Dlaczego Messi z Ronaldo kiwają fiskusa?

Leo Messi i Cristiano RonaldoCiekaw jestem czy po świecie rozniesie się o inicjatywie kibiców Górnika Zabrze, którzy przebadali wykrywaczem kłamstw Adama Dancha, by zweryfikować plotki, że obstawiał u bukmacherów porażki własnej drużyny. Zawodnik skwapliwie zgodził się na badanie (ciekawe jakie byłyby konsekwencje odmowy?), wariograf wykazał czystość jego intencji, słowem atmosfera została oczyszczona. Może i pozostał lekki niesmak, ale nie uważają tak kibice Górnika, którzy w oświadczeniu podziękowali Danchowi za grę w barwach klubu.

Wariograf mógłby zakończyć wiele wątpliwości w świecie futbolu. Np. badaniu na okoliczność niezapłaconych podatków mogliby się poddać Cristiano Ronaldo czy w swoim czasie Leo Messi. Poprzestają na zapewnieniach o niewinności, ale na wszelki wypadek spłacają fiskusowi zaległe kwoty z odsetkami, żeby oddalić widmo więzienia.

W przypadku Argentyńczyka poskutkowało to tym, że hiszpański sąd skazując go na 21 miesięcy więzienia za ukrycie 4,16 mln euro z tytułu praw do wizerunku, zawiesił wykonanie kary. Jak skończy się sprawa Ronaldo, który zdaniem prokuratury ukrył 14,7 mln euro, przekazując prawa do wizerunku firmie z Wysp Dziewiczych, czyli najlepszego raju podatkowego na świecie, dopiero się dowiemy. Nie nastawiałbym się jednak, że zobaczymy Portugalczyka za kratami.

Dlaczego dwaj najlepiej zarabiający piłkarze świata (obaj z pierwszej piątki najlepiej zarabiających sportowców świata wg miesięcznika „Forbes”), słynący z akcji charytatywnych, zachachmęcili parę marnych (jeśli spojrzeć na ich zarobki) milionów? Po co ryzykowali nadszarpując swój tak cenny przecież wizerunek? Mało im? Przecież ciężko o większego krezusa niż piłkarz?

Nie tylko oni zresztą. Skazani za podobne oszustwa skarbowe wobec hiszpańskiego fiskusa zostali m.in. Javier Mascherano, Alexis Sanchez, Xabi Alonso, Angel di Maria czy Radamel Falcao. Pod lupą prokuratury właśnie znalazł się Jose Mourinho, który w okresie gdy trenował Real Madryt miał nie zgłosić 3,3 mln euro. Następni w kolejce czekają jego byli piłkarze Pepe i Fábio Coentrao. Dlaczego podobne skandale nie są udziałem gwiazd futbolu z Premier League czy Serie A, ale właśnie z La Liga?

Zwróciłem się z prośbą o konsultacje do profesora Roberta Gwiazdowskiego, eksperta w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, którego ekonomiczne opinie bardzo sobie cenię. A przy okazji wielkiego kibica futbolu. Żartem odparł, że na miejscu Messiego i Ronaldo zacząłby od zwolnienia doradców podatkowych, ponieważ wybrali bardzo toporne metody. Istnieją dużo bardziej subtelne i skuteczne, z których korzysta finansowa elita świata.

„Dlaczego Hiszpania? Po pierwsze tamtejsze organy ścigania znane są z gry pod publiczkę i ścigania ludzi ze świecznika, jak żadne inne na świecie. Są arbitrzy piłkarscy, którzy stawiają sobie za cel ukaranie kartką wielkiej gwiazdę, sędziowie w Hiszpanii chcą zniszczyć Messiego czy Ronaldo jak zabójca Jessie Jamesa, który strzelił mu w plecy żeby przejść do historii” – mówi.

Finansowe tricki do jakich uciekają się gwiazdy La Liga wynikają zdaniem Gwiazdowskiego z tego, że owszem, zarabiają oni najwięcej, ale też najwięcej muszą oddać fiskusowi, co u każdego rodzi niechęć.

„Różne podatki mają różne konsekwencje” mówi. „Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, obecnie zaś jest przyczyną upadku centrów wielu miast w USA. Złe podatki były też przyczyną „tej osobliwej łatwości, z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy” – jak pisał Monteskiusz. „W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”

Futbol też coś o tym wie. „W swoim czasie przecież to nie ilość dni słonecznych w roku tylko reforma podatków dla najbogatszych premiera Gordona Browna spowodowały, że Ronaldo przeniósł się z Manchesteru do Madrytu, gdzie obowiązywało tzw. „prawo Beckhama”, czyli linowy podatek dochodowy od nie-rezydentów w wysokości 24%”.

I przypomina zdarzenie z naszego podwórka, gdy okazało się że dwaj piłkarze wspomnianego Górnika, Robert Jeż i Michal Gasparik to… cypryjscy biznesmeni. Na Słowacji obowiązywał podatek liniowy, u nas progresywny, do tego jeszcze składki na ZUS i OFE, tylko dołożyliby do interesu. Płacili więc podatki na Cyprze. Gdzie zresztą rezydentami podatkowymi było kilku biznesmenów z listy najbogatszych Polaków „Wprost” i „Forbesa.

Zdaniem profesora Gwiazdowskiego samo tworzenie w rajach podatkowych tzw. trustów, czyli formy powierniczego zarządzania majątkiem przez ojców Messiego i innych piłkarzy nie jest niczym złym. „Skoro w Panamie czy Brytyjskich Wyspach Dziewiczych mogą to robić największe firmy świata jak Apple to czemu nie Ronaldo? Poza tym trust pomagający w ochranie majątku, planowaniu podatków i ewentualnej sukcesji majątkowej to instytucja o ponad 800-letniej tradycji. Zaczęło się od rycerzy udających się na wyprawy krzyżowe, którzy musieli jakoś zabezpieczyć finansowo rodzinę i siebie samych, nie wiedzieli bowiem czy wrócą, a jeśli tak, to kto będzie wówczas królem i jakie będzie miał wobec nich zamiary. Messi i spółka dziś grają, ale jutro przestaną. Chcą po prostu zabezpieczyć byt rodzinie na długie pokolenia” – mówi.

To więc nie przypadek, że po ujawnieniu kłopotów Messiego i Ronaldo kibice wcale się od nich nie odwrócili, ani nie wygwizdywali z trybun z tego powodu. Mało tego, skazaniu Argentyńczyka towarzyszyła wielka kampania w mediach społecznościowych #WeAreAllLeoMessi. „Wsparcia udzielali mu nawet fani wywodzący się z biedoty, dowodząc słuszności badań psychologicznych, że ludzie wcale nie są zwolennikami równego dzielenia dóbr. Uważają, że ci którzy mają większy udział w sukcesie, powinni dostawać więcej” – mówi prof. Gwiazdowski.

Cristiano Ronaldo i Leo Messi

 

 

Nie widać kresu hegemonii Realu

Zinedine Zidane w CardiffZidane – genialny piłkarz, geniuszem trenerskim. Jego Real za rok będzie faworytem do obrony tytułu

Niesamowity był widok z jakim spokojem Zinedine Zidane przygląda się fecie swoich piłkarzy wygranej z Juventusem. Nie żeby się dystansował jak Jose Mourinho podczas dekoracji FC Porto w 2004. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale wyglądał jakby właśnie wyszedł z rodziną z kościoła ze ślubu córki przyjaciół. Żadnego szaleństwa w stylu Antonio Conte czy Juergena Kloppa. Żadnego biegania wzdłuż linii, orania kolanami murawy.

A przecież dokonał czegoś niewyobrażalnego we współczesnym futbolu o tak wyrównanym poziomie! Obronił z Realem trofeum jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów! I pierwsza od czasów legendarnego Milanu Arrigo Sacchiego. Dołączył tym samym w trenerskim Panteonie do słynnego Włocha, Boba Paisley’a czy Briana Clougha. On, szkoleniowiec-żółtodziób z zaledwie 18-miesięcznym stażem na ławce i zaledwie 20. meczami w Lidze Mistrzów na koncie, zrobił to czego nie były w stanie uważane za najlepsze drużyny w dziejach jak Milan Fabio Capello i Carlo Ancelottiego, Manchester United Aleksa Fergusona czy Barcelona Pepa Guardioli.

Bo zapewne ten triumf nie byłby możliwy z kimś innym! Genialny piłkarz okazał się równie genialnym szkoleniowcem. Holender Clarence Seedorf, zwycięzca Champions League z trzema różnymi klubami, powiedział mi w piątek w Cardiff, by nie traktować Zidane’a jak trenera bez doświadczenia. Bo Francuz jest sumą współpracy z wszystkimi fantastycznymi szkoleniowcami, jakich spotkał na swojej drodze, a pracował z najlepszymi. Wysłuchał setek odpraw, odbył setki treningów, a poza tym umie postawić się w położeniu każdego nawet największego zawodnika i wyciągać wnioski.

Gitary w pokrowcach

Doskonale wiedział wykorzystać swój wielki autorytet, co wcale nie jest automatyczne dane każdej byłej gwieździe. Były selekcjoner Francji, Raymond Domenech opowiadał kiedyś z zazdrością o metodzie Lauranta Blanca na zdobycie szatni, który miał na wejściu przypominać zawodnikom, że jest mistrzem świata. Zidane nie musiał się nawet przedstawiać. Kto inny byłby w stanie namówić Cristiano Ronaldo, żeby się oszczędzał, odpoczął w aż 14. meczach w sezonie, co pozwoliło mu wreszcie zachować siły na końcówkę? Portugalczyk, który nie błyszczał w obu poprzednich zwycięskich finałach Ligi Mistrzów (dopiero w karnych), w Cardiff okazał się kluczowy, a jego oba gole przesądzające. Przeszedł do historii jako pierwszy zdobywca goli w trzech różnych finałach Champions League i zasłużenie został wybrany Zawodnikiem Meczu. To był zdecydowanie jego sezon. Zamknął usta krytykom, którzy obrażali go tezą, że znika w meczach z silnymi rywalami. Tylko w ćwierćfinale z Bayernem Monachium zdobył pięć bramek. W półfinale z Atletico Madryt popisał się hat-trickiem w drugim meczu z rzędu. Po dwóch golach w Cardiff rzucił krytykom, że mogą „schować gitary do pokrowców”. Ale odbierającą kolejną Złotą Piłkę podczas styczniowej gali powinien poświęcić kilka ciepłych słów trenerowi, bo to forma to w dużej mierze zasługa Francuza.

ZInedine Zidane w CardiffKto powstrzyma ten Real?

Zidane wstępuje na Panteon jako trener, który w 18-miesięcy wygrywa nie tylko dwukrotnie z rzędu Ligę Mistrzów, ale również odzyskuje pierwsze mistrzostwo Hiszpanii od 2012 roku, nie licząc drobiazgu jak Klubowe Mistrzostwo Świata. Patrząc na jego styl pracy ciężko nie dostrzec podobieństw do jego byłego trenera w galaktycznych czasach Realu, Vicente del Bosque. Tamten także objął klub będąc jego byłym piłkarzem i doskonale poruszając się w jego skomplikowanych układach. Raczej dopieszczał, motywował pozytywnie, rozwiązywał problemy piłkarzy i przede wszystkim nie przeszkadzał swoim „galaktycznym” zawodnikom. Nie mieszał taktycznie, nie stawiał wszystkiego na głowie, byle tylko odcisnąć na zespole własne piętno. Ufał tak jak ufa swoim piłkarzom Zidane. I jak Francuz sprawiał, że wszyscy czuli się szczęśliwi.

Oczywiście Francuzowi pomogła także najdłuższa i najbardziej wyrównana ławka rezerwowych w Europie (w jakim klubie wśród zmienników w finale znaleźliby się tacy gracze jak Gareth Bale czy Alvaro Morata!). Dzięki której mógł rotować, pozwalając wypoczywać najlepszym i wprowadzając do drużyny młode gwiazdy jak Isco, Asensjo czy Lucas.

W finale w Cardiff Real bezwzględnie rozprawił się z niepokonanym tej edycji Ligi Mistrzów Juventusem. Strzelił „Starej Damie” więcej goli niż ta straciła dotąd w całych rozgrywkach. Jest dziś drużyną kompletną, a przecież najprawdopodobniej jeszcze się wzmocni np. w bramce, choć Keylorowi Navasowi można było w finale zarzucić co najwyżej brak kilku centymetrów. Patrząc na tę dominację, trzeba przyznać, że i za rok będzie faworytem do obrony trofeum.

Tworzenie historii to dla „królewskich” codzienność. Kto im rzuci wyzwanie? Barcelona z nowym trenerem, która musi dokonać rewolucji w składzie? Bayern, który też czeka kadrowa rewolucja? Atletico, które w pucharach nie umie wymyślić na real patentu? Któraś z drużyn angielskich, które z trudem przebijają się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, bo Premier League wypruwa z nich wszelkie siły? Ciężko dziś dojrzeć kres hegemonii Realu Madryt.

Real Madryt znów wygrał finał Champions League

Liga Mistrzów. Taki Real z takim Ronaldo może obronić trofeum!

Cristiano Ronaldo po hat-tricku vs Atletico MadrytCzwarty raz z rzędu jesteśmy świadkami derbów Madrytu w Lidze Mistrzów i po pierwszej odsłonie wygląda na to, że zostanie podtrzymany trend z poprzednich. Czyli znów górą będzie Real. Czy o sukcesie decyduje jeden mecz, jak w finałach w 2014 i 2016 roku, czy dwumecz jak w ćwierćfinale w 2015, czy trenerem jest Carlo Ancelotti czy Zinedine Zidane, „Królewscy” za każdym razem potrafią przechytrzyć lokalnego rywala.

Nigdy jednak tak nie zdominowali Atletico jak we wtorkowym spotkaniu. Praktycznie poza jednym, góra dwoma groźnymi strzałami na bramkę Keylora Navasa nie pozwolili rywalom na nic. Inny wynik niż wygrana gospodarzy ani przez chwilę nie wisiał w powietrzu, kwestią były tylko jej rozmiary. Real jak zwykle groźny w ofensywie tym razem dołożył to, za co przez lata chwaliliśmy kolejne drużyny Diego Simeone – wybijanie rywalom futbolu z głowy, niwelowanie wszystkich ich atutów, skazywanie na bezradne walenie głową w mur. „Królewscy” od początku kontrolowali mecz i spokojnie czekali na okazję do zadania najpierw pierwszego, a później kolejnego, wreszcie decydującego ciosu.

Wszystkie zadał niesamowity Cristiano Ronaldo. Gdzie te czasy, kiedy wypominano mu, że nie błyszczy w decydujących meczach? Po pięciu golach wbitych w dwumeczu Bayernowi Monachium, ma na koncie kolejne trzy. I kolejnego hat-tricka w kolejnym meczu, czego nie dokonał nikt wcześniej. A w całej Lidze Mistrzów już 104 bramek. Jako pierwszy zdobył też 50 goli w rundzie pucharowej Champions League.

Wielkie brawa za ten mecz także dla Zidane’a. Choć jego Real w każdym z ośmiu ostatnich meczów tracił gola, zdołał zachować czyste konto i tylko jakaś niewyobrażalna katastrofa w rewanżu mogłaby pozbawić go gry w drugim finale Ligi Mistrzów z rzędu. A tam w takiej formie jak we wtorkowy wieczór i z Cristiano Ronaldo w takiej formie strzeleckiej będzie miał wielkie szanse, żeby dokonać tego, czego jeszcze nie dokonał nikt w historii Champions League – obrony trofeum! I to bez względu na to, czy za rywala będzie miał Juventus Turyn czy AS Monaco.

Zinedine Zidane

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Liga Mistrzów to dla Legii początek nie spełnienie

Roberto Carlos wylosował szczęśliwieReal Madryt, Borussia Dortmund, Sporting Lizbona! „20 lat narzekania i płaczu, że nie ma nas w Lidze Mistrzów, a kiedy już osiągamy upragniony cel dalej narzekamy. O co tutaj chodzi? Brawo Legia!” – skomentował na Twitterze Krzysztof Mączyński wymęczony w bólach awans. Tak też podchodzą do sprawy sami Legioniści. „W bólach, bo w bólach, ale awans jest. Można się uśmiechać lub wybrzydzać, ważne że udało się” – skomentował w „Przeglądzie” Michał Pazdan. Pomocnik reprezentacji Polski i Wisły Kraków ma trochę racji. Futbol to nie łyżwiarstwo figurowe. Nikt tu nie nagradza za styl i artyzm. Liczy się wyłącznie efekt końcowy. A skoro ten jest wreszcie pozytywny, nie ma co marudzić i wydziwiać na okoliczności awansu, które z czasem zapomnimy (choć może męczarnie w rewanżu z Dundalk ciężko będzie wymazać z pamięci). Ale zaraz będziemy przeżywać przyjazd do Warszawy obrońcy trofeum, a na żółtych paskach będzie śmigać, że Cristiano Ronaldo zjadł śniadanie. I cieszyć, że Najlepszy Piłkarz Europy minionego sezonu przyjechał do Polski nie w celach marketingowych na SuperMecz, ale z powodów czysto sportowych.

Cristiano Ronaldo. Marca i Przegląd SportowyOczywiście nie ma co pudrować fatalnej gry z Dundalk (i ostatnich meczach Ekstraklasy). Legia chwilowo nie tworzy zespołu, o rozpacz przyprawia każda formacja oprócz bramki. Bardzo możliwe, że ze wszystkich mistrzów Polski, którzy szturmowali Ligę Mistrzów, to mistrz najsłabszy, ale za to miał niesamowitego farta. Ano miał, ale dlaczego Legia miałaby przepraszać, że los wreszcie pozwolił polskiemu klubowi trafić na loterii najsłabszego rywala z możliwych?

Wszyscy mamy w pamięci piękne, ale przegrane boje o Ligę Mistrzów kolejnych mistrzów Polski, a zwłaszcza Wisły – 3:4 z Barceloną w 2002 roku i tę wygraną 1:0 z Barcą Pepa Guardioli w 2008, czy pasjonujące dwumecze z Panathinaikosem Ateny i Apoelem Nikozja, w których zabrakło tak niewiele. Niewiele ale jednak. Nie widzę też większego sensu w pisaniu jak tamte drużyny Wisły czy Legii rozprawiłyby się z takim Dundalk i czego to by nie dokonały w Lidze Mistrzów, a ta dzisiejsza Legia to, tamto… Ani lamentowaniu jakiego miały pecha w losowaniu w porównaniu z zespołem Besnika Hasiego.

Ten ostatni dziwił się na konferencji prasowej, że po tylu latach wygnania z elity nikt na sali nie cieszy się z powrotu do niej. „Dziwią mnie te nieprzychylne reakcje. W Polsce dzieje się dużo pozytywnych rzeczy, a my rozmawiamy tylko tych złych (…) Powinniście być zadowoleni. Jeśli nie jesteście to wasz problem” – zwrócił się do dziennikarzy, ale rozumiem, że przekaz skierowany był do kibiców Legii, którzy w przerwie meczu i po jego zakończeniu wygwizdali piłkarzy.

Też ich trochę rozumiem. Sam wolałbym, żeby Legia zamiast wtoczyć się do Champions League wjechała tam na pełnej… furii, w formie jak wtedy gdy rozgromiła w dwumeczu Celtic Glasgow 6:1. Na pewno jednak każdy z właścicieli niedoszłych polskich uczestników Ligi Mistrzów, jak Bogusław Cupiał czy Mariusz Walter chciałoby dziś przeżywać dylematy Bogusława Leśnodorskiego, Macieja Wandzla i Dariusz Mioduski. Zapewne gdyby któremuś z nich spełnił się wyśniony awans, dziś nadal byliby w klubie.

Obecni właściciele muszą zaś wyciągnąć wnioski z błędów poprzedników. Jak choćby ten rozsadzeniem klubowego budżetu z powodu obsesji na punkcie Champions League. W dużej mierze to z powodu zbyt szeroko odkręconego kurka z pieniędzmi na zagranicznych piłkarzy w 2011 przez duet Stan Valckx i Robert Maaskant, co nie przełożyło się na awans do piłkarskiej elity, Cupiała nie ma już dziś w Wiśle.

Dlatego śmieszne wydają się niektóre rady co zrobić z olbrzymim zastrzykiem gotówki z UEFA za awans do Ligi Mistrzów. Np ten by Legia całą premię wpompowała w wzmocnienia, wywalczyła awans drugi raz z rzędu i dopiero te ewentualne przyszłe miliony euro przeznaczyła na rozwój, ośrodek treningowy, boiska obok stadionu i akademię młodzieżową. Tymczasem w mojej ocenie to właśnie one są podstawą sukcesu klubów europejskich z tej półki, do jakiej powinna aspirować Legia. Rozwój przede wszystkim. Taki, który pozwoli regularnie dorabiać się wartościowych wychowanków, wzmacniać nimi drużynę, a następnie wysyłać świata.

Jestem pewien, że zwłaszcza po wizycie w Ajaksie Amsterdam i jego ośrodku Toekomst to podejście nie jest właścicielom Legii obce. Wiedzą, że klub dostał zbyt cenny dar od losu, by go roztrwonić w myśl zasady „raz się żyje” czy „zastaw się a postaw się”, bo „Liga Mistrzów zobowiązuje”. Rozwój i szkolenie przede wszystkim, zwłaszcza, że za chwilę o Ligę Mistrzów znów zrobi się bardzo trudno. Nawet jeśli kosztem miało by być przyjęcie sześciu lań w tej edycji. To prawda, że rywale są wielcy i poza zasięgiem Legii. Ale jak chyba każdy liczę na lepsza grę niż w Ekstraklasie czy z Dundalk. Choćby dlatego, że w Champions League Legia w każdym meczu będzie outsiderem, na którym nie spoczywa żadna presja. Tylko taka, by pokazać charakter i wolę walki. W każdym meczu będzie się bronić i wyprowadzać kontrataki. Każdy gol i każdy punkt będzie dla mistrza Polski ogromnym sukcesem. Warto więc pamiętać, że na tym jednym występie przyszłość się nie kończy.

Przegląd Sportowy. Liga Mistrzów

Perfekcyjne karne symbolem tej kadry! Nie ma przypadku!

Polska w ćwierćfinale na Euro 2016!My to! Gramy w ćwierćfinale Euro 2016! I to nie z Hiszpanią, jak przed turniejem wybiegaliśmy w przesadnie kibicowskich rojeniach o potędze, choć w duchu modliliśmy się o wyjście z grupy i odejście od tradycyjnej trójmeczówki: „o zwycięstwo, o wszystko, o honor”. O honor grali we Francji inni. My nasz jedyny mecz „o wszystko” wygraliśmy ze Szwajcarią po 120 minutach mordęgi na boisku i perfekcyjnie wykonanych rzutach karnych.

Chyba każdy – i ci szczęśliwcy na trybunach w St Etienne i reszta przed telewizorami – umierał z nerwów gdy do piłki podchodzili poszczególni Polacy. Robert Lewandowski – nie miał przecież najlepszego meczu, turał przed polem karnym… Wiadomo że każdy turniej musi mieć słynną gwiazdę, która marnuje karniaka, Roberto Baggio, David Beckham, Cristiano Ronaldo… tylko nie tooo… a jest! Perfekcyjnie, pewnie, jak na kapitana i gwiazdę Bayernu przystało!

Arkadiusz Milik – jego pudła na Euro 2016 stają się powoli tematem memów, widziałem nawet taki z plutonem egzekucyjnym i ostatnią prośbą skazańca, żeby… strzelał Milik. Gdzieś zatracił swój instynkt strzelecki z Ajaksu, na pewno zmarnujeeee….eest! Kamil Glik – no przecież wiadomo, że obrońcy to nie napastnicy, rzadko strzelają na bramkę, nie mają instynktu strzeleckiego aniii…. nie do obrony! Kuba Błaszczykowski – nasz bohater w dwóch poprzednich meczach, pierwszy od Zbigniewa Bońka zdobywca bramek w dwóch meczach z rzędu na wielkich turniejach. Dzięki niemu w ogóle strzelamy te karne. Wiadomo, że Bogini Futbolu lubi upokarzać swoich bohaterów, z radością odbiera im to co wcześniej dałaaa… ałaaaa co za perfekcyjny strzał!

Lewandowski i... Polska w ćwierćfinale na Euro 2016!

Wreszcie Grzegorz Krychowiak. Długo podchodzi do piłki, na twarzy grymasy, diabli wiedzą, strachu czy niepewności. Może dopiero ustala, w który róg będzie strzelał, wiadomo czym to się kończy… Może w głowie ma tylko nową karierę w PSGieeeeealeurwał! Yann Sommer bez najmniejszych szans. Piłka leciała ponad 100 km/h. I już koledzy mknął w jego stronę… Mamy to! – wrzuci za chwilę fotkę z szatni…

Mówi się, że karne to loteria. Ale ja wierzę w słowa Człowieka, Który Zatrzymał Anglię, Jana Tomaszewskiego z którym oglądaliśmy spotkanie, że nie ma obronionych karnych, są tylko źle strzelone. Nasze były perfekcyjne i nie było w tym grama szczęścia. Adam Nawałka wyznał po meczu, że Polacy ćwiczyli je po każdym treningu i od dawna było wiadomo, kto i jak będzie strzelał w razie koniecznej serii jedenastek. Po dogrywce ze Szwajcarami spojrzał tylko w oczy chłopakom i spytał, czy ustalenia zostają. Nikt nie pękł, każdy strzelił tak jak miał to zrobić. Jakby to był zwykły dzień w biurze.

Karne Polaków ze Szwajcarią

Ćwierćfinał Polski to nie kwestia szczęścia. To kwestia m.in. nieziemskiej postawy Łukasza Fabiańskiego – dla mnie Zawodnika Meczu Polska – Szwajcaria wbrew wyborowi komitetu technicznego UEFA, który wskazał Sherdana Shaqiriego. Bramkarz Swansea miał w tym spotkaniu dwie Interwencje Turnieju. Wreszcie obalił niesprawiedliwy mit, że „Fabian broni tylko to co da się wybronić, ale nie ma bożej iskry”. Nie wiem ilu bramkarzy wybroniłoby strzał Rodrigueza z wolnego czy strzał z paru metrów Derdyioka? W przypadku gola mielibyśmy zero pretensji do każdego golkipera. A Fabian wybronił!

Mamy ćwierćfinał dzięki fenomenalnej postawie całej defensywy: oprócz Fabiańskiego wszystkich czterech obrońców: Piszczka, Jędrzejczyka i znów środowego muru: Glik – Michał Pazdan. Przecudny był ten mem z Nawałką w laboratorium chemicznym, odkrywcą Glikanianu Pazdana. Prawem felietonisty uznaję, że nasza defensywa nadal nie straciła gola na Euro! Bramka Shaqiriego była zbyt doskonała, to dzieło sztuki i jako takie wymyka się katalogowania. Widocznie da się nas pokonać tylko golami z innego wymiaru:)

Glikanian PazdanuPochwały Kuby, który w kolejnym meczu zagrał jak prawdziwy kapitan, choć boleśnie stracił tę funkcję i o Lewym, który nie strzela, ale nic mi to nie przeszkadza, skoro zaszliśmy już tak daleko – w innym tekście!

Teraz w nagrodę czeka nas ćwierćfinał! Nie z faworyzowaną do końcowego triumfu Hiszpanią. Nawet nie z Chorwacją, która ją pokonała i jawiła się jako najsilniejsza drużyna w naszej połówce. Gramy z Portugalią, która na Euro przywiozła najsłabszą drużynę od lat, choć z Cristiano Ronaldo. Mamy z nią dobre wspomnienia i prawo, żeby śnić na jawie co dalej! Teraz to Polska przejmuje rolę najsilniejszej drużyny w połówce!

Polska w ćwierćfinale na Euro 2016!

Frustracja Ronaldo jak wczesnego Lewandowskiego

Sfrustrowany Cristiano Ronaldo

Kolejny mecz Portugalii na Euro 2016 i kolejna fala frustracji dla Cristiano Ronaldo i jednocześnie hejtu i prześmiewczych memów na temat gwiazdora Realu Madryt. Jeszcze większa niż po remisie z Islandią (wówczas przytaczano za to jego zmanipulowane wypowiedzi, to bzdura, że na prośbę rywala o koszulkę odparł: „A kim ty jesteś”, pokazał mu, że wymienią się w tunelu, wcale nie mówił też o Islandii z pogardą), ponieważ przeciwko Austrii zmarnował karnego, strzelił gola ze spalonego i wciąż pozostaje bez bramki na Euro 2016. Statystycy wypomnieli mu, że oddał już 36 strzałów z rzutów wolnych na bramkę i ale ani razu do siatki (13 razy w mur, 12 obok, 10 bronili bramkarze i raz w słupek), a taki Gareth Bale strzał z wolnego trzy razy i zdobył dwa gole. Śmiano się wreszcie z jego gestów, którymi dawał upust wściekłości z własnej nieskuteczności – jak na ambitnego, jednego z dwóch najlepszych piłkarzy naszych czasów, przecież przystało, zwłaszcza że właśnie rozgrywał swój 128. mecz w kadrze, czym przebił osiągnięcie Luisa Figo i stał rekordzistą.

Zaprzyjaźniony trener personalny, Maciek Matracki i zagorzały kibic Realu Madryt twierdzi, że patrząc na grę Portugalczyka, jest pewien, że przyjechał on na Euro 2016 z kontuzją. Być może tym samym urazem, który leczył w końcówce sezonu w Realu Madryt. Nie specjalnie przecież błyszczał w finale Ligi Mistrzów, choć akurat na San Siro wykorzystał decydujący rzut karny. Ani on sam ani nikt z portugalskiej ekipy nie puścił farby, żeby nie ułatwiać zadania rywalom, ale być może wyzna to po zakończeniu turnieju. Jeśli tak jest istotnie, tym większa chwała, że po raz kolejny poświęca się dla drużyny.

Jego frustracja i miotanina na boisku przypomina mi tę Roberta Lewandowskiego w reprezentacji Polski za poprzednich selekcjonerów. Wiedzieliśmy, że mamy najwybitniejszego piłkarza od czasów Zbigniewa Bońka, niestety nie był w stanie przełożyć swej skuteczności z Borussii Dortmund na kadrę. Żaden z trenerów nie umiał znaleźć na niego pomysłu. Osamotniony w ataku toczył beznadziejną walkę z murem obrońców, bez wsparcia kolegów. Frustracja rosła i w nim i w kibicach, którzy w kulminacyjnym momencie wygwizdali Lewego podczas towarzyskiego meczu z Danią w Gdańsku, a sam Robert dziś zdradza że rozważał rezygnację z gry w narodowych barwach.

Szczęśliwie dla nas kadrę objął Adam Nawałka, który już w pierwszym wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” w dniu nominacji wypalił, że „ma pomysł na Lewandowskiego”. Większość z nas zapewne z samym piłkarzem Bayernu Monachium przyjęła to sceptycznie. A jednak Nawałka nie ściemniał i licznymi ruchami, m.in. powierzając mu opaskę kapitana zbudował prawdziwego lidera drużyny, harującego dla niej w każdym meczu. Jeszcze nie dawno przez twarz przebiegały mu te same grymasy co dziś Cristiano Ronaldo. Dziś w każdym spotkaniu, czy strzela gola czy nie, należy do najlepszych zawodników wśród „Biało-czerwonych”.

Koledzy nie wspomagają Ronaldo. Nie dlatego, że nie chcą, ale nikt nie powiedział im jak. Cała wina za dwa remisy spada jednak na tego Największego, tak jak w swoim czasie spadała na „strzelca czterech goli z Realem Madryt”. Na pytania o niemoc swojej gwiazdy trener Fernando Santos reaguje przy tym podobną irytacją, jak w swoim czasie Franciszek Smuda czy Waldemar Fornalik. „Nie będę zawsze mówił o Ronaldo. Zawsze o niego pytacie. Nie pomagacie ani jemu, ani zespołowi. Pozwólcie mu grać, a zobaczycie, że dotrzemy do finału i go wygramy” – powiedział po remisie z Austrią. Jednak w pierwszej kolejności to on powinien pomóc swemu gwiazdorowi.

Swoją drogą sam Cristiano też mógłby wyciągnąć wnioski postawy Lewandowskiego i jego nowej, szczęśliwej roli w kadrze. Może czas np. odpuścić strzelanie rzutów wolnych i spróbować innych rozwiązań, chowając do kieszeni ego i własne przekonanie że samemu wykonuje się te wolne najlepiej). Pamiętacie jak w meczu z Niemcami Lewandowski zamiast samemu strzelać na bramkę niespodziewanie dla nas podał do Arkadiusza Milika. Lewy gra tak bardzo drużynowo, że aż czasem zastanawiam się czy dla jej dobra nie przydałoby się by był bardziej pazerny na strzały.

Na reprezentację Polski i jej selekcjonera spadło już sporo pochwał i oby spało jeszcze więcej. Ale sprawienie, że Lewandowski wreszcie nie gra tak sfrustrowany jak Cristiano Ronaldo to jedno z największych osiągnięć Nawałki!

Sfrustrowany Cristiano Ronaldo

Man City – Real Madryt czyli kierunek: la Undécima

Real Madryt: CristianoReal Madryt nie ma wyjścia i chce czy nie chce, musi rzucić wszystkie siły w walkę o awans do finału Ligi Mistrzów. Choć wykorzystując chwilową słabość Barcelony dopadł ją w tabeli La Liga (wraz z Atletico Madryt) i mógłby teraz skupić się na nieoczekiwanej szansie na mistrzostwo Hiszpanii, ale będąc klubem „królewskim” po prostu nie może oprzeć się dążeniu do „Undecimy”, czyli jedenastego Pucharu Europy.

Po pierwsze półfinałowym rywalem „los Blancos” jest Manchester City, klub o potencjale finansowym zbliżonym do Realu, z paroma piłkarzami, którzy spokojnie mogli by się znaleźć w jego kadrze jak Sergio Agüero, David Silva czy Kevin de Bruyne, o swoim byłem trenerze, Manuelu Pellegrinim na ławce nie wspominając. Ale to jednocześnie nuworysz na piłkarskich salonach, który w półfinale Ligi Mistrzów znalazł się po raz pierwszy w historii. O ile odpaść w półfinale z Bayernem czy Atletico byłoby oczywiście przykre, o tyle odpaść z City po prostu nie wypada. Zwłaszcza w tak kiepskim sezonie dla „the Citizens”, którzy dawno przestali się liczyć w walce o mistrzostwo Anglii i nawet nie jest pewne czy zagrają w następnej edycji Champions League. W ogóle dożyliśmy czasów, że hiszpańskiej drużynie wstyd odpaść w europejskich pucharach z inną drużyną niż hiszpańska, a już zwłaszcza z angielską.

Poza tym już sam finał Ligi Mistrzów ostatecznie przypięczętowałby udany debiutancki sezon Zinédine Zidane i przesądził o jego losach w przyszłym sezonie. Wielu kwestionowało trenerskie talenty byłej wielkiej gwiazdy światowego futbolu. Zarówno w styczniu gdy przejmował drużynę z rąk Rafy Beniteza jak i po porażce z Wolfsburgiem, gdy zaszła konieczność remontady w rewanżu.

100 dni po debiucie można przesądzić, że jest dużo lepiej niż za Rafy, zarówno pod względem atmosfery w szatni jak i wyników. Zizou noyuje identyczny start w lidze co José Mourinho czy… Guardiola w Barcelonie. A doczekać się „własnego Guardioli” byłoby dla Realu tak samo ważne jak wygranie Ligi Mistrzów.

Gareth Bale

Frustracja Cristiano Ronaldo

FRustracja Cristiano RonaldoPorażka Realu z Atletico w derbach Madrytu symbolicznie kończy walkę „Królewskich” o mistrzostwo Hiszpanii i sprawia, że tylko triumf w Lidze Mistrzów może uratować ten sezon dla kibiców, wygwizdujących prezesa Florentino Pereza i wzywających go do dymisji. Oraz dla tak ambitnych piłkarzy Cristiano Ronaldo, który po meczu wypalił na temat kolegów z drużyny, że „gdyby wszyscy byli na moim poziomie, może bylibyśmy na pierwszym miejscu”.
„Co za spustoszenie” – podsumował na okładce dziennik „Marca” i kto wie czy to określenie bardziej niż do rywalizacji „Królewskich” z Barceloną i Atletico („po odejściu Jose Mourinho wygrali z nimi w lidze tylko jeden z 11 meczów) odnosi się do sytuacji w szatni po słowach Portugalczyka. Sam zresztą zdał sobie sprawę z ich wagi, precyzując po pewnym czasie, że chodziło mu wyłącznie o formę fizyczną i kontuzje, absolutnie nie uważa siebie za lepszego od kogokolwiek.
Ale słowa poszły w świat. Nikt zresztą kto oglądał film „Ronaldo” nie ma wątpliwości, że były szczere. Wszak przyznał w nim, że najchętniej grałby w drużynie złożonej z samych Cristiano Ronaldo. Wiemy też dobrze z filmu jak obsesyjnie wielką wagę przywiązuje do „Złotej Piłki”, a każde trofeum mniej, to co raz mniejsze szanse na odzyskanie jej. W dodatku w tym sezonie nie zdołał strzelić gola żadnemu z najsilniejszych rywali z jakimi mierzył się Real, nie tylko w obu ligowych meczach z Atletico oraz z Barceloną, ale również z Villarreal, Sevillą czy PSG w Lidze Mistrzów.
Stąd być może frustracja, która kazała mu zdystansować się od słabszych kolegów, ale co na pewno nie służy atmosferze w szatni i na trybunach. W takim momencie sezonu lider drużyny powinien raczej jednoczyć ją niż rozbijać i udzielać wsparcia zawodzącym niż ich piętnować, zwłaszcza, że i tak muszą grać. Dobitnie przyznał to zresztą kapitan Realu, Sergio Ramos, mówiąc, że „w najtrudniejszych momentach trzeba pokazywać poświęcenie, serce i dumę, a najmocniej muszą to robić ci, którzy są tutaj najdłużej”.