Szczęsny skazany na Rzymskie wakacje

Arsene Wenger i Wojciech Szczesny

To świetna wiadomość, że Wojciech Szczęsny trafi na roczne wypożyczenie do AS Roma. Świetna i dla Arsenalu i dla rzymskiego klubu, ale także i dla nas, kibiców reprezentacji Polski. Natomiast dla samego Wojtka to wiadomość tyleż dobra co i fatalna.

Dobra, bo przede wszystkim przestanie gnić na ławce rezerwowych „Kanonierów”. Już w ubiegłym sezonie przegrywał walkę o miejsce między słupkami z Davidem Ospiną. Stracił je po pamiętnej porażce ligowej z Southampton i właściwie do końca nie wiadomo, czy z powodu błędów popełnionych w spotkaniu czy papierosa, którego rzekomo miał wypalić pod prysznicem po meczu. Wystąpił w sumie w 17 spotkaniach i wywalczył z Arsenalem Puchar Anglii, ale od stycznia nie zagrał w Premier League ani razu.

Sprowadzenie przez Arsene Wengera z Chelsea Petra Cecha – zawodnika o wielkim doświadczeniu i żywego symbolu profesjonalizmu – sprawiły, że szanse 25-letniego Polaka na odzyskanie miejsca w bramce skurczyły się jeszcze bardziej. Czech to wciąż jeden z najlepszych bramkarzy świata, wygrać z nim rywalizację byłoby Szczęsnemu piekielnie trudno, niezależnie od stosunków łączących go z Wengerem, poirytowanym pozaboiskowymi wyskokami Wojtka (dopiero co angielskie media przyciskały go o komentarz do przyłapania Wojtka na wdychaniu z balonu tzw. „happy crack”, czyli gazu rozweselającego.

W Romie będzie mu o wiele łatwiej wygrać rywalizację z 38-letnim weteranem Morganem De Sanctisem (w minionym sezonie udawało się to nawet Łukaszowi Skorupskiemu). Nie z racji wieku, bo Gianluigi Buffon jest jego równolatkiem, a wciąż nie ma sobie równych w Italii – Polak jest po prostu o klasę lepszy. Inspiracją niech dla niego będzie Artur Boruc, który dał radę wygryźć ze składu samego Sebastiana Frey’a.

Walka o mistrzostwo Serie A (Roma znów zapewne będzie głównym konkurentem Juventusu Turyn) i w Lidze Mistrzów pozwoli mu nie tylko nadal się rozwijać ale i spróbować odzyskać miejsce w pierwszym składzie reprezentacji Polski, na które jako rezerwowy nie miał co liczyć. Adam Nawałka na pewno nie zapomniał jego występu w zwycięskim meczu z Niemcami. Stawką jest gra na Euro 2016.
Nie wątpię, że Szczęsny szybko zakocha się i w mieście i w klubie. Z wzajemnością. Władze wicemistrza Włoch robią świetny interes zyskując dobrego, ogranego w najtrudniejszej lidze świata oraz w Lidze Mistrzów bramkarza, w dodatku ze śmieszą kwotą odstępnego. Piłkarze Romy zyskają dusze towarzystwa, zachwyceni będą też pewnie kibice, zwłaszcza jeśli Wojtek zajmie się trollingiem Lazio z podobną werwą jak Tottenhamu w czasach gry w Arsenalu.

Dobre zapowiadająca się przygoda Szczęsnego niech nie przesłoni nam jednak okoliczności w jakich został wysłany czy może raczej skazany na „Rzymskie wakacje”. Wenger nie tylko nie zostawił mu złudzeń, że może wygrać walkę z Cechem, wręcz do żadnej rywalizacji nie dopuścił. W dodatku wolał pozbyć się z klubu jednego wychowanków, którzy w Premier League są aż tak bardzo w cenie (przepisy wymuszają aż ośmiu w 25-osobowej kadrze, stąd ostatnie absurdalne transfery Raheema Sterlinga, Fabiena Delpha i Patricka Robertsa do Manchesteru City) niż sprowadzonego w ubiegłym roku Ospiny.

Oznacza to, że francuski trener rzeczywiście stracił albo cierpliwość albo serce do Szczęsnego. Pytanie, na jak długo? Czy pobyt w Rzymie to tylko rodzaj czyśćca, który ma przywrócić Polaka do formy i przypomnieć mu priorytety, by po wypożyczeniu mógł wrócić do Londynu czy rozstanie na zawsze? Jeśli powodem rozstania jest obniżka formy, drzwi do powrotu na pewno nie są zamknięte. W końcu dopadała ona najlepszych bramkarzy od Petera Schmeichela po Ikera Casillasa, od Olivera Kahna po Manuela Neuera (jak dobrze, że akurat w meczu z Polską!). W końcu przecież sam Cech musiał ustąpić miejsca Thibautowi Courtois.

Gorzej jeśli Wenger uznał, że Wojtek nie traktuje zawodu poważnie i nie da się go zreformować. I mam nadzieję, że nie chodzi bynajmniej o ostre wypowiedzi Maćka Szczęsnego, bo Francuz powinien wiedzieć, że „dzieci nie odpowiadają za szkody wyrządzone przez rodziców”.

Wenger i SzczęsnyCiekaw jestem, czy sam Wojtek zdaje sobie sprawę, że przybywa do Rzymu nie wakacje, a na wygnanie. Na wygnanie, z którego może wyniknąć wiele dobrego, sukcesy i sporo satysfakcji, ale jednak wygnanie. I czy ściskając na powitanie rękę Francesco Tottiego przemknie mu przez głowę, że traci szansę, by za parę lat stać się taką samą legendą dla kibiców Arsenalu jaką „Il Capitano” jest w Romie. Był na najlepszej drodze. Trafił do klubu jako nastolatek, spędził w nim dziewięć, wielokrotnie dawał dowody charyzmy, pozwalającej marzyć, że któregoś dnia zostanie nawet kapitanem. Oraz klubowej lojalności, czasem wręcz skrajnej gdy zdarzało mu się obrażać kluby lokalnych rywali.

Choć dziś się na to nie zapowiada, jestem w stanie sobie wyobrazić, że któregoś jeszcze wróci na Emirates i legendą Arsenalu zostanie. Być jakieś okoliczności zmuszą Wengera do sięgnięcia za jakiś czas po Szczęsnego, być może zrobi to ewentualny następca Francuza. Na razie gra w Romie to jedyne rozsądne wyjście dla niego, obu klubów i reprezentacji Polski. Parafrazując maksymę Juliusza Cezara, lepiej być pierwszym w Rzymie niż drugim w Londynie.

Wojtek Szczęsny i Marina na wakacjach w Rzymie

Fot. Instagram Wojtka Szczęsnego

Gdzie zabrzmi heavy-metal Kloppa?

Juergen KloppZapowiedź odejścia Juergena Kloppa z Borussii Dortmund wstrząsnęła piłkarskim światem niemal równie silnie jak rozstanie sir Aleksa Fergusona z Manchesterem United, choć Niemiec nie spędził nawet połowy tego czasu w klubie co Szkot i bynajmniej nie rozpoczyna trenerskiej emerytury. Porównanie jest uzasadnione o tyle, że obaj nie tylko stworzyli od zera cały autorski projekt piłkarski (Ferguson nawet kilka razy), dobierając co do jednego każdego z wykonawców. Byli tego projektu twarzą, duszą, nadali mu swój charakter. Czas, zaufanie i pełnia władzy jakie dostali od właścicieli też były porównywalne. Obaj odeszli wtedy kiedy chcieli, a nie kiedy ktoś inny uznał, że powinni odejść. I mieli szacunek i wsparcie trybun nawet w czasie kryzysu, gorzkich porażek i rozczarowań.

Różnica polega na tym, że Ferguson nigdy jak Klopp nie powiedział sobie, że „klub potrzebuje zmiany”, ale „on sam nie jest mu już w stanie pomóc”. Że potrzebna jest osoba o nowym spojrzeniu, która wymyśli drużynę na nowo. Szkot, gdy trzeba był zawsze wymyślał sam. Dlaczego Klopp zostawia po siedmiu latach Borussię jak wcześniej dokładnie po takim samym okresie Mainz? Tamto rozstanie łatwiej było zrozumieć, zostawiał bowiem klub drugoligowy. Z którym wcześniej wywalczył najpierw historyczny awans do Bundesligi, a potem do Pucharu UEFA i stał się jego legendą. Aspiracje młodego trenera, by spróbować czegoś więcej i na większą skalę były jak najbardziej naturalne.
Wdzięczni kibice Mainz śpiewali mu na pożegnanie „You’ll never walk alone”. Można być pewnym, że i fani Borussii zgotują mu królewskie pożegnanie, choć zanosi się na najgorszy sezon pod jego wodzą, który klub skończy bez żadnego trofeum. Każdy jednak pamięta okoliczności w jakich przejmował zadłużonego bundesligowego średniaka i jak wiele osiągnął z nim przez te lata, przełamując na jakiś czas dominację Bayernu Monachium i czyniąc jeden z najbardziej podziwianych i szanowanych za styl klubów w Europie. Ile gwiazd futbolu odkrył, natchnął i wykreował, od mistrzów świata Matsa Hummelsa i Mario Goetze, przez Shinji Kagawę, Ilkaya Gundogana i Nuri Sahna po Łukasza Piszczka i Roberta Lewandowskiego.

Stosunek perfekcyjnych transferów do kiepskich, o których każdy trener chciałby zapomnieć mieli Ferguson z Kloppem zapewne podobny, choć Niemiec w dwóch ostatnich sezonach podejmował wyjątkowo nietrafne decyzje. Dlaczego jednak zamiast po raz kolejny budować w Dortmundzie, postanowił podjąć wyzwanie gdzieś indziej? Przecież – jak sam tłumaczy – to nie efekt wypalenia jak w przypadku Pepa Guardioli, który w 2012 roku porzucił Barcelonę, wycieńczony wysokimi kosztami sukcesu i rywalizacji z Realem Madryt Jose Mourinho. Klopp nie zamierza robić sobie rocznej przerwy od futbolu. Zmierza rozpocząć nowy projekt natychmiast, od razu po zakończeniu sezonu.

To bardzo dobra wiadomość, że za chwilę znów zobaczymy jego pasję przy linii bocznej i jego błyskotliwe analizy na konferencjach prasowych. Pytanie tylko na jakiej ławce i w jakim języku? Wszystko wskazuje na to, że w angielskim. Bardzo możliwe, że w razie niepowodzeń w Lidze Mistrzów, a zwłaszcza w lidze hiszpańskiej następcy Carlo Ancelottiego będzie szukał Real. Jednak wątpliwe, żeby Klopp zdecydował się na pracę w kraju, którego języka nie zna, a przynajmniej tak deklarował. Wielokrotnie opowiadał za to o fascynacji Premier League.
Tam nowego trenera prawie na pewno będzie potrzebował Manchester City – los Manuela Pellegriniego po kolejnej klęsce w Champions League i stracie już 12 punktów w tabeli Premier League do Chelsea jest już raczej przesądzony. Niemiec byłby dla „the Citizens” darem niebios. Mam za to wątpliwości czy wciąż aktualny mistrz Anglii byłby wymarzonym klubem dla Kloppa. Kilka razy wyrażał się krytycznie na temat klubów, działających w futbolu z pozycji siły finansowej, idących na łatwiznę, pogardzających pracą organiczną. Bayern, dokonujący kolejnych wrogich przejęć jego największych gwiazd przyrównał do Chińczyków, którzy „podpatrują jak coś robią inni i po prostu to kopiują, wkładając w to tylko większe pieniądze”.
Poza tym na Etihad zastałby szatnię wymagającą natychmiastowego odmłodzenia (City miało najstarszą kadrę w tej edycji Ligi Mistrzów – tylko dwóch piłkarzy ma mniej niż 30 lat). W dodatku musiałby kupować zawodników mogących zagwarantować natychmiastowy sukces. Nie miałby szansy odkryć kogoś takiego jak Kagawa czy wychować sobie na supergwiazdę jak Lewandowski. Nie dostałby czasu, bo szejkowie czekają na sukces już zbyt długo i wpompowali w w klub już ponad pół miliarda funtów.

Ale jeśli nie City to kto? U bukmacherów wysokie szanse mhttp://zarzadzanie.blog.pl/michalpol.blog.pl/wp-admin/post.php?post=2489&action=edita Arsenal. Klopp do „Kanonierów” pasowałby idealnie. Gdyby tylko Arsene Wenger „poszedł w dyrektory” przenosząc się do zarządu klubu i stamtąd wspierając Niemca, którego filozofia gry i prowadzenia drużyny są mu bardzo bliskie, co wielokrotnie podkreślał. Chwilowo jednak nic nie zapowiada takiego scenariusza, zwłaszcza, że Arsenal spisuje się w sezonie na tyle dobrze, że nikt nie domaga się odejścia Wengera. A Klopp szanuje „Kanonierów” właśnie i za podejście do wieloletniego menedżera. Z klubu dochodzą głosy, że Niemiec byłby idealnym następcą Francuza, ale za dwa lata… Tylko, że nowego sezonu heavy metal Kloppa będzie grał inny zespół, Arsenal zostanie przy koncercie na skrzypce…

Arsene Wenger i Juergen Klopp

Arsenal – BVB. Klopp zastąpi Wengera? Powinien!

Klopp i WengerOglądając starcie Arsenalu z Borussią Dortmund na Emirates będę się zastanawiał czy przypadkiem nie jest pojedynek ustępującego trenera „Kanonierów” ze swoim następcą. Bo powinien być! Już nie tylko co raz większa część kibiców Arsenalu, ale po powoli i członkowie zarządu dochodzą do wniosku, że Arsene Wenger wypełnił swoja misję i nie ma już nic do dodania. Od lat, mimo zmiany podejścia trenera do wielkich gwiazd, Arsenal traci szanse na tytuł jeszcze przed Świętami, co wywołuje frustrację fanów i doroczną krytykę menedżera. Tym razem jednak „Kanonierzy” przeżywają najgorszy sezon nie tylko pod wodzą Francuza, ale od 32 lat. Sobotnia porażka wydawało się, przezywającym jeszcze głębszy kryzys z Manchesterem United przelała czarę goryczy – Arsenal nie wygrał żadnego z ostatnich 16 spotkań ligowych z drużynami z topu jak Chelsea, Manchester City czy MU. Rozsierdzeni fani szykują przed Emirates demonstrację przeciwko dalszym rządom Francuza.

Oczywiście nikt nie domaga się wyrzucenia Wengera na bruk, w niesławie jak nie przymierzając Davida Moyesa. Ma zbyt wielkie zasługi dla klubu. Ale i dla Francuza i dla Juergena Kloppa to idealny moment, żeby zrobić krok w karierze. Dla Wengera na fotel dyrektorski, dla Niemca – do wymarzonej Premier League, czego nie ukrywa. I to do klubu, którego DNA jest mu najbliższe. Jego Borussia gra atrakcyjny, ofensywny futbol jak Arsenal za czasów Henry’ego, Piresa i Vieiry, stawia na młodzież, drożej sprzedaje niż kupuje, niczym Wenger – Anelkę, potrafi wypatrzeć brylant w Kagawie czy Lewandowskim.

Klopp pracuje już w Borussii Dortmund siedem lat, czyli tyle ile spędził w Mainz. Długo opierał się potędze Bayernu Monachium, na dwa sezony nawet ją skruszył, ale dziś status quo wygląda na ustalone na lata. W dodatku BVB nie dość, że przestała być głównym konkurentem Bawarczyków to jeszcze kiepsko wyglądają jej perspektywy na Ligę Mistrzów.

I dla Arsenalu i dla Kloppa byłoby lepiej gdyby szybciej trafił na Emirates niż gdyby miał go capnąć np. Man City, bogacz mający problemy z finansowym Fair Play, jakim Niemiec zawsze lubił rzucać wyzwanie…

Klopp i Wenger

 

Umartwienie po meczu Barca – Arsenal

Oczywiście utrata Wojtka to nasze polskie troski. Świat specjalnie się nad tym nie pochyla. Zmiana bramkarza nie wpłynęła na wynik meczu. O wiele bardziej wyrzucenie z boiska Robina van Persie. Co prawda Holender ani razu nie zagroził bramce Victora Valdesa, a i cały Arsenal w całym meczu oddał 0 (słownie: zero) strzałów na bramkę rywali. A jednak póki na boisku Kanonierzy przebywali w komplecie, Barcelona nie była w stanie grać swojej tiki-taki, ataki nie kleiły się, naprawdę groźnych sytuacji starzała mało. Co do decyzji sędziego, była pewnie zgodna z przepisami, ale nie zgodna z duchem gry. Po pierwsze, choć van Persie to raczej piłkarski drań, w którego stylu byłoby strzelenie po gwizdku do bramki, w celu upokorzenia rywala, dopuszczam możliwość, że rzeczywiście nie usłyszał tego gwizdka. Kto był na Camp Nou, ten wie, że nie wiele tam słychać. Ostatnio rezerwowy bramkarz Barcy, oszukał napastnika FC Kopenhaga, „odgwizdując” Duńczykowi spalonego, na co ten się nabrał. Van Persi strzelił na bramkę płynnie, nie przerywając akcji, Valdes też zachowywał się, jakby gra nadal się toczyła. To co zrobił Holender nie było złośliwe, bezczelne.

To co zrobił sędzia Massimo Busacca był zaś niezgodne z duchem gry. W takim meczu wyrzucić z boiska piłkarza za coś takiego? Gdyby Howard Webb był takim szczególarzem w finale mistrzostw świata w RPA, po 20 minutach obie drużyny grałyby w ósemkę! Nie mniej nie da się obronić tezy, że Arsenal przegrał, bo przez 35 minut grał w dziesiątkę. Przegrał, bo Barcelona, choć miała swoje problemy i słabości w obu meczach była zdecydowanie lepsza, także tym przegranym 1:2 na Emirates Stadium. Przykre, że dwie grające zwykle tak piękny futbol drużyny, zafundowały nam tak brzydki spektakl. Tiki-taka w końcówce meczu przeciwko zziajanemu, rozbitemu niesłusznym wyrzuceniem zawodnika już mnie tak nie cieszyła.

Ale uważam też, że kluczowym momentem meczu obok wyrzucenia van Persiego były okoliczności pierwszego gola dla Barcelony. Nie tylko to magiczne zagranie Messiego, ale poprzedzające je zaćmienie Cesca Fabregasa, który jak kretyn zagrał piętą przed własnym polem karnym, pozwalając rywalom na przechwycenie piłki i podanie do Messiego.  Wg Maćka Szczęsnego przesądziła o tym ogromna presja pod jaką znalazł się kapitan Arsenalu, grający przeciwko drużynie swoich marzeń, w której się wychował, ale nie dorósł, a do której być może wkrótce wróci. Komuś takiemu nie wypadało po prostu wy… piłki na aut, wyekspediować jak najdalej od własnej bramki, stąd tak koszmarna decyzja. Fabregas na szczęście okazał po meczu klasę, biorąc porażkę na klatę. Na twitterze przeprosił po meczu wszystkich kibiców za jeden ze swoich najgorszych meczów w karierze. Nie tak chciałem, nie tak to miało wyglądać – stwierdził i myśle, że zgadzają się z nim i wszyscy fani Barcy i Arsenalu i wielkiego futbolu.

 

REKRUTUJ! Przyłącz się do kampanii „The Recruiter” i weź udział w wyścigu o nowiutkie Porsche 911 Carrera! Znakomite nagrody do wygrania co tydzień i co miesiąc przez cały czas trwania konkursu.

Czy Szczęsny wygryzie Fabiana?

Wniosek taki nasuwa mi się po lekturze komentarzy i ocen młodego Szczęsnego w angielskich mediach i na przeróżnych forach, tak drastycznie entuzjastycznych w porównaniu z ocenami najlepszych nawet występów Łukasza w tym sezonie. Fabian ledwo zmył nimi z siebie łatkę flappyhandskiego, mało kto postrzegał w nim ostateczne rozwiązanie bramkarskich problemów bramkarskich Arsene Wengera. Ten ostatni od dawna zresztą wieszczy Wojtkowi, że kiedyś zostanie najlepszym bramkarzem świata. Pytanie, czy to już ten moment, w którym postawi na młodego Polaka. Szczęsny jest najmłodszym bramkarzem jakiego wystawił w meczu o taką stawkę. Czy da mu szanse także w najbliższych meczach ze Stoke i Chelsea? Wiele pewnie zależy od stopnia kontuzji Fabiana, choć wyleczenie jej wcale nie musi się przełożyć na automatyczne odzyskanie miejsca między słupkami. Tak było w przypadku Manuela Almunii, który w styczniu prawdopodobnie przestanie być Kanonierem. Wenger nigdy nie ogłosił oficjalnie, że to Fabian jest jego numerem 1. Jak opowiadał mi były trener bramkarzy reprezentacji Polski, Andrzej Dawidziuk, który wychował, Wenger nie rozmawia z golkiperami, nie klaruje im co kiedy i jak. Po prostu dowiaduję, kto gra w najbliższym meczu i już.

Oto co sądzi na ten temat mój redakcyjny kolega, Miszą Szadkowskim, który m.in. chwaląc Wojtka za blokowanie strzałów i grę w powietrzu, wypomina mu kiepską grę nogami. Zgadzam się, że to pierwsza rzecz, którą musi poprawić. Co do gry na przedpolu, mam wrażenie, że spisuje się tam najlepiej ze wszystkich polskich bramkarzy, jacy kiedykolwiek grali na Wyspach, wliczając w to najbardziej świetlane sezony Jerzego Dudka w Liverpoolu.

Kto wie, czy cechą, którą Wojtek góruje nad Fabianem nie jest przede wszystkim pewność siebie, przechodząca momentami w bezczelność, ale bezczelność pozytywną, wpływającą motywująco na samego bramkarza i uspokajająco jego drużynę. Pewność, objawiającą się m.in. krzykiem na swoich obrońców ale i poklepaniem po tyłku, kiedy który coś sknocił. Wyjściem podniesioną nogą na postrach rywala, zagrzaniem kolegów do walki. U Fabiana podobny spokój i pewność widziałem po raz pierwszy dopiero w tym sezonie, choćby w meczach z Fulham czy Evertonem. Trochę się zgadzam z moim sąsiadem, który styl gry Fabiana określił jako zbyt grzeczny i opowiadał, że kiedy w poprzednim sezonie Arsenal grał z Chelsea, Liverpoolem czy MU wpadał w dygot za każdym razem kiedy napastnik sunął z piłką w kierunku bramki Kanonierów. „Byle nie kiks! O nie, tylko nie to! Nie chcę na to patrzeć!” - wzdragał się, zamykając oczy. Kiedy idą na bramkę Wojtka (meczu z MU niestety nie dane było mi obejrzeć na żywo), myśli zaś sobie: „no chłopaku, teraz im pokaż!”


REKRUTUJ! Przyłącz się do kampanii „The Recruiter” i weź udział w wyścigu o nowiutkie Porsche 911 Carrera! Znakomite nagrody do wygrania co tydzień i co miesiąc przez cały czas trwania konkursu.

 

Arsene, to nie spisek!

Po pierwsze zderzenie Ramsey z Shawcrossem był przypadkowe, a jego konsekwencje mogły się okazać równie zgubne dla piłkarza Stoke. To nie był brudny faul w stylu Axela Witsela na naszym Wasylu, ani nawet niebezpieczny atak wysoko podniesionymi korkami jak ten, którym Martin Taylor złamał nogę Eduardo. To był pech. Zła karma. Shawcross nie polował na nogi Ramsey’a o czym najlepiej świadczą jego łzy tuz po zdarzeniu. To były szczere łzy i natychmiastowe, a nie wymuszone przez trenera, liczącego na niższy wyrok jak w przypadku Witsela. Wenger przegina więc, nazywając karę zawieszenie Shawcrossa na trzy spotkania wielką kpiną (a jeszcze nie wypowiedział się na temat powołania Anglika na towarzyski mecz z Egiptem). Ale w sumie jestem w stanie zrozumieć emocje człowieka, który jest dla piłkarzy jak ojciec, i właśnie jego trzeciego z kolei syna spotyka to samo nieszczęście. Wenger nie jest Hiobem, by znosić tak wielkie przeciwności losu z pokorą.

Jednak jeszcze mocniej przesadza, kiedy sugerując, że trenerzy przeciwnych drużyn nakazują brutalna grę przeciwko Kanonierom. Czyżby sukcesy Arsenalu tkwiły im kością gardle, a Chelsea czy Manchesteru United już nie? Bo obu mistrzów Anglii z ostatnich pięciu lat akurat tak skomplikowane urazy nie dopadały, ba one na krzywdzie Arsenalu najbardziej korzystały. Prawdą jest też jednak, że w Arsenalu po za Williamem Gallasem czy ostatnio ponownie Solem Campbellem nie ma ani jednego piłkarza, którego można by nazwać gladiatorem, a z jakich głownie składają się i Chelsea i MU. I rzeczywiście to właśnie wykorzystując siłę obie drużyny wygrywają z Arsenalem w ostatnich meczach, ukuto nawet slogan, że mecz Arsenal – MU był pojedynkiem chłopców z mężczyznami.

Ten siłowy patent na Arsenal wynika także ze stylu gry drużyny Wengera. Ciekawie pisze na ten temat w Guardianie Barney Ronay: żadna inna drużyna Premier League nie gra tyle piłka w środku pola co Kanonierzy. Do wszystkich trzech fatalnych kontuzji piłkarzy Arsenalu doszło na wyjeździe, w Sunderlandzie (Diaby), Birmingham (Eduardo) i teraz Stoke (Ramsey), czyli na stadionach drużyn, które nie grały ostatnio w Europie, przeciwko drużynom lubiącym grać piłką, jak właśnie lubi Arsenal. Każdy kto był na meczu Premier League wie, że nic nie zyskuje większego zachwytu trybun jak piękny, twardy, ofiarny wślizg, odbierający rywalom piłkę, gdy ten już zbyt długo ja trzymał. Wślizg Shawcrossa nie była ani wysoki, ani brutalny, był po prostu bardzo silny, doskonale reprezentatywny dla stylu gry jego zespołu. Arsenal spotyka się z takimi atakami o wiele częściej niż inne drużyny i w rezultacie jego piłkarze odnoszą więcej kontuzji.

Słowem, to zderzenie kulturowe – dwóch różnych kultur gry. Ale, mon Dieu, nie spisek, nie spisek monsieur Wenger! Trzeba było sprowadzić do domu nie tylko Campbella ale i Patricka Vieirę, bo piłkarza w jego typie bardzo brakuje Arsenalowi w środku pola. Dobre wiadomości dla Kanonierów są takie, że drużyna tym razem odmiennie zareagowała na tragedie kolegi niż po urazie Eduardo, który wówczas praktycznie zakończył ich walkę o tytuł. Mało tego, po zwycięstwie w Stoke, a porażce Chelsea ich szanse jeszcze wzrosły. A Aaron Ramsey niech jak najszybciej zdrowieje.

 

REKRUTUJ! Przyłącz się do kampanii „The Recruiter” i weź udział w wyścigu o nowiutkie Porsche 911 Carrera! Znakomite nagrody do wygrania co tydzień i co miesiąc przez cały czas trwania konkursu!

 

 

Dlaczego Wenger odrzucił ofertę Realu

 

Trener Arsenalu, Arsene Wenger ujawnił, że prezes Realu Madryt Florentino Perez złożył mu w maju ofertę pracy w klubie. Francuz odrzucił ją, mimo iż Perez zdradził mu swoje plany powrotu do galaktyczności, oparte na sprowadzeniu takich gwiazd jak Kaka i Cristiano Ronaldo. jask wiadomo ostatecznie stery na Santiago Bernabeu przejął Manuel Pellegrini. Wenger stwierdził, że nigdzie się nie wybiera, bo zamierza dokończyć budowę projektu Arsenal. Poza tym jego filozofia drużyny i jej budowy różni się od tej jaką wyznają w Madrycie.

 

“Real Madrid is a football-oriented show, but there is another dimension in this game: the success of building a team with a style, a knowledge, a culture of your own game at a club with young people” - cytuję za FourFourTwo, który mi o tym zaćwierkał. – Real Madryt to zorientowany na futbol spektakl, ale istnieją przecież inne wymiary tej gry. Sukces, jakim jest stworzenie drużyny z jej własnym stylem, własnym doświadczeniem, własną kulturą gry w klubie pełnym młodych ludzi. Czuję satysfakcje kiedy widzę mój zespół grający właśnie taki futbol – stwierdził Francuz.

 

Dodał, że odrzucił ofertę pracy w Realu, bo tam nie pozwolono by mu na realizowanie tej filozofii, na oparcie zespołu na młodych, głodnych sukcesu zawodnikach, na których rozwój mógłby wpływać. Pod tym względem ma absolutną rację. Trudno nazwać Cristiano Ronaldo czy Kakę młodymi, głodnymi sukcesu wilkami. Co do młodych, własnych wychowanków – w przerwie dzisiejszego sparingu Legii ze Zniczem Pruszków zupełnie przypadkowo rozmawiałem na ten temat z Mirosławem Trzeciakiem. Zauważył, że tak chwalona za produkcję wychowanków Barcelona, wydała ich o wiele mniej niż Real, którego aż 50 zawodników gra w lidze hiszpańskiej. Tylko, że nie w Madrycie.

 

„This project Arsenal is in construction and I want to see it through to the end” - Projekt Arsenal jest cały czas w budowie i chcę go doprowadzić do końca – dodaje Wenger, co budzi uznanie za rzadką w tym biznesie konsekwencję trenera i wiarę w jego pracę ze strony władz klubu. Ale i budzi wątpliwości, co właściwie ma na myśli Francuz mówiąc do końca, pracuje wszak w Arsenalu już 13 lat, odniósł już wiele sukcesów (choć ostatnie już jakiś czas temu), a jego młodzi piłkarze nieubłaganie się starzeją…

 

Co może dziwić, Wenger nie krytykuje bynajmniej ostatnich spektakularnych transferów "Królewskich". – Sumy wchodzące tu w grę mogą wydawać się szokujące, ale są efektem pewnej konkretnej kalkulacji i wyliczeń dokonanych przez inwestora – uważa szkoleniowiec.

- Abstrahując od różnego rodzaju osądów moralnych, należy się skoncentrować na rentowności takiej operacji – uznał Wenger. – Dokonanie więcej niż trzech transferów przed jednym sezonem, to przyjęcie pewnego ryzyka. Wkracza się wówczas w sferę sporej niepewności.

 

A najciekawsze jest to, że prezes Real Madryt, choć przecież świadomy odmienności filozofii Wengera, pociesza się jego odmową, mówiąc: Pellegrini to Wenger hiszpańskiego futbolu…

 

 

90 dyscyplin w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

Przychodzi Tarasiewicz do Wengera…

 

… i słucha uważnie co trener Arsenalu ma mu do powiedzenia. To właśnie od prywatnej rozmowy z Francuzem trener Śląska Wrocław uzależniał wyjazd na krótki staż do londyńskiego klubu. Arsene Wenger poświęcił mu ponad półtorej godziny, co budzi uznanie. Pewnie aż tyle, bo mogli pogadać po francusku, a może nawet Wenger pamięta Ryszarda Tarasiewicza z czasów gdy prowadził AS Monaco, a Polak występował w Nancy. Ta wizyta niezmiernie mnie cieszy, bo uczyć się trzeba od najlepszych, polscy trenerzy zbyt rzadko patrzą najlepszym na ręce z tak bliska, nie wspominając o rozmowach. Pamietam, że kiedy do Barcelony pojechał Jacek Zieliński (ten z Legii), pozwolono mu tylko popatrzeć jak Ronaldinho, Messi, Iniesta i Deco grają w dziadka, ale zamiast z Frankiem Rijkaardem pogadał tylko z jego sekretarką.

 

Niestety wiedza z jaką trener Śląska wrócił z Londynu nie powala na kolana. - Przede wszystkim interesowało mnie na jakich zasadach Wenger funkcjonuje w klubie. Teraz wiem, że jest tam bossem pełna gębą. Decyduje o wszystkim - opowiada na wstępie rozmowy z „Przeglądem Sportowym”.

 

Interesuje go absolutnie wszystko co może mieć wpływ na postawę zawodników. Choć muszę przyznać, że metody treningowe ma podobne do polskich. We wtorek i środę Kanonierzy pracowali nad wytrzymałością i mocą. W czwartek mieli trening regeneracyjny poświęcony przede wszystkim koordynacji ruchowej, a w piątek już takie typowe przedmeczowe zajęcia jak ćwiczenie stałych fragmentów gry. Już wtedy było wiadomo kto wybiegnie w podstawowym składzie, choć Wenger nigdy nie podaje wyjściowej jedenastki dzień przed meczem. Także dietę zarządza podobną do tej, jaką ja stosuję w Śląsku. Gotowane mięso, dużo ryżu, jarzyn - opowiada Tarasiewicz.

Pytany o to, gdzie dostrzegł największe różnice między naszą ligą, a Premier League, odpowiada, że w zapleczu treningowym. - W Arsenalu mają 10 boisk, z czego jedno jest podgrzewane. Do tego do dyspozycji jest hala z pełnowymiarowym boiskiem ze sztuczną nawierzchnią. Najbardziej zaskoczyło mnie, że wszystkie grupy trenują o jednej godzinie. Masażyści informują Wengera kto jest kontuzjowany i wtedy do zajęć z pierwszym zespołem dobierani są zawodnicy z akademii. W ośrodku treningowym szatnie rozmieszczone są po jednej stronie wzdłuż bardzo długiego korytarza. Najpierw jest ta dla najmłodszych, potem trochę starszych, a na końcu dla pierwszego zespołu. To ma dla zawodników znaczenie symboliczne i jest znakomitym bodźcem do pracy nad sobą. W stołówce młodzi gracze widzą jedzących piłkarzy pierwszej drużyny, ale nie mogą z nimi siąść przy stoliku. To niby małe rzeczy ale istotne. Zawodnik widzi co jeszcze może osiągnąć i czuje się dowartościowany.

 

Zdziwiło mnie, że zawodnicy po meczu dostają aż dwa dni wolnego. Zapytałem Wengera czy jest w tym wypadku w stanie upilnować zawodników. Wyjaśnił, że jeśli chodzi o wagę, to zawodnicy sami się kontrolują i nigdy nie miał z tym problemu. Na pytanie o pozasportowe wyskoki, odpowiedział, że piłkarz jak chce to i tak cię oszuka.

Interesowało mnie jak często Wenger schodzi do szatni i czy zawodnik może z nim porozmawiać kiedy chce. Odparł, że może przyjść do niego zawsze (…) Powiedział też że sam decyduje o składzie, oczywiście po konsultacjach z asystentami, ale czasem denerwują go ludzie, którzy przychodzą z błahymi sprawami w czasie gdy on myśli już tylko o spotkaniu. Podczas naszej rozmowy miało miejsce takie zdarzenie. Przyszedł człowiek i mówił, że trzeba byłoby kupić lepszą kosiarkę.

 

(…) Wenger dodał, że najważniejsza dla niego jest ciągłość pracy i niezależność. Przez 13 lat pobytu w Arsenalu nie zdarzyło się, żeby właściciel czy prezes przyszedł do szatni. Właśnie dlatego został w tym klubie, choć miał propozycje z Barcelony czy Realu Madryt. Podoba mu się, że sam zarówno nadzoruje treningi jak i kreuje politykę transferową (…)

Przyznam, że nie wiedziałem wcześniej o tych szatniach, których ustawienie rzeczywiście jest zgrabnym pomysłem (ile szatni jeszcze mi brakuje do poziomu Thierry’ego Henry’ego?;-) To rzecz absolutnie do skopiowania, tylko czy w polskich klubach znajdą się takie długie korytarze? Wejście człowieka od kosiarki też urocze, i do tego rodzi pytanie czy przypadkiem Wenger nie bierze sobie na głowę zbyt wielu spraw i stąd niektóre błędne decyzje? Z drugiej strony skoro Jose Mourinho decyduje nawet o wysokości trawy na boiskach treningowych Interu co do milimetra… Niemniej większość pozostałych wiadomości można było wyczytać w wywiadach z Francuzem. I właśnie odnoszę wrażenie jakby Tarasiewicz zamiast obyć staż, zrobił przez te półtorej godziny kolejny, bardzo ciekawy wywiad z Wengerem. Sam bym tak chciał!

 

Ale może niepotrzebnie się czepiam. Może obaj panowie rozmawiali jednak także i o warsztacie Wengera, technicznych aspektach jego treningów i filozofii futbolowej, ale dziennikarz o to nie zapytał, więc Tarasiewicz nie opowiedział. A Śląsk wsparty kilkoma mądrymi rozwiązaniami zaskoczy nas już w pierwszym meczu na wiosnę…

 

 

Ligi europejskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

Upadł mit Wengera – wychowawcy

 

Pierwsza połowa meczu Arsenal – Dynamo Kijów na Emiratem Stadium. William Gallas ma za sobą tylko Manuela Almunię. Były kapitan podaje do swego bramkarza, ale zbyt lekko. Piłkę sprytnie przejmuje Ismael Bangoura i sunie na Hiszpana. Szczęśliwie dla „Kanonierów” kąt jest ostry i reprezentant Gwinei strzela w boczną siatkę.

Początek drugiej połowy. Cały czas jest 0:0, ale oto w ogromnym zamieszaniu na polu karnym Dynama na bramkę strzela Robin van Persie. Piłka już minęła bramkarza, już zmierza do bramki. Z pustej siatki wybija ją… William Gallas. Załamany łapie się za głowę i aż przyklęka. Biedak znalazł się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu.

A ja się pytam co Gallas w ogóle robił tam na boisku?! I co z Arsene Wengera za wychowawca, który najpierw pozbawia go opaski kapitana, karze grzywną 180 tys. funtów, czyli nie w kij dmuchał, wysadza z autokaru na mecz Premier League z Manchesterem City – uznajmy, że wszystko słusznie, za karę za ujawnienie tajemnic szatni w wywiadzie i autobiografii – i w końcu wstawia go do składu na mecz z Dynamem? Obok zawodników, których Gallas oszkalował?

Jakiej gry oczekiwał od rozbitego psychicznie piłkarza? I koncentracji na jakim poziomie? Przecież Wegner zakwestionował jego przywództwo w drużynie, wziął stronę   zawodników, których ten skrytykował. Skoro uznał, że Gallas popełnił rzecz tak niedopuszczalną, czy nie powinien wykopać go z drużyny na zawsze? Jak Alex Ferguson z Jaapem Stamem po autobiografii Holendra, ujawniającej kulisy szatni Old Trafford?

Gdybym ja ujawnił tu na blogu, że najbardziej nielubianą osobą w dziale sportowym „Gazety” jest dajmy na to Radek Leniarski (a jest dokładnie odwrotnie, wszyscy kochamy naszego Radziusia i nie wyobrażamy sobie pracy bez niego), młodzi dziennikarze skarżą się na to jak ich traktuje sam młody stażem Misza Szadkowski, a Rafał Stec pobił się z Robertem Błońskim o Leo Beenhakkera, mój szef wywaliłby mnie z roboty i na pewno nie zaprosił, żebym wpadł w środę opisać kolejny wieczór Ligi Mistrzów. Nie mówiąc o tym, że nie przyszłoby mi do głowy wkroczyć jakby nigdy nic do działu i robić swoje obok ludzi, których obraziłem. A Gallas musiał wejść do szatni.

Swoją drogą mecz z Dynamem pokazał, że Gallas nie kłamał, mówiąc,  że nikt w drużynie nie lubi bezczelnego van Persiego, który naigrywa się z kolegów. Był taki moment kiedy Artem Milewski i Holender weszli w siebie wślizgiem i z bólu zwijali na boisku. Wokół zawodnika Dynama natychmiast utworzył się wianuszek współczujących kolegów. Van Persie zwijał się sam…

 

 Liga Mistrzów w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus! 

 

Koniec świata: Wenger kupuje Anglika!

 

There is only ooooone Aaaaarsene Wenger! Śpiewają kibice Arsenalu. A my może my dośpiewać, że jego drużynie „there’s only ooooone english player”. Tendencja ta trwała od lat, choć to nie Arsenal ale Chelsea wystawiła pierwszą w historii angielskiego futbolu drużynę bez choćby jednego Anglika. Dziś jednak to w „The Blues” gra kapitan reprezentacji Anglii John Terry i kilku kluczowych kadrowiczów jak Frank Lampard, Joe Cole czy Ashley Cole. A Arsenalu zaś honoru Albionu broni jedynie Theo Walcott, ale głównie broni z trybun.

 

Wenger za ten stan rzeczy krytykowany jest przez „angielską myśl szkoleniową” nie od dziś (spory z Alanem Parew, ostatnio krytyka ze strony Aleksa Fergusona). Po nie zakwalifikowaniu się Anglików do Euro 2008 jednym z głównych winowajców obok nieudacznika Steve McClarena uczyniono właśnie Wengera. Argumenty Francuza są znane: po pierwsze nie zagląda w paszport piłkarzom, których posyła na boisko, kieruje się ich formą. Po drugie nie kupuje angielskich piłkarzy, bo ceny ich są kosmiczne, kompletnie nie adekwatne do umiejętności. Dlaczego ma płacić 5 mln funtów za byle bocznego obroncę, skoro za 1/10 tej sumy może mieć kogoś jak Emmanuel Ebue czy Bacary Sagna? (Wenger nie lubi przepłacać i jeśli już woli za gwiazdy np. hiszpańskie jak Jose Antonio Reyes;). Swoją drogą spójrzmy na szeroką reprezentację Anglii, kto by z niej się tak naprawdę Wengerowi przydał? Chyba tylko ewentualnie Rio Ferdinand i John Terry (jak się wyleczy), bo oni byliby wzmocnieniem każdej drużyny świata.

 

Aż tu nagle Wengera ruszył najwidoczniej status kozła ofiarnego największej angielskiej klapy od 1984 roku i jak donosi sobotni „The Guardian” postanowił zmienić filozofię. Będzie stawiał na Anglików! Na razie na młode talenty, które póki co kosztują mniej niż 10 milionów funtów. I liczy, że Fabio Capello będzie miał wkrótce więcej okazji do odwiedzania Emirates Stadium.

 

Na razie zapowiedział kupno 15-letniego napastnika Gillingham, Luke Freemana. Dodaje też, że już ma w klubie dwóch świetnych Anglików z reprezentacji do lat 14. którzy są tak dobrzy technicznie, że niczego więcej nie da się ich już nauczyć. „Byłem oskarżany o to, że kupuję tylko cudzoziemskich zawodników. Proszę bardzo, chętnie wniosę coś do rozwoju angielskiego futbolu. Naszym celem jest kształcenie piłkarzy i wierzę, że jesteśmy na właściwej drodze. Będę dumny, jeśli kilku z nich zrobi prawdziwą karierę”.

Francuz zastrzega, że im młodszy zawodnik tym lepiej. - Musimy się spieszyć i sprowadzać nawet bardzo młodych zawodników, bo jeśli się spóźnimy zrobi to ktoś inny. Konkurencja jest silna, że kiedy tylko wypływa jakieś nazwisko, od razu walczy o niego 5-6 klubów.

- W Anglii jest mnóstwo utalentowanych młodych piłkarzy. Wierzę, że kiedy angielskie dzieciaki nabiorą wreszcie tych samych umiejętności technicznych co ich rówieśnicy w Europie, Anglia wreszcie zacznie zdobywać trofea” – dodaje Wenger. Czy te słowa nie brzmią nam znajomo? Czy to nie „talents are there” tylko trzeba je znaleźć i stworzyć im możliwości szkolenia, które do znudzenia (ale nie dla PZPN) powtarza Leo Beenhakker?