Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Hitzfeld: najlepiej w piłkę grają w Hiszpanii

Ottmar Hitzfeld i jaZ okazji finału Ligi Mistrzów moja rozmówka z trenerem, który wygrał go dwukrotnie, z Borussią Dortmund i Bayernem Monachium. Opowiedział skąd jego zdaniem taka dominacja Hiszpanów w europejskich pucharach, o Diego Siemone, o Robercie Lewandowski i jego przyszłości w Bayernie, o tym co dał Bawarczykom Pep Guardiola

O finale w Mediolanie i hiszpańskiej dominacji

Po dwóch latach finał Ligi Mistrzów znów jest wewnętrzną sprawą klubów z Madrytu. Dominacja hiszpańskich drużyn w europejskich pucharach jest dojmująca. To przecież także Sewilla w Lidze Europy, którą w Hiszpanii w przeciwieństwie do innych nacji traktuje się bardzo poważnie. Jeśli hiszpańskie kluby w ogóle odpadają, to eliminując same siebie. Jeden Liverpool, który pokonał Villarreal był odstępstwem od reguły.

To efekt grania od 10 lat kombinacyjnego futbolu, przez kluby oraz reprezentację Hiszpanii. To tam powstają nowe trendy w piłce nożnej i rodzi się nowa filozofia. Nie tylko dotycząca ofensywnego futbolu jak tiki-taka Pepa Guardioli w Barcelonie, ale przecież i defensywny, ale przerażająco skuteczny styl Diego Simeone.

W Hiszpanii świetnie szkolą młodzież. Wyrosła tam też zresztą cała generacja dobrych trenerów. Dzięki temu piłkarze grający w lidze hiszpańskiej są najlepiej wyszkoleni technicznie w całej Europie, w każdym aspekcie. Mają najlepszą jakość podań, najwyższe posiadanie piłki, najlepiej wykonują stałe fragmenty, najlepiej atakują z kontrataku. Dlatego to w Hiszpanii gra się dziś najlepiej w piłkę. Trenerzy drużyn La Liga potrafią to wykorzystać. Jeśli do tego są świetnymi psychologami i motywatorami, potrafią stworzyć mistrzowską mieszankę. Tak jest w przypadku Zinedine Zidane’a i Simeone. Nie przewiduję rychłego przełamania tej dominacji.

Diego Simeone vs Zinedine ZidaneO Diego Simeone

Choć nie odpowiada mi styl jego drużyny, trzeba oddać mu szacunek za umiejętne zdławienie tiki-taki, najpierw tej Barcelony w ćwierćfinale, a potem Guardioli w półfinale z Bayernem. Jego nie interesuje posiadanie piłki, ale wybicie przeciwnikowi futbolu z głowy, odebranie piłki i szybka kontra. Jego Atletico Madryt robi to niezwykle skutecznie. Simeone dowodzi grupą piłkarzy niezwykle zdyscyplinowanych, zmotywowanych i konsekwentnie realizujących taktykę. Nie zdziwi mnie ich triumf w finale w Medolanie, choć uważam, że ten mecz nie ma faworyta. Real ma wszystko, żeby rozstrzygnąć go na swoją korzyść.

O Robercie Lewandowskim

To obecnie najlepsza „dziewiątka” na świecie. Nie mam co do tego wątpliwości, bacznie przyglądałem mu się w obu moich byłych klubach. Już w Borussii Dortmund widać było jego olbrzymi potencjał, został przecież jej najskuteczniejszym napastnikiem w Bundeslidze. Znakomicie rozwinął się w Bayernie pod ręką Pepa Guardioli. Ma wszystko co powinien mieć środkowy napastnik: technikę, umiejętność strzału lewą i prawą nogą, gry głową, wypracowania sobie pozycji do strzału. Ma nadzwyczajną inteligencję boiskową, to się po prostu widzi. Mogę na jednym oddechu wymienić go w gronie najlepszych obecnie piłkarzy świata jak Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar, Luis Suarez czy Zlatan Ibrahimović. Byłby wzmocnieniem każdego klubu świata.

Nie mogę mu doradzać co powinien robić ze swoją karierą, czy zmieniać ligę i na jaką. Ale jestem pewien, że będzie z tych zawodników, którzy bardzo zyskają na przyjściu do Bayernu Carlo Ancelottiego. Widać, że dobrze czuje się w Monachium, świetnie zna kolegów, wie gdzie pobiegną, gdzie może dostać piłkę. Może nie warto ryzykować zmiany, skoro już jest się w jednym z najlepszych klubów świata, z którym spokojnie może zagrać w finale Ligi Mistrzów za rok i powalczyć o Złotą Piłkę.

Bayern Munich vs VfL Wolfsburg O Bayernie Guardioli

Oburzają mnie głosy, że Guardiola poniósł w Bayernie porażkę, bo nie odniósł sukcesu w Lidze Mistrzów. Że z tak silną kadrą nawet jego teściowa zdobyłaby te trzy mistrzostwa Niemiec, mogą mówić tylko ci, którzy nie rozumieją futbolu. Sprowadzenie Guardioli było świetnym ruchem ze strony władz Bayernu, wyniósł zespół na wyższy poziom, skorzystała na tym cała Bundesliga. Hiszpan sprawił, że Bawarczycy po zdobyciu potrójnej korony z Juppem Heynckesem uniknęli kryzysu, normalnego w przypadkach drużyn, które zdobyły wszystko co było do zdobycia. Zwykle piłkarze po tak świetnym sezonie odpuszczają, zatracają głód wygrywania, czują się nasyceni. Przybycie tak wielkiego trenera jak Guardiola sprawiło, że z radością i zaciekawieniem poddali się jego filozofii. To z kolei wyzwoliło w nich dodatkową energię do pracy i apetyt na wygrywanie. Efektem były trzy mistrzostwa i trzy półfinały Champions League z rzędu. Naprawdę nie wielu trenerów mogłoby się poszczycić takim osiągnięciem w tak konkurencyjnych warunkach.

Hiszpan zostawia Bayern, który nigdy nie wymieniał tak świetnie tak wielu podań i nie grał na takiej szybkości. Każdy zawodnik rozwinął się z jego pomocą, niektórzy odnaleźli w sobie nowe umiejętności, inni znaleźli nawet lepiej do nich pasującą pozycję. Myślę, że w Niemczech dopiero za parę miesięcy pojmą jak świetnego trenera straciła Bundesliga. Póki co nie jest traktowany fair i należycie doceniany. Może z racji tego, że od dawna było wiadomo do jakiego klubu odchodzi. Nie zgadzam się jednak z zarzutami, że nie identyfikował się należycie z Bayernem. Dawno nie widziałem trenera, który tak bardzo żyłby za linią boczną każdym meczem drużyny. Jestem przekonany, że kiedy tu był, oddawał klubowi całego siebie.

Pep Guardiolla

Saul, czyli #dobrazmiana „Cholizmu”

Comandante Simeone na okładce La Gazzetta dello SportPo wygranej Atletico Madryt z Bayernem Monachium w pierwszym meczu półfinału Ligi Mistrzów włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” umieścił na okładce wizerunek Diego Simeone jako Che Guevarę, wysławiając „comandante Simeone” jako „światowego przywódcę rewolucji przeciwko tiki-tace”. Porównanie tyleż brawurowe, co kontrowersyjne. Piłkarska filozofia Guardioli nie zasługuje na porównania do dyktatury Fulgencio Batisty, lepiej też nie przerabiać wybitnych trenerów na wodzów rewolucji, mających krew na rękach, bo wkrótce ktoś napisze, że jakaś drużyna jest równie zdyscyplinowana co CzK za czasów Feliksa Dzierżyńskiego.

Zasługi „Cholizmu” – jak nazwano styl gry Atlético od pseudonimu trenera „Cholo” Simeone – który pozwolił już wyeliminować z Champions League Barcelonę, są niekwestionowane, a jedna z nich polega na tym, że kluczową rolę odegrali w tym dziele wychowankowie.

Na Vicente Calderon wystąpiło ich czterech, kolejny siedział na ławce. Zwycięskiego gola, slalomem między pięcioma Bawarczykami, jakby był absolwentem La Masii, zdobył 21-letni Saul Niguez. Oprócz niego wypruwali żyły na boisku Koke, Gabi i Fernando Torres. Ale to postać Saula wyrasta na symbol.

W wieku 11 lat trafił do Realu Madryt, by po dwóch latach uciec stamtąd do klubu lokalnego rywala z powodu atmosfery. Jak tłumaczył na łamach „El Mundo Deportivo” koledzy oszukiwali go, kradli mu buty i… kanapki. Normalność i szatnię bez gwiazdorstwa odnalazł dopiero na Calderon. Czyli przeszedł przeciwną odmienną drogę do Raula – ikony Realu ale i symbolu lekceważenia przez Atlético latami swoich wychowanków. Przyszłego kapitana „Królewskich” w wieku 13 lat ojciec zapisał do szkółki Atlético, ale po dwóch latach (i mistrzostwie Hiszpanii do lat 15) szalony prezydent klubu, Jesus Gil rozwiązał drużyny młodzieżowe, bo uznał, że to najlepsza oszczędność. Saulowi do statusu Raula jeszcze daleko, ale nadaje się na przykład dobrej zmiany wprowadzonej przez „Cholizmo”. Saul Niguez

Guardiola i banda Robin Hooda

Giardiola i Diego SimeoneNieczęsto w futbolu na najwyższym poziomie dochodzi do takich meczów jak ten Atletico Madryt z Bayernem Monachium, w którym pojedynek między trenerami usuwa w cień rywalizację między zawodnikami, choćby byli największymi gwiazdami futbolu. Do starcia między drużynami, które tak bardzo są odbiciem osobowości szkoleniowca i wytworem jego autorskiego projektu. Oczywiście i ja czekałem z zainteresowaniem na wynik wtorkowych „szachów” Manuela Pellegriniego z żółtodziobem Zinedine Zidanem, ale mam tu na myśli konfrontacją skrajnie odmiennych wizji futbolu jak np. w meczach Barcelony Pepa Guardioli z Realem Madryt Jose Mourinho.

Tamte pojedynki przyrównywano do starcia dobra ze złem, „jasnej strony mocy z ciemną”. Grającą piękną dla oka tiki-takę Barcę Portugalczyk postanowił poskromić „mordując futbol”, zmieniając niektórych swoich piłkarzy w brutali, na których symbol urósł – z krzywdą dla siebie – Pepe. Oczywiście sporo było w tym przejaskrawień, prawdopodobnie za sprawą osobowości Mourinho, jego prowokacji i konferencji. W każdym razie sympatia całego piłkarskiego świata, poza „królewską” częścią Madrytu była za Guardiolą.

To ciekawe, że tym razem jest inaczej, choć role są podobne. Bayern jest wierny filozofii Guardioli i gra niemiecką wersję katalońskiej tiki-taki, prąc na bramkę niezliczoną liczbą podań i zachwycając grą kombinacyjną. Atletico zaś tłamsi rywala i „wybija mu futbol z głowy” podobnie jak w czasach kariery piłkarskiej czynił jego trener, Diego Simeone, spec o brudnej roboty, który potrafił sprowokować na czerwoną kartkę Davida Beckhama na mundialu we Francji w 1998 lub zrobić dziurę w nodze Julena Guerero w meczu z Athletic Bilbao.

A jednak grający defensywnie, często na granicy brutalności i prowokujący rywali „Los Colchoneros” postrzegani są z sympatią. Jak ekipa piłkarskiego Robin Hooda, który wdarł się na salony i „okrada bogatych”. Może i stosując przemoc, ale w szczytnym celu. Protestują co najwyżej „bogacze” jak prezydent Bayernu, Karl–Heinz Rummenigge, który rok temu zarzucił Atletico „antyfutbol” i nazwał „szkaradną drużyną, która zabija piękno piłki”. Czy banda Simeone obrabuje Bawarczyków z finału Ligi Mistrzów?

Diego Simeone

Ketchup Lewandowskiego

Robert Lewandowski Z golami jest jak z ketchupem. Trzęsiesz i trzęsiesz butelką i nic nie wypływa, ale jak w końcu chluśnie, to topisz w ketchupie całe frytki i masz go nawet na spodniach. Czasami gole też nie chcą padać, a potem pojawiają się wszystkie naraz. Słowa jednego z najwybitniejszych łowcy goli w historii Manchesteru United, Ruuda van Nistelrooya przypominają mi się ilekroć jakiś napastnik się zatnie, a media natychmiast odpalają mu licznik spotkań bez bramki. W swoim czasie cytował go Gonzalo Higuain, gdy obaj grali w Realu Madryt, a dziś Argentyńczyk bije rekordy goli w Serie A.

Spokojnie mógłby je powtórzyć Robert Lewandowski, któremu niemieckie media wypominają najdłuższą strzelecką przerwę w Bayernie Monachium – 432 minuty (ostatnią taką negatywną passę notował w Borussii Dortmund w 2013 roku). Jedna z teorii głosi, że celownik zwichrował się Lewemu akurat w momencie rozpoczęcia negocjacji z Bayernem na temat przedłużenia kontraktu. Zalatuje to bzdurą, bo przecież walcząc o wyższą pensję kapitan reprezentacji Polski raczej „włączył by tryb” z meczu z Wolfsburgiem, któremu wbił pięć goli w dziewięć minut. Nie wierzę też, żeby myśl o podwyżce tak bardzo odciągała jego myśli od tego co na boisku, bo dowiódł w ostatnim sezonie w Borussii, że jest impregnowany na stress pozaboiskowy, gdy mając już podpisany kontrakt z Bawarczykami, został królem strzelców.

Lewy zdobył już w tym sezonie 36 goli we wszystkich rozgrywkach (ze 116. bramkami dopiero co awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji najskuteczniejszych obcokrajowców w historii Bundesligi). Jest zmęczony jak większość z podstawowych zawodników Pepa Guardioli, którym hiszpański trener daje sporadycznie odpocząć. Thomas Mueller też po raz ostatni trafił do siatki w rewanżowym meczu z Juventusem Turyn. Środowe spotkanie z Benfiką w Lizbonie to dla Roberta jubileuszowy, 50. występ w Champions League. Ale nie zmartwię się przesadnie jeśli nie uświetni go golem. Wolę, żeby „ketchup chlusnął strumieniem” dopiero podczas Euro 2016.

Ketchup

Wilk w zagrodzie Bayernu

Guardiola i AlabaDavid Alaba odmówił Pepowi Guardioli! – grzmi angielska i niemiecka prasa. Co się stało? Czyżby Austriak w meczu z Juventusem Turyn nie chciał grać na pozycji środkowego obrońcy, gdzie z powodu plagi kontuzji ustawia go trener? A może odmówił krycia Paolo Dybali? Nic z tych rzeczy, Alaba odmówił Guardioli… przeprowadzki do Manchesteru City, który Katalończyk obejmie w nowym sezonie. Odmówił i postanowił przedłużyć kontrakt z Bayernem Monachium aż do 2021 roku (z pensją 12 mln euro).

Zauważacie państwo kuriozalność tej informacji? To oczywiste, że piłkarzem tej klasy, być może najbardziej wszechstronnym w dzisiejszym futbolu interesują się czołowe kluby jak Barcelona, Real Madryt czy pragnący wejść na ich poziom Man City. To jasne, że pragnie go przyszły trener tego ostatniego. Kuriozum polega na tym, że jest nim jednocześnie aktualny trener Bayernu. Takiej sytuacji jeszcze w futbolu nie przerabialiśmy. Dziwi brak stanowczej reakcji władz bawarskiego klubu, w którego zagrodzie pies pasterski właśnie zrzucił skórę i okazał się w wilkiem. Może dlatego, że skandal to ostatnia rzecz jakiej Bayern przed walką z Juventusem o awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

Zasadne wydają się pytania stawiane przez dziennikarzy „Bilda” w chwili gdy ogłoszono przyszłego pracodawcę Guardioli, kogo zamierza zabrać ze sobą i ile czasu zamierza poświęcać do końca sezonu sprawom City. Okazuje się, że zapewnienia iż będzie się koncentrował tylko na Bayernie są mitem. W miniony poniedziałek fotoreporterzy przyłapali go na podróży do Amsterdamu, gdzie w hotelu spotkał się przyjacielem i dyrektorem sportowym City, Tixi Beguristeinem.

Ostatnio deklarację o braku zainteresowania transferem do City złożył na łamach „Muenchener Merkur” Manuel Neuer. Bayern za wszelką cenę chce też zatrzymać Roberta Lewandowskiego, Thomasa Mullera, Thiago. A że do City nie przeniosą się raczej także Leo Messi, Neymar, Luis Suarez, Cristiano Ronaldo, czy Zlatan Ibrahimovic, Guardiola ma znaczenie więcej powodów do zmartwień niż tylko rewanż z Juventusem.

 

Pytania do Pepa Guardioli

Guardiola w Manchesterze CityNajbardziej spektakularny transferem zamkniętego okna jest ten, który dokona się dopiero latem, czyli ujawnienie „tajemnicy Poliszynela” o objęciu przez Pepa Guardiolę Manchesteru City. Dziwny to zwyczaj gdy trener drużyny X ogłasza pół roku wcześniej, że w nowym sezonie obejmie zespół Y. Coś, co nie razi w przypadku piłkarzy, którym wygasa kontrakt (choć, owszem, wzbudza emocje i kontrowersje jak ze zmianą klubu przez Roberta Lewandowskiego czy obecnie przez Radosława Cierzniaka), u szkoleniowców budzi wątpliwości. Co innego gdy któryś jak Jupp Heynckes ogłasza po sezonie przejście na emeryturę lub po prostu odejście z klubu po wypełnieniu umowy, bez jasnych deklaracji co dalej.

Wczesna decyzja Guardioli (mówi się, że karierę zaplanował gruntownie do 2020 roku, kiedy to obejmie reprezentację gospodarza mundialu w Katarze) pozwoliła Bayernowi zakontraktować od czerwca znakomitego następcę w postaci Carlo Ancelottiego, ale czy nie powinna pozostać pozostać tajemnicą gabinetów? Naraża bowiem na niepewność piłkarzy aż dwóch klubów, o aktualnym trenerze City, Manuelu Pellegrinim nie wspominając.

Ja wiem, że wszystko to wysokiej klasy profesjonaliści, którzy tak czy siak będą dążyć do zdobycia mistrzostwa Niemiec i Anglii oraz triumfu w Lidze Mistrzów. Media pełne są jednak spekulacji nie tylko jacy piłkarze dzięki Guardioli rozkwitną w City (Sterling, Silva, Kelechi Ihenacho), kogo wykreuje na gwiazdę światowej klasy (de Bruyne), a kogo sprowadzi za 300 mln euro jakie ma dostać na zakupy (Lewandowski trafił już na czołówki gazet zarówno na Wyspach jak i w Hiszpanii jako przedmiot potencjalnej wojny Realu z City, mówi się o Messim, Neymarze, Pogbie). Ale i pełno wszędzie nazwisk które „odstrzeli”.

Pierwszy ma odejść Yaya Toure, któremu z dawnych lat nie po drodze z Katalończykiem, ale – jak czytam – nowych klubów może sobie szukać cała defensywa oprócz Vincenta Kompany’ego. Jak zareagują na to Sagna, Zabaleta, Kolarov, Mangala czy Demichelis? Czy doda im motywacji, czy nadal będą mieli ochotę „umierać” w walce o tytuł? Czy nie zacznie popełniać głupstw Joe Hart gdy wyczyta, że nie ma czego szukać u Guardioli, o ile szybko nie upodobni się do Neuera i nie zacznie rozgrywać?

Pytania padają nie tylko o to jak szybko City zacznie grać tiki-takę, ale i o konflikt interesów. To właśnie zasugerował „Bild”, publicznie pytając Guardiolę „ile czasu dziennie zamierza poświęcać City?” Pep zapewne odpowie, że do 30 czerwca koncentruje się wyłącznie na Bayernie i walce o „potrójną koronę”. Ale czy to możliwe, żeby tak kompletnie odciąć myśli od tego co dzieje się w przyszłej firmie? I nie mówię tu o sprawdzeniu na livescorze co tam u chłopaków…

O wiele poważniej brzmi drugie pytanie-zarzut: „Czy pilotował pan transfer De Bruyne?”. Dziennikarze sugerują, że Guardiola mógł celowo zablokować transfer Belga z Wolfsburga do Bayernu, choć jego agent już deklarował porozumienie z mistrzami Niemiec. Przypominają, że Guardiola już w w 2012 roku prowadził rozmowy z szejkami z City, w klubie dyrektorskie funkcje pełnią jego przyjaciele z Barcelony, Ferran Soriano i Tixi Beguiristain. Oczywiście wszyscy wolelibyśmy, żeby to była podła insynuacja „tabloida” iż Guardiola znając swą przyszłość wolał współpracować z de Bruynem w City niż w Bayernie…

Guardiola i LewandowskiKolejne pytanie „Bilda” „Czy zabierze nam pan latem Lewandowskiego?” nie ma już takiego ciężaru. Mamy wolny rynek, jeśli City wyłoży 100 mln euro, o których się spekuluje, a Bayern je zaakceptuje, Lewy przejdzie co City i nikomu nie stanie się krzywda.

O ile kapitan reprezentacji Polski będzie miał na to ochotę. Dotąd nie deklarował chęci przenosin do Premier League. Guardiolę ceni, jest mu wdzięczny za rozwój, ale to chyba nie aż tak głęboka relacja, by miał ślepo za nim podążać. Zwłaszcza, że na razie nie wygrał z Katalończykiem niczego więcej niż z Juergenem Kloppem. Czym City go skusi, pensją? Gdzie by nie poszedł, wszędzie dostanie ogromną. Np w Realu Madryt, dlaczego projekt Guardioli w City miałby być bardziej atrakcyjny? Istotnie jednak jest w tym jakiś absurd, że dziennikarze mają pełne prawo zadawać takie pytania obecnemu trenerowi Bawarczyków…

Nie sądzę, że Guardiola – jak czytam – idzie na łatwiznę. Czeka go przecież najtrudniejsze zadanie z dotychczasowych, nawet jeśli przyjąć, że po raz trzeci w karierze podejmuje pracę trenerską w klubie z bajki. Barcelonę przejmował z młodym Messim, Xavim i Iniestą oraz władzą pozwalającą „odstrzelić” takie gwiazdy jak Ronaldinho, Deco czy Eto’o (wyobraźmy sobie trenera Realu Madryt z analogiczną władzą, nawet Jose Mourinho nie był w stanie poradzić tam sobie z jednym gwiazdorem). Z kolei Bayern wziął u szczytu potęgi, tuż po zdobyciu „potrójnej korony”, z Neuerem, Lahmem, Alabą, Schweinsteigerem, Müllerem czy wreszcie Robbenem i Ribérym. Na dzień dobry udało mu się także osłabić jedynego rywala, odbierając Borussii Lewego.

W Premier League nie będzie rywalem sam dla siebie jak w Bundeslidze. Będzie musiał znieść brak przerwy zimowej i świąteczno-noworoczny maraton meczów, sukces w Lidze Mistrzów stanie się obowiązkiem, nie możliwością. Przed nim wiele „zimnych, wilgotnych wieczorów” nie tylko w Stoke.

Pep Guardiola

Efekt „lew-tricka”: kiedy Lewy dogoni Messiego i Ronaldo?

Robert LewandowskiLojalnie uprzedzam, że będzie to felieton o Robercie Lewandowskim. Widzę już bowiem u niektórych irytację, że „ten Lewy wyskakuje im już z lodówki”, że gdzie nie klikną, gdzie nie przełączą – tam on. Rzeczywiście nie było chyba na świecie telewizji, portalu czy dziennika, który nie informowałby na czołówkach o dokonaniu Polaka.

W polskiej sieci – wg monitorującej internet firmy Brand24 – zasięg wzmianek o napastniku Bayernu wyniósł ponad 33 mln użytkowników, a liczba wpisów na Twitterze z hashtagiem #Lewandowski przekroczyła 36 tys. Z kolei jak policzył Pentagon Research, od zdobycia „lew-tricka” (skoro istnieje hat-trick, może tak właśnie powinniśmy ochrzcić wyczyn Lewandowskiego, żeby następcy mieli do czego dążyć) do godz. 14. w czwartek w największych polskich serwisach internetowych pojawiły się aż 415 publikacje na ten temat, których wartość wyniosła 3,3 mln złotych. Tylko w naszym serwisach przegladsportowy.pl – aż 34 materiały, a na eurosport.onet.pl – 28. Film z pięcioma bramkami napastnika Bayernu ustanowił zresztą rekord wszech czasów w liczbie odtworzeń materiału wideo w portalu Onet – jak dotąd zostały obejrzane aż 1,2 miliona razy! Co na szczęście pokazuje, że dokonanie Lewandowskiego raczej zachwyciło niż zirytowało jego rodaków.

Polak wprawił w osłupienie i podziałał na wyobraźnię dosłownie wszystkim, od kibiców, przez kolegów z drużyny (słynny tweet Jerome Boatenga po polsku) i rywali aż po trenera Pepa Guardiolę, którego mina po piątym golu Lewandowskiego równie często publikowano w mediach społecznościowych, co skróty bramek.

Teraz warto zadać pytanie jaki będzie to miało wpływ na jego markę i jak będzie postrzegany na świecie? Że jest zawodnikiem wybitnym wiadomo było co najmniej od czterech goli wbitych Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów. Czy występ z Wolfsburgiem, choć jego ranga była niższa podobnie jak rywala, może mu nadać status globalnej megagwiazdy, zarezerwowany dziś wyłącznie dla Leo Messiego, Cristiano Ronaldo, może jeszcze Zlatana Ibrahimovića?

Pytanie, czy będzie na tym zależało władzom Bayernu Monachium? Choć w składzie Bawarczyków od lat grają piłkarze wybitni, w tym najlepsi Niemcy (aktualni mistrzowie świata) to jednak od czasów Franza Beckenbauera nigdy na tyle wielcy, by wybijać się ponad cały zespół. Owszem, są liderzy jak niegdyś Lothar Matthaeus, Stefan Effenberg czy Juergen Klinsmann, ale bez statusu numeru jeden, jaki Argentyńczyk ma Barcelonie, Portugalczyk w Realu, a Szwed w PSG.

Weźmy skład, który wygrał Ligę Mistrzów. Manuel Neuer to bez wątpienia najlepszy dziś bramkarz świata ale nie globalna megagwiazda, w której koszulkach latały by dzieciaki po podwórkach od Pekinu przez Lagos po Chicago, Bogotę i Czeladź. Lepiej już sprawa wygląda z Arjenem Robbenem, Thomasem Muellerem czy Franckiem Riberym, ale i im nie udało się osiągnąć marketingowego statusu Ronaldo, Messiego czy Zlatana.

Leo Messi i Cristiano RonaldoWcale nie jest dla mnie oczywiste, czy Bayern chciałby zburzyć panującą od lat hierarchię i mieć „megagwiazdę numer 1”, a nie jak dotąd „drużynę złożoną z wielu gwiazd”. Choć przecież znając charakter Lewandowskiego nie musi się bać, że taki status Polaka zmieniłby klub w niesławny „FC Hollywood” z przeszłości. Nigdy nie wywołał najmniejsze skandalu w żadnym z dotychczasowych klubów, jest Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF etc. Przecież, jak przypomina Roman Kołtoń, to prezes klubu Karlheinz Rummenigge przy okazji przejścia Polaka z Borussii Dortmund mówił, że „zbudują Roberta, tak by stał się czołowym piłkarzem w skali globu”.

Posiadanie gwiazdy na miarę Ronaldo i Messiego byłoby dla Bayernu wielkim wsparciem marketingowym zwłaszcza na rynkach azjatyckich, gdzie panuje kult idoli odmienny od europejskiego. Tamtejsi fani futbolu nie kibicują klubom, ale gwiazdom. Gdy Cristiano Ronaldo przechodził z Manchesteru United do Realu, ze ścian znikały plakaty pierwszych na rzecz drugich, a czerwone zasłony, pościel, poduszki, szlafroki, kapcie itd. zastępowały białe.

- Pod względem wizerunku Robert nie jest już w stanie zrobić wiele na polskim rynku, jest bliski szczytu. Bliski, bo wciąż najbardziej rozpoznawalnym polskim sportowcem jest Zbigniew Boniek (8 ludzi na 10), Lewy zajmuje drugie miejsce (7 na 10). Może za to pracować nad swoją marką globalną. Szacuję, że golami z Wolfsburgiem podniósł swoją wartość marketingową o około 10 proc. – ocenia Adam Pawlukiewicz, ekspert ds. marketingu sportowego z Pentagon Research.

Lewy już należy do najlepiej zarabiających w Bayernie i całej Bundeslidze, ale do Ronaldo i Messiego jeszcze mu brakuje. Choć wydłuża się jego sponsorskie (są tam już Nike, Coca-Cola, EA Sports czy Gillette pod względem kontraktów reklamowych ciężko mu rywalizować nie tylko z nimi ale i takimi piłkarzami jak np. Neymar z racji wielkości brazylijskiego rynku.

O jego rosnącym statusie świadczy to, że został Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Oraz zaprezentowany kilka miesięcy temu własny logotyp – RL9 (przemianowany w zabawny sposób po meczu z Wolfsburgiem na RL9 min). – Do siły marketingowej Messiego i Ronaldo brakuje mu jednak jeszcze ze 30 do 40 procent – uważa Pawlukiewicz.

Co pomogło by Lewandowskiemu wspiąć się na najwyższy poziom? Po pierwsze wybór do finałowej trójki w plebiscycie Złota Piłka wraz z Messim i Ronaldo (bo z kimże innym?). Pomijając aspekt czy zasłużył na to występami w całym roku, głosują trenerzy i koledzy-piłkarze, kierując się głównie magią nazwiska, a ta po wtorkowym wieczorze jest gigantyczna.

Po drugie z pewnością pomógłby awans i dobry występ na Euro 2016. Co prawda Argentyńczyk i Portugalczyk nigdy nie osiągnęli z reprezentacją znaczącego tytułu, ale i dla Lewego i dla nas wszystkich lepiej, żeby na turnieju we Francji nie był „największym nieobecnym”.

Robert Lewandowski tuż po lew-tricku

Bayern – Roma: Rzymianie za podwójną gardą

Bayern - AS RomaObawiam się, że kto ostrzy sobie zęby na podobną kanonadę jaka miała miejsce w pierwszym starciu obu drużyn w Rzymie, gdzie padło osiem goli, a Bawarczycy zdeklasowali gospodarzy aż 7:1, ten mocno się rozczaruje. Przeczuwam, że na Allianz Arena może paść tylko jedna bramka i nawet nie przesądzam, w która stronę. Może dwie na remis? Choć brzmi to paradoksalnie, rewanż będzie dla mistrzów Niemiec o wiele trudniejszym wyzwaniem. W pierwszym spotkaniu Roma nie tyle zlekceważyła Bawarczyków, co przeceniła własne siły i zagrała w pierwszej połowie zbyt optymistycznie. Świetnie szło jej w Serie A, gdzie przegrała tylko jeden mecz z Juventusem i tracąc jednego, mocno kontrowersyjnego gola, w Lidze Mistrzów rozgromiła u siebie CSKA i urwała punkty Manchesterowi City. Trudno się dziwić, że trener Rudi Garcia i jego piłkarze postanowili nie chować się w meczu z Bayernem za podwójną gardą, ale pójść na wymianę ciosów z równym sobie – jak im się zdawało – rywalem. To był błąd, który trener Garcia skorygował w drugiej połowie i na pewno nie powtórzy w Monachium.

Lanie na Stadio Olimpico sprawiło, że w drużynie coś pękło, zatraciła pewność siebie z początku sezonu. Właśnie w rozczarowujących okolicznościach przegrała w lidze z Napoli 0:2. Toteż na rewanż wyjdzie zapewne z podobnym nastawieniem jak Polska na reprezentację Niemiec: świadoma własnych słabości, nastawiona na szybkie kontry, przy których mało zwrotni środkowi obrońcy mistrzów Niemiec się gubią i zdeterminowana sytuacją w grupie. Dla odmiany Bayern, po trzech zwycięstwach w Champions League, jest w komfortowej sytuacji, niczego nie musi. A kiedy Bayern nie musi, zdarza mu się przegrywać przed własną publicznością jak w spotkaniu z Arsenalem czy Manchesterem City w ubiegłym sezonie. A poza tym niemożliwe, żeby drugi raz z rzędu wyszedł im tak perfekcyjny mecz.