Trenerzy kontra smartfony

uPOLowane„My way or highway” – pomysł mój, albo… żaden – jak przetłumaczono w jeden ze stacji telewizyjnych słowa Joe Cabota, organizatora skoku we „Wściekłych Psach”. Tę dewizę wyznają trenerzy czołowych klubów piłkarskich. Media w minionym tygodniu ujawniły jakie nowe surowe zasady wprowadzili w swoich zespołach Jupp Heynckes, który przejął Bayern Monachium z rąk Carlo Ancelottiego oraz Pep Guardiola w Manchesterze City.

I tak Katalończyk zarządził np, że wszystkie odprawy będą przeprowadzane po angielsku. W pierwszym zespole City grają reprezentanci aż 11 państw, niektórzy z nich ledwo znają język Szekspira. No to do nauki! Jak zdradził argentyński obrońca Nicolas Otamendi, Guardiola nie tylko zorganizował mu intensywny kurs języka, ale ale do tego w grudniu czeka go… egzamin. Jak nie zaliczy, to usiądzie na ławce.
Od nowego sezonu piłkarze City zawsze jedzą wspólnie po meczach. Koniec z wypadami z rodziną czy przyjaciółmi na kolacje Bóg wie gdzie. Z jednej strony sprzyja to integracji, z drugiej Guardiola ma pod kontrolą dietę zawodników. Jego zdaniem wiele kontuzji brało się ze złego odżywania, a zwłaszcza obżarstwa po wysiłku meczowym.

72-letni Heynckes również postanowił ingerować w dietę zawodników Bayernu. I zakazał np. spożywania zdrowych batoników energetycznych, rekomendowanych przez asystenta Ancelottiego, a prywatnie jego szwagra, Mino Fulco. I na nowo zezwolił im na konsumpcję makaronów i pizzy, uznając, że należy im się więcej węglowodanów po wysiłku fizycznym.

Zawodnicy mistrza Niemiec będą więc smaczniej jeść, ale za to podczas posiłków nie wolno im będzie korzystać ze smartfonów, robić fotek jedzenia na Instagram, przeglądać tweetów czy wpisów na Facebooku. Zabronił brania komórki do ręki nawet podczas masaży. Urządzenia musi zostać wyłączone natychmiast po wejściu do szatni inaczej delikwenta czeka wysoka grzywna.

Brutalna ingerencja trenera w przyzwyczajenia zawodników to nie nowość. Guardiola już w ubiegłym roku nakazał wyłączyć Wi-Fi w szatni i stołówce (zasięgu 3G tam nie ma). Wszystko po to, żeby zmusić zawodników, żeby więcej z sobą gadali. Ale już szczególnie bezwzględny okazał się Jose Mourinho, który zakazał piłkarzom MU gry w Pokemon Go! Uznał, że robiąca furorę na całym świecie aplikacja, polegająca na „chwytaniu” za pomocą smartfona kolorowych pokemonów jak Pikachu czy Bulbasaur w prawdziwych lokacjach, zbytnio rozprasza jego piłkarzy. I zakazał zabawy w ciągu 48 godzin poprzedzających każde spotkanie…

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Jose MourinhoJuż ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christiana Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Victor Valdes, Carles Puyol, Gerard Pique, Sergio Busquets, Xavi, Andres Iniesta, Leo Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

 

Już ponad dekadę Jose Mourinho tyleż olśniewa nas, zachwyca co wkurza, irytuje i wywołuje nasz niesmak zarówno grą swoich drużyn na boisku i stylem w jakim osiąga z nimi sukcesy jak i licznymi wypowiedziami na piłkarskie tematy. Czasem błyskotliwymi, definiującymi współczesny futbol ale też bardzo często prowokacyjnymi pod adresem rywali, nierzadko wręcz chamskimi, jak wówczas gdy zarzucał Arsene Wengerowi voyeuryzm (czyli podglądactwo). Wiemy po co to robi: chce wytrącić przeciwnego trenera z równowagi, a jego myśli od meczu z zespołem Portugalczyka. Czasem przybiera to nawet zabawny charakter jak wówczas gdy przed starciem z Barceloną Franka Rijkaarda w Lidze Mistrzów ogłosił na konferencji skład… Barcy. Przy okazji koncentruje w ten sposób uwagę mediów na sobie, ściągając zainteresowanie – a wraz z nim i presję – z drużyny.

***

Można by więc machnąć ręką na „uprzejmości” jakie właśnie wygłosił pod adresem żony Rafy Beniteza, Montserrat Seary radząc jej, żeby zamiast skupiać się na nim zajęła się czymś sensowym, na przykład dietą swojego męża. Portugalczyk zareagował w ten sposób na żart seniory Benitez jakoby jej mąż przyszedł do już trzeciego klubu by „posprzątać w nim bałagan po Mourinho”. Riposta nie była może szczególnie uprzejma, ale za to celna, bo nowy trener Realu Madryt znany jest z tego, że nie dba przesadnie o linię, Mourinho widocznie musiał zapamiętać, że ulubioną piosenką kibiców Chelsea w czasach gdy Benitez pracował w Liverpoolu była ta o „grubym hiszpańskim kelnerze”.

Samego Rafę na pewno bardziej zabolały dalsze słowa rywala, że Hiszpan zastępując Portugalczyka w Interze Mediolan pod zdobyciu „potrójnej korony” w 2010 „w sześć miesięcy zniszczył najlepszy zespół w Europie”. Benitez rzeczywiście popełnił wówczas kilka błędów, to miał jednak utrudnione zadanie obejmując zespół z jednej strony nasycony sportowo do granic, z drugiej wyjałowiony przez Mourinho i emocjonalnie i fizycznie.

***

Krótkie spięcie między oboma trenerami odnotowuję wyłącznie z okazji sezonu ogórkowego. Warte skomentowania jest za to gorzka skarga Mourinho, że oto rywale „The Blues” chcą kupić mistrzostwo Anglii.

Rzeczywiście gdzie nie spojrzeć, każdy z klubów zamierzających wygrać Premier League ściąga nowych piłkarzy na potęgę: Manchester City sprowadził Raheema Sterlinga za aż za 49 mln funtów i jeszcze Fabiana Delpha, Manchester United wydał już 100 mln na Bastiana Schweinsteigera, Morgana Schneiderlina, Memphisa Depaya i Matteo Darmiana, Liverpool sprowadził aż siedmu nowych graczy, w tym Christian Benteke za 32,5 mln funtów, Roberto Firmino za 29 mln i Jamesa Milnera, a Arsenal bezczelnie wykupił z Chelsea Petra Cecha.

A to paskudne dranie! Podpatrzyli, że Chelsea wydała w ubiegłym sezonie 118 mln funtów na wzmocnienia – przyszli m.in. kluczowi dla tytułu Diego Costa (20 goli w sezonie) i Cesc Fabregas (18 asyst), ale również Loic Remy, Juan Cuadrado i Filipe Luis. Chelsea na koniec zdobyła tytuł i teraz wszyscy chcą tak samo!

To trochę tak jakby osoba, która wygrała na loterii i grała dalej, miała pretensje, że inni też kupują losy. Kupują, bo bez tego nie da się wygrać. Inna rzecz, że jeśli dokonywanie transferów uznamy za „kupowanie mistrzostwa” to „kupiony” został już pierwszy tytuł mistrz Anglii w 1889 przez Preston North End. Akurat rok wcześniej Angielska Federacja Piłkarska (FA) wprowadziła rejestrację profesjonalnych piłkarzy, przypisanych do klubów i dopuściła również płacenie sum odstępnego za nich. Wcześniej czyli od powstania FA 1863 nie było to potrzebne ponieważ każdy zawodnik mógł rozegrać w sezonie dowolnej drużynie tyle spotkań ile chciał.

Patrząc z tej perspektywy najmniej w ostatniej dekadzie kosztował tytuł Manchesteru United w sezonie 2006-07 – 18,6 mln funtów. Sir Alex Ferguson kupił wówczas tylko jednego piłkarza – Michaela Carricka. Druga pod tym względem jest Chelsea, która w mistrzowskim sezonie 2009-10 wydała na wzmocnienia 23.5 mln, ale jej trenerem był wówczas Carlo Ancelotti.

Właściwie za „nie kupione” moglibyśmy uznać mistrzostwo zdobyte samymi wychowankami. Bliska była tego Barcelona w erze Pepa Guardioli, w której podstawowym składzie biegało w porywach aż ośmiu wychowanków La Masii (Valdes, Puyol, Pique, Busquets, Xavi, Iniesta, Messi i Pedro), wspomagani jednak przez tak kosztowne nabytki jak Zlatan Ibrahimović, Dani Alves czy David Villa.

***

Po słowach Mourinho usłużni internauci wzięli pod lupę trenerów, którzy w ostatniej dekadzie wydali na transfery najwięcej i wyszło im, że właśnie Portugalczyk. W tym czasie wzmocnił kolejno Chelsea, Inter, Real i znowu Chelsea za prawie miliard euro (915 mln)! Drugi na tej liście Ancelotti wydał o 120 mln mniej. W dodatku Mourinho przez ostatnie dwa sezony na Stamford Bridge sprowadził piłkarzy za 237 mln euro. Co z tego, że w obecnym jeszcze niewiele. Jeśli obroni mistrzostwo Anglii, będzie można uznać, że po prostu przed rokiem zapłacił za dwa tytułu „z góry”.

Chelsea mistrzem Anglii

Znów konflikt w Realu: Casillas czy Lopez?

Jedną z największych dla mnie zagadek nowego sezonu było kogo nowy trener Realu Madryt, Carlo Ancelotti wstawi do bramki, mając dwóch tak świetnych fachowców jak Iker Casillas i Diego Lopez. Pierwszy to ikona klubu i reprezentacji Hiszpanii, kapitan tej ostatniej, bez niego ciężko wyobrazić sobie mistrzostwo świata i dwa Europy (mimo uznania dla Victora Valdesa i Pepe Reiny). Nie zagrał jednak w oficjalnym meczu Realu od 23 stycznia, gdy został kontuzjowany w meczu z Valencią w Pucharze Króla. Choć się wyleczył, Jose Mourinho wolał stawiać na Lopeza. Oficjalnie z powodów sportowych, które ciężko kwestionować, bo forma „Świętego Ikera” spadła do najniższego poziomu w karierze, żeby wspomnieć choćby mecz z Manchesterem City w Madrycie. Z kolei Lopez od kiedy trafił na Santiago Bernabeu z Sevilli i rozgościł się w bramce, właściwie nie dał ani jednego powodów, żeby z niej zostać wypchniętym, notując kilka wybitnych występów, właśnie w stylu Casillasa, jak choćby ten na Old Trafford. Nieoficjalnie wiadomo było, że chodzi też o nieszczelność szatni Realu, o co Mourinho nie bez racji obwiniał partnerkę Ikera, Sarę Carbonero.

Niemniej wydawało mi się, że Ancelotti da jednak szansę legendzie klubu, za dawne zasługi, trochę racji nowego otwarcia. I dopiero jeśli Iker znów, jak w minionym sezonie nie będzie sobą, czyli tą skałą co przez tyle minionych lat, dokona zmiany. Tak też przypuszczał Jerzy Dudek, kiedy z nim rozmawiałem. Casillas okazał się moralnym zwycięzcą konfliktu z Jose Mourinho, czy Włoch na dzień dobry chciałby pakować się w konflikt, który rozsadził szatnię poprzednika?

Mourinho tak tłumaczył czemu ceni bardziej Lopeza do Casillasa:

A jednak stary włoski lis zaskoczył nas wszystkich. Nawet rywali, jak Valdes, który stwierdził, że brak Casillasa w wyjściowej jedenastce Realu kompletnie niezmiernie go zdumiał. - Podczas Pucharu Konfederacji był w bardzo dobrej formie. Podczas ostatniego zgrupowania reprezentacji rzucał się po piłkę tak niesamowicie, że wszyscy byliśmy zgodni – wrócił dawny Iker – stwierdził bramkarz Barcelony.

- Zdecydowały drobne detale. Diego był bramkarzem w pierwszym meczu, ale zobaczymy, kto stanie w bramce w kolejnym spotkaniu. Casillas ma cały czas otwarte drzwi do pierwszego zespołu. Rozmawiałem z nim, to wielki profesjonalista, przyjął decyzję ze spokojem – stwierdził Ancelotti.

A jednak chyba nie do końca, skoro hiszpańskie media donoszą, że rozgoryczony i rozzłoszczony decyzją trenera Casillas, odmówił rozgrzewki z Lopezem przed meczem z Betisem. Taki wrażenie można odnieść na podstawie zdjęć, które kibice zrobili na stadionie podczas rozgrzewki. Choć zwykle drugi bramkarz rozgrzewa pierwszego, tym razem Lopez ćwiczył z trzecim, młodym Tomasem Mejiasem, który na niedzielny mecz nie znalazł się nawet w osiemnastce.

Schodzący do szatni Casillas, zagadnięty jak się z tym czuje, rzucił do dziennikarza ironicznie, co zarejestrowały kamery: „Chłopie, przynajmniej zagram w meczu o Trofeum Bernabeu!” – chodzi o towarzyski mecz 22 sierpnia z katarskim Al Sadd, w którego barwach występuje inny legendarny zawodnik Realu, Raul.

Do czego doprowadzi ten konflikt? Czy Ancelotti będzie zmieniał bramkarzy tak często jak Alex Ferguson w ostatnich dwóch sezonach? Czy obrażony Casillas doprowadzi do transferu, czy zaalarmowani są już wszyscy szejkowie i Arsenen Wenger, który czynił już nieśmiałe podchody pod Hiszpana? Nie mam pojęcia i przyznam, że sam nie wiem co zrobiłbym w takiej sytuacji. Z jednej strony rywalizacja na tej pozycji wydaje się dobra i logiczna, z drugiej czy najlepsi bramkarze naszych czasów jak Gianluigi Buffon w Juventusie, Edwin van der Sar w Manchesterze United, Petr Cech w Chelsea, Oliver Kahn w Bayernie Monachium, Casillas jeszcze dwa sezony temu potrzebowali konkurencji, żeby utrzymywać się na światowym poziomie? Nie potrzebowali, a może wręcz jej brak działał kojąco na ich psychikę, nie spędzał snu z powiek, pozwalał koncentrować się na priorytetach?

A Wy jak sądzicie? Lepiej mieć dwóch równych bramkarzy, czy jednego wielkiego z młodym padawanem, albo weteranem, który nie czyha na miejsce w składzie, ale wspiera podczas treningów jak Dudek w czasach świetności Casillasa?