Jeßień średniowiecza: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy

Trauma BrazyliiNie żałuję, że wróciłem z mundialu odrobinę wcześniej i nie misze patrzeć z bliska na traumę kibiców gospodarzy turnieju, czyli wszystkich Brazylijczyków, bo jak wiadomo każdy z nich jest kibicem i selekcjonerem w jednym. Nie mogła doznać gorszego upokorzenia ta najbardziej szalona na punkcie piłki nacja świata, która z futbolu uczyniła prawdziwą religię. W bardziej spektakularny sposób ich marzenia o zadośćuczynieniu za „maracanazę”, porażkę w finale mundialu na Maracanie z Urugwajem z 1950 nie mogły zostać wyrzucone na śmietnik. Ta porażka to zdecydowanie największa i najbardziej okrutna klęska – nie Brazylii – ale w ogóle kogokolwiek w historii mistrzostw świata. 0:5 po pół godzinie gry w półfinale mundialu? Szkolne błędy kosztującego 50 milionów euro Davida Luiza i jego kolegów, przez które z dziewięciu celnych niemieckich strzałów aż siedem ląduje w siatce? Wszystko przed własną publicznością, tą w Belo Horizonte i całą, 200 milionową przed telewizorami w każdym zakamarku Brazylii, od lanserskiej Copacabany po najbardziej mroczne zaułki faweli. Hańba ostateczna.

Jeśli trauma po „maracanazie” trwa do dziś, już 64 lata, w trakcie których, jak pisze w książce „Futebol” Alex Bellos Brazylijczycy częściej ją rozdrapują i piszą o niej książki niż celebrują którykolwiek z pięciu mistrzowskich tytułów, to ile potrwa terapia po niemieckiej jeßieni średniowiecza? Odpowiedź brzmi: tej traumy Brazylijczycy nie wyleczą nigdy. Ani żadne z żyjących pokoleń, ani te które dopiero nadejdą. Choćby Canarinhos w tym samym składzie, z ty samym trenerem zdobyli za cztery lata w Moskwie mistrzostwo świata, nie spłacą długów, nie zrekompensują łez i rozdartych dusz milionom rodaków. Czeka ich wieczne potępienie. Trener Luis Felipe Scolari na zawsze przestanie być selekcjonerem mistrzów z 2002 roku, a stanie współwinnym największej klęski. Tego, że porażkę pięciokrotnych mistrzów świata z Niemcami będzie się odtąd wymieniać jednym tchem z laniami największych mundialowych zakał jak Haiti (0:7 z Polską), Arabia Saudyjska (0:8 z Niemcami) czy Zair (0:9 z Jugosławią).

Trauma BrazyliiKlęska Brazylii wisiała w powietrzu jeszcze przed rozpoczęciem mundialu i właściwie po każdym meczu (oprócz oczywistego zwycięstwa z Kamerunem) kibice Canarinhos bardziej oddychali z ulgą, że dało się jej uniknąć niż cieszyli się z efektownego sukcesu i pełni nadziei czekali następnego rywala. Po zwycięstwie z Chorwacją dzięki wsparciu arbitra (sami kibice przyznawali mi, że oj tam, no pomógł, ale to przywilej gospodarza), po remisie z Meksykiem były już olbrzymie wątpliwości czy tej ekipie uda się dotrzeć do finału. Po marginalnym zwycięstwie z Chile były, słuszne jak widać, łzy ulgi i gesty wdzięczności w kierunku niebios. Karnawał wciąż przedłużano. Po zwycięstwie z Kolumbią radość, że drużyna wreszcie zagrała przekonująco, choć brzydko i najbardziej brutalnie od 1966 (31 fauli), szybko przytłumił strach o brak Neymara, talizmnu Canarinhos, najbardziej kreatywnego piłkarza i jedynego łącznika z ideą joga bonito. Ale czy obecność gracza Barcelony, choćby w najlepszej formie w jakikolwiek sposób powstrzymałaby niedzielną klęskę? Wątpię. To nie charyzmatyczny lider, który nie pozwoliłby opuścić kolegom głów po trzeciej bramce i stracić kolejną bezpośrednio po wznowieniu. Który po błędzie Davida Luiza przy pierwszym golu, ogarnąłby defensywę, by się kompletnie nie posypała, jak to miało miejsce. Jeśli kogoś zabrakło to przede wszystkim kapitana Thiago Silvy. I nie dlatego, że fatalnie zagrał zastępujący go Dante, ale przez chaos jaki wprowadził w organizację gry zastępujący go w roli kierownika David Luiz.

David Luiz kaja się we łzachŻal mi niezwykle tego piłkarza, bez którego goli i pozytywnego zaangażowania Brazylia odpadła by dużo wcześniej. Jego łzy i czerwone oczy po meczu były poruszające, nie zdziwię się jednak jeśli zawiśnie w Brazylii na krzyżu. Żal mi i Freda, którego z pewnością też to czeka. Ba, urośnie zapewne do symbolu brazylijskiej niemocy na mundialu we własnym kraju, przez cały turniej wypominano mu wszak, że żaden z niego Romario, Ronaldo czy choćby Bebeto. Jaki inny los czeka jego i pozostałych współwinnych, skoro znakomitemu bramkarzowi Barbosie, kozłowi ofiarnemu finałowej klęski z Urugwajem z 1950 roku rodacy nie przebaczyli nigdy, skazując na wieczne potępienie i śmierć umarł w nędzy. Czasy się zmieniły i akurat nędza im nie grozi. Ale potępienie w kraju futbolowej religii dziś w czasach wszędobylskiej telewizji, brukowców i internetu może być jeszcze trudniejsze do wytrzymania.

Dziś dusza każdego piłkarza Brazylii i każdego brazylijskiego kibica wygląda tak jak wnętrze tego autobusu, spalonego na ulicach Sao Paolo tuż po meczu z Niemcami…

Dusza Brazylijczyka