„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Paryski snajper, czyli ninje PSG umieją w internety

Zlatan jako Paris SniperParis St Germain konsekwentnie szturmuje europejskie salony piłkarskie. Pod względem sportowym zostawił już w tyle podupadłych gigantów jak AC Milan, Inter Mediolan, Liverpool czy Manchester United. Ambicją właścicieli jest osiągnąć poziom Barcelony, Realu i Atletico Madryt czy Bayernu Monachium. W jednym Paryżanie już biją jednak swoich rywali na głowę: to kreatywność, inwencja, humor ale i bezczelność klubowych social ninja, czyli osób odpowiedzialnych za wizerunek PSG na Facebooku, Twitterze czy Instagramie.

Staczają tam przed ważnymi meczami i w trakcie gierki psychologiczne z rywalami, prowokując ich i zaczepiając, ale w stylu o klasę lepszym niż zdarzało się Jose Mourinho, gdy drwił z trenerów, gwiazd rywali lub nawet samych klubów. Zresztą Mourinho ninje PSG wzięły na warsztat już dwa lata temu, gdy przed meczami z Chelsea, gdy wrzuciły do sieci grafikę z herbami obu klubów z tekstem: „Dlaczego mamy się bać „wyjątkowego” (the Special One – jak sam siebie ochrzcił Portugalczyk) skoro u nas gra „jedyny” (The Only One)”. Nie musieli dopisywać, że chodzi im o Zlatana Ibrahimovića, dla wszystkich było to jasne. Zlatan jako najlepszy social ninja w klubie posłał wiadomość dalej swoim 3,5 miliona followersów na Twitterze.

PSG - ChelseaPrzed konfrontacją w ubiegłym roku ninje PSG zaatakowały fotomontażem obrazu Królowej Elżbiety II z Musee Grevin, owiniętej szalikiem PSG oraz pomnika brytyjskiego premiera Winstona Churchilla z wygrawerowanym logo paryskiego klubu i dopiskiem, że oni są już gotowi na wieczór. „God save the Queen, not Chelsea” – brzmiał kolejny mem.

Usiłowały też wykazać wyższość Paryża nad Londynem prezentując zdjęcie Wierzy Eiffla z pytaniem: „Chelsea, umiecie coś takiego?” W rewanżu oficjalne konto Chelsea odgryzło się zdjęciem Pucharu Europy i pytaniem: „a wy coś takiego?” na co Francuzi odpalili zdjęcie… Davida Beckhama w stroju PSG z tym samym pytaniem.

PSG - Chelsea w social mediachPrzed środowym rewanżem social media PSG obiegła przeróbka plakatu filmowego, w którym „Amerykański Snajper” został przerobiony na „Paryskiego snajpera” ze Zlatanem w roli głównej jako „najbardziej zabójczym strzelcem w historii Paryża”. To inicjacja akcji PSGBlockbuster, w ramach której sieć zalały filmiki: z niesłuszną czerwoną kartką dla Ibry w poprzednim meczu z Chelsea i komentarz Arnolda Schwarzeneggera „I’ll be back” i fragmentami meczu PSG – Chelsea przeplatanymi scenami z Bitwy o Helmowy Jar z „Władcy pierścienia” ze Zlatanem jako Legolasem, Marco Verratim jako bohaterem „Divergenta” (film znany u nas jako „Niezgodna”), Edinson Cavani jako śmiertelnie precyzyjnie strzelająca z łuku Katniss z „Igrzysk Smierci” a bramkarz Kevin Trapp został przedstawiony jak Gandalf Szary, nie pozwalający przejść Demonowi w Kopalni Moira.

PSG Zlatan z ChelseaTrzeba przyznać, że social ninje PSG – jak to się mawia w Internetach – robią to dobrze:)

Nóż w wodzie Jose Mourinho

Nóż w wodzieCzy pamiętacie historię o marynarzu, którą w „Nożu w wodzie” Romana Polańskiego opowiada „dziennikarz sportowy” grany przez Leona Niemczyka? Ów marynarz przez lata pracował na statkach w kotłowni, miał zrogowaciałe od chodzenia na bosaka po żużlu stopy. Jednocześnie bywał królem portowych knajp, gdzie ściągał na siebie uwagę wszystkich. Jego popisowym numerem był skok ze stołu bosymi nogami na rozbite butelki. Skóra twarda jak podeszwa była odporna na szkło, mógł więc sobie na to pozwolić. Z czasem przestał pływać, marynarz już tylko przesiadywał w knajpach, stracił sławę. Któregoś wieczoru znów postanowił zabłysnąć. Rozbił butelki, wlazł na stół, skoczył i… krew obryzgała wszystkich dookoła.

Historia ta przypomina mi się gdy patrzę na kolejne zmagania Jose Mourinho, bezradnie miotającego się wobec kryzysu Chelsea. Wszystkie popisowe numery, wszystkie triki, które dotąd sprawiały, że jego było zawsze na górze i pozwalały mu wybrnąć z każdych okoliczności, tym razem nie pomagają. Nie tylko, tym razem spychają go jeszcze głębiej w otchłań.

Kiedyś tworzenie z klubu „oblężonej twierdzy”, przekonywanie, że „cały świat jest przeciwko nam” jednoczyło drużynę we wspólnym celu. Dziś rozsadza ją od środka. Ilość frontów jakie otworzył, przytłoczyła go, a wraz z nim cały zespół, patrzący bezradnie jak trener karany za kolejne wariactwa kolejnymi grzywnami, po raz kolejny zsyłany jest z ławki na trybuny lub ze stadionu do klubowego hotelu. Coś co kiedyś wywołałoby w zawodnikach pozytywną agresję, zjednoczyło wokół niesprawiedliwie traktowanego bossa – jak po słynnym geście rąk w kajdanach w Interze Mediolan – dziś powoduje to u nich poczucie chaosu i wątpliwości czy boss kontroluje samego siebie.

Jose Mourinho

Kiedyś milczenie na konferencji prasowej, odpowiadanie „tak” lub „nie” czy przysyłanie asystenta wstrząsało całą ligą i okolicznymi mediami. Dziś odnotowywane jest jak kolejne nieszkodliwe wariactwo, głównie w mediach społecznościowych. Trenerscy rywale, przez lata obrażani i ośmieszani przez Mourinho w licznych tyradach (ostatniej po zdobyciu mistrzostwa w ubiegłym sezonie), nie chcą ich nawet komentować.

Kiedyś gdy Mourinho zmarszczył brwi, drżeli sędziowie, panicznie bojąc się jego krytyki, w razie wątpliwości często podejmując decyzję na korzyść jego drużyny. Być może pamiętając los szwedzkiego arbitra Adresa Friska, oskarżonego przez Portugalczyka o stronniczość w meczu Chelsea z Barceloną w meczu Ligi Mistrzów w 2005 roku, który dostał później tak wiele listów z pogróżkami, że skończył karierę.

Dziś tak liczne pretensje do arbitrów po każdym kolejnym niepowodzeniu uległy dewaluacji. Sędziowie przestali się go bać, umieją wyegzekwować należny szacunek. Umie także Angielska Federacja, która również stała się celem ataków Mourinho, najpierw ironicznych, a potem wręcz oskarżających związek o stronniczość. Efekt osiągnął zaś tylko taki, że nadszarpnął wizerunek klubu, jednocześnie dając piłkarzom do ręki poręczne usprawiedliwienie każdej porażki.

Kiedyś gdy skrytykował piłkarza – co robił niezwykle rzadko i w ostateczności – od razu przywracało to delikwenta do pionu i formy. Dziś – jak w przypadku Edena Hazarda – sprawia, że piłkarz traci pewność siebie, gra jeszcze gorzej i w efekcie pudłuje kluczowego karnego w meczu ze Stoke i Chelsea odpada z pucharu ligi.

Kiedyś najbardziej charakterystyczną cechą Mourinho była lojalność wobec swoich piłkarzy, oni zaś gotowi byli rzucić się za nim w ogień, rozpędzić i wpaść na ścianę, gdyby tego zażądał. I płakali żywymi łzami, kiedy odchodził z klubu. W tym sezonie zdążył już publicznie skrytykować i odsunąć od składu Hazarda i Cesca Fabregasa. Kapitana Johna Terry’ego zdjął po raz pierwszy z boiska i to już w przerwie. I musi tropić „kreta” w kolejnej szatni, o ile – w co nie dowierzam – istotnie jacyś piłkarze sugerowali mediom, że nie chcą wygrywać dla niego.

Choć Terry publicznie deklaruje swoje oddanie, twierdząc że klub nigdy nie miał lepszego trenera i wkrótce wspólnie odmienią zły los, kwestia nie „czy” tylko „kiedy”, a podczas meczu z Dynamem Kijów w Lidze Mistrzów Mourinho dostał ogromne wsparcie od kibiców „The Blues”, nie dziwię się innemu filmowemu skojarzeniu jakie miał Michał Okoński na swoim blogu Futbol jest Okrutny. Jemu Portugalczyk przypomniał Hrabiego de Valmont z „Niebezpiecznych związków” deklamującego madame de Tourvel ustami Johna Malkovicha pamiętne słowa „to poza moją kontrolą” (lub „nie panuję nad tym”).

Pamiętajmy, że zwycięskiego gola Williana z Dynamem wszystkie media przedstawiły jako ratującego trenera od stryczka, ale tylko na chwilę, do sobotniego meczu ze Stoke, który Mourinho obejrzy z hotelu. Czy odzyska na klubem kontrolę i spełnią się słowa byłej gwiazdy Chelsea, Gianfranco Zoli, że jeśli ktoś jest w stanie wyciągnąć klub z tych tarapatów, to tylko Portugalczyk? Chciałbym to zobaczyć, dlatego nie życzę mu rychłej straty pracy. Dotąd zwyciężał, a kiedy zaczynało iść źle, odchodził zwyciężać gdzie indziej. Czas na zarządzanie kryzysem i odbudowę drużyny. Stare triki nie pomogą. Pora na nowe, pełne pokory podejście. Bez tego nie prędko stanie się znów the Happy One. A przynajmniej nie na Stamford Bridge…

Jose Mourinho The Happy One

„Będąc młodą lekarką”, czyli awantura o dr Evę

Eva Carneiro i Jose Mourinho

Nie ma Jose Mourinho szczęścia do kobiet. Publiczne pretensje do Sary Carbonero, partnerki Ikera Casillasa – słuszne czy nie – w swoim czasie popsuły atmosferę w szatni Realu Madryt i przerodziły się w konflikt z bramkarzem reprezentacji Hiszpanii, na którym nie zyskała żadna ze stron. Dziś cały świat kibicuje i śle wyrazy wsparcia głównej lekarz Chelsea, Evie Carneiro, na której Portugalczyk wyżywa się po stracie punktów ze Swansea i szykanuje, odsuwając od pracy z piłkarzami „The Blues”, bo śmiała bez jego przyzwolenia pomóc jednemu z nich gdy cierpiał na boisku. Co mogło doprowadzić do straty bramki, ale nie doprowadziło. Rażąca niesprawiedliwość z jaką potraktował lekarkę wykonującą przecież swoje obowiązki i nieprzejednanie w jakim trwa, zabraniając jej nie tylko pracy podczas meczów, siadania na ławce, a nawet wstępu do hotelu drużyny, spotkała się ze zdumieniem i oburzeniem nie tylko kolegów po fachu Carneiro, nie tylko 350 tysięcy kibiców „The Blues”, którzy masowo okazali jej wsparcie na Facebooku, ale nawet samego właściciela Chelsea, Romana Abramowicza. Po co Mourinho ta awantura ze wzbudzającą powszechny szacunek i sympatię lekarką, z której może wyjść wyłącznie przegrany?

Czym podpadła mu dr Eva? Eden Hazard, któremu pobiegła z pomocą, zwijał się w bólu. Wyraźny sygnał do interwencji lekarza dał zresztą sędzia spotkania, Michael Oliver i to dwukrotnie! Czy miała go zlekceważyć? Gdy wbiegła na murawę wraz z fizjoterapeutą, Mourinho podskoczył za linią boczną jak rażony prądem. Wiadomo bowiem, że piłkarz opatrywany przez lekarza musi opuścić boisko i może wrócić dopiero po pozwoleniu arbitra. Oznaczało to, że grająca już w osłabieniu Chelsea (czerwoną kartkę dostał wcześniej Thibaut Courtois), musiała przez chwilę grać w dziewiątkę. Na konferencji Portugalczyk z wściekłością skrytykował swój sztab medyczny, przekonując, że Hazard nie doznał żadnego urazu, a jedynie był zmęczony. I dodał, że „nieważne, czy jesteś doktorem czy sekretarką siedzącą na ławce drużyny, musisz znać się na futbolu i rozumieć go”.

Były gwiazdor reprezentacji Anglii, ekspert BBC, Gary Lineker spuentował napisał na Twitterze, że być może sam złoży aplikację do sztabu medycznego Chelsea, bo na futbolu się zna, za wiedza medyczna jest jest tam szczególnie konieczna”. Wsparcia udzielili Carneiro koledzy. Lekarz WBA, Dr Mark Gillett i szef „Premier League Doctors’ Group” nazwał postępowanie Mourinho „skrajnie niesprawiedliwym” i torpedującym wysiłki władz ligi i stowarzyszenia by poprawić bezpieczeństwo zawodników. Odezwał się nawet lekarz krykietowej reprezentacji Australii, Peter Brukner, który domaga się przeprosin dla sztabu medycznego.

Eva Carneiro John Terry i Jon FearnMourinho brnie jednak w zaparte i podtrzymuje szykany. Postawa „Lorda Vadera” świata futbolu, nienawidzonego, ale zwycięskiego, używającego do osiągnięcia sukcesu „ciemnej strony mocy”, prowokującego trenerów, piłkarzy rywali, sędziów a nawet całe federacje to dla Mourinho chleb powszedni. Lubi ustawiać się wraz z drużyną w kontrze do całego świata, czynić z niej oblężoną twierdzę i zawsze mieć pod ręką wygodnego „wroga”. Od spiskującej przeciwko jego drużynie UEFA po złośliwych chłopców do podawania piłek. Rzadko jednak znajdował ich wśród pracowników własnego klubu. Choć po prawdzie Carneiro dostaje się po raz drugi. W styczniu ochrzanił ją za to, że dla odmiany zbyt wolno biegła zająć się kontuzjowanym Oscarem.

Oskarżenia o seksizm to oczywisty absurd. Kwestie płci są pewnie ostatnia rzeczą, którą kieruje się w pracy. Gdyby na miejscu dr Evy był jakiś facet, być może dostałby mu się jeszcze mocniej. Nie przekonuje mnie też do końca teza dziennikarza „Tygodnika Powszechnego”, Michała Okońskiego w sport.pl, że to po prostu kolejna wrzutka, której celem – jak mnóstwa poprzednich – jest odciągnięcie uwagi mediów od kondycji drużyny przed ważnym starciem z kontrkandydatem do tytułu (w sobotę Chelsea gra z Manchesterem City).

To prawda, że zamiast pytać o dwa bolesne niepowodzenia: porażkę w meczu o Tarczę Wspólnoty z obśmiewanym przez Mourinho Arsenalem i stratę punktów u siebie ze Swansea, którą w ubiegłym sezonie Chelsea wysoko ogrywała (5:0 na wyjeździe), wszyscy skoncentrują się na odsunięciu od drużyny tyleż uroczej, co kompetentnej lekarki (najmniej kontuzji w ubiegłym sezonie). Nie wierzę jednak, że taki by jego plan. Byłaby to wrzutka granatu między własne szeregi, koszty odwrócenia uwagi byłby zbyt wysokie.

To raczej efekt stresu wywołanego niepowodzeniami i słabszą postawą kluczowych zawodników od tak solidnych w ubiegłym sezonie obrońców, przez nieprzekonujących pomocników Fabregasa i Matica, po nie do końca wyleczonego Diego Costę w ataku i Falcao, który wciąż przypomina siebie z Manchesteru United, a nie Atletico. Oraz na karb frustracji wywołanej brakiem kontroli nad wszystkim, utraconej wraz z wydaniem zgody przez Abramowicza na przejście Petra Cecha do Arsenalu. Carneiro też zrobiła coś wbrew jego woli, ale ją w przeciwieństwie do właściciela „The Blues” może za to skarcić. Więc karci.

Z awantury tej Mourinho wychodzi jako seksistowski cham, do tego nie liczący się ze zdrowiem własnych zawodników, choć tak naprawdę trudno znaleźć trenera bardziej dbającego o swoich piłkarzy. I okazującego więcej szacunku i zainteresowania pracownikom klubu aż po odźwiernego bramy. Eva Carneiro i Jose Mourinho

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

Premier League w Trójkącie Bermudzkim

Anglia poza Ligą MistrzówLedwo minął miesiąc od ogłoszenia rekordowego kontraktu za prawa do transmitowania ligi angielskiej (ponad 5 miliardów za trzy sezony, co daje 113 tysięcy funtów za każdą minutę każdego meczu), a „najsilniejsza, najbogatsza i najbardziej ekscytująca ligi świata” skompromitowała się nie wprowadzając ani jednego przedstawiciela do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Po raz drugi w ostatnich trzech sezonach. Żeby tylko Premier League blado wypadła na tle ligi hiszpańskiej, która znów ma w ćwierćfinale trzech reprezentantów. Siarczysty policzek wymierzyła jej liga francuska, której PSG i Monaco wyeliminowało Chelsea i Arsenal, portugalska i przeżywająca kryzys finansowy liga włoska. Europa potraktowała angielskie kluby równie bezlitośnie jak Leo Messi piłkarzy Manchesteru City swoimi „kanałami”.

***
Ta kolejna klęska angielskich drużyn urasta do zagadki Trójkąta Bermudzkiego. Jak to możliwe, że ekipy mające na pokładzie najlepszy sprzęt i najlepszych na świecie specjalistów, których umiejętności i doświadczenie nie budzą wątpliwości, zamiast pewnie i bezpieczne przepłynąć z portu do portu znikają po drodze za sprawą sił iście paranormalnych. Przecież mówimy tu o lidze najbogatszej ze wszystkich, z którą finansowo równać mogą się jedynie futbolowe, baseballowe i koszykarskie odpowiedniki zza Oceanu.
Już dziś przecież szef Premier League chwali się, że spadkowicz po ubiegłym sezonie – Cardiff City zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium, a beniaminek Burnley finansowo stoi lepiej niż taki Ajax Amsterdam. Gdy nowy kontrakt wejdzie w życie wspomniane Burnley będzie pewnie stać na wykupienie połowy składu Juventusu Turyn czy FC Porto, a Premier League stanie się jeszcze bardziej wyrównana i atrakcyjna.
Pytanie czy już nie stała się ofiarą własnego sukcesu i atrakcyjności. Silna liga dzięki solidarnemu podziałowi wpływów z praw telewizyjnych sprawia, że jak w żadnej inne każdy jest w stanie wygrać tu z każdym. Nigdzie nie ma takiej konkurencji jak na Wyspach. Właśnie trwa tam pasjonująca walka o Ligę Mistrzów z udziałem aż siedmiu drużyn. Tylko czy właśnie z powodu tak wyczerpującej rywalizacji co kolejka, później angielskie drużyny kompromitują się w grupie Ligi Mistrzów (mniej – jak Arsenal czy City, lub bardziej – jak Liverpool, który zdołał wygrać tylko z Łudogorcem Razgrad), a po wyjściu z niej na drugim miejscu natychmiast odpadają?
Właśnie intensywność rywalizacji w Premier League, a przy tym brak dobrodziejstwa przerwy zimowej do pewnego stopnia tłumaczy niemoc angielskich drużyn. Bo już nie sama ilość spotkań. Barcelona eliminując City miała na koncie jedno spotkanie więcej, Chelsea dokładnie tyle samo co PSG (przed rewanżowym meczem miała za to cały tydzień na odpoczynek), a Arsenal, upokorzony na własnym stadionie przez Monaco, zaledwie dwa spotkania więcej niż Francuzi.
Ogromne pieniądze, przyznawane bez względu na wynik na koniec sezonu też nie są bez wpływu na kluby i samych zawodników. Demoralizują przepłaconych piłkarzy, którym ciężej o motywację. I kluby, które z kolei przestają prowadzić rozsądną politykę transferową. Ich kadry rozrastają się do gigantycznych rozmiarów. Tworzą przy tym gwiazdozbiór bez tożsamości. Jak na lekarstwo w nich wychowanków albo choćby Anglików, bo ich ceny są wywindowane pod niebiosa. Ostatnio narzekał na to zjawisko trener City, Manuel Pellegrini, który utyskiwał w „Guardianie”, że choć chciałby mieć w składzie angielskich zawodników, nie ma ich skąd wziąć, bo byle lewy obrońca jak Luke Shaw wyceniany jest na 35 milionów funtów, a za Raheema Sterlinga musiałby zapłacić Liverpoolowi ze 100 milionów funtów.
***
Poza tym wspólnym mianownikiem historia klęski każdej z angielskich drużyn jest inna. W Manchesterze City szósty raz z rzędu zawiódł trener nie umiejący wykorzystać potencjału światowej klasy, ale już co raz bardziej podstarzałych, milionerów (najwyższa średnia wieku ze wszystkich drużyn w Champions League). Chelsea zatraciła to co zawsze charakteryzowało drużyny Jose Mourinho: pozwoliła sobie strzelić gole po stałych fragmentach, w samej końcówce meczu i dogrywki, nie potrafiła wykorzystać gry z przewagą zawodnika. Jak tłumaczył sam Portugalczyk, nie uniosła presji. A Arsenal po raz piąty zrealizował doroczny scenariusz: zawalił kompletnie mecz u siebie, by w heroicznej pogoni w rewanżu zabrakło mu jednej bramki do awansu. Obie londyńskie drużyny odpadły z powodu goli na wjeździe.
I tu właśnie najzabawniejszy sposób na wyjście angielskich drużyn z europejskiego impasu znalazł Arsene Wenger. Zastrzegł co prawda, że żadnego kryzysu nie widzi, dodał za to, że dobrze byłoby zrezygnować z… reguły, że gole zdobyte na wyjeździe liczą się podwójnie. Jego zdaniem przepis jest przestarzały, wymyślono go w latach 60. ubiegłego wieku żeby zachęcić drużyny do ofensywnej gry na wyjeździe zamiast kurczowej obrony. Nie pasuje do współczesności, w której gole na wyjeździe znaczą zbyt dużo, należy więc go zmienić. Rzeczywiście zarówno rywalizacja Arsenalu z Monaco jak i Chelsea z PSG skończyła się wynikiem 3:3. Czy Anglikom wystarczy więc wyćwiczyć rzuty karne?

5 miliardów za Premier League czyli sok z suszonych śliwek

 

Miliardy za Premier League

Czy rekordowe 5,1 miliarda funtów za prawa do transmisji Premier League to wspaniała wiadomość tylko dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości i dealerów Ferrari?

5 000 000 000.

Słownie: pięć miliardów. Funtów. Na nasze to 29 miliardów złotych. Góra pieniędzy trudna do wyobrażenia. Więcej niż wynosi roczny budżet Islandii, w końcu europejskiego kraju, Wybrzeża Kości Słoniowej, niedawnego triumfatora Pucharu Narodów Afryki, Paragwaju, Jamajki, Gruzji czy Senegalu i setki państw i państewek. Albo jeśli ktoś woli, więcej niż PBK Mołdawii lub Czarnogóry. Dokładnie 5 136 000 000 funtów zapłaciły telewizje Sky Sports Ruperta Murdocha i BT Sport należąca do brytyjskiego giganta telefonicznego za prawa do transmisji meczów Premier League na trzy sezony (w latach 2016-19). Do transmisji meczów tylko na Wyspach! Dopiero w przyszłym roku Premier League sprzeda prawa na zagranicę i bardzo możliwe, że zgarnie drugie tyle – już w poprzednim trzyletnim rozdaniu azjatyckie, europejskie i amerykańskie stacje zapłaciły 2 miliardów funtów.
Obie stacje pokażą przez trzy lata w sumie 504 spotkania (rekordowe 168 w sezonie), oznacza to, że każdy spotkanie jest warte 10 milionów 190 tysięcy funtów, a każda minuta – czy to szlagierów jak Chelsea – Manchester City, Derbów Północnego Londynu czy meczu ciężej strawnego w rodzaju grudniowego Newcastle United – Stoke – 113 tysięcy funtów. W porównaniu z obowiązującym wciąż kontraktem cena praw wzrosła o 70 procent!
Dla Premier League to premia za status najbardziej wartościowych rozgrywek piłkarskich świata – zgodnie z raportem Credit Suisse, który wśród rozgrywek w ogóle wyżej stawia tylko futbolową NFL, koszykarską NBA i basebalową MLB, ale amerykańskie ligi mają o wiele więcej drużyn, ich lokalny rynek jest o wiele większy i pokazywane są w otwartych telewizjach. Oraz skutek przyjętego dawno temu przez Anglików systemu podziału pieniędzy z praw telewizyjnych, w którym cała suma dzielona jest na trzy cześci: 50% podlega równemu podziałowi między wszystkie kluby, nie ważne czy to mistrz Anglii, klub z wielkimi tradycjami czy debiutujący w elicie. 25 % zależy od liczby transmitowanych meczów, a kolejne 25 % od miejsca w tabeli na koniec sezonu.
Czyli inaczej niż w Hiszpanii, gdzie Real Madryt i FC Barcelona rozparcelowują między siebie połowę pieniędzy z praw telewizyjnych. Kluby Primiera Division częściej ostatnio triumują w Lidze Mistrzów, to ich gwiazdy – Leo Messi i Cristiano Ronaldo – od sześciu lat dzielą miedzy siebie Złotą Piłkę, podczas gdy ostatnim rerpezentantem Premier League, który przebił się do finałowej trójki był w 2008 Ronaldo jeszcze jako zawodnik Manchesteru United. Ale to właśnie z powodu duopolu Barcy i Realu – z rzadka przełamywanego przez kogoś jak ostatnio Atletico Madryt – dla których cała reszta ligi jest tłem, hiszpański rynek praw telewizyjnych wart jest niecałe 600 milionów funtów za sezon, czyli niemal czterokrotnie mniej od angielskiego.
Premier League jest zdecydowanie bardziej wyrównana, a przez to bardziej ekscytująca i atrakcyjna dla widzów, stąd jej oglądalność jest na świecie dwukrotnie większą od La Liga. Jak szczycił się jej dyrektor zarządzajacy, Richard Scudamore podczas ogłaszania nowego kontraktu, ostatni klub minionego sezonu, Cardiff City potrafił pokonać przyszłego mistrza Anglii – Manchester City – zaś z praw telewizyjnych zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium (62 miliony funtów w porównaniu z 27 milionami Bawarczyków). Co ciekawe Cardiff zainkasował tylko 1,5 razy mniej od Manchesteru United, klubu, który zarobił wówczas najwięcej. W Hiszpanii giganci zarabiają 6,5 razy więcej niż ostatni klub tabeli.

Telewizje kochają Premier LeagueNie potrzebna była zresztą bomba z angielskimi miliardami, by Real i Barca już jakiś czas temu wyraziły gotowość do renegocjacji warunków podziału wpływów z praw telewizyjnych, najwyraźniej kalkulując, że warto ustąpić, by później zarobić jeszcze więcej w silniejszej i bardziej konkurencyjnej lidze.
Scudamore podł też przykład Burnley, beniaminka walczącego o utrzymanie w Premier League, który „jest pod względem ekonomicznym większym klubem niż Ajax Amsterdam”. Od 2016 roku będzie pod tym względem jeszcze lepiej. Zakładając, że jakaś drużyna przegra wszstkie co do jednego mecze w sezonie i tak na jego koniec otrzyma 99 milionów funtów, czyli nie wielie mniej niż Real i Barca! A mistrz Anglii – 159 minionów.
- Futbol został zalany forsą. Teraz obetnijcie ceny biletów, niech znów mogą sobie na nie pozwolić prawdziwi kibice – skomentował na Twitterze Gary Lineker, jeden z nielicznych na Wyspach, którzy nie zachłystnęli się sumą kontraktu. Wtórował mu dziennikarz “Daily Telegraph” Henry Winter, wzywając do wyznaczenia maksymalnej ceny 20 funtów na bilety na mecze wyjazdowe, czyli dla najwierniejszych fanów i zniżek dla młodzieży do 24 lat, by nie stracić “całego pokolenia, które poszuka sobie rozrywki gdzie indziej”.
To nie jedyne wątpliwości jakie ogarnęły Anglików co efektu gigantyczneg kontraktu. – Na razie to wspaniała wiadomość dla zawodników, ich agentów, agentów nieruchomości, dealerów Ferrari… – ironizował Winter. Podobne obawy ma były właściciel Tottenhamu, Alan Sugar, który stwierdził, że miliardy Sky i BT Sport wpompowane w angielski wywołają efekt “soku z suszonych śliwek”, czyli szybko zostaną „wydalone z organizmu”, prosto do kieszeni zawodników i ich agentów, a na wszystkim straci… reprezentacja Anglii. Kluby dostaną bowiem środki, by walczyć i o sukcesy i o przeżycie, opłacając jeszcze wyższe kontrakty międzynarodowych gwiazd, zwłaszcza z Ameryki Południowej, którzy nigdy jeszcze taką masą nie zaludniali Premier League, blokując drogę rozwoju młodym Anglikom. Już jest pod tym względem źle. Tacy zawodnicy jak Harry Kane w Tottenhamie, młody, lojalny wychowanek klubu, gotowy zrobić dla niego wszystko już są fenomenem i odstępstwem od reguły. A bez nich Anglia może powoli porzucać marzenia o sukcesie na mistrzostwach świata i Europy.

5 miliardów Premier League

Rusza Liga Mistrzów, czyli zagrajcie to jeszcze raz! (konkurs)

UEFA-Champions-LeagueTradycyjnie bez mistrza Polski, ale jeszcze nigdy aż tak boleśnie bez mistrza Polski rusza kolejna edycja Ligi Mistrzów. Co prawda i bez Celtiku Glasgow, co dla niektórych byłoby już traumą nie do zniesienia. Krąg cierpiących w tej edycji mocno się zresztą powiększył, gdy okazało się, że w Champions League po raz pierwszy od 19 lat zabraknie Manchesteru United. Ucierpimy wszyscy nie mogąc śledzić w elitarnych rozgrywkach gwiazd, dla których je stworzono jak Robin van Persie, Wayne Rooney, Radamel Falcao czy jeden z kluczowych zawodników w sukcesie Realu Madryt w poprzednim sezonie – Angel di Maria. Brak tych jednych z największych piłkarzy naszych czasów to tak wielki błąd w Matriksie, że aż się zastanawiam czy na pewno tę edycję możemy nazwać Ligą Mistrzów.

Oczywiście, że tak. Szansę na rozbłyśnięcie ma ligomistrzowskim firmamencie dostaną inni jak nowa gwiazda obrońców trofeum, James Rodriguez, Luis Suarez (gdy już wygaśnie mu zawieszenie w Barcelonie), osieroceni przez Urugwajczyka Daniel Sturridge czy Raheem Sterling z wracającego po przerwie do Champions League Liverpoolu czy Matteo Destro z Romy.

Nie zgadzam się z narzekaniem niektórych jak Sean Ingle z „Guardiana” że dysproporcja między wielkimi, a przeciętniakami jest już tak wielka, że runda grupowa stała się nieprzyjemnie przewidywalna. Ja nie jestem w stanie przewidzieć kto na którym miejscu wyjdzie z grupy E (Bayern, Manchester City, CSKA Moskwa, AS Roma), C (Benfika, Zenit St Petersburg, Bayer Leverkusen, AS Monaco) czy D (Arsenal, Borussia Dortmund, Galatasaray Stambuł, Anderlecht)?

Oczy nie tylko polskich kibiców będą śledzić jak jeden z najlepszych napastników świata, Robert Lewandowski odnajdzie się w Bayernie Monachium, naszpikowanym mistrzami świata. Okazji do udowodnienia swej wartości będzie miał co kolejka, bowiem Bawarczycy wraz z Manchesterem City, CSKA Moskwa i Romą stworzyli właściwie jedyną „grupę śmierci”. Bayern Pepa Guardioli bardzo wolno rozkręca się w Bundeslidze, czy to z winy kontuzji czy przemęczenia największych gwiazd mundialem (a dla reprezentantów Niemiec spełnieniem jakiego tam doznali). W tak silnej grupie trzeba być rozkręconym od początku, bo potknięcia może nie być kiedy nadrobić. Na Lewandowskim, który renomę w Europie zyskał dzięki czterem golom wbitym Realowi Madryt właśnie w Lidze Mistrzów, będzie ciążyła presja, żeby udowadniać swoją wartość co mecz. Ma być tym, który przesądza. Po to zresztą przecież zmienił klub, żeby z Bayernem sięgnąć po jedyne trofeum, którego nie był w stanie zdobyć z Borussią Dortmund.

Pod znacznie większą presją będzie w tej edycji również Guardiola, który ma za sobą już sezon z Bawarczykami, więc już żadnych wymówek w razie niepowodzenia na tym najważniejszym z frontów. W minionym sezonie Bayern potrafił zachwycać (m.in. w pierwszym spotkaniu z Manchesterem City) ale i boleśnie rozczarowywał, jak w rewanżu z The Citizens, przegranym na Allianz Arena czy obu meczach z Realem Madryt.

Borussia Dortmund Kuby Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka po raz trzeci w ostatnich latach trafiła do grupy z Arsenalem Wojtka Szczęsnego, dzięki znów usłyszymy koncert z udziałem rockowej kapeli Juergena Kloppa i orkiestry symfonicznej Arsene Wengera – jak to ujął pierwszy z dwóch wielkich trenerów. A przecież każdy z nas lubi te utwory, które już kiedyś usłyszał;) W przeciwieństwie do poprzedniej edycji „Kanonierzy”, wzmocnieni latem Alexisem Sanchezem czy Danny Welbeckiem nie powinni mieć problemu z zajęciem pierwszego miejsca w grupie, co być może wreszcie pomoże uniknąć im Barcelony czy innego giganta w 1/8 finału. BVB zdecydowanie nie poradziła sobie ze znalezieniem następcy Lewandowskigo ani nowego systemu gry bez Polaka. W dodatku jak co roku kadrę Kloppa przetrzebiły kontuzje (Kuby, Marco Reusa czy Matsa Hummelsa), których zabraknie m.in. w kluczowych meczach z Arsenalem. Ławka znów okazała się tak krótka, że Klopp musi uzupełniać kadrę meczową amatorami z rezerw.

Skarb Kibica Ligi Mistrzów

Jak co roku zadajemy sobie pytanie czy obrońca trofeum jest w stanie obronić trofeum. Na pewno nie ma co skazywać Realu z góry na niepowodzenie, ale zdecydowanie więcej szans dawałem na to w swoim czasie Barcelonie w 2010 roku czy Bayernowi sezon temu. I Barca i Bayern wydawały się wówczas drużynami kompletnymi, które dla wpuszczenia świeżej krwi i zwiększenia głodu sukcesu wzmocniły się Zlatanem Ibrahimoviciem (pierwsi) czy jednym z najlepszych trenerów świata (Guardiola u drugich), a jednak się nie udało. Nie da się obronić tezy, że wymiana Xabiego Alonso na Tony Kroosa (gdybyż mogli grać obaj w Realu!) czy Angela di Marii na Jamesa Rodrigueza były usprawiedliwionym pod względem sportowym wzmocnieniem drużyny. Albo, że przywrócenie pozycji w klubie Ikerowi Casillasowi wyszło drużynie na dobre. Na razie w przegranych derbach Madrytu z Ateltico po raz pierwszy w karierze był wygwizdany przez własnych kibiców na Santiago Bernabeu. Z drugiej strony poprzedniego sezonu Real również nie zaczął rewelacyjnie, a , zakończył Decimą, trzeba więc wstrzymać się z wróżeniem mu klęski w Lidze Mistrzów co najmniej do ćwierćfinału. Choć grupa wcale nie jest taka łatwa (z wracającym do elity Liverpoolem czy FC Basel, które w minionym sezonie potrafiło dwukrotnie pokonać Chelsea Jose Mourinho), to Real jest jej zdecydowanym faworytem.

UWAGA: KONKURS!

Z okazji startu Ligi Mistrzów mam dla Was konkurs z wyjątkową nagrodą do wygrania. Oto koszulka Bayernu Monachium z autografem Roberta Lewandowskiego. To drugi komplet, ale w takiej właśnie Lewy strzelił dla Bawarczyków pierwszego gola w oficjalnym meczu.

Lewy_BayernCo trzeba zrobić, żeby ją wygrać. Napisać w komentarzach króciutko, ale w zgrabnej formie i z pomysłem (może być śmiesznie, może być poważnie, może być do rymu, jak tam sobie chcecie): „piłkarz, którego w tej edycji będę śledził z największą uwagą/przyjemnością/uwielbieniem to…., bo….” Np: „Pirlo, bo „myśli, więc gra” (nawiązując do tytułu jego autobiografii, która w tych dniach ukaże się w naszych księgarniach).

Uwaga: konkurs rozgrywany jest również na moim Twitterze.

Do dzieła i powodzenia! Na propozycje czekam do pierwszego gwizdka, pierwszego meczu!

 

Skarb Kibica Ligi Mistrzów

Lampard w Man City, czyli Frank, „byłeś legendą”…

Wygląda na to, że Frank Lampard postanowił zagrać w sequelu sympatycznej nowojorskiej komedii „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”. Albo może raczej, że postanowił rzucić rolę w wartościowej superprodukcji „Jestem Legendą”. Przyznam, że ze wszystkich letnich transferów, ten jest dla mnie najbardziej zaskakujący i niezrozumiały. Oto legenda Chelsea po 13 latach gry w The Blues i może nie najserdeczniejszym rozstaniu przed mundialem (ale czy odchodzący Didier Drogba był żegnany z fanfarami?) via New York City FC przechodzi do drużyny największego rywala. Może nie najbardziej znienawidzonego, Manchester City to nie Arsenal, ale głównego kontrkandydata w walce o tytuł, którą to Chelsea przegrała spektakularnie w minionym sezonie.

Trawestując słynny cytat o Leninie: „mówię Lampard, myślę Chelsea”. Choć nie był wychowankiem klubu, przez ostatnich 13 lat stał się nie tylko najlepszym strzelcem w historii klubu, ale i integralną częścią wszystkich jego wzlotów (obu tytułów mistrza Anglii za Jose Mourinho) i upadków (jak ten w finale Ligi Mistrzów w Moskwie w 2008 roku). Jednym z liderów i filarów The Blues. Zobaczyć go w niebieskiej koszulce The Citizens to podobno szok jaki przeżylibyśmy patrząc na Ryana Giggsa w koszulce Chelsea, Aleksa del Piero w barwach Interu Mediolan, do którego trafiłby via ten klub w Sydney czy Francesco Tottiego w koszulce AC Milan etc.

Nie rozumiem tej decyzji. Ani piłkarza ani City. Dlaczego Lampard burzy swój pomnik, który być może kiedyś stanąłby przed Stamford Bridge? Rozumiem, że chce czuje się na siłach, by grać na najwyższym poziomie, tymczasem jego klub MLS ma wolne aż do końca roku. Ale mógł śladem Davida Beckhama wybrać dowolny europejski klub. W Milanie przyjęliby go z otartymi ramionami. Podobnie jak były gwiazdor Manchesteru United deklarował przecież, że nigdy nie zagra w innym klubie Premier League. W ostateczności mógł wybrać Queens Park Rangers swego wuja, Harry’ego Redknappa, co kibice The Blues przełknęliby znacznie łatwiej niż zespół najgroźniejszego rywala. Czy to „zemsta” na Jose Mourinho, który – jak przynajmniej dziś deklaruje – zaproponował mu przedłużenie umowy o rok, co w końcu jest rzeczą zwyczajną u piłkarzy w wieku Franka? Ubódł brak gwarancji regularnej gry, której Mourinho w tym przypadku dać mu po prostu nie mógł, zresztą wątpliwe, żeby dostał ją na Etihad? Nie wierzę, żeby w przypadku akurat tego piłkarza chodziło o pieniądze. Czy więc jest tu jeszcze jakieś drugie dno, którego na razie nie znamy?

City z jednej strony zyskuje na sześć miesięcy za darmo (okej, pieniądze idą z tej samej kieszeni) świetnego piłkarza, który doskonale zna szatnię największego rywala i w dodatku jest Anglikiem, co ważne z uwagi na finansowe Fair Play FIFA. Tylko czy Lampard pod względem sportowym jest do czegokolwiek potrzebny Manuelowi Pellegriniemu? Gdzie go upchnie, mając w pomocy Yaya Toure, Javiego Garcię, Fernandinho, Fernando, Jacka Rodwell i Jamesa Milnera (o Samirze Nasrim, Jesusie Navasie i Davidzie Silvie nie wspominając)? Czy w decyzji Pellegriniego znalazła się też i chęć wystrychnięcia na dudka Mourinho, który boleśnie dał mu się we znaki swoimi tyradami, a któremu odmówił polemiki na salach konferencyjnych? Jeśli nawet to nie uwierzę, że była wiodąca.

Lampard zastrzegł sobie, że nie wystąpi w spotkaniach przeciwko Chelsea (pierwsza okazja 21 września). Czy to wystarczy, żeby fani The Blues przełknęli ten transfer i widok swej ikony w jasnoniebieskiej koszulce City? Z tego co czytam na forach, są rozczarowani, ale nikt nie intonuje „byłeś legendą, jesteś sprzedajną mendą”… Czy jednak Lampard swoją decyzją spalił – nomen omen – most na Stamford? I nie wróci do drużyny, do sztabu trenerskiego, by zdać egzamin na trenerskiego magistra pod okiem promotora Mourinho, jak Giggs u profesora Louisa van Gaala? Z drugiej strony podpatrywał największych: oprócz The Special OneCarlo Ancelottiego, Guusa Hiddinka, Luisa Felipe Scolariego… Chciałbym, żeby ten jeden z najinteligentniejszych piłkarzy zasiadł kiedyś na ławce trenerskiej. Może wcale nie wszystko stracone i kiedyś będzie to ławka The Blues? W końcu jak głosi teoria spiskowa, Chelsea zawdzięcza swój największy europejski sukces – triumf w Lidze Mistrzów – nieformalnemu trenerskiemu tercetowi Lampard-Drogba-Terry, Roberto di Matteo tam tylko nie przeszkadzał…

Lampard_i_Terry

Ruszyła Premier League! Bez Sir Alexa jest jak Stonesi bez Jaggera?

Ruszył właśnie jeden z najciekawszych od dawna sezonów Premier League. Nie piszę „najlepszych”, bo jednak mam wrażenie, że w latach 2002-2010 grały tam znacznie silniejsze drużyny, a w nich znacznie większe gwiazdy niż obecnie – jak choćby Didier Drogba, Ruud van Nistelrooy czy Cristiano Ronaldo. Steven Gerrard z Xabim Alonso i Pepe Reiną czy Thierry Henry z Robertem Piresem i Patrickiem Vieirą, a potem młodym Ceskiem Fabregasem tworzyli jedne z najlepszych drużyn Europy. Zwieńczeniem tej angielskiej dominacji w Europie finał Ligi Mistrzów w 2008 roku i trzy drużyny w półfinale.

Premier League rusza po sezonie, który zakończył upokarzający dla niej niemiecki finał Champions League na Wembley. Co gorsza Chelsea jako pierwszy obrońca trofeum w historii nie zdołał wyjść z grupy, podobnie jak Manchester City, naszpikowany wielkimi gwiazdami futbolu, które znów nie stworzyły drużyny. W Europie zawiódł też i Arsenal i Manchester United. Jeśli nowy sezon zapowiada się spektakularnie to – póki co – raczej poprzez transfery trenerskie niż piłkarskie. Najbardziej gorące kąski transferowe ubiegłego sezonu jak Radamel Falcao czy Edinson Cavani wybrały miliony zamiast jakości sportowej i perspektywy największych sukcesów. Wygląda na to, że Falcao już tego żałuje i szykuje się do porzucenia Monaco). Robert Lewandowski, który też byłby wzmocnieniem każdego angielskiego klubu został w Borussii Dortmund i jeśli się gdzieś przeniesie to do wymarzonego Bayernu Monachium (mimo, że znów na Londyn będzie go namawiał sam Jose Mourinho).

Arsene Wenger znów obiecuje transfery, na razie jednak przegrał walkę o Gonzalo Higuaina i Luiza Gustavo (z Wolfsburgiem, co jest szczególnie przykrym policzkiem dla „Kanonierów”), cz wygra walkę o Wayne Rooney’a lub Luisa Suareza szczerze wątpię. Minie trochę czasu nim gwiazdy tego formatu będą garnęły się na Emirates, bo na razie klub wciąż balansuje na granicy awansu do Ligi Mistrzów. Jeśli miałbym spekulować nad zmianą składu tzw. Wielkiej Czwórki, to jedynym kandydatem do wypadnięcia z niej (kosztem Tottenhamu) jawi mi się właśnie Arsenal.

Pozostali czyli MU, City i Chelsea chyba nie powinny mieć tego kłopotu. Jeśli ten sezon będzie ciekawy to właśnie z racji trzech nowych trenerów w najlepszych drużynach. Jak sobie poradzą jest wielką zagadką, choć akurat w przypadku Jose Mourinho wydaje mi się, że jest skazany na sukces. Nie tylko dlatego, że z rzeczonej trójki jest najbardziej utytułowany tak w Anglii jak i Europie. Jako jedyny nie uczy się klubu od zera, nie poznaje piłkarzy, szatni, nie musi układać sobie relacji z właścicielem. Jose wraca do domu, gdzie czeka na niego wiele bliskich mu osób. Nie tylko kluczowi weterani jak Frank Lampard, John Terry czy Petr Cech. Ale także kibice, dla których pomijając dawne dzieje i sukcesy ważne jest też kogo w klubie zastąpił. Poza wszystkim mogą też liczyć, że uda mu się reaktywować Fernando Torresa. Bo jeśli on nie zrobi z Hiszpana znów najlepszego napastnika świata to już chyba nikt i niech El Nino lepiej już kończy karierę…

„Premier League bez Fergusona jak Rolling Stonesi bez Jaggera”

Jak poradzi sobie w Manchesterze United David Moyes, próbując zastąpić niezastępowalnego Sir Alexa, to kolejna wielka zagadka sezonu. Przyznaję, że początek jego pracy w klubie nie napawał mnie optymizmem. To trener świetnie znający realia ligi i wszystkich piłkarzy, ale zupełnie bez sukcesów i bez doświadczenia w pracy z wielkimi gwiazdami, piłkarzami tego formatu jacy są na Old Trafford. W dodatku na dzień dobry skłócony z jedną z gwiazd największych, czyli Wayne Rooney’m mającym z Moyesem zaszłości z czasów Evertonu, a do tego świeże nieporozumienia z Fergusonem z ubiegłego sezonu. Nieudane próby sprowadzenia na Old Trafford Fabregasa i Thiago Alcantary pokazały też, że do Moyesa piłkarze nie idą w dym po jednym telefonie jak do jego poprzednika. To dobre pytanie czy dziś MU udałoby się namówić na odejście z Arsenalu takiego piłkarza jak Robin van Persie. Ewentualne przejście Marouane Fellainiego na pewno będzie wzmocnieniem, swój człowiek na pewno przyda mu się w szatni i na boisku, ale czy będzie to transfer wystarczająco spektakularny? Problemem Moyesa może być też, choć nie musi, ciągła obecność w gabinecie dyrektorskim Sir Alexa. Dopóki sprawy będą szły po myśli, nie będzie kłopotów, ale co w razie kryzysu, powiedzmy 8. miejsca?

Pierwszy mecz kryzysu nie zwiastuje, ręcz przeciwnie. MU na dzień dobry rozbił na Liberty Stadium Swansea 4:1. Nic nie zatracił ze swojej skuteczności van Persie, skutecznością znów błysnął Danny Welbeck, który w tym jednym meczu zdobył więcej goli niż w całym poprzednim. Rooney, choć zaczął na ławce, grał bez focha i asystował przy golach kolegów. Kiedy rozgrzewał się przy linii bocznej, usłyszał gwizdy, ale tylko z sektorów fanów Swansea, kibice „Czerwonych diabłów” wspierają go mimo parcia ku odejściu do Chelsea (zawszeć nie do znienawidzonego lokalnego rywala). Jerzy Dudek nazwał Rooney’a w rozmowie z Andrzejem Twarowskim, Jarkiem Kolińskim i ze mną „psującym się jabłkiem w koszyku” i poleca go w swym byłym klubie, bo… Dudek: Rooney powinien odejść do Realu. Tam potrzebują takiego bandyty. A może jednak przyszłość Rooney nadal jest na Old Trafford?

Na dziś Moyes mógłby powtórzyć słowo w słowo zdanie wypowiedziane przez Aleksa Fergusona po objęciu drużyny w 1986 roku: „I’m not really interested in what happened here in the past. I don’t mean any disrespect to the great achievements of Manchester United over the years. It is simply that now there is only one way to go and that is forward”. Bo co innego mu pozostaje.

My cieszmy się, że najlepsza i najbardziej ekscytująca liga świata znów gra, z kilkoma naszymi ludźmi, pełna niespodzianek i zagadek. Cieszyłem się czując ciary chodzące po plecach, gdy słuchałem You’ll Never Walk Alone na Anfield przed pierwszym meczem sezonu. A jeszcze bardziej na „no to zapinamy pasy i…” Andrzeja. Ja moje pasy rozpinam dopiero w maju;)