Misja Pepa, czyli nie róbmy polityki na stadionach

Guardiola- Dedykuję tę wygraną aresztowanym liderom walczącym o niepodległość Katalonii. Omnium i ANC (Catalan National Assembly – red.) zawsze wyrażały nasze zdanie. Pokazaliśmy, że dla Katalończyków obywatelstwo jest czymś więcej niż jakiekolwiek idee. Mamy nadzieję, że wkrótce zostaną zwolnieni, bo na razie czujemy się jakbyśmy wszyscy trafili do wiezienia – powiedział Pepa Guardiola na konferencji prasowej po wygranym 2:1 meczu Ligi Mistrzów z Napoli.

Miał na myśli Jordiego Cuixarta i Jordiego Sancheza, którzy na początku tygodnia decyzją Sądu Najwyższego w Madrycie zostali tymczasowo aresztowani za doprowadzenie do referendum niepodległościowego. Hiszpański rząd uznał je za nielegalne i robił co mógł, żeby do niego nie dopuścić. Funkcjonariusze policji wkraczali do lokali wyborczych, wynosili urny i karty do głosowania. Brutalnie pobito też kilkadziesiąt osób. W dniu meczu Sąd Najwyższy podtrzymał decyzję o zatrzymaniu liderów, co wywołało kolejne protesty w Barcelonie.

Guardiola na konferencji komplementował też Napoli. Stwierdzając m.in. że było to jedno ze zwycięstw, z których jest najbardziej dumny w karierze. Ale choć to niezwykle ciekawe, zważywszy na to z jakimi drużynami mierzył się w przeszłości, media skupiły się głównie na wątku niepodległościowym.

Mam jednak spore wątpliwości czy stadion Etihad po meczu Ligi Mistrzów, w którym nawet nie wystąpiła Barcelona, to właściwe miejsce na tego typu deklaracje. Wdaliśmy się o to na Twitterze w mały spór. Wielu internautów uważało, że polityka jest wszechobecna, „nie można udawać, że żyje się w próżni”. Że „nie ma sensu udawanie, że piłka nożna jest jakąś enklawą, której nie dotyczą międzynarodowe procesy i wydarzenia”. Że „Pep jest Katalończykiem i ma prawo wyrażać to co czuje”, a odwiecznego konfliktu na linii Katalonia – Kastylia, czyli Barcelona i Madryt nie da się porównać z jakąkolwiek sprawą w Polsce.

Nie odmawiam Guardioli prawa do opinii na tematy polityczne. Oczywiście, że jak każdy obywatel ma prawo mieć swoje zdanie i je artykułować. I z niego korzysta. Nie tylko wziął udział w referendum, ale wcześniej agitował za nim w Barcelonie, odczytując w języku katalońskim, hiszpańskim i angielskim niezwykle wyrazisty manifest.

Będziemy głosować mimo zakazów Hiszpanii. 18 razy chcieliśmy głosować i zostaliśmy zlekceważeni. Nie mamy innego wyboru. Jesteśmy ofiarami państwa, które rozpoczęło prześladowanie niezgodne z zasadami obowiązującymi w demokracji. Kraju, w którym minister spraw wewnętrznych konspiruje przeciwko zdrowiu Katalonii. Kraju, w którym policja dostarcza fałszywych dowodów przeciwko naszym władcom. Kraju, w którym uniemożliwia się funkcjonowanie prezydentowi naszego rządu za przygotowywanie kart do głosowania. Chcą nam odebrać demokrację”.

Jako jeden z najbardziej znanych i szanowanych Katalończyków ma prawo i obowiązek wypowiadać się w najważniejszych kwestiach dotyczących swojej ojczyzny. Mój sprzeciw budzi tylko to, że wprowadza politykę na stadiony piłkarskie i konferencje poświęcone meczom. Nie ten moment, nie to miejsce!

I nie ważne czy Guardiola upomina się w sprawie słusznej czy nie. Kto zresztą jest to w stanie ocenić i stwierdzić czy Katalończykom będzie lepiej w Hiszpanii czy poza nią? Na pewno nie ja.

My w Polsce podświadomie sprzyjamy ciemiężonemu przez lata narodowi, który chce się wybić na niepodległość. Informacja, że rząd aresztuje działaczy wolnościowych – i do tego umieszcza w więzieniu w Madrycie, 600 km od bliskich – musi budzić niepokój.

Ale też widziałem, że w Barcelonie odbyła się milionowa demonstracja Katalończyków pragnących pozostać w Hiszpanii, sprawa nie jest więc jednoznaczna. A katalońska wyraźnie społeczność podzielona.

Ciekaw jestem czy właściciele Manchesteru City byli zadowoleni, że ich klub został wplątany w kwestię niepodległości Katalonii? Zwłaszcza Szejk Mansour, który na co dzień pełni funkcję wicepremiera Zjednoczonych Emiratów Arabskich i prędzej jest w stanie postawić się na miejscu premiera Hiszpanii, Mariano Rajoy’a niż burzącego zastany porządek buntownika.

Poruszanie kwestii politycznych przez trenerów na pomeczowych konferencjach, to w Anglii nowa jakość. Nawet tak istotna kwestia jak referendum ws wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie skłoniła trenerów Premier League do publicznych deklaracji. Z szacunku dla klubu i kibiców.

Zresztą nie tylko w Anglii. Z jakichś powodów trener Szachtara Donieck nie zabiera głosu na konferencjach prasowych na temat wojny w Donbasie, trenerzy rosyjskich klubów na szczęście milczeli na temat „odzyskania” Krymu.

Krzysiek Stanowski napisał w naszej twitterowej dyskusji, że „jeśli Polska będzie miała topowego w skali świata trenera to liczę, że zabierze głos na temat Polski gdy uzna to za ważne”. Nie mam nic przeciwko. Ale nie chciałbym, żeby miało to miejsce na konferencjach np. reprezentacji Polski. Wyobrażacie sobie Adama Nawałkę wypowiadającego się przy okazji eliminacyjnych spotkań w kluczowych kwestiach dla Polaków – w ostatnich miesiącach np. na temat Trybunału Konstytucyjnego czy reformy sądów? Dla kadry byłaby to katastrofa. Pół Polski – tej, która nie zgadzałaby się z opinią selekcjonera – natychmiast zaczęłaby kibicować przeciwko reprezentacji. By wraz z jej porażkami odszedł i znienawidzony selekcjoner.

Jeszcze mniej prawdopodobne, by po świetnym – oby! – mundialu, obejmując pracę, w którymś z klubów Serie A w ukochanej Italii, miał zajmować stanowisko w polskich sprawach na tamtejszych pomeczowych konferencjach czy w Lidze Mistrzów.

Polityczne manifestacje na trybunach skończyły się ostatnio tym, że Barcelona musiała ostatnio zagrać ligowy mecz bez kibiców, na kompletnie pustym Camp Nou. Robienie polityki na stadionach nigdy nie kończy się dobrze. Dla futbolu. Camp Nou: Barca - Las Palmas przy pustych trynunach

Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

Dlaczego Katar potrzebuje Neymara

Neymar w PSGW najsłynniejszym transferze świata, jak już chyba możemy nazywać „wrogie przejęcie” Neymara przez PSG, najciekawsze są odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Brazylijczyk odchodzi z takiego klubu jak Barcelona do takiego jak wicemistrz Francji? Oraz dlaczego katarski właściciel francuskiego klubu, Nasser Al-Khelaifi wykłada tę bajońską kwotę.

Oczywiście ciekawych pytań jest więcej. Np. dlaczego zarząd Barcelony przedłużając rok temu kontrakt z jedną z największych gwiazd futbolu naszych czasów ustalił klauzulę wykupu w wysokości 222 mln euro, a nie równie absurdalnej ale o wiele bardziej odstraszającej 555 mln?

Być może żadna kwota nie odstraszyłaby Katarczyków, którym Neymar jest potrzebny przede wszystkim z powodów politycznych, o czym za chwilę. Ale pół miliarda byłoby zdecydowanie bardziej spektakularne. Obecna kwota szokuje tylko do momentu, gdy przypomnimy ile za o wiele mniejsze gwiazdy płacą kluby Premier League, choćby MU za Romelu Lukaku, a Real Madryt oferuje za Kyliana Mbappe.

Oczywiście Neymar nie przenosi się do PSG z powodów sportowych. Gdyby kierował się chęcią zdobywania najważniejszych trofeów, drużynowych czy indywidualnych, zostałby mu oprócz Barcy praktycznie tylko jeden klub na świecie – największego rywala.

Krąży hipoteza, że motywuje go chęć wyjścia z cienia Leo Messiego i zostania niekwestionowanym liderem drużyny. Naprawdę wierzycie, że dała mu do myślenia słynna sentencja Juliusza Cezara, który wg Plutarcha przechodząc przez jakąś wioskę w Alpach drodze do Galii, miał stwierdzić, że „wolałby być pierwszym człowiekiem tutaj niż drugim w Rzymie”?

Ktoś na Twitterze napisał, że ten transfer to jakby odejść z Beatelsów do The Monkees. Z tym, że ktoś taki na pewno nie zacząłby zarabiać w nowy zespole tyle co Lennon i McCartney. A Neymarowi, co roku wymienianemu jako kandydat do Złotej Piłki obok Messiego i Cristiano Ronaldo, transfer do PSG pozwoli wreszcie zrównać się z nie tylko sławą ale i zarobkami (30 mln euro za sezon, przez pięć lat, na rękę, podatkiem zajmie się klub).

Tak naprawdę Brazylijczyk podjął więc identyczną decyzję jak ci piłkarze, którzy przenoszą się do ligi chińskiej. I trudno mieć do niego pretensje, że chce przyjąć fortunę, którą mu wciskają szejkowie. I jeszcze dorzucą 100 mln dla taty. Chciwość, pazerność? Już w Barcelonie zarabiał porządne pieniądze (a jego ojciec właśnie czeka na 36 mln z tytułu… przedłużenia ubiegłorocznego kontraktu)?

Rozśmieszył mnie argument usłyszany w telewizyjnej dyskusji we Francji gdzie akurat jestem, że kariera piłkarza trwa do 35. roku życia, Neymar musi więc zabezpieczyć się na czas kiedy już nie będzie zarabiać. Faktycznie dzięki tym dodatkowym 200 milionom być może nie będzie musiał dorabiać na emeryturze…

Równie ciekawa jest odpowiedź na pytanie dlaczego Nasser Al-Khelaifi, właściciel PSG i Qatar Sports Investments bije transferowy rekord, narażając się na śledztwo UEFA ws Finansowego Fair Play, inwektywy prezesa LA Liga i ostracyzm? Przecież nie wyłącznie po to, by „sprowadzić na Parc des Princes trofeum Ligi Mistrzów”. Zwłaszcza że transfer nawet Neymara nie daje żadnych gwarancji.

O wiele ważniejsze są kwestie wizerunkowe. Katar jest w tej chwili w stanie zimnej wojny ze swoimi sąsiadami. Na początku czerwca Arabia Saudyjska, Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Egipt zerwały z nim stosunki dyplomatyczne i zablokowały połączenia lotnicze, morskie oraz lądowe. Oskarżają Katar o wspieranie islamskiego terroryzmu, a zwłaszcza jego stację telewizyjną, Al-Jaazira i domagają się jej zamknięcia. Żądają też m.in. zerwania stosunków z Iranem, współpracy wojskowej z Turcją.

Rząd Kataru uznaje te oskarżenia za bezpodstawne, a żądania za niemożliwe do zaakceptowania, bo naruszające jego suwerenność. Odpowiedział postulatami umiędzynarodowienia świętych meczetów w Mekce i Medynie, co w Arabii Saudyjskiej przyjęto jako deklaracja wojny przeciwko królestwu. Konflikt zbrojny wisi w powietrzu.

Z czasem do bojkotu dołączyły Jemen, Libia i Malediwy. W jego efekcie import Kataru spadł aż o 40 procent, a w kraju zabrakło żywności. Trafia tam wyłącznie z Turcji i Iranu przez co stała się bardzo droga. Samoloty linii Qatar Airways muszą zaś latać do Europy naokoło przez Iran i Turcję. Kiedy więc pojawiły się informacje, że Neymar leci z Dubaju do Dauchy na testy medyczne, znający temat wiedzieli, że to tzw fakenews, bo ruch lotniczy z Dubaju do stolicy Kataru obecnie nie istnieje.

Kryzys w KatarzeWrogowie Kataru wiedzą, że najbardziej zaboli, jeśli uderzą w mundialowe aspiracje emiratu. Na razie blokada spowolniła budowę stadionów, ale gorsze są straty wizerunkowe.

Transfer Neymara – najsilniejszego marketingowo sportowca poniżej 30. roku życia – i uczynienie z niego ambasadora mistrzostw świata w 2022 pozwolą przerwać ten impas (a przy okazji pozwoli PSG obejść Finansowe Fair Play UEFA). Katar wydał jak dotąd na zdobycie mundialu i przygotowania 17 miliardów euro, czymże jest wydatek 222 mln na promocję dla jednego z trójki najlepszych piłkarzy świata?

Jego zadaniem będzie ocieplenie wizerunku gospodarza turnieju nie tylko w kontekście obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej. Ale także oskarżeń o nieludzkie traktowanie robotników pracujących przy stadionach, o korupcję w walce o organizację turnieju i wszystkie brudy jakie przyniósł 430-stronicowy raport prokuratora Michaela Garcii dla FIFA. Stąd niektórzy otwarcie nazywają transfer Neymara „najbardziej politycznym w historii futbolu”.

Neymar Junior i Neymar Senior 

Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Barca – Atletico. Efekt siarczystego policzka

Barcelona - AtleticoCzy lodowaty prysznic jakim była porażka w El Clasico z Realem Madryt przed własną publicznością podziała na piłkarzy Barcelony zbawiennie? Czy potrzebowali właśnie takiego mocnego przebudzenia, by wyrwać się z letargu samozadowolenia i pewności siebie, w jaki mogła ich wprawić rekordowa seria 39 meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach i przewaga w tabeli La Liga nad najgroźniejszymi konkurentami?

Policzek był najbardziej siarczysty z możliwych, bo dokonany przez największego rywala z możliwych, który jako jedyny zdołał wygrać w tym sezonie na Camp Nou. Do tego wymierzony osobiście przez nieco lekceważonego w Katalonii Cristiano Ronaldo, który zdobył decydującą bramkę. A wszystko w meczu, który miał uhonorować pamięć zmarłego właśnie Johana Cruyffa.

Ale też to właśnie Cruyff mawiał o „pożytecznych porażkach”, które jeśli przyjdą w odpowiednim momencie, działają otrzeźwiająco i motywująco, pozwalają „wyzerować licznik” a przy okazji „spuścić powietrze z wentyla”. Niedawno w podobnych duchu mówił prezes PZPN, Zbigniew Boniek, który nie miałby nic przeciwko porażce kadry Adama Nawałki przed Euro. W tym sensie porażka z Realem przyszła w idealnym momencie, gdy piłkarze Luisa Enrique szykują się do decydującej fazy sezonu: przed kluczowym dwumeczem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Atletico Madryt, nad którym wciąż mają sześć punktów przewagi w tabeli. Ostatni raz Barca zaznała smaku porażki hen, 3 października 2015 z Sevillą. Po przegranym El Clasico wróci głód wygranej, koncentracja, respekt dla rywala, znikną za to nonszalancja i zbytnia pewność siebie.

Zagadką pozostaje tylko czy Leo Messi będzie umiał na boisku odciąć się od burzy medialnej jaka rozpętały tzw „Panama papers”, czyli wyciek nazwisk prominentnych osób, które posiadały firmy w „rajach podatkowych”. Posypały się oskarżenia, że Argentyńczyk wraz z ojcem znów oszukiwał hiszpańskiego fiskusa (trzy lata temu obu oskarżono o ukrycie przed fiskusem 4,1 mln euro, ale pieniądze oddał).

Leo zmartwiony Panama Papers

 

Dzikie karty w Lidze Mistrzów? Dla kogo i czyim kosztem?

Joseb Maria BartomeuŁadnie ze strony prezydenta Barcelony, Josepa Maria Bartomeu, że nie ogranicza się do zacierania rąk z sukcesów drużyny piłkarskiej czy historycznej dominacji tercetu Messi-Neymar-Suarez, że nie skupia się wyłącznie na własnym klubie ale ma czas myśleć o dobru całego futbolu. Właśnie ogłosił, że „dla dobra futbolu” dobrym pomysłem byłoby przyznawanie w Lidze Mistrzów drużynom tzw. „dzikich kart”, tak jak ma to miejsce w innych dyscyplinach.

- Czasami ze względu na dobro futbolu można by je przyznawać tak w tenisie. Bywa, że najlepsi zawodnicy nie kwalifikują się do turnieju i dostają wówczas dziką kartę, by podtrzymać zainteresowanie. Tak samo mogłoby by być w piłce nożnej. Kluby miewają czasem gorszy sezon, a niemożność gry w Champions League to duża kara – powiedział w rozmowie z BBC.

Pomińmy milczeniem złośliwe komentarze, że „w razie gorszego sezonu taka Barcelona zawsze mogłaby liczyć na dziką kartę dla dobra futbolu”, bo oczywiście Bartomeu nie rozumuje w tak prymitywny sposób, zresztą przy obecnym układzie sił w La Liga brak „Dumy Katalonii” w Lidze Mistrzów wydaje się równie prawdopodobny jak brak w niej Bayernu Monachium. Wg Bartomeu prowadzenie „dzikich kart” dyktuje potrzeba „jeszcze mocniejszej i jeszcze bardziej wyrównanej Ligi Mistrzów, a wraz z nimi jeszcze większego zainteresowania ze strony kibiców. Bo to o najważniejsze i największe rozgrywki”.

To bardzo niepokojące, że propozycja pada z ust prezydenta najlepszego klubu świata w ostatniej dekadzie, mającego tak ogromny wpływ na światowy futbol (bez żadnych odwołań do pamiętnej teorii spiskowej Jose Mourinho). Jest bowiem arogancka i charakterystyczna dla przedstawiciela futbolowej arystokracji, żyjącego w oderwaniu od rzeczywistości, kiepsko rozumiejącego reguły gry, kibicowania i fair play. Dobrze czującego się tylko w elicie. Kogoś cierpiącego, że jego klub musi czasem polecieć na mecz na Białoruś, Ukrainę, do tych wszystkich państewek na Bałkanach albo nawet do Kazachstanu, a na meczach z zespołami, których nazwy słyszy po raz pierwszy słabo zapełni mu się stadion.

Pobrzmiewa tu marzenie o elitarnej europejskiej Superlidze, pozwalającej co tydzień grać z drużynami pokroju Manchesteru United, Liverpoolu, Interu Mediolan, AC Milan czy Borussii Dortmund – nawet jeśli tak jak akurat ostatnio nie zakwalifikowały się do Ligi Mistrzów – zamiast z symbolicznym BATE Borysów. Elitarnej, o stałym jak NBA składzie, do którego można zostać ewentualnie przyjętym, ale nie awansować.

Ostatnio napomknął o niej prezes Bayernu, Karl-Heinz Rummenigge, podczas styczniowej konferencji Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), któremu przewodniczy. Nie wykluczył powstania w przyszłości rozgrywek (pod egidą UEFA lub nie), w których brałby udział najsilniejsze drużyny z Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii i Włoch. W takie Superlidze „co tydzień dochodziłoby do meczów wielkich zespołów z ogromnymi tradycjami, które przynosiłyby klubom wielkie pieniądze”. To z kolei pozwoliłoby nawiązać rywalizację na polu praw marketingowych i telewizyjnych z NFL czy NBA i odeprzeć chińską ekspansję na futbol.

Ale że póki co na Superligę się nie zanosi – używana jest raczej jako straszak na UEFA, by przykręciła swe Finansowe Fair Play – pewnym wytrychem mogłyby się stać „dzikie karty”.

Jako pierwszy wspomniał zresztą o nich dwa lata temu dyrektor Milanu, Umberto Gandini. Pewnie zupełnie przypadkiem akurat w sezonie, w którym jego klub nie grał nawet w Lidze Europejskiej, zaapelował o wprowadzenie specjalnej furtki do Ligi Mistrzów dla klubów o „odpowiednim prestiżu i odpowiednich możliwościach”.

Od razu mamy więc odpowiedź dla kogo byłby owe „dzikie karty”. Ja w pierwszej chwili na to hasło pomyślałem o przypadkach szczególnych, czyli np. Legii i jej niesławnym odbiciu się od Ligi Mistrzów po historii z Bartkiem Bereszyńskim. Przyznanie „Dzikiej karty” byłoby doskonałą odpowiedzią UEFA na kampanię #letfootballwin: „no dobrze, nie dopilnowaliście procedur, daliście zagrać nieuprawnionemu zawodnikowi, ale że przez 3 minuty i przy ustalonym wyniku 6:1 w dwumeczu – macie tu dziką kartę”.

Żeby nie było, że myślę tylko o Legii, przyszedł mi do głowy także Tottenham, skrzywdzony w 2012 roku zwycięstwem Chelsea w Lidze Mistrzów. Mimo, że „Koguty” zajęły na koniec Premier Leaue czwarte miejsce, musiały ustąpić miejsca w elitarnych rozgrywkach dopiero piątym w tabeli „The Blues”, zadowalając się występem w Lidze Europejskiej. Prawda, że idealny kandydat do „dzikiej karty”?

Rozumiem jednak, że intencje pomysłodawców nie są takie, by koniecznie „wynagradzać skrzywdzonych”, zwłaszcza, że będzie wręcz przeciwnie, bo skrzywdzonych dopiero przybędzie. Przecież, żeby dać „dziką kartę” drużynie o „odpowiednim prestiżu i odpowiednich możliwościach”, komuś trzeba będzie zabrać miejsce, chyba żeby rozszerzyć skład 32 uczestników.

Pytań jest więcej, np ile kart przyznawać co sezon? Np w siatkarskiej Lidze Mistrzów przyznaje się ich sześć. Przyjąć stałą liczbę czy uzależniać to od okoliczności? Np. w przyszłym roku Champions League na pewno zabraknie Chelsea, a raczej pewnie także Milanu, Interu i Manchesteru United. Więc cztery?

No i najważniejsze pytanie: kto wejdzie w skład komisji rozpatrującej „prestiż i możliwości”. I jakie przyjmie kryteria? Rok powstania, ilość dotychczasowych trofeów w europejskich pucharach, klubowy ranking UEFA, wartość klubu lub pierwszej kadry, frekwencja na trybunach w ostatnim sezonie? Jak zmierzyć poziom „dobra futbolu”, któremu przysłuży się zaproszenie danej drużyny do Ligi Mistrzów?

Na razie UEFA dostrzega absurdalność pomysłu, jej sekretarz generalny, Gianni Infantino zastrzegła, że o awansie do pucharów zawsze będzie decydować boisko. Niewykluczone jednak, że któryś z kandydatów na szefa UEFA sięgnie po „dzikie karty”, by zdobyć poparcie największych klubów.

Champions League

Pique, czyli co wolno zawodnikowi „więcej niż klubu”?

Gerard PiqueJa rozumiem, że piłka nożna nigdy nie była grą dżentelmenów. Rozumiem, że zawszebyły w niej skrajne emocje, a w ostatnich latach wraz górą pieniędzy w futbolu urosła i presja ciążąca na zawodnikach. Że nie jeden piłkarz w historii stracił podczas spotkania nerwy i zrobił coś głupiego. Że to twarda, męska, a facet rzucający w ferworze mięsem to nic nadzwyczajnego. Nie mam się za szczególnego wrażliwca, nasłuchałem się z trybun wystarczająco dużo przekleństw, żeby nie oczekiwać na stadionach piłkarskich „Wersalu”. Do dziś pamiętam jakim szokiem było dla mnie – dzieciaka wówczas – gdy mój idol, Darek Dziekanowski na cały stadion dopytywał liniowego, czym zarosły mu oczy, że nie dostrzegł faulu. Nieustająca inwencja zawodników i kibiców z czasem każdego uodporniłaby na bluzgi.

Ale nawet mnie zmroziła wiązanka, którą Gerard Pique potraktował arbitra w rewanżowym meczu Superpucharu Hiszpanii Barcelona – Athletic Bilbao. „Nasram na twoją p… matkę” – rzucił do liniowego, za to że ten nie dojrzał spalonego. Sędzia główny wyrzucił go za to z boiska, a że dodatkowo opisał całe zdarzenie w raporcie, Hiszpańska Federacja zawiesiła obrońcę Barcy na cztery mecze, choć mogła nawet na 12. Kara nie mogła być niższa, bo tyle właśnie przewiduje regulamin za „groźby lub obrazę werbalną”. Pique zabraknie w bardzo trudnym, kolejnym spotkaniu z Athletic na San Mamés oraz z Valencią, Malagą i Levante. Czy słusznie?

Jak w wiadomo większości języków świata, od angielskiego, przez hiszpański, po rosyjski najcięższe przekleństwo zawiera słowo „matka”, także to najpopularniejsze polskie. Mój szok wynikał po pierwsze z tego, że choćbym nie wiem jak był na kogoś wkurzony, w życiu nie wymyśliłbym ani nie użył tak wulgarnego zestawu jak Pique. Po drugie z tego kim jest sprawca.

Mistrza świata i Europy, zawodnika który w futbolu zdobył wszystko co było do zdobycia, ma za sobą mnóstwo nerwowych sytuacji, w których jakoś potrafił zachować zimną krew, szlachectwo zobowiązuje. Jak teraz ten doskonale wychowany i wykształcony wnuk wiceprezydenta Barcelony, syn znanego prawnika i dyrektorki szpitala, ojciec dziecka i mąż znanej żony spojrzy im wszystkim w oczy?

Gdy wyraziłem swoje oburzenie na Twitterze, dopadali mnie obrońcy piłkarza, przekonując że coś co nam, Polakom wydaje się niewiarygodnym bluzgiem, po hiszpańsku ma wagę zaledwie prostego „spier…” i jest dość popularne. Taka też była linia obrony Barcelony, która odwołała się od kary: „Macago en tu puta madre” to popularny kataloński zwrot, Pique nie miał złych intencji, kierowały im emocje, ale nie miał zamiaru obrazić arbitra”.

Z racji lingwistycznego zacięcia przeprowadziłem konsultacje wśród moich hiszpańskojęzycznych znajomych. Zwrot „puta madre” rzeczywiście jest niezwykle popularny, a więc i jego siła rażenia mniejsza, może też działać w obie strony, dla podbicia oburzenia na coś ale i zachwytu sytuacją.

Fernando Reyes i Luis AragonesPiszę o tych lingwistycznych rozterkach ponieważ podobne miałem podczas Euro 2008, kiedy ciężko mi było trzymać kciuki za Hiszpanię, mimo pięknej, ofensywnej gry zapowiadającej przyszłą tiki-takę. Przyjemność mącił mi fakt, że odnoszą sukcesy za sprawą Luisa Aragonesa, który wcześniej nazwał publicznie Thierry’ego Henry „czarnym gównem”. Słowa: „jesteś lepszy niż to czarne gówno (negro de mierda). Nie odpuszczaj! Musisz w siebie wierzyć” skierowane były do Jose Antonio Reyesa, by zmotywować go do walki z Francuzem o miejsce w ataku Arsenalu. Media w całej Europie domagały się zwolnienia Hiszpana z funkcji. Skończyło się na śmiesznej grzywnie od UEFA i upomnieniu od hiszpańskiej federacji, od których Aragones się zresztą skutecznie odwołał, tłumacząc, że nie jest żadnym rasistą i ma wielu czarnych przyjaciół jak choćby Samuela Eto’o.

Sprawa wróciła podczas Euro 2008, zapytany o nią Aragones odpowiedział publicznie: „Que coño Henry! Que coño Henry!” Słowo coño to bardzo wulgarne określenie kobiecych genitaliów. Słowa trenera niektórzy tłumaczyli więc jako „Ta p… Henry!” Już chciałem odsądzać trenera od czci i wiary, gdy znający język hiszpański i obyczaje Iberów uświadomili mnie, że na pozór wulgarne słowo „coño” traktowane jest tam jak przecinek albo nasze słowo „prawda” (chłopczyk w sklepie może powiedzieć: „poproszę, prawda, pół kilo sera”). Zmarłego w ubiegłym roku Aragonesa wszyscy wspominają dziś z ciepłem i szacunkiem. Na pewno nikt nie waży się nazwać go rasistą.

Intencje Pique były jednak oczywiste. Arbiter go wkurzył, nawrzeszczał więc na niego, mocno gestykulując i raczej nie zapraszał przy tym na koncert Shakiry. Stracił nad sobą kontrolę, a powinien pamiętać, że dokładnie za taką samą wiązankę do arbitra został zawieszony na cztery mecze w 1999 roku napastnik Barcelony, Patrick Kluivert.

W dodatku w ostatnim czasie Pique po raz kolejny pozwolił sobie na zbyt wiele. Dopiero co po zdobyciu Superpucharu Europy zachęcał kolegów do świętowania słowami: „Dalej, chłopaki, bawmy się! Niech Real Madryt się pie…, niech nas zobaczą robiących rundkę z pucharem wokół stadionu!” co odpowiednio wybiła hiszpańska prasa.

Zawodnikowi Barcy, która wciąż mieni się „czymś więcej niż klub” i przekonuje, że szacunek dla rywala to jedna z jej najważniejszych zasad, coś takiego nie przystoi. Mam nadzieję, że te wartości nie znikną z Barcy wraz z odejściem z klubu kolejnych legend jak Carles Puyol, Xavi, a wkrótce pewnie Andres Iniesta

Shakira Gerard Pique i Milan

 

Finał: Ideał! Suarez udowodnił światu. Najlepsza Barca w historii?

Barcelona. Berlin 2015To był wspaniały finał Ligi Mistrzów, choć pewnie tych najbardziej legendarnych ze Stambułu czy Barcelony nie przebije. Aż chciało się krzyczeć do tureckiego arbitra Cuneyta Cakira, „Panie Turek, nie kończ pan tego meczu. Daj nam jeszcze z 45 minutek!” gdyby nie to, że ostatnie dotknięcie piłki w spotkaniu okazało się gole. „Ideał” – słusznie zauważył na Twitterze Rafał Stec z „Gazety Wyborczej”.

Finał był wspaniały, bo choć wygrał faworyt, to po wielkiej bitwie, bynajmniej nie jednostronnej ale po nerwach, zwrotach akcji. Szybko padł pierwszy gol po cudownej wymianie podań w stylu Barcy Pepa Guardioli, przy czym kluczowe podania podali w niej najpierw Leo Messi, a potem Anders Iniesta, ale do siatki trafił jeden z tych piłkarzy, którzy obecnej Barcy nadali charakter Luisa Enrique. Juventus postawił się Barcelonie o wiele bardziej, niż się spodziewałem, ale też w drugiej połowie zapłacił za to utratą sił. Powstrzymywanie tercetu MSN i wyprowadzanie ataków to karkołomna sprawa.

Do 30 minuty wyglądało jednak, że mecz może się skończyć jak finał Euro 2012 z udziałem Hiszpanów i Włochów. Że tak się nie stało wielka zasługa Gianluigi Buffon, który pokazał, że mimo upływu lat (i 37 na karku) nadal jest w trójce najlepszych golkiperów świata. Zdeterminowany, by wielką karierę ukoronować jedynym triumfem, jakiego mu jeszcze brakuje – poprzedni finał Ligi Mistrzów przegrał po pamiętnej serii karnych z Milanem, wykazywał się cudownym refleksem, ale w końcu i jego złamał tercet Messi, Neymar, Suárez, nie do zatrzymania w tym sezonie.

Parada Buffona. FInał Ligi Mistrzów. Berlin 2015Tercet MSN zdobył 121 i 122 gola we wszystkich rozgrywkach. A choć Leo Messi nie trafił do siatki na Stadionie Olimpijskim, nie wyglądał na sfrustrowanego, potwierdzając że między nim i kolegami panuje wielka chemia. Bzdurą byłoby stwierdzenie, że „przeszedł obok meczu”, miał przecież udział przy dwóch golach, rozrywał i zamęczał defensywę Juventusu, sprawiając, że w końcu opadła z sił. Ale nie da się powiedzieć, ze był to jego wieczór – przynajmniej jeśli popatrzeć na Messiego jak na pewniaka, który za chwile zgarnie piątą Złotą Piłkę…

Nie dziwiłem się emocjonalnej reakcji Luisa Suareza po arcyważnym golu na 2:1, który pozwolił Barcy odzyskać kontrolę nad finałem. Pamiętajmy, że zaczynał ten sezon jako banita, wyrzucony przez piłkarską rodzinę na marines jak parias, jakby ustawił mecz na mistrzostwach świata, a nie tylko ugryzł rywala z głupoty i zacietrzewienia. Kara zawieszenia to pół biedy, ale uczynienie go persona non grata w świecie futbolu, bez prawa wejścia na wszystkie stadiony globu i nałożonym zakazem treningu?

Wielu krytykowało Barcelonę, że „więcej niż klub” tak dbający i wizerunek i szacunek dla rywala sprowadza boiskowego gangsterka, ulicznego rozrabiakę, a może nawet rasistę (z tymi kłamliwymi zarzutami, ciągnącymi się za nim po oskarżeniach Patrice Evry po meczu Manchester United – Liverpool, Suarez nie może poradzić sobie do dziś, o czym przeczytacie w jego autobiografii „Na Krawędzi”, która ukaże się w Polsce jesienią). Media opowiadały bzdury o klauzuli „anty-ugryzieniowej” jaka miała się znaleźć w kontrakcie z Barcą, która zabezpieczyła się na wypadek kolejnego szaleństwa Urugwajczyka. Tymczasem idealnie odnalazł się u boku Messiego i Neymara, stając się dopełnieniem nowej Barcelony Enrique, niepokornej, wyrachowanej i bezwzględnej dla rywali. Urugwajczyk zakończył swój pierwszy sezon w katalońskim klubie w najlepszy sposób z możliwych. Akurat on miał co do udowodnienia całemu światu i zrobił to znakomicie.

Luis Suarez. Gol w finale Ligi Mistrzów

„Potrójna korona” Barcelony, wywalczona w pierwszym sezonie pracy Enrique na Camp Nou, podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu Pepa Guardioli zmusza nas do porównań i spekulacji, czy skoro tamtą Barcę Xaviego, Iniesty, Puyola i Messiego okrzyknęliśmy najlepszą drużyną w historii futbolu, to czy ta Barca tercetu MSN, Rakitica, Mascherano i Enrique – choć nie tak wierna tiki-tace – jest jeszcze lepsza? Na pewno ma lepsze statystyki: pod wodzą Guardioli wygrała mistrzostwo Hiszpanii z 87 punktami, dziś z 94. Wtedy strzeliła w lidze 105 goli, teraz zgromadziła ich 110. A we wszystkich rozgrywkach 18 goli mniej niż dziś i straciła 17 branek więcej. Barca AD ’2009 miała 68 procent zwycięskich spotkań, Barca AD ’2015 ma aż 83 procent. No i Leo Messi zdobył wówczas w sezonie 38 goli, w 2015 o 20 więcej – aż 58.

Na koniec jeszcze raz brawa dla Juventusu za świetne emocje w finale. Oprócz cudownych parad Buffona zapamiętamy gola Alvaro Moraty, bo to kolejna świetna historia chłopaka, który nie został doceniony w klubie, gdzie się wychował i który kochał, znakomicie odnajdując się „na wygnaniu”. I łzy Andrei Pirlo, żegnającego się z wielkim futbolem, bo doskonale wie, że w MLS będzie Guliwerem wśród Liliputów, ale emocji takich jak w sobotni wieczór już nie przeżyje. I wie to samo Xavi udający się do Kataru, ale dla niego ostatni sezon w Barcelonie okazał się jednym z najlepszych, kończy go po raz drugi w karierze z „potrójną koroną” i z czwartą wgraną Ligą Mistrzów. Jego łzy radości także zapamiętamy na długo.

Łzy Pirlo, radość Xaviego

Tajemnica formy Messiego, czyli cud dieta cud chłopaka

Dieta Leo MessiegoUmówmy się, że wynik finału Ligi Mistrzów w Berlinie zależy w głównej mierze od tego jaki występ da Leo Messi. Możemy się zastanawiać co wymyśli trener Allegri by powstrzymać tercet M-S-N, do kogo trafią niebanalne podania Pirlo, czym zaskoczy Barcę Paul Pogba, a jednak jeśli Argentyńczyk będzie miał swój dzień, jeden z tych typowych w ostatnich tygodniach, wszystko inne stanie się mało istotne.

Z wielu teorii zgłębiających tajemnicę powrotu Messiego do formy z czasów gdy pobił strzelecki rekord Gerda Muellera 91 goli w sezonie, najciekawsza dotyczy diety, którą ustawił mu w styczniu Włoch Giuliano Poser, 59-letni lekarz sportowy, dietetyk, kinezjolog, homeopata i specjalista od… terpaii kwiatowej Bacha. Że Argentyńczyk „gra tak jak się odżywia” wiadomo było od dawna. Gdy debiutował w Barcy Franka Rijkaarda nie dbał o dietę i często łapał kontuzje. Przez to m.in. zabrakło go w zwycięskim finale Ligi Mistrzów w 2006 w Paryżu przeciwko Arsenalowi, czego nie mógł przeboleć.

Wszystko zmieniło przyjście Pepa Guardioli, który zdębiał gdy przekonał się, że Messi obżera się głównie stekami, które je z chlebem, kompletnie nie tyka za to ani ryb ani warzyw. Pep zatrudnił w klubie fizjologa, Juana Brau, który nie tylko ustawił Leo dietę, ale jeździł z nim na każdy mecz, pilnując co je i jak trenuje. W efekcie Messi zdobył wraz z Barcą 16 trofeów w ciągu czterech lat, nie odnosząc w tym czasie żadnych poważnych urazów.

Ale w ostatnich dwóch sezonach coś się popsuło. Messi zatracił szybkość, szybko się męczył, zdarzało mi się, że wymiotował podczas spotkania. Carles Rexach, była gwiazda Barcy w czasach Johana Cruyffa, a później trener, który odkrył i ściągnął do Katalonii 13-letniego Messiego ujawnił, że ten za bardzo obżera się pizzą i opija colą z czego biorą się wszystkie problemy. W końcu sam zawodnik zdał sobie sprawę, że musi sobie pomóc.

Klinikę dietetyka 59-letniego Giuliano Posera w miejscowości Sacile pod Wenecją, w której do formy od lat wracają włoscy kolarzy i narciarze alpejskich polecił Messiemu kolega z reprezentacji Argentyny, Martin Demichelis, który sam korzystał z porad włoskiego dietetyka. Obrońcę Manchesteru City miała szczególnie zafascynować terapia kwiatowa Bacha, w której wykorzystuje się esencję 38 rodzajów rosnących dziko kwiatów. Według zwolenników tej metody esencje kwiatowe uleczają negatywne emocje i pomagają pokonać stres, pomagają również zwalczyć uzależnienia.

Poser ponownie wprowadził do jadłospisu Argentyńczyka warzywa, owoce i kazał pić dobrą wodę mineralną zamiast ulubionej coli. – Ludzki organizm jest jak maszyna, o którą trzeba dbać, napędzając odpowiednim paliwem, po to, żeby mięśnie działały jak najlepiej. Jeśli zawodnik właściwie się odżywia, jego organizm lepiej funkcjonuje, wolniej się męczy i szybciej się regeneruje. Leo Messi odżywia się i pracuje bardzo rozsądnie i odpowiedzialnie. To bardzo inteligentny i intuicyjny człowiek. I wspaniały atleta – tłumaczył Poser w wywiadzie dla „AS’a”.

W efekcie jego pomocy Messi schudł cztery kilo, organizm oczyścił się z pestycydów, herbicydów, pozostałości po lekach, a mięśnie napastnika Barcy odżyły. Do tego doszedł też na pewno głód sukcesów spowodowany sezonem Barcy bez trofeum i porażka w walce o Złotą Piłkę z Cristiano Ronaldo. Efekt: Messi zdobył w sezonie już 58 goli, zanotował 27 asyst, a Barca zapewniła sobie mistrzostwo i Puchar Hiszpanii oraz finał Ligi Mistrzów. A Leo pędzi po piątą „Złotą Piłkę”, którą zapewne zgarnie nawet jeśli w sobotę w Berlinie jakimś cudem zatriumfuje Juventus.

Dieta Messiego

Lista 38 roślin, które Edward Bach wybrał do sporządzania esencji kwiatowych i stosował w leczeniu (może wam się przyda):

Agrimony (rzepik pospolity)

Aspen (topola osika)

Beech (buk zwyczajny)

Centaury (centuria pospolita)

Cerato (Ceratostigma willmottianum)

Cherry Plum (śliwa wiśniowa)

Chestnut Bud (pąki kasztanowca)

Chicory (cykoria podróżnik)

Clematis (powojnik pnący)

Crab Apple (jabłoń niska)

Elm (wiąz angielski)

Gentian (goryczuszka gorzkawa)

Gorse (kolcolist zachodni)

Heather (wrzos zwyczajny)

Holly (ostrokrzew kolczasty)

Honeysuckle (wiciokrzew przewiercień)

Hornbeam (grab pospolity)

Impatiens (niecierpek gruczołowaty)

Larch (modrzew europejski)

Mimulus (kroplik żółty)

Mustard (gorczyca polna)

Oak (dąb szypułkowy)

Olive (oliwka europejska)

Pine (sosna zwyczajna)

Red Chestnut (kasztanowiec czerwony)

Rock Rose (posłonek rozesłany)

Rock Water (woda źródlana, z naturalnego źródła wypływającego ze skał)

Scleranthus (czerwiec roczny)

Star of Bethlehem (śniedek baldaszkowaty)

Sweet Chestnut (kasztan jadalny)

Vervain (werbena pospolita)

Vine (winorośl właściwa)

Walnut (orzech włoski)

Water Violet (okrężnica bagienna)

White Chestnut (kasztanowiec zwyczajny)

Wild Oat (stokłosa gałęzista)

Wild Rose (róża dzika)

Willow (wierzba biała)

Dzika Róża