Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Liga Mistrzów to dla Legii początek nie spełnienie

Roberto Carlos wylosował szczęśliwieReal Madryt, Borussia Dortmund, Sporting Lizbona! „20 lat narzekania i płaczu, że nie ma nas w Lidze Mistrzów, a kiedy już osiągamy upragniony cel dalej narzekamy. O co tutaj chodzi? Brawo Legia!” – skomentował na Twitterze Krzysztof Mączyński wymęczony w bólach awans. Tak też podchodzą do sprawy sami Legioniści. „W bólach, bo w bólach, ale awans jest. Można się uśmiechać lub wybrzydzać, ważne że udało się” – skomentował w „Przeglądzie” Michał Pazdan. Pomocnik reprezentacji Polski i Wisły Kraków ma trochę racji. Futbol to nie łyżwiarstwo figurowe. Nikt tu nie nagradza za styl i artyzm. Liczy się wyłącznie efekt końcowy. A skoro ten jest wreszcie pozytywny, nie ma co marudzić i wydziwiać na okoliczności awansu, które z czasem zapomnimy (choć może męczarnie w rewanżu z Dundalk ciężko będzie wymazać z pamięci). Ale zaraz będziemy przeżywać przyjazd do Warszawy obrońcy trofeum, a na żółtych paskach będzie śmigać, że Cristiano Ronaldo zjadł śniadanie. I cieszyć, że Najlepszy Piłkarz Europy minionego sezonu przyjechał do Polski nie w celach marketingowych na SuperMecz, ale z powodów czysto sportowych.

Cristiano Ronaldo. Marca i Przegląd SportowyOczywiście nie ma co pudrować fatalnej gry z Dundalk (i ostatnich meczach Ekstraklasy). Legia chwilowo nie tworzy zespołu, o rozpacz przyprawia każda formacja oprócz bramki. Bardzo możliwe, że ze wszystkich mistrzów Polski, którzy szturmowali Ligę Mistrzów, to mistrz najsłabszy, ale za to miał niesamowitego farta. Ano miał, ale dlaczego Legia miałaby przepraszać, że los wreszcie pozwolił polskiemu klubowi trafić na loterii najsłabszego rywala z możliwych?

Wszyscy mamy w pamięci piękne, ale przegrane boje o Ligę Mistrzów kolejnych mistrzów Polski, a zwłaszcza Wisły – 3:4 z Barceloną w 2002 roku i tę wygraną 1:0 z Barcą Pepa Guardioli w 2008, czy pasjonujące dwumecze z Panathinaikosem Ateny i Apoelem Nikozja, w których zabrakło tak niewiele. Niewiele ale jednak. Nie widzę też większego sensu w pisaniu jak tamte drużyny Wisły czy Legii rozprawiłyby się z takim Dundalk i czego to by nie dokonały w Lidze Mistrzów, a ta dzisiejsza Legia to, tamto… Ani lamentowaniu jakiego miały pecha w losowaniu w porównaniu z zespołem Besnika Hasiego.

Ten ostatni dziwił się na konferencji prasowej, że po tylu latach wygnania z elity nikt na sali nie cieszy się z powrotu do niej. „Dziwią mnie te nieprzychylne reakcje. W Polsce dzieje się dużo pozytywnych rzeczy, a my rozmawiamy tylko tych złych (…) Powinniście być zadowoleni. Jeśli nie jesteście to wasz problem” – zwrócił się do dziennikarzy, ale rozumiem, że przekaz skierowany był do kibiców Legii, którzy w przerwie meczu i po jego zakończeniu wygwizdali piłkarzy.

Też ich trochę rozumiem. Sam wolałbym, żeby Legia zamiast wtoczyć się do Champions League wjechała tam na pełnej… furii, w formie jak wtedy gdy rozgromiła w dwumeczu Celtic Glasgow 6:1. Na pewno jednak każdy z właścicieli niedoszłych polskich uczestników Ligi Mistrzów, jak Bogusław Cupiał czy Mariusz Walter chciałoby dziś przeżywać dylematy Bogusława Leśnodorskiego, Macieja Wandzla i Dariusz Mioduski. Zapewne gdyby któremuś z nich spełnił się wyśniony awans, dziś nadal byliby w klubie.

Obecni właściciele muszą zaś wyciągnąć wnioski z błędów poprzedników. Jak choćby ten rozsadzeniem klubowego budżetu z powodu obsesji na punkcie Champions League. W dużej mierze to z powodu zbyt szeroko odkręconego kurka z pieniędzmi na zagranicznych piłkarzy w 2011 przez duet Stan Valckx i Robert Maaskant, co nie przełożyło się na awans do piłkarskiej elity, Cupiała nie ma już dziś w Wiśle.

Dlatego śmieszne wydają się niektóre rady co zrobić z olbrzymim zastrzykiem gotówki z UEFA za awans do Ligi Mistrzów. Np ten by Legia całą premię wpompowała w wzmocnienia, wywalczyła awans drugi raz z rzędu i dopiero te ewentualne przyszłe miliony euro przeznaczyła na rozwój, ośrodek treningowy, boiska obok stadionu i akademię młodzieżową. Tymczasem w mojej ocenie to właśnie one są podstawą sukcesu klubów europejskich z tej półki, do jakiej powinna aspirować Legia. Rozwój przede wszystkim. Taki, który pozwoli regularnie dorabiać się wartościowych wychowanków, wzmacniać nimi drużynę, a następnie wysyłać świata.

Jestem pewien, że zwłaszcza po wizycie w Ajaksie Amsterdam i jego ośrodku Toekomst to podejście nie jest właścicielom Legii obce. Wiedzą, że klub dostał zbyt cenny dar od losu, by go roztrwonić w myśl zasady „raz się żyje” czy „zastaw się a postaw się”, bo „Liga Mistrzów zobowiązuje”. Rozwój i szkolenie przede wszystkim, zwłaszcza, że za chwilę o Ligę Mistrzów znów zrobi się bardzo trudno. Nawet jeśli kosztem miało by być przyjęcie sześciu lań w tej edycji. To prawda, że rywale są wielcy i poza zasięgiem Legii. Ale jak chyba każdy liczę na lepsza grę niż w Ekstraklasie czy z Dundalk. Choćby dlatego, że w Champions League Legia w każdym meczu będzie outsiderem, na którym nie spoczywa żadna presja. Tylko taka, by pokazać charakter i wolę walki. W każdym meczu będzie się bronić i wyprowadzać kontrataki. Każdy gol i każdy punkt będzie dla mistrza Polski ogromnym sukcesem. Warto więc pamiętać, że na tym jednym występie przyszłość się nie kończy.

Przegląd Sportowy. Liga Mistrzów

Perfekcyjne karne symbolem tej kadry! Nie ma przypadku!

Polska w ćwierćfinale na Euro 2016!My to! Gramy w ćwierćfinale Euro 2016! I to nie z Hiszpanią, jak przed turniejem wybiegaliśmy w przesadnie kibicowskich rojeniach o potędze, choć w duchu modliliśmy się o wyjście z grupy i odejście od tradycyjnej trójmeczówki: „o zwycięstwo, o wszystko, o honor”. O honor grali we Francji inni. My nasz jedyny mecz „o wszystko” wygraliśmy ze Szwajcarią po 120 minutach mordęgi na boisku i perfekcyjnie wykonanych rzutach karnych.

Chyba każdy – i ci szczęśliwcy na trybunach w St Etienne i reszta przed telewizorami – umierał z nerwów gdy do piłki podchodzili poszczególni Polacy. Robert Lewandowski – nie miał przecież najlepszego meczu, turał przed polem karnym… Wiadomo że każdy turniej musi mieć słynną gwiazdę, która marnuje karniaka, Roberto Baggio, David Beckham, Cristiano Ronaldo… tylko nie tooo… a jest! Perfekcyjnie, pewnie, jak na kapitana i gwiazdę Bayernu przystało!

Arkadiusz Milik – jego pudła na Euro 2016 stają się powoli tematem memów, widziałem nawet taki z plutonem egzekucyjnym i ostatnią prośbą skazańca, żeby… strzelał Milik. Gdzieś zatracił swój instynkt strzelecki z Ajaksu, na pewno zmarnujeeee….eest! Kamil Glik – no przecież wiadomo, że obrońcy to nie napastnicy, rzadko strzelają na bramkę, nie mają instynktu strzeleckiego aniii…. nie do obrony! Kuba Błaszczykowski – nasz bohater w dwóch poprzednich meczach, pierwszy od Zbigniewa Bońka zdobywca bramek w dwóch meczach z rzędu na wielkich turniejach. Dzięki niemu w ogóle strzelamy te karne. Wiadomo, że Bogini Futbolu lubi upokarzać swoich bohaterów, z radością odbiera im to co wcześniej dałaaa… ałaaaa co za perfekcyjny strzał!

Lewandowski i... Polska w ćwierćfinale na Euro 2016!

Wreszcie Grzegorz Krychowiak. Długo podchodzi do piłki, na twarzy grymasy, diabli wiedzą, strachu czy niepewności. Może dopiero ustala, w który róg będzie strzelał, wiadomo czym to się kończy… Może w głowie ma tylko nową karierę w PSGieeeeealeurwał! Yann Sommer bez najmniejszych szans. Piłka leciała ponad 100 km/h. I już koledzy mknął w jego stronę… Mamy to! – wrzuci za chwilę fotkę z szatni…

Mówi się, że karne to loteria. Ale ja wierzę w słowa Człowieka, Który Zatrzymał Anglię, Jana Tomaszewskiego z którym oglądaliśmy spotkanie, że nie ma obronionych karnych, są tylko źle strzelone. Nasze były perfekcyjne i nie było w tym grama szczęścia. Adam Nawałka wyznał po meczu, że Polacy ćwiczyli je po każdym treningu i od dawna było wiadomo, kto i jak będzie strzelał w razie koniecznej serii jedenastek. Po dogrywce ze Szwajcarami spojrzał tylko w oczy chłopakom i spytał, czy ustalenia zostają. Nikt nie pękł, każdy strzelił tak jak miał to zrobić. Jakby to był zwykły dzień w biurze.

Karne Polaków ze Szwajcarią

Ćwierćfinał Polski to nie kwestia szczęścia. To kwestia m.in. nieziemskiej postawy Łukasza Fabiańskiego – dla mnie Zawodnika Meczu Polska – Szwajcaria wbrew wyborowi komitetu technicznego UEFA, który wskazał Sherdana Shaqiriego. Bramkarz Swansea miał w tym spotkaniu dwie Interwencje Turnieju. Wreszcie obalił niesprawiedliwy mit, że „Fabian broni tylko to co da się wybronić, ale nie ma bożej iskry”. Nie wiem ilu bramkarzy wybroniłoby strzał Rodrigueza z wolnego czy strzał z paru metrów Derdyioka? W przypadku gola mielibyśmy zero pretensji do każdego golkipera. A Fabian wybronił!

Mamy ćwierćfinał dzięki fenomenalnej postawie całej defensywy: oprócz Fabiańskiego wszystkich czterech obrońców: Piszczka, Jędrzejczyka i znów środowego muru: Glik – Michał Pazdan. Przecudny był ten mem z Nawałką w laboratorium chemicznym, odkrywcą Glikanianu Pazdana. Prawem felietonisty uznaję, że nasza defensywa nadal nie straciła gola na Euro! Bramka Shaqiriego była zbyt doskonała, to dzieło sztuki i jako takie wymyka się katalogowania. Widocznie da się nas pokonać tylko golami z innego wymiaru:)

Glikanian PazdanuPochwały Kuby, który w kolejnym meczu zagrał jak prawdziwy kapitan, choć boleśnie stracił tę funkcję i o Lewym, który nie strzela, ale nic mi to nie przeszkadza, skoro zaszliśmy już tak daleko – w innym tekście!

Teraz w nagrodę czeka nas ćwierćfinał! Nie z faworyzowaną do końcowego triumfu Hiszpanią. Nawet nie z Chorwacją, która ją pokonała i jawiła się jako najsilniejsza drużyna w naszej połówce. Gramy z Portugalią, która na Euro przywiozła najsłabszą drużynę od lat, choć z Cristiano Ronaldo. Mamy z nią dobre wspomnienia i prawo, żeby śnić na jawie co dalej! Teraz to Polska przejmuje rolę najsilniejszej drużyny w połówce!

Polska w ćwierćfinale na Euro 2016!

Frustracja Ronaldo jak wczesnego Lewandowskiego

Sfrustrowany Cristiano Ronaldo

Kolejny mecz Portugalii na Euro 2016 i kolejna fala frustracji dla Cristiano Ronaldo i jednocześnie hejtu i prześmiewczych memów na temat gwiazdora Realu Madryt. Jeszcze większa niż po remisie z Islandią (wówczas przytaczano za to jego zmanipulowane wypowiedzi, to bzdura, że na prośbę rywala o koszulkę odparł: „A kim ty jesteś”, pokazał mu, że wymienią się w tunelu, wcale nie mówił też o Islandii z pogardą), ponieważ przeciwko Austrii zmarnował karnego, strzelił gola ze spalonego i wciąż pozostaje bez bramki na Euro 2016. Statystycy wypomnieli mu, że oddał już 36 strzałów z rzutów wolnych na bramkę i ale ani razu do siatki (13 razy w mur, 12 obok, 10 bronili bramkarze i raz w słupek), a taki Gareth Bale strzał z wolnego trzy razy i zdobył dwa gole. Śmiano się wreszcie z jego gestów, którymi dawał upust wściekłości z własnej nieskuteczności – jak na ambitnego, jednego z dwóch najlepszych piłkarzy naszych czasów, przecież przystało, zwłaszcza że właśnie rozgrywał swój 128. mecz w kadrze, czym przebił osiągnięcie Luisa Figo i stał rekordzistą.

Zaprzyjaźniony trener personalny, Maciek Matracki i zagorzały kibic Realu Madryt twierdzi, że patrząc na grę Portugalczyka, jest pewien, że przyjechał on na Euro 2016 z kontuzją. Być może tym samym urazem, który leczył w końcówce sezonu w Realu Madryt. Nie specjalnie przecież błyszczał w finale Ligi Mistrzów, choć akurat na San Siro wykorzystał decydujący rzut karny. Ani on sam ani nikt z portugalskiej ekipy nie puścił farby, żeby nie ułatwiać zadania rywalom, ale być może wyzna to po zakończeniu turnieju. Jeśli tak jest istotnie, tym większa chwała, że po raz kolejny poświęca się dla drużyny.

Jego frustracja i miotanina na boisku przypomina mi tę Roberta Lewandowskiego w reprezentacji Polski za poprzednich selekcjonerów. Wiedzieliśmy, że mamy najwybitniejszego piłkarza od czasów Zbigniewa Bońka, niestety nie był w stanie przełożyć swej skuteczności z Borussii Dortmund na kadrę. Żaden z trenerów nie umiał znaleźć na niego pomysłu. Osamotniony w ataku toczył beznadziejną walkę z murem obrońców, bez wsparcia kolegów. Frustracja rosła i w nim i w kibicach, którzy w kulminacyjnym momencie wygwizdali Lewego podczas towarzyskiego meczu z Danią w Gdańsku, a sam Robert dziś zdradza że rozważał rezygnację z gry w narodowych barwach.

Szczęśliwie dla nas kadrę objął Adam Nawałka, który już w pierwszym wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” w dniu nominacji wypalił, że „ma pomysł na Lewandowskiego”. Większość z nas zapewne z samym piłkarzem Bayernu Monachium przyjęła to sceptycznie. A jednak Nawałka nie ściemniał i licznymi ruchami, m.in. powierzając mu opaskę kapitana zbudował prawdziwego lidera drużyny, harującego dla niej w każdym meczu. Jeszcze nie dawno przez twarz przebiegały mu te same grymasy co dziś Cristiano Ronaldo. Dziś w każdym spotkaniu, czy strzela gola czy nie, należy do najlepszych zawodników wśród „Biało-czerwonych”.

Koledzy nie wspomagają Ronaldo. Nie dlatego, że nie chcą, ale nikt nie powiedział im jak. Cała wina za dwa remisy spada jednak na tego Największego, tak jak w swoim czasie spadała na „strzelca czterech goli z Realem Madryt”. Na pytania o niemoc swojej gwiazdy trener Fernando Santos reaguje przy tym podobną irytacją, jak w swoim czasie Franciszek Smuda czy Waldemar Fornalik. „Nie będę zawsze mówił o Ronaldo. Zawsze o niego pytacie. Nie pomagacie ani jemu, ani zespołowi. Pozwólcie mu grać, a zobaczycie, że dotrzemy do finału i go wygramy” – powiedział po remisie z Austrią. Jednak w pierwszej kolejności to on powinien pomóc swemu gwiazdorowi.

Swoją drogą sam Cristiano też mógłby wyciągnąć wnioski postawy Lewandowskiego i jego nowej, szczęśliwej roli w kadrze. Może czas np. odpuścić strzelanie rzutów wolnych i spróbować innych rozwiązań, chowając do kieszeni ego i własne przekonanie że samemu wykonuje się te wolne najlepiej). Pamiętacie jak w meczu z Niemcami Lewandowski zamiast samemu strzelać na bramkę niespodziewanie dla nas podał do Arkadiusza Milika. Lewy gra tak bardzo drużynowo, że aż czasem zastanawiam się czy dla jej dobra nie przydałoby się by był bardziej pazerny na strzały.

Na reprezentację Polski i jej selekcjonera spadło już sporo pochwał i oby spało jeszcze więcej. Ale sprawienie, że Lewandowski wreszcie nie gra tak sfrustrowany jak Cristiano Ronaldo to jedno z największych osiągnięć Nawałki!

Sfrustrowany Cristiano Ronaldo

Man City – Real Madryt czyli kierunek: la Undécima

Real Madryt: CristianoReal Madryt nie ma wyjścia i chce czy nie chce, musi rzucić wszystkie siły w walkę o awans do finału Ligi Mistrzów. Choć wykorzystując chwilową słabość Barcelony dopadł ją w tabeli La Liga (wraz z Atletico Madryt) i mógłby teraz skupić się na nieoczekiwanej szansie na mistrzostwo Hiszpanii, ale będąc klubem „królewskim” po prostu nie może oprzeć się dążeniu do „Undecimy”, czyli jedenastego Pucharu Europy.

Po pierwsze półfinałowym rywalem „los Blancos” jest Manchester City, klub o potencjale finansowym zbliżonym do Realu, z paroma piłkarzami, którzy spokojnie mogli by się znaleźć w jego kadrze jak Sergio Agüero, David Silva czy Kevin de Bruyne, o swoim byłem trenerze, Manuelu Pellegrinim na ławce nie wspominając. Ale to jednocześnie nuworysz na piłkarskich salonach, który w półfinale Ligi Mistrzów znalazł się po raz pierwszy w historii. O ile odpaść w półfinale z Bayernem czy Atletico byłoby oczywiście przykre, o tyle odpaść z City po prostu nie wypada. Zwłaszcza w tak kiepskim sezonie dla „the Citizens”, którzy dawno przestali się liczyć w walce o mistrzostwo Anglii i nawet nie jest pewne czy zagrają w następnej edycji Champions League. W ogóle dożyliśmy czasów, że hiszpańskiej drużynie wstyd odpaść w europejskich pucharach z inną drużyną niż hiszpańska, a już zwłaszcza z angielską.

Poza tym już sam finał Ligi Mistrzów ostatecznie przypięczętowałby udany debiutancki sezon Zinédine Zidane i przesądził o jego losach w przyszłym sezonie. Wielu kwestionowało trenerskie talenty byłej wielkiej gwiazdy światowego futbolu. Zarówno w styczniu gdy przejmował drużynę z rąk Rafy Beniteza jak i po porażce z Wolfsburgiem, gdy zaszła konieczność remontady w rewanżu.

100 dni po debiucie można przesądzić, że jest dużo lepiej niż za Rafy, zarówno pod względem atmosfery w szatni jak i wyników. Zizou noyuje identyczny start w lidze co José Mourinho czy… Guardiola w Barcelonie. A doczekać się „własnego Guardioli” byłoby dla Realu tak samo ważne jak wygranie Ligi Mistrzów.

Gareth Bale

Frustracja Cristiano Ronaldo

FRustracja Cristiano RonaldoPorażka Realu z Atletico w derbach Madrytu symbolicznie kończy walkę „Królewskich” o mistrzostwo Hiszpanii i sprawia, że tylko triumf w Lidze Mistrzów może uratować ten sezon dla kibiców, wygwizdujących prezesa Florentino Pereza i wzywających go do dymisji. Oraz dla tak ambitnych piłkarzy Cristiano Ronaldo, który po meczu wypalił na temat kolegów z drużyny, że „gdyby wszyscy byli na moim poziomie, może bylibyśmy na pierwszym miejscu”.
„Co za spustoszenie” – podsumował na okładce dziennik „Marca” i kto wie czy to określenie bardziej niż do rywalizacji „Królewskich” z Barceloną i Atletico („po odejściu Jose Mourinho wygrali z nimi w lidze tylko jeden z 11 meczów) odnosi się do sytuacji w szatni po słowach Portugalczyka. Sam zresztą zdał sobie sprawę z ich wagi, precyzując po pewnym czasie, że chodziło mu wyłącznie o formę fizyczną i kontuzje, absolutnie nie uważa siebie za lepszego od kogokolwiek.
Ale słowa poszły w świat. Nikt zresztą kto oglądał film „Ronaldo” nie ma wątpliwości, że były szczere. Wszak przyznał w nim, że najchętniej grałby w drużynie złożonej z samych Cristiano Ronaldo. Wiemy też dobrze z filmu jak obsesyjnie wielką wagę przywiązuje do „Złotej Piłki”, a każde trofeum mniej, to co raz mniejsze szanse na odzyskanie jej. W dodatku w tym sezonie nie zdołał strzelić gola żadnemu z najsilniejszych rywali z jakimi mierzył się Real, nie tylko w obu ligowych meczach z Atletico oraz z Barceloną, ale również z Villarreal, Sevillą czy PSG w Lidze Mistrzów.
Stąd być może frustracja, która kazała mu zdystansować się od słabszych kolegów, ale co na pewno nie służy atmosferze w szatni i na trybunach. W takim momencie sezonu lider drużyny powinien raczej jednoczyć ją niż rozbijać i udzielać wsparcia zawodzącym niż ich piętnować, zwłaszcza, że i tak muszą grać. Dobitnie przyznał to zresztą kapitan Realu, Sergio Ramos, mówiąc, że „w najtrudniejszych momentach trzeba pokazywać poświęcenie, serce i dumę, a najmocniej muszą to robić ci, którzy są tutaj najdłużej”.

Efekt „lew-tricka”: kiedy Lewy dogoni Messiego i Ronaldo?

Robert LewandowskiLojalnie uprzedzam, że będzie to felieton o Robercie Lewandowskim. Widzę już bowiem u niektórych irytację, że „ten Lewy wyskakuje im już z lodówki”, że gdzie nie klikną, gdzie nie przełączą – tam on. Rzeczywiście nie było chyba na świecie telewizji, portalu czy dziennika, który nie informowałby na czołówkach o dokonaniu Polaka.

W polskiej sieci – wg monitorującej internet firmy Brand24 – zasięg wzmianek o napastniku Bayernu wyniósł ponad 33 mln użytkowników, a liczba wpisów na Twitterze z hashtagiem #Lewandowski przekroczyła 36 tys. Z kolei jak policzył Pentagon Research, od zdobycia „lew-tricka” (skoro istnieje hat-trick, może tak właśnie powinniśmy ochrzcić wyczyn Lewandowskiego, żeby następcy mieli do czego dążyć) do godz. 14. w czwartek w największych polskich serwisach internetowych pojawiły się aż 415 publikacje na ten temat, których wartość wyniosła 3,3 mln złotych. Tylko w naszym serwisach przegladsportowy.pl – aż 34 materiały, a na eurosport.onet.pl – 28. Film z pięcioma bramkami napastnika Bayernu ustanowił zresztą rekord wszech czasów w liczbie odtworzeń materiału wideo w portalu Onet – jak dotąd zostały obejrzane aż 1,2 miliona razy! Co na szczęście pokazuje, że dokonanie Lewandowskiego raczej zachwyciło niż zirytowało jego rodaków.

Polak wprawił w osłupienie i podziałał na wyobraźnię dosłownie wszystkim, od kibiców, przez kolegów z drużyny (słynny tweet Jerome Boatenga po polsku) i rywali aż po trenera Pepa Guardiolę, którego mina po piątym golu Lewandowskiego równie często publikowano w mediach społecznościowych, co skróty bramek.

Teraz warto zadać pytanie jaki będzie to miało wpływ na jego markę i jak będzie postrzegany na świecie? Że jest zawodnikiem wybitnym wiadomo było co najmniej od czterech goli wbitych Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów. Czy występ z Wolfsburgiem, choć jego ranga była niższa podobnie jak rywala, może mu nadać status globalnej megagwiazdy, zarezerwowany dziś wyłącznie dla Leo Messiego, Cristiano Ronaldo, może jeszcze Zlatana Ibrahimovića?

Pytanie, czy będzie na tym zależało władzom Bayernu Monachium? Choć w składzie Bawarczyków od lat grają piłkarze wybitni, w tym najlepsi Niemcy (aktualni mistrzowie świata) to jednak od czasów Franza Beckenbauera nigdy na tyle wielcy, by wybijać się ponad cały zespół. Owszem, są liderzy jak niegdyś Lothar Matthaeus, Stefan Effenberg czy Juergen Klinsmann, ale bez statusu numeru jeden, jaki Argentyńczyk ma Barcelonie, Portugalczyk w Realu, a Szwed w PSG.

Weźmy skład, który wygrał Ligę Mistrzów. Manuel Neuer to bez wątpienia najlepszy dziś bramkarz świata ale nie globalna megagwiazda, w której koszulkach latały by dzieciaki po podwórkach od Pekinu przez Lagos po Chicago, Bogotę i Czeladź. Lepiej już sprawa wygląda z Arjenem Robbenem, Thomasem Muellerem czy Franckiem Riberym, ale i im nie udało się osiągnąć marketingowego statusu Ronaldo, Messiego czy Zlatana.

Leo Messi i Cristiano RonaldoWcale nie jest dla mnie oczywiste, czy Bayern chciałby zburzyć panującą od lat hierarchię i mieć „megagwiazdę numer 1”, a nie jak dotąd „drużynę złożoną z wielu gwiazd”. Choć przecież znając charakter Lewandowskiego nie musi się bać, że taki status Polaka zmieniłby klub w niesławny „FC Hollywood” z przeszłości. Nigdy nie wywołał najmniejsze skandalu w żadnym z dotychczasowych klubów, jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF etc. Przecież, jak przypomina Roman Kołtoń, to prezes klubu Karlheinz Rummenigge przy okazji przejścia Polaka z Borussii Dortmund mówił, że „zbudują Roberta, tak by stał się czołowym piłkarzem w skali globu”.

Posiadanie gwiazdy na miarę Ronaldo i Messiego byłoby dla Bayernu wielkim wsparciem marketingowym zwłaszcza na rynkach azjatyckich, gdzie panuje kult idoli odmienny od europejskiego. Tamtejsi fani futbolu nie kibicują klubom, ale gwiazdom. Gdy Cristiano Ronaldo przechodził z Manchesteru United do Realu, ze ścian znikały plakaty pierwszych na rzecz drugich, a czerwone zasłony, pościel, poduszki, szlafroki, kapcie itd. zastępowały białe.

- Pod względem wizerunku Robert nie jest już w stanie zrobić wiele na polskim rynku, jest bliski szczytu. Bliski, bo wciąż najbardziej rozpoznawalnym polskim sportowcem jest Zbigniew Boniek (8 ludzi na 10), Lewy zajmuje drugie miejsce (7 na 10). Może za to pracować nad swoją marką globalną. Szacuję, że golami z Wolfsburgiem podniósł swoją wartość marketingową o około 10 proc. – ocenia Adam Pawlukiewicz, ekspert ds. marketingu sportowego z Pentagon Research.

Lewy już należy do najlepiej zarabiających w Bayernie i całej Bundeslidze, ale do Ronaldo i Messiego jeszcze mu brakuje. Choć wydłuża się jego sponsorskie (są tam już Nike, Coca-Cola, EA Sports czy Gillette pod względem kontraktów reklamowych ciężko mu rywalizować nie tylko z nimi ale i takimi piłkarzami jak np. Neymar z racji wielkości brazylijskiego rynku.

O jego rosnącym statusie świadczy to, że został Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Oraz zaprezentowany kilka miesięcy temu własny logotyp – RL9 (przemianowany w zabawny sposób po meczu z Wolfsburgiem na RL9 min). – Do siły marketingowej Messiego i Ronaldo brakuje mu jednak jeszcze ze 30 do 40 procent – uważa Pawlukiewicz.

Co pomogło by Lewandowskiemu wspiąć się na najwyższy poziom? Po pierwsze wybór do finałowej trójki w plebiscycie Złota Piłka wraz z Messim i Ronaldo (bo z kimże innym?). Pomijając aspekt czy zasłużył na to występami w całym roku, głosują trenerzy i koledzy-piłkarze, kierując się głównie magią nazwiska, a ta po wtorkowym wieczorze jest gigantyczna.

Po drugie z pewnością pomógłby awans i dobry występ na Euro 2016. Co prawda Argentyńczyk i Portugalczyk nigdy nie osiągnęli z reprezentacją znaczącego tytułu, ale i dla Lewego i dla nas wszystkich lepiej, żeby na turnieju we Francji nie był „największym nieobecnym”.

Robert Lewandowski tuż po lew-tricku

Real Madryt – Ateltico, czyli ktoś musi wyjść z cienia

CR7Wielka to strata dla futbolowego widowiska, że Real Madryt przystąpi do rewanżu z Atletico osłabiony brakiem kluczowych gwiazd. Z tercetu BBC zabraknie dwóch pierwszych literek, czyli Garetha Bale’a i Karima Benzemy, a do tego jeszcze nie zagrają Luca Modric i Marcelo. Nieobecność Walijczyka jest tu zresztą najmniejszym problemem – w tym sezonie „Królewscy” wygrali wszystkie siedem spotkań, w których go zabrakło, wbijając każdemu z rywali ponad trzy gole. Co prawda Carlo Ancelotti pewnie nie przywiązuje żadnej wagi do tych statystyk, ale ma w składzie Isco, który będzie doskonałym zastępcą Bale’a. Ciężko to jednak powiedzieć o Fabio Coentrão, który musi zastąpić Marcelo, Illarramendim lub Khedirze, z których któryś zagra zamiast Modricia, czy Chicharito, który zajmie w ataku miejsce Benzemy.

Real nawet w galowym składzie nie był w stanie pokonać w tym sezonie Atletico, zawiódł w aż siedmiu meczach. Kluczem do sukcesu piłkarzy Diego Simeone było to, że stanowili nierozerwalny kolektyw – co najlepiej widać było przed tygodniem gdy w pierwszej połowie przetrzymywali szturm na Vicente Calderon. Tymczasem Ancelotti jest zmuszony wystawić skład jeszcze mniej ze sobą zgrany niż przed tygodniem.

Mimo to szanse Realu i tak są zdecydowanie większe niż PSG na odrobienie strat na Camp Nou. Przebudzić musi się przede wszystkim Cristiano Ronaldo, który w starciach z lokalnym rywalem wyraźnie gaśnie: efektywność jego celnych strzałów spada z poziomu 26% (średni wynik w La Liga) do zaledwie 15%.

Taki mecz często wywołuje dodatkowe pokłady energii i inspiracji także w zawodnikach rezerwowych. Nie dostaną lepszej okazji do wyjścia z cienia. Szczególnie zdeterminowany powinien być Javier Hernandez, który od przyjścia z Manchesteru United dostanie właściwie pierwszą wielką szansę, by zabłysnąć. Chicharito wystąpił jak dotąd w 24 spotkaniach we wszystkich rozgrywkach (17 w La Liga), ale wchodząc głównie w samych końcówkach. Tymczasem kiedy już był na murawie, trafiał do siatki wcale nie rzadziej niż Benzema, bo co 159 minut (Francuz co 160). Podczas wyjazdu do Meksyku na mecz reprezentacji dał wyraz frustracji, narzekając w wywiadzie na traktowanie nie fair. Zaowocowało to tym, że w ostatnich czterech meczach rozegrał w sumie więcej minut niż we wszystkich poprzednich 21. Jeśli nie z Atletico zaskarbić sobie odwieczną wdzięczność kibiców i trenera, to kiedy? Chicharito i Cristiano

Cristiano Ronaldo poznał swój limit?

Zmęczony Cristiano RonaldoGrzegorz Krychowiak w żartobliwym wpisie na Instagramie wypomniał Robertowi Lewandowskiemu, że strzelił w tym roku dwa razy więcej goli od napastnika Bayernu Monachium. Był to oczywiście niewinny prztyczek wymierzony przyjacielowi z kadry, a nie żadna wielka złośliwość. Rzeczywiście Lewandowski w rundzie wiosennej Bundesligi trafił do siatki tylko raz, ale raczej z powodu systemu gry drużyny Pepa Guardioli, nie przewidującej roli dla „klasycznej dziewiątki” niż drastycznego spadku formy. Gdyby „Krycha” poszedł w swych żartach dalej, mógłby się pochwalić, że strzelił tylko jednego gola mniej od Cristiano Ronaldo. Portugalczyk zdobył w tym sezonie La Liga aż 28 goli, ale w tym roku tylko trzy. W jego przypadku zachwianie formy jest bardziej wyraźne i o wiele bardziej cierpi na tym jego zespół. Trener Real Madryt, Carlo Ancelotti przekonuje, że to skutek cały czas bolącego, niewyleczonego kolana. Hiszpańskie media sugerują, że dochodzi do tego stres po rozstaniu z rosyjską supermodelką, Iriną Shayk.

Być może rację ma jednak hiszpański dziennikarz, Guillem Balague autor biografii m.in. Leo Messiego i Guardioli, że Ronaldo, który niedawno obchodził 30. urodziny (może zbyt hucznie jak na wieczór po porażce 0:4 z Atletico Madryt) po raz pierwszy w karierze poznał limit swego ciała. Nie pozwala mu ono grać na tak wyśrubowanym poziomie, jak przez wszystkie lata. Co raz częściej i silniej dopada go przemęczenie, urazy leczą się co raz dłużej, powrót do pełnej formy fizycznej po niech nie następuje tak błyskawiczny. Po prostu wiek jest nieubłagany i robi swoje. Podobne wahnięcie formy przeżył Portugalczyk pod koniec ubiegłego sezonu La Liga, ostatni dopadł go na początku roku, gdy Real przegrał trzy spotkania z rzędu – z Milanem, Valencią i Atletico, to ostatnie zaczął nawet na ławce.

Oczywiście tylko idiota wieszczyłby, że Cristiano Ronaldo „się skończył”. Do tego jeszcze daleko. Sam piłkarz twierdzi, że przy jego trybie życia i prowadzenia się może grać nawet do 40 roku życia. Na pewno zbyt optymistycznych wniosków co do formy Portugalczyka i swych szans w starciu z Realem nie powinni wysnuwać piłkarze Schalke 04, ale raczej pamiętać konfrontację z ubiegłego sezonu, którą przegrali w dwumeczu 2:9 (1:6 w Gelsenkirchen!) Ronaldo to wciąż zawodnik, który sam może przesądzić losy meczu. A starcie z czwartą drużyną Bundesligi to dla niego okazja doścignięcia Messiego na liście najlepszych strzelców wszech czasów w Lidze Mistrzów. Argentyńczyk prowadzi dwiema bramkami.

Cristiano Ronaldo

5 miliardów za Premier League czyli sok z suszonych śliwek

 

Miliardy za Premier League

Czy rekordowe 5,1 miliarda funtów za prawa do transmisji Premier League to wspaniała wiadomość tylko dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości i dealerów Ferrari?

5 000 000 000.

Słownie: pięć miliardów. Funtów. Na nasze to 29 miliardów złotych. Góra pieniędzy trudna do wyobrażenia. Więcej niż wynosi roczny budżet Islandii, w końcu europejskiego kraju, Wybrzeża Kości Słoniowej, niedawnego triumfatora Pucharu Narodów Afryki, Paragwaju, Jamajki, Gruzji czy Senegalu i setki państw i państewek. Albo jeśli ktoś woli, więcej niż PBK Mołdawii lub Czarnogóry. Dokładnie 5 136 000 000 funtów zapłaciły telewizje Sky Sports Ruperta Murdocha i BT Sport należąca do brytyjskiego giganta telefonicznego za prawa do transmisji meczów Premier League na trzy sezony (w latach 2016-19). Do transmisji meczów tylko na Wyspach! Dopiero w przyszłym roku Premier League sprzeda prawa na zagranicę i bardzo możliwe, że zgarnie drugie tyle – już w poprzednim trzyletnim rozdaniu azjatyckie, europejskie i amerykańskie stacje zapłaciły 2 miliardów funtów.
Obie stacje pokażą przez trzy lata w sumie 504 spotkania (rekordowe 168 w sezonie), oznacza to, że każdy spotkanie jest warte 10 milionów 190 tysięcy funtów, a każda minuta – czy to szlagierów jak Chelsea – Manchester City, Derbów Północnego Londynu czy meczu ciężej strawnego w rodzaju grudniowego Newcastle United – Stoke – 113 tysięcy funtów. W porównaniu z obowiązującym wciąż kontraktem cena praw wzrosła o 70 procent!
Dla Premier League to premia za status najbardziej wartościowych rozgrywek piłkarskich świata – zgodnie z raportem Credit Suisse, który wśród rozgrywek w ogóle wyżej stawia tylko futbolową NFL, koszykarską NBA i basebalową MLB, ale amerykańskie ligi mają o wiele więcej drużyn, ich lokalny rynek jest o wiele większy i pokazywane są w otwartych telewizjach. Oraz skutek przyjętego dawno temu przez Anglików systemu podziału pieniędzy z praw telewizyjnych, w którym cała suma dzielona jest na trzy cześci: 50% podlega równemu podziałowi między wszystkie kluby, nie ważne czy to mistrz Anglii, klub z wielkimi tradycjami czy debiutujący w elicie. 25 % zależy od liczby transmitowanych meczów, a kolejne 25 % od miejsca w tabeli na koniec sezonu.
Czyli inaczej niż w Hiszpanii, gdzie Real Madryt i FC Barcelona rozparcelowują między siebie połowę pieniędzy z praw telewizyjnych. Kluby Primiera Division częściej ostatnio triumują w Lidze Mistrzów, to ich gwiazdy – Leo Messi i Cristiano Ronaldo – od sześciu lat dzielą miedzy siebie Złotą Piłkę, podczas gdy ostatnim rerpezentantem Premier League, który przebił się do finałowej trójki był w 2008 Ronaldo jeszcze jako zawodnik Manchesteru United. Ale to właśnie z powodu duopolu Barcy i Realu – z rzadka przełamywanego przez kogoś jak ostatnio Atletico Madryt – dla których cała reszta ligi jest tłem, hiszpański rynek praw telewizyjnych wart jest niecałe 600 milionów funtów za sezon, czyli niemal czterokrotnie mniej od angielskiego.
Premier League jest zdecydowanie bardziej wyrównana, a przez to bardziej ekscytująca i atrakcyjna dla widzów, stąd jej oglądalność jest na świecie dwukrotnie większą od La Liga. Jak szczycił się jej dyrektor zarządzajacy, Richard Scudamore podczas ogłaszania nowego kontraktu, ostatni klub minionego sezonu, Cardiff City potrafił pokonać przyszłego mistrza Anglii – Manchester City – zaś z praw telewizyjnych zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium (62 miliony funtów w porównaniu z 27 milionami Bawarczyków). Co ciekawe Cardiff zainkasował tylko 1,5 razy mniej od Manchesteru United, klubu, który zarobił wówczas najwięcej. W Hiszpanii giganci zarabiają 6,5 razy więcej niż ostatni klub tabeli.

Telewizje kochają Premier LeagueNie potrzebna była zresztą bomba z angielskimi miliardami, by Real i Barca już jakiś czas temu wyraziły gotowość do renegocjacji warunków podziału wpływów z praw telewizyjnych, najwyraźniej kalkulując, że warto ustąpić, by później zarobić jeszcze więcej w silniejszej i bardziej konkurencyjnej lidze.
Scudamore podł też przykład Burnley, beniaminka walczącego o utrzymanie w Premier League, który „jest pod względem ekonomicznym większym klubem niż Ajax Amsterdam”. Od 2016 roku będzie pod tym względem jeszcze lepiej. Zakładając, że jakaś drużyna przegra wszstkie co do jednego mecze w sezonie i tak na jego koniec otrzyma 99 milionów funtów, czyli nie wielie mniej niż Real i Barca! A mistrz Anglii – 159 minionów.
- Futbol został zalany forsą. Teraz obetnijcie ceny biletów, niech znów mogą sobie na nie pozwolić prawdziwi kibice – skomentował na Twitterze Gary Lineker, jeden z nielicznych na Wyspach, którzy nie zachłystnęli się sumą kontraktu. Wtórował mu dziennikarz “Daily Telegraph” Henry Winter, wzywając do wyznaczenia maksymalnej ceny 20 funtów na bilety na mecze wyjazdowe, czyli dla najwierniejszych fanów i zniżek dla młodzieży do 24 lat, by nie stracić “całego pokolenia, które poszuka sobie rozrywki gdzie indziej”.
To nie jedyne wątpliwości jakie ogarnęły Anglików co efektu gigantyczneg kontraktu. – Na razie to wspaniała wiadomość dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości, dealerów Ferrari… – ironizował Winter. Podobne obawy ma były właściciel Tottenhamu, Alan Sugar, który stwierdził, że miliardy Sky i BT Sport wpompowane w angielski wywołają efekt “soku z suszonych śliwek”, czyli szybko zostaną „wydalone z organizmu”, prosto do kieszeni zawodników i ich agentów, a na wszystkim straci… reprezentacja Anglii. Kluby dostaną bowiem środki, by walczyć i o sukcesy i o przeżycie, opłacając jeszcze wyższe kontrakty międzynarodowych gwiazd, zwłaszcza z Ameryki Południowej, którzy nigdy jeszcze taką masą nie zaludniali Premier League, blokując drogę rozwoju młodym Anglikom. Już jest pod tym względem źle. Tacy zawodnicy jak Harry Kane w Tottenhamie, młody, lojalny wychowanek klubu, gotowy zrobić dla niego wszystko już są fenomenem i odstępstwem od reguły. A bez nich Anglia może powoli porzucać marzenia o sukcesie na mistrzostwach świata i Europy.

5 miliardów Premier League