Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Barca – Atletico. Efekt siarczystego policzka

Barcelona - AtleticoCzy lodowaty prysznic jakim była porażka w El Clasico z Realem Madryt przed własną publicznością podziała na piłkarzy Barcelony zbawiennie? Czy potrzebowali właśnie takiego mocnego przebudzenia, by wyrwać się z letargu samozadowolenia i pewności siebie, w jaki mogła ich wprawić rekordowa seria 39 meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach i przewaga w tabeli La Liga nad najgroźniejszymi konkurentami?

Policzek był najbardziej siarczysty z możliwych, bo dokonany przez największego rywala z możliwych, który jako jedyny zdołał wygrać w tym sezonie na Camp Nou. Do tego wymierzony osobiście przez nieco lekceważonego w Katalonii Cristiano Ronaldo, który zdobył decydującą bramkę. A wszystko w meczu, który miał uhonorować pamięć zmarłego właśnie Johana Cruyffa.

Ale też to właśnie Cruyff mawiał o „pożytecznych porażkach”, które jeśli przyjdą w odpowiednim momencie, działają otrzeźwiająco i motywująco, pozwalają „wyzerować licznik” a przy okazji „spuścić powietrze z wentyla”. Niedawno w podobnych duchu mówił prezes PZPN, Zbigniew Boniek, który nie miałby nic przeciwko porażce kadry Adama Nawałki przed Euro. W tym sensie porażka z Realem przyszła w idealnym momencie, gdy piłkarze Luisa Enrique szykują się do decydującej fazy sezonu: przed kluczowym dwumeczem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Atletico Madryt, nad którym wciąż mają sześć punktów przewagi w tabeli. Ostatni raz Barca zaznała smaku porażki hen, 3 października 2015 z Sevillą. Po przegranym El Clasico wróci głód wygranej, koncentracja, respekt dla rywala, znikną za to nonszalancja i zbytnia pewność siebie.

Zagadką pozostaje tylko czy Leo Messi będzie umiał na boisku odciąć się od burzy medialnej jaka rozpętały tzw „Panama papers”, czyli wyciek nazwisk prominentnych osób, które posiadały firmy w „rajach podatkowych”. Posypały się oskarżenia, że Argentyńczyk wraz z ojcem znów oszukiwał hiszpańskiego fiskusa (trzy lata temu obu oskarżono o ukrycie przed fiskusem 4,1 mln euro, ale pieniądze oddał).

Leo zmartwiony Panama Papers

 

Dzikie karty w Lidze Mistrzów? Dla kogo i czyim kosztem?

Joseb Maria BartomeuŁadnie ze strony prezydenta Barcelony, Josepa Maria Bartomeu, że nie ogranicza się do zacierania rąk z sukcesów drużyny piłkarskiej czy historycznej dominacji tercetu Messi-Neymar-Suarez, że nie skupia się wyłącznie na własnym klubie ale ma czas myśleć o dobru całego futbolu. Właśnie ogłosił, że „dla dobra futbolu” dobrym pomysłem byłoby przyznawanie w Lidze Mistrzów drużynom tzw. „dzikich kart”, tak jak ma to miejsce w innych dyscyplinach.

- Czasami ze względu na dobro futbolu można by je przyznawać tak w tenisie. Bywa, że najlepsi zawodnicy nie kwalifikują się do turnieju i dostają wówczas dziką kartę, by podtrzymać zainteresowanie. Tak samo mogłoby by być w piłce nożnej. Kluby miewają czasem gorszy sezon, a niemożność gry w Champions League to duża kara – powiedział w rozmowie z BBC.

Pomińmy milczeniem złośliwe komentarze, że „w razie gorszego sezonu taka Barcelona zawsze mogłaby liczyć na dziką kartę dla dobra futbolu”, bo oczywiście Bartomeu nie rozumuje w tak prymitywny sposób, zresztą przy obecnym układzie sił w La Liga brak „Dumy Katalonii” w Lidze Mistrzów wydaje się równie prawdopodobny jak brak w niej Bayernu Monachium. Wg Bartomeu prowadzenie „dzikich kart” dyktuje potrzeba „jeszcze mocniejszej i jeszcze bardziej wyrównanej Ligi Mistrzów, a wraz z nimi jeszcze większego zainteresowania ze strony kibiców. Bo to o najważniejsze i największe rozgrywki”.

To bardzo niepokojące, że propozycja pada z ust prezydenta najlepszego klubu świata w ostatniej dekadzie, mającego tak ogromny wpływ na światowy futbol (bez żadnych odwołań do pamiętnej teorii spiskowej Jose Mourinho). Jest bowiem arogancka i charakterystyczna dla przedstawiciela futbolowej arystokracji, żyjącego w oderwaniu od rzeczywistości, kiepsko rozumiejącego reguły gry, kibicowania i fair play. Dobrze czującego się tylko w elicie. Kogoś cierpiącego, że jego klub musi czasem polecieć na mecz na Białoruś, Ukrainę, do tych wszystkich państewek na Bałkanach albo nawet do Kazachstanu, a na meczach z zespołami, których nazwy słyszy po raz pierwszy słabo zapełni mu się stadion.

Pobrzmiewa tu marzenie o elitarnej europejskiej Superlidze, pozwalającej co tydzień grać z drużynami pokroju Manchesteru United, Liverpoolu, Interu Mediolan, AC Milan czy Borussii Dortmund – nawet jeśli tak jak akurat ostatnio nie zakwalifikowały się do Ligi Mistrzów – zamiast z symbolicznym BATE Borysów. Elitarnej, o stałym jak NBA składzie, do którego można zostać ewentualnie przyjętym, ale nie awansować.

Ostatnio napomknął o niej prezes Bayernu, Karl-Heinz Rummenigge, podczas styczniowej konferencji Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), któremu przewodniczy. Nie wykluczył powstania w przyszłości rozgrywek (pod egidą UEFA lub nie), w których brałby udział najsilniejsze drużyny z Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii i Włoch. W takie Superlidze „co tydzień dochodziłoby do meczów wielkich zespołów z ogromnymi tradycjami, które przynosiłyby klubom wielkie pieniądze”. To z kolei pozwoliłoby nawiązać rywalizację na polu praw marketingowych i telewizyjnych z NFL czy NBA i odeprzeć chińską ekspansję na futbol.

Ale że póki co na Superligę się nie zanosi – używana jest raczej jako straszak na UEFA, by przykręciła swe Finansowe Fair Play – pewnym wytrychem mogłyby się stać „dzikie karty”.

Jako pierwszy wspomniał zresztą o nich dwa lata temu dyrektor Milanu, Umberto Gandini. Pewnie zupełnie przypadkiem akurat w sezonie, w którym jego klub nie grał nawet w Lidze Europejskiej, zaapelował o wprowadzenie specjalnej furtki do Ligi Mistrzów dla klubów o „odpowiednim prestiżu i odpowiednich możliwościach”.

Od razu mamy więc odpowiedź dla kogo byłby owe „dzikie karty”. Ja w pierwszej chwili na to hasło pomyślałem o przypadkach szczególnych, czyli np. Legii i jej niesławnym odbiciu się od Ligi Mistrzów po historii z Bartkiem Bereszyńskim. Przyznanie „Dzikiej karty” byłoby doskonałą odpowiedzią UEFA na kampanię #letfootballwin: „no dobrze, nie dopilnowaliście procedur, daliście zagrać nieuprawnionemu zawodnikowi, ale że przez 3 minuty i przy ustalonym wyniku 6:1 w dwumeczu – macie tu dziką kartę”.

Żeby nie było, że myślę tylko o Legii, przyszedł mi do głowy także Tottenham, skrzywdzony w 2012 roku zwycięstwem Chelsea w Lidze Mistrzów. Mimo, że „Koguty” zajęły na koniec Premier Leaue czwarte miejsce, musiały ustąpić miejsca w elitarnych rozgrywkach dopiero piątym w tabeli „The Blues”, zadowalając się występem w Lidze Europejskiej. Prawda, że idealny kandydat do „dzikiej karty”?

Rozumiem jednak, że intencje pomysłodawców nie są takie, by koniecznie „wynagradzać skrzywdzonych”, zwłaszcza, że będzie wręcz przeciwnie, bo skrzywdzonych dopiero przybędzie. Przecież, żeby dać „dziką kartę” drużynie o „odpowiednim prestiżu i odpowiednich możliwościach”, komuś trzeba będzie zabrać miejsce, chyba żeby rozszerzyć skład 32 uczestników.

Pytań jest więcej, np ile kart przyznawać co sezon? Np w siatkarskiej Lidze Mistrzów przyznaje się ich sześć. Przyjąć stałą liczbę czy uzależniać to od okoliczności? Np. w przyszłym roku Champions League na pewno zabraknie Chelsea, a raczej pewnie także Milanu, Interu i Manchesteru United. Więc cztery?

No i najważniejsze pytanie: kto wejdzie w skład komisji rozpatrującej „prestiż i możliwości”. I jakie przyjmie kryteria? Rok powstania, ilość dotychczasowych trofeów w europejskich pucharach, klubowy ranking UEFA, wartość klubu lub pierwszej kadry, frekwencja na trybunach w ostatnim sezonie? Jak zmierzyć poziom „dobra futbolu”, któremu przysłuży się zaproszenie danej drużyny do Ligi Mistrzów?

Na razie UEFA dostrzega absurdalność pomysłu, jej sekretarz generalny, Gianni Infantino zastrzegła, że o awansie do pucharów zawsze będzie decydować boisko. Niewykluczone jednak, że któryś z kandydatów na szefa UEFA sięgnie po „dzikie karty”, by zdobyć poparcie największych klubów.

Champions League

Pique, czyli co wolno zawodnikowi „więcej niż klubu”?

Gerard PiqueJa rozumiem, że piłka nożna nigdy nie była grą dżentelmenów. Rozumiem, że zawszebyły w niej skrajne emocje, a w ostatnich latach wraz górą pieniędzy w futbolu urosła i presja ciążąca na zawodnikach. Że nie jeden piłkarz w historii stracił podczas spotkania nerwy i zrobił coś głupiego. Że to twarda, męska, a facet rzucający w ferworze mięsem to nic nadzwyczajnego. Nie mam się za szczególnego wrażliwca, nasłuchałem się z trybun wystarczająco dużo przekleństw, żeby nie oczekiwać na stadionach piłkarskich „Wersalu”. Do dziś pamiętam jakim szokiem było dla mnie – dzieciaka wówczas – gdy mój idol, Darek Dziekanowski na cały stadion dopytywał liniowego, czym zarosły mu oczy, że nie dostrzegł faulu. Nieustająca inwencja zawodników i kibiców z czasem każdego uodporniłaby na bluzgi.

Ale nawet mnie zmroziła wiązanka, którą Gerard Pique potraktował arbitra w rewanżowym meczu Superpucharu Hiszpanii Barcelona – Athletic Bilbao. „Nasram na twoją p… matkę” – rzucił do liniowego, za to że ten nie dojrzał spalonego. Sędzia główny wyrzucił go za to z boiska, a że dodatkowo opisał całe zdarzenie w raporcie, Hiszpańska Federacja zawiesiła obrońcę Barcy na cztery mecze, choć mogła nawet na 12. Kara nie mogła być niższa, bo tyle właśnie przewiduje regulamin za „groźby lub obrazę werbalną”. Pique zabraknie w bardzo trudnym, kolejnym spotkaniu z Athletic na San Mamés oraz z Valencią, Malagą i Levante. Czy słusznie?

Jak w wiadomo większości języków świata, od angielskiego, przez hiszpański, po rosyjski najcięższe przekleństwo zawiera słowo „matka”, także to najpopularniejsze polskie. Mój szok wynikał po pierwsze z tego, że choćbym nie wiem jak był na kogoś wkurzony, w życiu nie wymyśliłbym ani nie użył tak wulgarnego zestawu jak Pique. Po drugie z tego kim jest sprawca.

Mistrza świata i Europy, zawodnika który w futbolu zdobył wszystko co było do zdobycia, ma za sobą mnóstwo nerwowych sytuacji, w których jakoś potrafił zachować zimną krew, szlachectwo zobowiązuje. Jak teraz ten doskonale wychowany i wykształcony wnuk wiceprezydenta Barcelony, syn znanego prawnika i dyrektorki szpitala, ojciec dziecka i mąż znanej żony spojrzy im wszystkim w oczy?

Gdy wyraziłem swoje oburzenie na Twitterze, dopadali mnie obrońcy piłkarza, przekonując że coś co nam, Polakom wydaje się niewiarygodnym bluzgiem, po hiszpańsku ma wagę zaledwie prostego „spier…” i jest dość popularne. Taka też była linia obrony Barcelony, która odwołała się od kary: „Macago en tu puta madre” to popularny kataloński zwrot, Pique nie miał złych intencji, kierowały im emocje, ale nie miał zamiaru obrazić arbitra”.

Z racji lingwistycznego zacięcia przeprowadziłem konsultacje wśród moich hiszpańskojęzycznych znajomych. Zwrot „puta madre” rzeczywiście jest niezwykle popularny, a więc i jego siła rażenia mniejsza, może też działać w obie strony, dla podbicia oburzenia na coś ale i zachwytu sytuacją.

Fernando Reyes i Luis AragonesPiszę o tych lingwistycznych rozterkach ponieważ podobne miałem podczas Euro 2008, kiedy ciężko mi było trzymać kciuki za Hiszpanię, mimo pięknej, ofensywnej gry zapowiadającej przyszłą tiki-takę. Przyjemność mącił mi fakt, że odnoszą sukcesy za sprawą Luisa Aragonesa, który wcześniej nazwał publicznie Thierry’ego Henry „czarnym gównem”. Słowa: „jesteś lepszy niż to czarne gówno (negro de mierda). Nie odpuszczaj! Musisz w siebie wierzyć” skierowane były do Jose Antonio Reyesa, by zmotywować go do walki z Francuzem o miejsce w ataku Arsenalu. Media w całej Europie domagały się zwolnienia Hiszpana z funkcji. Skończyło się na śmiesznej grzywnie od UEFA i upomnieniu od hiszpańskiej federacji, od których Aragones się zresztą skutecznie odwołał, tłumacząc, że nie jest żadnym rasistą i ma wielu czarnych przyjaciół jak choćby Samuela Eto’o.

Sprawa wróciła podczas Euro 2008, zapytany o nią Aragones odpowiedział publicznie: „Que coño Henry! Que coño Henry!” Słowo coño to bardzo wulgarne określenie kobiecych genitaliów. Słowa trenera niektórzy tłumaczyli więc jako „Ta p… Henry!” Już chciałem odsądzać trenera od czci i wiary, gdy znający język hiszpański i obyczaje Iberów uświadomili mnie, że na pozór wulgarne słowo „coño” traktowane jest tam jak przecinek albo nasze słowo „prawda” (chłopczyk w sklepie może powiedzieć: „poproszę, prawda, pół kilo sera”). Zmarłego w ubiegłym roku Aragonesa wszyscy wspominają dziś z ciepłem i szacunkiem. Na pewno nikt nie waży się nazwać go rasistą.

Intencje Pique były jednak oczywiste. Arbiter go wkurzył, nawrzeszczał więc na niego, mocno gestykulując i raczej nie zapraszał przy tym na koncert Shakiry. Stracił nad sobą kontrolę, a powinien pamiętać, że dokładnie za taką samą wiązankę do arbitra został zawieszony na cztery mecze w 1999 roku napastnik Barcelony, Patrick Kluivert.

W dodatku w ostatnim czasie Pique po raz kolejny pozwolił sobie na zbyt wiele. Dopiero co po zdobyciu Superpucharu Europy zachęcał kolegów do świętowania słowami: „Dalej, chłopaki, bawmy się! Niech Real Madryt się pie…, niech nas zobaczą robiących rundkę z pucharem wokół stadionu!” co odpowiednio wybiła hiszpańska prasa.

Zawodnikowi Barcy, która wciąż mieni się „czymś więcej niż klub” i przekonuje, że szacunek dla rywala to jedna z jej najważniejszych zasad, coś takiego nie przystoi. Mam nadzieję, że te wartości nie znikną z Barcy wraz z odejściem z klubu kolejnych legend jak Carles Puyol, Xavi, a wkrótce pewnie Andres Iniesta

Shakira Gerard Pique i Milan

 

Finał: Ideał! Suarez udowodnił światu. Najlepsza Barca w historii?

Barcelona. Berlin 2015To był wspaniały finał Ligi Mistrzów, choć pewnie tych najbardziej legendarnych ze Stambułu czy Barcelony nie przebije. Aż chciało się krzyczeć do tureckiego arbitra Cuneyta Cakira, „Panie Turek, nie kończ pan tego meczu. Daj nam jeszcze z 45 minutek!” gdyby nie to, że ostatnie dotknięcie piłki w spotkaniu okazało się gole. „Ideał” – słusznie zauważył na Twitterze Rafał Stec z „Gazety Wyborczej”.

Finał był wspaniały, bo choć wygrał faworyt, to po wielkiej bitwie, bynajmniej nie jednostronnej ale po nerwach, zwrotach akcji. Szybko padł pierwszy gol po cudownej wymianie podań w stylu Barcy Pepa Guardioli, przy czym kluczowe podania podali w niej najpierw Leo Messi, a potem Anders Iniesta, ale do siatki trafił jeden z tych piłkarzy, którzy obecnej Barcy nadali charakter Luisa Enrique. Juventus postawił się Barcelonie o wiele bardziej, niż się spodziewałem, ale też w drugiej połowie zapłacił za to utratą sił. Powstrzymywanie tercetu MSN i wyprowadzanie ataków to karkołomna sprawa.

Do 30 minuty wyglądało jednak, że mecz może się skończyć jak finał Euro 2012 z udziałem Hiszpanów i Włochów. Że tak się nie stało wielka zasługa Gianluigi Buffon, który pokazał, że mimo upływu lat (i 37 na karku) nadal jest w trójce najlepszych golkiperów świata. Zdeterminowany, by wielką karierę ukoronować jedynym triumfem, jakiego mu jeszcze brakuje – poprzedni finał Ligi Mistrzów przegrał po pamiętnej serii karnych z Milanem, wykazywał się cudownym refleksem, ale w końcu i jego złamał tercet Messi, Neymar, Suárez, nie do zatrzymania w tym sezonie.

Parada Buffona. FInał Ligi Mistrzów. Berlin 2015Tercet MSN zdobył 121 i 122 gola we wszystkich rozgrywkach. A choć Leo Messi nie trafił do siatki na Stadionie Olimpijskim, nie wyglądał na sfrustrowanego, potwierdzając że między nim i kolegami panuje wielka chemia. Bzdurą byłoby stwierdzenie, że „przeszedł obok meczu”, miał przecież udział przy dwóch golach, rozrywał i zamęczał defensywę Juventusu, sprawiając, że w końcu opadła z sił. Ale nie da się powiedzieć, ze był to jego wieczór – przynajmniej jeśli popatrzeć na Messiego jak na pewniaka, który za chwile zgarnie piątą Złotą Piłkę…

Nie dziwiłem się emocjonalnej reakcji Luisa Suareza po arcyważnym golu na 2:1, który pozwolił Barcy odzyskać kontrolę nad finałem. Pamiętajmy, że zaczynał ten sezon jako banita, wyrzucony przez piłkarską rodzinę na marines jak parias, jakby ustawił mecz na mistrzostwach świata, a nie tylko ugryzł rywala z głupoty i zacietrzewienia. Kara zawieszenia to pół biedy, ale uczynienie go persona non grata w świecie futbolu, bez prawa wejścia na wszystkie stadiony globu i nałożonym zakazem treningu?

Wielu krytykowało Barcelonę, że „więcej niż klub” tak dbający i wizerunek i szacunek dla rywala sprowadza boiskowego gangsterka, ulicznego rozrabiakę, a może nawet rasistę (z tymi kłamliwymi zarzutami, ciągnącymi się za nim po oskarżeniach Patrice Evry po meczu Manchester United – Liverpool, Suarez nie może poradzić sobie do dziś, o czym przeczytacie w jego autobiografii „Na Krawędzi”, która ukaże się w Polsce jesienią). Media opowiadały bzdury o klauzuli „anty-ugryzieniowej” jaka miała się znaleźć w kontrakcie z Barcą, która zabezpieczyła się na wypadek kolejnego szaleństwa Urugwajczyka. Tymczasem idealnie odnalazł się u boku Messiego i Neymara, stając się dopełnieniem nowej Barcelony Enrique, niepokornej, wyrachowanej i bezwzględnej dla rywali. Urugwajczyk zakończył swój pierwszy sezon w katalońskim klubie w najlepszy sposób z możliwych. Akurat on miał co do udowodnienia całemu światu i zrobił to znakomicie.

Luis Suarez. Gol w finale Ligi Mistrzów

„Potrójna korona” Barcelony, wywalczona w pierwszym sezonie pracy Enrique na Camp Nou, podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu Pepa Guardioli zmusza nas do porównań i spekulacji, czy skoro tamtą Barcę Xaviego, Iniesty, Puyola i Messiego okrzyknęliśmy najlepszą drużyną w historii futbolu, to czy ta Barca tercetu MSN, Rakitica, Mascherano i Enrique – choć nie tak wierna tiki-tace – jest jeszcze lepsza? Na pewno ma lepsze statystyki: pod wodzą Guardioli wygrała mistrzostwo Hiszpanii z 87 punktami, dziś z 94. Wtedy strzeliła w lidze 105 goli, teraz zgromadziła ich 110. A we wszystkich rozgrywkach 18 goli mniej niż dziś i straciła 17 branek więcej. Barca AD ’2009 miała 68 procent zwycięskich spotkań, Barca AD ’2015 ma aż 83 procent. No i Leo Messi zdobył wówczas w sezonie 38 goli, w 2015 o 20 więcej – aż 58.

Na koniec jeszcze raz brawa dla Juventusu za świetne emocje w finale. Oprócz cudownych parad Buffona zapamiętamy gola Alvaro Moraty, bo to kolejna świetna historia chłopaka, który nie został doceniony w klubie, gdzie się wychował i który kochał, znakomicie odnajdując się „na wygnaniu”. I łzy Andrei Pirlo, żegnającego się z wielkim futbolem, bo doskonale wie, że w MLS będzie Guliwerem wśród Liliputów, ale emocji takich jak w sobotni wieczór już nie przeżyje. I wie to samo Xavi udający się do Kataru, ale dla niego ostatni sezon w Barcelonie okazał się jednym z najlepszych, kończy go po raz drugi w karierze z „potrójną koroną” i z czwartą wgraną Ligą Mistrzów. Jego łzy radości także zapamiętamy na długo.

Łzy Pirlo, radość Xaviego

Tajemnica formy Messiego, czyli cud dieta cud chłopaka

Dieta Leo MessiegoUmówmy się, że wynik finału Ligi Mistrzów w Berlinie zależy w głównej mierze od tego jaki występ da Leo Messi. Możemy się zastanawiać co wymyśli trener Allegri by powstrzymać tercet M-S-N, do kogo trafią niebanalne podania Pirlo, czym zaskoczy Barcę Paul Pogba, a jednak jeśli Argentyńczyk będzie miał swój dzień, jeden z tych typowych w ostatnich tygodniach, wszystko inne stanie się mało istotne.

Z wielu teorii zgłębiających tajemnicę powrotu Messiego do formy z czasów gdy pobił strzelecki rekord Gerda Muellera 91 goli w sezonie, najciekawsza dotyczy diety, którą ustawił mu w styczniu Włoch Giuliano Poser, 59-letni lekarz sportowy, dietetyk, kinezjolog, homeopata i specjalista od… terpaii kwiatowej Bacha. Że Argentyńczyk „gra tak jak się odżywia” wiadomo było od dawna. Gdy debiutował w Barcy Franka Rijkaarda nie dbał o dietę i często łapał kontuzje. Przez to m.in. zabrakło go w zwycięskim finale Ligi Mistrzów w 2006 w Paryżu przeciwko Arsenalowi, czego nie mógł przeboleć.

Wszystko zmieniło przyjście Pepa Guardioli, który zdębiał gdy przekonał się, że Messi obżera się głównie stekami, które je z chlebem, kompletnie nie tyka za to ani ryb ani warzyw. Pep zatrudnił w klubie fizjologa, Juana Brau, który nie tylko ustawił Leo dietę, ale jeździł z nim na każdy mecz, pilnując co je i jak trenuje. W efekcie Messi zdobył wraz z Barcą 16 trofeów w ciągu czterech lat, nie odnosząc w tym czasie żadnych poważnych urazów.

Ale w ostatnich dwóch sezonach coś się popsuło. Messi zatracił szybkość, szybko się męczył, zdarzało mi się, że wymiotował podczas spotkania. Carles Rexach, była gwiazda Barcy w czasach Johana Cruyffa, a później trener, który odkrył i ściągnął do Katalonii 13-letniego Messiego ujawnił, że ten za bardzo obżera się pizzą i opija colą z czego biorą się wszystkie problemy. W końcu sam zawodnik zdał sobie sprawę, że musi sobie pomóc.

Klinikę dietetyka 59-letniego Giuliano Posera w miejscowości Sacile pod Wenecją, w której do formy od lat wracają włoscy kolarzy i narciarze alpejskich polecił Messiemu kolega z reprezentacji Argentyny, Martin Demichelis, który sam korzystał z porad włoskiego dietetyka. Obrońcę Manchesteru City miała szczególnie zafascynować terapia kwiatowa Bacha, w której wykorzystuje się esencję 38 rodzajów rosnących dziko kwiatów. Według zwolenników tej metody esencje kwiatowe uleczają negatywne emocje i pomagają pokonać stres, pomagają również zwalczyć uzależnienia.

Poser ponownie wprowadził do jadłospisu Argentyńczyka warzywa, owoce i kazał pić dobrą wodę mineralną zamiast ulubionej coli. – Ludzki organizm jest jak maszyna, o którą trzeba dbać, napędzając odpowiednim paliwem, po to, żeby mięśnie działały jak najlepiej. Jeśli zawodnik właściwie się odżywia, jego organizm lepiej funkcjonuje, wolniej się męczy i szybciej się regeneruje. Leo Messi odżywia się i pracuje bardzo rozsądnie i odpowiedzialnie. To bardzo inteligentny i intuicyjny człowiek. I wspaniały atleta – tłumaczył Poser w wywiadzie dla „AS’a”.

W efekcie jego pomocy Messi schudł cztery kilo, organizm oczyścił się z pestycydów, herbicydów, pozostałości po lekach, a mięśnie napastnika Barcy odżyły. Do tego doszedł też na pewno głód sukcesów spowodowany sezonem Barcy bez trofeum i porażka w walce o Złotą Piłkę z Cristiano Ronaldo. Efekt: Messi zdobył w sezonie już 58 goli, zanotował 27 asyst, a Barca zapewniła sobie mistrzostwo i Puchar Hiszpanii oraz finał Ligi Mistrzów. A Leo pędzi po piątą „Złotą Piłkę”, którą zapewne zgarnie nawet jeśli w sobotę w Berlinie jakimś cudem zatriumfuje Juventus.

Dieta Messiego

Lista 38 roślin, które Edward Bach wybrał do sporządzania esencji kwiatowych i stosował w leczeniu (może wam się przyda):

Agrimony (rzepik pospolity)

Aspen (topola osika)

Beech (buk zwyczajny)

Centaury (centuria pospolita)

Cerato (Ceratostigma willmottianum)

Cherry Plum (śliwa wiśniowa)

Chestnut Bud (pąki kasztanowca)

Chicory (cykoria podróżnik)

Clematis (powojnik pnący)

Crab Apple (jabłoń niska)

Elm (wiąz angielski)

Gentian (goryczuszka gorzkawa)

Gorse (kolcolist zachodni)

Heather (wrzos zwyczajny)

Holly (ostrokrzew kolczasty)

Honeysuckle (wiciokrzew przewiercień)

Hornbeam (grab pospolity)

Impatiens (niecierpek gruczołowaty)

Larch (modrzew europejski)

Mimulus (kroplik żółty)

Mustard (gorczyca polna)

Oak (dąb szypułkowy)

Olive (oliwka europejska)

Pine (sosna zwyczajna)

Red Chestnut (kasztanowiec czerwony)

Rock Rose (posłonek rozesłany)

Rock Water (woda źródlana, z naturalnego źródła wypływającego ze skał)

Scleranthus (czerwiec roczny)

Star of Bethlehem (śniedek baldaszkowaty)

Sweet Chestnut (kasztan jadalny)

Vervain (werbena pospolita)

Vine (winorośl właściwa)

Walnut (orzech włoski)

Water Violet (okrężnica bagienna)

White Chestnut (kasztanowiec zwyczajny)

Wild Oat (stokłosa gałęzista)

Wild Rose (róża dzika)

Willow (wierzba biała)

Dzika Róża

 

 

Odyseja i Eneida, czyli najlepsza Barcelona w historii?

Messi and  Guardiola, Messi and EnriqueDoskonale wiem jak nieprzewidywalny, niesprawiedliwy i sprzeczny z logiką potrafi być futbol, za co go zresztą tak bardzo kochamy. Jak mawiał Leo Beenhakker, który nim w minionym tygodniu przeszedł na emeryturę po 50 latach pracy trenerskiej „piłka nożna to nie matematyka, tu dwa plus dwa rzadko równa się cztery, raczej przeważnie równa się trzy albo pięć”. Każdy z nas mógłby sypać przykładami jak z rękawa: Liverpool kontra AC Milan w finale Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku, którego 10. rocznicę właśnie obchodzimy, Chelsea pokonująca w niesamowitych okolicznościach Bayern w finale w Monachium w 2012, Polska wygrywająca pierwszy mecz w historii z Niemcami, koronowanymi na mistrzów świata trzy miesiące wcześniej, Sepp Blatter, który podaje się do dymisji cztery dni po wyborze na szefa FIFA na piątą kadencję…

A jednak choć dobrze wiem, że „mecze wygrywa się na boisku, a nie na papierze”, moja piłkarska wyobraźnia nie pozwala mi wyobrazić sobie innego scenariusza w sobotę na Stadionie Olimpijskim w Berlinie jak pewne zwycięstwo Barcelony z Juventusem Turyn, pieczętujące zdobycie drugiej w historii katalońskiego klubu „potrójnej korony”. Tę pierwszą wywalczyła w 2009 roku Barca Pepa Guardioli, w jego debiutanckim sezonie, teraz szansę na jej zdobycie w swoim pierwszym sezonie na Camp Nou ma Luis Enrique. Barcę Guardioli niemal cały świat zgodnie okrzyknął nie tylko najlepszą drużyną w historii klubu, ale wręcz w historii futbolu. Drużyna Enrique góruje nad tamtym zespołem niemal we wszystkich statystykach, czy triumf w Berlinie automatycznie ustawi więc ją na piedestale?

Barca1Myślę, że to będą pytania, które świat zacznie sobie stawiać zadawać po ostatnim gwizdku. Czyje zasługi są większe? Guardioli, który wymyślił, wdrożył i doprowadził do perfekcji porywającą tłumy tiki-takę, znajdując dla niej idealnych wykonawców w postaci Xaviego i Iniesty, a Leo Messi w jego drużynie uformował się na najlepszego piłkarza świata (to u niego Argentyńczyk po raz pierwszy – w wygranym 6:2 meczu z Realem Madryt – zagrał jako „fałszywa dziewiątka”)?

Czy Enrique, który (tylko lub aż) zreformował tiki-takę, przejrzaną już przez trenerów jak Jose Mourinho, naprawiając wypaczenia, wpajając drużynie umiejętność gry z kontry, czynią ja bardziej bezwzględną i nieprzewidywalną? Uzupełniając luki po gwiazdach, które odeszły jak Carles Puyol lub wyblakły jak Xavi i Iniesta czy reaktywując takich piłkarzy jak Gerard Pique? Przede wszystkim jednak natchnął na nowo Messiego, który z różnych powodów przygasł u kolejnych następców Guardioli. Sprawiając, że tercet M-S-N, Messi, Suarez, Neymar stał się najskuteczniejszym atakiem w historii futbolu, zdobywając w sezonie (póki co) 119 goli. Przy czym „trzej tenorzy” zupełnie ze są nie rywalizują, bo Brazylijczyk z Urugwajczykiem uznają, że liderem jest Messi.

Bez wątpienia statystyki przemawiają za Barcą AD 2015. Porażający jest procent zwycięskich spotkań: 83 dziś przy 68 procentach w 2009 roku. Obecna drużyna nie tylko zdobyła w całym sezonie 18 goli więcej niż zespół Guardioli, ale i mniej bramek straciła – 17. Sam Messi zdobył o 20 goli więcej (58) niż sześć lat temu (38).

Enrique w chwili obejmowania Barcelony wiele łączyło z Guardiolą. Obaj byli wychowankami klubu, obaj przygodę trenerską zaczynali w Barcelonie B, obaj obejmowali pierwszą drużynę w kryzysie, a przynajmniej po tym jak w poprzednim sezonie nie zdobyła żadnego trofeum. Obaj wzbudzali na początku wątpliwości kibiców: Guardiola gdy jego Barca zdobyła tylko jeden punkt w pierwszych meczach, Enrique gdy w styczniu media już go prawie zwolniły.

Guardiola i Luis EnriqueWydaje się jednak, że presja oczekiwań wobec Enrique była o niebo większa niż wobec Guardioli, a jego zadanie znacznie trudniejsze. Nie tylko dlatego, że obejmował zespół dopiero co najlepszy w historii, pełen największych gwiazd światowego futbolu, ale sfrustrowanych niepowodzeniami na wszystkich frontach. Ale także z powodu kryzysowych okoliczności w jakich działał: na Barcę nałożono zakaz transferowy, prezesów ciągano po sądach za pokrętne transfery, z klubu zwolniono dyrektora sportowego Andoniego Zubizarettę; długo nie mógł sięgnąć po Suareza, Messiemu z Neymarem sen z powiek spędzały podatkowe kłopoty ojców itd… A mimo to w pierwszych 50 meczach z Barceloną osiągnął historyczną liczbę zwycięstw (42) bijąc nie tylko Guardiolę (37) ale i Helenio Herrerę (40.)

Czy to sprawia, że sukcesy Barcy z 2015 roku są więcej warte i bardziej godne podziwu niż te z 2009? Czy wolno stawiać wyżej Enrique, który ulepszył koncepcję stworzoną przez Guardiolę? Dylemat jak z „Eneidą” Wergiliusza, napisaną na rozkaz Cesarza Augusta, by dowieść boskiego pochodzenia Rzymian. Opisując tułaczkę Eneasza w poszukiwaniu nowej ojczyzny po upadku Troi, Wergiliusz musiał mierzyć się z „Odyseją” wielkiego Homera, będącą wydawało się niedościgłym wzorcem. Jego Eneasz „płynął krok w krok za Odyseuszem”, spotykając tych samych bohaterów i przeżywając podobne przygody. A jednak poeta potrafił znaleźć rozwiązania przebijające te z pierwowzoru. Podam jeden przykład: u Homera podczas turnieju strzeleckiego u Feaków Odyseusz posyła strzałę poprzez otwory odpowiednio ustawionych siekier, a potem trafia nią w „dziesiątkę”, rozłupując na pół strzałę, którą ktoś wcześniej umieścił w środku tarczy. Triumf nie do przebicia? W „Eneidzie” strzała wypuszczona przez przyszłego Rzymianina zapłonęła w locie, „z długim lecąc warkoczem, spowijając niebo iskrami niczym gwiazdy”, przemieniając zwykły turniej strzelecki w proroctwo przyszłej wielkiej chwały…

Eneida

Suarez, czyli finał nurka i gryzonia, ale nie rasisty

Luis Suarez i Patrice EvraA więc po raz kolejny nie dojdzie do El Clasico w finale Ligi Mistrzów. Trochę szkoda, byłoby to wielkie medialne widowisko, może nawet padłby światowy rekord oglądalności meczu piłkarskiego. Real Madryt może mieć jednak pretensje tylko do siebie i swoich gwiazd, a nie do nieudolnego sędziego, rywali-oszustów, czy spisku UEFA. Z drugiej strony wielkie brawa należą się Juventusowi Turyn, niespodziewanie wracającemu na futbolowy Parnas po 12 latach chudych. A zwłaszcza zbliżającym się powoli do końca kariery weteranom Gianluigi Buffonowi i Andrei Pirlo, którzy 6 czerwca wrócą do miejsca swego życiowego triumfu: na Stadion Olimpijski w Berlinie gdzie sięgnęli po mistrzostwo świata.

Faworytem finału jest bezsprzecznie Barcelona, która zjedzie do Berlina najprawdopodobniej jako nowy mistrz Hiszpanii i triumfator Pucharu Króla. Trudno sobie wyobrazić, że ktoś mógłby powstrzymać jej tercet bramkostrzelny Messi-Suarez-Neymar (114 goli we wszystkich rozgrywkach), rozpędzony pod koniec sezonu do granic możliwości.

Być może dlatego tuż po ostatnim gwizdku na Santiago Bernabeu media i social media obiegły nie spekulacje w jaki sposób Juventus miałby wygrać finał, ale kwestie drugorzędne, a zwłaszcza radość i ciekawość z kolejnej konfrontacji Luisa Suareza z Giorgio Chiellinim i Patricem Evrą. Obaj byli bowiem bohaterami skandali, które wywołał Urugwajczyk. I bardzo dobrze, bo to doskonała okazja, żeby wyjaśnić haniebnej nagonki na Suareza.

W tym miejscu muszę wyznać, że Urugwajczyk to jeden z moich ulubionych piłkarzy i to jeszcze z czasów gry w Ajaksie i pamiętnej ręki w ćwierćfinale mundialu w RPA z Ghaną. Cenię go nie tylko za diabelską skuteczność, ale wyjątkową pasję do futbolu, styl piłkarskiego zabijaki, który wpojono mu na ciemnych uliczkach Montevideo. Za obsesyjną wręcz wolę zwycięstwa i paniczny strach przez porażką, które kazały mu łkać po porażkach (np. gdy jego Liverpool o włos przegrał walkę o mistrzostwo Anglii) czy trzykrotnie gryźć rywali na boisku z bezradności gdy jemu i drużynie nie szło jak należy.

Publicznie oburzałem się gdy FIFA nałożyła na niego drakońską karę za ugryzienie Chielliniego na mundialu w Brazylii. Niechby go zawiesiła na pięć lub dziesięć spotkań, ale zrobić z niego persona non grata w świecie futbolu, z zakazem wejścia na stadion jakby co najmniej ustawił mundial? I z radością podjąłem tłumaczenia jego autobiografii „Na krawędzi”, które zakończyłem dosłownie w tych dniach, a która zostanie wydana w nowym sezonie. To z niej wiem, że nic bardziej nie upokorzyło Suareza w życiu i nie tkwi w jego sercu boleśniej niż pomówienie przez Evrę o rasizm i sposób w jaki sprawę rozwiązały władze Angielskiej Federacji Piłkarskiej.

„Można nazwać mnie „nurkiem”, „gryzoniem”, „niewyparzoną gębą”. Okej, na wszystko są dowody. Ale nazywanie mnie rasistą – to bardzo boli. (…) Evra zbrukał mój wizerunek. Wyszedł z tego jako niewinna ofiara, ja z reputacją zszarganą na wieki i metką rasisty” – twierdzi.

Suarez pisze, że podczas feralnej wymiany zdań po hiszpańsku w pamiętnym meczu Manchesteru United z Liverpoolem rzeczywiście użył hiszpańskiego słowa „negro”. Zwłaszcza w Urugwaju ma ono jednak zupełnie inną wymowę niż angielskie obraźliwe „nigger” (czarnuch). Oznacza po prostu „czarny”, w hiszpańskim w stosunku do rozmówcy często używa się takich przymiotników jak „Guapo” (przystojniaku), „Gordo” (grubasie), „Flaco” (chudzielcu), „Rubio” (blondynie) itd. „Negro” nazywa się w Urugwaju nawet brunetów. „Nawet moja żona czasami tak do mnie mówi. Moja babcia nazywała mojego dziadka „Negrito” i tak samo zwracała się do mnie. Jeden z najbardziej ukochanych przez kibiców piłkarzy w Urugwaju, legendarny Obdulio Varela, był nazywany „El Negro Jefe” (Czarny złodziej). Zawsze używamy tego słowa w przyjaznym znaczeniu, nigdy, by kogokolwiek obrazić” – pisze.

Evra w pierwszej wersji oskarżył Suareza o użycie słowa „nigger”, czyli „czarnuch”, z czego zresztą później się wycofał. Twierdził za to, że Urugwajczyk powtórzył przekleństwo pięć razy, czego jednak nie potwierdzili trzej specjalistów od czytania z ruchów warg na podstawie zapisu z 25 kamer skupionych na akcji. W wyniku śledztwa Suarez został uznany winnym na podstawie wyłącznie zeznań Francuza. David De Gea, który stał najbliżej stwierdził, że niczego nie słyszał. Nie pomogło wstawiennictwo czarnoskórych przyjaciół jak choćby Glen Johnson. Po serii upokarzających przesłuchań został zawieszony na osiem meczów.

W książce Suarez wyjaśnia, dlaczego Evra zachował się nie fair, unikając w kluczowym momencie mediacji. A potem podczas pierwszej konfrontacji po zawieszeniu złośliwie uniknął podania ręki Urugwajczykowi przed meczem, spektakularnie zwalając winę na niego za brak uścisku dłoni (przeanalizowałem incydent na youtubie i przyznaje Suarezowi rację).

„Najbardziej po tej historii boli mnie to, że ludzie często podsumowują mnie tak: „Luis Suárez? – dobry zawodnik, czasem zwariowany na boisku… no i rasista”. Albo jeszcze gorzej: „Luis Suárez: rasista”. Przeraża mnie świadomość, że niektórzy postrzegają mnie w taki sposób. Słowa bardzo ranią”.

Triumf w Lidze Mistrzów 6 czerwca w Berlinie z pewnością wynagrodziłby Suarezowi tamte krzywdy. O ile dotrwa do końca finału i nie wywinie kolejnego wariactwa. Na boisku będzie jeszcze Chiellini. Już jeden Włoch sprowokował w tym miejscu pewnego znanego Francuza… Włochy - Urugwaj. Po ukąszeniu

Bliżej Ligi Mistrzów…

Człowiek musi sobie czasem obejrzeć Ligę Mistrzów z bliska. Gadanie o niej w studio NC + i wspólne oglądanie z podobnymi mi pasjonatami futbolu to coś wyjątkowego, ale od czas do czasu po prostu trzeba obejrzeć największych piłkarzy naszych czasów jak Messi, Suarez, Zlatan, Cristiano Ronaldo czy Robert Lewandowski z trybun. Stamtąd jak wiadomo zawsze widać i słychać więcej. A do tego jeszcze akredytacja dziennikarska pozwala przyjrzeć się całej tej wielkiej futbolowej machinie od kulis.

Akurat trafiła się okazja, żeby odwiedzić Paryż. Ostatni raz na Parc des Princes byłem, hen, aż na mundialu we Francji w 1998 na meczu o trzecie miejsce, w którym Chorwacja po golach Prosineckiego i Sukera pokonała Holandię. Długo nie przypuszczałem, że będę chciał kiedyś obejrzeć tu futbol klubowy, Paris St Germain nigdy nie stanowiło jakiegoś specjalnego magnesu. To się zmieniło po 2011 gdy nowym właścicielem klubu został fundusz Qatar Sports Investments pompując w drużynę setki milionów euro. Dziś trzon drużyny tworzą najlepsi zawodnicy świata jak Zlatan Ibrahimović, Edison Cavani, Thiago Silva, David Luiz, Ezequel Lavezzi czy Marco Verratti. Zobaczyć ich w konfrontacji z Barceloną, Leo Messim, Neymarem, Luisem Suarezem – sama radość. Zwłaszcza, że PSG ostro ostatnio stawiało się Barcy, dwa sezony temu na Parc des Princes padł remis 2:2, a tej edycji paryżanie wygrali po kapitalnym meczu 3:2.

Zlatanville Niestety wiadomo było, że Zlatan nie wystąpi z powodu niezasłużonej czerwonej kartki z Chelsea. A szkoda, bo być może byłaby to jedna z ostatnich okazji zobaczenia go na żywo: właśnie został skazany na czteromeczowe zawieszenie za słowa, że „jeszcze nie widział takiego arbitra w tym gów***nym kraju” i że „ten kraj nie zasługuje na PSG”. Prawdopodobnie po sezonie odejdzie jak nie do USA do do ligi angielskiej. Póki co Paryż to jego księstwo, prawdziwe Zlatanville. Spogląda tu niemal z każdej ulicy, każdego zakamarka metra. Na Champes Elysees można kupić nie tylko koszulkę z jego nazwiskiem, ale i pluszowe Zlatany. Co też skwapliwie uczyniłem.

Rożne są akredytacje, jedne uprawniają do wejścia tylko na trybunę dla prasy i do biura prasowego. Kolejne otwierają drogę również na konferencję prasową po meczu albo/lub do mix zony, gdzie można spróbować pogadać z zawodnikami po spotkaniu. Ja dostałem taką, która uprawniała do poruszania się… wszędzie:) Tam gdzie chciałem, po całym stadionie, oczywiście poza murawą. Na początek nie odmówiłem więc sobie wejścia na Parc des Princes po czerwonym dywanie, zarezerwowanym dla piłkarzy, podjeżdżających pod główne wejście autobusem. Od 18. czekał tu już na nich spory tłum, tworząc wokół dywanu szpaler jak w Hollywood podczas oskarowej ceremonii. Czerwony dywan wiódł schodami w dół aż do szatni.

Po zwiedzeniu zakamarków stadionu, strefy dla vipów, trybuny prasowej ze świetnym widokiem i biura prasowego poszedłem na murawę. Drogą na Berlin, czyli o tak:

Vine

Na Berlin, bo jak wiadomo tam odbędzie się tegoroczny finał. Wkrótce tą samą drogą podążyły obie drużyny na rozgrzewkę. Stanąłem przy linii bocznej, że napaść oczy słynną barcelońską gra w „dziada”, zwanej w Katalonii rondo, w której kilku facetów stojących w kole podaje do siebie piłkę, a dwóch wewnątrz stara się ja przejąć. Nigdy nie widziałem „dziada” rozgrywanego tak precyzyjnie, z taką dokładnością i szybkością jak w wykonaniu Katalończyków. Mam wrażenie, że inni, nawet ci najlepsi robią to dziesięć razy wolniej. Przyjemnie też było popatrzeć z bliska jak Messi z Neymarem podają do siebie piłkę przez 30 metrów, opanowując ją w powietrzu, żonglując i oddając, przy czym nie dotyka ona ziemi. O właśnie tak:

Vine 2

Z kolei trening piłkarzy PSG postanowiłem obejrzeć wspierając ich Zlatanem. Zdążyłem jeszcze szybko urządzić konkurs na Twitterze #zlatanzatweeta na wytypowanie wyniku i zaczął się mecz. Miejsca miałem w miarę blisko murawy i równo na linii pola karnego tej bramki, do której Suarez wbił w drugiej połowie oba cudowne gole, zakładając przy tym kanały Davidowi Luizowi, przez co Brazylijczyk natychmiast stał się bohaterem prześmiewczych memów. Sam Suarez wyjaśnił po meczu, że siatka nie była bynajmniej obliczona na ośmieszenie rywala. Po prostu nie miał innego wyjścia, tędy wiodła droga do bramki… Mimo bolesnej porażki 1:3 kibice PSG kibicowali do końca. Atmosfera w Paryżu świetna, chętnie wrócę, nawet jeśli odejdzie Zlatan…

UWAGA: KONKURS

No dobra, obejrzałem Lige Mistrzów po swojemu. Zawsze chciałbym aż tak z bliska. A teraz konkurs dla Was z bardzo ciekawą nagrodą. Konkurs fotograficzny. Pokażcie jaki jest Wasz pomysł na życie #poswojemu! Mogą to być np. fotki pokazujące jak i gdzie przeżywacie sportowe emocje, z Waszej ulubionej trybuny, z Waszej ulubionej dyscypliny. Tak naprawdę może być to jednak cokolwiek. Podzielcie się tym TUTAJ a nagroda będzie udział w niebanalnych warsztatach motywacyjnych z mistrzami świata #poswojemu – Jakubem Bączkiem i Stephanem Antigą! Nie sugeruję nikomu tematyki, ale ponieważ znalazłem się w jury zdjęcia sportowe są na propsie;)