Sprawa Casillasa, czyli jak ładnie pożegnać legendę

Iker CasillasRozklejony Iker Casillas podczas konferencji prasowej, samotnie odczytujący przez łzy krótki komunikat o odejściu z „klubu, który dał mu wszystko”, w którym grał od dziewiątego roku życia i zdobył przez 25 lat aż 18 trofeów to jeden z najsmutniejszych obrazków piłkarskich jakie widziałem w życiu. Zapadnie mi w pamięć na długo podobnie jak łzy Paolo Maldiniego, którego podczas ostatniej rundy wokół San Siro w 2009 roku żegnały gwizdy części fanów „rossonerich”. Wówczas stadion był przynajmniej pełny i część kibiców pożegnała legendę tak jak przystało.

Jeszcze smutniejszy był widok Casillasa machającego dzień później do pustych trybun na Santiago Bernabeu, na naprędce zainicjowanej ceremonii, gdy na Real spadła już lawina krytyki mediów i kibiców z całego świata, że pożegnanie legendy zamienił w żenującą farsę. Internauci w bezlitosnych memach pokazali m.in. że godniejsze pożegnanie dostał nie tylko np. Jerzy Dudek ale nawet… wieloletni kierowca autobusu Barcelony. Okoliczności odejścia Casillasa z Realu, kuchennymi drzwiami raziły szczególnie w kontraście do tego w jak wzruszającym ale i szampańskim stylu z Barcą rozstała się legenda równa bramkarzowi „królewskich” – Xavi, któremu na Camp Nou towarzyszył niemal komplet publiczności.

pożegnanie Xaviego na Camp NouDziś już wiadomo, że nie cała wina leży po stronie władz Realu. To Casillas chciał jak najskromniejszego pożegnania. Odrzucił wszelkie pomysły hucznej fety z udziałem kibiców. Obecności prezesa klubu, Florentino Péreza u swego boku nie chciał nawet na konferencji prasowej. Wiadomo też że za kulisami toczyła się twarda walka o pieniądze i to kto je będzie płacił Casillasowi w nowym klubie.

Perez żegnając i wychwalając „najlepszego bramkarza w historii Realu” następnego dnia na Bernabeu, a w odpowiedzi na krytyków tłumaczył, że Iker opuszcza klub na własne życzenie. Nikt z Realu nie naciskał go, żeby odszedł. Wręcz przeciwnie, wszyscy w klubie z prezesem na czele chcieli, żeby zakończył karierę w Madrycie. Wreszcie padły też należne słowa na cześć klubowej legendy, której „zastąpienie będzie niemożliwe, bo nie będzie drugiego bramkarza, który przyjdzie do klubu w wieku 9 lat i będzie tu przez kolejnych 25”. Oraz zapowiedź, że Casillas dostanie mecz pożegnalny – 12 sierpnia podczas Trofeo Santiago Bernabeu.

Tu pojawia się pytanie jak i kiedy żegnać się właściwie z legendami klubu, jego symbolami, wychowankami skrajnie lojalnymi w merkantylnym do bólu świecie, których droga z akademii młodzieżowej, przez rezerwy po największe sukcesy z pierwszą drużyną stanowi wielką inspirację dla młodych zawodników i kibiców, a dla klubu największy powód do chwały?

W idealnym świecie kończyliby karierę tam gdzie ją zaczynali, jak wspomniany Maldini, Carles Puyol, Paul Scholes czy zapewne wkrótce Francesco Totti. Być może od razu wchodząc do sztabu trenerskiego zespołu jak Ryan Giggs. Niestety nie żyjemy w idealnym świecie. Co zrobić z legendami, które zaczynają klubowi ciążyć, ale nie chcą jeszcze zawiesić butów na kołku?

W ostatnich trzech sezonach wciąż był czołowym bramkarzem świata, ale starzał się brzydko. Co raz częściej przydarzały mu się wpadki i gorsze mecze. Co raz częściej Real wygrywał nie dzięki niemu, ale mimo. Jak choćby w wygranym finale Ligi Mistrzów z Atletico. Inna rzecz, że to co uchodzi w innych klubach – wszak i Gianluigi Buffon popełnił błąd w przegranym z Barcą ostatnim finale Champions League, to jednak nie spadł na niego hej i gwizdy ze strony własnych kibiców – to nie na Bernabeu. José Mourinho odesłał go w swoim czasie na ławkę rezerwowych przecież nie po to, by osłabić własną drużynę. Rola rezerwowego wyraźnie Casillasowi nie służyła, dla jego własnego dobra i Realu może więc lepiej, że odszedł do FC Porto?

W idealnym świecie kibice nie musieliby oglądać swoich legend w koszulkach innych klubów. Trudno przecież jedna zakazać im gry, skoro jeszcze mają siły i ochoty. Pół biedy gdy legenda odchodzi na luksusową emeryturę do ligi katarskiej jak Xavi, australijskiej jak Alessandro del Piero czy nawet amerykańskiej MLS jak Steven Gerrad, Frank Lampard i Andrea Pirlo. Niby dalej są i grają, ale znikają fanom z radaru, jakby niczym Frodo odeszli do mitycznej krainy Elfów. O och występach media donoszą z rzadka…

Co innego jednak, gdy pchani ambicją walki o istotne trofea zostają w Europie – co godne pochwały – wówczas nie tylko kibice widzą dawną gwiazdę na co dzień, jeśli nie w jej nowej lidze to w Lidze Mistrzów. Widok Raula w koszulce Schalke 04 przyprawiał o szok nie tylko fanów Realu. Podobnie będzie zapewne w przypadku Casillasa.

Dostało mi się na Twitterze gdy skomentowałem, że przenosi się na piłkarską prowincję. Przecież to dwukrotny zdobywca Pucharu Europy, w ostatnich sezonach zdobył więcej trofeów niż Real – wytykano mi. Przepraszam, ale dwa Pucharu Europy zdobył i Nottingham Forest, czy transfer do byłego klubu Radka Majewskiego to także miałaby być dla Casillasa nobilitacja?

Choć sama mama Ikera nazwała Porto „klubem trzecioligowym” nie chcę wcale umniejszać znaczenia 30-krotnych mistrzów Portugalii, bo szanuję ich, zwłaszcza za kreowanie gwiazd i sprzedawanie ich za ciężkie pieniądze. Po prostu na palcach jednej ręki można policzyć kluby, do których przejście z Realu nie byłoby dla gwiazdy „królewskich” degradacją – nie było dla Xabiego Alonso przejście do Bayernu Monachium – a już zwłaszcza takiej legendy jaką był „Święty Iker”.

Iker Casillas i puste trybuny Santiago Bernabeu

Po 1. kolejce Ligi Mistrzów: Lewy bez błysku, terapia Realu i Cirobameyang!

 Lewandowski vs Man City

Co zapamiętamy z pierwszej kolejki rundy grupowej Ligi Mistrzów?

1. Lewy

Po pierwsze, że Robert Lewandowski wciąż bez błysku w Bayernie Monachium i wciąż bez gola na Alianz Arena. Czy Polak z Manchesterem City rozczarował? Trochę tak, po jednym z najlepszych napastników świata, „najlepszej dziewiątce” z pewnością oczekiwaliśmy więcej. Liczyliśmy, a zwłaszcza kibice Bawarczyków, że będzie przesądzał, że będzie tym samym Robertem co w Borussii Dortmund. Nie był, ale nie ze swojej winy. Zabrakło mu u boku kreatywnych kolegów jakimi w BVB byli Marco Reus, Ilkay Gundogan, Shinji Kagawa czy Kuba Błaszczykowski. W środę zobaczyliśmy może nie Bayern B, ale z zestawioną na chybcika pomocą, w której znaleźli się Xabi Alonso, David Alaba i Philip Lahm. Kontuzje leczą Frank Ribery, Thiago Alcantara, Bastian Schweinsteiger czy Arjen Robben (wszedł dopiero w końcówce i zainicjował akcję po której padł gol Jerome Boatenga), na których dokładne podania Lewy mógłby liczyć. Z tego powodu Polak – podobnie jak w reprezentacji – częściej sam inicjował ataki i dogrywał piłki do Thomasa Muellera, który wystąpił w roli egzekutora – jak nam się wydawało zarezerwowanej właśnie dla Lewego. W efekcie Robert dostał w meczu jedno dobre podanie w pole karne od Alaby, ale kąt był zbyt ostry trafił gorszą, lewą nogą do siatki.

2.

Lewandowskiemu pozostaje mieć nadzieję, że Pep Guardiola wymyśli ustawienie, w którym Polak i Mueller nie będą sobie wchodzić w paradę oraz że za chwilę wyleczą się Ribery (z którym współpraca choć w meczu ze Stuttgartem układała się świetnie). Guardiola nie przestaje kombinować. Po przerobieniu Lahma na defensywnego pomocnika, teraz zabrał się za Alabę, którego przesunięcie do do przodu pozytywnie zaczęło nakręcać ataki Bayernu. Także autor zwycięskiego gola, Boateng (z pomocą pleców Mario Goetze) nigdy wcześniej ani w Manchesterze City, ani w Bayernie za Juppa Heynckesa nie grał tak ofensywie.

3. Heavymetalowa Borussia

Cirobameyang z kolegamiNajwiększy mój zachwyt zbudziła w tej kolejce Borussia Dortmund – już nie Polussia, ponieważ nie zagrał w niej tym razem ani jeden Polak (do kontuzowanego Kuby dołączył Łukasz Piszczek). Zabrakło też kontuzjowanych gwiazd jak Reus czy Mats Hummels. Wydawało mi się więc, że to Arsenal jest w tym meczu faworytem. Mimo błędów jakie popełnia w tym sezonie w defensywie (dopiero co widzieliśmy je w meczu z City), siła rażenia wydawała mi się ogromna: Alexis Sanches, Mesut Oezil, Danny Welbeck, Jack Wilshere, zwłaszcza w konfrontacji ze zdziesiątkowaną Borussią. Tymczasem drużyna Juergena Kloppa jak chwyciła „Kanonierów” za gardła w pierwszej minucie tak nie puściła do ostatniej. Natychmiastowy odbiór na połowie rywala, szybkie kontry, tempo ataków tak niewiarygodne, że aż dziw wytrzymali je przez 90 minut. Arsenal został zdeklasowany, jak pokazały statystyki – nie wygrał ani jednego pojedynku o piłkę na połowie Borussii i oddał jeden celny strzał. I podobnie jak City niską porażkę zawdzięczali paradom swego bramkarza Joe Harta, tak Kanonierzy Wojtkowi Szczęsnemu. Oraz wołającej o pomstę nieskuteczności Henryka Mkitarianiana (przypomniały się jego pudła w rewanżowym meczu z Realem Madryt na Signal Iduna Park w poprzedniej edycji). Skutecznie i ze świetnym zrozumieniem zagrał duet już okrzyknięty przez niemieckie media Cirobameyang, czyli Ciro Immobile (dotąd przeraźliwie zawodzący, który w pierwszych meczach wydawał się następcą nie tyle Lewandowskiego co Juliana Schiebera) i szybki jak wiatr Pierre-Emerick Aubameyang.

4. Terapia Realu

Real Madryt rozgromił 5:1 Basel (po której spodziewałem się czegoś więcej, gdzie ta drużyna, która w poprzedniej edycji potrafiła dwukrotnie wygrać z Chelsea?), co madryckie media nazwały terapią bramkową po ostatnich porażkach w La Liga i kiepskiej atmosferze wokół wygwizdywanego za zamieszanie składem Florentino Peresa i dalekiego od wielkiej formy Ikera Casillasa. Czy fakt, że gola strzelił James Rodriguez, do którego tak wielu ma pretensje, że nie jest Angelem di Marią oraz krytykowani za brak formy Karim Benzema (1000 gol realu w Pucharach) i Gareth Bale (po świetnym podaniu Luki Modrica i sombrero nad bramkarzem rywali: dla mnie gol kolejki) podziałają terapeutycznie? Ty była tylko bardzo słaba Bazylea, która w dodatku zdołała wcisnąć jednego gola. Podejrzewam, że Casillas nadal może spotykać się z gwizdami, zwłaszcza, że nie o formę tylko chodzi (do meczu z Basel miał przepuścił sześć z siedmiu strzałów w sezonie), ale o „całokształt”.

5. Bramkarze

Iker CasillasNie znam odpowiedzi na pytanie czemu nie dostaje szansy Keylor Navas, choćby w Lidze Mistrzów jak Casillas w minionym sezonie? To nie jest jakiś niesprawdzony junior – w Levante grał świetnie, na mundialu był jednym z najlepszych. To właśnie Carlo Ancelotti w Realu wylansował model, w którym jest dwóch świetnych bramkarzy broniących na dwóch frontach. Model – zauważmy – upowszechniony przez inne wielkie drużyny, które na to stać: w Atletico Madryt po odejściu Thibaut Courtois skrzydła rozwinął Miguel Moya, ale w Lidze Mistrzów wreszcie dostał szansę sprowadzony za 16 mln euro Jan Oblak (średnio ją wykorzystał). W Barcelonie broni Claudio Bravo, ale w Lidze Mistrzów z Apoelem zadebiutował Marc Andre ter Stegen. W Chelsea Jose Mourinho może wybierać między Courtois i wciąż wielkim Petrem Cechem, który miałby miejsce w większości klubów świata. I tu też się zastanawiam czemu Czech nie dostał szansy gry z Schalke. Na dobrą sprawę nie byłoby wielkiego zdziwienia gdyby w Bayernie przeciwko City wyszedł Pepe Reina zamiast Manuela Neuera. Tak silnie obsadzonych bramek jeszcze nie było. Ku czemu to zmierza, potrójnej rotacji? Pionierem Luis Enrique już zapowiada, że Pucharze Króla szansę będzie dostawał Jordi Matip

6. Zapamiętam także

@ Gola 18-letniego Luki Zahovica, syna Zlatko dla Mariboru, dającego Słoweńcom remis 1:1. Zawsze się cieszę gdy synowie idą w ślady piłkarskich ojców, zwłaszcza tych, których lubię.

@ Pierwszego gola (i zaraz drugiego) Carlosa Teveza w Lidze Mistrzów od 2009 roku!

@ Dzielny opór jaki Bułgarzy z Ludogorca stawili Liverpoolowi o mało co nie wywożąc remisu z Anfield

7. Rozwiązanie konkursu

Tym razem Twitter górą nad komentatorami bloga. Wyróżniłem Michała Szczęcha za ten oto wierszyk: Twitt o MilikuGratulacje, podziękowania dla całej reszty i nie odchodźcie daleko, ponieważ kolejne konkursy już niebawem!

 

’11′ grozy, czyli najbardziej przegrani mundialu

Przegrani mundialuWłaściwie można by ją sklecić w całości z reprezentacji Hiszpanii, nigdy bowiem w historii mundialu żaden aktualny mistrz świata aż tak bardzo się nie skompromitował, ani nie pożegnał z turniejem tak szybko i z takim hukiem. Większość z nas widziała La Furia Roja w finale z Brazylią. Albo z reprezentacji Brazylii, bo czyż była bardziej przegrana drużyna w historii mundiali? Gospodarze turnieju wprawdzie dotarli do półfinału, co pewnie wiele drużyn wzięłoby z pocałowaniem w rękę, tam jednak wzięli historyczne lanie od Niemców 1:7, stając w jednym szeregu z Haiti, Zairem czy Arabią Saudyjską, czyli największymi mundialowymi nieudacznikami w dziejach mistrzostw świata. Kandydatów do najgorszej 11 mundialu znalazłem jednak i w innych drużynach.

W bramce

Iker Casillas. Umieszczam go tu wielką przykrością, ponieważ szanuję go za wielki wkład we wszystkie trzy sukcesy Hiszpanii na trzech ostatnich turniejach i po ludzku lubię, ale niestety zasłużył. Mimo, że największy bramkarski klops popełnił Igor Akinfiejew w spotkaniu z Koreą Południową. Obaj wypadli fatalnie zwłaszcza na tle tak wielu tak doskonale dysponowanych na brazylijskim turnieju bramkarzy. Iker zjechał jednak z samego szczytu na sam dół, czego zapowiedź dał zresztą w finale Ligi Mistrzów, a czego nie chciał dostrzec Vicente del Bosque. Iker Casillas na kolanachObrona:

Na prawej Dani Alves, którego wyrzucenia ze składu domagała się większość brazylijskich kibiców już od pierwszego spotkania z Chorwacją. Nawet bardziej niż pozbycia się ze składu Freda, ponieważ Freda Luis Felipe Scolari mógł wymienić co najwyżej na Jo, zaś Dani Alves blokował miejsce Maiconowi, który w końcu dał świetną zmianę z Kolumbią. Wielkiego tak jeszcze niedawno Dani Alvesa z mundialu zapamiętamy głównie z powodu przefarbowanej na siwo czupryny. Za sprawą jego gry i pozostałych Canarinhos wielu brazylijskich kibiców osiwiało naprawdę.

Na lewej Kameruńczyk Benoit Assou-Ekotto, który w przegranym 0:4 meczu z Chorwacją z wściekłości uderzył głową… kolegę z zespołu, Benjamina Moukandjo. Później zaś w tunelu doprowadził do dogrywki. Dopełniając w ten sposób mizerii najgorszej drużyny na mundialu, której piłkarze jeszcze cztery dni przed wyjazdem do Brazylii kłócili się o pieniądze.

Benoit Assou-Ekotto

Na środku myślałem umieścić Davida Luiza za to jak bardzo pogubił się w meczu z Niemcami, w którym miał kierować obroną pod nieobecność Thiago Silvy, a zawalił z pięć goli. Oszczędzę go jednak za to, że dzięki niemu Brazylia w ogóle dotelepała się do półfinału, a również i z powodu solidarności fryzurowej. Zamiast niego znalazł się nieszczęsny Pepe za idiotyczne zachowanie w meczu z Niemcami, kiedy uderzył głową Thomasa Muellra. Jemu, świeżemu triumfatorowi Ligi Mistrzów i piłkarzowi-gentelmenowi, który w całym sezonie faulował najmniej z całego Realu Madryt, dostając bodaj jedną żółtą kartkę tak się zachować po prostu nie wypadało. Wraz z odejściem z Madrytu Jose Mourinho Portugalczyk pozbył się wizerunku boiskowego brutala, stając solidnym filarem defensywy. W reprezentacji pokazuje stare, brzydkie oblicze.

Obok niego wystawiam… japońskiego sędziego Yuichi Nishimurę, by po raz kolejny wybić jego haniebnie stronniczą pracę w meczu otwarcia. Zasłużył, bo w tym spotkaniu doskonale spełnił się w roli 12 zawodnika. Robią gospodarzom niedźwiedzią przysługę, ponieważ zapewne i bez jego pomocy uporali się z Chorwatami, tymczasem przywołał demony fatalnego sędziowania gospodarzom z mundialu 2002 i bekę z Ekstraklasy, w której terminował.

Pomoc

złożona w całości z zawodników z Afryki. Po pierwsze Kameruńczyk Alex Song, którego  szaleństwo dopadło w tym samym spotkaniu co Assou-Ekotto, ale na ofiarę swego tyleż chamskiego, co idiotycznego ataku łokciem na oczach arbitra wybrał jednak nie kolegę z drużyny ale Mario Mandżukicia. Oczywiście zarobił czerwoną kartkę, przynosząc wstyd macierzystej Barcelonie, w której obowiązuje szacunek dla przeciwników. Kolejny zawodnik, porządny w klubie, który w kadrze staje się bestią.

Oraz dwaj reprezentanci Ghany, Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari, odesłani z mundialu tuż przed decydującym o awansie do 1/8 finału meczem z Portugalią. Za wulgarne zachowanie wobec selekcjonera Kwesiego Appiaha i zastraszanie członka sztabu, któremu Muntari przylał w twarz, aż musieli interweniować ochroniarze,a działacz ze strachu przeniósł się do innego hotelu. Pamiętamy, że wszystko to działo się w napiętej atmosferze oczekiwania na lecącą z Ghany premię 3 milionów dolarów i groźby zbojkotowania spotkania z Portugalią, jeśli forsa nie doleci na czas. Ostatecznie kasa się zgadzała, ale kadra meczowa i wynik już nie.

Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari

Atak:

otwiera oczywiście największy mundialowy skandalista, Luis Suarez. Co prawda uważałem nałożoną na niego karę za zbyt surową i niewspółmierną do winy, zwłaszcza gdy nie karze za recydywę brutali w typie Juana Zunigi, który kolanem przerwał mundialową karierę Neymarowi. A już największym absurdem był zakaz stadionowy, czyniący z Suareza persona non grata futbolu jakby ustawił mecz albo prawa organizacji mundialu. Ale oczywiście postąpił karygodnie, skompromitował siebie (pół biedy) i cały Urugwaj idiotycznymi tłumaczeniami, że stracił równowagę i niechcący wbił zębami w ramię, osłabił drużynę przed meczem 1/8 z Kolumbią więc jego zachowanie należy napiętnować obecnością w ’11′ grozy. Inna rzecz, że patrząc na konsekwencje ukąszenia Giorgio Chiellinego można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest przegranym mundialu, skoro doprowadziło to do szybkiego transferu do Barcelony z lepszą pensją i widokami na większe trofea.

Atak uzupełnia para Diego Costa i Fred. Para, bo losy ich splotły się ze sobą i właściwie ciężko rozsądzić który bardziej rozczarował. Czy Costa, który miał wnieść do nasyconej sukcesami trzech ostatnich turniejów Hiszpanii, odnowić ją, natchnąć nową pasją i siłą. Już po kompromitującej porażce 1:5 z Holandią świat odbiegły memy, w których Costa dzwonił do Scolariego, pytając czy dałoby się jeszcze zweryfikować decyzję o wyborze Hiszpanii kosztem Brazylii, której Costa odmówił mimo usilnych starań selekcjonera Canarinhos i frustracji jej polityków, domagających się, by odebrać mu obywatelstwo. Jego decyzja zdeterminowała los Freda, przeciętego napastnika, którym nie zainteresował się żaden przyzwoity klub z Europy, a który z konieczności został namaszczony na głównego napastnika pięciokrotnych mistrzów świata. Im bardziej Fred nie przypominał najwybitniejszych napastników z chwalebnej przeszłości Canarinhos jak Ronaldo, Romario, Rivaldo, nie sięgając do czasów bardziej zamierzchłych, w tym większą frustrację wpadali jego rodacy i wypominali mu jego przeciętność. Jego dramat polegał na tym, że przecież nie sam powołał się na mundial i wyznaczył sobie rolę, której nie był w stanie udźwignąć. Gdyby Diego Costa wybrał jednak na swoją ojczyznę Brazylię, byłby zwykłym rezerwowym, który strzeliłby gola w meczu z Kamerunem i dziś nikt o nic by się go nie czepiał. Tymczasem już ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, co zapewne wszyscy w Brazylii przyjęli ze zrozumieniem i ulgą. On zaś przez całe pokolenia będzie wspominany jako kozioł ofiarny największej klęski w historii brazylijskiego futbolu. Diego Costa dostanie jeszcze pewnie szanse na odkupienia. Może nawet już podczas Euro 2016…

Diego Costa ma pytanie...

Chwała upadłemu mistrzowi: dzięki Hiszpanio za 6 lat uniesień!

Iniesta i CasillasPogrzeb wielkiego mistrza na najwspanialszym „cmentarzu” świata, Maracanie zakończył pewien cykl. Sukcesy drużyn młodzieżowych we wszystkich kategoriach wróżą, że Hiszpania zaraz wróci z nową generacją piłkarzy. I mundial w Rosji może należeć do de Gei, Koke, Thiago, Jessego, Isco, Moraty, Carvajala, Deulofeu i Illarmendiego. I znów utoniemy w zachwycie, a rywale w bezradności

Każdy Mistrz musi kiedyś upaść na deski. Dać się pokonać młodszemu, bardziej głodnemu sukcesu pretendentowi, który od lat śledząc zwycięskie pojedynki Mistrza, znajduje w końcu na niego sposób. Ma świeższe własne pomysły, nową, lepszą technikę. W futbolu inaczej jak w boksie to nie tylko kwestia lat na ringu, wypalenia, zmęczenia organizmu, po prostu starzenia się. W przypadku upadłej właśnie po latach dominacji Hiszpanii to do tyczy Xaviego, Ikera Casillasa, Gerrarda Pique, Xabiego Alonso, Andresa Iniesty, by wymienić najbardziej kluczowych piłkarzy dla sukcesów w ostatnich latach. To także brak następców dla tych kluczowych zawodników, który odpadli po drodze jak Carles Puyol.

Taki jest cykl, nic w futbolu nie trwa wiecznie. Największe imperia upadają. W futbolu klubowym właśnie oglądaliśmy spektakularny schyłek Barcelony i jej tiki-taki, przypieczętowany porażką 0-7 w dwumeczu z Bayernem Monachium w ubiegłym sezonie Ligi Mistrzów. Czy Manchesteru United w chaosie po odejściu Aleksa Fergusona. W mistrzostwach świata co turniej jesteśmy świadkami upokorzenia mistrzów sprzed czterech lat. Na mundialu w RPA miałem przyjemność i nieprzyjemność zarazem oglądać upadek Włochów, tak wspaniałych cztery lata wcześniej w Niemczech. Zdumienie i podziw (i oczywiście zazdrość) dla zwycięskich Słowaków, którzy odesłali Italię do domu mieszało się z ukłuciem żalu z powodu kompromitacji wielkich mistrzów. Brzydko, choć w fazie pucharowej rozstała się mundialem Brazylia na mundialu w Niemczech. Wielcy mistrzowie francuscy, świata i Europy, z Zinedine Zidanem w apogeum kariery i resztą legend futbolu, skompromitowali się nie wychodząc z grupy w Japonii i Korei, ulegając nawet Senegalowi.

Ale oddając zasłużoną chwałę Chile, o który pewnie będzie jeszcze okazja nie raz napisać, warto oddać cześć upadłemu na deski mistrzowi. I podziękować za 6 lat unikalnych doznań piłkarskich jakie nam fundowała, zdobywając trofea jak burza, tracąc pod drodze zaledwie jednego gola (jak w RPA) czy dwa (jak na euro 2012). Za cudowne parady Ikera, dziś jednego z kozłów ofiarnych porażki, za artyzm podań Xaviego i Iniesty, także niezapomniane gole tego ostatniego. Za zigi zagę – reprezentacyjną odmianę barcelońskiej tiki taki. Za siedmiu wychowanków la Masii w finale mundialu. Za feerię futbolu, często nieziemskiego.

Który pewnie zaraz wróci niedługo z nową generacją hiszpańskich piłkarzy, co patrząc na sukcesy drużyn młodzieżowych we wszystkich kategoriach wiekowych jest praktycznie nieuniknione. Będzie to zupełnie inna drużyna, z innym trenerem (poszukiwania już się zaczynają) i innymi liderami, bo Xavi i Casillas właśnie na zawsze rozstają się reprezentacją. Jako że Xavi rusza na podbój Kataru czy też innych Emiratów, pomyślcie sobie, że nigdy już nie obejrzymy jego duetu z Iniestą razem na boisku. To smutne.

Ale może jeszcze nie Euro 2016 ale już mundial w Rosji w 2018 należeć będzie do Davida de Gei, Koke, Thiago Alcantary, Jese, Illarmendiego, Sergi Roberto czy pominiętych przez Vicente del Bosque na mundialu w Brazylii przy zgrzycie zębów rodaków, Isco, Alvaro Moraty, Daniela Carvajala czy Gerarda Deulofeu. Czy kogo tam jeszcze wypuści reprezentacyjna la Masia, czyli ośrodek Las Rozas. I znów utoniemy w zachwycie, a rywale w bezradności.

Składając wieniec na grobie wielkiej mistrzowskiej drużyny pomyślałem sobie, że choć zapewne marne to pocieszenie dla hiszpańskich fanów i piłkarzy del Bosque, ale w tym nieuniknionym nieszczęściu dobrze przynajmniej, że pogrzeb odbył się na najwspanialszym „cmentarzu” piłkarskich marzeń – Maracanie.

Koniec Hiszpanii. I nowy początek

Zasłużona Decima Realu, czyli gdyby Ramos nie strzelił tego gola…

Sergio Ramos po golu w finale Ligi Mistrzów!Ależ niesamowity finał Ligi Mistrzów! Dzięki pościgowi Realu po golu Diego Godina, szokującej wyrównującej bramce Sergio Ramosa w ostatnich sekundach meczu i trzem w dogrywce, przejdzie do historii i ustawi się na podium obok triumfu Liverpoolu ze Stambułu w 2005 roku i Manchesteru United z 1999 w Barcelonie. Chwała „królewskim”, którzy w przekroju całej edycji Champions League zasłużyli na Decimę, czyli dziesiąty Puchar Europy (zwłaszcza za pamiętny dwumecz z Bayernem Monachium), chwała Carlo Ancelottiemu, „sile spokoju” w tych krytycznych momentach, który dołączył do legendarnego Boba Paisley’a, jedynego dotąd trenera – zdobywcy trzech Pucharów Europy. Chwała Cristiano Ronaldo za 17 goli w rozgrywkach, na którego barkach obsesja fanów Realu o Decimie ciążyła chyba najbardziej.

Gloria Victis, czyli chwała i pokonanym, których ciepło będziemy wspominać za rzucenie wyzwania możnym świata futbolu i rzeź Barcelony i Chelsea w drodze do finału (skalp wzięli i w La Liga). Choć trudno chwalić Atletico za sam występ w finale w Lizbonie, nie można nie współczuć im za okoliczności porażki. Wyobraźmy sobie jednak co zapamiętalibyśmy z finału, gdyby Ramos nie doznał iluminacji w 93. minucie i mecz zakończyłby się triumfem piłkarzy Diego Simeone?

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… uznalibyśmy, że był to jeden z najbrzydszych finałów w historii, w którym zwycięzców po zdobyciu gola przestał interesować futbol, a jedynie zachowanie wyniku. Którzy gasnąc w oczach, „oddychając rękawami”, „jadąc na oparach” skupiali się na brutalnych faulach i wybijaniu desperacko dążącym do wyrównania rywalom futbol z głowy.

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… antybohaterem finału ogłosilibyśmy Ikera Casillasa, który po konflikcie z Jose Mourinho w ostatnim sezonie i tak stracił sporo serc fanów „królewskich”. Teraz zostałby do reszty odartym z resztek „świętości”, stając się piłkarzem przeklętym, tym którego błąd kosztował Real jedną z najboleśniejszych porażek w historii, może nawet bardziej niż 0:5 z Barceloną Pepa Guardioli w 2011 roku, bo lokalnym rywalem-kopciuszkiem. Nie dziwię się, że Casillas zacałował Ramosa po gwizdku na dogrywkę…

Ramos zacałowany przez CasillasaGdyby Ramos nie strzelił tego gola… narzekalibyśmy na brak blasku największych indywidualności Realu. Zwłaszcza Cristiano Ronaldo, któremu być może znów wytykalibyśmy, że nie potrafi być liderem w meczach o największą stawkę. Że przez 90 minut niemal nie stworzył zagrożenia, a Estadio da Luz znów stało się grobem jego wielkich marzeń, po finale Euro 2004 z Grecją.

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… marudzilibyśmy i na Karima Benzemę (właściwie nadal możemy), a Garethowi Bale’owi wypominalibyśmy trzy zmarnowane „setki”, zastanawiając się czy Real nie wywalił 85 milionów funtów w błoto. Tymczasem – jak tweetowałem – golem na 2:1, gdy zawisł w powietrzu niczym Michael Jordan, potwierdził swą galaktyczność i spłacił cenę do ostatniego pensa.

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… być może machnęlibyśmy ręką na nieodpowiedzialną decyzję Diego Simeone, by wystawić od pierwszych minut Diego Costę. Czyżby aż tak uwierzył w terapię końskim łożyskiem serbskiej guślarki? A może – jak porzucił w studiu Ligi Mistrzów Zbigniew Hołdys – w przeciwieństwie do Carlo Ancelottiego wciąż jeszcze za dużo w nim piłkarza, a za mało doświadczonego trenera i nie umiał mu odmówić. Bo wiedział co gra w duszy Costy i jak bardzo chce zagrać mimo niewyleczonej kontuzji. Przecież sam wmówił swoim zawodnikom wolę walki i parcie do celu za wszelką cenę bez względu na koszty…

Gdyby Ramos nie strzelił tego gola… bohaterem finału ogłosilibyśmy pewnie Diego Godina, Twitter już zresztą szalał, pisząc o „God in Atletico”. Czy Urugwajczyk dostanie jeszcze kiedyś okazję, że zostać bohaterem meczu o taką stawką. On i inni zawodnicy Atletico jak Felipe Luiz, Arda Turan, Adrian Lopez, Tiago, Gabi

Przewrotny i okrutny dla jednych, łaskawy dla drugich Bóg Futbolu zadecydował jednak inaczej i Ramos strzelił tego gola!

I spełniły się wszystkie marzenia Realu. Te małe o zemście na lokalnym rywalu za porażkę w finale Pucharu Króla na Santiago Bernabeu przed rokiem i w walce o mistrzostwo Hiszpanii w tym. I te wielkie o dziesiątym Pucharze Europy, w drodze po który kibice „królewskich” musieli znieść tyle upokorzeń – ze znienawidzoną Barceloną, ale i „parweniuszami” jak Olympique Lyon czy Borussia Dortmund – tyle nieudanych transferów, w tym także trenerskich, jak oddanie drużyny Jose Mourinho, który zraził do Realu rzesze kibiców w Hiszpanii i na całym świecie. Wszystko minęło, wszystko nie ważne, jest wymarzona Decima po niezapomnianym meczu!

A ja, w chwili tej zasłużonej chwały dla Realu nie waham się wyjątkowo zaintonować: bravo, hala Madrid!

Decima Realu Madryt!Ps, czyli rozwiązanie naszego konkursu. Oczywiście nikt nie był w stanie przewidzieć TAKIEGO scenariusza (choć ja sam obstawiałem 1-1, dogrywkę i dramat w karnych). W tej sytuacji beczki Heinekena otrzymają ci, którzy byli najbliżej: Cotammi (przewidział zejście Diego Costy i triumf Realu w dogrywce, choć nie trafił strzelców i bohatera spotkania), Kijan (przewidział triumf Realu i gola głową Sergio Ramosa, choć nie w tak dramatycznych okolicznościach) oraz Robespierre (triumf Realu, brutalne faule Atletico, nieobecność Costy). Gratuluję, proszę o adresy na mejla, beczki drodze. Najbliższe dramaty już za chwilę podczas mundialu w Brazylii!

Znów konflikt w Realu: Casillas czy Lopez?

Jedną z największych dla mnie zagadek nowego sezonu było kogo nowy trener Realu Madryt, Carlo Ancelotti wstawi do bramki, mając dwóch tak świetnych fachowców jak Iker Casillas i Diego Lopez. Pierwszy to ikona klubu i reprezentacji Hiszpanii, kapitan tej ostatniej, bez niego ciężko wyobrazić sobie mistrzostwo świata i dwa Europy (mimo uznania dla Victora Valdesa i Pepe Reiny). Nie zagrał jednak w oficjalnym meczu Realu od 23 stycznia, gdy został kontuzjowany w meczu z Valencią w Pucharze Króla. Choć się wyleczył, Jose Mourinho wolał stawiać na Lopeza. Oficjalnie z powodów sportowych, które ciężko kwestionować, bo forma „Świętego Ikera” spadła do najniższego poziomu w karierze, żeby wspomnieć choćby mecz z Manchesterem City w Madrycie. Z kolei Lopez od kiedy trafił na Santiago Bernabeu z Sevilli i rozgościł się w bramce, właściwie nie dał ani jednego powodów, żeby z niej zostać wypchniętym, notując kilka wybitnych występów, właśnie w stylu Casillasa, jak choćby ten na Old Trafford. Nieoficjalnie wiadomo było, że chodzi też o nieszczelność szatni Realu, o co Mourinho nie bez racji obwiniał partnerkę Ikera, Sarę Carbonero.

Niemniej wydawało mi się, że Ancelotti da jednak szansę legendzie klubu, za dawne zasługi, trochę racji nowego otwarcia. I dopiero jeśli Iker znów, jak w minionym sezonie nie będzie sobą, czyli tą skałą co przez tyle minionych lat, dokona zmiany. Tak też przypuszczał Jerzy Dudek, kiedy z nim rozmawiałem. Casillas okazał się moralnym zwycięzcą konfliktu z Jose Mourinho, czy Włoch na dzień dobry chciałby pakować się w konflikt, który rozsadził szatnię poprzednika?

Mourinho tak tłumaczył czemu ceni bardziej Lopeza do Casillasa:

A jednak stary włoski lis zaskoczył nas wszystkich. Nawet rywali, jak Valdes, który stwierdził, że brak Casillasa w wyjściowej jedenastce Realu kompletnie niezmiernie go zdumiał. - Podczas Pucharu Konfederacji był w bardzo dobrej formie. Podczas ostatniego zgrupowania reprezentacji rzucał się po piłkę tak niesamowicie, że wszyscy byliśmy zgodni – wrócił dawny Iker – stwierdził bramkarz Barcelony.

- Zdecydowały drobne detale. Diego był bramkarzem w pierwszym meczu, ale zobaczymy, kto stanie w bramce w kolejnym spotkaniu. Casillas ma cały czas otwarte drzwi do pierwszego zespołu. Rozmawiałem z nim, to wielki profesjonalista, przyjął decyzję ze spokojem – stwierdził Ancelotti.

A jednak chyba nie do końca, skoro hiszpańskie media donoszą, że rozgoryczony i rozzłoszczony decyzją trenera Casillas, odmówił rozgrzewki z Lopezem przed meczem z Betisem. Taki wrażenie można odnieść na podstawie zdjęć, które kibice zrobili na stadionie podczas rozgrzewki. Choć zwykle drugi bramkarz rozgrzewa pierwszego, tym razem Lopez ćwiczył z trzecim, młodym Tomasem Mejiasem, który na niedzielny mecz nie znalazł się nawet w osiemnastce.

Schodzący do szatni Casillas, zagadnięty jak się z tym czuje, rzucił do dziennikarza ironicznie, co zarejestrowały kamery: „Chłopie, przynajmniej zagram w meczu o Trofeum Bernabeu!” – chodzi o towarzyski mecz 22 sierpnia z katarskim Al Sadd, w którego barwach występuje inny legendarny zawodnik Realu, Raul.

Do czego doprowadzi ten konflikt? Czy Ancelotti będzie zmieniał bramkarzy tak często jak Alex Ferguson w ostatnich dwóch sezonach? Czy obrażony Casillas doprowadzi do transferu, czy zaalarmowani są już wszyscy szejkowie i Arsenen Wenger, który czynił już nieśmiałe podchody pod Hiszpana? Nie mam pojęcia i przyznam, że sam nie wiem co zrobiłbym w takiej sytuacji. Z jednej strony rywalizacja na tej pozycji wydaje się dobra i logiczna, z drugiej czy najlepsi bramkarze naszych czasów jak Gianluigi Buffon w Juventusie, Edwin van der Sar w Manchesterze United, Petr Cech w Chelsea, Oliver Kahn w Bayernie Monachium, Casillas jeszcze dwa sezony temu potrzebowali konkurencji, żeby utrzymywać się na światowym poziomie? Nie potrzebowali, a może wręcz jej brak działał kojąco na ich psychikę, nie spędzał snu z powiek, pozwalał koncentrować się na priorytetach?

A Wy jak sądzicie? Lepiej mieć dwóch równych bramkarzy, czy jednego wielkiego z młodym padawanem, albo weteranem, który nie czyha na miejsce w składzie, ale wspiera podczas treningów jak Dudek w czasach świetności Casillasa?

Złota Piłka dla Casillasa!

Przeczytałem gdzieś komentarz, że wygrywając Euro 2012 reprezentacja Hiszpanii zapewniła Złotą Piłkę… Leo Messiemu. Gdyby wygrali Włosi, być może na tytuł Piłkarza Roku miałby szanse Andrea Pirlo, architekt tego sukcesu, który ma za sobą fantastyczny sezon z Juventusem Turyn (odzyskanie mistrzostwa Włoch bez ani jednej porażki). Gdyby zatriumfowali Portugalczycy, Złotą Piłkę zdobyłby pewnie Cristiano Ronaldo, który na Euro był prawdziwym kapitanem i liderem swojej drużyny, wywiódł ją z grupy śmierci aż do półfinału, nie zawodził, kto wie co by się stało, gdyby dano wykonać jego jedenastkę w dramatycznej serii karnych. Ma za sobą świetny sezon – jego grad goli i świetna gra pozwoliły Realowi Madryt odebrać Barcelonie mistrzostwo Hiszpanii. Miejsce w trójce najlepszych piłkarzy sezonu ma zaklepane, mistrzostwo Europy pewnie by przesądziło.

Triumf Hiszpanii na Euro 2012 skazuje Messiego na Złotą Piłkę, bo reprezentacja Hiszpanii to bohater zbiorowy. Ciężko wyróżnić za zwycięstwo w turnieju jednego piłkarza. Na najlepszego zawodnika mistrzostw Europy UEFA wybrała Andresa Iniestę, ale skoro nie wygrał plebiscytu w 2010 mimo gola w finale mundialu w RPA, to wątpię, żeby dostał teraz. Zwłaszcza, że w Barcy to nie był najlepszy sezon w jego wykonaniu. Podobnie jak rekordzista ME w rozprowadzaniu podań (z 98 procentową dokładnością) Xavi. Jednak fakt, że jedynym trofeum jakie w tym sezonie zdobył Messi jest Puchar Króla pewnie nie będzie miał wpływu na werdykt. W 2010 dostał Złotą Piłkę mimo braku gola na mundialu i klęski Argentyny oraz porażki w półfinale Ligi Mistrzów z Interem. Teraz ma za sobą rekordowy sezon, w którym strzelił aż 73 gole, bijąc rekord legendarnego Gerda Müllera (67). Aż 50 z nich strzelił w lidze hiszpańskiej, bijąc osiągnięcie CR7 z ubiegłego sezonu (41), a w Lidze Mistrzów wyrównał wynik legendy Milanu, José Altafiniego z sezonu 1962/63, zdobywając 14 bramek. Ale gdyby nawet nie pobił żadnego z nich i tak w opinii większości głosujących w plebiscycie piłkarzy i trenerów pozostał najlepszym piłkarzem świata. I trudno się z nimi nie zgodzić.

Ja jednak będę się upierać, że z reprezentacji Hiszpanii da się wyłuskać jednego zawodnika, dla którego Złota Piłka była by podsumowaniem wszystkich tych trzech zwycięskich dla La Roja turniejów. To jej kapitan, Iker Casillas, bramkarz, którego w fazie grupowej pucharowej wielkiego turnieju ostatni raz pokonał… Zinedine Zidane na mundialu w Niemczech w 2006 roku. Tak bardzo zachwycamy się skutecznością defensywy nowych/strych mistrzów Europy, którzy w fazie pucharowej nie stracili gola od 990 minut, doceńmy więc tego, który przez te wszystkie minuty stał między słupkami. Jeśli nie za interwencję pod strzale Arjena Robbena w finale mistrzostw świata w 2010 (dla mnie interwencję wszech czasów), to za perfekcyjną grę na Euro 2012, na którym wpuścił tylko jednego gola, w rundzie grupowej z Włochami, ale pamiętam też jakich cudów dokonywał w tamtym spotkaniu, dając ostatecznie Hiszpanom pierwsze miejsce w grupie.

Nagrodziłbym Casillasa za perfekcyjnie sprawowaną rolę kapitana, który potrafił pogodzić ogień z wodą, czyli piłkarzy Barcelony i Realu, zwłaszcza w mrocznych czasach zaostrzenia klubowej rywalizacji przez Jose Mourinho. Godzeniem kadrowiczów po ognistych El Clasico ryzykował utratę opaski kapitana Realu. Wielokrotnie udowadniał, że jest równie wielkim człowiekiem co piłkarzem. I umiejącym wygrywać zwycięzcą, co pokazał choćby w końcówce finału w Kijowie, domagając się od sędziego zakończenia spotkania z szacunku dla rywali… Zaiste Święty Iker. Zasługuje na nagrodę szczególnie w dzisiejszych, spsiałych czasach…

PS: oczywiście to nie ma nic wspólnego ze Złotą Piłką, ale jak tu nie podziwiać Iniesty? Właśnie przeczytałem, że całą premię za mistrzostwo Europy – 300 tys. euro – przekazał ofiarom ostatnich pożarów w regionie Walencji. On i Raul Albiol. Ktoś się żachnie, że to zaledwie ze dwie tygodniówki, co to takiego dla gwiazdy futbolu, ot, banał. A jednak gdy spojrzę ile wszędzie dookoła pazerności, nienasycenia… Tam gdzie dla innych bezcenne jest nawet groszowe startowe, warto docenić banalny (być może dla niektórych nawet głupi) gest skromnego człowieka…



Buffon i Casillas pozostaną najwięksi

Ciekaw jestem czy był mecz o taką stawkę, w którym kapitanami wyprowadzającymi obie drużyny na boisko byli dwaj wielcy bramkarze. TAK WIELCY bramkarze. Bez wahania mogę stwierdzić, że Gianluigi Buffon i Iker Casillas (kolejność alfabetyczna) to najwięksi golkiperzy naszych czasów, a niedzielny finał Euro 2012 oczywiście nie rozstrzygnie, który jest lepszy. Ukoronuje nowego lub starego mistrza Europy, ale nie zmieni faktu, że to ci dwaj zdominowali tę pozycję w ostatnich 10 latach. I pewien jestem, że robiąc wielkie podsumowanie na łożu śmierci będę głowił się, Hiszpan czy Włoch, a przecież oglądałem na własne oczy takich bramkarzy jak Peter Schmeichel, Oliver Kahn, Edwin van der Saar, momenty chwały mieli Dida, Victor Valdes, Fabien Batrhez czy Francesco Toldo. Pod względem sportowym i zebranego doświadczenia prezentują taki sam poziom. Być może młodszy o trzy lata Casillas, który nie musiał borykać się z takimi kontuzjami jak Włoch, jest dziś on niego odrobinę bardziej zwinny, ma minimalnie lepszy refleks, szybszy czas reakcji, ale i tak wybrać lepszego z nich absolutnie nie jestem w stanie.

Nie chodzi tylko o samą dobrą grę w bramce przez tak długi czas i nie schodzenie poniżej pewnego poziomu, co przecież przydarzało się Didzie, Schemichelowi, Valdesowi, Barthezowi, Kahnowi. Nie tylko bronienie w niewiarygodnych okolicznościach, w których strzał nie miał prawa być obroniony (jak obroniony przez Ikera końcem pięty strzał Arjena Robbena w finale mundialu w RPA). Nie chodzi tylko o zgromadzone tytuły – mistrza świata, mistrza Hiszpanii i Włoch czy triumfy w Lidze Mistrzów. Nie chodzi nawet o to, że Buffon, którego kontuzja pleców sprzed dwóch lat o mało co nie zmusiła do zakończenia kariery potrafił wrócić w tak wielkim stylu, że minionym sezonie Juventusu stracił w Serie A bodaj 16 goli w 35 meczach, notując 82% obronionych strzałów. Chodzi o charyzmę, to jakimi są liderami drużyny, jak wielką pewność siebie potrafią dać swoim obrońcom. Nawet jeśli – na co zwrócił mi uwagę Maciek Szczęsny - Buffon w pierwszych minutach półfinału z Niemcami popełnia dwa błędy, po których mogły, a nawet powinny paść gole, to ani na moment nie traci charyzmy, nie musi się zbierać do kupy, umysłów jego obrońców ani na moment nie zmącił cień zwątpienia. Cały czas był w bramce BUFFONEM, dyrygującym kolegami, dokonującym cudów. Jak to ujął Tomasz Zimoch w transmisji (powtarzam z pamięci za twittem, który ktoś mi przesłał w trakcie meczu): palce Buffona niczym ostrza włóczni rzymskich legionów przemierzających Las Teutoński… czy jakoś tak.

Zwany San Iker (czyli Świętym Ikerem), Casillasa, kapitan mistrzów świata i Europy zaprawdę musiał dokonać czynu na miarę cudu któregoś ze świętych. Pogodził ze sobą ogień i wodę, sprawiając, że zawodnicy Realu Madryt i Barcelony stali się w reprezentacji Hiszpanii jednością i najwybitniejsza generacja piłkarzy tego kraju nie spłonęła we wewnętrznym sporze. Zadanie zrobiło się szczególnie trudne po przyjściu do Realu Jose Mourinho, który dla swoich celów podżegał konflikt, co przerodziło się w rąbankę na boisku w licznych Gran Derbach w 2011 roku. Casillas gasił pożar w reprezentacji telefonując do Xaviego, Carlesa Puyola i trenera Vicente del Bosque, wychodząc ze skóry, żeby konflikt nie pogrzebał jedności w reprezentacji i pozostał bez wpływu na wyniku La Roja. Czym o mało co nie zapłacił utratą opaski kapitana ‘królewskich’. Ale udało mu się perfekcyjnie. I jeśli w Kijowie del Bosque wystawi Pedro kosztem Davida Silvy, może się zdarzyć, że na boisku przeciwko Włochom będą grać będą wyłącznie zawodnicy obu największych hiszpańskich rywali (zwłaszcza, że Jordi Alba właśnie podpisał kontrakt z Barceloną).

Obaj bramkarze przy tym zawsze byli antygwiazdoramim, skromnymi do bólu. Pamiętam słowa Casillasa z galaktycznych czasów Realu Zinedine Zidane’a, Ronaldo i Davida Beckhama, który stwierdził, że on sam nie jest z innej galaktyki, ale z Mostoles, czyli dziury na przedmieściach Madrytu.

Cieszę się, że zobaczę w Kijowie obu na raz, oby mieli jak najwięcej pracy! A wcześniej wzruszę się patrząc i słuchając jak Buffon śpiewa hymn Fratelli d’Italia, z całego serca, z zamkniętymi oczami, co z tego że fałszując, skoro całym sobą. Niech zagrają, niech wygra lepszy. Ale po meczu i tak obaj pozostaną NAJWIĘKSI!

Los bramkarza: zwycięzcy!

 

Oto werdykt trzyosobowego jury, które wzięło też pod uwagę opinie recenzentów scv78 i pavlocebo (choć nie ze wszystkim się z nimi zgodziło, zwłaszcza z kryterium punktowym pavlo – rzadko niestety zdarza mi się napisać coś na ‘10’, nie do końca też wiedzieliśmy czy dobrze odczytaliśmy ezopowe werdykty scv). Podium w naszym mniemaniu wygląda następująco:

Rossi sięgnął po ten sam pomysł, który dał mu zwycięstwo w poprzednim konkursie. Wykonanie literackie znów świetne, ale że nie nowe, stąd tylko trzecie miejsce. Być może to niesprawiedliwe, bo to tak jak karać Hiszpanię za to, że zdobyła mistrzostwo świata w podobnym stylu, co wcześniej mistrzostwo Europy. Drugie dla Baltonki, za zgrabne i z pomysłem opisanie ostatniej wielkiej parady w wykonaniu gasnącej legendy. Konkurs wygrywa Piotrek Dyga, który zawarł w swojej notce wszystko to, o czym myślałem rozpoczynając tę zabawę. Dzięki niemu znów znalazłem się na Soccer City i zastygłem na chwilę wraz z Arjenem Robbenem i Ikerem Casillasem. Piłka Tango 12 z autografem Petera Schmeichela, patrona konkursu, potoczy się więc do niego.

Gratuluję serdecznie, wszystkim, zwłaszcza autorom notek o Janie Domarskim i Jorge Camposie, bo były otarły się o podium. Niezłe były tez notki przekrojowe, jak ta Bartka Nowaka czy Kacpra Gawłowskiego o Tomislavie Piplicy, ale tematem miała być TA JEDNA PARADA/WPADKA.

Już wkrótce będzie się można odkuć w kolejnym konkursie literackim! Szykujcie notki na temat „Idol na tarczy” (pomysł podrzucił jeden z konkursowiczów, ytseman23, tak wyjaśniając o co chodzi: Piłkarze stają się naszymi idolami, gdy dokonują jakiś spektakularnych wyczynów. Ale właściwie niemal każdy ma także w swojej historii jakieś ciemne karty. Chodziłoby tu o opis sytuacji, gdy ulubiony zawodnik zawodzi, gdy stawka jest bardzo wysoka i wszyscy na niego liczyli.). Idealny temat na konkurs, w którym nagrodami będą autobiografie Wayne Rooney’a (w moim tłumaczeniu), idola, który nie raz zleciał z hukiem z piedestału… Dalsze szczegóły wkrótce.

I jeszcze jedna informacja: w najnowszym „Newsweeku” napisałem artykuł o Rafale Wolskim, dowodząc tam m.in. że ma on w sobie „DNA Barcy” (ale to opowieść na inna okazję), cytując fragmenty niezapomnianego poematu na jego cześć „Natenczas Wolski” Quentina, który zwyciężył w poprzednim konkursie literackim. Autorzy notek niech więc się maja na baczności;)

Poniżej werdykt pavlocebo z uzasadnieniem i niezwykłe statystyki naszego konkursu, które dla nas wykonał.

Mógłbym napisać, że trudno mi było wyłonić zwycięzcę, ale to akurat nieprawda, za momencik dojdę do tego.

Kryteria, którymi się kierowałem i recenzję każdej notki zostawiłem w komentarzach pod odpowiednią odsłoną konkursu, więc nie będę się powtarzał.

W podsumowaniu pokusiłem się o sklasyfikowanie wszystkich notek, oceniając je w skali od 1 do 10, gdzie 1 jest to nienapisanie notki, a 10 to poziom Michała Pola.

10 nie otrzymał nikt, co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę niezwykły talent autora blogu.

Natomiast jedyną 9 przyznałem notce Czas to pojęcie względne. Robię to z czystym sumieniem. Moim zdaniem Piotrek Dyga wygrał zdecydowanie. Całość jest niemal idealna – kipiąca emocjami, udzielającymi się czytelnikowi, oparta na nietuzinkowym pomyśle, bardzo wciągająca, dopracowana technicznie. Z przykrością stwierdzam, że był to poziom, którego ja nie jestem w stanie osiągnąć.

Drugie miejsce z jedyną 8 przyznałem tekstowi Przeklęty Jan Domarski . Każda notka, która sprawiała, że czułem się jakbym był na stadionie, na którym dzieje się dana akcja, zyskiwała w moich oczach ogromnie. Mateuszowi Janiakowi to się udało. Do tego narracja pierwszoosobowa bardzo umiejętnie wykorzystana. Czułem na sobie spojrzenia tysięcy Anglików i siedziałem zgarbiony przy komputerze by przypadkiem nie zostać oplutym.

7 otrzymały ode mnie 4 teksty, z których na ostatnie miejsce na podium zapraszam Muchas gracias, Jorge! . To co przechyliło szalę, to 3 akapit tekstu i fenomenalny opis sylwetki Camposa, istny majstersztyk.

Gratuluję wszystkim uczestnikom.

Poniżej podaję moje oceny wszystkich notek, końcowy ranking i garść statystyk:

10 – brak

9 – Czas to pojęcie względne

8 – Przeklęty Jan Domarski

7 – Futbolowe poczucie ironii, Rene Higuitas Flying Circus, Przęsło Tower Bridge, Muchas gracias, Jorge!

 

Lista bramkarzy, bohaterów konkursowych notek

z wyszczególnieniem rodzaju rozgrywek, których dotyczyły opisywane akcje

(po kolei imię i nazwisko, klub (w którym grał w danym momencie), kraj oraz rozgrywki):

Adam Bogdan (Bolton, Węgry) – Premier League

David Seaman (Arsenal, Anglia) – Puchar Anglii

Gianluigi Buffon (AC Parma, Włochy) – mecz międzypaństwowy (sparing)

Gregory Coupet (Lyon, Francja) – Liga Mistrzów

Iker Casillas (Real Madryt, Hiszpania) – Mundial’2010

James Barry Walker (Walsall, Anglia) – League One

Janusz Jojko (Ruch Chorzów, Polska) – Ekstraklasa

Jerzy Dudek (Liverpool, Polska) – Liga Mistrzów x5

Jorge Campos (Unam Pumas, Meksyk) – Mundial’1994

Manuel Almunia (Arsenal, Hiszpania) – Liga Mistrzów

Mladen Petric (FC Basel, Chorwacja) – Puchar UEFA

Oliver Kahn (Bayern Monachium, Niemcy) – Mundial’2002

Jose Reina (Liverpool, Hiszpania) – Premier League

Peter Schmeichel (Manchester United, Dania) – mecz międzypaństwowy (sparing)

Peter Shilton (Leicester City, Anglia) – el. do Mundialu’1974

Phil Jagielka (Sheffield United, Anglia) – Premier League

Rene Higuita (Atletico Nacional Medelin, Kolumbia) – Categoria Primera A

Rene Higuita (Atletico Nacional Medelin, Kolumbia) – mecz międzypaństwowy (sparing) x2

Rene Higuita (Atletico Nacional Medelin, Kolumbia) – Mundial’1990

Tomasz Kuszczak (West Bromwich Albion, Polska) – mecz międzypaństwowy(sparing)

Tomasz Kuszczak (West Bromwich Albion, Polska) – Premier League

Tomislav Piplica (Energie Cottbus, Bośnia) – Bundesliga

Victor Valdes (FC Barcelona, Hiszpania) – Primera Division

 

Ilość bohaterów notek ze względu na kraj:

8 – Polska

4 – Anglia, Hiszpania, Kolumbia

1 – Bośnia, Chorwacja, Dania, Francja, Meksyk, Niemcy, Węgry, Włochy

 

Ilość bohaterów notek ze względu na klub:

6 – Liverpool

4 – Atletico Nacional Medelin

2 – Arsenal, West Bromwich Albion

1 – AC Parma, Bayern Monachium, Bolton, Energie Cottbus, FC Barcelona, FC Basel , Leicester City, Lyon, Manchester United, Real Madryt, Ruch Chorzów, Sheffield United, Unam Pumas, Walsall

 

Ilość bohaterów notek ze względu na rozgrywki:

7 – Liga Mistrzów

5 – mecze międzypaństwowe (sparing)

4 – Mundial, Premier League

1 – Bundesliga, Categoria Primera A, Ekstraklasa, el. do Mundialu, League One, Primera Division, Puchar Anglii, Puchar UEFA

 

A tu jeszcze raz zwycięskie notki

na pierwszym miejscu

 

Czas to pojęcie względne

Piotrek Dyga

Nie, nie, nie… nie wierze, nie! Naprzód, Casillas! Robben, Casillas! Casillaaaaas! Święty Casillas! On znów świeci! Casillas zamknął drogę do bramki, Casillas zatrzymał Robbena. To nasz kapitan! Bronił już dla nas karne, a teraz ratuje nam życie w finale!

Pięć sekund. Tyle czasu minęło od momentu podania futbolówki przez Wesa Sneijdera do chwili, gdy piłka tuż obok słupka bramki opuściła pole gry. Na pięć sekund serca czterdziestu milionów Hiszpanów przestały bić, na pięć sekund cały świat zwolnił. Ta chwila trwała wieczność i tylko komentarz wielkiego Carlosa Martineza napędzał bieg zdarzeń. Gdyby nie to, wszystko by się zatrzymało. Tablica wyników wyświetlałaby 62. minutę i wynik – remis 0:0. Robben zamarłby w bezruchu na 40. metrze od bramki. Za jego plecami stałyby nieme pomniki Joana Capdevili i Gerarda Pique. Gdzieś w oddali majaczyłyby inne sylwetki. Iker Casillas podrywałby się do biegu, a jego serce przestałoby bić gdzieś między kolejnymi uderzeniami. Juanito, legendarny skrzydłowy Realu Madryt, powiedział kiedyś, że 90 minut na Bernabeu to bardzo dużo czasu. W tamten lipcowy wieczór było podobnie. Pięć sekund rozciągało się, nieuchronnie zmierzając ku wieczności.

Nerwowe zaklinania komentatora, jak w gorączce zaprzeczającego temu, co widzi, poruszyły koło czasu. Arjen Robben przez nikogo nie niepokojony zmierzał ku bramce rywala. Naprzeciwko siebie widział człowieka, z którym trenował przez dwa lata, którego prawdopodobnie pokonywał setki, może tysiące razy. Widział Ikera Casillasa i pewnie przez głowę przebiegły mu wspomnienia. Przed nim gotowy do dokonania cudu stał facet, który jako jedyny na świecie jest w stanie obronić każdy, nawet najbardziej niemożliwy strzał. Holender dobrze go pamiętał, wiedział, że on się nie boi, on nie panikuje. Każdy, ale nie on.

Hiszpan zatrzymał się dokładnie w punkcie wykonywania rzutów karnych, zgarbił się, zgiął kolana i czekał. Pół sekundy później Robben już był przy nim, już strzelał. Tak jak zawsze. Piłka z bezlitosną precyzją zmierzała do bramki. Holender widział, jak Iker odchyla się w drugą stronę, już czuł, że wszystko będzie dobrze. Już pewnie lekko się uśmiechnął. A później zamarł w niemym przerażeniu, widząc, że trącona czubkiem buta piłka mija słupek. Złapał się za głowę, usiadł na murawie i patrzył przed siebie. Nie umiał wytłumaczyć tego, co się stało. To była piłka meczowa, to było kopnięcie na wagę mistrzostwa świata – wiecznej sławy, wiecznej pamięci. To było kopnięcie na wagę wieczności.

A Casillas wstał i z niewzruszoną miną wrócił w pole bramkowe, by ustawić kolegów przy rzucie rożnym. Przybił piątkę z Carlesem Puyolem, ze złością wytłumaczył Pique, co ten zrobił źle i koniec. Po meczu David Villa łamiącym się głosem stwierdził, że to była najdłuższa chwila w jego życiu. Później to samo powtarzali inni. I tylko Iker nie rozumiał całego zamieszania. Dla niego czas płynął normalnie. Zawsze tak płynie.

 

na drugim

 

Przęsło Tower Bridge

Baltonka

- Hehe, śmialiśmy się, że na ten moment w pierwszym składzie mogą wyjść co najwyżej jego wąsy. Rozumiesz, wąsy były młodsze od całej reszty o kilkanaście lat… no chyba że już w betach bawił się w Toma Sellecka, hehe! Słit dżizas, on miał 39 lat! Ja mam dziś 43, grać przestałem 9 lat temu, a i tak czuję się jakbym przeżył o pół wieczności za dużo. Widzisz, zupełnie jakbym gdzieś w roku 2003 otworzył piwo i je sączył do dziś. Wydawało mi się, że on to piwo powinien otworzyć rok wcześniej, zaraz po tym jak Ronaldinho wrzucił mu tego liścia za kołnierz.

A wiesz, że było mi go wtedy żal? Stary mistrz, niegdyś tak wielki, a potem tak lżony – to nie był dobry czas, nawet wąsy były de mode. Każdemu się wydawało, że może rzucić kamieniem. No, poza mną i może jeszcze kilkoma innymi, którym przyszło zmierzyć się z Arsenalem w sezonie 90/91. Wiesz co czułem stając przed Dixonem, Adamsem, Winterburnem i Bouldem? Nawet nie strach, raczej głupkowatą wesołość w reakcji na niestosowny żart, zupełnie jakbym stał u podnóża jakiejś fortecy i nie mógł nawet znaleźć miejsca, w którym opuszcza się most zwodzony. Nawet jeśli jakimś cudem udawało nam się ich rozklepać, to zaraz pojawiał się on. I nagle miał 3 metry wzrostu, i nagle miał ramiona jak przęsła Tower Bridge, i nagle okazywało się, że ta bramka w tle, ta, w którą wydawało się, że można trafić, to tylko złudzenie optyczne, to tylko tatuaż na jego plecach. Widzisz, wtedy nie myślało się o nim w kategoriach „refleksu”, czy „zwinności”. On po prostu był na swoim miejscu, a nas ze akcje przerywał z uprzejmym spokojem nauczyciela tłumaczącego swoim wychowankom zasady tabliczki mnożenia. Nie zdziwiłbym się, gdyby pomiędzy strzałami zastanawiał się nad aperitifem do proszonej kolacji. Po czymś takim nigdy nie schylisz się po kamień, bez względu na to, jakiego babola by nie puścił.

No więc graliśmy w tym 2003 z Arsenalem w półfinale Pucharu Anglii i żartowaliśmy na temat wąsów, mówiłem już. W sumie to liczyliśmy po cichu na jakiś jego błąd. Myślę, że wtedy każdy trener na odprawie przed meczem z kanonierami podkreślał, że Dawid już nie jest tak pewnym punktem drużyny rywala jak niegdyś. Sam pomyśl, cztery dychy na karku! Tacy starzy jeszcze żyją? – myślałem wtedy.

No i zrobiliśmy fajną akcję; Carl mocno w pole karne, bilard na przedpolu i Paul dostawia głowę, a piłeczka pewnie zmierza do bramki. I nagle pojawia się on, i nagle znowu ma 3 metry wzrostu, a jedno z przęseł Tower Bridge chwyta piłkę. Przez ułamek sekundy piłka zastygła w ręku Dawida – i zdawało się, że pęknie, tyle w tym chwycie było pewności i mocy. Na szczęście pozwolił jej opuścić rękawice i sam możesz zobaczyć, jak chętnie od niego ucieka.

…W sumie fajnie, że tak to się skończyło, że w ostatniej migawce tło jego odejścia stworzyłem ja z kolegami, a nie wyszczerzona morda Ronaldinho, któremu udało się okpić legendę. Że litery końcowe mogły się przesuwać w rytm hymnu, a nie elegii.

na trzecim

 

Piłka i balon

Rossi

Całe życie czekałam na swoje pięć minut. Poznaliście już jedną z moich koleżanek, więc stwierdziłam, że może to właściwy moment, by opowiedzieć moją historię o klątwie, spełnionym marzeniu i tragicznym finale. Wiecie już jak powstajemy, jakie mamy pragnienia i obawy. Ja jestem inna. W środowisku piłek, gdzie wszystkie kochają się na zabój w napastnikach, jestem egzemplarzem unikalnym. Od zawsze miałam słabość do bramkarzy.

Niektórzy całują mnie na początek znajomości, inni czule przytulają przy każdej okazji do piersi. Oni wiedzą, jak właściwie należy ze mną postępować. Do tego stopnia zawładnęli moimi emocjami, że wybaczam im nawet silne uderzenia pięściami w podbramkowych, powietrznych eskapadach. Bramkarze lubią ze mną rozmawiać, jako jedyni potrafią poświęcić kilkadziesiąt sekund na wygodne ułożenie mnie na murawie. Czasem nie podoba się to sędziom, którzy nie wiedzieć czemu karzą ich za to żółtymi kartkami.

Pewnego dnia pojechałam do Sunderlandu na mecz miejscowej drużyny z Liverpoolem. Trudno było mi w to uwierzyć, jeszcze niedawno myślałam, że nigdy nie ucieknę od mojego przeznaczenia, które zawsze stawiało mnie na drugiej, przegranej pozycji. Jako druga wyszłam z taśmociągu, potem leżałam w magazynie tuż za piłką, która wystąpiła w finale Ligi Mistrzów, wreszcie dwukrotnie chorowałam na niedobór powietrza i ominął mnie wyjazd na Copa America. Wcale nie zdziwiła mnie informacja, ze jako druga mam pojawić się na murawie.

Nareszcie jestem na boisku. Blaski fleszy lekko mnie oślepiają, ale i tak cudownie jest być w centrum uwagi. Kolejny rzut rożny dla Sunderlandu i chwila niepewności. Czy to właśnie teraz ktoś uderzy mnie głową i wyląduję w trybunach, kończąc tym samym występ? Uff, na szczęście nie. Dosyć lekki kopniak, łagodny lot i wreszcie ląduję w rękawicach Reiny. Hiszpan objął mnie dwoma rękami i delikatnie podał do swojego partnera. Przyznaję, mocno się zarumieniłam, lecz szybko na ziemię sprowadzili mnie inni piłkarze, którzy nagle zaczęli okrutną serię silnych podań w poprzek boiska.

Otrzymałam już potężną dawkę uderzeń i powoli zaczęłam marzyć o zasłużonym odpoczynku za linią boczną. Na boisku trzymała mnie jedna rzecz – chęć ponownego spotkania z Reiną. Akurat zbliżaliśmy się do jego sektora, więc moja poliuretanowa powłoka zaczęła szybciej pulsować. Nagle jeden z gospodarzy kopnął mnie wzdłuż pola karnego. Późniejsze wydarzenia odbyły się w zawrotnym tempie. Uderzona w kierunku bramki leciałam wprost na spotkanie z moim idolem. Nagle na mojej drodze pojawił się czerwony balon. My, piłki brzydzimy się balonami, dla nas to margines całego kulisto-powietrznego społeczeństwa. Krzyczałam, by uciekał, ale to nic nie pomagało. Uderzyłam w niego i tak zdezorientowałam Reinę, że zamiast w jego dłoniach zakończyłam przygodę w siatce. Do dziś pamiętam jego wzrok – bezradny, pełen wyrzutów i niezrozumienia. Potem wszyscy mówili tylko o tym próżnym balonie. A ja musiałam się pogodzić z tym, że brzemię bycia drugą nie opuści mnie już nigdy.



Iker, Karim i inni…

Już ogłaszam zwycięzców konkursu, tylko najpierw małe wyjaśnienie. Tajemniczą imprezą było ogłoszenie Teamu Hyundai, czyli drużyny składającej się z pięciu słynnych europejskich zawodników, prezentujących klasę międzynarodową, jak mieć modeli samochodów Hyundaia – czołowego sponsora Euro 2012. Piłkarze podczas turnieju w Polsce i na Ukrainie będą występować jako ambasadorzy marki. - Pięciu ambasadorów będzie rywalami na boisku podczas nadchodzącego UEFA EURO 2012, ale będą zjednoczeni w swojej pasji dla futbolu. Ich determinacja oraz talent widoczna jest na murawie, a każdy zawodnik Team Hyundai ma potencjał, aby odmienić mecz podczas tegorocznego turnieju - ogłosił Allan Rushforth, wiceprezes i dyrektor wykonawczy Hyundai Motor Europe.

Wówczas na scenę wjechało pięć modeli Hyundaia, z których wysiedli Iker Casillas (Hiszpania), Karim Benzema (Francja), Lukas Podolski (Niemcy), Giuseppe Rossi (Włochy) i naszemu wielkiemu zdumieniu z Michałem Kołodziejczykiem z Rzeczpospolitej… Daniel Sturridge (Anglia)! A nie, jak nam zapowiadano, Jack Wilshere z Arsenalu, do którego przygotowałem już sobie pytania, m.in. czy w ogóle wyleczy się na Euro 2012 i czy to on wysłał z niewylogowanego konta Wojtka Szczęsnego pamiętnego twitta: jestem gejem, a Jack Wilshere to najlepszy piłkarz świata? Ale była to zamiana jakże inspirująca, bo przecież przyleciał tuż po najlepszym meczu tej edycji Ligi Mistrzów z Napoli i w niesamowitych okolicznościach wyszarpanym przez Chelsea awansie do ćwierćfinału. W dodatku Sturridge zagra na Euro raczej na pewno (kto by nie został trenerem Anglii), zwłaszcza, że Wayne Rooney jest zawieszony na dwa pierwsze mecze, więc nie narzekałem.

Wpływu na rozstrzygnięcia konkursu nie ma to żadnego, za prawidłowe uznaję odpowiedź z Wilshere.

Nagrodę główną zgrania (w wyniku losowania): Paweł Gołpyś

Nagrody pocieszenia w postaci, jakże cennych dla niektórych, autografów gwiazd wygrywają: Sylwia Fiedler-Guszczak, Tomek Mileszyk i Adam Czerwiński. Serdecznie gratuluje i poproszę o mejle.

Wszystkim uczestnikom serdecznie dziękuję za zabawę. Muszę przyznać, że wolę jednak konkursy literackie i przy tej okazji od razu zajawiam, że już wkrótce na blogu konkurs na notkę poświęconą najpiękniejszej, najbardziej niesamowitej, najważniejszej paradzie bramkarskiej, ewentualnie największej bramkarskiej wpadce po której tylko się zastrzelić – patronem konkursu jest jeden z najlepszych bramkarzy w dziejach, legenda Manchesteru United, Peter Schmeichel, a do wygrania m.in. piłka Tango 12 z jego autografem! Szczegóły wkrótce…

Przy okazji Hyundai ogłosił inicjatywę charytatywną na facebooku. Poprzez wejście na aplikację na stronie www.facebook.com/Hyundaiworldwide kibice mogą polubić swojego ulubionego zawodnika Team Hyundai. Za każdego like’a Hyundai przeznaczy 1 euro na szczytny cel.

A efekty rozmów z Ikerem, Poldim i Sturridgem już wkrótce na sport.pl

Takie tam, z przyjaciółmi z Madrytu;)