Wisła, Smuda, Sorin, memy

 

Ręce opadają po ostatnich wydarzeniach w Wiśle Kraków z zaproszeniem na testy rumuńskiego studenta-oszusta, Sorina Oproiescu, który uwiódł wiślackich skautów zgrabnym montażem cudzych akcji i goli na You Tube. Ja rozumiem ciężką sytuację polskich klubów, które nie mając kasy rozglądają się za piłkarzami dostępnymi za darmo. Niestety należą do nich głównie piłkarze z jutiuba (swoją drogą smutne to jak szybko Wisła przeszła drogę od światowej klasy dyrektora sportowego Stana Valcxa, kreującego gwiazdy w PSV Eindhoven do wyszukiwarki google’a i wikipedii). Tych filmików nadesłanych przez menedżerów różnej maści jest mnóstwo. A jeszcze jak słyszałem, cwaniacy z Bałkanów potrafią aranżować lipne mecze, w trakcie których ich zawodnicy dryblują przez pół boiska jak Leo Messi, robią Drogbę i inne cuda. Jasne, że w tak rozpaczliwych poszukiwaniach każdemu może się przydarzyć wpadka. Ale gdy już wyjdzie na jaw najlepiej przyznać się do błędu, obiecać, że już nigdy, że odtąd uważniej… etc, a przede wszystkim podziękować własnemu kibicowi, który wykazał proletariacką czujność, obnażając spryciarza. Jako że wykonał robotę dyrektora sportowego, ja bym go nagrodził co najmniej zaproszeniem VIP’owskim na pierwszy mecz sezonu.

Tymczasem Wisła idzie w zaparte. Najpierw wydała kuriozalne oświadczenie, że decyzja o testach tego zawodnika została podjęta na podstawie rekomendacji managera piłkarza oraz zebranych materiałów wideo (…) Podobna praktyka została uprzednio przyjęta także w przypadku Emmanuela Sarkiego. Menedżerowie od tego sa, żeby wciskać klubom nawet największy szrot. Dobrze, że nie rekomendował worka z cementem. Sarki? Jego karierę można było dokładnie prześledzić na stronach nigeryjskich, norweskich i belgijskich, w których ligach grał. Jakby tego było mało, Franciszek Smuda oficjalnie przyznał, że choć wie, że Oproiescu spreparował filimki i nigdy nie grał w żadnej Politechnice Timisoara, to i tak da mu szansę. - Słyszałem o tym wszystkim. Ale to nie jest tak, że to nie jest piłkarz, tylko jakiś murarz albo piekarz. Wie pan, jaką mamy sytuację kadrową. Muszę kogoś znaleźć. Sprawdzę każdego, kogo ktoś mi poleci. I dodał, że trenując w Turcji przepuścił Davora Sukera (Krzysiek Stanowski z weszlo.com stwierdził na twitterze, że pomylił mu się z Hakanem Sukurem…).

W sytuacji opadnięcia roą do samej ziemi pozostało mi tylko ogłosić na twitterze konkurs na mema najlepiej obrazującego sytuację. Oto efekt inwencji internautów (a Wam który się najbardziej podoba?):

I jeszcze dwa, jeden:

i zwycięzca:

 

Wielka różnica między Fornalikiem i Smudą

 Fot. Kuba Atys/Agencja Gazeta

Przed meczem z Anglią remis wziąłbym w ciemno, po meczu czuje niedosyt. W ciemno, nie dlatego, żeby rywal był aż tak mocny. Wiedzieliśmy już po Euro 2012 i pierwszych meczach eliminacji mundialu w Brazylii, że Anglicy są słabi. Niewiara w możliwość pokonania ich wynikała z angielskiego kompleksu naszych piłkarzy, magii nazwisk Wayne Ronney’a, Steve Gerrarda czy Joe Harta, który niestety zaprezentowali w pierwszych minutach meczu wszyscy oprócz Kamila Grosickiego, który szarpał do przodu, zakładał kanał Ashleyowi Cole’owi - triumfatorowi Ligi Mistrzów i jednemu z najlepszych obrońców świata. Dobrze, że reszta też uwierzyła, że taka Anglia jest do pokonania i ruszyła do przodu, szkoda, że dała sobie wbić gola z niczego. W rewanżu na Wembley na tak słaba Anglie możemy już nie trafić, chyba, że trener Roy Hodgson nadal będzie w niej realizował te same pomysły, które tak bardzo nie wypaliły w Liverpoolu.

Nie był więc to zwycięski remis. Było remis u siebie, z drużyną, którą powinniśmy byli pokonać. Niemniej widzę po meczu kilka powodów do optymizmu. Mimo, że od objęcia kadry przez Waldemara Fornalika minęło tak mało czasu, widać, że kadra robi postępy, właściwie z meczu na mecz gra lepiej, choć oczywiście daleka jest od rzucenia świata (czy choćby nas, swoich kibiców) na kolana. Widać, że selekcjoner ma jakiś plan, a piłkarze w niego wierzą i – jak w przypadku zniwelowania atutów Anglików – są w stanie wprowadzić w grę. Za czasów Franciszka Smudy takiej sytuacji nie pamiętam. Pozytywnych różnic między drużyną poprzednika – których po meczu z Estonią nie widzieliśmy, chyba, że na gorsze – a obecną jest zresztą więcej. Chcę uwypuklić tu najważniejszą z nich, czyli otwarcie selekcjonera na piłkarzy.

Nie chodzi mi o to tylko, że u Fornalika gola na miarę remisu strzela niedoceniony i pominięty przez Smude Kamil Glik (nie mamy pewności, że wypadłby na Euro 2012 lepiej od Damiena Perquisa), czy że w środku pola świetnie spisuje się Grzegorz Krychowiak, który z Anglią zagrał lepiej od Gerrarda czy Michaela Carricka (dla mnie największe odkrycie obu meczów z RPA i Anglią, dobry w defensywie i kreatywny w ataku jeśli trzeba, który wdarł się do kadry i pewnie szybko miejsca nie odda, za to pewnie wkrótce zmieni klub na lepszy), czy że jednym z piłkarzy meczu okazał się Grosicki, również pomijany przez Smudę, a do tego upokorzony, pamiętacie: ‘chcieliście Grosickiego z Czechami i co takiego pokazał przez te 45 minut’. A co miał pokazać skoro nie dostał wsparcia podczas zgrupowania własnego trenera, selekcjoner nie wytłumaczył mu roli, nie natchnął go wiarą, nie próbował uczynić jockerem, nie dawał szansy w kluczowych momentach, gdy skamlała o to cała publika Stadionu Narodowego. W ogóle z nim nie gadał, aż do wpuszczenia bez instrukcji na wypominane 45 minut.

Smudy nie stawia jak Smuda na 11-14 jego wybrańców, wysyłając sygnał rezerwowym, że są tylko i wyłącznie zapchajdziurami, bo kadra musi liczyć 22 zawodników, sprawiając, że czuli się niepotrzebni, a w razie niespodziewanego wejścia – nieprzydatni. U Fornalika KAŻDY zawodnik dostający powołanie ma prawo mieć nadzieję, że jeśli potwierdzi formę na treningu, może wystąpić w spotkaniu. Toteż KAŻDY ma wreszcie o co walczyć. Gol Glika, a nie zafiksowanie się na duecie Marcin Wasilewski - Perquis, debiuty Grzegorza Pawła Wszołka (podobało mi się stwierdzenie Ola Kwiatkowskiego, że zachowywał się w meczu z Anglią jak uczeń pierwszego dnia w szkole, ale wierzę, że jeszcze będzie wymiatał w kadrze) i Arkadiusza Milika, gra Krychowiaka to sygnał, że liczy się w jakiej jestes formie, a nie jak masz na nazwisko. I nie ważne ile masz lat, jeśli jesteś wystarczająco dobry – zagrasz! Rozmawiałem o tym z byłym reprezentantem Polski, Radkiem Gilewiczem, który podkreśla, że to wielka zmiana na plus i z własnego doświadczenia wspomina, że brak wsparcia ze strony trenera i znajomości własnej roli podcina skrzydła, za to świadomość, że wygrywa zwycięzca w sportowej rywalizacji – uskrzydla.

To powoduje też, że w drużynie panuje prawdziwy team spirit, co widać było gdy przybijali sobie piątki po meczu na Narodowym, ronbiąc runde dla kibiców i słuchając co mają do powiedzenia w mix zonie. Ta zmiana cieszy mnie bardziej niż gol strzelony ze stałego fragmentu (zwłaszcza, że jeśli nie padną kolejne nie uwierzę, że to nie przypadek) i w niej upatruję nadzieję na udane eliminacje. Nie, że zaraz będzie tak dobrze, że podbijemy świat na mundialu w Brazylii, ale że przynajmniej będzie normalnie i wykorzystując słabość naszych rywali, uda nam się awansować.

Smuda chciałby zostać. Zostanie?

Z wywiadu jakiego Franciszek Smuda udzielił „Wydarzeniom” Polsatu, a i z innych, które co jakiś czas tu i ówdzie się ukazują, płynie do mnie jasny przekaz: Franz czuje niedosyt, te dwa i pół roku przepracowane z kadrą to malutko – w sumie przecież zagrał zaledwie trzy mecze o punkty – i chętnie popracowałby z reprezentacją dłużej. Oczywiście jako człowiek honorowy zapewnia, że skoro nie wykonał zadania, to trudno, musi się z tym pogodzić i odejść: byłem umówiony z zarządem i z prezesem, że jeżeli nie wychodzimy z grupy, to kontrakt mój się kończy. Podkreśla tym, że nie zamierza kurczowo trzymać się stołka. Ale jeśli zarząd PZPN go poprosi, jeżeli wola dalszej pracy z reprezentacją wyjdzie nie od niego, ale z samej góry… Jeżeli jeszcze padnie kluczowy argument, że już za chwilę początek eliminacji mistrzostw świata w Brazylii i kluczowe mecze – na wyjeździe z Czarnogórą oraz u siebie z Anglią, których przegrać nie wolno, a wręcz trzeba je wygrać – wówczas pewnie by nie odmówił! Jak odmówić, jest przecież coś winien i kibicom i swoim zawodnikom?

A poproszą! Dyrektor sportowy PZPN Jerzy Engel podkreślił w rozmowie z RMF FM, że na razie selekcjonerem cały czas jest Smuda, zarząd dopiero zajmie się na posiedzeniu jego sprawą. I zapowiedział, że  z pewnością na zarządzie stanie taka sugestia, żeby pozostał na stanowisku… 

W wywiadzie Smuda niby składa miłą dla ucha działaczy PZPN deklarację, że jego następcą powinien być Polak i tylko Polak, bo najszybciej dotrze do zawodników (argument antycudzoziemski niecelny, bo Leo Beenhakker może i docierał dłużej, ale na Euro 2008 jakoś dotarł również). Doskonałych kandydatów bez liku – młodzi Waldek Fornalik i Maciej Skorża czy doświadczeni jak Heniu Kasperczak, Orest Lenczyk. Ale jednocześnie w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego sprostował legendę, jakoby namaścił Skorżę na swego następcę. - Nie ja będę wybierał. Rozmawiałem z nim chwilę po tym, jak stracił pracę. Powiedziałem mu, żeby się nie załamywał, bo po mnie w kadrze przyjdzie kolej na niego. Po ludzku było mi żal, że stracił robotę - stwierdził. Czyli nikogo nie namaszcza, a zresztą owe po mnie nie musi oznaczać, że teraz, ale np. po mundialu w 2014 roku.

W rozmowie z Polsatem Smuda podkreśla, że to tylko u nas trener dostaje kadrę na tak krótki okres. Np. w takiej Grecji (to drużyna, która co prawda wyszła z naszej grupy, ale już nie gra na Euro 2012) federacja podpisała z Fernando Santosem umowę na cztery lata. - Ja przepracowałem dwa i pół roku, to jest długo, ale zarazem bardzo malutko. Przecież żaden z selekcjonerów nie ma możliwości, żeby tę drużynę wytrenować. Zespół przyjeżdża na mecz, mamy raptem dwa czy trzy treningi i już trzeba grać. Potem wszyscy się rozjeżdżają. Trenerowi trzeba dać trochę popracować. Część trenerów zespołów, które odpadły z Euro, przedłużyło swoje umowy o dwa lata, do mistrzostw świata w Brazylii - stwierdził. Jakże inaczej odczytywać te słowa jak nie apel o kolejne dwa lata pracy.

Zwłaszcza, że – jak z kolei podkreśla w wywiadzie dla TVP 1 – Smuda nie ma sobie wiele do zarzucenia, nie widzi powodów żeby kogokolwiek przepraszać i gdyby mógł się cofnąć w czasie i ponownie przystąpić do tego turnieju, niczego by nie zmienił. - Świetnie się przygotowaliśmy, złożyliśmy bardzo dobry sztab trenerski. Drużyna była bardzo zdyscyplinowana, a PZPN stworzył nam fantastyczne warunki. Niczego nam nie brakowało. Wszystkie mecze towarzyskie, jakie graliśmy, były zorganizowane na bardzo dobrym poziomie. Gdybym jeszcze raz rozpoczynał to Euro, zrobiłbym to samo - stwierdził, dodając, że tak naprawdę na Euro 2012 szwankowało przede wszystkim wykorzystywanie okazji. - Nie byliśmy za bardzo skuteczni. Stwarzaliśmy sobie bardzo dużo sytuacji podbramkowych. Po pierwszej połowie mogliśmy z Grecją prowadzić już trzema bramkami, z Rosją było to samo. Stwarzaliśmy sobie sytuacje, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystywać - powiedział. Bronił też selekcji i braku zmian w meczach, bo rezerwowi jak się okazało, delikatnie mówiąc za wiele nie wnieśli.

Zastanawiam się czy w PZPN nie idzie gra właśnie na pozostawienie Smudy dalej na stanowisku. To rozwiązanie najbardziej pasowałoby Grzegorzowi Lato, który podkreśla swoją przyjaźń ze Smudą, ale z powodu braku awansu nie mogło zostać zastosowane automatyczne. Stąd poszukiwania następcy, nazwiska potencjalnych kandydatów, przecieki o uznanych, ale wyliniałych cudzoziemcach. A tak naprawdę jak zapowiada Engel na zarządzie stanie sugestia, żeby Smuda pozostał na stanowisku. Dotąd z działaczy krytycznie i to bardzo, wypowiedział się o Franzu były prezes Michał Listkiewicz, który ostatnie miejsce w słabej grupie nazwał sportową klęską, zarzucił trenerowi taktykę sprzed 30 lat, futbol pozbawiony elementów ofensywnych i schrzanienie przygotowań sportowych. Ale jak sam podkreśla Listkiewicz, od czterech lat jest odsunięty na bok i z jego zdaniem nikt w PZPN się nie liczy.

Sam się zastanawiam czy w sytuacji gdy nadal jesteśmy skazani wyłącznie na polskiego trenera, nadal najlepszym z nich nie jest Smuda? Bo kto? Skorża, który w ostatnich dziewięciu kolejkach ostatniego sezonu pokazał jak świetnie potrafi motywować piłkarzy do sukcesy i jak jego zmiany potrafią skutecznie odmienić losy meczu? Czy siedem punktów w pierwszych trzech meczach eliminacji zagwarantuje nam Waldemar Fornalik, przemiły i inteligentny człowiek, ale trener bez międzynarodowego ogrania, który dotąd prowadził piłkarzy dalekich od international level (co Ruch Chorzów to nie Borussia Dortmund, Arsenal czy PSV) i jest nawet były reprezentantem Polski? Albo Henryk Kasperczak, wielki przed laty piłkarz, z wielkim doświadczeniem selekcjonerskim, ale już dobrych parę lat po swoich największych sukcesach z Wisłą Kraków? Być może dali by radę? A być może piłkarze Smudy po prostu zagrają w eliminacjach odrobinę skuteczniej niż na Euro 2012 i wszyscy będziemy veri hepi, nie tylko Franz i prezes PZPN?

PS: jak zauważył na Twitterze jeden z moich znajomych, zwolennik pozostania Smudy: przecież przez 2,5 roku przegrał on zaledwie jeden mecz o punkty, czyli tyle ile Vicente del Bosque (na mundialu w RPA ze Szwajcarią!) ;)

 

Kto trenerem reprezentacji Polski?

Byliśmy skazani na tę porażkę?

Ciekawe ile racji ma Patrick Kluivert? Najskuteczniejszy strzelec w historii reprezentacji Holandii, dziś ekspert Eurosportu jeszcze przed rozpoczęciem Euro 2012 nie dawał Polsce szans na wyjście z grupy, wieszczył też klęskę drugiego gospodarza turnieju. Parę dni temu tłumaczył mi, dlaczego. Jego zdaniem to nie przypadek, że na kolejnym turnieju z rzędu zawodzą gospodarze. - Wydawało mi się, że Polacy mają w składzie więcej indywidualności niż Czesi czy Grecy, ale podkreślałem, że tamci stanowią doświadczone, zgrane kolektywy. Tymczasem wy przez ponad 2,5 roku graliście tylko mecze towarzyskie. Wasz zespół nie zahartował się w meczach o stawkę, a to niezwykle ważne. Ta grupa dopiero na turnieju miała się przekonać ile jest warta pod presją, jak poradzi sobie ze stresem odpowiedzialności gry we własnym kraju. Przy tak wyrównanym poziomie jak w grupie A to mogło zadecydować i tak się stało. Nie jestem więc zaskoczony, że to kolejny wielki turniej, na którym obaj gospodarze odpadają już po rundzie grupowej – powiedział.

Dziś spytałem o to trenera napastników reprezentacji, Tomka Frankowskiego (przy okazji próbując wydębić deklarację, że jeśli nowy selekcjoner zechce wykorzystać go w roli zawodnika, a nie trenera, to przyjmie powołanie, ale nic z tego). Odpowiedział, że wielce prawdopodobne jest, że to nieumiejętność radzenia sobie ze stresem, presją gigantycznego oczekiwania całego społeczeństwa, wielkiego ciśnienia odpowiedzialności sprawiło, że nasi pękli w drugiej połowie meczu z Grecją i tak słabo zagrali z Czechami. Nie zgodził się, że to złe przygotowanie fizyczne sprawiło, że pary starczyło Polakom w sumie na 1,5 meczu. Napastnicy, którymi się zajmował, nie narzekali mu, że są zajechani, brakuje im świeżości itp.

Łowca bramek twierdzi, że tak naprawdę zabrakło nam tylko skuteczności w pierwszych 25-30 minutach meczu z Grekami, a zwłaszcza z Czechami. W obu stworzyliśmy 4-5 świetnych sytuacji. Gol na 2:0 w meczu otwarcia czy na 1:0 w meczu we Wrocławiu sprawiłby, że już nie wypuścilibyśmy zwycięstwa z ręki. Drugi gol dobiłby zdziesiątkowanych Greków, Czesi w pierwszych minutach wyraźnie dali się stłamsić i gol ostatecznie odebrałby im pewność siebie. Tymczasem brak skuteczności, w połączeniu z narastającym strachem przed odpadnięciem sprawiły, że w grę wdała się nerwowość, nogi stawały się co raz cięższe, co jednocześnie pozwoliło rywalom nabrać wiatru w żagle…

Gdybyśmy mieli pod bramką rywali chłodniejsze głowy, bylibyśmy właśnie po ćwierćfinale z Portugalią lub Niemcami. W tym tkwił problem.

Wracając do opinii Kluiverta, była to sytuacja dla tej grupy piłkarzy i ich trenera kompletnie nowa, skąd mieli wiedzieć jak się w niej odnaleźć? Skąd mogli wiedzieć, który z nich da właściwą zmianę, skoro przez 2,5 roku żadna porażka nie niosła ze sobą żadnych konsekwencji? Być może dlatego ta sytuacja tak bardzo ich przerosła? Z drugiej strony zahartowana w wygranych eliminacjach, z których wyszła jako pierwsza drużyna z Europy i zgrana jak mało która, kadra Jerzego Engela kompletnie zawiodła na mundialu w Korei, podobnie jak kadry Pawła Janasa i Leo Beenhakkera. Co więc ostatecznie sprawiło, że nie wykorzystaliśmy takiej szansy?!

Panie Waldku, pan tego nie bierze!

Podobno sprawa jest już przesądzona i większość działaczy PZPN zagłosuje w środę za kandydaturą Waldemarem Fornalikiem na nowego selekcjonera reprezentacji Polski. Podobno na trenera Ruchu Chorzów uparł się wiceprezes PZPN ds. szkolenia Antoni Piechniczek, a jak on się uprze to nie ma zmiłuj. Piechniczek to jak wiadomo nieprzejednany wróg opcji cudzoziemskiej, wybór obcokrajowca byłby jego zdaniem policzkiem wymierzonym Polskiej Myśli Szkoleniowej, to z jej potencjału chce czerpać…

Mam kłopot, ponieważ niezwykle szanuję Fornalika i jako trenera i jako uczciwego, skromnego człowieka. To naprawdę dobry trener, tylko że Ekstraklasy. Udowodnił nie tylko przez trzy ostatnie sezony w Ruchu, ale i wcześniej w Widzewie. W Polonii Warszawa nie poszedł na kompromis z prezesem Wojciechowskim, nie dał zrobić z siebie bezwolnej marionetki. Zasady okazały się dla niego ważniejsze od pieniędzy. Sukces osiągnięty w ostatnim sezonie z Ruchem (nawet jeśli uznać, że drugie miejsce w tabeli i finał Pucharu Polski to także efekt niemocy Legii, Wisły i Lecha), robi wrażenie zwłaszcza przy nikczemnym budżecie w porównaniu z rywalami i gronie zawodników, przeważnie niechcianych w innych klubach.

Ale wszystko to jednocześnie budzi ogromne wątpliwości. Fornalik ani razu nie pracował w wielkim klubie, w który sukces jest obowiązkiem, a nie gwiazdką z nieba, na którą nikt specjalnie nie liczy. W którym wydane pieniądze na wzmocnienia muszą się zwrócić, a gwiazdorzy mają nieco wyższe ego niż w Ruchu. Nie zdążył jeszcze poznać gry pod prawdziwą presją – w europejskich pucharach, albo walki o Ligę Mistrzów. Znał ją Smuda, pamiętaliśmy nie tylko jego Widzew w Champions League, ale i Lecha w Lidze Europejskiej, a jednak w kluczowym momencie nie dał rady, zawiódł, pogubił się. Jak w meczach o awans do mundialu w Brazylii i to już we wrześniu sprawdzi się Fornalik? W jego przypadku nie mamy nawet cienia tamtej, smudowej nadziei. Po porostu niczego nie wiemy. Jedno wielkie ryzyko. Poza tym praca selekcjonera to nie to samo co trenera klubu Ekstraklasy. Cenię Fornalika za wiedzę taktyczną i umiejętność wpojenia jej swoim zawodnikom (Ruch zdobył w minionym sezonie 25 goli po stałych fragmentach gry), problem w tym, że piłkarzy reprezentacji dostanie przed meczami z Mołdawią, Ukrainą i Anglią na trzy dni, a nie trzy miesiące i odbędzie z nimi w sumie zaledwie kilka treningów. Czekałby go skok na baaaardzo głęboką wodę! Z Fornalikiem byłoby takie samo ryzyko, jak z wzięciem na Euro 2012 Arkadiusz Piecha albo Macieja Jankowskiego. Może wypali, a może nieznana presja go przerośnie, a wówczas…

Uważam, że Fornalik byłby świetnym kandydatem na selekcjonera za parę lat, za parę klubów. Sam najwyraźniej nie czuje się gotowy, świadczy o tym szok, w jakim znalazł się po prasowych przeciekach. Zdziwiłbym się jednak, gdyby odmówił, bo któż by odmówił reprezentacji Polski na jego miejscu? Kolejna szansa może się nie powtórzyć. Wie coś o tym Henryk Kasperczak, który 10 lat temu byłby kandydatem numer 1 moim pewnie nas wszystkich, a dziś jego deklarowana gotowość tylko przeraża…

Mając do wyboru Fornalika oraz Macieja Skorżę (po trzech ostatnich katastrofalnych sezonach w Wiśle i Legii), Michała Probierza czy Kasperczaka też pewnie wybrałbym tego ierwszego, tylko dlaczego u diabła tak się ograniczamy? Czemu zamykamy sobie opcję utalentowanego, doświadczonego, charyzmatycznego trenera z zagranicy? Kogoś kim był na początku Leo Beenhakker, kim na pewno byłby np. Ottmar Hitzfeld, triumfator Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium i Borussią Dortmund. Podobno jest cień szansy, że wziąłby tę robotę. Albo ktoś młodszy, bez tak spektakularnych sukcesów, ale obyty w międzynarodowym futbolu jak Slaven Bilić (wiem, że zacznie pracę w Lokomotiv Moswka, szukam podobnego typu), to inny Jugol, który zgłębi nasze słowiańskie dusze, albo Niemiec o twardej ręce i zmyśle taktycznym, albo Holender (może Sinisa Mijalović albo Ivan Jovanović, który takich cudów potrafił dokonać z Apoelem Nikozja, także z Polakami na pokładzie, może Ralf Rangnick, może Huub Stevens. W każdym razie ktoś kto umiałby właściwie pokierować tą naprawdę zdolną grupę piłkarzy, jakiej nie mieliśmy od dawna. Nie skazujmy się znów na marginalną w Europie Polską Myśl Szkoleniową! Bo eliminacje do kolejnego mundialu skończymy we łzach…

Czeski błąd, czyli kto tu gra u siebie?

Historyczny mecz o awans do ćwierćfinału mistrzostw Europy z Czechami, który trzeba wygrać, reprezentacja Polski zagra w sobotę we Wrocławiu. Czy macie podobne wrażenie, że sytuacja jest postawiona na głowie? Oto nasi piłkarze, gospodarze Euro 2012, muszą wyprowadzić się ze swojej warszawskiej bazy w Hotelu Hyatt, wsiąść w samolot, polecieć do Wrocławia, zakwaterować w jednym z hoteli transferowych, trenować na nieznanym sobie stadionie i murawie, na którym zagrali mniej meczów niż Czesi, wreszcie o 2. w nocy tłuc się z powrotem do Warszawy. Tymczasem Czesi nie muszą ani na centymetr zmieniać swojej codziennej rutyny. Kto tu właściwie gra grają ‘u siebie’? Czy to z naszej strony nie przesadna uprzejmość i gościnność? Lot, przejazdy, zamieszanie, nowa sytuacja, ktoś zapomni zabrać ipoda z ulubioną muzą, drugi weźmie nie te skarpety co trzeba – wszystko to może wywołać nawet w minimalnym stopniu dodatkowy stres i dyskomfort, przy pełnym komforcie naszych rywali. I do tego sami sobie zgotowaliśmy ten los! Czy to nie paranoja?

Zaraz powiecie, że przesadzam, wydziwiam, podróże w dzisiejszych czasach to dla piłkarza chleb powszedni, są profesjonalistami, są przyzwyczajeni etc. Ja pamiętam, że Zbigniew Boniek potrafił wygrać z Juventusem Turyn Puchar Europy z Liverpoolem po koszmarze na Heysel, a następnego dnia wskoczyć w samolot, polecieć z Brukseli do Tirany i strzelić dla Polski zwycięskiego gola w meczu eliminacji MŚ z Albanią. Ja wiem, że na mundialu w Niemczech w 2006 roku gospodarze rozegrali trzy mecze grupowe na swoich trzech największych stadionach, w Monachium, Dortmundzie (ten z nami) i Berlinie, po to, żeby reprezentacja Juergena Klinsmanna poczuła wsparcie całego narodu. Ale oni w przeciwieństwie do nas mieli pewność, że wyjdą z grupy, poza tym każdy z tych stadionów liczył ponad 60 tysięcy miejsce. Nie mam przy tym wątpliwości, że atmosfera na Stadionie Miejskim będzie równie wspaniała jak podczas meczów z Grecją i Rosją. I chociaż czescy kibice mają bliżej do Wrocławia z Pragi niż ja z Warszawy, to pewnie nie będzie ich słychać. Jestem pewien, że pod tym względem będzie ‘gracie u siebie, Polacy, gracie u siebie!’.  Ale będę upierał się, że lepiej byłoby pójść drogą Austriaków z Euro 2008, którzy wszystkie mecze grupowe rozegrali na swoim największym stadionie w swojej stolicy i zagrać z Czechami na Stadionie Narodowym, leżącym 5 kilometrów od hotelu naszych chłopaków, a do podróżowania i zmiany rutyny zmusić rywali. Zwłaszcza, że jak pisze Łukasz Cegliński, wg pierwotnych ustaleń Polska, obowiązujących jeszcze w 2009 roku Polska miała grać wszystkie trzy mecze w Warszawie. Ale później zaczął się lobbing.

Jak to ujął słynny filmowy trener, w futbolu wszystko zależy od szeregu drobiazgów. Margines błędu jest bardzo niewielki. Splot małych, na pozór nieistotnych zdarzeń, ale kiedy doda się je wszystkie do siebie otrzymacie różnicę między zwycięstwem, a klęską. Między życiem i śmiercią… Jak to ujął najstarszy trener na Euro 2012, Giovanni Trapattoni, o sukcesie na turnieju przesądzają miliony detali i tak naprawdę wszystkie one spełniają jednakowo ważną rolę: przygotowanie fizyczne, entuzjazm i przekonanie, że jest się dobrze przygotowanym do imprezy, fantazja i zaangażowanie na boisku oraz… drobne błędy przeciwnika. Może decydując się na grę we Wrocławiu popełniliśmy tylko drobny – by nie powiedzieć, czeski - błąd, ot banalne przeoczenie, że w Warszawie byłoby odrobinę lepiej. Oby na koniec o niczym nie przesądził!

Zdjęcie wykonane moim HTC One X

Szczęsny czy Tytoń na Czechy?

 

Przyznam się, że o ile zazdroszczę trenerowi Smudzie nastroju po meczu z Rosją, to nie tej jednej decyzji, którą musi podjąć przed meczem z Czechami. Reprezentacja Polski zagrała najlepszy mecz pod jego wodzą, świetnie rozegrał spotkanie taktycznie: sprawdził się manewr z trzecim defensywnym pomocnikiem Darkiem Dudką, wytrąciliśmy tym Rosji jej największe atuty (z Czechami oddali 15 celnych strzałów na bramkę – najwięcej w pierwszej rundzie na Euro 2012 ze wszystkich drużyn – z nami tylko dwa!). Potrafiliśmy odrobić bramkową stratę przeciwko jednemu z faworytów turnieju, zgranym (na boisku biegało siedmiu piłkarzy Zenita). Tak jak Smuda obiecał, zagrażaliśmy ze stałych fragmentów (jakże dwa razy blisko był Sebastian Boenisch, któremu tak wielu odmawiało prawa gry). A propos gry taktycznej, spodziewałem się wszystkiego tylko nie obrazka Smudy rozrysowującego schematy gry piłkarzowi przed wejściem na boisko… Piłkarze mało, że wytrzymali obie połowy fizycznie, to jeszcze zabiegali rywali, a wydawało się, że to Rosjanie nas zdominują kondycyjnie. W przeciwieństwie do Euro 2008 czy mundialu w Niemczech, nie zawiedli najważniejsi, liderzy drużyny, ci na których liczyliśmy najbardziej (Robert Lewandowski trafił z Grecją, Kuba Błaszczykowski strzelił Rosjanom najpiękniejszego jak na razie gola na Euro). W efekcie Smuda przełamał klątwę ostatnich trzech turniejów, na których ostatnie spotkanie było meczem „o honor”. Tym razem zagramy o awans do ćwierćfinału!

No mi właśnie dla tego awansu może być kluczowa decyzja, której Smudzie nie zazdroszczę: kogo wystawić w bramce?

Smuda przypomniał na konferencji prasowej, że istnieje ustalona jeszcze przed rozpoczęciem Euro 2012 hierarchia. - Numerem 1 w kadrze jest Wojtek i nie ma dyskusji. Dlatego jest szansą, że wróci do bramki w meczu z Czechami - zapowiedział. Znając przywiązanie Smudy do zawodników, jest więc przesądzone, że między słupki wróci bramkarz Arsenalu. Pytanie czy słusznie? Czy jest z tym związane ryzyko? Zmieniać czy nie zmieniać?

PIĘĆ ARGUMENTÓW ZA TYTONIEM

- Jest na fali. Broniąc karnego Karagounisa został bohaterem. Nie zawiódł z Rosją, choć nie miał też okazji bardzo się wykazać. Bronił pewnie i zdecydowanie. Za stratę gola nijakiej winy nie ponosi. Choć piłka wpadła do bramki po pierwszym strzale jaki oddali Rosjanie, dopiero w 37. minucie nie było to efektem utraty koncentracji Tytonia, ale błędów w kryciu, ktoś zapomniał o Dżagojewie.

- Tytoń oczywiście mówił po meczu, że wszystko zależy od trenera, on się podporządkuje itd ale w końcu wyraźnie zadeklarował mi, że chce grać z Czechami, że chce tworzyć historię! Zyskał olbrzymią sympatię kibiców, którzy źle mogliby przyjąć strącenie go na ławkę. Byłoby to rzeczywiście trochę niesprawiedliwe, choć wiem, że akurat tymi argumentami Smuda się nie kieruje… Że zasłużył? Jak to ujął w Bez Przebaczenia William Munney, zasługi nie mają tu nic do rzeczy…

- Zapytałem Przemka, czy posadzenie na ławce byłoby wobec niego nie fair, ale z oczywistych względów odmówił odpowiedzi. Nie stawia sprawy na ostrzu noża, jak pewnie zrobiłby w tej sytuacji Artur Boruc czy Tomasz Kuszczak i pewnie dlatego właśnie obu nie ma w kadrze, żeby Smuda mógł podjąć decyzję bez presji i groźby buntu w szatni. Niestety za to stuprocentowo profesjonalne podejście Tytoń prawdopodobnie zapłaci ławką, trochę jak Łukasz Fabiański za czasów Leo Beenhakkera, który wskoczył do bramki po aferze Lwowskiej, nie zawodził, ratował nam skórę, ale w końcu ustąpił miejsca Borucowi, co zakończyło się klęską ze Słowacją…

- Hierarchia hierarchią, ale jak zwrócił mi uwagę na twitterze @ZbigniewHołdys, Górski zmienial hierarchię nie raz wobec „nienaruszalnych”. Bo ponad hierarchią bywała forma i motywacja

- Z kolei znana polityczna blogerka @kataryna wieszczy, że Tytoń może być naszym Francesco Toldo z Euro 2000, który wszedł do bramki na nieszczęściu Gianluigi Buffona i został bohaterem Italii…

CZTERY ARGUMENTY ZA SZCZĘSNYM



- Wojtek zapracował sobie na pozycję nr 1 wybitnymi występami od dawna. Przydarzyło mu się nieszczęscie, kartka, ale kara wygasa, więc naturalną koleją rzeczy wraca do bramki. Poza tym dłużej gra w kadrze, zgrał się z obrońcami, teoretycznie powinien lepiej się z nimi rozumieć, choć akurat przy golu Greków zaszwankowała właśnie komunikacja z Marcinem Wasilewski.

- Przede wszystkim jednak to naprawdę bardzo, bardzo dobry bramkarz. Jak dla mnie w pierwszej 10 na świecie.  Grecją źle zagrali wszyscy, największa wina spadła za niego. Niestety nie miał okazji wejść w rytm, obronić dwa, trzy razy przed stratą gola, ale z Premier League wiemy doskonale, że potrafi trwać bezczynnie długie minuty i nie stracić koncentracji. W kadrze nie raz ratował całej drużynie tyłek, choćby w chyba najlepszym dla siebie meczu z Niemcami. Dajmy mu kolejną szansę, a znów zostanie boherem (i może znów z Niemcami w ćwierćfinale w Gdańsku?).

- Jego obecność w bramce we Wrocławiu przeciwko Czechom może też być będzie elementem gry psychologicznej. Stanął przeciwko sobie dwaj świetni bramkarze Premier League. Petr Cech - już to wiemy – nie rozgrywa wielkiego turnieju. Także w barwach Chelsea nie błyszczał w sezonie w lidze (bohaterska gra w Lidze Mistrzów to co innego), pod tym względem Wojtek był od niego zdecydowanie lepszy.

- Poza tym jeśli zagra Tomas Rosicky - choć jest kontuzjowany i jak mówi gra na jednej nodze jest szansa, że się wyleczy na mecz z Polską – świetnie zna swego czeskiego kolegę i jego przyzwyczajenia, tricki, zwody, podania, co także może nam pomóc w starciu o ćwierćfinał.

A Wy, selekcjonerzy kogo wystawilibyście przeciwko Czechom? ;)

KTO POWINIEN ZAGRAC Z CZECHAMI?

Nic się nie stanie, Polacy…

Ciężko wzbudzić mi w sobie nawet urzędowy, patriotyczny optymizm przed meczem z Rosją. Skoro biało-czerwoni nie dali rady wygrać z grającymi w dziesiątkę Grekami, na szczęśliwie dowieźli z nimi remis, to czego spodziewać się po grze przeciwko jeszcze wyżej stojącym w rankingu FIFA Rosjanom, którzy są i silniejszym kolektywem niż Grecy i jednocześnie mają w składzie znacznie więcej indywidualności. Jeszcze trudniej strzelić im gola (w eliminacjach stracili ich o jednego mniej niż nasi poprzedni rywale – zaledwie cztery), za to ich ofensywni piłkarze Arszawin, Dżagojew, Kierżakow, Żyrjanow, Szirokow potrafią się w sekundę zmienić w stado Velociraptorów, które poczuło ofiarę i błyskawicznie przeprowadzić śmiertelny atak. Nie oszukujmy się, nie ma znaczenia, że zawiedli w zachodnich klubach i wrócili do Rosji, a nasi błyszczą w Borussii. Wspomniana piątka oraz wchodzący z ławki Pawliuczenko czy Pogrebniak byliby (i zresztą byli) gwiazdami każdego klubu Bundesligi. Skąd więc czerpać optymizm? Z tego, że dach został otwarty, więc naszych nie przytka jak z Grecją, że tym razem starczy im sił może nawet na całe 90 minut? To trochę za mało, choć i tak cieszy. Wrażenia z murawy – jak możecie się przekonać na vlogu – miałem z ostatniego treningu naszych jak najlepsze…

Nie będę wdawał się w analizy gry obu drużyn czy porównania formacji, bo pełno ich wszędzie, ale powiem Wam co widziałem na treningach obu drużyn, a jako jedyny z nielicznych śledziłem i jednych i drugich po pierwszych meczach na Euro. W naszych, gdy gadaliśmy z nimi po treningach na stadionie Polonii, jak cierń tkwi niepowodzenie z Grecją, wszyscy szukają przyczyn odcięcia prądu w drugiej połowie, szukają argumentów dla rezygnacji przez trenera z wprowadzenia zmian. Co prawda żaden tak tego nie ujął, ale nie mają oni poczucia, że Smuda im nie pomógł – a widziałem w mediach takie zarzuty – ale raczej, że oni dali ciała. Bo jak zauważył w TVN 24 Zbigniew Boniek, kiedy drużyna prowadzi 1:0, a rywale jeszcze tracą piłkarza, to trener ma prawo pójść sobie ze stadionu na kawę, wrócić po meczu i spytać o wynik. Piłkarze sami wiedzą, że zmarnowali już wygrany mecz i to im ciąży. A jeszcze rezerwowym dodatkowo ciąży, że trener uznał ich za zbyt słabych, żeby zdołali pomóc. Oczywiście zawodnicy recytowali nam formułki, że z Rosją damy radę tak przez 90 minut jak z Grekami przez pierwsze 20, ale trudno spodziewać się, że ogłoszą porażkę jeszcze przed meczem. Ale na treningach widziałem w nich jakąś taką niemoc, brak wiary, może nawet obawę przed silnym, rozpędzonym rywalem. Nie widziałem w ich oczach pewności, że są w stanie zgrać historyczny pojedynek. Na pewno nie sprawiali wrażenia bandy, która zaraz wpadnie na wesele i rozgoni gości na cztery wiatry…

Za to właśnie takie wrażenie sprawiali na treningu Rosjanie. Byłem w Sulejówku, najbardziej uderzające na jak wielkim luzie trenowali ich zawodnicy. Podczas treningu mnóstwo było zabawy i wygłupów. W trakcie gry w dziada co chwila któryś wybuchał śmiechem, Arszawinowi, Pawliuczence czy Dżagojewowi uśmiech nie schodził z twarzy, co rusz robili kolegom dowcipy, złośliwie podając trudną piłkę, strzelając za mocno czy podstawiając nogę. Chmurną, skoncentrowaną minę zachowywał tylko holenderski trener Sbornej, Dick Advocaat. Bo jak mówili rosyjscy dziennikarze – i w tym można upatrywać się jakiegoś cienia szansy – wysoka wygrana z Włochami w ostatnim meczu przed Euro i wysoka wygrana z Czechami już na turnieju, natchnęła Rosjan pewnością siebie aż do przesady. Sam Advoicaat popełnił błąd, mówić po 3:0 z Italią, że ma drużynę na wygrane całego Euro 2012. Trener musi ich przytrzymywać na ziemi, przypomina im, że wygrali tylko jeden mecz, ale nadal każdy muszą traktować jak finał. – Pewność siebie jest wskazana, ale podparta koncentracją i szacunkiem dla rywala. Na pewno nie zlekceważą Polski, zwłaszcza, że to gospodarz. Generalnie jednak wszyscy wierzą, że są w stanie wygrać z Polską równie przekonująco co z Czechami – mówił mi rosyjski kolega.

Rozum każe mi więc stawiać 0:2 dla Rosji, serce podszeptuje, że może jednak będzie 1:1. Bez względu jednak na wynik nic się nie stanie, Polacy, nic się nie stanie. Tzn. dzięki temu punkcikowi z Grecją, który tak wszystkich uwiera (że jeden a nie trzy), o wszystkim i tak zadecyduje spotkanie z czechami we Wrocławiu. I w tym też upatruję nadzieję, że nasi nadwrażliwcy rzeczywiście czują mniejsze ciśnienie niż przed meczem z Grekami. A więc – paradoksalnie – ponieważ wcale nie muszą, być może właśnie się uda. Byle tylko zagrali z taka determinacją jak gorsi piłkarsko od Chorwacji Irlandczycy czy gorsi piłkarsko od Szwecji Ukraińcy. Zwłaszcza ten wczorajszy przykład – mam nadzieję – zapadł im w pamięć i doda inspiracji. Futbol – zwłaszcza w ostatnim sezonie – był nieprzewidywalny i niewytłumaczalny do bólu. Równie więc dobrze możemy awansować do ćwierćfinału nie wygrywając w grupie ani jednego meczu i tylko po tej jedynej bramce Roberta Lewandowskiego:

2. kolejka

Polska – Rosja 0-1 i Grecja – Czechy 0-0

3. kolejka

Polska – Czechy 0-0 i Grecja – Rosja 0-2

Tabela

1. Rosja            9            7-1

2. Polska            2            1-2

3. Grecja            2            1-3

4. Czechy            2            1-4

Prawdopodobne? Prawdopodobne! Choć po prawdzie wolałbym zapamiętać po tym turnieju jeden taki występ biało-czerwonych jak Ukraińców ze Szwecją i nie awansować do ćwierćfinału niż awansować po wyżej wymienionym scenariuszu. Bo po co wówczas awans?

Ale na pewno po ewentualnej porażce z Rosją wstrzymam się jeszcze z potępianiem w czambuł Smudy i zarzucaniem jemu i jego piłkarzom kompromitacji, jak błyskawicznie zaczęli niektórzy eksperci (nie bez widocznej aż nazbyt satysfakcji). Rosja jest dużo silniejsza – mają prawo przegrać. .. 



Niebo – Piekło – Czyściec

Co za mecz, prawdziwy roller-coaster! Chyba najlepszy mecz otwarcia jakiegokolwiek turnieju jakie widziałem na żywo (sorry, ale Polska – Argentyna w 1974 nie pamiętam). W pierwszej połowie dominacja pełna Polaków, mnóstwo okazji do zdobycia gola i wreszcie Robert Lewandowski sprawia, że wraz z całym stadionem i całą Polską znaleźliśmy się Niebie. Piękny dortmundzki gol z podania Kuby Błaszczykowskiego. Do tego jeszcze życzliwy nam sędzia wyrzuca z boiska nieszczęsnego Greka, co oznacza, że rywale całą drugą połowę będą grali w dziesiątkę. Kolega z Times’a już złośliwie twittował, że Polska jak Korea na mundialu w 2002 roku. - Marzyłem o takiej sytuacji! - cisnęły się na usta w przerwie słowa Zdzisia Kręciny.

Tymczasem w drugich 45. minutach nie oddaliśmy jednego celnego strzału i szczęśliwie dowieźliśmy do końca remis! Jak to możliwe? Jak mogliśmy nie wygrać?! Najpierw nieporozumienie Wojtka Szczęsnego w polu karnym z Marcinem Wasilewskim i wyrównanie Greków. Po meczu Wojtek powiedział mi, że piłka leciała na krótki słupek, grecki napastnik wszedł przed Wasyla, miałem wrażenie, że muszę wyjść i go wyprzedzić. Piłka mogła spaść do mnie, do Wasyla, a spadła do Greka. Takie typowe zamieszanie w polu karnym. Już wówczas spadaliśmy z Nieba na ziemię, ale kiedy chwilę później Szczęsny sfaulował w polu karnym strzelca gola, Dimitrosa Salpingidisa, znaleźliśmy się wszyscy w Piekle. Na chwilę, kiedy Przemysław Tytoń wyczuł Karagounisa i rzucił się we właściwy róg, w Piekle został samotnie Szczęsny, a my wszyscy trafiliśmy do Czyśćca tęsknoty za utraconą grą z pierwszej połowy i pewnym już niemal zwycięstwem.

Co ciekawe, Tytoń odrzucił miano bohatera. Powiedział nam w strefie mieszanej, że cała drużyna przyczyniła się do zdobycia tego punkciku. – Wolałbym nie obronić tego karnego, bylebyśmy tylko wygrali. Nie ma poczucia, że uratowałem Wojtkowi tyłek, broniąc karnego, bo on nie grał sam. Jesteśmy razem w tej drużynie i wspólnie walczymy o jeden cel, nie ważne kto akurat gra. Szkoda, że nie wygraliśmy, ale musimy szanować ten jeden punkt. Jest jak jest – powiedział. Z kolei Wojtek stwierdził, że bardzo chciałby po zawieszeniu jak najszybciej wrócić do bramki, ale życzy Przemkowi w meczu z Rosją równie kapitalnego występu jak z Grecją, co jego powrót do bramki wykluczy.

Co się stało w drugiej połowie?!

Polacy uwierzyli, że zwycięstwo mają na talerzy, że słaby rywal przed przerwą, w dziesiątkę będzie jeszcze słabszy? Wyszli z szatni rozprężeni i zbyt pewni siebie? Tomasz Rząsa przekonywał, że w szatni wszyscy sobie powiedzieli, że mecz zaczyna się od początku, ale w ich grze widać było zupełnie co innego. W dodatku świetnych zmian dokonał Fernando Santos, który wprowadził Salpingidisa, który strzelił dwa gole (jednego na szczęście dla nas po wychwyconym przez bocznego sędziego minimalnym spalonym) i wypracował karnego.

Smuda żadnych zmian nie dokonał w wyjątkiem zdjęcia Rybusa by mógł wejść Tytoń. A przecież obroniony karny to idealny moment, by ktoś świeży, pełen energii porwał zmęczonych kolegów do boju. Czemu nie wszedł dynamiczny, umiejący narobić wiatru Kamil Grosicki (za Eugena Polańskiego), a kreatywny i umiejący rozegrać piłkę Rafał Wolski za bezproduktywnego w ostatnich 20 minutach Ludo Obraniaka? Nie wpuścił ich Smuda, bo nie wierzył, że mogą coś zmienić? Bał się, że będzie gorzej, nie dość, że nie wygrywamy, to jeszcze utrzymamy remisu? Co za wotum nieufności dla całej ławki rezerwowych. Chyba, że Smuda uwierzył w tym ferworze, że zmiany niewykorzystane w meczu z Grecją, przechodzą na mecz z Rosją? Przypomniał mi się przegrany na mundialu w Niemczech mecz z Ekwadorem, w którym Paweł Janas zaczął wprowadzać zmiany w 78. minucie. Smuda nie zrobił ich wcale. Powiedział po meczu, że piłkarze byli pod presją, i niektórzy chyba się spalili. Dlaczego więc nie wymienił spalonych?

Ciężko być optymistą przed meczem z tak rozpędzoną Rosją…



Por que Andora?

Zastanawiam się czy to dobrze, że reprezentacja Polski na ostatniego sparing partnera przed rozpoczęciem Euro 2012 wybrała sobie amatorską Andorę. Trudno nawet sobotnie spotkanie nazwać meczem, to raczej będzie happening. I może dobrze i nie warto się czepiać. Niech chłopaki pokażą się wreszcie, premierowo polskiej publiczności, niech poczują ucisk presji oczekiwań w radosnej piknikowej atmosferze. Tylko, że w meczu otarcia z Grecją tydzień później atmosfera i presja będzie zupełnie inna. Z drugiej strony może bez sensu domagać się kolejnego sprawdzianu i silniejszego rywala? Bo wiązałby się to z ryzykiem, że po pierwsze któryś z naszych kluczowych piłkarzy odniesie kontuzję – pamiętacie jak Słowacy kopali po nogach, trener Smuda dostawał na linii palpitacji, a i nam na trybunach przeszły ciarki jak Kuba Błaszczykowski długo nie podnosił się z murawy… A dwa, że w razie ewentualnej porażki albo tylko remisu gwałtownie spadłaby wiara i pewność siebie co mogłoby mieć fatalne skutki w meczu z Grekami.

Ale znowuż czy przypadkiem wysoka wygrana z Andorą – a trudno takiej nie wymagać – nie za bardzo napompuje naszych piłkarzy i nas, dziennikarzy oraz kibiców. W dzisiejszym Fakcie widziałem tytuł ‘Rozbiją Andorę, uwierzą w siebie!’. Oby nie. To znaczy, oby piłkarzy nie potrzebowali do uwierzenia w siebie rozbicia reprezentacji Andory, która nie wygrała meczu od 12 lat i prezentuje poziom Mazura Karczew (stałego sparingpartnera Legii, którego ta stale rozbija, piłkarze strzelają mu grad bramek, tylko nic z tego nie wynika).

Kto więc ma rację, Smuda wybierając na ostatnich rywali piłkarskich kelnerów, żeby w drużynie – jak to mówi Franz – grała muzyka? Czy np. Duńczycy, którzy woleli zmierzyć się i przegrać z silną, wymagającą Brazylią (euforii w narodzie po tym meczu rzeczywiście nie ma, ale na Euro 2012 rywali Duńczycy będą mieli porównywalnej klasy, a my raczej silniejszych od Andory).

Skoro gramy z Andorą w ramach zaprezentowania się Biało-czerwonych polskiej publiczności, a zwłaszcza tym kibicom, którzy nie wejdą na Stadion Narodowy, to lanie musi być imponujące. Uważacie, że jaki wynik będzie odpowiedni, ile goli to minimum? Ja, że przynajmniej 6:0! Czyli tyle ile Polska dostała od Hiszpanii w ostatnim sprawdzianie La Roja przed zwycięskim mundialem w RPA. Ci z piłkarzy Smudy, którzy pamiętają tamten mecz, będą mieli pozytywne deja vu: na pracy Smudy z kadrą jacyś hiszpanojęzyczni walnęli ich 0:6, a teraz oni podobnych hiszpanojęzycznych rozjadą 6:0. Żałuję tylko, że skoro sięgamy po reprezentacje małych krajów z tamtego regionu, zdecydowaliśmy się na Androrę, a nie reprezentację Katalonii pod wodzą Johana Cruyffa albo Kraju Basków, czyli de facto finalistę Ligi Europejskiej;)