Najbardziej niechciany mecz w historii mundialu

Brazylia - HoandiaAni jako kibic ani jako dziennikarz nie podzielam awersji Louisa van Gaala i Arjena Robbena do meczów o trzecie miejsce mistrzostw świata. Za nic nie chciałbym ich likwidacji, uważam, że są potrzebne, zwłaszcza, że te na ostatnich trzech turniejach były prawdziwie pasjonujące, a ich uczestnicy niezwykle zdeterminowani, żeby zapisać się w historii jako trzecia drużyna świata. Ale też doskonale rozumiem obu Holendrów i jestem im wdzięczny za to, że przynajmniej otwarcie mówią co czują. W przeciwieństwie do piłkarzy Brazylii i trenera Luisa Felipe Scolariego, który stwierdził, że oto jego drużyna ma nowy cel: trzecie miejsce na mundialu, a więc powstanie i zrobi wszystko, żeby pokonać Holandię. Nie wątpię, że jak już wybrzmią hymny Canarnhos zrobią wszystko, żeby zakończyć ten katastrofalny turniej zwycięstwem. Cóż innego miał powiedzieć Scolari w tej sytuacji. Turniej, cholera, już się skończył, każdy piłkarz, członek sztabu szkoleniowego Canarinhos i każdy kibic (czyli każdy Brazylijczyk, bo każdy Brazylijczyk to kibic), ma dość futbolu na długo, a tu jeszcze trzeba grać. Jeszcze trzeba wyjść na murawę i poudawać, że im zależy. I kibicom i piłkarzom. A przecież wiadomo, że choćby Brazylia rozgromiła Holandię 7:1 prowadząc po pół godzinie 5:0, choćby Fred osobiście zdobył wszystkie siedem goli, z czego trzy przewrotką, dwa w stylu Jamesa Rodrigueza i zakończył lobem a’la van Persie, nie da to ani brazylijskim kibicom, ani samym piłkarzom grama satysfakcji. W najmniejszym stopniu nie liźnie rany, a jedynie sfrustruje. Po klęsce z Niemcami reprezentacja Brazylii najchętniej zaprezentowałaby się przed własną publicznością za dwa lata, jako zupełnie inna ekipa, zdystansowana do tej nieudacznej z mundialu w 2014, z nowym trenerem i nową misją: zmazania niemieckiej belohorizontazy.

Nieszczęsny FredDziś najchętniej każdy z nich leczyłby mundialową traumę gdzieś daleko od ojczyzny, na Seszelach, Mauritiusie, nurkując z rodziną w Tajlandii. By mieć jak najmniej okazji spojrzenia w twarze tym wszystkim, których tak bardzo zawiedli. A zwłaszcza Fred, którego los czeka najgorszy. Nie dlatego, by właśnie on z tej przeciętnej drużyny zawiódł najbardziej. Nie jego wina, że ktoś namaścił go na kluczowego napastnika Canarnhos w tej mission:impossible. Nie on odpowiadał za casting, nie on kazał uwierzyć w siebie całemu narodowi. Kazali to wychodził i robił co mógł, próbował… Oberwie najbardziej ze wszystkich, ponieważ jako jedyny gra w lidze brazylijskiej. Już po pierwszym meczu z Chorwacją został wytypowany na kozła ofiarnego przyszłej porażki. Za chwilę w każdym meczu swego Fluminense przekona się jak bardzo okrutni potrafią być jego rodacy (uznanego za winnego porażki z Urugwajem w finale mundialu w 1950 świetnego bramkarza Barbosę zaszczuto, aż umarł w nędzy). Obawiam się, że czeka go los Davida Beckhama po mundialu we Francji w 1998, gdy kibice reprezentacji Anglii „dziękowali” mu za czerwoną kartkę z Argentyną, życząc, by jego żonę ktoś zgwałcił, a dzieci zachorowały na AIDS.

Przy okazji przyszło mi do głowy, czy by prezes Bogusław Leśnodorski nie mógł podać pomocnej ręki brazylijskiemu partnerowi Legii, czyli Fluminense, oferując Fredowi wypożyczenie. Wiadomo, że jego obecność w Brazylii źle wpłynie nie tylko na niego samego, ale i na drużynę. Zanim kurz opadnie napastnik mógłby dochodzić do siebie w przyjaznym otoczeniu. Zwłaszcza, że umiejętności może nie pozwoliły mu zostać gwiazdą mundialu, ale w Ekstraklasie okazałby się najjaśniejszą w historii. A wprowadzenie mistrza Polski do Ligi Mistrzów pierwszy raz od 17 lat to dobra misja odkupicielska… Oczywiście pensję wypożyczanego (100 tys. euro miesięcznie) pokrywa wypożyczający;)

Wracając do meczu o 3. miejsce, rozumiem frustrację Holendrów, którzy na mundialu nie przegrali meczu, a każe im się grać w spotkaniu najbardziej przegranych turnieju. W dodatku z najbardziej przegraną drużyną w historii mundialu. – Nikomu nie chce się grać. Nawet nie myślę o tym spotkaniu i nie będę – przyznał Arjen Robben. To zresztą typowe podejście do sprawy Holendrów, którzy już w meczu o trzecie miejsce na mundialu we Francji w 1998 wystawili rezerwy i nie przejęli się przegrana z Chorwacją. „Al-in or nothing” – jak głosi hasło jednego ze sponsorów mundialu (akurat nie Holendrów). Liczy się tylko zwyciestwo. Mistrzostwa świata to nie igrzyska olimpijskie, gdzie brązowy medal ma jednak o wiele bardziej magiczny wydźwięk. Medal, nawet ten najgorszy, dekoracja na podium to jednak coś. Na igrzyskach czwarte miejsce boli jednak bardziej niż na mundialu. Ambitni Holendrzy do finału nie weszli, więc najchętniej już by wrócili do domu.

Ale po pierwsze taka jest tradycja. Konieczność rozgrywania dogrywki, a po niej serii karnych też może się Holendrom nie podobać, ale takie przyjęliśmy zasady. Poza tym co jakiś czas trafiają się jednak na mundialu drużyny, którym na trzecim miejscu zależy, dlaczego okazywać im brak szacunku dla ich aspiracji i likwidować mecz? Czy nie mile nam wspominać trzecie miejsca Polski z 1974 i 1982 roku? Czy wolelibyśmy wspominać mundiale w RFN i Hiszpanii jako te, w których Polska przegrała w półfinale? Chorwacji do dziś są dumni z trzeciego miejsca na swoim pierwszym turnieju, holenderski dekadentyzm nie zepsuł im radości. W 2002 cały świat trzymał kciuki za Turcję, żeby wreszcie ktoś sprawił lanie gospodarzom z Korei, wciągniętym do półfinału za uszy. Mecze Niemcy – Portugalia i Niemcy – Urugwaj z 2006 i 2010 należały do jednych z najlepszych meczów o 3. miejsce jakie widziałem w życiu. Rozczarowanie rozczarowaniem, zawód z braku finału, zawodem, ale jako kibic chcę „małego finału”, chcę kolejnej konfrontacji tych wielkich piłkarzy, gdybania co by było, gdyby zagrali w wielkim finale… Mało tego, nie miałbym nic przeciwko meczom o 3. miejsce w Lidze Mistrzów, zwłaszcza patrząc na składy ostatnich kilku półfinalistów. Motywację z pewnością poprawiłaby jakaś solidna nagroda finansowa. Chętnych do oglądania na pewno nie zabraknie…

Niemcy - Urugwaj 2010Mertesacker, Boateng i Suarez w meczu Niemcy – Urugwaj o 3. miejsce na mundialu w 2010. A już wkrótce w meczu Bayern – Barcelona w Lidze Mistrzów…

All-in van Gaala, czyli rozrabiaka za prymusa

krul4Manewr ze zmianą bramkarzy przejdzie do historii mundialu. Van Gaal wiedział co robi zastępując prymusa Cillessen klasowym rozrabiaką, Krulem. Nie ma co gdybać, co by było, gdyby Krul pięć razy rzucił się w niewłaściwy róg i Holandia odpadła. On nie przez przypadek rzucał się tam gdzie trzeba. Van Gaal nie ryzykował. Znał karty swoje i rywala, dlatego nie zawahał się zagrać all in!

Kiedy Tim Krul, rezerwowy bramkarz reprezentacji Holandii zaczął rozgrzewać się 10 minut przed końcem dogrywki, zatweetowałem, że po karnych ogłosimy Louisa van Gaala wariatem (w razie porażki), albo geniuszem, jeśli manewr z zamianą bramkarzy się sprawdzi. Ale przecież to, że holenderski trener jest i geniuszem i wariatem w jednym zdiagnozowaliśmy już wieki temu! Jakiż inny trener odważyłby się zdjąć w kluczowym momencie końcówki z Meksykiem takiego zawodnika jak Robin van Persie? A jednak wprowadzony Klaas-Jan Huntelaar zdobył gola i miał asystę przesądzając losy meczu. Mitologicznym Midasem van Gaal okazał się już wcześniej, gdy obaj rezerwowi strzelili po golu w meczu z Chile. Ale takie ryzyko! Wstawić na karne od których zależy półfinał nierozgrzanego zawodnika, w Bóg wie jakiej formie fizycznej i psychicznej, który na mundialu nie zagrał minuty? To mógł zrobić tylko van Gaal i tylko z podszeptu trenera bramkarzy, Fransa Hoeka, o którym za chwilę. Tak czy siak ich manewr przechodzi na zawsze do historii mundiali.

Nie wierzę, żeby obaj holenderscy cwaniacy kierowali się wyłącznie statystyką, która mówi, że Jasper Cillessen nigdy w karierze nie obronił karnego. Krul na 20 karnych w Newcastle Utd obrobił wszak tylko dwa. Musiało chodzić o coś więcej. Widocznie na podstawie treningów obaj stwierdzili, że Cillessen na serię jedenastek jest za słaby psychicznie. To taki klasowy prymus, grzeczny, punktualny, zawsze dobrze przygotowany, zawsze z pracą domową. To dzięki jego postawie Holandia zaszła tak daleko w turnieju. To dzięki niemu (choć przede wszystkim głównie dzięki postawie Keylora Navasa w bramce Kostaryki) w ogóle doszło do karnych. Tu jednak profesor van Gaal uznał, że zamiast grzecznego prymusa musi postawić na klasowego rozrabiakę. Prymusowi okularki zajdą parą, Kostarykańcy stłuką mu je i zabiorą piórnik. Krul za każdym razem prowokował rywali, robił wszystko, żeby ich rozproszyć. Podawał piłkę, szeptał do ucha z pewnością nie życzenia powodzenia. Aż dziw, że nie interweniował sędzia, ale arbitrzy nie po raz pierwszy postanowili zostawić sprawy samym sobie. Niech chłopaki sami załatwią solówę, co im do tego. Czy to właśnie prowokacyjne zachowanie Krula rozproszyło Bryana Ruiza i Michaela Umañę, tego się nie dowiemy. Podobnie jak tego co by było, gdyby prymusik Cillessen został jednak w bramce.

Krul2

Przy okazji zamiana była też dobrym zagraniem psychologicznym, obliczonym na osłabienie morale Kostarykańczyków. Sygnał: „patrzcie to nasza specjalna broń, wchodzi pewniak, który was zatrzyma!” Wiemy z ust Krula, że decyzja van Gaala nie była spontaniczna, liczył się z nią. Usłyszał, że jeśli trenerowi zostanie jedna zmiana przed ostatnim gwizdkiem, to może wejść właśnie on. Jak widać decyzja nie spaliła go ale dodała mu skrzydeł. Sam Cillessen jak widzieliśmy zareagował nerwowo. Schodząc kopnął bidon i cisnął rękawicami. Ale przed serią karnych serdecznie wyściskał Krula, a po ostatnim pierwszy wpadł w jego ramiona. Przypomniało mi to podobną postawę Olivera Kahna na mundialu w Niemczech w 2006, rozczarowanego, że jest rezerwowym, który wsparł Jensa Lehmanna przed karnymi w ćwierćfinale z Argentyną. Tylko wielkich stać na takie zachowanie.

Po wszystkim Krul podkreślił, że to Cillessen powinien bronić w półfinale z Argentyną. I rzeczywiście, van Gaal już oznajmił, że prymus wraca między słupki. A gdy nadejdzie moment, że znów będzie potrzebował klasowego łobuza, wie, że może na niego liczyć.

Oczywiście silny charakter Krula i umiejętności rozpraszania rywala to nie wszystko. Holendrzy powtarzają, że z trener Hoekiem rozpracowali dokładnie każdego z piłkarzy Kostaryki. Hoek to jak pamiętacie były trener bramkarzy reprezentacji Polski za czasów Leo Beenhakkera. Co ważniejsze jednak to geniusz, który wspólnie z Johanem Cryuffem w Ajaksie, gdy jego wielki rodak po skończeniu kariery piłkarskiej rozpoczął trenerską, stworzył bramkarza-libero, ostatniego obrońcę i rozgrywającego w jednym, świetnie grającego nogami. To on wychował Edwina van der Sara. A potem gdy wspólnie z van Gaalem pracowali w FC Barcelona, Victora Valdesa, Pepę Reinę. Pracę z nim bardzo chwalił Manuel Neuer, gdy Hoek z van Gaalem zjawili się w Bayernie Monachium. Za chwilę obaj zajmą się Davidem de Geą w Manchesterze United.

Dlatego nie ma mowy o żadnym szczęściu van Gaala. Wszystko zostało sprytnie zaplanowane i wykonane tak jak powinno. Nie ma co gdybać, co by było, gdyby Krul pięć razy rzucił się w niewłaściwy róg i Holandia odpadła. Krul nie przez przypadek rzucał się tam gdzie trzeba. Van Gaal wcale nie ryzykował. Znał karty swoje i rywala, dlatego nie zawahał się zagrać all in!

Krul3

Pomarańczowa rewolucja, czyli Total van Gaal

van Gaal i van Persie: piąteczka!Sobotnie przedpołudnie na stadionie treningowym Flamengo w samym centrum Rio de Janeiro. Nad boiskiem góruje Chrystus Zbawiciel ze wzgórza Corcovado, na murawie trenuje reprezentacja Holandii dzień po rozgromieniu Hiszpanii 5:1. Trenuje to zbyt wiele powiedziane. Arjen Robben „ściga się” na stacjonarnym rowerze z Nigelem de Jongiem. Co chwilę wybuchają śmiechem, machają do dziennikarzy, bo stoimy zaledwie kilka metrów od nich. Wesley Sneijder kładzie się na macie, żeby ćwiczyć „brzuszki”, ale przewraca się na plecy i gawędzi ze Stefanem de Vrijem i Robinem van Persie, którzy także się byczą.

Louis van Gaal zarządza gierkę, ale van Persie zdejmuje z trybuny rudowłosą córeczkę, zwołuje pozostałe dzieciaki piłkarzy i cała gromadą rusza w przeciwny koniec boiska, żeby pokopać z nimi w piłkę. Gdy cała drużyna schodziła do szatni do dzieciaków dołączyły żony, które wpadły im w ramiona z taka siłą, jakby właśnie wracali po roku misji wojskowej. Van Gaal pozwolił, żeby odwiedziły mężów w hotelach. – A dlaczego by nie, jeśli z tego powodu moi piłkarze będą szczęśliwi? Muszę dbać i o psychikę drużyny, nie tylko formę i taktykę – wyjaśni. Słowem, pełne rozprężenie. Zmęczonym bohaterom coś się należy po pogromie mistrzów świata i triumfatorów trzech ostatnich wielkich turniejów. Większej sensacji nikt na mundialu w Brazylii nie sprawi.

Jak to wyjaśnić? Czy to Holendrzy zagrali tak genialnie, czy Hiszpanie tak beznadziejnie? Patrick Kluivert rozkłada ręce – jako asystentowi van Gaala nie wolno mu udzielać wywiadów. Na szczęście bardziej rozmowni są holenderscy dziennikarze.
- Ten wynik to rzeczywiście cud. Ale też z drugiej strony van Gaal dokładnie to zaplanował. Nie aż pięć bramek i taki pogrom, ale dzień przed spotkaniem zapowiedział nam, że ma system, który powinien pozwolić mu wygrać z Hiszpanią. Stwierdził, że skoro mamy słabą defensywę, samych młodych niedoświadczonych chłopaków z ligi holenderskiej, Ajaksu i Feyenoordu, żadnego internacjonała z renomowanego klubu, to musimy bronić większą ilością zawodników niż zazwyczaj. Siedmiu broni tyłów, a jak tylko przejmą piłkę, od raaazu niech podają jak najdalej do przodu, a Sneijder, Robben i van Persi niech próbują wykorzystać swoją szybkość. I tak to właśnie wyglądało – mówi Willem Vissers z „Volkskrant”. I przypomina pierwszego gola: długie, idealnie mierzone podanie do van Persiego, idealne uderzenie głową i 1:1. Gol do szatni dał piłkarzom sporo pewności siebie na drugą połowę.

Z Hiszpanią van Gaal zaskoczył wszystkich, przedstawiając autorską wariację słynnego „total futbol”. Ustawienie, które momentami wyglądało na 1-7-3, było w rzeczywistości odejściem od stosowanej od czasów Johana Cruyffa w Ajaksie, Barcelonie i reprezentacji Holandii dogmatycznej formacji 4-3-3, uczonej w klubach już dziewięciolatków na rzecz 3-4-3. Trener zrobił tak po pierwsze dlatego, że w kwietniu stracił idealny element swego systemu, Kevina Strootmana, czyli silnego, szybkiego, efektywnego zarówno w defensywie jak i ataku pomocnika w typie Yaya Toure. A skoro nie znalazł właściwego następcy, postanowił zmienić system. Na taki z dwoma defensywnymi pomocnikami, który zwłaszcza w meczu z Hiszpanią pomoże zniwelować gigantyczną przewagę mistrzów świata w środku pola. Efekt: niezłe jak na starcie z Hiszpanią 43 procent posiadania piłki i aż 18 fauli przy zaledwie pięciu rywali. Ron Vlaar już w 20 sekundzie bardzo ostro wszedł w Diego Costę, a Daryl Janmaat chwilę później Xabiego Alonso, co przez chwilę wróżyło powtórkę z brutalnego finału ubiegłorocznego mundialu.

Czy tak efektowny debiut nowego pomysłu van Gaala na „Pomarańczowych” świadczy o tym, że Holendrzy automatycznie z outsidera skazywanego na skończenie grupy za Hiszpanią i Chile stali się faworytami mundialu i zmierzają do powtórki świetnego występu w RPA, a może nawet historycznego triumfu po trzech przegranych finałach? Ciężko wśród holenderskich dziennikarzy znaleźć aż takich optymistów, a i sam van Gaal pozostaje realistą. – Mamy za sobą zaledwie pierwsze spotkanie grupowe. To zwycięstwo, bez względu na jego rozmiary jeszcze o niczym nie przesądza, ani niczego nie daje Holandii poza pewnością siebie – stwierdził. I zapewnił, że jego najważniejszym zadaniem będzie sprowadzenie piłkarzy na ziemię i przytrzymanie ich tam do końca turnieju.

Albowiem wiele już z nich Holandia zaczynała równie błyskotliwie – jak choćby gromiąc podczas Euro 2008 Francję, Włochy i Rumunię – by skończyć we łzach.
- Van Gaal wcale nie musi aż tak bardzo pracować nad piłkarzami, żeby ochłonęli po sukcesie z Hiszpanią. Oni doskonale zdają sobie sprawę, ze swoich słabości. I wiedzą, że z Australią czeka ich o wiele trudniejsze zadanie niż Hiszpanami ponieważ gra ona zupełnie innym systemem i nie atakuje tak otwarcie jak mistrzowie świata. Z Australią „Pomarańczowi” nie będą mogli się cofnąć, czekać i kontrować, ponieważ sami będą nadziewać się na kontry. To Australijczycy się wycofają i będą czekać. To spory problem – mówi Vissers.

Przekonuje, że każdy następny mecz będzie dla Holandii trudniejszy, bo nie przywiozła ona na mundial jedenastki gwiazdorów jak Brazylia czy Hiszpania, które mają świetnych zawodników na każdej pozycji. – My mamy w składzie dużo mniej utalentowanych piłkarzy i tylko trzy gwiazdy, wszystkie ofensywne. Ale za to van Gaal stworzył z nich świetny kolektyw. To właśnie umie najlepiej, nie ma w świecie lepszego eksperta od gry drużynowej – mówi.

Naranja Mechanica

Hiszpania jest tykalna, czyli krew mistrzów na ścianie windy

TykalniPorażka Hiszpanii z Holandią aż 1:5 jest tak nieoczekiwana, tak sensacyjna, tak tajemnicza, że przynajmniej na razie wymyka się wszelkim próbom jednoznacznego objaśnienia. Zwłaszcza, że piłkarze Vicente del Bosque dominowali nad rywalami w aż do gola Robina van Persie w końcówce pierwszej połowy, a w drugiej sami dali się kompletni zdominować. Większej sensacji na tym mundialu nie będzie, choćby Argentyna przegrała z Iranem, Anglia z Kostaryką, a Brazylia z Kamerunem. Mało tego, to właściwie jest to kandydat na największą sensację w historii mundiali, by broniący tytułu mistrz świata dał się tak rozgromić. Na pewno przebija porażkę Francji, aktualnego mistrza świata i Europy z pariasami z Senegalu w Japonii i Korei.
Francuzi nie wyszli wówczas z grupy. Hiszpanie wcale nie stracili na to szansy. Wystarczy, że pokonają i Chile i Australię. Zwycięski mundial w RPA też zaczęli przecież od porażki. Rozmiary tej piątkowej są jednak nieporównywalnie większe.

Pamiętacie tę scenę z „Nietykalnych” Briana de Palmy, kiedy mafiozo Ala Capone, Frank Nitti zabija w windzie jednego z chłopaków Eliota Nessa i wypisuje krwią ofiary na ścianie słowo: „tykalni”? Mam wrażenie, że to właśnie zrobiła ekipa Luisa van Gaala z mistrzami świata. Odarła Hiszpanów z nimbu wielkości, wyjątkowości, nietykalności, którego już się nie da przyspawać. Jechali przecież do Brazylii jako główny kandydat do mistrzostwa świata, kolejnego mistrza po Włochach i Brazylii z ubiegłego wieku, który obroni tytuł. Drużynę przed którą rywalom w tunelu drżą łydki, bo stoją ramię w ramię z najlepszymi piłkarzami swoich czasów: Xavim, Andresem Iniestą, Sergio Busquetsem, którzy po wielokroć zdobyli wszystko co w futbolu do zdobycia, Xabim Alonso, Sergio Ramosem i kandydatem na bramkarza wszech czasów (kto wie czy nie jest nim choćby z racji zdobytych trofeów) Ikerem Casillasem, którzy właśnie spełnili marzenia fanów Realu o Decimie. Jestem przekonany, że piłkarze Chile czy Australii ze znacznie większym respektem i znacznie mniejszą wiarą w siebie podchodziliby do grupowego meczu z Hiszpanią, gdyby to była zwykła porażka z Holandią, ot jakieś 1:2 czy nawet 1:3. Ale 1:5?! Krew Hiszpanów właśnie spływa po ścianie dając wszystkim sygnał: parzcie, to zwykli ludzie, jak najbardziej tykalni. Do jej rozgromienia wystarczyło trzech ofensywnych piłkarzy (ban Persie, Arjen Robben i Wesley Sneijder) i siedmiu broniących. Taką taktykę może powielić każdy.

Obrona Hiszpanii w meczu z HolandiąObrona Hiszpanii w meczu z Holandią. Pique i Ramos (z lewej), Casillas wyszedł daleko do przodu

Ten mecz ma tyle podtekstów, że nie wiem, którego się chwycić. Choćby nieszczęsny Casillas, bohater finału sprzed czterech lat, którego darzę niezmienną sympatią i podziwem. Cóż za huśtawkę przezywa ten facet w tym sezonie! Upokarzające odesłanie na ławkę w lidze hiszpańskiej, ale za to zdobycie wyśnionej Decimy w Lidze Mistrzów. Z Holandią miał pobić historyczny rekord Włocha Waltera Zengi, minut bez straconej bramki na mistrzostwach świata, a zamiast tego dwoma fatalnymi błędami walnie przyczynił się do historycznej klęski. I teraz z pewnością stanie się jednym głównych wyrzutów wobec del Bosque. Jak mógł postawić na rezerwowego Realu, którego błąd o mało co nie pozbawił „królewskich” triumfu w Lidze Mistrzów (gdyby nie główka Ramosa, wycałowanego za to przez Ikera).

Diego CostaJuż zresztą zaczyna się w hiszpańskich mediach rozliczanie trenera. Mnożą pytania czy słusznie aż z taką mocą postawiał na starą gwardię z 2010 roku. Czy wystarczająco przewietrzył nasycony skład, wstawiając w pierwszej jedenastce przeciw Holandii aż siedmiu piłkarzy, którzy zaczynali finał w Johannesburgu. Przecież sam niedawno wypalił do zawodników na treningu, że jedynym głodnym mundialowego sukcesu i zdeterminowanym do ciężkiej pracy zawodnikiem jakiego widzi w ekipie jest Koke. Przytyk miał zadziałać na resztę mobilizująco, ale czy dał do myślenia samemu del Bosque?

Czy z nowych twarzy, które miały wnieść do drużyny energię słusznie postawił na dopiero co wyleczonego z kontuzji Diego Costę. Którego wczesne powroty z kontuzji niewiele dały Atletico Madryt w końcówce sezonu, by nie powiedzieć, że to postawianie na nie wyleczonego gwiazdora zgubiło Diego Simeone, a Atleti pozbawiło wygranej w Champions League. W dodatku del Bosque musiał liczyć się z tym, że Costa spotka się z bardzo negatywnym przyjęciem ze strony kibiców Canarinhos, którym odmówił gry. Internety już są zresztą pełne memów, na których dzwoni do Luisa Felipe Scolariego, zapewniając, że tylko żartował…

Na razie trzeba zaczekać z pytaniem, czy zobaczyliśmy narodziny nowej, wspaniałej Holandii. Czy van Gaal wreszcie znalazł formułę, by Pomarańczowi wreszcie zatriumfowali na najważniejszej imprezie świata. Z nimi nic nie wiadomo. Sukces może ich uśpić i napełnić butą, jak choćby podczas Euro 2008, gdzie w grupie rozbili w puch Włochy, Francję i Rumunię, by rozczarowująco dać się pokonać Rosji. Jak długo powstrzymają się od wewnętrznych konfliktów, które obaliły w guzy już tyle pomarańczowych drużyn?

Ważniejsze jak zareagują Hiszpanie? Mają w składzie specjalistów od remontady i z Realu i Barcelony (najlepszy przykład to ostatni finał Ligi Mistrzów czy „zamah stanu” przed rewanżowym meczem Barcy z Milanem w poprzedniej edycji). To niekoniecznie musi być definitywna śmierć tiki taki (czy też jej reprezentacyjnej odpowiedniczki – zigi zagi). Po prostu każdy mecz muszą zacząć traktować jak finał. I liczyć się, że w razie wygrania rywalizacji z Chile i Australią w 1/8 finału trafią na gospodarzy turnieju. Czego zapewne obie strony za wszelką cenę chciałyby uniknąć.Van Persie goool! Casillas przelobowany!