja Bayernu jest bardzo niewygodna – wygranie Bundesligi to dla nich mus, bo każde inne miejsce będzie totalną porażką, a Borrussia na pewno łatwo nie odpuści. W Europie jeszcze gorzej – nikt Ligi Mistrzów dwa razy z rzędu nie wygrał, bo poza umiejętnościami trzeba mieć jeszcze mnóstwo szczęścia.
Upraszczając: ciężko będzie Guardioli sprawić, żeby nadchodzący sezon został nazwany sukcesem, a nawet jeśli, to cały czas nie będzie można pozbyć się znaków zapytania.
Dlatego też, przy całym szacunku dla sukcesów oraz kultury osobistej Josepa, gdybym sam prowadził klub piłkarski to bez zastanowienia postawiłbym na Jose. Tego wrednego skubańca, kłamcę i intryganta. Jego sukcesy przeliczone na tytuły są również spektakularne, a dodatkowo nie ma wątpliwości, że Porto, Chelsea, Inter oraz Real były jego projektami. W żadnym przypadku nie była to piłkarska poezja jak Barca Guardioli, ale przez wiele lat tworzył on drużyny lepsze od prostej sumy umiejętności poszczególnych graczy. Nie bez powodu jego zawodnicy w przeważającej większości darzą go niebywałym uwielbieniem – bo potrafił im powiedzieć w taki sposób, że są najlepsi, że mu uwierzyli. Dwa ostatnie zdania nie tyczą się Realu, ale według mnie, również jako szkoleniowiec Królewskich zrobił sporo (do sukcesu w Europie w ostatnich dwóch sezonach dzieliło go naprawdę niewiele). Głównym problemem według mnie było to, że we wszystkich poprzednich zespołach Mou mógł przenieść zawodników na wyższy level, a w przypadku Realu level był już właściwie maksymalny i podejście powinno być jednak inne. Tak mocno skupiono się na haśle „Bić Barcelonę”, że potem zabrakło innych opcji.
Oczywiście, zachowaniem bydlackim było wsadzenie palca w oko Tito, wiele wypowiedzi The Special One nie sposób określić inaczej niż „chamskie”, ale nie mam wątpliwości, że przy tych jego wyskokach Machiavelli skacze z radości, wystawia dłoń i krzyczy „Jose, gimme five!!!”. Bo każde jedno zachowanie, słowo i gest świadczy w mojej opinii o niebywałej wręcz inteligencji, umiejętnościach przewidywania oraz czytania emocji. To jest naprawdę „przygotowywanie się do następnego meczu tuż po zakończeniu poprzedniego”. Choćby to, co robi Mou w sprawie Rooney’a jest – z punktu widzenia klubu Chelsea – genialne! Podkreślenie gafy Moyesa na temat drugiej opcji, podchody, stawianie Wayne’owi ultimatum – wszystko jest mistrzowsko rozegrane i niezależnie od tego czy Rooney zmieni klub czy nie (według mnie nie) ilość zepsutej krwi na Old Trafford jest olbrzymia.
Według mnie Mourinho przerasta Pepa także w sferze strategiczno-taktycznej. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że przed meczem przygotowuje w swoim notesiku swoje reakcje typu zmiany taktyki, roszad personalnych, w zależności od zdarzeń na boisku. Dlatego też mało co go zaskakuje. Niezwykle mocno zapadła mi w pamięć scena z tegorocznego rewanżowego meczu między Realem oraz Manchesterem United. Kibicuję Czerwonym Diabłom już ze dwadzieścia lat, uwielbieniem darzę Alexa Fergusona (wśród trenerów tylko Phil Jackson może się z nim równać jak dla mnie). Gdy Nani dostał czerwoną kartkę rzuciłem mięsem – i nie było to „fruk ci w rzętak” Witkacego – i miałem ochotę wejść na murawę i spuścić sędziemu solidny łomot. Identycznie zareagował Ferguson, który zbiegał po schodach, z zacięciem żując gumę, co miało mu zapewne rozgrzać aparat gębowy przed uskutecznieniem słynnej suszarki. I zupełnie mu się nie dziwiłem. Ale, gdy potem analizowałem całą sytuację na chłodno, to stwierdziłem, że Ferguson dał plamę. Zamiast wprowadzić zmiany personalne lub w ustawieniu, zareagował bardzo emocjonalnie, a jego zdenerwowanie udzieliło się podopiecznym. A co zrobił Mou? Z kamienną miną wprowadził Modrica, który za kilka minut odmienił losy meczu. Zachował stoicki spokój, bo był na taką sytuację – mamy niekorzystny wynik, jest druga połowa i jeden z przeciwników dostaje czerwoną kartkę – po prostu przygotowany.
Podsumowując: mając do wyboru Mourinho oraz Guardiolę wybieram Fergusona ;) ale zaraz potem Mourinho.

Anwaarch

Patrząc na futbol przez pryzmat osiągnięć – nie poznałbyś jego piękna.
Kibicując jedynie dla trofeów – nie mógłbyś nazwać się kibicem.

Traktując piłkę nożną jako życie, rezultaty są sprawą drugorzędną.
W momentach słabości – kochając klub, ukazywałbyś ironię?
W momentach uniesień – kochając klub, ukazywałbyś brak szacunku?

Mourinho jest niczym żagiel. Tak, żagiel.
Gdy nie ma wiatru, żagiel opada, choć cały czas chce pokazać, iż jest najważniejszy, bo przecież bez niego statek nie popłynie?
Żagiel cały czas jest w centrum uwagi. Cały czas jest okazały, wyniosły. Ważny, choć nie najważniejszy.
Gdy Real przegrywał, Mourinho chciał być w orbicie mediów. Stawał się ironiczny, cyniczny. Prowokował w wywiadach. Pokazywał, że to on jest charakterem numer jeden

Guardiola jest kapitanem statku. Tak, kapitanem – człowiekiem.
Cały czas znajduje się na pokładzie. Dba o poddanych, nie unosi się. Gdy nie ma wiatru, jest sobą. Chwyta za wiosło i wiosłuje! Ważna jest załoga, a nie żagiel!

„””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””””

Spójrz, taka prawda. To małe porównanie do morskich aspektów działa! Mourinho w gruncie rzeczy nie przebywa z piłkarzami. Pokazuje im jedynie jak grać. Ci narzekają na niego, kiedy nie zasiada już na ławce trenerskiej. Pep jest blisko zawodników. Gdy coś zaczyna się psuć, podchodzi do nich niczym przyjaciel. Mourinho to wyniosłość. Sam określił się The Special One. Co z tego, iż zdobywa trofea, jak za każdym razem kończy współpracę aferą? Guardiola to człowieczeństwo. Prawdziwy kompan.

Futbol to nie tylko wyniki.
Prawdziwie kocham futbol, więc wybieram..
Wybieram człowieczeństwo. Wybieram Pepa Guardiolę.

Jakub Sośnicki

Mourinho, bo… zdobywał puchary w czterech krajach, w czterech ligach, który ewidentnie różnią się od siebie stylem i działają w inny sposób. Już na początku swojej samodzielnej kariery pokazał, że potrafi wyciągnąć ze swoich piłkarzy 200%. Co prawda – w Porto spędził zaledwie dwa lata, jednak później dołączył do Chelsea i od razu potrafił z nią zdobywać kolejne trofea. A jak wiemy nie jest to wcale taka łatwa rzecz – na przykładzie Andre Villasa-Boasa, który pobijał w Portugalii rekordy „The Happy One”, a mimo to nie poradził sobie w drużynie Romana Abramowicza. Jest mistrzem gierek słownych, w których ukryta jest przede wszystkim motywacja. Zawsze broni swoich podopiecznych (nawet w kontrowersyjny sposób). Stał się piłkarską ikoną, a jego cytaty przeszły do historii. Wszyscy pamiętaj, jak przed meczem Ligi Mistrzów z Barceloną Jose Mourinho na konferencji prasowej wymienił skład obu drużyn. Wszyscy pamiętają słynne „por que?” i żale na UEFĘ. I w końcu wszyscy zapamiętają pierwsze słowa Mou, kiedy powrócić do Anglii – Dziennikarz powiedział: „W Premier League dużo się zmieniło”, na to Portugalczyk odpowiedział: „Nie, Arsenal nadal nie zdobył żadnego pucharu”. Geniusz, geniusz taktyczny, motywacyjny, ojciec sukcesu i drużyny. Za Mourinho murem stoją nawet sami piłkarze. To oni wracają do niego, chcą z nim współpracować w innych zespołach – Carvalho, Ferreira, Essien czy Eto’o. Wiedzą, jak wygląda praca z takim człowiekiem i bez chwili zwątpienia przenoszą się do klubów, które prowadzi Jose. Jego wielka osobowość i styl przekazywania informacji powoduje, że przez cały czas chce się go słuchać i oglądać. Przyciąga masę ludzi i potrafi zarazem – kolokwialnie mówiąc- zagiąć każdego. Żywa gestykulacja i ciągłe komentarze adresowane do arbitrów sprawiają, że jego piłkarze czują się pewniej. Czują, że tuż przy linii stoi Pan, który ich obroni. I w końcu wiedzą, że w jego głowie kryje się gama wszelkiego rodzaju pomysłów i schematów, który można wykorzystać podczas meczów. Dlatego właśnie moim zdaniem Jose Mourinho jest najlepszym menedżerem świata.

ucan

Mourihno, bo jest pierwszej klasy jajkiem na twardo (pamiętna konferencja), czyli Gombrowiczem wśród trenerów. Pokonując futbolowe sinusoidy, od portugalskiego outsidera União Leiria po K2 klubów świata – Real Madryt, przyklejał sobie nieustępliwie tysiące gombrowiczowskich gęb. Mozolne acz heroiczne próby uzyskania rzeczowych informacji na konferencjach The Special One nonszalancko zbywa festiwalem min i metafor.

Podobnie jak literackie alter ego, Jose jest nazbyt często posądzany o przerost formy nad treścią. Nonsens. Uczuleni na piękno obu kunsztów winni raczej błogosławić tą tendencję, która dopiero w symbiozie jest w stanie przedstawić ogrom geniuszu całości. Czym byłoby sportowo pieczołowicie wykute na ideał spotkanie Chelsea – Barcelona bez pamiętnego „Fucking disgrace” Drogby i kanonady mistrzostwa negatywnej ekspresji The Special One? Pięknem zapomnianym, mgnieniem oka wśród boiskowej magii.

Mourinho, bo poparty spektakularnymi, choć czasami tak ostentacyjnie zdobywanymi trofeami o niemal idealnej amplitudzie trudności. Od zwycięstwa w lidze portugalskiej po Ligę Mistrzów, a przecież zdołał także rozbroić hegemoniczną Barcelonę. Co jednak istotniejsze poparty szeregiem druzgocących porażek (0:5 w Gran Derbi), z których powstawał samotnie otrzepując kurz błędów, a skrzętnie zbierając z ziemi nawet najmniejsze ziarenko nauki z nich wynikającej.

Wreszcie dlatego, że jest jajkiem na twardo; a przeznaczeniem trenera klasy godnej literackiemu Gombrowiczowi jest uniesienie się ponad jajka na miękko czy inne omlety. Mou właśnie taki jest – unikatowy, nieprzejednany, buńczuczny, ale najlepszy. Doskonałość daje mu prawo do bycia bezwzględnym.

Grmli

Mourinho bo jest zły. To jego mózg wykuto w czeluściach Mordoru. On jest tym demonicznym manipulatorem od gierek psychologicznych. Człowiekiem, któremu nie wystarcza bycie solą w oku przeciwnika. On jest w tym oku wrednym paluchem.
Mourinho bo jest gorszy. W trakcie czterech lat jego pobytu w Barcelonie zespół wywalczył ledwie 5 tytułów. Reszta trofeów, które wygrywał w z klubikiem z Portugalii i w trzech, do niedawna, najbardziej wymagających ligach świat jest raczej nieistotna. Poza tym zostały zdobyte z dużą dozą szczęścia i wody ze zraszaczy na Camp Nou.
Mourinho bo jest obieżyświatem. Facet nie umie wytrzymać na jednym miejscu. Mówi się, że jest wampirem bo wysysa ze swoich drużyn to co najlepsze a potem nie mają siły na dalszą grę pod inną batutą. Nie są w stanie dowlec się choćby do finału Ligi Mistrzów. No chyba, że to Avram Grant ( daj Boże by gracze Realu też byli po nim tak wycieńczeni).
Mourinho bo nie liczy się z piłkarzami. Kto sadza najlepszego bramkarza na świecie ławce ? Kto nie liczy się z klasą, pozycją i jakością tak świetnego piłkarza! Może gdyby dorzucił trochę pieniędzy i wymienił Ikera na Ibrahimovicia krytyka byłaby ciut mniejsza. Jose nie liczy się nawet z emocjami swoich podopiecznych. Większość w sobie rozkochuje by następnie porzucić. Robi im wodę z mózgu tak, że niemal nie dorobił się swojej sekty. Dobrze, że w Madrycie pracują ludzie o tak kamiennych sercach. Też musieliby wylewać morze łez pod Santiago Bernabeu.
Mourinho bo żongluje taktyką. Kto słyszał, żeby robić jakieś taktyczne roszady? Tak robią tylko małe klubiki. Pewnie z Porto wyniósł takie nawyki. Nie przystoi wygrywać w ten sposób Pucharu z Wielkimi Uszami. Moratti pewnie musiał się ze wstydu zapaść pod ziemię kiedy wygrywali 2-0 z Bayernem.
Mourinho bo mówi prawdę. Jak można wytknąć błędy sędziemu co do popełnienia ,których nikt nie ma wątpliwości? I to w lidze, w której w każdej kolejce wynik jakiegoś meczu jest przez sędziego wypaczany. Sprawa rozwiąże się sama a medialny szum nakłada tylko presję na ludzi, którzy pod presją mogą się tylko więcej mylić. Jakby w piłce nikt nie musiał sobie z tą presją radzić.
Mourinho bo to on „ stał się kimś pomiędzy Machiavellim a Atyllą i poszedł tam gdzie już nie rośnie trawa”. Ciężko musi być kimś takim. Zwłaszcza gdy walczy się ze Świętym.

Guardiola czy Mourinho? Wybierz i wygraj!

Dziś w Pradze w meczu o Superpuchar Europy znów staną naprzeciw siebie dwaj najwięksi trenerscy antagoniści w ostatnich latach, a może nawet w ogóle w futbolu – Pep Guardiola i Jose Mourinho. Nie przypominam sobie, żeby najwięksi trenerzy w minionych dwóch dekadach – Arrigo Sacchi, Johan Cruyff, Luis van Gaal, Fabio Capello, Alex Ferguson, Arsene Wenger czy Rafa Benitez rywalizowali ze sobą aż tak intensywnie, jak Guardiola i Mourinho, których tak bardzo różniła filozofia gry, podejścia do zarządzania klubem i ludźmi, stosunek do mediów. Owszem, w czasach gdy Manchester United Fergusona rywalizował o prymat w Premier League z Arsenalem Wengera był to też spór o to czyja koncepcja lepsza: stawianie na Anglików, wychowanków klubu, piłkarzy o wyspiarskim, niezłomnym charakterze (których ucieleśnieniem były Roy Keane czy Paul Scholes) czy cudzoziemski, zaciąg (Wenger jako pierwszy wystawił drużynę bez ani jednego Anglika) głównie francuskich (Thierry Henry, Robert Pires, Patrick Vieira) ale i holenderskich (Denis Bergkamp, Marc Overmars) artystów. Mimo złej krwi między klubami czy pamiętnej „bitwy bufetowej”, była to jednak rywalizacja głównie między klubami. Podobnie jak odwieczna rywalizacja dwóch mediolańskich gigantów czy konfrontacji AC Milan, Interu z Juventusem i Romą. Dopóki w Italii nie pojawił się Mourinho (pamiętne „zero tituli” o Claudio Ranierim) nigdy nie była to rywalizacja trenerów ale klubów właśnie.

Dopiero objęcie przez The Special One Realu Madryt i rzucenie wyzwania prowadzonej przez Guardiolę Barcelonie sprawiło, że cały nie tylko piłkarski świat zaczęła elektryować rywalizacja między oboma szkoleniowcami. „On wydobywa ze mnie to, co najgorsze” – powiedział o Mourinho Guardiola. Portugalczyk dla odmiany traktował Guardiolę jak hipokrytę „lubiącego sprzedawać dym”. Zawsze wspominał półfinał Champions League z 2010 roku, gdy na świętujących awans graczy Interu na Camp Nou puszczono wodę z systemu nawadniającego. Pep nie umiał się pogodzić ze sposobem bycia „Mou”, który po słynnym półfinale Ligi Mistrzów w 2011 roku, gdy Real przegrał z Barceloną 0-2 na Santiago Bernabeu, dość otwarcie zasugerował, że za sukcesami Katalończyków stoją spiski sędziowskie. Kiedy w 2012 roku Guardiola postanowił nie przedłużać kontraktu z Barceloną, jego bliscy znajomi opowiadali prasie hiszpańskiej, iż duży wpływ na tę decyzję miał Mourinho, obrzydzając Pepowi uprawianie zawodu. Podobnie komentowano później nawet informację o tym, iż kolejnym klubem Guardioli będzie Bayern Monachium. Sugerowano, że wybrał Bundesligę, by trzymać się od Portugalczyka jak najdalej.

To idealny moment, żeby przedstawić Wam wyjątkową książkę „Mourinho vs Guardiola”. Wyjątkową, bo nie jest to po prostu kolejna historia obu trenerów od urodzenia po triumfy, ale analiza obu trenerów jako liderów i przywódców oraz metod jakimi osiągnęli owe niebywałe sukcesy. Dokonana przez specjalistów od zarządzania i coachingu, wykładowców uniwersyteckich Juana Carlosa Cubeiro i Leonor Gallardo. Zastanawiam się czy nie za dużo w niej nawiązań do starożytnych historyków i filozofów jak Plutarch, Heraklit z Efezu czy Arystoteles, buddyzmu, Dalajlamy itp. Niezwykle ciekawsze wydaje mi się za to konfrontacja metod Mourinho i Guardioli zarządzania klubem ze współczesnymi teoriami zarządzania i przywództwa w wielkim biznesie. Autorzy analizują (np. wyciagając mnóstwo cytatów z różnych sytuacji i konferencji prasowych) jak odmiennie Jose i Pep realizują 10 zasad lidera-coacha, rozbijając je na takie rozdziały jak „Umieć rządzić i decydować”, Utrzymać moralny autorytet i wiarygodność”, „Słuchać z uwagą”, Zachować spokój”, Okazywać dobroć”, Antycypować sukces”, „Rezygnować ze szkodników”, Skoncentrować się na ‚kliencie’” czy „Pracować nad emocjami”. Lektura pozwala zrozumieć wiele działań i słów jakie wstrząsnęły futbolowym światem w minionych latach jak np. decyzja Guardioli o pozbyciu się z Barcy Ronaldinho, Eto’o i Deco czy konflikt Mourinho z Ikerem Casillasem, takie jego prowokacyjne słowa jak „Nie mówię, że jestem najlepszym trenerem świata, ale lepszych ode mnie nie ma”. Dokładne omówienie co i dlaczego znalazło się w Dekalogu Mourinho, który rozdaje swoim piłkarzom.

Guardiola vs Mourinho czyli Google vs Aplle

A jednocześnie sporo jest o tym co obu panów łączy. Szczególne ciekawe i błyskotliwe publicystycznie wydaje mi się porównanie obu trenerów do dwóch wielkich światowych firm o odmiennych filozofiach działania: Googla (Guardiola) i jego największego antagonisty, swoistego anty-Googla – Apple’a (Mourinho). „Apple ignoruje najważniejszą zasadę Googla: ‚przekazać władze klientom’. Steve Jobs kontroluje wszystko i my chcemy, żeby to robił. Właśnie dzięki jego odważnej i błyskotliwej wizji oraz przesadnemu wręcz zamiłowaniu do perfekcji, by jego produkty funkcjonowały tak dobrze. Jest jednak coś jeszcze. Model Goole polega na współpracy. Apple jest jej przeciwieństwem. Nie jest tak, że nie obchodzi ich co myślimy my. Po wypuszczeniu produktu na rynek Apple nauczyła się rozwiązywać problemy ze spokojem (słynna niechęć Jobsa do tzw. focusów, bo ‚ludzie nie wiedzą co jest dla nich najlepsze, dopóki tego dla nich nie stworzymy – Polsport). Apple jest firmą kultu, a jej klienci najlepszymi sprzedawcami (…)

Aplle inwestuje dużo w reklamę, Google – ani dolara. Aplle jest czymś najbardziej oddalonym od transparentności. Pozwała blogerów za rozszyfrowanie i upublicznienie jej tajemnic (przypominają się słynne słowa Mourinho o tym, że klub, a zwłaszcza hotel w którym rezyduje przed meczem musi być jak bunkier – Polsport). Itd. (…) Google daje wszechmoc i wszechobecność (Google Earth), a Apple chowa świat do przedmiotów o pięknie zen.

W świecie futbolu Guardiola byłby jak Google: jest serdeczny słucha, rozumie i rozwizuje problemy. Mourinho przypomina Appla: projekt, prostota, wyzwanie, kontrola nad wszystkim a’la Jobs. Dwa modele sukcesu w nowej epoce…

Uwaga: konkurs!

Ciekawe i inspirujące, prawda? Nie wiem kto wygra Superpuchar Europy, czy obaj trenerzy są równie zdeterminowani, żeby zdobyć to najmniej ważne z europejskich trofeów. Ale wiem, że trzech z Was może wygrać książkę „Mourinho vs Guardiola”. Musicie w komentarzach odpowiedzieć na proste pytanie, kto jest lepszym trenerem: Guardiola, bo… albo Mourinho, bo… (uwaga liczy się nie tylko moc przekonywania argumentów ale również – jak zawsze w konkursach na Polsporcie – wartość literacka wypowiedzi i forma uzasadnienia).

Czekam na Wasze komenty do… ostatniego gwizdka praskiego Superpucharu…

 

Znów konflikt w Realu: Casillas czy Lopez?

Jedną z największych dla mnie zagadek nowego sezonu było kogo nowy trener Realu Madryt, Carlo Ancelotti wstawi do bramki, mając dwóch tak świetnych fachowców jak Iker Casillas i Diego Lopez. Pierwszy to ikona klubu i reprezentacji Hiszpanii, kapitan tej ostatniej, bez niego ciężko wyobrazić sobie mistrzostwo świata i dwa Europy (mimo uznania dla Victora Valdesa i Pepe Reiny). Nie zagrał jednak w oficjalnym meczu Realu od 23 stycznia, gdy został kontuzjowany w meczu z Valencią w Pucharze Króla. Choć się wyleczył, Jose Mourinho wolał stawiać na Lopeza. Oficjalnie z powodów sportowych, które ciężko kwestionować, bo forma „Świętego Ikera” spadła do najniższego poziomu w karierze, żeby wspomnieć choćby mecz z Manchesterem City w Madrycie. Z kolei Lopez od kiedy trafił na Santiago Bernabeu z Sevilli i rozgościł się w bramce, właściwie nie dał ani jednego powodów, żeby z niej zostać wypchniętym, notując kilka wybitnych występów, właśnie w stylu Casillasa, jak choćby ten na Old Trafford. Nieoficjalnie wiadomo było, że chodzi też o nieszczelność szatni Realu, o co Mourinho nie bez racji obwiniał partnerkę Ikera, Sarę Carbonero.

Niemniej wydawało mi się, że Ancelotti da jednak szansę legendzie klubu, za dawne zasługi, trochę racji nowego otwarcia. I dopiero jeśli Iker znów, jak w minionym sezonie nie będzie sobą, czyli tą skałą co przez tyle minionych lat, dokona zmiany. Tak też przypuszczał Jerzy Dudek, kiedy z nim rozmawiałem. Casillas okazał się moralnym zwycięzcą konfliktu z Jose Mourinho, czy Włoch na dzień dobry chciałby pakować się w konflikt, który rozsadził szatnię poprzednika?

Mourinho tak tłumaczył czemu ceni bardziej Lopeza do Casillasa:

A jednak stary włoski lis zaskoczył nas wszystkich. Nawet rywali, jak Valdes, który stwierdził, że brak Casillasa w wyjściowej jedenastce Realu kompletnie niezmiernie go zdumiał. - Podczas Pucharu Konfederacji był w bardzo dobrej formie. Podczas ostatniego zgrupowania reprezentacji rzucał się po piłkę tak niesamowicie, że wszyscy byliśmy zgodni – wrócił dawny Iker – stwierdził bramkarz Barcelony.

- Zdecydowały drobne detale. Diego był bramkarzem w pierwszym meczu, ale zobaczymy, kto stanie w bramce w kolejnym spotkaniu. Casillas ma cały czas otwarte drzwi do pierwszego zespołu. Rozmawiałem z nim, to wielki profesjonalista, przyjął decyzję ze spokojem – stwierdził Ancelotti.

A jednak chyba nie do końca, skoro hiszpańskie media donoszą, że rozgoryczony i rozzłoszczony decyzją trenera Casillas, odmówił rozgrzewki z Lopezem przed meczem z Betisem. Taki wrażenie można odnieść na podstawie zdjęć, które kibice zrobili na stadionie podczas rozgrzewki. Choć zwykle drugi bramkarz rozgrzewa pierwszego, tym razem Lopez ćwiczył z trzecim, młodym Tomasem Mejiasem, który na niedzielny mecz nie znalazł się nawet w osiemnastce.

Schodzący do szatni Casillas, zagadnięty jak się z tym czuje, rzucił do dziennikarza ironicznie, co zarejestrowały kamery: „Chłopie, przynajmniej zagram w meczu o Trofeum Bernabeu!” – chodzi o towarzyski mecz 22 sierpnia z katarskim Al Sadd, w którego barwach występuje inny legendarny zawodnik Realu, Raul.

Do czego doprowadzi ten konflikt? Czy Ancelotti będzie zmieniał bramkarzy tak często jak Alex Ferguson w ostatnich dwóch sezonach? Czy obrażony Casillas doprowadzi do transferu, czy zaalarmowani są już wszyscy szejkowie i Arsenen Wenger, który czynił już nieśmiałe podchody pod Hiszpana? Nie mam pojęcia i przyznam, że sam nie wiem co zrobiłbym w takiej sytuacji. Z jednej strony rywalizacja na tej pozycji wydaje się dobra i logiczna, z drugiej czy najlepsi bramkarze naszych czasów jak Gianluigi Buffon w Juventusie, Edwin van der Sar w Manchesterze United, Petr Cech w Chelsea, Oliver Kahn w Bayernie Monachium, Casillas jeszcze dwa sezony temu potrzebowali konkurencji, żeby utrzymywać się na światowym poziomie? Nie potrzebowali, a może wręcz jej brak działał kojąco na ich psychikę, nie spędzał snu z powiek, pozwalał koncentrować się na priorytetach?

A Wy jak sądzicie? Lepiej mieć dwóch równych bramkarzy, czy jednego wielkiego z młodym padawanem, albo weteranem, który nie czyha na miejsce w składzie, ale wspiera podczas treningów jak Dudek w czasach świetności Casillasa?

Ruszyła Premier League! Bez Sir Alexa jest jak Stonesi bez Jaggera?

Ruszył właśnie jeden z najciekawszych od dawna sezonów Premier League. Nie piszę „najlepszych”, bo jednak mam wrażenie, że w latach 2002-2010 grały tam znacznie silniejsze drużyny, a w nich znacznie większe gwiazdy niż obecnie – jak choćby Didier Drogba, Ruud van Nistelrooy czy Cristiano Ronaldo. Steven Gerrard z Xabim Alonso i Pepe Reiną czy Thierry Henry z Robertem Piresem i Patrickiem Vieirą, a potem młodym Ceskiem Fabregasem tworzyli jedne z najlepszych drużyn Europy. Zwieńczeniem tej angielskiej dominacji w Europie finał Ligi Mistrzów w 2008 roku i trzy drużyny w półfinale.

Premier League rusza po sezonie, który zakończył upokarzający dla niej niemiecki finał Champions League na Wembley. Co gorsza Chelsea jako pierwszy obrońca trofeum w historii nie zdołał wyjść z grupy, podobnie jak Manchester City, naszpikowany wielkimi gwiazdami futbolu, które znów nie stworzyły drużyny. W Europie zawiódł też i Arsenal i Manchester United. Jeśli nowy sezon zapowiada się spektakularnie to – póki co – raczej poprzez transfery trenerskie niż piłkarskie. Najbardziej gorące kąski transferowe ubiegłego sezonu jak Radamel Falcao czy Edinson Cavani wybrały miliony zamiast jakości sportowej i perspektywy największych sukcesów. Wygląda na to, że Falcao już tego żałuje i szykuje się do porzucenia Monaco). Robert Lewandowski, który też byłby wzmocnieniem każdego angielskiego klubu został w Borussii Dortmund i jeśli się gdzieś przeniesie to do wymarzonego Bayernu Monachium (mimo, że znów na Londyn będzie go namawiał sam Jose Mourinho).

Arsene Wenger znów obiecuje transfery, na razie jednak przegrał walkę o Gonzalo Higuaina i Luiza Gustavo (z Wolfsburgiem, co jest szczególnie przykrym policzkiem dla „Kanonierów”), cz wygra walkę o Wayne Rooney’a lub Luisa Suareza szczerze wątpię. Minie trochę czasu nim gwiazdy tego formatu będą garnęły się na Emirates, bo na razie klub wciąż balansuje na granicy awansu do Ligi Mistrzów. Jeśli miałbym spekulować nad zmianą składu tzw. Wielkiej Czwórki, to jedynym kandydatem do wypadnięcia z niej (kosztem Tottenhamu) jawi mi się właśnie Arsenal.

Pozostali czyli MU, City i Chelsea chyba nie powinny mieć tego kłopotu. Jeśli ten sezon będzie ciekawy to właśnie z racji trzech nowych trenerów w najlepszych drużynach. Jak sobie poradzą jest wielką zagadką, choć akurat w przypadku Jose Mourinho wydaje mi się, że jest skazany na sukces. Nie tylko dlatego, że z rzeczonej trójki jest najbardziej utytułowany tak w Anglii jak i Europie. Jako jedyny nie uczy się klubu od zera, nie poznaje piłkarzy, szatni, nie musi układać sobie relacji z właścicielem. Jose wraca do domu, gdzie czeka na niego wiele bliskich mu osób. Nie tylko kluczowi weterani jak Frank Lampard, John Terry czy Petr Cech. Ale także kibice, dla których pomijając dawne dzieje i sukcesy ważne jest też kogo w klubie zastąpił. Poza wszystkim mogą też liczyć, że uda mu się reaktywować Fernando Torresa. Bo jeśli on nie zrobi z Hiszpana znów najlepszego napastnika świata to już chyba nikt i niech El Nino lepiej już kończy karierę…

„Premier League bez Fergusona jak Rolling Stonesi bez Jaggera”

Jak poradzi sobie w Manchesterze United David Moyes, próbując zastąpić niezastępowalnego Sir Alexa, to kolejna wielka zagadka sezonu. Przyznaję, że początek jego pracy w klubie nie napawał mnie optymizmem. To trener świetnie znający realia ligi i wszystkich piłkarzy, ale zupełnie bez sukcesów i bez doświadczenia w pracy z wielkimi gwiazdami, piłkarzami tego formatu jacy są na Old Trafford. W dodatku na dzień dobry skłócony z jedną z gwiazd największych, czyli Wayne Rooney’m mającym z Moyesem zaszłości z czasów Evertonu, a do tego świeże nieporozumienia z Fergusonem z ubiegłego sezonu. Nieudane próby sprowadzenia na Old Trafford Fabregasa i Thiago Alcantary pokazały też, że do Moyesa piłkarze nie idą w dym po jednym telefonie jak do jego poprzednika. To dobre pytanie czy dziś MU udałoby się namówić na odejście z Arsenalu takiego piłkarza jak Robin van Persie. Ewentualne przejście Marouane Fellainiego na pewno będzie wzmocnieniem, swój człowiek na pewno przyda mu się w szatni i na boisku, ale czy będzie to transfer wystarczająco spektakularny? Problemem Moyesa może być też, choć nie musi, ciągła obecność w gabinecie dyrektorskim Sir Alexa. Dopóki sprawy będą szły po myśli, nie będzie kłopotów, ale co w razie kryzysu, powiedzmy 8. miejsca?

Pierwszy mecz kryzysu nie zwiastuje, ręcz przeciwnie. MU na dzień dobry rozbił na Liberty Stadium Swansea 4:1. Nic nie zatracił ze swojej skuteczności van Persie, skutecznością znów błysnął Danny Welbeck, który w tym jednym meczu zdobył więcej goli niż w całym poprzednim. Rooney, choć zaczął na ławce, grał bez focha i asystował przy golach kolegów. Kiedy rozgrzewał się przy linii bocznej, usłyszał gwizdy, ale tylko z sektorów fanów Swansea, kibice „Czerwonych diabłów” wspierają go mimo parcia ku odejściu do Chelsea (zawszeć nie do znienawidzonego lokalnego rywala). Jerzy Dudek nazwał Rooney’a w rozmowie z Andrzejem Twarowskim, Jarkiem Kolińskim i ze mną „psującym się jabłkiem w koszyku” i poleca go w swym byłym klubie, bo… Dudek: Rooney powinien odejść do Realu. Tam potrzebują takiego bandyty. A może jednak przyszłość Rooney nadal jest na Old Trafford?

Na dziś Moyes mógłby powtórzyć słowo w słowo zdanie wypowiedziane przez Aleksa Fergusona po objęciu drużyny w 1986 roku: „I’m not really interested in what happened here in the past. I don’t mean any disrespect to the great achievements of Manchester United over the years. It is simply that now there is only one way to go and that is forward”. Bo co innego mu pozostaje.

My cieszmy się, że najlepsza i najbardziej ekscytująca liga świata znów gra, z kilkoma naszymi ludźmi, pełna niespodzianek i zagadek. Cieszyłem się czując ciary chodzące po plecach, gdy słuchałem You’ll Never Walk Alone na Anfield przed pierwszym meczem sezonu. A jeszcze bardziej na „no to zapinamy pasy i…” Andrzeja. Ja moje pasy rozpinam dopiero w maju;)

Mourinho nieRealny

W tygodniu finału Ligi Mistrzów chciałem zajmować się tylko Bayernem i Borussią, Kloppem i Heynckesem, Lewandowskim i Robbenem etc, ale nie mogę przejść obojętnie wobec zakończenia misji Jose Mourinho w Realu Madryt. Czy odchodzi na tarczy, czy poniósł spektakularną klęskę? W ostatnim sezonie – swym pierwszym od 10 lat bez żadnego trofeum – na pewno tak, sam to zresztą przyznał. Nieudany sezon zakończyła nie tylko pierwsza od 14 lat porażka w derbach Madrytu, ale i wyrzucenie na trybunę. Co miało znaczenie niemal symboliczne, porównując z pożegnaniem jakie miał w Mediolanie, czy tymi jakie zgotowano Sir Alexowi Fergusonowi czy Pepowi Guardioli przed rokiem. Co pewnie najbardziej go boli, po raz pierwszy piłkarze, których opuszcza nie płaczą rzęsistymi łzami, świadomi, że na lepszego trenera już w karierze nie trafią. Nie grożą buntem, nie żądają wystawienia na listę transferową. Wręcz przeciwnie, bunt wznieciliby dopiero gdyby został. Po raz pierwszy ma niemal całą szatnię przeciwko sobie. Czy dlatego, że przekalkulował, zawsze szukając wroga, bo scementować zespół, tym razem błędnie zdiagnozował go we własnej szatni? Czy myślał, że pozytywnie nią wstrząśnie i podporządkuje sobie, zamachując się na klubową ikonę, piłkarza wielkiego niemal jak klub, Ikera Casillasa? Czy u zarania ich konfliktu leżał brak akceptacji kapitana mistrzów świata i Europy, człowieka, które największe sukcesy w futbolu klubowym i reprezentacyjnym odniósł z innym trenerem (podobnie jak Sergio Ramos czy Xabi Alonso) dla kontrowersyjnych metod Portugalczyka? Który obrażał ich barcelońskich przyjaciół z reprezentacji, jątrzył przeciwko nim, prowokował Guardiolę i włożył palec w oko jego asystenta?

Blogerka Asia Sruubka Wiśniowska przytacza słowa wiceprezydenta Barcelony, że Mourinho wytwarzał negatywny klimat i był zakałą hiszpańskiego futbolu. I pyta czy trener, który wprowadził tak wiele niechęci, nienawiści, może być szanowany? Ale sięgając po Portugalczyka można go wziąć z jego wszystkimi wadami i zaletami, albo wcale. Wojny psychologiczne z innymi trenerami, z sędziami, z zawodnikami innych drużyn dały świetne skutki w Chelsea i Interze Mediolan, w którym Portugalczyk trafiał na trybuny nie mniej często co w Realu. Wątpię by jakikolwiek inny trener osiągnął przez te trzy sezony w Madrycie więcej od Mourinho. Nim trafił na Santiago Bernabeu, Real przez sześć sezonów z rzędu nie potrafił przejść 1/8 finału Ligi Mistrzów. Z nim trzykrotnie zagrał w półfinale, dwukrotnie odpadając pechowo – po karnych z Bayernem przed rokiem (pamiętny obrazek klęczącego trenera w trakcie jedenastek) i minimalnie z Borussią, gdy w rewanżu zabrakło jednej bramki. Poza tym po raz pierwszy od 18 lat odzyskał dla Realu Puchar Króla (ich króla – jak stwierdził Gerard Pique).

Okej, być może Mourinho zagalopował się w swych wojnach, rozpętując je na zbyt wielu frontach. Ale czy jego przeciwnicy zawsze grali wyłącznie fair, w tym sam Casillas (co przyznaję, choć wielbię go i jako sportowca i człowieka), którego dziewczyna bezczelnie zdradzała w mediach tajemnice szatni? O podgryzaniu przez zwolnionego przez niego dyrektora sportowego Jorge Valdano czy byłego prezesa Ramona Calderona nie wspominając.

Przede wszystkim Mourinho udało się już w drugim sezonie przełamać dominację Barcelony, Tej Wielkiej Barcelony, Barcelony Guardioli, nazywanej – całkiem słusznie – najlepszą drużyną świata, a nawet wszech czasów. I to pokonał na boisku, grając w piłkę, bez narzucania swoim piłkarzom antyfutbolu. Trzeba było dopiero trenerskiej zawieruchy, choroby Tito Vilanowy i spadku formy kluczowych zawodników, by z Barcą w kolejnym sezonie potrafił wygrywać Milan, prawie PSG, Bayern, czy wcześniej znów Real Mourinho. Czy ktoś ma cień nadziei, że w pierwszym sezonie pod wodzą Carlo Ancelottiego (lub kogokolwiek z trenerskiego rynku) Real znów będzie prowadził na Camp Nou z bezradną Barcą 3:0 i zajdzie aż do półfinału Champions League? Szczerze wątpię.

Sruubka i wielu innych cieszy się, że Mou odchodzisz z ligi hiszpańskiej. Moim zdaniem La Liga dopiero zrozumie jak kolejną wielką osobowość straciła po odejściu Guardioli. Że nie do końca rozumiała jego filozofię (że nie pochwalała niektórych metod działania jestem w stanie zrozumieć), a krytyka z jaką się spotykał była totalna. Powody do radości mogą mieć jedynie kibice Chelsea, do której Portugalczyk wróci po przejściach, z których bez wątpienia wyciągnie wnioski. Patrząc na posiwiałego, wypalonego człowieka, niechętnie mamroczącego coś tam, coś tam na konferencjach prasowych Ligi Mistrzów, zgasłego na ławce, rzadko cieszącego się przy linii bocznej jak po pamiętnym golu FC Porto na Old Trafford, zastanawiałem się czy i jemu nie przydałaby się roczna przerwa w Nowym Jorku (albo gdziekolwiek). Czuję jednak, że w Premier League odżyje niczym tytan Antajos, z którym walczył Herakles, a którego nie można było pokonać, bo po dotknięciu Matki Ziemi odzyskiwał siły. Tam – jak sam mówi – będzie otoczony ludźmi, którzy go kochają, a wrogowie doceniają. Dla ligi angielskiej, która straciła tak potężna osobowość jak Alex Ferguson, Mourinho spada jej z nieba…



Tylko Moyes mógł zastąpić Sir Alexa

David Moyes jako następca sir Alexa Fergusona nie daje gwarancji, że Manchester United już w pierwszym sezonie będzie walczył o mistrzostwo Anglii i triumf w Lidze Mistrzów, jak zapewne byłoby gdyby na Old Trafford przychodził Jose Mourinho. 50-letniemu Szkotowi (to, że jest rodakiem ustępującego Bossa nie miało chyba szczególnego znaczenia) brakuje doświadczenia w Champions League, co nie raz okazywało się kluczowe na tym poziomie. Nigdy też nie musiał radzić sobie w szatni z tak wielkimi gwiazdami, z tak olbrzymim ego jakie spotka na Old Trafford. Wątpliwe, żeby z miejsca stał się autorytetem dla piłkarzy klasy Robina van Persie, Rio Ferdinanda czy Patrice Evry (o Wayne Rooney’u, którego jako 16-latka wprowadzał w świat dorosłego futbolu w Evertonie nie wspominam, bo napastnik reprezentacji Anglii właśnie wykasował z profilu na Twitterze opis: zawodnik Manchesteru United). Acz nie wierzę też, że ktokolwiek będzie otarcie kwestionował jego pozycje, bo wówczas spotkanie się z dyrektorską suszarką Fergusona, która może być jeszcze bardziej dotkliwa niż trenerska.

Wracając do gwiazd, MU może być teraz trudniej pozyskać kolejne, bo z Ferguson chciał współpracować prawie każdy piłkarz świata, a z Moyes’em niekoniecznie. Kto wie, czy dziś jak przed rokiem równie łatwo udałoby się namówić kapitana Arsenalu do transferu na Old Trafford?

Moyes świetnie zna za to zna Premier League, a jego świetnie zna Ferguson, który zapewne widzi w nim siebie młodszego o 20 lat. Wiadomo, że wyznają podobną filozofię, choć co innego stosować ją w Evertonie, a co innego w czołowym klubie świata. W każdym razie nazwisko następcy Fergusona gwarantuje dobrą współpracę obu panów, której chce Sir Alex, nie znika bowiem z klubu, ale najwyraźniej co najmniej będzie dzielił się radą, a jeśli trzeba pewnie i sterował z tylnego siedzenia. Z przyjacielem Mourinho ta współpraca nie musiałaby wyglądać już tak różowo. Osobowości są zbyt wielkie, a Portugalczyk nie znosi konkurencji, o czym przekonał się w Realu Madryt Jorge Valdano.

Zastanawiam się czy nie lepsza byłaby dla MU opcja ‘manchesterskiego Guardioli’, czyli legendarnego zawodnika z autorytetem jak Ole Gunnar Solskjer czy Ryan Giggs, idoli dla wielu graczy United, piłkarzy z charyzmą i autorytetem, których Ferguson wspierałby doświadczeniem, tak jak w pierwszym roku pracy Pepa Guardioli po zastąpieniu Franka Rijkaarda wspierała legenda Barcelony, Johan Cruyff. Ale tego się nie dowiemy. W sumie Moyes to najlepszy możliwy trener dla MU, skoro tak przesądził Ferguson. Ciekawe czy stanie się jednym z najlepszych transferów Szkota w karierze na miarę Erica Cantony, Roy’a Keane’a, Ruuda van Nistelrooy’a czy Wayne Rooney’a?