Chimera i Jacek Magiera

Jacek MagieraObserwujący triumf Legii ze Sportingiem z trybun na Łazienkowskiej były trener mistrzów Polski, Stanisław Czerczesow został entuzjastycznie powitany przez kibiców i wyściskany zarówno przez właścicieli klubu jak i byłych zawodników. Gdyby w środę wieczór na stadionie znalazł się Besnik Hasi, należałoby mu się dokładnie tak samo ciepłe przyjęcie. Bez jego krótkiej obecności w Legii nie było by tego spektakularnego sukcesu, jakim jest awans do Ligi Europy z tak silnej grupy.

Nie było by 18 mln euro od UEFA (spora część za wygrane eliminacje), nie byłoby tak kluczowych dla tego sukcesu piłkarzy jak Vadis Odjidja-Ofoe czy Thibault Moulin (choć to, że są w tak dobrej formie to już zasługa Jacka Magiery). Przede wszystkim jednak gdyby nie kompromitująca porażka 0:6 z Borussią Dortmund, styl gry drużyny Hasiego oraz jej wpadki w Ekstraklasie, nie było by samego Magiery, największego wygranego kampanii Legii w Champions League.

Właściciele Legii wcale nie ukrywają, że w żadnych innych okolicznościach Magiera nie dostałby tej roboty. Owszem, szykowano go, żeby kiedyś przejąć drużynę. Ale na pewno nie teraz – z tak nikłym trenerskim doświadczeniem, w stulecie klubu i perspektywie gry w Lidze Mistrzów po 20 latach. Mógł przyjść tylko jako „ratownik” i z tej roli wywiązał się chyba jako najlepszy ratownik w historii.

Ktoś w uniesieniu napisał na Twitterze tuż po meczu, że oto poznaliśmy następcę Adama Nawałki na fotelu selekcjonera reprezentacji – oby dla Legii jak najpóźniej, w okolicach 2020 roku. Lepiej zachować umiar, bo murowanym kandydatem na selekcjonera mianowaliśmy już Henryka Kasperczaka, Dariusza Wdowczyka czy Macieja Skorżę. Ale trudno się dziwić zachwytom, bo skala zmian jakie wprowadził Magiera i ich efekt zarówno w Lidze Mistrzów jak i Ekstraklasie są niewiarygodne.

Dzisiejsze zachwyty potęguje chaos jaki zostawił mu w szatni poprzednik i szybkość jak nieopierzony trenersko Magiera z nim sobie poradził. Natychmiastowy powrót dyscypliny, zaangażowania, determinacji i koncentracji w grze legionistów. Za które drużynę chwalono nawet mimo wysokich porażek w Madrycie czy Dortmundzie. Równie szybki powrót świetnej atmosfery, jakiej szatnia na Łazienkowskiej nie widziała od dawna. Reaktywacja uznanych za przegranych piłkarzy jak Kuba Rzeźniczak, danie szansy nowym jak Michał Kopczyński zbiegło się z odpaleniem formy zawodników sprowadzonych przez Hasiego.

Wszystko to idąc w parze z gruntowaną znajomość nie tylko szatni i klubu, każdego jego zakamarka i każdego pracownika spowodowało, że uważana po 0:6 z Borussią za zakałę Ligi Mistrzów, niegodną piłkarskich salonów i dobrą jedynie do śrubowania niechlubnych rekordów Legia wypadła w meczu ze Sportingiem jak rutyniarz grający w Lidze Mistrzów regularnie od lat. Wytrzymując po raz pierwszy w tej edycji presję oczekiwań. Drużyna, która straciła dotąd aż 24 gole, potrafiła zachować czyste konto. Na pochwały zasługiwał każdy zawodnik co do jednego.

Każdy bohater, żeby zdobyć swój status potrzebuje najpierw wyzwania. Legia zostawiana przez Hasiego była Chimerą, z którą Magiera rozprawił się niczym Bellerofont. Z odciętej głowy bestii wyskoczył Pegaz, na którym trener mknie teraz do Ligi Europejskiej.

Napisałem, że Magiera jest największym wygranym kampanii Legii w Champions League, ale dla samego klubu te „narodziny trenerskiej gwiazdy” są równie cenne jak zainkasowane od UEFA miliony euro. Gdy Magiera mówi: „Chcę z Legii zrobić drużynę europejskiego formatu” nie śmiejemy się kułak, nie zastanawiamy się czy trener zwariował, tylko pytamy „ile czasu mu to zajmie?”

Legia Warszawa

Liga Mistrzów to dla Legii początek nie spełnienie

Roberto Carlos wylosował szczęśliwieReal Madryt, Borussia Dortmund, Sporting Lizbona! „20 lat narzekania i płaczu, że nie ma nas w Lidze Mistrzów, a kiedy już osiągamy upragniony cel dalej narzekamy. O co tutaj chodzi? Brawo Legia!” – skomentował na Twitterze Krzysztof Mączyński wymęczony w bólach awans. Tak też podchodzą do sprawy sami Legioniści. „W bólach, bo w bólach, ale awans jest. Można się uśmiechać lub wybrzydzać, ważne że udało się” – skomentował w „Przeglądzie” Michał Pazdan. Pomocnik reprezentacji Polski i Wisły Kraków ma trochę racji. Futbol to nie łyżwiarstwo figurowe. Nikt tu nie nagradza za styl i artyzm. Liczy się wyłącznie efekt końcowy. A skoro ten jest wreszcie pozytywny, nie ma co marudzić i wydziwiać na okoliczności awansu, które z czasem zapomnimy (choć może męczarnie w rewanżu z Dundalk ciężko będzie wymazać z pamięci). Ale zaraz będziemy przeżywać przyjazd do Warszawy obrońcy trofeum, a na żółtych paskach będzie śmigać, że Cristiano Ronaldo zjadł śniadanie. I cieszyć, że Najlepszy Piłkarz Europy minionego sezonu przyjechał do Polski nie w celach marketingowych na SuperMecz, ale z powodów czysto sportowych.

Cristiano Ronaldo. Marca i Przegląd SportowyOczywiście nie ma co pudrować fatalnej gry z Dundalk (i ostatnich meczach Ekstraklasy). Legia chwilowo nie tworzy zespołu, o rozpacz przyprawia każda formacja oprócz bramki. Bardzo możliwe, że ze wszystkich mistrzów Polski, którzy szturmowali Ligę Mistrzów, to mistrz najsłabszy, ale za to miał niesamowitego farta. Ano miał, ale dlaczego Legia miałaby przepraszać, że los wreszcie pozwolił polskiemu klubowi trafić na loterii najsłabszego rywala z możliwych?

Wszyscy mamy w pamięci piękne, ale przegrane boje o Ligę Mistrzów kolejnych mistrzów Polski, a zwłaszcza Wisły – 3:4 z Barceloną w 2002 roku i tę wygraną 1:0 z Barcą Pepa Guardioli w 2008, czy pasjonujące dwumecze z Panathinaikosem Ateny i Apoelem Nikozja, w których zabrakło tak niewiele. Niewiele ale jednak. Nie widzę też większego sensu w pisaniu jak tamte drużyny Wisły czy Legii rozprawiłyby się z takim Dundalk i czego to by nie dokonały w Lidze Mistrzów, a ta dzisiejsza Legia to, tamto… Ani lamentowaniu jakiego miały pecha w losowaniu w porównaniu z zespołem Besnika Hasiego.

Ten ostatni dziwił się na konferencji prasowej, że po tylu latach wygnania z elity nikt na sali nie cieszy się z powrotu do niej. „Dziwią mnie te nieprzychylne reakcje. W Polsce dzieje się dużo pozytywnych rzeczy, a my rozmawiamy tylko tych złych (…) Powinniście być zadowoleni. Jeśli nie jesteście to wasz problem” – zwrócił się do dziennikarzy, ale rozumiem, że przekaz skierowany był do kibiców Legii, którzy w przerwie meczu i po jego zakończeniu wygwizdali piłkarzy.

Też ich trochę rozumiem. Sam wolałbym, żeby Legia zamiast wtoczyć się do Champions League wjechała tam na pełnej… furii, w formie jak wtedy gdy rozgromiła w dwumeczu Celtic Glasgow 6:1. Na pewno jednak każdy z właścicieli niedoszłych polskich uczestników Ligi Mistrzów, jak Bogusław Cupiał czy Mariusz Walter chciałoby dziś przeżywać dylematy Bogusława Leśnodorskiego, Macieja Wandzla i Dariusz Mioduski. Zapewne gdyby któremuś z nich spełnił się wyśniony awans, dziś nadal byliby w klubie.

Obecni właściciele muszą zaś wyciągnąć wnioski z błędów poprzedników. Jak choćby ten rozsadzeniem klubowego budżetu z powodu obsesji na punkcie Champions League. W dużej mierze to z powodu zbyt szeroko odkręconego kurka z pieniędzmi na zagranicznych piłkarzy w 2011 przez duet Stan Valckx i Robert Maaskant, co nie przełożyło się na awans do piłkarskiej elity, Cupiała nie ma już dziś w Wiśle.

Dlatego śmieszne wydają się niektóre rady co zrobić z olbrzymim zastrzykiem gotówki z UEFA za awans do Ligi Mistrzów. Np ten by Legia całą premię wpompowała w wzmocnienia, wywalczyła awans drugi raz z rzędu i dopiero te ewentualne przyszłe miliony euro przeznaczyła na rozwój, ośrodek treningowy, boiska obok stadionu i akademię młodzieżową. Tymczasem w mojej ocenie to właśnie one są podstawą sukcesu klubów europejskich z tej półki, do jakiej powinna aspirować Legia. Rozwój przede wszystkim. Taki, który pozwoli regularnie dorabiać się wartościowych wychowanków, wzmacniać nimi drużynę, a następnie wysyłać świata.

Jestem pewien, że zwłaszcza po wizycie w Ajaksie Amsterdam i jego ośrodku Toekomst to podejście nie jest właścicielom Legii obce. Wiedzą, że klub dostał zbyt cenny dar od losu, by go roztrwonić w myśl zasady „raz się żyje” czy „zastaw się a postaw się”, bo „Liga Mistrzów zobowiązuje”. Rozwój i szkolenie przede wszystkim, zwłaszcza, że za chwilę o Ligę Mistrzów znów zrobi się bardzo trudno. Nawet jeśli kosztem miało by być przyjęcie sześciu lań w tej edycji. To prawda, że rywale są wielcy i poza zasięgiem Legii. Ale jak chyba każdy liczę na lepsza grę niż w Ekstraklasie czy z Dundalk. Choćby dlatego, że w Champions League Legia w każdym meczu będzie outsiderem, na którym nie spoczywa żadna presja. Tylko taka, by pokazać charakter i wolę walki. W każdym meczu będzie się bronić i wyprowadzać kontrataki. Każdy gol i każdy punkt będzie dla mistrza Polski ogromnym sukcesem. Warto więc pamiętać, że na tym jednym występie przyszłość się nie kończy.

Przegląd Sportowy. Liga Mistrzów

Gdzie zabrzmi heavy-metal Kloppa?

Juergen KloppZapowiedź odejścia Juergena Kloppa z Borussii Dortmund wstrząsnęła piłkarskim światem niemal równie silnie jak rozstanie sir Aleksa Fergusona z Manchesterem United, choć Niemiec nie spędził nawet połowy tego czasu w klubie co Szkot i bynajmniej nie rozpoczyna trenerskiej emerytury. Porównanie jest uzasadnione o tyle, że obaj nie tylko stworzyli od zera cały autorski projekt piłkarski (Ferguson nawet kilka razy), dobierając co do jednego każdego z wykonawców. Byli tego projektu twarzą, duszą, nadali mu swój charakter. Czas, zaufanie i pełnia władzy jakie dostali od właścicieli też były porównywalne. Obaj odeszli wtedy kiedy chcieli, a nie kiedy ktoś inny uznał, że powinni odejść. I mieli szacunek i wsparcie trybun nawet w czasie kryzysu, gorzkich porażek i rozczarowań.

Różnica polega na tym, że Ferguson nigdy jak Klopp nie powiedział sobie, że „klub potrzebuje zmiany”, ale „on sam nie jest mu już w stanie pomóc”. Że potrzebna jest osoba o nowym spojrzeniu, która wymyśli drużynę na nowo. Szkot, gdy trzeba był zawsze wymyślał sam. Dlaczego Klopp zostawia po siedmiu latach Borussię jak wcześniej dokładnie po takim samym okresie Mainz? Tamto rozstanie łatwiej było zrozumieć, zostawiał bowiem klub drugoligowy. Z którym wcześniej wywalczył najpierw historyczny awans do Bundesligi, a potem do Pucharu UEFA i stał się jego legendą. Aspiracje młodego trenera, by spróbować czegoś więcej i na większą skalę były jak najbardziej naturalne.
Wdzięczni kibice Mainz śpiewali mu na pożegnanie „You’ll never walk alone”. Można być pewnym, że i fani Borussii zgotują mu królewskie pożegnanie, choć zanosi się na najgorszy sezon pod jego wodzą, który klub skończy bez żadnego trofeum. Każdy jednak pamięta okoliczności w jakich przejmował zadłużonego bundesligowego średniaka i jak wiele osiągnął z nim przez te lata, przełamując na jakiś czas dominację Bayernu Monachium i czyniąc jeden z najbardziej podziwianych i szanowanych za styl klubów w Europie. Ile gwiazd futbolu odkrył, natchnął i wykreował, od mistrzów świata Matsa Hummelsa i Mario Goetze, przez Shinji Kagawę, Ilkaya Gundogana i Nuri Sahna po Łukasza Piszczka i Roberta Lewandowskiego.

Stosunek perfekcyjnych transferów do kiepskich, o których każdy trener chciałby zapomnieć mieli Ferguson z Kloppem zapewne podobny, choć Niemiec w dwóch ostatnich sezonach podejmował wyjątkowo nietrafne decyzje. Dlaczego jednak zamiast po raz kolejny budować w Dortmundzie, postanowił podjąć wyzwanie gdzieś indziej? Przecież – jak sam tłumaczy – to nie efekt wypalenia jak w przypadku Pepa Guardioli, który w 2012 roku porzucił Barcelonę, wycieńczony wysokimi kosztami sukcesu i rywalizacji z Realem Madryt Jose Mourinho. Klopp nie zamierza robić sobie rocznej przerwy od futbolu. Zmierza rozpocząć nowy projekt natychmiast, od razu po zakończeniu sezonu.

To bardzo dobra wiadomość, że za chwilę znów zobaczymy jego pasję przy linii bocznej i jego błyskotliwe analizy na konferencjach prasowych. Pytanie tylko na jakiej ławce i w jakim języku? Wszystko wskazuje na to, że w angielskim. Bardzo możliwe, że w razie niepowodzeń w Lidze Mistrzów, a zwłaszcza w lidze hiszpańskiej następcy Carlo Ancelottiego będzie szukał Real. Jednak wątpliwe, żeby Klopp zdecydował się na pracę w kraju, którego języka nie zna, a przynajmniej tak deklarował. Wielokrotnie opowiadał za to o fascynacji Premier League.
Tam nowego trenera prawie na pewno będzie potrzebował Manchester City – los Manuela Pellegriniego po kolejnej klęsce w Champions League i stracie już 12 punktów w tabeli Premier League do Chelsea jest już raczej przesądzony. Niemiec byłby dla „the Citizens” darem niebios. Mam za to wątpliwości czy wciąż aktualny mistrz Anglii byłby wymarzonym klubem dla Kloppa. Kilka razy wyrażał się krytycznie na temat klubów, działających w futbolu z pozycji siły finansowej, idących na łatwiznę, pogardzających pracą organiczną. Bayern, dokonujący kolejnych wrogich przejęć jego największych gwiazd przyrównał do Chińczyków, którzy „podpatrują jak coś robią inni i po prostu to kopiują, wkładając w to tylko większe pieniądze”.
Poza tym na Etihad zastałby szatnię wymagającą natychmiastowego odmłodzenia (City miało najstarszą kadrę w tej edycji Ligi Mistrzów – tylko dwóch piłkarzy ma mniej niż 30 lat). W dodatku musiałby kupować zawodników mogących zagwarantować natychmiastowy sukces. Nie miałby szansy odkryć kogoś takiego jak Kagawa czy wychować sobie na supergwiazdę jak Lewandowski. Nie dostałby czasu, bo szejkowie czekają na sukces już zbyt długo i wpompowali w w klub już ponad pół miliarda funtów.

Ale jeśli nie City to kto? U bukmacherów wysokie szanse mhttp://zarzadzanie.blog.pl/michalpol.blog.pl/wp-admin/post.php?post=2489&action=edita Arsenal. Klopp do „Kanonierów” pasowałby idealnie. Gdyby tylko Arsene Wenger „poszedł w dyrektory” przenosząc się do zarządu klubu i stamtąd wspierając Niemca, którego filozofia gry i prowadzenia drużyny są mu bardzo bliskie, co wielokrotnie podkreślał. Chwilowo jednak nic nie zapowiada takiego scenariusza, zwłaszcza, że Arsenal spisuje się w sezonie na tyle dobrze, że nikt nie domaga się odejścia Wengera. A Klopp szanuje „Kanonierów” właśnie i za podejście do wieloletniego menedżera. Z klubu dochodzą głosy, że Niemiec byłby idealnym następcą Francuza, ale za dwa lata… Tylko, że nowego sezonu heavy metal Kloppa będzie grał inny zespół, Arsenal zostanie przy koncercie na skrzypce…

Arsene Wenger i Juergen Klopp

Juergen Hiobb i jego łóżko pełne gwoździ

Juergen Hiobb i jego kompaniaJose Maria Bakero, który z pracy w Ekstraklasie pozostawił po sobie wspomnienie kiepskiego trenera, ale za to cudownego rozmówcy, przekonywał mnie w 2010 roku, że fenomenalna passa Barcelony potrwa jeszcze może dwa, trzy lata. Brzmiało to jak herezja. Za chwilę Barca miała wygrać finał Ligi Mistrzów po raz drugi w ciągu trzech lat, powszechnie nazywaną ją „drużyną wszech czasów”. Przyszłość? Dopiero co aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia wystąpiło w finale mistrzostw świata! Ale Bakero przestrzegał, że to kwestia cyklu, który po prostu musi kiedyś dobiec końca. Tak jak musiał się skończyć „Dream Team” Johana Cruyffa, którego częścią był on sam. Gdy nadejdzie czas, w la Masii ciężko będzie znaleźć następców Xaviego, Andresa Iniesty, Charlesa Puyola, Sergio Busquetsa czy Cesca Fabregasa.
Trwają spory czy za datę końca tego barcelońskiego cyklu przyjąć porażkę z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów z Chelsea w 2012 roku czy raczej definitywnym końcem „ery Guardioli” była porażka z Realem Madryt 1:3 na Camp Nou. Ale cykl został zamknięty. Oczywiście dzisiejsza Barcelona nadal liczy się w walce na wszystkich frontach, ale jest to inna Barca. Raczej Messiego, Neymara i Suareza niż Messiego, Xavego i Iniesty, targana wewnętrznymi sporami, dotknięta zakazem transferowym, zmieniająca prezesów i poszukująca trenera idealnego rozpoczęła nowy okres.

FC BarcelonaCo mają powiedzieć kibice innych drużyn, jeszcze do niedawna gigantów światowego futbolu, jak Manchester United czy AC Milan, w których koniec cyklu dopadł o wiele bardziej boleśnie.
MU po przejściu na emeryturę sir Alexa Fergusona, który przez ponad ćwierć wieku potrafił inicjować nowy udany cykl niemalże natychmiast po wygaśnięciu poprzedniego, stracił nie tylko prymat w Premier League ale i tożsamość. Symbolami jej utraty była sprzedaż do Arsenalu wychowanka Danny Welbecka, sprowadzenie zastępu międzynarodowych, przepłaconych do granic gwiazd na wzór rywali „bez historii”, z których dotąd drwili, jak „Chel$ea!” czy „$ity. W klubie, w którym przez lata nie miał się prawa znaleźć piłkarz „większy niż klub”, dziś jest ich aż nadmiar, z kapitanem Wayne Rooney’em na czele.
Wreszcie na koniec zatrzaśniętego właśnie okna transferowego MU wypożyczył z Boltonu Andy’ego Kelletta, o którym nikt wcześniej ani na Old Trafford ani w Premier League nie słyszał, bo 21-letni obrońca występował w czwartoligowym Plymouth Argyle, wymierzając tym samym siarczysty policzek klubowej akademii i jej zawodnikom.

Gra w Milanie do niedawna pozwalała na seryjne występy w finale Ligi Mistrzów i dawała gwarancję, że zawodnik będzie się liczył w walce o Złotą Piłkę. Dziś nikt w czerwonej części Mediolanu nie wymawia na głos ani słowa „Champions League” ani nawet „sudetto”, czyli mistrzostwo Włoch. Klub przedstawił właśnie plany budowy nowego stadionu na 48 tysięcy widzów, na który ma zamiar przeprowadzić się z 80 tysięcznego San Siro, jakby symbolicznie rezygnując z rywalizacji w tej samej lidze co Real, Barca, Bayern Monachium czy czołowe kluby angielskie.
Ale nawet schyłek wielkiego Milanu, jeszcze większe męczarnie w Serie A Interu Mediolan i rozterki kibiców MU bledną przy niesamowitym końcu cyklu siedmioletniej pracy Juergena Kloppa w Borussii Dortmund. Dwukrotny mistrz, dwukrotny wicemistrz Niemiec w ostatnich czterech latach i finalista Ligi Mistrzów w tym sezonie stoczył się na samo dno Bundesligi i właściwie nie wiadomo dlaczego.
Oczywiście powodów gorszej gry jest mnóstwo: odejście największych gwiazd – Roberta Lewandowskiego i Mario Goetze, którzy wzmocnili konkurencję, brak wartościowych następców – tak jak ani Adrian Ramos ani Ciro Immobile nie zdołali wypełnić luki po Lewandowskim, tak Henri Mkitarian ani Pierre Aubameyang nie zastąpili Goetze. Czy wielkie zmęczenie stylem gry preferowanym przez Kloppa, atrakcyjnym dla kibiców, ale morderczym dla wykonawców, zwłaszcza przy zawsze krótkiej w Borussii ławce (w ostatnich sezonach Klopp grał na trzech frontach niemal 15-osobową kadrą). Przewlekłe kontuzje kluczowych piłkarzy jak pauzujący cały rok Ilkay Gundogan, Marco Reus, Kuba Błaszczykowski czy Neven Subotić. Spadek formy pozostałych jak Mats Hummels czy Łukasz Piszczek.
Ale nawet wszystkie te plagi zebrane do kupy nie tłumaczą aż tak głębokiego kryzysu. Niemożność rywalizacji z Bayernem – to normalne, utrata statusu drugiej siły w Bundeslidze na rzecz urosłych w siłę Wolfsburga czy Bayeru Leverkusen – zrozumiałe, zjazd gdzieś w środek tabeli. Ale walka o utrzymanie i co raz większa jej niepewność? Zagadka to tym większa, że przecież Borussia ma nie najgorsze statystyki (tylko Bayern dłużej utrzymywał piłkę w Bundeslidze i oddał więcej strzałów). Potrafiła też błysnąć w Lidze Mistrzów: w wygranym 2:0 meczu z Arsenalem widzieliśmy porywającą, dominującą Borussią jak z najlepszych czasów, dlaczego nie w meczach Bundesligi z przeciętniakami, którzy aż do tego sezonu nie potrafili wywieźć punktów z Dortmundu?
Klopp, jedno z największych trenerskich objawień dekady, w którego stronę dziś tęsknie spoglądają kibice Barcelony, Arsenalu czy Manchesteru City z porażki na porażkę tłumaczył, że kontroluje sytuację. Wie jak pomóc i gdyby było inaczej i przyniosło to korzyść drużynie, sam podałby się do dymisji. Całą przerwę zimową miał na wymyślenie planu, przyrównując to do spania w łóżku pełnym gwoździ. Historyczna, bo pierwsza porażka u siebie z Augsburgiem i szósty mecz bez zwycięstwa, po którym kibice wygwizdali piłkarzy pokazała, że nie ma. Że niczym biblijny Hiob patrzy jak płonie zbudowany przez niego dom z całą rodziną w środku, jak wali się dach, a z okien bucha dym i nie jest w stanie nic zrobić. I że jeżeli nic się nie zmieni, za chwilę nie będzie miał już łóżka, nawet pełnego gwoździ.

Juergen Klopp

Nikogo tak nie żegnano jak Lewego!

Pożegnanie z LewymPamiętam swoje zdumienie i jednoczesny zachwyt i dumę, gdy pierwszy raz usłyszałem na Signal Iduna Park jak 80-tysięczne trybuny skandują nazwisko Roberta Lewandowskiego. Było to w trakcie meczu z Bayernem Monachium, w którym Lewy strzelił gola piętą, ustalając wynik na 1:0 i praktycznie pieczętując sensacyjne mistrzostwo Niemiec trzy sezony temu. Nigdy jeszcze na własne oczy nie widziałem, żeby tak wielka grupa obcokrajowców aż tak fetowała naszego rodaka. Podobne wzruszenie poczułem dotąd po pierwszym zwycięstwie Adama Małysza w Turnieju czterech Skoczni, gdzie po przeskoczeniu skoczni w Innsbrucku ze 30 tysięcy gardeł wiwatowało na cześć nowej gwiazdy, a austriackie dzieciaki malowały sobie polskie flagi na twarzach. Albo gdy całe Anfield skandowało „Dżerzi, You’ll Never Walk Alone”, w następnym meczu po wpuszczeniu przez Jurka Dudka babola z Manchesterem United, gdy trener Gerard Houllier ogłosił, że wysyła go na jakiś czas na ławkę. Żaden jednak tłum, nawet tak wspaniały jak ten z The Kop, nie przebije atmosfery na Westfalenstadion, a wtedy największym bohaterem tych ludzi był właśnie Lewandowski.

Jednak to jak gorąco, serdecznie, wzruszająco pożegnano go w sobotę, gdy schodził z boiska po ostatnim meczu w barwach Borussii Dortmund przeszło moje wszelkie oczekiwania. I świadczy jednocześnie o wielkiej klasie fanów BVB i samego Lewego, bo na taki szacunek trzeba sobie zapracować nie tylko ilością goli i tytułów, które one przyniosły. Owszem, Robert zasłużył sobie na wdzięczność – w 185 meczach nastrzelał ich aż 101, w tym tak ważne i niezapomniane jak te cztery w półfinale Ligi Mistrzów z Realem Madryt czy trzy w finale Pucharu Niemiec z Bayernem w 2012 roku.

Wdzięczność wdzięcznością, ale nie kojarzę, żeby jakiś zawodnik kiedykolwiek dostał owację na stojąco od kibiców, świadomych, że ich idol odchodzi do drużyny największego rywala. I uczyni tego rywala jeszcze mocniejszym. W dodatku odchodzi za darmo, po wygaśnięciu kontraktu. Bayern Monachium to dla Borussii rywal przede wszystkim sportowy, bez lokalnej nienawiści jak w przypadku Schalke 04 (gdyby to tam odchodził Lewy, chyba jednak aż tak serdecznie by go nie żegnano), ale rzucane to z jednego to z drugiego obozu cierpkie słowa od ponad trzech lat dowodzą, że trudno mówić tu nawet o szorstkiej przyjaźni. To prezes Bawarczyków publicznie stwierdzał, że Borussia nie pasuje do Ligi Mistrzów, to trener BVB nazywał Bayern chińską podróbką, kopiującą udany oryginał. Chemii między oboma wielkimi klubami nie ma od dawna, a kumulacją stało się nawet nie tylko wrogie przejęcie Mario Goetze (za to za doskonałe pieniądze – 37 mln euro) ale i moment ogłoszenia transferu – tuż przed kluczowymi dla Borussii meczami z Realem w Lidze Mistrzów. Jeszcze bardziej niż capnięcie wychowanka musiało rozsierdzić władze klubu wyjęcie drugiej gwiazdy i jedynego napastnika. Jak ważny jest Lewandowski dla Borussii zrozumieliśmy, gdy okazało się, że BVB bardziej opłaca się zostawić go do wygaśnięcia kontraktu i puszczenia za darmo niż sprzedanie i gorączkowe szukanie następcy.

Lewy_pozegnanie3

Gry przez pół roku w świadomością, że latem odchodzi się do największego rywala nie każdy piłkarz zniósłby psychicznie równie dobrze jak Robert. On zachował wstrzemięźliwość w wywiadach, natomiast na boisku w każdym meczu udowadniał, że tak długo jak gra w żółto-czarnej koszulce, zostawia na murawie wszystko. I pewnie gdyby Marco Reus nie był tak pazerny na rzuty karne, Lewy odchodziłby z klubu jako „król strzelców” Bundesligi. Jestem pewien, że kibice potrafili docenić ten jego wielki profesjonalizm. I że większe pretensje za odejście Polaka do Bayernu mają do władz Borussii, za to, że nie umiały go w porę docenić i zatrzymać w klubie odpowiednio dłużej.

To jak go pożegnali, cudownie podsumowuje Lewemu cztery lata spędzone w Dortmundzie. To była piękna bajka, jakiej rzadko jesteśmy świadkami w przypadku polskich piłkarzy. Jakby miał mało szczęścia, to jeszcze przechodzi do Bayernu w idealnych okolicznościach. Inaczej wchodzi się do szatni drużyny, która właśnie jako pierwsza w dziejach obroniła triumf w Lidze Mistrzów, a inaczej do świeżo upokorzonej (a poczekajmy jeszcze na wynik finału Pucharu Niemiec, gdzie znając Lewego zrobi wszystko, żeby pożegnać się z Borussią zwycięskim golem). Życzę każdemu polskiemu piłkarzowi, żeby tak żegnano go, gdy będzie odchodził z klubu. Jakiegokolwiek dokądkolwiek. I dowolnego szczebla. Szczerze.

Lewandowski: cztery gole z Realem

Transfer Lewego to Meisterstück!

Szczerze nie rozumiem irytacji wielu internautów dopełnieniem się sagi transferowej Roberta Lewandowskiego. Proroctwami, że mu się nie powiedzie, że Bayern go okiwał, proroctwami, że „przez pięć lat kontraktu nie wstanie z ławki”, a przede wszystkim narzekaniu , że „Lewy wypada z każdej lodówki”. Gdy Cristiano Ronaldo czy David Beckham odchodzili z MU do Realu Madryt, też wypadali z każdej portugalskiej czy angielskiej lodówki. Czy się to komu podoba czy nie (nie pojmuję, dlaczego nie podoba?), po raz pierwszy w historii futbolu jesteśmy świadkami, że Najlepsza Aktualnie Drużyna Świata WZMACNIA SIĘ polskim piłkarzem. Nawet Zbigniew Boniek nie odchodził w 1982 do najlepszej drużyny świata, Juventus Turyn stał się nią dopiero z nim i Michelem Platinim w składzie. Również Real Madryt czy Manchester United nie były aktualnie najlepsze na świecie, gdy trafili tam Jerzy Dudek czy Tomek Kuszczak. Lewy trafia do Bayernu jako jeden z najlepszych piłkarzy świata, by pomóc Bawarczykom – co bardzo prawdopodobne – walczyć o trzeci triumf w Lidze Mistrzów z rzędu. Taki jest bowiem potencjał mistrzów Niemiec i taka wymowa transferu. Lewy będzie mógł współpracować z najlepszymi piłkarzami świata pod okiem największego trenerskiego nowatora od czasów Helenio Herrery czy Johana Cruyffa. Aż dreszcz mnie przechodzi, żeby przekonać się co tej współpracy wyniknie. Nie umiem się tym nie cieszyć i nie ekscytować.

Gigantyczne zarobki? To akurat normalne, że mogą irytować co poniektórych. Ale ich wysokość jest zupełnie normalna gdy chodzi o zawodnika tej klasy, w dodatku dostępnego za darmo. W ogóle sam transfer jest dla mnie prawdziwym majstersztykiem. A skoro obchodzimy dziś Święto Trzech Króli, to powiem, że dla mnie owymi królami są dziś: Bayern, Lewy i jego menedżer, Cezary Kucharski. Ten ostatni ma prawo czuć się dziś niczym Mojżesz, który przeprowadził swój naród z Egiptu, przez Morze Czerwone do Ziemi Obiecanej. Tak on poprowadził Lewego ze Znicza Pruszków, przez Lecha Poznań i Borussię Dortmund do Najlepszego Klubu Świata, za każdym razem kierując się po drodze tym co dla jego klienta najlepsze, odrzucając pokusy ofert lepszych finansowo, ale gorszych pod względem sportowym i dla rozwoju piłkarza. Wspólnie przetrzymali napierającą fali morza krytyki (zwłaszcza ze strony władz BVB i dyżurnych hejterów) po ubiegłorocznej decyzji o odejściu z klubu do Bayernu właśnie. Robert postanowił nie odchodzić do innej ligi, co pasowałoby Borussii, ale odczekać do końca kontraktu, jednocześnie jednak dawał z siebie wszystko na boisku i był lojalny do tego stopnia, że dziś żaden mało który kibic planuje gwizdać na niego jak na Mario Goetze, największy serwis kibiców BVB zaapelował wręcz o gorące pożegnanie Polaka: „Zawdzięczamy Robertowi Lewandowskiemu bardzo wiele. Nie stawiajmy go w jednym szeregu z Goetzem”. Władze BVB i trener Juergen Klopp rozumieją i akceptują decyzję Polaka (prezes Watzke przekonuje, że w przeciwieństwie do Goetze tu „od strony formalnej wszystko przebiegło bez zarzutu”. Nikt w Dortmundzie nie traktuje Polaka jak Judasza. Mało tego, wiedząc, że po sezonie odejdzie do Bayernu, dano mu w Borussii znaczną podwyżkę!

W końcówce Lewy i jego sztab okazali się lojalni także wobec przyszłego pracodawcy, odrzucając „niemoralną propozycję” Realu Madryt (niemoralnie wysoką) – 81 mln euro dla piłkarza za 6-letni kontrakt. Może i Lewandowski był już związany (pisemnie czy ustnie) z Bayernem, ale nie ma takich pieniędzy, których Real nie zapłaciłby za przekonanie obu stron do odstąpienia od umowy.

Mistrzowskiego transferu dokonał Bayern pozyskując za darmo gwiazdę swego największego konkurenta. To zresztą stara metoda Bawarczyków – osłabiania rywali jak nie tak dawno Bayer Leverskusen, z którego przyszli Michael Ballack, Ze Roberto czy Lucio czy Schalke któremu wrogo odebrał Manuela Neuera – można ją krytykować ale trudno odmówić skuteczności. Swoją drogą o ile dla Bundesligi dobrą wiadomością jest to, że Lewandowski zostaje w Niemczech, o tyle wybór klubu bardzo złą, bo przyczyni się do jeszcze pogłębienia przepaści między Bayernem a resztą ligi i nie pozostanie bez wpływu na jej atrakcyjność.

Lewy, Uli Hoeness i Karl-Heinz Rummenige po finale Lig Mistrzów w Londynie. Po wyrazie twarzy Hoenessa widać, że wszystko już dogadane i dopięte;)

Więc właściwie nie ma znaczenia czy był przy tym „pionkiem w grze interesów Bayernu” jak twierdzi Sueddeutche Zeitung. Ani czy „obserwowaliśmy transfer niezwykle niepokojący, korupcjogenny i niewątpliwie przeprowadzony z pogwałceniem przepisów FIFA” – jak w ciekawym wpisie na weszlo.com sugeruje Krzysztof Stanowski (to prawda, że o transferze wszyscy wiedzieliśmy od dawna – pierwszy poinformował o tym agent byłego trenera Bayernu, Juppa Heynckesa, Zibi Boniek twierdzi, że od pięciu miesięcy, Sir Alex Ferguson już w maju 2013 narzekał, że Lewandowski nie dla MU, bo będzie grał w Bayernie. Jednak „pogwałcenie przepisów FIFA” udowodnić będzie niezwykle trudno, zwłaszcza, że żadnych zastrzeżeń nie zgłasza Borussia i nie czuje się poszkodowaną stroną).

Końcowy efekt jest taki, że Robert będzie grał tam gdzie chciał grać gdzieś już od 2012 roku. Spełni swoje marzenia. Finansowo wchodzi zaś do światowej Ekstraklasy. Być może dostałby troszkę więcej gdzieś indziej, w Realu albo Chelsea, gdyby jego agenci negocjowali agresywnie doprowadzając do licytacji czołowych klubów świata. Ale akurat pieniądze nigdy nie były dla niego priorytetem, w przeciwnym razie zamiast do Borussii poszedłby do ligi tureckiej czy rosyjskiej. Bayern to obecnie na tak atrakcyjny projekt, że nie zdziwiłbym się gdyby pragnący coś osiągnąć w futbolu piłkarze dopłacali, żeby być jego częścią.

Słowem, Lewandowski dopiął swego. I że zrobił to – jak śpiewał Frank Sinatra – „po swojemu”.

I planned each charted course, each careful step along the highway.
And more, much more than this, I did it my way
https://www.youtube.com/watch?v=xgLTCb4WDDs

Dziś odradzałbym Bayern Lewemu

Wciąż nie znamy oficjalnie przyszłości Roberta Lewandowskiego, ale ze słów jego agenta, Cezarego Kucharskiego, z którym zderzyłem się po finale na Wembley w studio nSportu wynika, że to jednak będzie Bayern. Borussia ogłosiła dziś, że żadnej oferty w sprawie transferu Polaka nie dostała, ale Czarek wyjaśnia, że przed finałem panowało napięcie między oboma klubami i nie był to właściwy moment na negocjacje. Spekuluję, że Roberta od dawna chce Pep Guardiola, że widzi dla niego miejsce w swoim projekcie, że Lewy zna i język i ligę, trochę goli już Bayerowi nastrzelał, więc miałby #szacun na wejściu, poza tym zapowiada się, że Bawarczycy z nowym trenerem zdominują europejski futbol jak Barcelona w ostatnich latach…

Mam jednak wątpliwości czy to rozsądne iść do drużyny, która właśnie pokonała twoją w najważniejszym meczu w karierze? Która właśnie rozgrywa historycznie udany sezon? Co innego wejść do szatni jako zwycięzca, jak stwierdził Juergen Klopp z tym pieprzonym pucharem, a co innej spotkać w niej nasyconych, spełnionych piłkarzy, którzy właśnie cię pokonali. Przypomniało mi się jak Thierry Henry był o krok od odejścia do Barcelony w 2006 roku, Frank Rijkaard z Henkiem Ten Cate już mieli strategię pozwalającą go zmieścić w ataku. Barca dawała 50 mln funtów, ale po porażce w finale Ligi Mistrzów w Paryżu Francuz uznał, że to nieodpowiedni moment na transfer. Jako zwycięzca, który powiódł Arsenal do wygranej z Barcą, przyszedłby do niej z radością, żeby uczynić ją silniejszą. Ale w tamtej sytuacji nie chciał i jak pamiętacie odwlókł odejście do Katalonii o rok.

Czy dziś z ręką na sercu możemy stwierdzić, że Bayern absolutnie i niezbędnie potrzebuje Lewandowskiego? Dlaczego miałby wygryźć z ataku Mario Mandżukića, którego gol dał mistrzom Niemiec triumf w finale Ligi Mistrzów? Mamy pewność, że stałby się dla Bawarczyków wielkim wzmocnieniem? Takim jakim zdecydowanie stałby się w Realu Madryt, Chelsea, Manchesterze United czy nawet Barcelonie (gdyby ta już nie zaklepała sobie Neymara), gdzie kibice witaliby go może nie jak zbawcę, ale z wielkimi nadziejami, jako strzelca historycznych czterech goli z Realem. Kogo w Monachium obchodzą tamte cztery gole, skoro Bayern siedmioma rozgromił Barcelonę? Podejrzewam, że Lewy stałby się w Bayernie tylko uzupełnieniem wielkiego składu. Bardzo mocnym, wysyłającym w kosmos Mario Gomeza i Claudio Pizarro, ale jednak uzupełnieniem. Dlatego ja bym jeszcze na miejscu Roberta mocno jeszcze przemyślałbym swoją przyszłość, przy czym z Dortmundu raczej bym uciekał – z powodów, które wymieniłem tutaj – mimo, że Klopp zapowiada za dwa lata w finale Ligi Mistrzów w Berlinie będzie powtórka pojedynku z Wembley, on już nad tym zaczyna pracować.

Kilka vlogów o finale Ligi Mistrzów

Ostatni finał Ligi Mistrzów na żywo, nie ze studia tv, oglądałem na Stade France, gdy Barcelona Rijkaarda pokonała Arsenal. Cieszę się, że mogłem być świadkiem historycznego, wewnątrzniemieckiego finału z udziałem trzech Polaków, czego pewnie nieprędko doczekamy. Nowe Wembley to zaiste katedra futbolu. Majestatyczne ze świetnym widokiem z trybun, a bawarscy i westfalscy kibice stworzyli kapitalną atmosferę. Tak jak na boisku akcja przenosiła się z jednego pola karnego na drugie, tak i na trybunach trwał wspaniały pojedynek czerwonych sektorów z żólto-czarnymi, co starałem się uchwycić kamerką.

Najpierw jednak o drodze na Wembley, ale nie obu drużyn przez rozgrywki grupowe, a potem pucharowe, ale od drodze ze stacji Wembley Park na stadion…

Race kibiców Bayernu

Radość kibiców Bayernu po golu Mandżukića na 1:0 i świetna reakcja fanów Borussii…

Ostatni gwizdek na Wembley. Koniec meczu! Bayern wygrywa Ligę Mistrzów! Odkupienie Robbena!

Czarodziej z Dortmundu

 

Zdjęcie zrobione HTC One X+

Jak widać na zdjęciu Londyn już gotowy na przyjęcie głównych aktorów sobotniego finału Ligi Mistrzów. Zafrasowany Bobby Moore zastanawia się pewnie jak to możliwe, że Fussball is coming home na jego Wembley. Bayern można uznać za stałego bywalca finałów, w końcu to jego trzecia wizyta w ciągu ostatnich czterech lat. Borussia Dortmund to gość dość niespodziewany, acz witany z radością. I jedno i drugie zawdzięcza w ogromnej mierze swemu trenerowi, Juergenowi Kloppowi. Myślę, że nawet jego zaskoczyło jak wspaniałe plony i jak szybko zbiera jego autorski projekt. Jeśli coś sprawia, że nawet strata na finał takiego zawodnika jak Mario Goetze nie sprawia, że z góry skreślamy szanse Borussii to właśnie osobowość, zdolności taktyczne jej trenera. Choć Bayern uciekł w tym sezonie całej Europie i całej Bundeslidze, zostawiając za sobą przepaść, drużyna Kloppa zdołała zremisować z nim w lidze 1:1, a w ćwierćfinale Pucharu Niemiec ulec zaledwie 0:1, tych meczach owej przepaści widać nie było. Faworytem w finale nie jest (i być nie chce, Klopp chętnie spycha tę presję na Bawarczyków – moje ulubione zdanie jakie wypowiedział to, że wygrywając Ligę Mistrzów Borussia nie stanie się najlepszą drużyną świata, ale pokona najlepszą drużynę świata), ale nie była i we wszystkich czterech starciach z Realem Madryt (grupowych i półfinałowych), ani w meczach z Manchesterem City, a awansowała z grupy pierwszego miejsca.

Z tej wyjątkowej okazji, by przybliżyć postać trenera Borussii wklejam fragment jego portretu jaki wraz z Darkiem Wołowskim napisaliśmy do Newsweeka sprzed kilku tygodni, pt. Czarodziej z Dortmundu. Naszym zdaniem nie ma wiele przesady w tym tytule, zaczerpniętym z wydanej niedawno biografii trenera Borussii. Ze średniaka Bundesligi w krótkim czasie uczynił dwukrotnego z rzędu mistrza Niemiec. Mało znani zawodnicy pod jego ręką stali się gwiazdami swoich reprezentacji. Wszyscy trzej Polacy – Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek zgodnie przyznają, że dzięki Kloppowi są lepszymi piłkarzami. - Uważam, że bardzo się rozwinąłem pracując z nim. Najpierw potrafił dostrzec we mnie potencjał, bez tego nie ściągnąłby mnie do klubu, a potem sprawił, że niektóre aspekty mojej gry wręcz eksplodowały. Ma świetne oko, stojąc widzi co muszę poprawić, żeby lepiej wykorzystywać moje możliwości i pomaga mi w tym. To samo może właściwie powiedzieć każdy z kolegów z klubu - powiedział nam Lewandowski.

Nerwus z telewizji

Kariera Kloppa „od pucybuta do milionera”, trenera z przypadku, który dostał na próbę jeden mecz i perfekcyjnie wykorzystał szansę wzbudza u rodaków wielki szacunek, ale on sam – skrajne emocje. Podziwiany za pracowitość, perfekcjonizm, dbałość o detale, relacje z piłkarzami, którzy po golach lecą wyściskać go jak ojca, i obsesyjną nienawiść do przegrywania. Elokwencją i brylowaniem w mediach jednych zachwyca, innych irytuje. Legenda niemieckiego futbolu, Franz Beckenbauer, związany całe życie z Bayernem Monachium nazwał go złośliwie „TV Bundes-trainer” (Telewizyjny trener reprezentacji) i zapowiedział w stacji ZDF, żeby nie zapraszać go do tych samych programów co tego „błazna”. Ale widzowie zachwycali się erudycją Kloppa – za umiejętność przystępnego klarowania im, co się dzieje na boisku podczas mundialu w 2006 roku i Euro 2008 otrzymał dwie nagrody dla telewizyjnej osobowości roku.

Klopp przed meczem i w trakcie to Dr Jeckyll i Mr Hyde. Na treningach zawsze w dresie, zawsze wśród zawodników, często się z nimi wygłupia, żartobliwie fauluje, wskakuje im na barana, tarza się wręcz ze śmiechu, gdy Lewandowski pudłuje stojąc tuż przed bramką, po zwycięskich sezonach wspólnie oblewa się z chłopakami piwem. Podczas gry zmienia się jednak w wulkan, małe dziecko z ADHD i niebezpiecznego psychopatę w jednym – co sam przyznał kiedyś w studio TV, gdy odtworzono mu jego własne zachowanie. Nie usiedzi w miejscu, biega wzdłuż linii, robi miny, wrzeszczy, wymachuje rękami. Potrafił podbiec do sędziego technicznego i w ostatniej chwili powstrzymać pod uderzeniem go głową: trafił arbitra w czoło brzegiem baseballowej czapeczki, a później sam siebie nazwał za to „idiotą”. Z pokorą płaci kolejne kary nakładane przez władze Bundesligi (DFL), zebrało się tego dobre kilkanaście tysięcy euro. Po dramatycznej wygranej z FC Koeln w ubiegłym sezonie wykonał szalony rajd triumfalny po krzesełkach, kolejną grzywną DFL. Podczas innej radosnej szarży po boisku zerwał mięsień. Żona Ulla nieustannie błaga go przed meczami, żeby nie narobił wstydu. Bez skutku. W szale emocji zdaje się nie panować nad sobą.

 

Prymus

Zawsze był prymusem. Nawet gdy nauka nie szła mu bez kłopotów, został przewodniczącym samorządu. Na sport został skazany przez ojca, który po narodzinach dwóch córek tak bardzo chciał mieć syna, że kiedy ten się wreszcie pojawił, umyślił sobie, iż Juergen koniecznie musi odnieść sukces. Mama trenera opowiada w biografii syna jak ojciec opróżnił z mebli sypialnię, postawił w niej bramkę i kazał 3-letni Jurgenowi ćwiczyć strzały! - Synu, tylko strzelaj na bramkę, nie do szyb! - miał mu powiedzieć. Chłopak potrafił jednego dnia startować w zawodach narciarskich i tenisowych, a wieczorem odbyć jeszcze trening piłkarski.

Jako piłkarz kariery jednak nie zrobił, grał w przeciętnych drugoligowych klubach zwiedzając wszystkie pozycje na boisku oprócz bramkarza. Wszędzie zostawał jednak kapitanem drużyny. Trenerzy mieli do niego największe zaufanie, czuli, że jest ich prawą ręką na boisku. - Dobrze grałem głową, ale od szyi w dół było już dużo gorzej - wspomina. Jego trener z Mainz, Wolfgang Frank mówi, że Klopp wybiegał na boisku mając w głowie tysiące pomysłów, ale brakowało mu umiejętności, aby je zrealizować.

28 lutego 2001 roku, trzy dni po rozegraniu ostatniego ze 325 meczów w barwach Mainz został jego trenerem. Poprzednika i przyjaciela, Eckharda Krautzuna, z którym godzinami rozmawiał o taktyce, zwolniono, bo klub stanął przed groźbą spadku do trzeciej ligi. Podczas konferencji prasowej dziennikarze przyjęli nominację Kloppa jako żart. Miał prowadzić drużynę tylko w jednym spotkaniu, do znalezienia następcy z prawdziwego zdarzenia, ale wygrał. Kolejne spotkanie również i następnych pięć z sześciu. Mainz utrzymało się, a po dwóch sezonach awansowało do Bundesligi. Gdy w 2008 roku Klopp odchodził do Borussii Dortmund na pożegnalnej imprezie na Placu Gutenberga dziękowało mu ponad 15 tysięcy kibiców. Ojciec nie dożył sukcesu syna, zmarł na raka siedem lat wcześniej.

Z Borussią nie tylko zdobył dwa mistrzostwa Niemiec i awansowął do półfinału Ligi Mistrzów. Drużyna to jego autorski projekt, stworzony za niewielkie pieniądze. Ze składu, który obejmował zostało tylko trzech piłkarzy, w tym Błaszczykowski, wszystkich pozostałych wyszukał sam, jak Lewandowksiego, którego przez ponad rok obserwował się meczach polskiej Ekstraklasy nim kupił za 4,5 miliona euro. Shinji Kagawę wypatrzył w lidze japońskiej i sprowadził za 350 tys. euro, by po dwóch latach sprzedać Manchesterowi Utd za 16 milionów.

Guardiola i Mourinho w jednym

Wielu ekspertów uważa, że dzięki sukcesom Klopp zhardział. Były mistrz świata z 1974, dziś komentator Günter Netzer stwierdził, że trener Borussii łączy w sobie cechy dwóch najlepszych obecnie trenerów świata. - Jest jak Pep Guardiola i Jose Mourinho w jednym. Tak jak Katalończyk chce by jego drużyna grała ofensywnie i pięknie, ale stosuje prowokacje w stylu trenera Realu, by odciążyć zawodników od presji i wziąć ją na siebie - zauważył Netzer.

Gdy dziennikarze zarzucili Kloppowi, że tuż po losowaniu par półfinału Ligi Mistrzów trener Realu pojawił się na trybunach podczas ligowego meczu Borussii, za to on nie wybrał się do Madrytu, wybuchnął śmiechem. - To czego się dowiedział o nas Mourinho, mogłem mu opowiedzieć przez telefon. Wraca do domu z informacjami bez znaczenia. Ja nie muszę jeździć na Santiago Bernabeu, by wiedzieć jak gra Real – wyjaśnił ironicznie. Odniósł się też do drugiego półfinału, czyli starcia Bayernu Monachium gra z Barceloną. Uwielbia drażnić Bawarczyków, najpotężniejszy klub Bundesligi, który od nowego sezonu poprowadzi Guardiola. - Stawiam swój tyłek, że przed starciem z Katalończykami szefowie Bayernu zadzwonią jednak po radę do Pepa – stwierdził Klopp. Wściekły wiceprezes Bawarczyków Karl-Heinz Rummenigge odpowiedział: - Niech Klopp uważa, by jego tyłek nie wylądował w muzeum Bayernu, a zastawiać powinien raczej swoją przeszczepioną fryzurę – dodał robiąc aluzję do dbałości trenera Borussii o wizerunek (został wybrany najlepiej ubraną osobistością sportową Niemiec).

Atakując najbogatszy, najpotężniejszy klub w Niemczech, Klopp pokazuje swoim piłkarzom, że Borussia nie musi pochylać głowy wobec kolosa, ani czuć wobec niego kompleksów. W czwórce półfinalistów Ligi Mistrzów Borussia to Kopciuszek. Jej trener musi pokazywać, że nikogo się nie boi, by tchnąć wiarę w swoich zawodników. Tak zawsze robił Mourinho.

Z Guardiolą łączy go filozofia gry: ofensywnej, bezkompromisowej, umiłowanie ataku. I przekonanie, że „futbol to nie tylko produkt, ale przede wszystkim kultura”, a Borussia jak Barcelona jest własnością kibiców. Dlatego wiele razy otwarcie popierał protesty kibiców wobec zbyt wysokich cen biletów na mecze. – Jeśli ludzie opuszczą stadiony, to będzie koniec piłki – mówi.

Tak jak Mourinho, Klopp lubi mieć wszystko pod kontrolą, od wysokości trawy na boiskach treningowych po to, kto z kim nocuje w pokojach podczas wyjazdów. Wprowadził zasadę losowania. Jako trener XXI wieku nie waha się stawiać na nowe technologie czy zajęcia „Life-Kinetik” z wykorzystaniem urządzenia o nazwie Footbonaut, czyli klatki, do której wchodzi zawodnik musząc najpierw przyjąć wystrzeliwane w różnym tempie piłki, a potem zagrać je w jeden z 72 paneli.

Nie dla idiotów

Pytamy Lewandowskiego czy tak szybki sukces jakim były dwa mistrzostwa Niemiec po krótkim okresie prasy zmieniły Kloppa. – Jako człowiek nic się nie zmienił, za to na pewno stał się lepszym trenerem, umie wykorzystywać zebrane doświadczenie. Zawsze potrafił wyciągać wnioski, robi to nawet po meczach, które zagraliśmy rewelacyjnie. On i tak znajdzie coś, co nam wypomni, pokaże co mogliśmy zrobić lepiej – mówi napastnik reprezentacji Polski.

I dodaje, że Klopp wciąż ma te same relacje z zawodnikami. – Atmosfera w drużynie jest tak samo dobra, jak przed naszym pierwszym mistrzowskim sezonem. Nadal potrafi z nami o wszystkim rozmawiać. Wie, kiedy można sobie pozwolić na żarty, wspólne wygłupy, śmiech na treningu. Ale kiedy trzeba potrafi zagonić nas do ciężkiej pracy i wymóc pełną koncentrację. Wtedy nie ma zmiłuj, u niego nikt nie może sobie pozwolić na fochy gwiazdy – mówi Lewandowski. Klopp potwierdził to ostatnie w jednym z wywiadów, mówiąc: „nie wiem jak dobrym piłkarzem musiałby być ktoś, żebym zniósł, że jest dupkiem. Jeszcze nie miałem takiej sytuacji. Nie sprowadzam do drużyny idiotów, bo spędzamy razem zbyt wiele czasu”.

Wyjątkowe relacje trenera z zawodnikami podkreślają wszyscy, którzy z nim pracują lub pracowali. Jego krytyka jest zawsze rzeczowa. Zdarza się, że czasem rezerwowi nie wytrzymują swojej roli i jak Ivan Perisić, odchodzą z klubu. O odejściu otwarcie mówił też Błaszczykowski, która stracił miejsce w składzie przed Euro 2012. Klopp potrafił go jednak zmotywować do pracy nad sobą i walki o powrót do składu. Po paru miesiącach Kuba znów zdobywał ważne gole, teraz rozgrywa najlepszy sezon w karierze.

Piszczek pod ręką Kloppa stał się czołowym prawym obrońcą Europy dwukrotnie wybieranym do jedenastki sezonu Bundesligi. Klopp żartuje, że Piszczek to jedyny zawodnik do którego nie musi zdzierać gardła. - Czasami wkurza mnie, że ta polska banda w Borussii nie chce rozmawiać ze sobą po niemiecku. Ale kiedy coś do nich mam, mówię po polsku. Nauczyłem się nawet zwrotu: „rusz dupę!” i wydaje mi się, że więcej polskich słów nie muszę znać - żartował w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

Zawsze lojalny wobec swoich piłkarzy. Choć Lewandowski nie przedłuża kontraktu z Borussią, a media spekulują do jakich klubów odejdzie, Klopp nieustannie wspiera Polaka. Podkreśla, że Lewy to jeden z pięciu najlepszych napastników Europy i rozumie jego chęć szukania wyzwań, a jednocześnie ceni za profesjonalizm i to, że nie pozwala by spekulacje przełożyły się na jego skuteczność.

W Niemczech mówi się, że jest kwestią czasu kiedy obejmie reprezentację. Na razie odrzuca lukratywne oferty najbogatszych klubów Europy jak Chelsea. Chce wypełnić kontrakt z Borussią, który wygasa w 2016 roku. Trzy lata temu podczas wyborów samorządowych o mało – mimo woli – nie został burmistrzem w miasteczka Hornberg. Niemieckie prawo pozwala głosować na osobę, której się ufa, nawet jeśli jej nazwiska nie ma na oficjalnej karcie. Wielu mieszkańców Hornberga uznało, że najbardziej ufa Kloppowi. On sam zastrzega jednak, że polityka kompletnie go nie interesuje. Żyje futbolem i tylko dla futbolu…

Zdjęcie zrobione HTC One X+

 



Finaaaale Borussii, klęska Mourinho

Borussia Dortmund zagra w finale Ligi Mistrzów na Wembley! Ależ jej piłkarzom musi smakować ten awans! Coś co wydawało się formalnością po pierwszym spotkaniu, musiało zostać wyszarpane w tak dramatycznych okolicznościach. Tak właśnie przewrotny jest futbol. Realowi do sprawienia cudu zabrakło tak niewiele. Jak napisał ktoś na Twitterze, Borussia mogła zostać z czterema golami Robert Lewandowski jak Jan Himillsbach z angielskim. I jego pudła na Santiago Bernabeu śniłyby mu się do końca kariery jak będą się zapewne śnić cztery gole na Westfalenstadion. Piłkarze Realu, do których po porażce w Dortmundzie ich właśni kibice skandowali na lotnisku Mniej milionów, więcej jaj! pokazali w rewanżu wszystko to, czego im wówczas zabrakło: nie tylko cojones, ale i łokcie (co odczuł zwłaszcza Lewandowski), serce do walki i wreszcie pomysł jak skruszyć mur Borussii (jako najsłabsze ogniwo zdiagnozowali Marcela Schmelzera). Remontada odpaliła i gdyby nie rażący na tym poziomie brak skuteczności, po pierwszych 25 minutach powinni byli prowadzić dwoma, trzema bramkami. Czy brak tego choćby jednego gola mimo nawałnicy mieczy aż tak bardzo podciął im skrzydła, że aż do dramatycznej końcówki remontada została zawieszona? Paradoksalnie Borussii pomogła kontuzja Mario Goetze, bo w tym spotkaniu chodziło głównie o nie stracenie trzech goli, a Kevin Groskreutz jako mniej kreatywny zawodnik skupił się na pomocy Schmelzerowi na lewej stronie. Podobnie jak Kuba Błaczykowski - Łukaszowi Piszczkowi na prawej.

Ten ostatni był jednym z najlepszych zawodników meczu, nie do końca zdrowy (decyzja o jego grze zapadła w ostatnim momencie) po raz kolejny sprawił, że Cristiano Ronaldo był zupełnie niewidoczny. Co prawda Portugalczyk też nie był w 100 procentach sprawny, ale jeśli ktoś mógł przechylić losy remontady to przecież właśnie on. Marca w dniu meczu pisała, że Lewandowski to El Primero de los Mortales - najlepszy zawodnik ze śmiertelników, tu za nieśmiertelnymi herosami Leo Messim i Ronaldo. Zobaczyliśmy jednak zawodnika, który na pewno chciał, ale po prostu kolejny raz nie miał swego dnia. Czy do Lewandowskiego można mieć podobne pretensje o nieskuteczność? Przy strzale w poprzeczkę zabrakło mi odrobiny szczęścia i milimetrów. Nie zgadzam się z bzdurnymi tweetami, które odebrałem podczas meczu, że miał formę z Dortmundu przenieść do reprezentacji, a tymczasem formę z kadry przeniósł do Borussii. Miał trudnej (i będzie miał w każdym kolejnym meczu), piłkarze Mourinho dobrze odczytali pretensje trenera, że w pierwszym meczu nie był w ogóle faulowany. Ale nie pamiętam meczów reprezentacji, które opuszczałbym w poczuciu, że Lewy powinien był zdobyć hat-tricka.

Mimo dramatycznej końcówki, nikt chyba w Madrycie nie ma złudzeń, że w finale zagra drużyna lepsza, która bardziej sobie na to zasłużyła. Przesądziła postawa w pierwszym meczu. Nawet pretensje Jose Mourinho do Howarda Webba, że nie wyrzucił z boiska Matsa Hummelsa za ewidentny faul, nie brzmią jak pretensja do Ovrebo, Busakki czy Starka. Zwłaszcza, że musiał zdawać sobie sprawę, że tylko dzięki życzliwości Webba do końca meczu dotrwał Sergio Ramos.

Niesamowite, ze to właśnie Lewandowski czterema golami w Dortmundzie, jego koledzy z Borussii i Juergen Klopp przypieczętowali koniec przygody Mourinho z Realem. I dziś oceniamy rozmiary jego klęski. Rafał Stec napisał na blogu, że Portugalczyk skarlał w Madrycie, mimo, że właśnie tutaj dostał do prowadzenia najlepszych piłkarzy świata, a przynajmniej w swej karierze. Ma rację, że Mourinho przegrał wszystkie konfrontacje z Kolppem, że dał się przechytrzyć, niczego na Borussię nie wymyślił i nawet ewentualny trzeci gol, dający Realowi awans do finału byłby skutkiem spowijającego boisko chaosu, a nie planu gry czy trafnego strategicznego ruchu trenera. Ani tym bardziej – logiczną konsekwencją przebiegu wydarzeń.



Nie zgadzam się jednak z opinią, że odchodzący po sezonie do Chelsea (gdzie go kochają), zostawia po sobie w Madrycie niewiele. Jeden triumf w lidze hiszpańskiej, jeden w krajowych pucharze, trzy niepowodzenia w półfinale Ligi Mistrzów. Sukcesiki w ilościach homeopatycznych, trzeba dużego wysiłku woli, żeby uwierzyć, że w ogóle były. Myślę, że trzeba jednak docenić przełamanie dominacji Barcelony w La Liga, bo była to przecież jeszcze ta wielka Barcelona Pepa Guardioli, na którego jako jedyny trener świata wreszcie znalazł sposób i to nie sięgając jak przy poprzednich próbach po antyfutbol. Nigdy się nie dowiemy na ile tamten przegrany sezon przyczynił się do decyzji Guardioli o konieczności wzięcia urlopu i wygnał z klubu, który kocha nad życie. Można by rzecz, że Mourinho zaczął demolować Barcę before it was mainstream, także w tym sezonie rozbił ją na Camp Nou w Pucharze Króla zanim to zrobił u siebie Bayern.

Choć celem była mityczna Decima, czyli 10 Puchar Europy dla Realu (i Tercima, czyli trzeci triumf w Lidze Mistrzów z trzecią kolejną drużyną dla niego) i pod tym względem Mourinho zawiódł. Ale jak bardzo zawiódł, skoro po latach odpadania królewskich w 1/8 finału, w każdym z trzech sezonów grał w półfinale? Oczywiście dla człowieka tak owładniętego obsesją wygrywania jak Mourinho drugie miejsce zawsze jest ostatnim, najgorszym. Ale ja naprawdę zapamiętam mu z pobytu w Realu więcej niż tylko palec w oku Tito Vilanowy, manitę na Camp Nou, polowanie na nogi piłkarzy Barcelony, pyskówki o mafii sędziowskiej UEFA i spisku UNICEF, konflikt z Ikerem Casillasem etc.

Nie podzielam też obaw Michała Okońskiego, że Roman Abramowicz oglądając mecze Realu powinien to sobie dobrze przemyśleć, zanim zacznie snuć wielkie nadzieje z powrotem Portugalczyka do Chelsea i Premier League. Oczywiście, że wraca inny Mourinho niż ten, który przychodził z FC Porto, ale czy gorszy? Nawet jeśli nie powie na wstępie jak wówczas, że jest Najlepszy i Wyjątkowy. Jak Michał Zachodny jestem przekonany, że wyciągnął wnioski z niepowodzeń jakie go spotkały w między czasie, bojów z mediami, piłkarzami, działaczami, sędziami. Sam mówi, że wraca tam gdzie go kochają, od dawna powtarzał zresztą o swoim sentymencie do Premier League. Wg mnie Anglia jest dla niego tym, czym Matka Ziemia była dla mitycznego Anteusza. Zyska siłę z każdym stąpnięciem, każdym meczem, treningiem, konferencją prasową… Jeśli gdzieś znów może stać się Wyjątkowy, to właśnie tutaj.

O największym wygranym półfinału, czyli Jurgenie Kloppie, któremu trzeba oddać co boskie i cesarskie (ups, Franz Beckenbauer nie byłby zachwycony) w następnej notce…


Operation 3:0

Mamy 90 minut na Remontadę. W piłce nożnej wszystko jest możliwe - stwierdził na konferencji prasowej Jose Mourinho przed rewanżowym półfinałem Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund. W całym Madrycie panują nastroje remontady, czyli odwrócenia nieprzychylnych losów, bo też i nie raz w przeszłości Królewscy potrafili tego dokonać. Kibice i media apelują o ducha Juanito, legendarnego Juana Gomeza Gonzaleza, który w 1986 roku pomógł Realowi przejść w Pucharze UEFA Borussię Moenchengladbach po porażce na wyjeździe 1:5 i wielokrotnie potrafił na Santiago Bernabeu przegonić widmo nieuchronnej klęski. Żeby wspomóc kolegów duchowo przed najważniejszym meczem dla Realu w ostatnich dziesięciu latach (Mourinho) do Madrytu przybywa Raul, który wyprosił urlop u szefów swego Al Sadd. Podbudowuje ich inna legenda, Alfredo di Stefano, przekonując, że wystarczy, żeby po prostu zagrali swoje, bo Real z natury rzeczy jest zdolny do rzeczy wielkich.

Tym bardziej, że Realowi do awansu do finału nie jest potrzebny cud. Cud to musiałby się wydarzyć w środę na Camp Nou, że w finale zagrała Barca, Królewskim wystarczy co najwyżej cudzik, nic wielkiego na miarę wskrzeszenia Łazarza. Mała życzliwość losu z gatunku the Nani situation. Wyobraźmy sobie podobny scenariusz jak na Old Trafford, tylko jeszcze w pierwszej połowie, najlepiej w pierwszym kwadransie (w drugiej mogłoby być za późno): Roman Weidenfeler (albo Mats Hummels - po jego zaćmieniu na Westfalenstadion obstawiałbym, że prędzej on) zostaje wyrzucony z czerwoną kartką, a Real dostaje rzut karny. Który wykorzystuje Cristiano Ronaldo. 45-60 minut na strzelenie dwóch goli? Żadne mission:impossible.

Nuestra fuerza eres tú(Naszą siła jesteś Ty) – specjalną kampanią skierowaną do kibiców próbuje tchnąć w nich wiarę RealmadridTV. - Tylko u twojego boku to osiągniemy – przekonuje Ronaldo.

Żeby Operation 3:0 udała się, potrzebne będzie nie tylko wsparcie fanów, skuteczność Cristiano Ronaldo, a może wreszcie i napastników Realu, ale także zachowanie czystego konta, czyli  powstrzymanie Roberta Lewandowskiego. Nie ma już co wspominać magicznego wieczoru Polaka sprzed tygodnia na Westfalenstadion, ale i jesienią się na Bernabeu też się nie udało. Tym razem zadbać o to ma osobiście Sergio Ramos, który przesunie się z boku na środek, ośmieszony przez napastnika Borussii Pepe wraca na ławkę rezerwowych.

A ja zastanawiam się czy w tym konkretnym przypadku nie przydałaby się jeszcze jedna zmiana: w bramce. Nie dlatego, żebym obwiniał Diego Lopeza o wielką winę przy którąkolwiek z czterech bramek. Ale dlatego, że w takim momencie jak nigdy przypadałby się charyzma i doświadczenie kapitana Realu, mistrzów świata i Europy. Kto jak nie od stworzony jest by pomóc całej drużynie w najważniejszym meczu Realu w ostatnich dziesięciu latach (że przypomnę słowa Mourinho). Niestety sytuacja w szatni, stosunki między trenerem i piłkarzem (i jego kobietą), to że nie Ikerowi Casillasowi nie dano wrócić wcześniej, że właściwie nie wiadomo w jakiej jest formie, czy już swojej dawnej czy nadal tej z nieudanej jesieni, raczej czyni ten pomysł niemożliwym. W przeciwieństwie do remontady, która jest możliwa. Ale brak tak kluczowej figury w Operacji 3:0 może skazać ją na niepowodzenie.