Oprawy tak, wypaczenia nie!

Zadymiona ŁazienkowskaMuszę wyznać, że lubię race na stadionach. Tak, tak, wiem, że ich odpalania zabrania polskie prawo. Respektuję to i nikogo nie namawiam do łamania. Jestem też za zmianą ustawy, na taką która umożliwiałaby robienie racowisk w cywilizowany i kontrolowany sposób, ale i do przestrzegania obecnej. Po prostu obiektywie przyznaję, że odpalanie rac mi się podoba, zwłaszcza jeśli są elementem większej oprawy.

Nie raz broniłem na łamach różnych opraw, czy osławionego „Jihad Legia” podczas meczu Ligi Europy z Hapoelem Tel Awiw (znajomy izraelski dziennikarz na trybunie był wtedy bardziej rozbawiony niż dotknięty) czy ostatnio tej z hitlerowcem przykładającym lufę pistoletu do skroni polskiego chłopca, która zrobiła więcej dla wiedzy o Powstaniu Warszawskim w świecie niż jakakolwiek kampania edukacyjna.

Nie każde przesłanie musi nam się podobać, np. wg mnie nie do końca szczęśliwe było drażnienie „świnią” UEFA i tak mocno już poirytowanej Legią i skorą do kar. Ale szanuję prawo kibiców do tego rodzaju ekspresji. Dla wielu z nich tworzenie opraw to prawdziwa pasja, można nawet powiedzieć, że ocierają się w tym o streetart i happening.

Ale mówiąc językiem minionej epoki: „oprawy tak, wypaczenia nie!” Zadymianie stadionu świecami dymnymi i powodowanie tym przerw w grze jest złem i głupotą. Podobnie jak rzucanie rac na murawę, o celowaniu w piłkarzy jak w finale Pucharu Polski Legia – Lech nie wspomnę. I nie ma co wytłumaczyć tego żadną „kulturą kibicowania”, której rzekomy brak zrozumienia wytykano na Twitterze Zbigniewowi Bońkowi, gdy skrytykował dwie przerwy w meczu Legii z Górnikiem z powodu nieprzeniknionej mgły.

***

Przyznaję, że takiej „kultury kibicowania” nie rozumiem i ja, ponieważ w zadymieniu stadionu i przerwie w grze nie widzę żadnego wsparcia własnej drużyny, co zakłada przecież definicja kibicowania. A wręcz przeciwnie – działanie na jej szkodę. W meczu z Górnikiem Legioniści złapali pewien rytm, z którego przerwy miały prawo ich wybić. Rywale wyraźnie osłabli, przerwa pozwoliła im chwilę odpocząć, łyknąć odżywki, usłyszeć wskazówki trenera. Akurat skończyło się dobrze dla gospodarzy, ale wcale nie musiało tak być.

Trudno nie było odnieść wrażenia, że „zadymiarzy” kompletnie to nie interesuje. Wnieśli tonę pirotechniki, mieli swój plan i zrealizowali go nie oglądając się na konsekwencje. I to dwukrotnie, co przeczy argumentom podnoszonym na Twitterze, że to nieszczęśliwie wiejący wiatr spowodował zadymienie. To jak z filmu „Chicago”, gdzie ofiara nadziała się na nóż. Siedem razy…

Obawiam się, że prezes PZPN dobrze zdiagnozował problem mówiąc w wywiadzie z weszlo.com „Zwrot wstecz polega na tym, że jakaś grupa osób używa tych rac po to, by pokazać, jacy są niezależni i że nikt nie ma nad nimi kontroli. To nie dotyczy tylko Legii, tylko wszystkich klubów w Polsce… Dla mnie raca to u niektórych przedłużenie męskości, pokazują nią swoją niepokorność, to że władze klubu czy jakiekolwiek inne mogą im skończyć. Dochodzi do eskalacji. Są grupy, które jak chcą nastraszyć piłkarzy, to mogą. Jak chcą wnieść na stadion bombę atomową, to też mogą. Wszystko mogą” (…)

Boniek zapowiada opracowanie wraz z władzami Ekstraklasy przepisów mających zdyscyplinowanie dymiących kibiców. Wiadomo, że żadne kary finansowe ich nie odstraszą, jak zwykle zapłaci klub. Czy odstraszy groźba walkowera, jeśli mecz będzie przerwany na dłużej niż pięć minut – tego nie wiem. Już pojawiły się deklaracje, że będą miały działania odwrotne do oczekiwanych. Czyli co, przerwy będą w każdym meczu Ekstraklasy? Inni z kolei ostrzegają, że ligę będzie można reżyserować wymuszonymi walkowerami…

***

Pomijając już kwestie rac, dymu i przerywania meczu, podobnie jak Boniek mam wątpliwości czy powszechny na naszych ekstraklasowych stadionach doping w jakikolwiek sposób pomaga drużynie? Trybuny śpiewają przez całe spotkanie swoje pieśni, z tą samą intensywnością, tym samym zapałem i tą samą ilością decybeli bez względu na to czy drużyna wygrywa, przegrywa czy remisuje. Żadnej reakcji na stratę gole, gorszy moment, gdy rywal „siadł” na gospodarzach i ciśnie. Żadnych pochwał za dobre zagranie, wślizg, paradę, które dodałyby zawodnikowi animuszu. Żadnego stopniowania napięcia w miarę rozwijania się akcji – znane np. z angielskich stadionów.

Oczywiście rozumiem, że kibice płacą za wejście na stadion i jeśli taka forma przeżycia meczu ich satysfakcjonuje, to mają do tego prawo. Nie bronię im, taki panuje trend, okej. Ale dziwie się i zgadzam z Bońkiem, w końcu byłym zawodnikiem, że „kiedy kibice gwiżdżą za każdym razem, gdy przeciwnik ma piłkę, to jest to doping dziesięć razy lepszy, skuteczniejszy. Pojawia się presja na rywalach, adrenalina rośnie…”

Legia - Górnik. Zadymiona Łazienkowska.A już kompletnym kuriozum – na szczęście rzadziej obecnym na meczach ekstraklasy, choć też, regularnie zaś na reprezentacji – jest odśpiewywanie w środku spotkania hymnu państwowego. Pisał o tym ostatnio w felietonie w „Przeglądzie” Darek Dziekanowski, wg którego śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego podczas gry trąci profanacją. „Jest na to czas przed meczem, kiedy odgrywane i odśpiewywane są hymny obu krajów. Nie dziwi mnie, gdy dzieje się to po ostatnim gwizdku sędziego, ale śpiewanie ot, tak w 35. minucie – tego nie rozumiem i uważam, że jest nie na miejscu. Z kariery piłkarskiej najmilej wspominałem chwile, kiedy cały stadion dopingował drużynę skandując „Polska, Polska, Polska”. Wtedy ciarki przechodziły przez plecy, wyzwalały się jakieś rezerwy siły i energii” pisał Dziekan.

Też wydaje mi się, że robienie z hymnu kolejnej stadionowej przyśpiewki to nieszczęśliwy pomysł i odbiera mu należytą powagę.

Rozumiem, że na meczach kadry dzieje się tak, bo nie ma zorganizowanego dopingu i kibice z różnych stron Polski po prostu śpiewają wspólnie jedyną pieśń jaką wszyscy znają.

Lepiej już chyba, żeby zostali przy „Polska. Biało-czerwoni” do melodii Go West. Albo adaptowali na hymn kibiców piłkarskiej reprezentacji jakiś znany utwór tak jak siatkarscy „Pieśń o Małym Rycerzu”. Wciąż też mam nadzieję, że któryś ze zdolnych polskich muzyków napisze wreszcie porządny hymn reprezentacyjny. Jak nie Dzimek Dębski to niechby i nawet Zenek Martyniuk!

Z liścia, czyli wszyscy jesteśmy zdradzeni

Legia pobita w Poznaniu i na parkingu na ŁazienkowskiejAwans reprezentacji na mundial w Rosji, gwarancja losowania z pierwszego koszyka, rekord strzelecki Roberta Lewandowskiego, który wyprzedził Włodzimierza Lubańskiego – wszystko to na chwilę przykryło skandaliczne wydarzenia na parkingu Legii po powrocie piłkarzy z przegranego meczu w Poznaniu. Mam nadzieję, że sprawa została zamieciona pod dywan tylko na chwilę z powodu ogólnego zachłysnięcia się narodowym sukcesem. „8-minutowa ostra wymiana zdań i szarpanina” – jak to misternie ujęto w oświadczeniu klubu – tak dalece przekracza wszelkie granice, że konsekwencje przez lata będzie ponosiła nie tylko Legia ale cały polski futbol klubowy.

Sprawę rozmyła też reakcja policji, która po analizie monitoringu wykluczyła pobicie, stwierdzając, że doszło co najwyżej do „czynów związanych z naruszeniem nietykalności osobistej”. I w związku odmówiła ścigania sprawców z urzędu, oczekując na „inicjatywę ze strony osób, które poczuły się pokrzywdzone”. Że nic takiego nie nastąpi pokazała już sprawa z pobiciem Kuby Rzeźniczaka, której deja vu właśnie przeżywamy tylko w większej skali.

Od początku było wiadomo, że nie chodzi o pobicie, ale kilka „plaskaczy i karychów” rozdanych celem zdyscyplinowania zawodników. Co z tego, że nie były bolesne i nie zostały widocznych ślady. Ważne, że zostawiły mocny ślad w psychice piłkarzy.

Większego upokorzenia w karierze nie przejdą. Jak podsumował Maciej Szczęsny, na miejscu pobitych nie chciałby już grać w Legii. Kontrakty i strach skazują ich pozostanie, ale tej psychicznej kuli u nogi nie pozbędą się już do końca.

Ciekawe w głowach ilu z nich w trakcie niedzielnego meczu z Lechią będzie brzmiało pytanie, czy w razie porażki znów czeka ich ścieżka zdrowia?

Ma rację Krzysztof Stanowski, pisząc na Weszlo.com, że piłkarze zostali zdradzeni. Przez klub, trenera, kibiców. To prawda, grali fatalnie, każdy co do jednego ze trzy razy gorzej niż w poprzednim sezonie. Ale przecież nie dlatego, że tak się umówili: dobra gramy piach, chrzanić powołania do kadry czy transfer do lepszego klubu. Niestety nikt im nie pomaga wyjść z tego kryzysu.

Właściciel zwolnił trenera, który przestał mieć pomysł na zespół, ale w zamian zatrudnił człowieka obecnego w futbolu od lat, ale nie na ławce trenerskiej. Być może ten eksperyment wypaliłby w czasach spokojnych. Tymczasem Romeo Jozak jest jak świetny ortopeda, któremu kazano przeprowadzić operację na otwartym sercu.

Trener zdradził szatnię zanim autokar zajechał na klubowy parking, gdy po porażce zdystansował się od drużyny i skompromitował ich tekstem o panienkach. W myśl zasady: „wygrywamy my, przegrywacie wy”.

Ale akurat o bierność podczas dyscyplinowania piłkarzy nie mam do niego pretensji. Sytuacja była ekstremalna. Nie jest opiekunem drużyny trampkarzy, czy miał zasłaniać dorosłych facetów własną piersią? Być może mógł zostać bohaterem, rzucając się sam przeciwko pięćdziesięciu chłopa, ale nie można mu czynić zarzutów, że nie zechciał.

Gorycz poczucia zdrady przez kibiców najlepiej wyraził na łamach legia.net asystent Jozaka, Aleksandar Vuković. Od lat związany z Legią, nie da się powiedzieć, że nie ma jej w sercu. Dwa mocne cytaty: „(…) Jako kibic wychowany na innych ideałach pytam się, co się stało z obowiązującym kiedyś na stadionach hasłem „Na dobre i na złe”? Drużyna Legii ma teraz kłopoty, nie da się zaprzeczyć. Gra słabo, z różnych powodów. Kiedy jest więc to złe? Właśnie teraz, ci ludzie potrzebują wsparcia. Przecież wszystkich porażek w tym sezonie w pucharach i w lidze nie można podczepić pod brak zaangażowania czy chęci”.

Chciałbym, aby kibice podeszli do sprawy w ten sposób: – Panowie jest źle, widzimy to, ale jesteśmy z wami”. Czy jest szansa na takie podejście, czy to już się nie wydarzy, a ja po prostu żyję ideałami z poprzedniej epoki? Jeśli to już nie jest możliwe, to bardzo źle się dzieje. Moim zdaniem hasło „na dobre i na złe” jest esencją kibicowania i podejścia do swojego klubu”.

Piłkarze mają też prawo czuć się zdradzeni przez klub. Nie tylko dlatego, że incydent miał miejsce na jego terenie, tam gdzie mieli prawo czuć się jak w domu. Długo czekali na stanowisko klubu, ale okazało się ono nadzwyczaj miałkie. Brak w nim stanowczego wzięcia w obronę upokorzonych, jest za to dzielenie włosa na czworo że „klub ma świadomość silnych emocji związanych z niepowodzeniem sportowym…”

Naprawił to nieco właściciel, ale na jego głos usłyszeliśmy dopiero trzy dni po incydencie. Rozumiem niechęć eskalowania konfliktu i uniknięcia ewentualnego bojkotu trybun, to byłaby już ostateczna katastrofa. Słowem, znów zgniły kompromis jak przy sprawie Rzeźniczaka.

Tylko, że klub także ma prawo czuć się zdradzony. Przez wszystkie instytucje państwowe i piłkarskie. Jak zwykle w takich wypadach jest zostawiony sam sobie z problemem chuliganów. Wszyscy inni umywają ręce. Ta rzecz jest niezmienna od lat. Co z tego, że mamy najpiękniejsze i najbardziej funkcjonalne stadiony w Europie, gwiazdy światowego formatu w reprezentacji, wyjazd na kolejny turniej skoro chuligani jak terroryzowali kluby tak terroryzują nadal?

Od lat nie ma woli rozwiązania problemu stadionowego chuligaństwa. I wspólnego frontu państwa, polityków, policji, prokuratury, instytucji piłkarskich jak PZPN czy Ekstraklasa.

Dlatego kolejny podobny incydent jest kwestią czasu. Może już po Lechii w razie złego wyniku? Nie dziwmy się więc, jak ostatnio na Forum Ekonomicznym w Krynicy, że czołowe instytucje finansowe, banki, firmy ubezpieczeniowe itp. stronią od polskiej piłki klubowej. Ta zaś ulega w Europie coraz większej marginalizacji. Aż stanie się skansenem, z którego w świat idą tylko przekazy o fajnych oprawach i niefajnych pobiciach. Ale nigdy o sporcie. Tak naprawdę zdradzeni mają prawo się czuć wszyscy prawdziwy kibice futbolu.

Legia

Mączyński w Legii, czyli piłkarzu, uważaj co deklarujesz!

Krzysztof Mączyński w barwach LegiiKrzysztof Mączyński to nie pierwszy piłkarz, który złamał serca kibicom odchodząc do klubu rywala, wywołując z kolei ich przejście od miłości do nienawiści. Historia futbolu zna takich przypadków mnóstwo i jeszcze nie jeden klub podkupi rywalom piłkarza. Normalna sprawa, że ambitny zawodnik chce zrobić krok do przodu. Tu w dodatku reprezentant Polski, który ma już 30 lat i chce po raz pierwszy w karierze powalczyć o europejskie puchary (a nuż się uda przeżyć niesamowitą przygodę w Lidze Mistrzów). Normalna sprawa, że chce zarobić znacznie więcej niż mógłby tu gdzie jest. Kto z nas wstanie i powie, że wybierając pracodawcę nie kieruje się finansami? Zwłaszcza że Mączyńskiemu bliżej do „emerytury” niż dalej.

To także zupełnie normalna sprawa, że kibicom jego dotychczasowego klubu się to nie podoba. Dopiero co wieszali plakaty z jego podobizną, ściągali tapetę na smartfona czy pulpit, nagle zobaczą go we wrogiej koszulce. Więc normalna sprawa, że nie szczędzą mu żalu, obelg, wulgaryzmów na klubowych forach i w mediach społecznościowych. Że będą gwizdać i obrażać go, kiedy przyjedzie z nową drużyną na stary stadion. Takie ich kibicowskie prawo i nic w tym nowego. Tak było, jest i będzie.

W „zdrajców” leciał już trybun łeb świni, zapalniczki, monety czy fałszywe dolary jak ostatnio w Gianluigiego Donnarummę. Transparenty z napisem „Judasz” widziałem już wymierzone w Andy Moellera gdy przeszedł z Borussii Dortmund do Schalke 04 i w Manuela Neuera, gdy z tej ostatniej przeniósł się do Bayernu Monachium. Kibice Arsenalu w ostatnich latach wyzywali od „Judaszów” Robina van Persie, Cesca Fabregasa, Samira Nasriergo czy Ca$hley’a Cole’a. A kibice Tottenhamu Sola Campbella, gdy ten ważył się stać „Kanonierem”.

DollarummaNie dziwi mnie więc specjalnie, że kibice Wisły zmienili Mączyńskiemu opis na Wikipedii, wklejając tam słowo „Judasz”. Ot, znak nowych czasów. Kiedyś fani mogli co najwyżej nawrzucać piłkarzowi jak do nich przyjechał z nową drużyną. Jeśli coś w przypadku byłego Wiślaka, a nowego Legionisty zaskakuje to rozmiar hejtu jaki go spotkał.

Nieporównywalny z tym jaki wylał się ostatnio np. na Bartosza Bereszyńskiego czy Kaspera Hamalainen, którzy dopuścili się przecież zbrodni szczególnie wyrafinowanej, porzucając Lecha na rzecz Legii. Może dlatego, że pierwszy był zaledwie dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, jeszcze nie gwiazdą. Drugi zaś owszem, kluczową postacią w wywalczeniu mistrzostwa, ale jednak najemnik. Kibice „Kolejorza” wyrażali więc pogardę dla najemnika, który po trzech latach w klubie najpierw kręcił przy przedłużeniu umowy, aż okazało się że podpisał ją z rywalem, ale nic więcej.

Jak pisał Krzysztof Stanowski w ostatnim felietonie w „Przeglądzie”, nie ma co oczekiwać, że piłkarze zakocha się w klubie piłkarskim. Zwłaszcza zagraniczny, zwłaszcza w Polskim. Chyba, że chodzi o zawodnika z tego samego miasta co klub, „chłopaka z sąsiedztwa, zasypiającego z koszulką pod poduszką i wieszający plakaty na ścianach”. Takiego, który zakocha się w klubie z wzajemnością, tzn kibice w nim. Wydaje mi się, że taka miłość istniała właśnie między Mączyńskim, a kibicami Wisły, stąd tak bolesne i pełne złych emocji rozstanie.

A tu jeszcze akt rozstania toczy się na oczach gawiedzi, czyli w mediach społecznościowych. Ich specyfika polega na tym, że dziś każdy kibic ma sportowca na wyciągnięcie ręki. Kiedyś mógł co najwyżej w telewizji usłyszeć co ma do powiedzenia lub przeczytać wywiad w gazecie, dziś może się z nim kontaktować bezpośrednio. Zwłaszcza z takim jak Mączyński, który chętnie w ten kontakt wchodził i odpowiadał na mniej lub bardziej ostre zaczepki.

Zwykle chwalę sportowców, którzy sami prowadzą swoje konta i piszą, nawet jeśli nieporadnie, to od siebie. Lepsze to niż zlecanie komunikacji wyspecjalizowanym agencjom. W tym przypadku jednak szkoda, że profesjonalista nie czuwał nad emocjonalną narracją piłkarza. Z czego on sam zdał sobie najlepiej sprawę, kasując wszystkie wątki na Twitterze. Dziś można tam znaleźć wyłącznie link do wywiadu z legia.com pod znamiennym tytułem „Czasem warto się ugryźć w język”. „Może mój przykład pokaże młodym chłopakom, że czasami warto nie składać żadnych deklaracji, bo życie jest brutalne” – mówi w nim, co prawda podtrzymując jednocześnie deklarację, że nigdy nie zagra w Cracovii.

I to jest kluczem do rozumienia rozmiarów hejtu jaki go spotkał. Kibice poczuli się oszukani zdradą deklaracji. Tej z wywiadu w C+, że nigdy nie przejdzie do Legii. Tymi, że czuje się wiślakiem od urodzenia, co wyraża to nawet jego twitterowy nick: @makatsw.

Tak samo na „Dollarummę” spadł deszcz fałszywych dolarów na stadionie Cracovii, nie tylko dlatego że Milan miałby stracić niesamowity talent, który sobie wychował. Ale dlatego, że piłkarz wcześniej całował po dobrych występach herb na koszulce i deklarował, że jego wielkim marzeniem jest zostać kiedyś kapitanem „rossonerich”.

Gdyby nie słowa, że kibicował Milanowi od dziecka (zadebiutował zresztą w Serie A jako 16-latek) i że chce zostać takim symbolem jak Gianluigi Buffon Juventusu, nie byłoby zarzutów o chciwość, przekleństw, grożenia śmiercią (przynajmniej wg agenta Mino Raioli) i szantażu, że „jeśli nie przedłużysz kontraktu, to spędzisz rok na trybunach”.

Pod tym względem wzorem odejścia z klasą z klubu, a jeszcze do drużyny arcy-rywala zawsze będzie dla mnie przejście Roberta Lewandowskiego do Bayernu Monachium, wciąż szanowanego i oklaskiwanego w Dortmundzie.

Robert Lewandowski w Dortmundzie

Dlaczego dla mnie to Probierz jest Trenerem Sezonu Ekstraklasy

Probierz, Magiera, BartoszekW czwartek gościliśmy w redakcji byłe wielkie gwiazdy hiszpańskiego futbolu, Fernando Morientesa i Gazikę Mendietę. Gdy opowiedzieliśmy im jak ciekawą końcówkę sezonu Ekstraklasy właśnie przeżyliśmy, ci aż otworzyli oczy. – Ile drużyn walczyło o tytuł w ostatniej kolejce? – Aż cztery? – I to bezpośrednich meczach? – Ile przyszły mistrz Polski czekał na wynik drugiego meczu, , zagryzając zęby? Siedem?! – dopytywali. Z tego wszystkiego rozłożyli „Przegląd Sportowy” i zaczęli analizować tabelę. – Takie małe różnice, nigdy nie widziałem czegoś podobnego! Ja-gie-lonia Bia-ły-stok, Le-chia – wymawiali z trudem nowe nazwy. Oczy jeszcze szerzej otworzyły im się na wieść o zasadach ESA37 i podziale punktów…

Szok w pełni zrozumiały, bo faktem jednak jest, że dawno nigdzie sezon nie skończył się z większym przytupem. Jedna akcja, jeden gol mógł przesądzić o mistrzostwie i o tym kto zagra w pucharach! Przy okazji dzięki tej dramatycznej końcówce staliśmy się naocznymi świadkami wielkiego triumfu smartfonów nad tzw. desktopami (czyli urządzeń mobilnych nad komputerami – to ostatnio bardzo modny temat wszelkich technologicznych konferencji, w których uczestniczę). A nawet nad telewizją.

Patrząc na całe sektory kibiców Legii, śledzących na telefonach rozwój wydarzeń w Białymstoku dzięki portalowym relacjom live, na tzw. livescorach, czyli aplikacjach wyspecjalizowanych w podawaniu wyników na bieżąco, na Twitterze, wreszcie w aplikacji NC+ Go (jak ja, dzięki uprzejmości internauty, który podrzucił mi kod – jeszcze raz dziękuję) zobaczyliśmy do jakiego urządzenia należy przyszłość.

Jakby tego mało, przytup spotęgowała jeszcze wojna domowa w Lechu, której odsłonę między trenerem Bjelica, a królem strzelców i najlepszym napastnikiem ekstraklasy Marcinem Robakiem obejrzeliśmy na żywo. Oraz kontrowersyjny wybór Trenera Sezonu podczas poniedziałkowej Gali Ekstraklasy.

Ja z całego serca serdecznie gratuluję Maciejowi Bartoszkowi. Cieszę się, że los wynagrodził mu tym tytułem wszystkie upokorzenia jakie przeszedł w karierze. I te świeże i te stare. Patrząc na jego krętą trenerską karierę, która na chwilę zaprowadziła go symbolicznie na wysypisko śmieci, na wszystkie kłody jakie życie rzuciło mu pod nogi za sprawą właścicieli, prezesów i dyrektorów sportowych, trudno mu nie przyklasnąć.

Toteż klaskałem na Gali, gdy wychodził odebrać statuetkę. Zwłaszcza, że szedł na scenę jako trener bezrobotny. Oby nagroda pomogła mu jak najszybciej znaleźć nowy klub. Widać było jednak, że sam jest wyraźnie speszony i zaskoczony werdyktem piłkarzy Ekstraklasy. Czy ich sympatię zjednało mu zwolnienie jeszcze przed zakończeniem sezonu przez nowych właścicieli Korony, a zwłaszcza absurdalna argumentacja tej decyzji? Czy to, że jest dobrym człowiekiem, zdolnym motywatorem, a w jego zespołach zawsze panuje świetna atmosfera?

Oczywiście, że wykonał w Koronie kawał świetnej roboty. Obejmował drużynę rozbitą, na równi pochyłej do spadku. A zostawił na 5. miejscu w tabeli i do tego zdecydowanie najlepszą w rundzie mistrzowskiej z drużyn nie walczących o tytuł. Jednak już sama nominacja Bartoszka do finałowej trójki wywołała zdziwienie. Dlaczego on a nie trener Bjelica, który podniósł z kolan Lecha, a choć przegrał najważniejszy mecz w sezonie w finale Pucharu Polski, to wszak jego zespół do końca walczył o tytuł. A Bartoszek z Koroną mimo „dobrego wrażenia artystycznego” na koniec sezonu zanotował więcej porażek (10) niż zwycięstw (9).

Sam szukając Trenera Sezonu wybierałbym między Jackiem Magierą a Michałem Probierzem. I choć długo byłem zdania, że powinni byli wygrać ex equo, ostatecznie wyróżniłbym jednak trenera Jagielloni. Po pierwsze dlatego, że nagradzamy za ekstraklasę, więc choć doceniam remis z Realem Madryt, wygrana ze Sportingiem Lizbona, trzecie miejsce w grupie Ligi Mistrzów i awans do Ligi Europy, to tu nie mają znaczenia. Magiera i tak zgarnął najważniejsze trofeum czyli mistrzostwo Polski. Niech zgarnie i tytuł Trenera Roku.

Za Ekstraklasę Probierz zasłużył sobie nie tylko historycznie wysokim miejscem Jagielloni. Ale także właśnie okolicznościami w jakich został wyłoniony mistrz Polski. Za te siedem minut udręki jakie zgotował Legii, która mimo wszystkich dotychczasowych zwycięstw i imponująco skutecznej pogoni w tabeli, na siedem minut stała się bezradna, zależna od tego czy Jadze się uda czy nie uda…

A także za wyciśnięcie najwięcej z najsłabszej kadrowo drużyny finałowej czwórki. To jest znak prawdziwej roboty trenera. Owszem, chwała Magierze za sklejenie drużyny znajdującą się w fazie rozpadu w broniącego tytułu mistrza. Za przywrócenie piłkarzom radości gry i wykorzystanie ich potencjału, czego nie umiał Besnik Hasi.

Probierz wycisnął ze swoich 120 procent. I niech nam tego nie przesłoni jego momentami irytujący styl bycia, szukanie wymówek czy tricki jak… serpentyny. To także jedyny trener Ekstraklasy, który znalazł sposób na powstrzymanie Piłkarza Sezonu, Vadisa Odidję Ofoe. Sposób, który wielu zniesmaczył, ale jedyny skuteczny. Dzięki któremu Jagiellonia walczyła o tytuł do ostatniej minuty sezonu. I siedem minut dłużej.

Feta Jagielloni Białystok po wicemistrzostwie

Ekstraklasa. Za co powinniśmy podziękować Arce

Arka Gdynia. Puchar Polski. Okładka Przeglądu Sportowego

Chwała Arce nie tylko za dopisanie kolejnego rozdziału do Księgi Futbolowych Bajek z 1001 Meczów, w których słabszy i biedniejszy pokonuje wbrew logice silniejszego (wszak Lech to statystycznie najlepsza drużyna w 2017 roku, a Arka… najgorsza). Ale i za to, że dzięki niespodziewanemu triumfowi piłkarzy trenera Ojrzyńskiego (i Nicińskiego) i tak ciekawa końcówka ekstraklasy zrobi się jeszcze ciekawsza. Oto bowiem przestała istnieć „wielka czwórka”, czyli grupa drużyn, które bez względu na to jakie ostatecznie zajmą miejsca w tabeli i tak zagrają w europejskich pucharach. Koniec komfortu! Czwarte miejsce stało się paląco bezwartościowe. Klub, który jej zajmie, śmiało będzie mógł podsumować sezon jako katastrofalny. Jagiellonia, bo skończyła rundę zasadniczą jako lider. Legia, bo raz że dla mistrza Polski byłby to wstyd, a jeszcze budżetu nie zasiliły pieniądze nawet Ligi Europy. Lech, bo przecież miał „podwójną koronę” na wyciągnięcie ręki. Wreszcie Lechia, w której aspiracje nie dość że były o niebo wyższe, to jeszcze poczucie klęski zwiekszyłaby świadomość, że pośrednio zadał ją rywal zza między. W którymś z klubów na koniec sezonu rozlegnie się więc zgrzytanie zębów i walenie pięścią w stół. Stąd ich determinacja w sześciu ostatnich meczach powinna być jeszcze większa, a bezpośrednie mecze jeszcze bardziej zacięte. Dla kibiców to znakomita wiadomość. Dzięki, Arko!

Mistrzowska feta Legii! (360 stopni)

Legia mistrzem PolskiOstatni mecz Legii Warszawa w sezonie – z Pogonią Szczecin – mecz, który miał (musiał!) zapewnić jej tytuł mistrzowski na 100-lecie klubu postanowiłem obejrzeć zza linii bocznej boiska. Normalnie wraz z resztą dziennikarzy siedziałbym wysoko na trybunach, ale miałem przeczucie, że zdarzyć się coś wyjątkowego, co najlepiej będzie oglądać z dołu, z miejsca między ławkami trenerskimi. Nie miałem pojęcia, że znajdę się na murawie wraz… z resztą kibiców, którzy zbiegną z trybun na dekorację nowych mistrzów…

W przeciwieństwie do nich nie musiałem łamać prawa. Miałem doskonały pretekst, żeby zostać na płycie, ponieważ tuż przed spotkaniem wraz z Joasią wręczyliśmy kontuzjowanemu Aleksandarovi Prijovićowi nagrodę dla Piłkarza Kwietnia. Choć zegarek od sponsora Ekstralasy to piękne cacko, Szwajcar z uwięzionym w plastikowym opatrunku złamanym łokciem stwierdził, że oddałby go i wiele więcej byle tylko móc zagrać w tym meczu.

Aleksandar Prijović z narodą Piłkarza Kwietnia w EkstraklasieSpotkanie poprzedził tradycyjny hymn Legii, „Sen o Warszawie” Niemena, wyśpiewany przez wszystkie gardła, który stał się już tym czym „You’ll Never Walk Alone” na Anfield przed meczami Liverpoolu. Po raz kolejny wypróbowałem kamerę 360 stopni, żeby ten kto ma oculusa mógł poczuć się jakby był na miejscu, a i na You Tubie (w lewym górnym rogu są pokrętła to wybrania takiego ujęcia jakie chcecie).


Nagrane Samsung Gear 360

Legia podstawiła przegrywając poprzedni mecz w Gdańsku postawiła się pod ścianą. Musiała pokonać Pogoń, a gdyby się nie udało, liczyć że jej jedyny konkurent do tytułu, Piast straci punkty z Zagłębiem Lubin. Toteż śledząc poczynania na Łazienkowskiej jednym okiem zerkaliśmy na tablecie co tam w Gliwicach. Gospodarze szybko strzelili bramkę, ale nie zmniejszyło to nerwówki. Trener Stanisław Czerczesow był tak spięty, że nawet nie spojrzał po golu na świętowanie piłkarzy z ławki i na murawie.

Stanisław CzerczesowZ kolei trener gości Czesław Michniewicz, choć Pogoń nie walczyła już o nic, szalał za linią motywując zawodników do walki i pokrzykując na sędziego technicznego. Goście wiedzieli, że mecz ogląda cała Polska, chcieli się pokazać, sprawić niespodziankę…

Mistrzowska oprawa Legii

Gdy rozniosło się, że Piast przegrywa z Zagłębiem, kibice odpalili mistrzowską oprawę, która na chwilę przykryła dymem murawę i mecz został przerwany na parę minut. Tymczasem Leginości kolejnymi golami przypieczętowali tytuł i rezerwowi na ławce nie mogli już wytrzymać, miętosząc w rękach przygotowane butelki z szampanem…

Ondrej Duda z szampanemTuż przed końcem cały stadion zdążył jeszcze oklaskać na stojąco Marka Saganowskiego. 37-letni ulubieniec publiczności, ceniącej go i za skuteczność i za charakter po raz ostatni wybiegł na boisko w koszulce Legii, żegnając się i z kibicami przy Łazienkowskiej i z karierą. Najprawdopodobniej rozpocznie teraz karierę trenera młodzieży.

Saganowski ostatni raz w barwach LegiiW końcu rozbrzmiał ostatni gwizdek. Po krótkiej celebracji na murawie, wniesiono dekoracje, ustawiono niebieski dywan z tunelu dla mistrzów, warta honorowa złożona z żołnierzy Jednostki Reprezentacyjnej wniosła trofeum i… scenę i dywan ze wszystkich stron otoczyli kibice, w każdym wieku od dzieciaków po sędziwe głowy rodziny. Wywoływani z tuneli zawodnicy mistrza Polski musieli przedzierać się przez tłum, przybijając po drodze „piątki” lasowi rąk. Jeśli chcecie zanurzyć się w tym tłumie, to proszę bardzo, nagrałem cały ten pozytywny chaos kamerą 360 stopni z samego środka…


Nagrane Samsung Gear 360

A potem poleciały w górę konfetti i feta wraz z autokarem z mistrzami Polski przeniosła się do centrum Warszawy…

Mistrzowska feta Legii

Karanie dziennikarzy to oznaka słabości klubu

Zabrane akredytacjeProtest przeciwko postępowaniu Termaliki i Wisły wobec dziennikarzy

Stanowczo sprzeciwiamy się powtarzającym się praktykom ograniczania nam
swobody pracy i wypowiedzi przez kluby biorące udział w rozgrywkach Ekstraklasy.
W grudniu 2015 r. Termalica Bruk-Bet Nieciecza – bez podania jakiejkolwiek przyczyny – odebrała akredytację prasową red. Mateuszowi Midze z „Przeglądu Sportowego”, a następnie Wisła Kraków SA tak samo postąpiła wobec red. Piotra Jawora z Interii.pl. W tym drugim przypadku decyzja została podjęta po tym, jak portal opublikował tekst na temat częstych zmian trenerów za kadencji Bogusława Cupiała.
Obydwa przypadki to bezceremonialne próby stępienia dziennikarskich piór i ograniczenia dostępu do miejsc pracy, jakim są dla nas stadiony podczas meczów piłkarskich. To zarazem oznacza ograniczenie prawa do informacji dla kibiców, którzy czerpią wiedzę na temat przebiegu rozgrywek z materiałów zamieszczonych na łamach prasy i w Internecie.
Nie zgadzamy się na takie postępowanie właścicieli klubów. Przypominamy, że to nie oni, ale Ekstraklasa SA jest organizatorem rozgrywek, na które zostały odebrane akredytacje wspomnianym dziennikarzom.
Zwracamy uwagę na fakt, że Prawo Prasowe daje każdemu, w tym także właścicielom i władzom klubów sportowych, wiele możliwości zabiegania o swoje
dobre imię i interesy, jeżeli uważają, że zostały one naruszone poprzez nasze publikacje. Zakaz wstępu na stadion nie mieści się w tym kanonie.

Marian Kmita – szef sportu w Polsacie, redaktor naczelny Polsatsport.pl
Michał Pol – redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” i „Onet Sport”
Krzysztof Kawa – szef działu sportowego „Dziennika Polskiego” i „Gazety Krakowskiej”
Andrzej Klemba – kierownik działu sportowego „Gazety Wyborczej Kraków”
Michał Białoński – szef działu sportowego Interia.pl
Piotr Koźmiński – „Super Express”,
Michał Okoński – dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, komentator Sport.pl
Krzysztof Stanowski – publicysta „Weszło.com” i „Przeglądu Sportowego”
Michał Kołodziejczyk – redaktor naczelny serwisu WP SportoweFakty
Mateusz Borek – komentator i moderator Polsatu
Łukasz Cegliński – kierownik działu sportowego „Gazety Wyborczej”
Rafał Stec, „Gazeta Wyborcza”
Jerzy Chromik – dziennikarz TVP Sport
Robert Feluś, redaktor naczelny „Faktu”

Karanie dziennikarzy to oznaka słabości klubu

Odebranie dziennikarzowi akredytacji na mecz to zawsze oznaka słabości klubu, chaosu w zarządzaniu (zwykle kryzysowym, bo przecież gdy w klubie dzieje się dobrze, dziennikarz nie ma powodu by podpaść) i braku zrozumienia jak funkcjonuje ten biznes. Szykanowanie mediów, złośliwe utrudnianie pracy dziennikarzom nigdy nie jest dobrym pomysłem. Wiedzą o tym doskonale politycy, Henry Kissinger powiedział kiedyś, że „polityk, który idzie na wojnę z mediami, ma prawo napisać na swej wizytówce jedno słowo: idiota”. Toteż nawet nasi politycy nie domagają się odebrania sejmowej akredytacji dziennikarzowi tej czy tamtej stacji lub gazety, choć przecież ich reportaże i artykuły irytują ich codziennie. Mogą odmówić przyjścia do programu czy udzielenia wywiadu, ale przeważnie nie utrudniają wykonywania pracy.

Dotyczy to również i ludzi sportu na pewnym poziomie. Np Sir Alex Ferguson mógł przez kilkanaście lat bojkotować BBC, wściekły za reportaż o transferowych przekrętach swego syna, agenta, ale nie przyszło mu do głowy odebrać stacji akredytacji na Old Trafford, choć miał tam pełnię władzy. Pewnych rzeczy profesjonalistom po prostu nie wypada. Szlachectwo zobowiązuje.

Odebranie akredytacji to utrudnienie pracy dziennikarzowi oraz dyskretna sugestia jego pracodawcy: z nim się nie da współpracować, więc może… W mediach społecznościowych część kibiców szydziła, że ujęliśmy się za kolegami, żeby mogli sobie wchodzić za darmo na mecze, ale oczywiście chodzi o coś więcej. Redakcja może kupić dziennikarzowi bilet na mecz, może on go sobie obejrzeć w telewizji i napisać relację, akredytacja pozwala mu porozmawiać z zawodnikami po meczu, wysłuchać konferencji  prasową trenerów obu drużyn (druga drużyna może nie bojkotować rzeczonego dziennikarza, dlaczego więc i ona jest karana brakiem możliwości wypowiedzenia się w jego mediach?), napisać i nadać tekst z biura prasowego.

Ze smutkiem przyjąłem to jak Wisła Kraków potraktowała Piotra Jawora z Interii.pl. My sami od grudnia borykamy się ze skasowaniem akredytacji Mateusza Migi przez klub z Niecieczy. Z dnia na dzień, bez słowa wyjaśnienia powodów dziennikarzowi czy szefostwu redakcji, szast prast. Bo mogą.

Ktoś żartował, że właścicieli zirytował artykuł o nowym stadionie i informacja, że dach nie chroni wszystkich kibiców. Nie mogą przeboleć, że dziennikarz nie napisał czegoś w stylu „nieprawda, że dach przeciekał, zwłaszcza że wcale nie padało”. Mateusz ma utrudnioną robotę, ale nie pęka, dalej pisze rzetelnie i prawdziwe o klubie z Niecieczy jak pisał. O sprawie wie Ekstraklasa, która z tego co słyszę stara się wypracować z klubami rozwiązanie w takich sytuacjach na przyszłość. I bardzo dobrze.

Co jednak nie dziwi w przypadku nuworysza w Ekstraklasie, który na piłkarskich salonach elity zachowuje się jak – nomen omen – słoń w składzie porcelany, załamuje w przypadku Wisły, 13-krotnego mistrza Polski, który powinien wyznaczać standardy profesjonalizmu.

Zwłaszcza że sam prezes klubu Piotr Dunin-Suligostowski wyjawił powody odebrania akredytacji, publicznie wytykając redaktorowi Jaworowi „postawienie w szalenie negatywnym świetle właściciela klubu (…) jako niemal czarną figurę polskiej piłki (…) Bogusław Cupiał, któremu wszyscy tak wiele zawdzięczamy, nie zasługuje na tego typu opinie”. Jawor ważył się napisać, że za czasów Cupiała przez Wisłę przewinęło się ponad 20 trenerów…

Ręce opadają. Wisła, która musi wygrzebać się z kryzysu sportowego i wizerunkowego po sprawie Cierzniaka, nadszarpuje swój wizerunek jeszcze bardziej. I to rękami prezesa, który broniąc Cupiała z zapałem i wdziękiem trenera Jarząbka oddaje mu niedźwiedzią przysługę. Gdyby podobne podejście wyznawali w Realu Madryt, Manchesterze United czy Chelsea trybuny prasowe świeciłyby tam pustkami.

Radość z tego ma tylko grono prymitywów, które cieszą się, że „wreszcie doj… pismakom”. Ale są też kibice Wisły, którzy w prywatnych wiadomościach przepraszają za klub, czują żenę i tęsknią za dawnymi pięknymi czasami.

Po aferze Legia – Jagiellonia: wszyscy jesteśmy pokaleczeni

Polskiej piłce nie mogło się przydarzyć nic gorszego od feralnej końcówki meczu Legia – Jagiellonia. Błąd sędziego Pawła Gila – bo nie wierzę by ani on ani inni arbitrzy mieli świadomie sprzyjać gospodarzom – niezasłużenie cofnął Ekstraklasę wizerunkowo w paskudne czasy oskarżeń i podejrzliwości. Obawiam się, że wydarzenia z 98. minuty i to co nastąpiło po nich długo będzie odbijać się czkawką nam wszystkim, bo poszkodowani w środowy wieczór zostali nie tylko goście z Białegostoku, ale także Legia i całe środowisko.

Wielka szkoda dla wszystkich, że Bartłomiej Drągowski nie obronił 98. minucie karnego Orlando Sa, choć był tego tak bliski. Trudno dziwić się wściekłości zawodników i trenera Jagiellonii, którzy po ostatnim gwizdku mieli prawo czuć się oszukani i nie zdołali zapanować nad emocjami, rzucając przekleństwa przed kamerą NC+ i pytając w drodze do szatni „to po co trenować?” Oczywiście nic nie usprawiedliwia pokazywania środkowych palców kibicom Legii przez bramkarza gości ani incydentu z kopnięciem mikrofonu przez jednego z piłkarzy Jagiellonii w rzeczniczkę rywala – dobrze przynajmniej ta ostatnia została przeproszona. Ale też żadnemu piłkarzowi nie życzę, żeby w takich okolicznościach pożegnali się z walką o tytuł, a przecież taki jest skutek porażki białostoczan w Warszawie.

Szkoda Legii, która na początku sezonu zyskała tyle uznania nie tylko u własnych kibiców akcją #letfootballwin. W środę futbol zdecydowanie przegrał na Łazienkowskiej, ale przecież nie z winy piłkarzy (właściwie można mieć do nich pretensje tylko o to, że nie zdołali rozstrzygnąć spotkania wcześniej i w efekcie skorzystali na karnym z kapelusza). Jeśli zdobędzie tytuł, reszta Ekstraklasy jej tego nie wybaczy i przez lata będzie wypominać okoliczności triumfu. Jeśli mistrzem nie zostanie, satysfakcja kibiców rywali i szydera będą olbrzymie jak nigdy.

„Piłkarski Smoleńsk” – podsumował na Twitterze dosadnie Tomasz Smokowski, komentator NC+. Zaznaczając, że oczywiście nie chodzi mu o skalę wydarzenia – bo ta jest nieporównywalna do narodowej tragedii – ale fakt, że decyzje sędziego „zantagonizują i tak zantagonizowane grupy kibiców”. Dzieląc – jak rozumiem – tym razem kibiców futbolu na dwa zwaśnione plemiona. – Takie zdarzenia dzielą i psują atmosferę. Ci, którzy wrzeszczą o pomocy Legii, właśnie dostali pożywkę dla swych teorii – dodał Smokowski.
Teorii podsycanych i tym, że nie dalej jak w meczu poprzedniej kolejki ze Śląskiem we Wrocławiu sędzia ewidentnie pomógł Legii, uznając jej gola mimo że Sa faulował w polu karnym Piotra Celebana. Tamta pomyłka nie odbiła się w całej Polsce takim rezonansem być może dlatego, że miała miejsce w 20. a nie 98. minucie, ale dziś wraca jako potwierdzenie spiskowej teorii, że to sędziowie, a wraz z nimi PZPN (chwilowo jeszcze nie padły nazwy UEFA i UNICEF).

Rozmiar hejtu jaki rozlał się w mediach społecznościowych – na Twitterze, Facebooku, w komentarzach pod artykułami na portalach – pod adresem sędziów, Legii, właścicieli klubu, PZPN, mediów w pełni potwierdza obawy Smokowskiego. Absurd goni absurd, a ilość teorii i koncepcji kto kogo opłaca, kto się z kim na co umówił itd daje wyobrażenie jak wyglądałyby social media, gdyby istniały w czasach „Fryzjera”.
W tej sytuacji żal i sędziego Gil, sprawcy zamieszania, mógł stać się bohaterem spotkania. Pierwotnie przecież nie planował podyktować karnego, najwyraźniej widząc, że po pierwsze obrońca Jagiellonii nie blokował rozmyślnie podania ręką, a po drugie i tak trafiła ona do Legionisty, który oddał strzał na bramkę. Chwilę wcześniej słusznie uznał, że Bartosz Bereszyński nie faulował w polu karnym na Przemysła Frankowskiego. Gdyby w 98. minucie od lat oskarżany – słusznie czy niesłusznie – o sprzyjanie Legii arbiter oparł się podyktowania dla niej karnego, wykazał asertywność, wytrzymał presję i nie uległ szatańskiemu podszeptowi liniowego, zyskałby szacunek na lata.

Oliwy do ognia dolała informacja, do której „Przegląd Sportowy” dotarł tuż po meczu, że w tak istotnym spotkaniu dla walki o tytuł asystentem liniowym był arbiter, który w ubiegłym miesiącu nie zaliczył testów wytrzymałościowych, co dodatkowo kompromituje środowisko sędziowskie.
Gil i jego asystent zostali poddani socialmediowemu linczowi, z jakim spotykali się ostatnio wyłącznie kandydaci na Prezydenta. To rozdrażnienie i radykalizm kibiców składam zresztą na karb kampanii wyborczej, liczne faule z obu stron i oburzenie jakie politycy wzbudzili w Polakach.
Wydarzenia na Łazienkowskiej zepsuły radość z emocjonującej końcówki Ekstraklasy nam wszystkim. Wszyscy wyjdziemy z tych złych emocji pokaleczeni.

Wsadzili Warzychę na słupa

Nie mam pojęcia czy Robert Warzycha okaże się dobrym trenerem Górnika Zabrze, a jego amerykańskie metody pracy – objawieniem w Ekstraklasie. Z USA dobiegają skrajne oceny jego kompetencji. Jedni piłkarze krytykowali go za taktykę czy bezsensowne zmianie im pozycji, inni chwalili za profesjonalne podejście i żelazną dyscyplinę, która w swoim czasie zaowocowała rozbiciem „grupy bankietowej” w Columbus Crew. Brzmi jak amerykańska wersja Adama Nawałki.Wg Matiego Borka ogarnia Ekstraklasę, ale nawet gdyby wszystkich piłkarzy Górnika pierwszy raz zobaczył na oczy, podobnie jak resztę drużyn, nie musi to być wcale wada, jak pokazuje przykład Jana Kociana.

Niestety długo przyjdzie nam poczekać by się przekonać jak sobie poradzi. To kuriozum, że trener z dziesięcioletnim stażem pracy w najlepszym klubie w USA nie może po prostu usiąść na ławce trenerskiej w polskiej lidze, ale musi przechodzić kurs w szkole, której raczej powinna go zaprosić w roli wykładowcy. A jego Górnik zmuszony jest zatrudnić w upokarzającej roli „słupa” doświadczonego Józefa Dankowskiego, by mieć kogo wpisywać do protokołu. Szkoda, że nie dało się przyznać mu choćby licencji tymczasowej, jak w swoim czasie Tomaszowi Hajto, by nie utrzymywać fikcji. Zawsze uważałem, że byli wybitni reprezentanci Polski lub tak doświadczeni trenerzy jak Warzycha powinni mieć możliwość przebycia specjalnej szybkiej ścieżki po niezbędne papiery. Aż dziw, że to UEFA wymusza na klubie Ekstraklasy żenującą sytuację, nie godząc się respektować jego amerykańskiej licencji, a nie jakiś rodzimy „leśny dziadek”, który zaplątał się gdzieś w strukturach Zespołu Kształcenia i Licencjonowania Trenerów PZPN.

Cała Polska w cieniu Śląska

W przypadku Legii możemy chyba stwierdzić z całą pewnością, że szklanka jest nie do połowy, ale w całości pusta…

Koniec niesamowitego, przedziwnego sezonu Ekstraklasy, w którym WSZYSCY kandydaci do tytułu robili WSZYSTKO, żeby nie zdobyć mistrzostwa. Legia, która w tej rundzie pokonała mistrza Polski 4:0 i wicemistrzem 2:0, ale później narozdawała punktów słabiakom, która przed rundą wiosenną pozbyła się trzech kluczowych piłkarzy, sprowadzając w ich miejsce szrot, przejdzie do historii. Co prawda trener Maciej Skorża mówił na konferencji, że jak opadną negatywne emocje rozczarowania, to wszyscy przyznają, że ten sezon nie był taki zły, wiele było emocji pozytywnych – Puchar Polski i świetne mecze w Lidze Europejskiej, które nabiły punkty w rankingu UEFA, ale myślę, że szybko nie opadną i będziemy wypominać latami ten frajersko przegrany sezon, tak jak mecz z Widzewem z 1997 roku… 

Serdecznie gratuluję Śląskowi pierwszego mistrzostwa od 35 lat! A zwłaszcza trenerowi Orestowi Lenczykowi, który jakby na rządowe zamówienie udowadnia, że granicę wieku emerytalnego spokojnie możemy przesunąć daleko za 70! Ta drużyna to jego autorski projekt, który co trzeba przyznać nie raz w sezonie się zacinał: z pierwszych siedmiu meczów na wiosnę wygrał tylko jeden, na wyjeździe też tylko jeden – ten właśnie decydujący z Wisłą, tracił głupie gole i punkty w końcówkach z Widzewem i Podbeskidziem, klub omal nie zbankrutował, piłkarze nie mieli płaconych premii, do mediów wyciekło, co trener myśli o każdym z nich, chemia między szkoleniowcem a zawodnikami się ulotniła. Szczęśliwie jednak dla WKS inni okazali się jeszcze większymi łamagami i mieli ze sobą jeszcze większe kłopoty. Śląsk został najlepszą drużyną wśród słabych. Ale kto to będzie pamiętał za rok, dwa i później. Tytuł jest tytuł, sztuka jest sztuka.

Jeśli miałbym wskazać dwóch najlepszych piłkarzy sezonu u mistrza to byliby to Sebastian Mila (cztery asysty w ostatnich dwóch meczach, w tym ostatnia, dająca mistrzostwo – uwziął się Seba na Franza Smudę, czy co?;) i Marian Kelemen. Brawo i powodzenia w Lidze Mistrzów! Oby taka radość, jak na filmiku poniże zapanowała po 3. rundzie eliminacji Champions League. Nie wiem jak będzie wówczas wyglądać drużyna Śląska, ale stadion zdecydowanie będzie dawał radę wśród najlepszych…

Krakowski rynek: Śląsk i Wisła! Wspólna radość kibiców (TVN24)

Fakt, że ani jeden zawodnik mistrza Polski nie znalazł się w kadrze na Euro 2012 (ani nawet na liście rezerwowych) aż tak mnie nie bulwersuj, bo Śląsk to mistrz bez gwiazd, to drużyna jest tu gwiazdą. Piłkarze Lenczyka nie olśnili w europejskich pucharach jak np. młodzi zawodnicy Legii (bo tylko meczami z Rapidem Bukareszt czy Spartakiem Moskwa tłumaczę sobie obecność na liście Michała Kucharczyka). Inna rzecz, że trener Franciszek Smuda nie może powołać Kelemena, który zdecydowanie by się nadawał. W przeciwieństwie do futbolu amerykańskiego, nie da się też wprowadzać z ławki zawodników na konkretne akcje, gdyby tak było, na każdy stały fragment gry pod bramką rywala spokojnie można by wpuszczać Milę i Przemysława Kaźmierczaka, którzy doskonale się rozumieją (tylko w dwóch ostatnich meczach Mila zanotował aż cztery asysty, w tym tę, która dała drużynie mistrzostwo – uwziął się na Franza, czy co?). Przydaliby się tym bardziej, że kadra jak wiadomo, stałych fragmentów kompletnie nie ćwiczy…

Odkryciem sezonu Rafał Wolski i to jedyna pociecha dla Legii. Zasłużenie znalazł się w kadrze na Euro 2012 (oby z niej nie wypadł w feralnej trójce) i mam nadzieję, że nie dlatego, że jest młody i ma się oswajać z wielkim turniejem na przyszłość, bo nie takie powinny być cele selekcjonera przed najważniejszym turniejem w historii Polski…