Jedna kara dla dopingowicza zamiast szycia na miarę!

Ależ wstrząsnęła nami w tym tygodniu seria niefortunnych dopingowych zdarzeń! Niestety także i z udziałem Polaków. Oto w organizmie boksera Andrzeja Wawrzyka, szykującego się do walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej wykryto stanozolol, archaiczny steryd pozwalający zwiększyć masę mięśniową. Ten sam, który był przyczyną dyskwalifikacji najsłynniejszego dopingowicza w historii sportu – kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, tuż po pobiciu rekordu świata w biegu na 100 podczas igrzysk w Seulu w 1988.

Prestiżowy pojedynek Wawrzyka z Deontayem Wilderem w Alabamie odwołany, Polakowi grozi długa dyskwalifikacja, wstyd na całe środowisko. To zresztą trzeci przypadek dopingu w polskim boksie w ostatnim czasie. Dopiero co na stosowaniu zabronionych środków przyłapano Michała Cieślaka i Nikodema Jeżewskiego.

Nie wiadomo czy nie będzie musiał chyłkiem uciekać z ojczyzny Jamajczyk Nesta Carter. To przez niego legendarny Usain Bolt stracił właśnie dziewiąty złoty medal olimpijski i możliwość szczycenia się tzw triple-triple, czyli zdobytymi trzema złotymi medalami na trzech kolejnych igrzyskach. Obaj wywalczyli złoto w sztafecie na 100 metrów na igrzyskach w Pekinie (jeszcze z Asafą Powellem i Michaelem Fraterem), bijąc przy tym rekord świata. W środę MKOl zakończył oficjalnie śledztwo, dowodząc że Carter stosował w 2008 roku metyloheksanaminę i zdyskwalifikował całą ekipę. Tu już wstyd poszedł na cały świat.

Nie wiadomo czym skończą się oskarżenia legendy siatkówki, byłego kapitana reprezentacji Brazylii, Giby jakoby aż siedmiu reprezentantów Rosji miało być na dopingu w pamiętnym finale olimpijskim w Londynie w 2012 roku (Sborna pokonała wówczas Canarinhos 3:2). Giba, który jest obecnie szefem komisji zawodniczej w FIBV, zamierzał w czwartek szukać dowodów w siedzibie federacji w Lozannie i jeśli wszystko się potwierdzi, chce doprowadzić do przyznania złota Brazylii. Dziś wycofuje się z zarzutów, zobaczymy czym skończy się sprawa…

Therese JohaugA w środę w Oslo rozpoczął się głośny proces Therese Johaug, oskarżonej o przyjmowanie sterydów anabolicznych. U słynnej norweskiej biegaczki wykryto clostebol. Sąd musi rozstrzygnąć czy rzeczywiście wzięła zakazany środek nieświadomie, ale też trudno znaleźć sportowca, który w podobnym przypadku mówiłby coś innego. Adwokat Johaug przekonuje, że wykryty w jej organizmie steryd pochodził z maści Trofodermin, który stosowała na poparzone słońcem wargi. Co prawda na opakowaniu było informacja, że zawiera niedozwolony środek (już sama nazwa „bol” sugeruje anabolik), ale biegaczka w pełni ufała lekarzowi kadry z 30-letnim stażem, który kupił lek.

Co innego tu niepokoi. Nawet zakładając, że Johaug wprowadziła clostebolu do organizmu zupełnie nieświadomie, jego stężenie – jak ujawniła komisja antydopingowa – wynosiło 13 nanogramów na mililitr. Kolarz Stefano Agostini, u którego wykryto cztery lata temu zaledwie 7 nanogramów clostebolu na mililitr, został zawieszony na 15 miesięcy. Tymczasem komisja antydopingowa domaga się dyskwalifikacji na… 14 miesięcy.

Dlaczego tyle? Ano dlatego, że taki wyrok pozwoli Johaug wystąpić na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang. Będzie miała równo miesiąc na wywalczenie kwalifikacji.

Takie szycie ewentualnej kary na miarę planów startowych przyłapanego sportowca wydaje mi się wielce nieuczciwe. Jeśli zawodnik jest niewinny i udowodni, że użył zakazanego środka nieświadomie albo w wyniku cudzego niedbalstwa, to w ogóle go nie karajmy. Jeśli próbował oszukać, stosował tzw twardy doping albo nawet wykazał się niedbalstwem – niech spotka go kara, ale taka sama dla wszystkich. Dwa lata dyskwalifikacji, bez kierowania się tym czy weźmie udział w jakiejś ważnej imprezie czy nie, co na to sponsorzy etc.

W walce z dopingową zarazą poszedłbym jeszcze dalej. Uważam, że kto raz został przyłapany na tym najbardziej haniebnym występku w sporcie, podważającym zaufanie kibiców do dyscypliny, powinien automatycznie stracić prawo do występu na igrzyskach w przyszłości. Rozumiem, że każdy zasługuje na drugą szansę, nie żądam więc dyskwalifikacji dożywotniej za pierwszą wpadkę. Ale kto raz zbrukał się twardym dopingiem, nie powinien być godzien naszych emocji na tej najważniejszej sportowej imprezie!

Wyobraźmy sobie, że Adrian Zieliński wygrywa batalię (którą prowadzi) o skrócenie czteroletniego zawieszenia, na tyle by móc wystąpić na igrzyskach w Tokio 2020 roku. Czy jesteśmy w stanie zapomnieć co wydarzyło się w Rio, kibicować mu z czystym sercem i cieszyć się z ewentualnego sukcesu? A potem fetować po przyjeździe i nagradzać głosem np. w plebiscycie Przeglądu Sportowego? Ja bym nie umiał.

Charytatywna Gala Boksu: moja pierwsza walka!

Pol - Jachimek. Charytatywna Gala BoksuBum! Dostaję cios gdzieś nad okiem w okolicach lewej skroni. Na szczęście mam na głowie kask, więc nie czuje żadnego bólu, raczej krótkie oszołomienie, bo głowa odskakuje do tyłu. Więc to się dzieje naprawdę! Żadnego show, udawania, naprawdę się bijemy. Przypominam sobie rady trenera Sebastiana Skrzecza, który jest w moim narożniku: „odchyl się do tyłu, masz dłuższe ręce. I lewy prosty, lewy prosty, prawy!” Przez te kilka treningów i tak nie nauczyłem się więcej. Tomek Jachimek rusza z kolejnym atakiem, ale tym razem nadziewa się na lewy prosty, jeszcze jeden. Prawy jakoś tak spontanicznie zamienia się w hak i ląduje na jego wątrobie…

Nagrane #GalaxyS7

Gdy wracamy do walki po przerwie (której, już się pogubiłem?), widzę że krwawi mu warga. Jakoś głupi nawalać w kolegę, którego znam i lubię. Planowaliśmy inaczej: on miał uciekać po ringu, ja gonić, ale raczej w stylu chaplinowskim. Ale tak się nie da. Raz, że ring na Stadionie Narodowym jest malutki. Ćwierć tego rozmiaru co normalny. „Nie ma gdzie uciec, gdzie złapać oddech. Tu musi być mordobicie” – rzuca Albert „Dragon” Sosnowski, który jest sekundantem Piotra PopowskiegoWalka Pol - Jachimek. Charytatywna Gala Boksu„Mordobicie”? Ostatni raz uderzyłem człowieka hen, jeszcze w podstawówce i to była solówa. Od tego czasu okoliczności nie zmusiły mnie do walki. Kiedy Julian Szumowski zadzwonił z propozycją wzięcia udziału w Charytatywnej Gali Boksu zgodziłem się nieco mechanicznie. Jak tylko usłyszałem na co zbieramy pieniądze – na fundację „Akogo?” założoną przez Ewę Błaszczyk, która pod wpływem własnych bolesnych doświadczeń niesie pomoc dzieciom po ciężkich urazach mózgu. Środki zebrane podczas Gali zostaną przeznaczone na finansowanie nowatorskich operacji: wszczepów stymulatorów centralnego układy nerwowego (sznura tylnego) dzieciom w śpiączce. Jak to powiedzieć nie, jak tak?!

Albert Sosnowski i Piotr PopowskiAlbert „Dragon” Sosnowski w roli sekundanta Piotra Popowskiego, ale i mnie udzielił paru rad: „Pamiętaj, podbródek zawsze nisko!”

Ale chyba nie do od razu zrozumiałem, że mam wejść do ringu i walczyć. Poprowadzić galę – bardzo chętnie, zostać patronem medialnym jako „Przegląd Sportowy” – czemu nie, ale walczyć? Z prawdziwym rywalem? Nie umiem!

„Spokojnie, nauczysz się. Zaplanowaliśmy dla uczestników specjalne treningi w Akademii Walki Pawła Skrzecza, srebrnego medalisty olimpijskiego z Moskwy i wicemistrza świata i jego syna Seby”. Przekonała mnie też osoba rywala. Co prawda satyryk Tomek Jachimek wzbudzał jedynie pozytywne i raczej radosne emocje, ale raczej nie był kimś, kto mógłby rozsmarować mnie po ringu jak Witalij Kliczko. No i obaj nie umiemy nic i nigdy nie mieliśmy do czynienia z boksem.

Pol - Jachimek. Charytatywna Gala Boksu

Obaj też w przeciwieństwie do reszty ciężko trenującej grupy bokserów, nie za bardzo przyłożyliśmy się do treningów. Z braku czasu i nawału roboty jak wpadłem cztery razy, a Tomek raz. Sama rozgrzewka była tak wyczerpująca, że po niej człowiek nie miał już siły łomotać worek. Zdołałem nauczyć się pierwszych kroków i dwóch najprostszych ciosów. Póki co tyle przecież wystarczy.

Charytatywna Gala Bokserska. Walka: Pol - Jachimek Jeszcze chwilę przed wejściem na ring nie bardzo obaj wiedzieliśmy co nas czeka. Tomek rzucił że będzie uciekał. Muzyka nakręcająca klimat, założenie rękawic i kasków. Okazało się, że obaj zapomnieliśmy ochraniaczy na zęby. Gong i… Tomek rzeczywiście ucieka, dużo skacze i rusza się jak żywe srebro, ja gonię i doganiam łatwo, bo ring jest maciupki i teraz co. Wal! Uderzaj! Nisko!Lewym! Sierpem go! – setki głosów domagają się boksu, nie wiadomo zresztą do kogo te rady krzyczą. Nie przecież nie będziemy walczyć z cieniem, skoro naprzeciw mamy drugiego człowieka. Cios, z jednej i drugiej strony i już walczymy na poważnie. „Lewy, lewy, prawy!”


Timelapse wykonane telefonem Samsung Galaxy S7

Runda trwa tylko dwie minuty, ale ciągnie się jakby miała 20! Jak to możliwe, że tak szybko dopada zmęczenie? To przez pracę nóg, które pewnie jest daleka od perfekcji, ale to jednak wysiłek jakby skakało się przez skakankę dodatkowo machając rękami. Wydaj się, że runda powinna się skończyć dawno temu, a tu krzyczą, że jeszcze 40 sekund.

Pol - Jachimek. Charytatywna Gala BoksuFot. Samsung Galaxy S7

Najważniejsze, że nie ma kompromitacji. Przy stoliku tuż przy ringu siedzi minister sportu, Witold Bańka, mnóstwo przyjaciół wokół ringu. Kilka razy obrywam, ale i kilka razy sam trafiam gdzieś w ta białą plamę w środku czarnego kasku. Werdykt… ciekawe jaki będzie, ale raczej nie czuję się pokonany. Remis! Sprawiedliwy. Obaj nie wiele umieliśmy, ale daliśmy z siebie wszystko. Najważniejsze, że największym wygranym wieczoru jest fundacja Akogo? Dzięki wejściówkom, akcjom gadżetów bokserskich, biletów na Euro 2016 i temu co na aplikacji zebrali sami bokserzy, udało się przekroczyć 100 000 złotych! Czyli było warto, nawet jeśli teraz łapie lekka migrenka…

Ewa Błaszczyk i Minister SPortu Witold Bańka. Charytatywna Gala BoksuEwa Błaszczyk i Minister Sportu

Jeszcze tylko obowiązki medialne. Wywiad z jedną, drugą stacją. Fajnie na chwilę znaleźć się po drugiej stronie. Ale jak pomyślę o prawdziwych bokserach, walkach 12 rundowych, bez kasku, z rękawicami ciężkimi jak kamień, to teraz dopiero nabieram dla nich szacunku.

Michał Pol. Charytatywna Gala BoksuFot. Samsung Galaxy S7

To było kapitalne doświadczenie w szczytnym celu. Hej, Tomek, za rok rewanżyk? ;)

Nagrane telefonem Samsung Galaxy S7

Człowiek, który się ciosom nie kłaniał

Jerzy Kulej nie żyje… Ciężko otrząsnąć się po tej wiadomości. Odszedł tuż przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Londynie, na które po raz pierwszy w historii nie zakwalifikował się żaden polski bokser i już go nie zdążę poprosić o komentarz… Odszedł gigant. Nie tylko najlepszy polski pięściarz w historii, prawdziwa wielka legenda sportu, ale i wspaniały człowiek, nauczyciel (m.in. w moim LO im. Adama Mickiewicza, która to robota uratowała go przed upadkiem w otchłań). Dla dziennikarza rozmówca idealny, cudowny gawędziarz, tym bardziej cieszę się, że dane mi było mieć z nim do czynienia i zapamiętam go radosnego, elokwentnego, optymistycznego jak na tym wideo podczas Pikniku Olimpijskiego rok temu. Posłuchajcie jak mówi np. o tym, co może dać wiara w Boga, nie tylko w boksie…

Jego życie idealnie nadaje się na scenariusz filmowy. Kiedy w grudniu doznał rozległego zawału podczas benefisu 50-lecia pracy zawodowej Daniela Olbrychskiego, akurat  na scenie Teatru 6. piętro, akurat wręczał aktorowi jeden ze swoich dwóch złotych medali olimpijskich. Nagle czując, że słabnie, zdążył jeszcze rzucić: Daniel, nigdy nie byłem na deskach, teraz mnie trzymaj i stracił przytomność. Tak dramatyczne i podniosłe jak ta scena, było całe jego życie. Napisaliśmy wówczas do Wprost z Darkiem Wołowskim jego portret, którego fragmenty teraz przytoczę. 

 

Są tylko źle trafieni

(…) Po opuszczeniu ringu w 1971 roku, u szczytu sławy, niedługo po złotych igrzyskach w Meksyku desperacko szukał swojego miejsca na ziemi. Nie ukrywał myśli samobójczych, choroby alkoholowej, kryzysów rodzinnych i finansowych, po czym zawsze jakimś cudem potrafił się podnieść. A doświadczenie miał małe, bo w ringu, choć stoczył 348 walk, żaden rywal nie posłał go na deski. Mimo wszystko za swoim nauczycielem Papą Stammem zawsze powtarzał, że „nie ma twardych, są tylko źle trafieni”. Tej głośnej maksymy legendarny Stamm nauczył go w jednej z walk, gdy Kulej w przerwie między rundami wyznał mu, że przegrywa, bo rywal jest dla niego za twardy. A potem było jak zwykle, Kulej zadawał cios i oglądał podeszwy butów przeciwnika. Tego nauczył go Stamm, a także pierwszy trener Wincenty Szyiński w Skrze Częstochowa, gdzie trafił w 16. roku życia, by szukać schronienia.

Urodził się w drugim roku okupacji niemieckiej w Ostatnim Groszu – jednej z najbiedniejszych częstochowskich dzielnic. Matka robotnica w farbiarni częstochowskiej, ojciec robotnik w tartaku, po wojnie skończył zaocznie technikum mechaniczne, pracował w Hucie Bieruta. – Boks był dla mnie drogą do lepszego życia, jedynym, w czym się mogłem wyróżniać. Kocham ten sport, bo mi tyle dał. I jestem mu wierny. – wspominał Kulej. Był mały, chudy, zawsze dostawał w skórę od kolegów. Zwłaszcza od wyrośniętych chłopców, którzy otarli się o wojnę. – Od nich na podwórku uczyliśmy się szacunku dla siły – wspomina. – W szkole były rankingi, kto jest najsilniejszy. Toczyły się o to bójki. Henio, chłopak, który powtarzał rok, dowodził klasą, ustawiał wszystkich. Mnie nie lubił, bo byłem lepszy w piłkę. Ale Henio był silniejszy. I nie dawał mi żyć – wspominał Kulej. Kiedyś, po jednym z pierwszych sukcesów w boksie, przyszedł do klasy i wlał Heniowi. Wiele lat później, w 1970 roku, w chwili najwyższej chwały, gdy w Meksyku drugi raz stawał na najwyższym stopniu olimpijskiego podium i zagrano mu hymn pomyślał o Heniu. „Skurczybyku, to także dzięki tobie. Gdyby nie ty, tych wszystkich doznań nigdy bym nie miał”.

 

Życie jak pod kloszem

Kulej uważany jest za najwybitniejszego polskiego boksera, bo jako jedyny obronił olimpijskie złoto. Przed nim w finałach w Meksyku przegrali Józef Grudzień i Artur Olech. Stamm powiedział mu wtedy: „Jurek, wiesz dobrze, że to nie tylko twoja, ale i moja ostatnia olimpiada. Jak nie wygrasz, to już nam nigdy więcej nie zagrają hymnu”. Finałowa walka z Enrique Requeiferosem, jak stwierdził sam Kulej, była najbardziej dramatyczną w jego karierze. Trzy silne ciosy młodego Kubańczyka były nokautujące, lecz Polak utrzymał się na nogach, choć po raz pierwszy w życiu był zamroczony. – Zobaczyłem przed oczami ciemną plamę, w którą zacząłem z uporem bić – wspominał. Wygrał pojedynek stosunkiem głosów 3:2.

A przecież tego medalu być nie powinno. 18 czerwca 1968 roku doszło do tragicznego zdarzenia: wracając wczesnym rankiem samochodem z Aleksandrowa Kujawskiego do Ciechocinka wypadł na pobocze, gdy na zakręcie wyjechała mu na rowerze dziewczynka. Samochód kilkakrotnie przekoziołkował, Kulej uderzył głową w szybę, pokiereszował sobie twarz. Na szczęście nie doszło do uszkodzenia kręgów szyjnych.

Wbrew woli lekarzy wznowił treningi, by dostać nominację do kadry olimpijskiej. Na zgrupowaniu przed igrzyskami wdał się w bójkę z milicjantami, nokautując czterech. Upiekło mu się, bo jako bokser Gwardii Warszawa sam był też oficerem milicji. – Byłem dowódcą plutonu w Golędzinowie, ale nawet nie widziałem, jakiego plutonu. Ministrowie Moczar i Świtała byli kibicami boksu i byli dla sportowców – wspominał.

Ale za pieszczoszka PRL się nie uważał. – Medale zdobywałem dla siebie i dla kibiców, a nie dla komunistycznej propagandy – mówił. I dodawał, że w Polce kochano go przede wszystkim za to, że bił Ruskich. Tak było na igrzyskach w Tokio, gdzie Grudzień, Kasprzyk i on pobili w finałach pięściarzy ZSRR. – Ludziom już nie chodziło o te medale, tylko że trzech Ruskich dostało po łbie. Przecież wszyscy pamiętali Katyń, pamiętali 17 września. Wiadomo było, że każdy sekretarz PZPR jechał najpierw po wytyczne do Moskwy. O tym się nie mówiło, ale się czuło w tej „przyjaźni” między ZSRR a nami. Sport to była jedyna dziedzina, gdzie Polak mógł normalnie wygrać – mówił. Nie przeszkodziło mu to poprosić premiera Józefa Cyrankiewicza o talon na samochód w nagrodę. Wspomina, że oficjalne premie za oba złote medale olimpijskie wyniosły wtedy 100 dolarów.

Wielu oczekiwało, że Kulej będzie boksował do igrzysk w Monachium. Tymczasem on postanowił zrezygnować u szczytu sławy. Dokonał tego w swoim stylu. Zatelefonował do Jacka Żemantowskiego, dziennikarza TVP i w Dzienniku Telewizyjnym ogłosił, że odchodzi.

 

Załamanie

Najgorsze miało się dopiero zacząć. – Podczas niektórych walk miałem wrażenie, że może do domu nie wrócę. A miałem już żonę, syna. To wszystko wyczerpało mój system nerwowy. Po kilkunastu latach stresu związanego z przezwyciężaniem strachu, bólu, kompleksów człowiek próbuje odreagować. Czasem najgorzej, jak można, czyli przy alkoholu, który jeszcze osłabia nerwy. Poza tym sport demoralizuje. Podczas zawodowej kariery koncentrujesz się na sporcie, a normalne życie istnieje jakby za szybą. Człowiek nie ma czasu rozwijać innych talentów, uczyć się rozwiązywać problemy. Żyje się jak pod kloszem. Masz sukces, to ludzie cię poznają, są życzliwi, wszystko załatwią za ciebie. A potem nagle się to kończy. I jesteś bezradny w najprostszych sytuacjach. Dochodzą jeszcze problemy ze zdrowiem, ślady dawnych kontuzji. Życie poza sportem wydaje się strasznie trudne, pełne zasadzek. Dochodzi do tego, że bezpieczniej czujesz się w ringu niż w tramwaju – mówił nam kiedyś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Z milicji odszedł nie dostając renty. Przyznano mu ją po 27 latach. Żona otworzyła kawiarnię na Starym Mieście. Zainwestował w nią wszystkie pieniądze. Mnóstwo przyjaciół wpadało. – Władek Komar, Piotruś Szczepanik, Boguś Łazuka, Piotruś Figiel, Irena Karel, Boguś Koprowski, Andrzej Badeński. Zamykało się o północy i siedzieliśmy do czwartej rano, ktoś śpiewał ballady jak przy ognisku. Idylla trwała rok. Knajpa została zamknięta, a on został na lodzie z długiem.

Zlicytowali samochód, meble, został wyrok: 4000 zł miesięcznie do spłacenia. Zaczął szukać powrotu do sportu. W Łodzi, w Widzewie dostał 2,5 etatu: dwa lewe w fabryce i pół w klubie. Pracował z młodymi bokserami, ale po konflikcie z prezesem dostał dyscyplinarne zwolnienie. Wdał się w rozróbę. Tłumaczył póóźniej, że tylko się bronił, a to prezes przygotował prowokację z zaprzyjaźnionymi milicjantami. Otrzymał po tym dozór milicyjny. Do Warszawy wrócił, jako chuligan. Pracy nie mógł znaleźć. Przyszło załamanie. Opowiadał, że pił kiedyś 28 dni bez przerwy, sprzedając resztkę posiadanych rzeczy. Wspominał kolegów, byłych bokserów, którzy odebrali sobie życie: Janek Gałązka, Janek Górny, Włodek Caruk, Leszek Błażyński. Rozpadło się jego małżeństwo, ale z żoną rozstał się w przyjaźni.

Dostał w końcu pracę w liceum Adama Mickiewicza na Saskiej Kepie. – Pani Wiesława Brożek-Filipowska dała mi szansę. Nie miała nauczyciela wf. Poszedłem, pokazałem dyplom AWF i zacząłem pracę. Fantastyczną. Do dziś spotykam moich uczniów: dziennikarzy, lekarzy, adwokatów. Byłem na stuleciu szkoły. Cała IV b się zebrała, to była wielka radość ich zobaczyć – wspominał.

 

Kto zapomni Kuleja?

Jednym z największych marzeń Kuleja była kariera w zawodowym boksie. Oglądał w telewizji, lub czytał o wielkich zawodowych pojedynkach: Joego Louisa z Maxem Schmellingiem, albo Ingemara Johanssona z Floydem Pattersonem, czy w końcu bój w Kinszasie Mohammad Ali – George Foreman. – Każdy z nas marzył, że coś takiego kiedyś go spotka – mówił. Na amatorskim ringu pokonał zawodników, którzy byli potem zawodowymi mistrzami świata. Nie zdecydował się jednak na ucieczkę z Polski. Choć przecież często za granicę wyjeżdżał. Chciał to sobie wynagrodzić organizując pierwszą w Polsce zawodową walkę Przemysława Salety, na której jednak stracił własne 15 tys. dol. Ale nie żałował.

Imał się wielu zajęć, jak kobieta pracująca z serialu „Czterdziestolatek”. Zagrał w filmie Marka Piwowskiego „Przepraszam, czy tu biją”, gdzie z innym byłym bokserem Janem Szczepańskim stoczył walkę na komisariacie. Pierwszy raz w życiu walczył na żarty, ale był z siebie bardzo zadowolony, bo wyszła mu sztuczka techniczna przyjęcia ciosu na czoło, po której mógł skontrować odsłoniętego rywala.

Wielu aktorów znał od dawna. Przyjaźnił się z Danielem Olbrychskim czy Gustawem Holoubkiem, ale chodził też podglądać innych. Kariera w filmie była jednak nie dla Kuleja. – Harówa, obiady w nocy, potem spać nie można, a wcześnie rano do roboty. I tak w kółko. Potworny kierat. Nabrałem szacunku dla ludzi filmu. Ale nie dałem się namówić na kolejne filmy – wspominał. Pracował potem jeszcze przy „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana będąc prezesem Fundacji Kaskaderów Filmowych. Zabezpieczali ze strażakami przeprawę Skrzetuskiego kręconą na poligonie w Poznańskiem. W dwie sekundy motorówka musiała być przy tonących. Olbrychskiego ustawiał przy scenie, kiedy uderza głowami dwóch Tatarów.

Uczył boksu w Oxfordzie. Przez trzy sezony. Pojechał do swojej drugiej żony do Slow i tam odnalazł go były angielski lekkoatleta, którego poznał na igrzyskach w Tokio. Na koniec każdego semestru, był mecz bokserski z Cambridge. Zaproponowano mu pracę na stałe, ale postanowił wrócić do Polski.

Nie wierzył w wyznania Andrzeja Gołoty, że nie lubi boksu. – On go kocha, gdyby było inaczej, nie zaszedł by tak wysoko – mówił Kulej. I dodawał: – Mnie do boksu pchnęły kompleksy. A więc potrzeba pokazania, że mogę coś znaczyć, była bardzo silna. Dzięki uznaniu zdobytemu w ringu zrealizowałem i realizuję wiele potrzeb, także tych zupełnie ze sportem nie związanych.

Sport stawiał jednak ponad wszystko. – Takich emocji nie można przeżyć nigdzie indziej. W żadnym teatrze. Byłem kiedyś na „Hamlecie”. Tytułową rolę grał Olbrychski. Widziałem, co on wyprawiał z tą rolą. To było wspaniałe. Ale takiego uniesienia jak na walkach Gołoty z Bowe’em nie przeżyłem nawet wtedy. Polska była rozbierana, podbijana, dominowana przez reżimy. Dlatego ten instynkt walki jest nam bliski. Myślę, że walka Gołoty, który powala na matę wielkiego mistrza Riddicka Bowe’a, to było wydarzenie, które wstrząsnęło światem. Dla przeciętnego Amerykanina Polska to Papież, wódka i Gołota. Chłopak z Pragi o wątpliwej przeszłości poruszył Amerykę. Tak jak kiedyś Janek Tomaszewski zatrzymał Anglię. W świecie nie pamięta się naszych prezydentów, ambasadorów, polityków. A sportowców tak. Kto zapomni Fibaka, Deynę, Fortunę?

Kto zapomni Kuleja?