Nie krzyżujmy Bielika, wystarczy zimny prysznic

Krystian BielikKrystian Bielik, 18-letni pomocnik Arsenalu, uznawany na Wyspach za wielką nadzieję futbolu, odmówił przyjazdu na towarzyski turniej reprezentacji Polski U-18 na Łotwie. Ambitnemu zawodnikowi marzył się występ w meczu o rok starszej kadry U-19 w eliminacjach mistrzostw Europy. Zawiedziony, uznał że więcej zyska trenując z pierwszą drużyną Arsenalu, do którego usilnie stara się przebić.

Odmowa przyjazdu na kadrę ściągnęła na Bielika gniew selekcjonera reprezentacji U-18 i U-19, Rafała Janasa, który oświadczył w „Przeglądzie Sportowym”, że nie wyobraża sobie, by Krystian zagrał w prowadzonej przez niego drużynie. Oraz olbrzymi hejt w internecie, z absurdalnymi żądaniami żeby nigdy już nie dane mu było założyć koszulki z „Orzełkiem”, idiotycznymi oskarżeniami że jest „zdrajcą” lub „chciwym gwiazdorkiem” – choć przecież o żadnych dodatkowych pieniądzach nikt nie wspominał.

Prawdziwy wulgarny bluzg pod adresem młodego piłkarza wydał z siebie na łamach „Super Ekspresu” były selekcjoner Janusz Wójcik, którego cytować nie warto. Swoje dołożył na Twitterze Wojtek Kowalczyk, ale zapewne tylko dlatego, że zaczęto błędnie odmowę Bielika porównywać z sytuacją, gdy „Kowal” wraz z Andrzejem Juskowiakiem zrezygnowali z gry w kadrze Antoniego Piechniczka w proteście przeciwko złej organizacji.

Nie pomogli specjalnie Bielikowi jego obrońcy, którzy na twitterze czy forach „Kanonierów” przekonywali, że jeden trening z piłkarzami pierwszej drużyny Arsenalu da mu więcej niż „turniej o pietruszkę”. W trakcie którego w dodatku musiałby rozegrać w trzy dni może nawet 270 minut. Argument to nietrafiony, bo przecież wszyscy najważniejsi zawodnicy Arsenalu, od których Bielik mógłby się czegokolwiek nauczyć, rozjechali się na mecze swoich reprezentacji.

Niebezpieczna to myśl, że młodzi polscy piłkarze zyskują więcej pod względem sportowym na treningach w swoich zagranicznych klubach niż zgrupowaniach kadry. Bo jeśli tak, to po co nam reprezentacje od U-15 w górę? Skoro liczy się tylko seniorska, rozwiążmy pozostałe, niech szkolą nam do niej kluby.

Na wyrost jest też mniemanie, że „bycie przy Wengerze wyjdzie Bielikowi mu na dobre”, zwłaszcza, że Francuz dawno zatracił umiejętność kreowania nastolatków z akademii na gwiazdy. Co prawda nadzieje kibiców „Kanonierów” rozbudził ostatnio Alex Iwobi, ale tak naprawdę Wenger “skończył się na Cescu Fabregasie”.

“270 minut w trzy dni”? A kto powiedziałby, że właśnie tyle spędziłby na boisku? Ryzyko odniesienia urazu na kiepskich boiskach w Łotwie? Argument tego samego rodzaju, co dowodzenie, że trudniej byłoby mu wywalczyć wymarzone miejsce w pierwszej drużynie, bo wyjazd… zakłóciłby mikro-cykl przygotowań narzucony przez trenerów. Faktycznie niech się chłopak nie rusza z Londynu…

Skrytykowałem postawę Bielika na Twitterze, uznając że piłkarz w jego wieku i na tym etapie kariery po prostu nie może sam sobie wybierać reprezentacji. Ambicja jest chwalebna, ale od decydowania o powołaniach jest trener. Gdyby Janas uznał, że Bielik jest w formie i przyda mu się w U-19 w walce o MME, przecież nie zesłałby go na złość sobie do U-18. Turniej na Łotwie to jedyny jej występ w oficjalnym terminie FIFA w ciągu najbliższych 10 miesięcy. Rozsądnych argumentów na olanie przyjazdu po prostu brak.

Ewentualna dyspensa trenera byłaby by też złym sygnałem dla reszty chłopaków. Dlaczego wszyscy muszą zostawić klub, zasuwać do Łowty, brać udział w „turnieju o nic”, a jeden Bielik nie musi? Czy jest już gwiazdą zasługującą na takie traktowanie?

Zgrupowanie to także kontakt z rówieśnikami, przyszłymi kolegami z kadry seniorskiej, budowanie relacji, integracja z grupą. To wszystko później ma zaprocentować taką samą atmosferą, jaka panuje dziś w kadrze Adama Nawałki.

Czy ktoś kto dziś kalkuluje, czy opłaca mu się przyjechać na ten czy tamten mecz U-18, jako gwiazda i podstawowy zawodnik Arsenalu nie będzie kręcił nosem na rywali i terminy kadry seniorskiej, kierując się wolą klubu jak w swoim czasie Eugen Polański?

Daleki jednak jestem od krzyżowania Bielika, skreślania na zawsze, nie stoję w jednym szeregu z trenerem Wójcikiem, który przyszłość chłopaka widzi „z mopem w ręku, sprzątającego szatnię Arsenalu”. Gdyby uczestniczył we wtorkowej konferencji w Poznaniu „Wizerunek reprezentanta Polski w obliczu Euro 2016” i posłuchał tam m.in. Grzegorza Krychowiaka, jednego z tych zawodników w kadrze o najbardziej profesjonalnym podejściu do zawodu, wiedziałby na czym polega jego błąd i jakie mogą być konsekwencje.

Jest w wieku, w którym błędy da się jeszcze naprawić, o ile tylko ktoś ukaże mu ich istotę i spuści na głowę zimny prysznic. W czerwcu 2007 roku Kamil Grosicki wraz z Maciejem Korzymem i Adamem Marciniakiem odmówili wyjazdu z kadrą U-20 na towarzyski turniej do Jordanii, motywując to przemęczeniem sezonem. Za karę nie zostali zabrani na MŚ w Kanadzie, a PZPN nałożył na nich szokującą karę dożywotniego zakazu gry w reprezentacji. Grosicki, któremu karę skasowano po wstawiennictwie trenera Andrzeja Zamilskiego, szykuje się dziś do wyjazdu na Euro.

Bielikowi życzę, żeby znalazł osoby, które wstawią się za nim w chwilach potrzeby. Bez budowania relacji podczas zgrupowań kadry będzie o to ciężko. Na trenera Janasa raczej liczyć nie może, bo ten nie wyobraża sobie współpracy z piłkarzem. Chyba, że planuje okazać się tak wielkim talentem, który sam wybiera mecze reprezentacji. Ale tego nie robi nawet Robert Lewandowski.

Krystian Bielik

Szczęsny skazany na Rzymskie wakacje

Arsene Wenger i Wojciech Szczesny

To świetna wiadomość, że Wojciech Szczęsny trafi na roczne wypożyczenie do AS Roma. Świetna i dla Arsenalu i dla rzymskiego klubu, ale także i dla nas, kibiców reprezentacji Polski. Natomiast dla samego Wojtka to wiadomość tyleż dobra co i fatalna.

Dobra, bo przede wszystkim przestanie gnić na ławce rezerwowych „Kanonierów”. Już w ubiegłym sezonie przegrywał walkę o miejsce między słupkami z Davidem Ospiną. Stracił je po pamiętnej porażce ligowej z Southampton i właściwie do końca nie wiadomo, czy z powodu błędów popełnionych w spotkaniu czy papierosa, którego rzekomo miał wypalić pod prysznicem po meczu. Wystąpił w sumie w 17 spotkaniach i wywalczył z Arsenalem Puchar Anglii, ale od stycznia nie zagrał w Premier League ani razu.

Sprowadzenie przez Arsene Wengera z Chelsea Petra Cecha – zawodnika o wielkim doświadczeniu i żywego symbolu profesjonalizmu – sprawiły, że szanse 25-letniego Polaka na odzyskanie miejsca w bramce skurczyły się jeszcze bardziej. Czech to wciąż jeden z najlepszych bramkarzy świata, wygrać z nim rywalizację byłoby Szczęsnemu piekielnie trudno, niezależnie od stosunków łączących go z Wengerem, poirytowanym pozaboiskowymi wyskokami Wojtka (dopiero co angielskie media przyciskały go o komentarz do przyłapania Wojtka na wdychaniu z balonu tzw. „happy crack”, czyli gazu rozweselającego.

W Romie będzie mu o wiele łatwiej wygrać rywalizację z 38-letnim weteranem Morganem De Sanctisem (w minionym sezonie udawało się to nawet Łukaszowi Skorupskiemu). Nie z racji wieku, bo Gianluigi Buffon jest jego równolatkiem, a wciąż nie ma sobie równych w Italii – Polak jest po prostu o klasę lepszy. Inspiracją niech dla niego będzie Artur Boruc, który dał radę wygryźć ze składu samego Sebastiana Frey’a.

Walka o mistrzostwo Serie A (Roma znów zapewne będzie głównym konkurentem Juventusu Turyn) i w Lidze Mistrzów pozwoli mu nie tylko nadal się rozwijać ale i spróbować odzyskać miejsce w pierwszym składzie reprezentacji Polski, na które jako rezerwowy nie miał co liczyć. Adam Nawałka na pewno nie zapomniał jego występu w zwycięskim meczu z Niemcami. Stawką jest gra na Euro 2016.
Nie wątpię, że Szczęsny szybko zakocha się i w mieście i w klubie. Z wzajemnością. Władze wicemistrza Włoch robią świetny interes zyskując dobrego, ogranego w najtrudniejszej lidze świata oraz w Lidze Mistrzów bramkarza, w dodatku ze śmieszą kwotą odstępnego. Piłkarze Romy zyskają dusze towarzystwa, zachwyceni będą też pewnie kibice, zwłaszcza jeśli Wojtek zajmie się trollingiem Lazio z podobną werwą jak Tottenhamu w czasach gry w Arsenalu.

Dobre zapowiadająca się przygoda Szczęsnego niech nie przesłoni nam jednak okoliczności w jakich został wysłany czy może raczej skazany na „Rzymskie wakacje”. Wenger nie tylko nie zostawił mu złudzeń, że może wygrać walkę z Cechem, wręcz do żadnej rywalizacji nie dopuścił. W dodatku wolał pozbyć się z klubu jednego wychowanków, którzy w Premier League są aż tak bardzo w cenie (przepisy wymuszają aż ośmiu w 25-osobowej kadrze, stąd ostatnie absurdalne transfery Raheema Sterlinga, Fabiena Delpha i Patricka Robertsa do Manchesteru City) niż sprowadzonego w ubiegłym roku Ospiny.

Oznacza to, że francuski trener rzeczywiście stracił albo cierpliwość albo serce do Szczęsnego. Pytanie, na jak długo? Czy pobyt w Rzymie to tylko rodzaj czyśćca, który ma przywrócić Polaka do formy i przypomnieć mu priorytety, by po wypożyczeniu mógł wrócić do Londynu czy rozstanie na zawsze? Jeśli powodem rozstania jest obniżka formy, drzwi do powrotu na pewno nie są zamknięte. W końcu dopadała ona najlepszych bramkarzy od Petera Schmeichela po Ikera Casillasa, od Olivera Kahna po Manuela Neuera (jak dobrze, że akurat w meczu z Polską!). W końcu przecież sam Cech musiał ustąpić miejsca Thibautowi Courtois.

Gorzej jeśli Wenger uznał, że Wojtek nie traktuje zawodu poważnie i nie da się go zreformować. I mam nadzieję, że nie chodzi bynajmniej o ostre wypowiedzi Maćka Szczęsnego, bo Francuz powinien wiedzieć, że „dzieci nie odpowiadają za szkody wyrządzone przez rodziców”.

Wenger i SzczęsnyCiekaw jestem, czy sam Wojtek zdaje sobie sprawę, że przybywa do Rzymu nie wakacje, a na wygnanie. Na wygnanie, z którego może wyniknąć wiele dobrego, sukcesy i sporo satysfakcji, ale jednak wygnanie. I czy ściskając na powitanie rękę Francesco Tottiego przemknie mu przez głowę, że traci szansę, by za parę lat stać się taką samą legendą dla kibiców Arsenalu jaką „Il Capitano” jest w Romie. Był na najlepszej drodze. Trafił do klubu jako nastolatek, spędził w nim dziewięć, wielokrotnie dawał dowody charyzmy, pozwalającej marzyć, że któregoś dnia zostanie nawet kapitanem. Oraz klubowej lojalności, czasem wręcz skrajnej gdy zdarzało mu się obrażać kluby lokalnych rywali.

Choć dziś się na to nie zapowiada, jestem w stanie sobie wyobrazić, że któregoś jeszcze wróci na Emirates i legendą Arsenalu zostanie. Być jakieś okoliczności zmuszą Wengera do sięgnięcia za jakiś czas po Szczęsnego, być może zrobi to ewentualny następca Francuza. Na razie gra w Romie to jedyne rozsądne wyjście dla niego, obu klubów i reprezentacji Polski. Parafrazując maksymę Juliusza Cezara, lepiej być pierwszym w Rzymie niż drugim w Londynie.

Wojtek Szczęsny i Marina na wakacjach w Rzymie

Fot. Instagram Wojtka Szczęsnego

Transferowy zawrót głowy: Szczęsny, Pazdan, Kuba, Ramos

Co prawda okno transferowe w europejskim futbolu uchyliło się dopiero w środę, ale tak naprawdę już od dawna trwa letnie szaleństwo wzmocnień (i osłabień), które tak kochają (gdy przychodzi gwiazda) lub nienawidzą (gdy gwiazdę zabiera mocniejszy) kibice.

Jedni jak Lech Poznań błyskawicznie, niemalże w tydzień skompletowali skład na nowy sezon, inni miotają się w panice, a przez media codziennie przelatują kolejne nazwiska: Roberto Firmino? Już go zgarnął Liverpool. Nathaniel Clyne? Też go dopadł Brendan Rodgers, który jeszcze w czerwcu podpisał kontrakty z sześcioma piłkarzami. Sergio Ramos? Nie chce go puścić Real Madryt. Na pytania o Garetha Bale’a, Cristiano Ronaldo i Rafaela Varane’a nawet nie odpowiada. Paul Pogba? Za nic nie wróci na Old Trafford. Thomas Mueller? Bayern chce 60 milionów euro, bo to mistrz świata. Harry Kane? Tottenham chce 60 mln ale funtów, bo to… Anglik. Dobrze, że chociaż zostaje David De Gea… De Gea: trenerze, musimy porozmawiać… – to opis popularnego mema o transferowej miotaninie Louisa van Gaala i Manchesteru United.

Jak co roku mamy odyseje transferowe, ciągnącą się tygodniami i szokujące zmiany barw. Dopiero co bulwersował Frank Lampard, ikona Chelsea przechodząc via Nowy Jork do Manchesteru City, tracąc prawdopodobnie szansę na pomnik przed Stamford Bridge. Dziś z „The Blues” odchodzi kolejny współtwórca wszystkich sukcesów od 2004, Petr Cech, który przeniósł się do lokalnego rywala. Nie dziwi mnie, że trener Arsenalu postanowił wykorzystać taką okazję i wyłożyć na czołowego bramkarza świata 11 mln funtów, mimo że David Ospina ma za sobą tak udany sezon. Dziwi mnie za to postawa Wojtka Szczęsnego, który witając Cecha na Facebooku przedstawił się w roli jego ucznia, a nie rywala. Mam nadzieję, że to tylko kurtuazja i dobre wychowanie.

Nie dziwi mnie, że Michał Pazdan wybrał Legię Warszawa, mimo ofert z klubów Bundesligi nie czekając na konkrety. Dla mnie to żaden strach przed podjęciem wyzwania, ani jak napisał w felietonie dla „Przeglądu” Dariusz Dziekanowski „chorobliwie niska samoocena Pazdana” ale racjonalna kalkulacja. Przychodzi do klubu, który zaliczył ogromne rozczarowanie, może nie jako zbawca, ale zdecydowanie wzmocnienie. Ma za sobą najlepszą rundę w karierze, wybrano go najlepszym obrońcą sezonu Ekstraklasy i kupiono aż za 700 tysięcy euro, co jest drugim najwyższym transferem między polskimi klubami, a więc wszelkie przesłanki, żeby stać się tu gwiazdą. Co bardzo mu się przyda w walce o miejsce w kadrze Polski na Euro 2016. Euro 2008 zaliczył bez ani jednej minuty gry, za rok może być podstawowym piłkarzem drużyny Adama Nawałki. A wówczas okazja przejścia do Bundesligi na pewno znów się pojawi.

Kosecki w SandhausenDziwi mnie za to decyzja Kuby Koseckiego, który zgodził się na wypożyczenie z Legii do SV Sandhausen, 12. drużyny ostatniego sezonu 2.Bundesligi. Nie pojmuję jego motywacji. To prawda, że ostatni sezon był dla niego fatalny, regularnie grzał ławę, więc zmiana klubu była logiczna. Ale dlaczego nie chciał odbudować się w Lechii Gdańsk, klubie z aspiracjami co najmniej na europejskie puchary, pięknym stadionem i niezłymi kolegami?

Dlaczego wybrał piłkarską prowincję? Przyznaję ze wstydem, że nazwę jego niemieckiego klubu usłyszałem po raz pierwszy. Gdyby jeszcze chodziło o klub z bogatą historią i aspiracjami na powrót do Bundesligi jak Kaiserslautern, TSV 1860 Monachium czy FC Nuernberg, ale Sandhausen nigdy nie grał w najwyższej klasie rozgrywek.

Dwa sezony temu walnie przyczynił się do zdobycia przez Legię mistrzostwa Polski, imponując na boisku zadziornością i nieustępliwością, co go na chwilę zaprowadziło aż do reprezentacji. Czy tym razem zabrakło mu nieustępliwości? Tłumaczę sobie, że pewnie koniecznie chciał wyjechać z Polski, mając dość internetowego hejtu swojej osoby, stylu życia, ubioru itp. Może uznał, że w Niemczech szybciej wróci z stron lajfstajlowych na sportowe?

 

Póki co na najciekawszą odyseję wyrasta przejście Sergio Ramosa z Realu do MU, zwłaszcza, że zależy od niego kolejny wielki transfer – przejście Davida de Gei w drugą stronę. Jedni widzą w tym brudną grę pazernego gwiazdora o podwyższenie kontraktu, drudzy frustrację niedocenianego piłkarza, który czuje się wypychany z klubu.

Dlaczego lider defensywy Realu od 10 lat, prawdopodobny kapitan po odejściu Ikera Casillasa, bez którego nie zdobyłby wyśnionej „Decimy”, czyli 10. Pucharu Europy, chce odchodzić z klubu? Ramos zarabia 6 mln euro rocznie, na Old Trafford oferują mu 12. Od Realu chciałby podwyżkę. Nie zaraz taką jak Cristiano Ronaldo, który zarabia czterokrotnie więcej, ale 10 mln euro jak Bale czy Karim Benzema. Na to nie chce się zgodzić prezes Florentino Perez. Prezes najbogatszego klubu świata oferuje Ramosowi 7 mln, tłumacząc, że tamci mają więcej, bo i klub więcej na nich zarabia z praw marketingowych. Jest to ten sam argument, który w swoim czasie usłyszał w Borussii Dortmund Robert Lewandowski, gdy czując się równie istotnym zawodnikiem dla klubu co Marco Reus czy Mario Goetze chciał mieć podobne zarobki. Władze BVB bardzo boleśnie żałowały później swej nieustępliwej postawy, nie mam wątpliwości, że i Perez pożałuje bardzo szybko.

Tymczasem transferowe zamieszanie dopiero się rozkręci. W środę UEFA uchyliła sankcje nałożone na Paris Saint-Germain za złamanie przepisów Finansowego Fair Play. Arabscy właściciele mistrza Francji nie ogranicza już limit 60 mln euro. Będą mogli wydać tyle ile chcą, i nic ich przed tym nie zatrzyma…

Sergio Ramos

Gdzie zabrzmi heavy-metal Kloppa?

Juergen KloppZapowiedź odejścia Juergena Kloppa z Borussii Dortmund wstrząsnęła piłkarskim światem niemal równie silnie jak rozstanie sir Aleksa Fergusona z Manchesterem United, choć Niemiec nie spędził nawet połowy tego czasu w klubie co Szkot i bynajmniej nie rozpoczyna trenerskiej emerytury. Porównanie jest uzasadnione o tyle, że obaj nie tylko stworzyli od zera cały autorski projekt piłkarski (Ferguson nawet kilka razy), dobierając co do jednego każdego z wykonawców. Byli tego projektu twarzą, duszą, nadali mu swój charakter. Czas, zaufanie i pełnia władzy jakie dostali od właścicieli też były porównywalne. Obaj odeszli wtedy kiedy chcieli, a nie kiedy ktoś inny uznał, że powinni odejść. I mieli szacunek i wsparcie trybun nawet w czasie kryzysu, gorzkich porażek i rozczarowań.

Różnica polega na tym, że Ferguson nigdy jak Klopp nie powiedział sobie, że „klub potrzebuje zmiany”, ale „on sam nie jest mu już w stanie pomóc”. Że potrzebna jest osoba o nowym spojrzeniu, która wymyśli drużynę na nowo. Szkot, gdy trzeba był zawsze wymyślał sam. Dlaczego Klopp zostawia po siedmiu latach Borussię jak wcześniej dokładnie po takim samym okresie Mainz? Tamto rozstanie łatwiej było zrozumieć, zostawiał bowiem klub drugoligowy. Z którym wcześniej wywalczył najpierw historyczny awans do Bundesligi, a potem do Pucharu UEFA i stał się jego legendą. Aspiracje młodego trenera, by spróbować czegoś więcej i na większą skalę były jak najbardziej naturalne.
Wdzięczni kibice Mainz śpiewali mu na pożegnanie „You’ll never walk alone”. Można być pewnym, że i fani Borussii zgotują mu królewskie pożegnanie, choć zanosi się na najgorszy sezon pod jego wodzą, który klub skończy bez żadnego trofeum. Każdy jednak pamięta okoliczności w jakich przejmował zadłużonego bundesligowego średniaka i jak wiele osiągnął z nim przez te lata, przełamując na jakiś czas dominację Bayernu Monachium i czyniąc jeden z najbardziej podziwianych i szanowanych za styl klubów w Europie. Ile gwiazd futbolu odkrył, natchnął i wykreował, od mistrzów świata Matsa Hummelsa i Mario Goetze, przez Shinji Kagawę, Ilkaya Gundogana i Nuri Sahna po Łukasza Piszczka i Roberta Lewandowskiego.

Stosunek perfekcyjnych transferów do kiepskich, o których każdy trener chciałby zapomnieć mieli Ferguson z Kloppem zapewne podobny, choć Niemiec w dwóch ostatnich sezonach podejmował wyjątkowo nietrafne decyzje. Dlaczego jednak zamiast po raz kolejny budować w Dortmundzie, postanowił podjąć wyzwanie gdzieś indziej? Przecież – jak sam tłumaczy – to nie efekt wypalenia jak w przypadku Pepa Guardioli, który w 2012 roku porzucił Barcelonę, wycieńczony wysokimi kosztami sukcesu i rywalizacji z Realem Madryt Jose Mourinho. Klopp nie zamierza robić sobie rocznej przerwy od futbolu. Zmierza rozpocząć nowy projekt natychmiast, od razu po zakończeniu sezonu.

To bardzo dobra wiadomość, że za chwilę znów zobaczymy jego pasję przy linii bocznej i jego błyskotliwe analizy na konferencjach prasowych. Pytanie tylko na jakiej ławce i w jakim języku? Wszystko wskazuje na to, że w angielskim. Bardzo możliwe, że w razie niepowodzeń w Lidze Mistrzów, a zwłaszcza w lidze hiszpańskiej następcy Carlo Ancelottiego będzie szukał Real. Jednak wątpliwe, żeby Klopp zdecydował się na pracę w kraju, którego języka nie zna, a przynajmniej tak deklarował. Wielokrotnie opowiadał za to o fascynacji Premier League.
Tam nowego trenera prawie na pewno będzie potrzebował Manchester City – los Manuela Pellegriniego po kolejnej klęsce w Champions League i stracie już 12 punktów w tabeli Premier League do Chelsea jest już raczej przesądzony. Niemiec byłby dla „the Citizens” darem niebios. Mam za to wątpliwości czy wciąż aktualny mistrz Anglii byłby wymarzonym klubem dla Kloppa. Kilka razy wyrażał się krytycznie na temat klubów, działających w futbolu z pozycji siły finansowej, idących na łatwiznę, pogardzających pracą organiczną. Bayern, dokonujący kolejnych wrogich przejęć jego największych gwiazd przyrównał do Chińczyków, którzy „podpatrują jak coś robią inni i po prostu to kopiują, wkładając w to tylko większe pieniądze”.
Poza tym na Etihad zastałby szatnię wymagającą natychmiastowego odmłodzenia (City miało najstarszą kadrę w tej edycji Ligi Mistrzów – tylko dwóch piłkarzy ma mniej niż 30 lat). W dodatku musiałby kupować zawodników mogących zagwarantować natychmiastowy sukces. Nie miałby szansy odkryć kogoś takiego jak Kagawa czy wychować sobie na supergwiazdę jak Lewandowski. Nie dostałby czasu, bo szejkowie czekają na sukces już zbyt długo i wpompowali w w klub już ponad pół miliarda funtów.

Ale jeśli nie City to kto? U bukmacherów wysokie szanse mhttp://zarzadzanie.blog.pl/michalpol.blog.pl/wp-admin/post.php?post=2489&action=edita Arsenal. Klopp do „Kanonierów” pasowałby idealnie. Gdyby tylko Arsene Wenger „poszedł w dyrektory” przenosząc się do zarządu klubu i stamtąd wspierając Niemca, którego filozofia gry i prowadzenia drużyny są mu bardzo bliskie, co wielokrotnie podkreślał. Chwilowo jednak nic nie zapowiada takiego scenariusza, zwłaszcza, że Arsenal spisuje się w sezonie na tyle dobrze, że nikt nie domaga się odejścia Wengera. A Klopp szanuje „Kanonierów” właśnie i za podejście do wieloletniego menedżera. Z klubu dochodzą głosy, że Niemiec byłby idealnym następcą Francuza, ale za dwa lata… Tylko, że nowego sezonu heavy metal Kloppa będzie grał inny zespół, Arsenal zostanie przy koncercie na skrzypce…

Arsene Wenger i Juergen Klopp

Premier League w Trójkącie Bermudzkim

Anglia poza Ligą MistrzówLedwo minął miesiąc od ogłoszenia rekordowego kontraktu za prawa do transmitowania ligi angielskiej (ponad 5 miliardów za trzy sezony, co daje 113 tysięcy funtów za każdą minutę każdego meczu), a „najsilniejsza, najbogatsza i najbardziej ekscytująca ligi świata” skompromitowała się nie wprowadzając ani jednego przedstawiciela do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Po raz drugi w ostatnich trzech sezonach. Żeby tylko Premier League blado wypadła na tle ligi hiszpańskiej, która znów ma w ćwierćfinale trzech reprezentantów. Siarczysty policzek wymierzyła jej liga francuska, której PSG i Monaco wyeliminowało Chelsea i Arsenal, portugalska i przeżywająca kryzys finansowy liga włoska. Europa potraktowała angielskie kluby równie bezlitośnie jak Leo Messi piłkarzy Manchesteru City swoimi „kanałami”.

***
Ta kolejna klęska angielskich drużyn urasta do zagadki Trójkąta Bermudzkiego. Jak to możliwe, że ekipy mające na pokładzie najlepszy sprzęt i najlepszych na świecie specjalistów, których umiejętności i doświadczenie nie budzą wątpliwości, zamiast pewnie i bezpieczne przepłynąć z portu do portu znikają po drodze za sprawą sił iście paranormalnych. Przecież mówimy tu o lidze najbogatszej ze wszystkich, z którą finansowo równać mogą się jedynie futbolowe, baseballowe i koszykarskie odpowiedniki zza Oceanu.
Już dziś przecież szef Premier League chwali się, że spadkowicz po ubiegłym sezonie – Cardiff City zarobił dwa razy więcej niż Bayern Monachium, a beniaminek Burnley finansowo stoi lepiej niż taki Ajax Amsterdam. Gdy nowy kontrakt wejdzie w życie wspomniane Burnley będzie pewnie stać na wykupienie połowy składu Juventusu Turyn czy FC Porto, a Premier League stanie się jeszcze bardziej wyrównana i atrakcyjna.
Pytanie czy już nie stała się ofiarą własnego sukcesu i atrakcyjności. Silna liga dzięki solidarnemu podziałowi wpływów z praw telewizyjnych sprawia, że jak w żadnej inne każdy jest w stanie wygrać tu z każdym. Nigdzie nie ma takiej konkurencji jak na Wyspach. Właśnie trwa tam pasjonująca walka o Ligę Mistrzów z udziałem aż siedmiu drużyn. Tylko czy właśnie z powodu tak wyczerpującej rywalizacji co kolejka, później angielskie drużyny kompromitują się w grupie Ligi Mistrzów (mniej – jak Arsenal czy City, lub bardziej – jak Liverpool, który zdołał wygrać tylko z Łudogorcem Razgrad), a po wyjściu z niej na drugim miejscu natychmiast odpadają?
Właśnie intensywność rywalizacji w Premier League, a przy tym brak dobrodziejstwa przerwy zimowej do pewnego stopnia tłumaczy niemoc angielskich drużyn. Bo już nie sama ilość spotkań. Barcelona eliminując City miała na koncie jedno spotkanie więcej, Chelsea dokładnie tyle samo co PSG (przed rewanżowym meczem miała za to cały tydzień na odpoczynek), a Arsenal, upokorzony na własnym stadionie przez Monaco, zaledwie dwa spotkania więcej niż Francuzi.
Ogromne pieniądze, przyznawane bez względu na wynik na koniec sezonu też nie są bez wpływu na kluby i samych zawodników. Demoralizują przepłaconych piłkarzy, którym ciężej o motywację. I kluby, które z kolei przestają prowadzić rozsądną politykę transferową. Ich kadry rozrastają się do gigantycznych rozmiarów. Tworzą przy tym gwiazdozbiór bez tożsamości. Jak na lekarstwo w nich wychowanków albo choćby Anglików, bo ich ceny są wywindowane pod niebiosa. Ostatnio narzekał na to zjawisko trener City, Manuel Pellegrini, który utyskiwał w „Guardianie”, że choć chciałby mieć w składzie angielskich zawodników, nie ma ich skąd wziąć, bo byle lewy obrońca jak Luke Shaw wyceniany jest na 35 milionów funtów, a za Raheema Sterlinga musiałby zapłacić Liverpoolowi ze 100 milionów funtów.
***
Poza tym wspólnym mianownikiem historia klęski każdej z angielskich drużyn jest inna. W Manchesterze City szósty raz z rzędu zawiódł trener nie umiejący wykorzystać potencjału światowej klasy, ale już co raz bardziej podstarzałych, milionerów (najwyższa średnia wieku ze wszystkich drużyn w Champions League). Chelsea zatraciła to co zawsze charakteryzowało drużyny Jose Mourinho: pozwoliła sobie strzelić gole po stałych fragmentach, w samej końcówce meczu i dogrywki, nie potrafiła wykorzystać gry z przewagą zawodnika. Jak tłumaczył sam Portugalczyk, nie uniosła presji. A Arsenal po raz piąty zrealizował doroczny scenariusz: zawalił kompletnie mecz u siebie, by w heroicznej pogoni w rewanżu zabrakło mu jednej bramki do awansu. Obie londyńskie drużyny odpadły z powodu goli na wjeździe.
I tu właśnie najzabawniejszy sposób na wyjście angielskich drużyn z europejskiego impasu znalazł Arsene Wenger. Zastrzegł co prawda, że żadnego kryzysu nie widzi, dodał za to, że dobrze byłoby zrezygnować z… reguły, że gole zdobyte na wyjeździe liczą się podwójnie. Jego zdaniem przepis jest przestarzały, wymyślono go w latach 60. ubiegłego wieku żeby zachęcić drużyny do ofensywnej gry na wyjeździe zamiast kurczowej obrony. Nie pasuje do współczesności, w której gole na wyjeździe znaczą zbyt dużo, należy więc go zmienić. Rzeczywiście zarówno rywalizacja Arsenalu z Monaco jak i Chelsea z PSG skończyła się wynikiem 3:3. Czy Anglikom wystarczy więc wyćwiczyć rzuty karne?

Arsenal – BVB. Klopp zastąpi Wengera? Powinien!

Klopp i WengerOglądając starcie Arsenalu z Borussią Dortmund na Emirates będę się zastanawiał czy przypadkiem nie jest pojedynek ustępującego trenera „Kanonierów” ze swoim następcą. Bo powinien być! Już nie tylko co raz większa część kibiców Arsenalu, ale po powoli i członkowie zarządu dochodzą do wniosku, że Arsene Wenger wypełnił swoja misję i nie ma już nic do dodania. Od lat, mimo zmiany podejścia trenera do wielkich gwiazd, Arsenal traci szanse na tytuł jeszcze przed Świętami, co wywołuje frustrację fanów i doroczną krytykę menedżera. Tym razem jednak „Kanonierzy” przeżywają najgorszy sezon nie tylko pod wodzą Francuza, ale od 32 lat. Sobotnia porażka wydawało się, przezywającym jeszcze głębszy kryzys z Manchesterem United przelała czarę goryczy – Arsenal nie wygrał żadnego z ostatnich 16 spotkań ligowych z drużynami z topu jak Chelsea, Manchester City czy MU. Rozsierdzeni fani szykują przed Emirates demonstrację przeciwko dalszym rządom Francuza.

Oczywiście nikt nie domaga się wyrzucenia Wengera na bruk, w niesławie jak nie przymierzając Davida Moyesa. Ma zbyt wielkie zasługi dla klubu. Ale i dla Francuza i dla Juergena Kloppa to idealny moment, żeby zrobić krok w karierze. Dla Wengera na fotel dyrektorski, dla Niemca – do wymarzonej Premier League, czego nie ukrywa. I to do klubu, którego DNA jest mu najbliższe. Jego Borussia gra atrakcyjny, ofensywny futbol jak Arsenal za czasów Henry’ego, Piresa i Vieiry, stawia na młodzież, drożej sprzedaje niż kupuje, niczym Wenger – Anelkę, potrafi wypatrzeć brylant w Kagawie czy Lewandowskim.

Klopp pracuje już w Borussii Dortmund siedem lat, czyli tyle ile spędził w Mainz. Długo opierał się potędze Bayernu Monachium, na dwa sezony nawet ją skruszył, ale dziś status quo wygląda na ustalone na lata. W dodatku BVB nie dość, że przestała być głównym konkurentem Bawarczyków to jeszcze kiepsko wyglądają jej perspektywy na Ligę Mistrzów.

I dla Arsenalu i dla Kloppa byłoby lepiej gdyby szybciej trafił na Emirates niż gdyby miał go capnąć np. Man City, bogacz mający problemy z finansowym Fair Play, jakim Niemiec zawsze lubił rzucać wyzwanie…

Klopp i Wenger

 

Droga do finału. Żywot Fabiana (i konkurs)

Czy Arsenal na Allianz Arena będzie w stanie odrobić straty z pierwszego meczu z Bayernem przegranego na Emirates 0:2. Teoretycznie: dlaczego by nie? Przecież przed rokiem był w stanie wygrać w tym samym miejscu w tych samych rozgrywkach 2:0, a przecież taki wynik dałby piłkarzom Arsene Wengera dogrywkę, zaś w dogrywkach jak wiadomo „wszystko może się zdarzyć”. To czysta teoria, bo Bayern Monachium nie jest tą samą drużyną co przed rokiem. Jest obrońcą trofeum (co prawda jak wiemy nad obrońcami ciąży klątwa: jeszcze żaden trofeum nie obronił, ale o awansie do ćwierćfinału klątwa nic nie mówi). I rekordzistą: w ostatniej kolejce zespół Pepa Guardioli odniósł 16. zwycięstwo z rzędu w Bundeslidze i zanotował 49. mecz bez porażki. Do tego komplet zwycięstw w 10 ostatnich meczach, 37 goli strzelonych i tylko 3 stracone. Kto próbuje grać z Bayernem jak równy z równym, kończy jak Wolfsburg, który odważył się wyjść na rywala ofensywnie i nawet pierwszy strzelił bramkę, ale mistrzowie Niemiec odpowiedzieli pięcioma golami w 17 minut i skończyło się wynikiem 6:1. Dokładnie tak samo jak mecz w poprzedniej kolejce Bundesligi z Schalke, które wcale nie chciało grać z Bawarczykami otwarcie.

Przy nawet więc najbardziej sprzyjających okolicznościach dla Arsenalu (szybko strzelony gol, jakaś czerwona kartka tym razem dla Bayernu) ciężko mi sobie wyobrazić, żeby gospodarze nie strzelili u siebie gola. Przed rokiem nie strzelili. Zadbał wtedy o to Łukasz Fabiański i znów zadanie zapewnienia „Kanonierom” na Allianz Arena czystego konta spadło na rezerwowego Arsenalu. Czy podoła? Zobaczymy. Na pewno brak Wojtka Szczęsnego w bramce nie jest dla Wengera katastrofą przemieniającą zadanie w mission: impossible. W tych nielicznych meczach, w których dostał szansę w tym sezonie Fabian wypadł nadspodziewanie dobrze.

Konkurs: Twój przypadkowy bohater

I tu przechodzimy do części konkursowej. Do wygrania są pięciolitrowe beczułki Heinekena, sponsora Ligi Mistrzów, dzięki któremu mecze można oglądać za darmo (za kod z kapsla) w jakości HD na liga.heineken.pl. Trwa też tam konkurs, w którym główną nagrodą jest wyjazd na finał na Estadio da Luz w Lizbonie. U mnie zaś do wygrania jest piwo, które umili Wam oglądanie transmisji pozostałych meczów 1/8 finału. Opiszcie w komentarzach – najlepiej najładniej jak potraficie, nie chodzi mi o nazwisko i nazwę meczu, ale opis sytuacji – przypadek, w którym rezerwowy okazał się absolutnym bohaterem i katalizatorem sukcesu. Sukcesu – który, gdy ów rezerwowy wchodził na boisko, albo gdy gwiazdor, którego miał zastąpić wypadał ze składu – wydawał się już definitywnie zaprzepaszczony. Rozumiecie o co mi chodzi. Niespodziewany ratownik, bohater mimo woli (mimo woli trenera, kolegów, kibiców, bo miał grać kto inny). Najlepsze przykłady i najbardziej przekonująco opisane nagrodzę już w czwartek. Czekam do ostatniego gwizdka ostatniego środowego meczu Ligi Mistrzów. I jednocześnie zapraszam do oglądania studia Ligi Mistrzów na żywo na Onet.pl, moim gościem będzie jak zwykle Maciej Szczęsny (ostatnio nie szczędził Wojtkowi krytyki za „czyny i gesty”) oraz dyrektor piłkarskiej reprezentacji Polski Tomasz Iwan. Zapraaaszam! :)

Liga Mistrzów. Droga do finału

I za to kocham Ligę Mistrzów! Że wyzwala Was właśnie takie emocje i wspomnienia, z którymi się podzieliliście. Wszystkie są ujmujące, w większości jest ta odrobina magii, nawet w jednym zdaniu, słowie. To nie przypadek, że kilkakrotnie pojawiło się określenie „spełnione marzenie”. Mogłem nagrodzić tylko pięć prac (niektóre to małe opowiadania albo minieseje – zobaczcie zresztą sami). Ktoś dzięki finałowi Ligi Mistrzów uniknął życiowej pomyłki;), ktoś opisuje spełnienie podczas pierwszego meczu obejrzanego z trybun, ktoś oddaje hołd dziadkowi, z którym oglądał mecze… Piękne historie i jestem z Was dumny.

Na pewno to nie ostatni konkurs literacki przy okazji tej edycji, z każdym potwierdzacie, że warto je robić. Poproszę zwycięzców o mejle z adresem, a beczki ruszą w drogę. Wy wszyscy zaś możecie wyruszyć w „Drogę do finału”, biorąc udział w konkursie pod tą nazwą na www.liga.heineken.pl

Przypominam też że dziś (wtorek) i jutro (środa) o 20.00 na eurosport.onet.pl i przegladsportowy.pl pierwsze Studio Ligi Mistrzów na żywo „Drogę do finału” – moimi gośćmi będą Maciej Szczęsny i Jakub Rzeźniczak. Zanosi się, że 1/8 finału zacznie się od trzęsienia ziemi, nawet jeśli rację ma Jose Mourinho, zarzucając Barcelonie, że ma najsłabszą drużynę od lat to na Etihad zagrają dwie drużyny kochające ofensywny styl gry, wierne swej filozofii, mający w składach najlepszych piłkarzy, jacy grają w naszych czasach, i trenerów, którzy wiedzą o sobie wszystko. Na pewno będzie się działo i moim zdaniem ten dwumecz nie ma faworyta…

Oto wyróżnione notki:

scv78
AC Milan – Liverpool FC, 2005

Z tamtym majem wiązałem wielkie nadzieje. Ponieważ udało mi się załatwić piękną żaglówkę na Jeziorze Solińskim, udało się zebrać na tą łódkę fajną ekipę, udało się uzyskać tydzień urlopu, udało się wstrzelić z tym urlopem w naprawdę piękną pogodę, a przede wszystkim – udało się zwabić w to wszystko pewną Anię, dookoła której od mniej więcej dwóch miesięcy odbywałem taniec godowy, co jak dla mnie stanowiło dostateczny dowód na istnienie Boga, co z kolei prowadzi do prostej konkluzji, że ateizm to nie stan wiary, a kwestia braku endorfiny.
Przez kolejne cztery dni – tokowałem. Uczęszczałem na dyskoteki, udawałem że interesuję się sztuką nowoczesną, teatr owszem, filharmonia – przy każdej okazji, alkohole – umiarkowanie, jeśli już to wina, z zapałem twierdziłem, że dzień bez Wisławy Szymborskiej jest dniem straconym, kłamałem, że uwielbiam patrzeć nocą w gwiazdy i że jestem prawdziwym fanatykiem długich spacerów. Jednym słowem robiłem takie rzeczy, że każdy cietrzew w trakcie rui mógłby do mnie mówić „mistrzu”. Ale warto był, gdyż owa Ania z każdym kwadransem miękła i stawała się coraz bardziej spolegliwa. Zwieńczeniem mojego bezwzględnego dążenia do zespolenia była środowa dyskoteka, w trakcie której udało się uzyskać zapewnienie iż moje starania zostały dostrzeżone, zaś anine oko stało się mi przychylne, na co wysunąłem propozycję, by może udać się wcześniej na łódkę i na ten przykład posprzątać kambuz (młodzież w tym momencie powinna robić notatki – przyp. scv). Ania się uśmiechnęła i powiedziała, żebym poszedł pierwszy, zrobił klimat, zaś ona dotrze za pół godziny gotowa na … właściwie cokolwiek tu napiszę – czy to będzie wytrzepanie dywaników, starcie kurzy, czy polerowanie kryształów – zabrzmi bardzo dwuznacznie, wiec poprzestańmy na wielokropku.
Drogę powrotną przebyłem pół metra nad ziemią, zastanawiając się, skąd wezmę świeczki, błękitny ser pleśniowy i płyty Chrisa de Burgha (młodzież – notatki, przyp. scv), zaś oczyma wyobraźni widziałem naszą 9 metrową Sportinę noszącą dumną nazwę „Chwała Przodkom” rozkołysaną niby podczas białego szkwału, pomimo totalnej flauty.
Ale bóg niżu demograficznego zagiął na mnie parol i postawił na mojej drodze budkę bosmanatu z wyłączonym telewizorem. Wyłączonym, ale działającym. Włączyłem – Liverpoo lwłaśnie przegrywał z Milanem 0-3 i zdawał się nie istnieć. Bardzo mnie to ucieszyło – wprawdzie kibicowałem angolom, ale wynik sugerował że bez dylematów będę mógł powrócić na kurs kolizyjny z Anią, bez zawracania sobie głowy rzeczami tak błahymi jak jakieś jednostronne widowisko. W międzyczasie pojawił się bosman, z którym wymieniłem kilka zwyczajowych uprzejmości i zaczęła się druga połowa. Doszedłem do wniosku, że łódka w gruncie rzeczy nie potrzebuje żadnych specjalnych przygotowań. Gola Smicera przyjęliśmy wprawdzie bez emocji, ale gdy chwilę później poprawił Gerrard, to wrzasnęliśmy z radości, na co przybiegło trzech kolesi grillujących na kei, zaś ja sobie pomyślałem, że świeczki można odpuścić, gdyż na jachtach zabrania się trzymania otwartego źródła ognia, a zamiast puszczać Chrisa de Burgha mogę jej zanucić „Hiszpańskie dziewczyny”. Chłopaki od grilla zobaczyli, że jest mecz, więc pobiegli po piwo i kiełbaski, na co Xabi Alonso strzelił trzeciej bramkę dla Liverpoolu, na co ja z bosmanem wrzasnęliśmy z radości, na co chłopaki od grilla szybko wrócili bez kiełbasek i piwa, po czym wściekli się i powiedzieli, że możemy sami iść po kiełbaski i piwo, gdyż jak tylko oni spuszczają oko z telewizora, to się dzieją rzeczy epokowe. No to poszliśmy po te kiełbaski i piwo, przy czym ja sobie pomyślałem, że opędzluję swoją Anię ciepłą herbatą i że skoro babki będące przedmiotem zakochania tak bardzo lubią ser z pleśnią, to być może uda mi się znaleźć coś zepsutego do jedzenia.
Gdy wróciliśmy do bosmanki, to okazało się, że nikt w międzyczasie nie dokonał rzeczy epokowych, ale za to przybyła tam już cała masa chłopów, zaś przyniesione przez nas piwo i kiełbaski są ledwo jednymi z licznych. Gdybym się chciał wtedy nad tym zastanawiać, to pewnie pomyślałbym, że znamy się z Anią stanowczo zbyt krótko, aby decydować się na pochopne pożycie pod pokładem „Chwały Przodkom” (młodzież notuje i podkreśla na czerwono!), ale się nie zastanawiałem – bez jaj, na ekranie działy się rzeczy epokowe, a Ani biust kwalifikował się ledwo do kategorii bardzo ładny, bez ambicji na „monumentalny” czy przynajmniej „epicki”.
O meczu mówił nie będę – jeśli na tym blogu są tacy, którzy nie wiedzą co było dalej, to znaczy że się pomylili i żeby trafić na blogi modowe to trzeba w guglach wklepać „Kasia Tusk”. Grunt, że wypiłem ocean piwa, zjadłem kontynent kiełbasek i ściskałem się z obcymi, spoconymi facetami, gdyż okazało się, że każdy od początku kibicował Liverpoolowi i nikt ani przez chwilę nie dopuszczał do siebie myśli że 0-3 to koniec ścieżki.
Chwiejąc się jak te maszty co miały się chwiać ugięte siłą mojego zaniązespolenia, dotarłem na naszą Sportinę, rozgarnąłem na boki obydwie pikujące ku mnie burty i szturchnąłem śpiącą Anię na znak że już jestem. Potem jeszcze streściłem jej przebieg drugiej połowy, pokazując jak – autocytuję – „Dudek wygrał, bo kręcił dupką”, swoje słowa obrazując układem choreograficznym, równie dobrze mogącym stanowić brawurowe odegranie scenki „Mężczyzna operuje sześcioma hula-hop jednocześnie”, oczekując że Ania ze zrozumieniem się uśmiechnie i powie „Ach, to stąd to spóźnienie! Ale nieważne, powiedz mi tylko jeszcze jak zagrał Maldini i obejmij mnie, na objęciu nie poprzestając, ach”.
Ania nie sprostała oczekiwaniom. W prostych, żołnierskich słowach wyraziła rozczarowanie okruszkami na pokładzie, brakiem świeczek, brakiem wina, brakiem sera pleśniowego, brakiem Chrisa de Burgha i brakiem mnie, przy czym to ostatnie jest najmniej istotne, gdyż jestem – i tu znów powracamy do nomenklatury kojarzącej się z zasadniczą służbą wojskową i problemami finansowymi polskiej armii, sprawiającymi, że żołnierze zamiast na poligonie, czas trawili na czyszczeniu toalet w koszarach.
Wyjazd ten uświadomił mi, że nie powinienem się wiązać z Anią. Różnił nas cały system wartości, ja byłem dobry, a ona zła.

M
Manchester United – Arsenal, 2009

Mój pierwszy a zarazem jedyny mecz Ligi Mistrzów obejrzany na żywo, wspominam z wielkim sentymentem. Może dlatego, że był pierwszy, a może dlatego, że zadałem sobie wiele trudu żeby go zobaczyć. 29 kwietnia 2009 r., półfinał Ligi Mistrzów, Old Trafford, Manchester United – Arsenal Londyn. Pierwszy problem, to jak zdobyć bilet. Manchester United miał wtedy porozumienie z platformą Viagogo. Posiadacze karnetów mogli za jej pośrednictwem sprzedać bilety żeby tacy osobnicy jak ja mieli możliwość je kupić.
Oczywiście, łatwo się mówi, bilet nawet jeśli się na Viagogo pojawiał znikał w kilka sekund. Zatem na trzy dni przed meczem siedziałem całą niedzielę na Viagogo odświeżając stronę i czekając na szansę. W końcu po paru godzinach udało się! Należy się tu wyjaśnienie, że po pojawieniu się biletu w sprzedaży, trzeba było go kupić w ciągu 10-15 sekund, żeby ktoś nie okazał się szybszy.
Pracowałem wtedy w Irlandii na nocną zmianę, trzy dni przed meczem nie było szansy żeby wziąć urlop. Nie zamierzałem się jednak tym przejmować. Dogadałem się ze zmiennikiem, że w środę w nocy się spóźnię dwie godziny i temat był załatwiony.
W środę o 7.00 rano skończyłem pracę i wyruszyłem na mecz. Nie było o tej porze połączenia do Manchesteru zatem poleciałem do Londynu. Stamtąd zamierzałem pojechać pociągiem do miasta docelowego lecz uznałem, że nie ma czasu. Musiałem się przecież wyspać po całej nocy w pracy. Więc wsiadłem w samolot i po czterdziestu minutach byłem już w Manchesterze. Tam miałem zarezerwowany pokój, przespałem się i wyruszyłem na stadion. Niestety, nie przewidziałem, że będą takie korki a ja jeszcze musiałem odebrać bilet. W końcu spóźniony jakieś pięć minut wszedłem na stadion. Żałuję, że nie mogłem usłyszeć na żywo hymnu Ligi Mistrzów. Manchester miał wtedy świetną drużynę. Van der Sar, Vidić, Ferdinand, Evra, Ronaldo, Rooney, Tevez, na rezerwie Giggs i Barbatov. No i sir Alex Ferguson. W Arsenalu Fabregas, Nasri , Walcott, Adebayor, jeszcze bez Szczęsnego w bramce.W 17 minucie John O’Shea dał prowadzenie gospodarzom, udało mi się uwiecznić ten moment na filmie. Jak pamiętamy rezultat nie uległ już zmianie, ale mecz był świetnym przeżyciem.
Po zakończeniu spotkania trzeba było szybko wracać do Irlandii do pracy. A razem ze mną wychodziło ponad 70 tysięcy osób. Biegłem w morzu ludzi by złapać taksówkę i zdążyć na samolot. Udało mi się dotrzeć na lotnisko na czas i około pierwszej w nocy byłem już pracy. W tamtym sezonie miałem jeszcze przyjemność świętować na Old Trafford zdobycie osiemnastego mistrzostwa Anglii. Również po meczu z Arsenalem tym razem zakończonym wynikiem 0-0, ale to już opowieść na inną okazję

Michał
Borussia Dortmund – Juventus Turyn, 1997

Przygodę ze świadomą Ligą Mistrzów zacząłem z wysokiego „C”, bo od razu od finału. Mecz Borussia (jeszcze wtedy nie określana mianem „polskiej”  ) kontra Juventus. Przed telewizorem dwuosobowy skład: ja, mały chłopczyk, spędzający popołudnia na zdzieraniu kolan i pogonią za marzeniem o karierze piłkarza oraz mój starszy brat, wielki wielbiciel sportowy, interesujący się chyba każdą dyscypliną, od piłki nożnej, przez siatkówkę, po darta czy bule francuskie włącznie… Rok 1997, końcówka pierwszej klasy szkoły podstawowej, dwa dni do moich ósmych urodzin, telewizor UNITRA w drewnianej obudowie z sześcioma przyciskami do przełączania kanałów, który od czasu do czasu trzeba było stuknąć jak przestawał nadawać sygnał. To, że akurat były dwa dni do moich urodzin pamiętam doskonale, ponieważ mama raz po raz kazała mi iść już spać, bo przecież: „jutro masz na rano do szkoły!”. Bronił mnie wtedy starszy brat, który notabene namówił mnie do oglądania tego meczu, używając przeciwko mamie argumentu o zbliżających się urodzinach… Udało się przekonać mamę więc zaczynamy oglądać. Ja w łóżku, w piżamie i pod kołdrą, on w wygodnym fotelu. Nie pamiętam za kim był mój brat, ja natomiast byłem bez stronniczy. Pierwsze dwie bramki dla Dortmundu gdzieś wyparowały z biegiem czasu z mojej głowy. Dopiero włączając filmik z tego meczu, coś w głowie zaczyna wracać. Bramkę na 2:1, którą strzelił Del Piero pamiętam już jednak doskonale. Piękny, magiczny gol. Po tej bramce już chyba lekko brało mnie na sen, bo obudził mnie krzyk komentatora (nie pamiętam, nie sprawdzałem, ale jestem niemal pewien że Pana Darka) po zdobyciu gola przez Larsa Rickena. Jak otworzyłem oczy piłka była już w siatce, jednak pamiętam powtórki tego niesamowitego loba niemieckiego chuderlaka. Choć już ledwo wygrywałem walkę ze snem, co chwilę dobudzał mnie brat, żebym wytrzymał i zobaczył koronację. Warto było czekać, chwila którą pamiętam do dziś. Wznoszony puchar, który widziałem pierwszy raz. Hymn Ligi Mistrzów, który tego dnia pierwszy raz świadomie usłyszałem. Kolejne edycje Ligi Mistrzów zacząłem oglądać już samodzielnie, bez namawiania przez brata. Finał z 1997r. to też masa wspomnień dotyczących piłkarzy obu drużyn. Po jednej stronie Sammer, Moller, Chapuisat, po drugiej Peruzzi, Zidane, Vieri, Del Piero. Po jakimś czasie miałem plakaty (z Brawo Sport? ) obu drużyn sprzed finału, które dumnie wywiesiłem na drzwiach swojego pokoju. Ten mecz był początkiem mojej przygody z oglądaniem Ligi Mistrzów, która trwa do dziś, a zapewne będzie trwała do końca mojego życia. Chciałbym kiedyś dla swojego synka/bratanka (bo młodszego rodzeństwa nie mam) zapewnić takie wspomnienia dotyczące Ligi Mistrzów, jak brat zapewnił mi! I z pewnością do tego będę dążył…

bond.james-bond
Inter Mediolan – Bayern Monachium, 2010

Krzysztof Krawczyk. Od kiedy pamiętam w domu mojego dziadka usłyszeć można było „Parostatkiem w piękny rejs”, „Ostatni raz zatańczysz ze mną” czy „Chciałem być”. Tę ostatnią piosenkę znałem na pamięć, choć muszę przyznać, że czasem zdarzało mi się celowo zmieniać jej słowa. I tak zamiast „chciałem być marynarzem” w mojej głowie roiło się „chciałem być piłkarzem”, dalej już nawet się zgadzało, bo i „podróżować, zwiedzać świat” i „pięknie żyć, garściami życie brać” ściśle wiązały się z wizją 10-11 letniego chłopaka na temat kariery piłkarza. Dziś pewnie równie istotnymi słowami byłyby „i wiele pięknych, pięknych kobiet znać”, ale wtedy?

Jedynymi momentami kiedy Krzysztof Krawczyk przegrywał z rzeczywistością i usuwał się w bok były mecze. Z dziadkiem oglądałem dużo piłki. Lubił ją tak samo jak Krawczyka. U mnie proporcje były trochę inne. Podśpiewywałem sobie co prawda „jak minął dzień”, ale o wiele bardziej lubiłem nucić hymn Ligi Mistrzów i czekać na Dariusza Szpakowskiego „gdy głos jego brzmiał jak szum ‚Blue Hawai’”. Akurat tak się składało, że ważniejsze mecze oglądałem razem z dziadkiem, nie mieszkał daleko, więc nie było problemu z dotarciem na miejsce. Do (naj)ważniejszych meczów zaliczam finały Ligi Mistrzów, więc z dziadkiem obejrzałem i cudownego woleja Zidane’a w 2002 roku przeciwko Bayerowi i wspaniały powrót Liverpoolu 3 lata później. Dziadek po tym meczu stwierdził, że „noc za krótka na sen” i miotał się po domu, jakby był uosobieniem słów „gdzieś by się szło, coś by się chciało, już prawie noc; a mnie wciąż mało; i nosi mnie po mieście, czort wie, gdzie…”. Jestem pewien, że tamtego dnia żyło mu się dobrze. Obejrzałem z nim 11 finałów Ligi Mistrzów, ale od kilku lat wynik ten stanął w miejscu. Na zawsze. MÓJ PIERWSZY MECZ LIGI MISTRZÓW będący finałem bez dziadka oglądałem w 2010 roku. Zabrakło jego, ale nie zabrakło Krzysztofa Krawczyka. Kto by pomyślał, że zatęsknię za panem Krzysztofem. Znałem wszystkie jego piosenki, ale przecież nigdy nie słuchałem ich sam, zawsze to dziadek włączał, a ja byłem tylko biernym słuchaczem. 22 maja 2010 roku jednak musiałem. Musiałem znów posłuchać „Rysunku na szkle”, „Byle było tak” i kilku innych klasyków gatunku. I wspomnienia ożyły.
Na murawę Estadio Santiago Bernabeu wyprowadził piłkarzy Interu i Bayernu Howard Webb, który dla Polaków był jak ten „przyjaciel” z piosenki, który dostał gitarę, dostał samochód, ale żonę wziął sobie sam. W mecz dobrze wszedł Arjen Robben. W 10 minucie przeprowadził akcję w swoim stylu. Urwał się obrońcy na prawym skrzydle, a następnie serią trudnych do przewidzenia zwodów na zamach dośrodkował w pole karne, ale piłkę w ostatniej chwili zdołali wybić obrońcy. Inter szybko odpowiedział dwoma rzutami wolnymi Sneijdera, a mi w głowie układały się wersy „i przegoń stres i przegnaj strach; spróbuj się dopatrzyć w życiu jasnych barw”. Tak zagrał Inter już do końca. W 35 minucie piłkę z własnego pola karnego wybijał Julio Cesar, głową piłkę do Sneijdera zgrał Milito, a najlepszy piłkarz tamtego roku dobrze wiedział, co należy zrobić w takiej chwili i momentalnie trącił piłkę do rozpędzonego niczym „parostatek w piękny rejs” Diego Milito. Raz, dwa i piłka w bramce. „Zatańczysz ze mną jeszcze raz” zdawał się mówić do Martina Demichelisa jego rodak ciesząc się po strzeleniu gola. Diego słowa dotrzymał w drugiej połowie, z tym że jego kolega z reprezentacji znów pogubił kroki i mógł tylko pocieszać się nucąc pod nosem „już nie zmienisz teraz nic; nie przewidział tego nikt; że nasz niezwykły sen; jak mgła rozpłynie się.” Z tym „nie przewidział tego nikt”, to panie kolego Demichelis bym jednak nie przesadzał. Prawdziwą furorę następnego dnia robił esemes Mourinho do Marco Materazziego wysłany w odpowiedzi na pytanie Włocha „i jak Bayern, trenerze?”. Oglądający właśnie ostatnią kolejkę Bundesligi Portugalczyk odpisał „wygramy 2-0”. Toteż głupio było jeszcze coś w tym meczu strzelać. Odgryzać za to próbował się Bayern, który ewidentnie nie przyłożył się do rozpracowania przeciwnika nie znając tak kluczowych tajemnych esemesów! A tak „nadziei iskra błysła w nas i zgasła w nas, jak niepotrzebna łza”, których nie zabrakło po końcowym gwizdku. Choć zapewne tego wieczora najbardziej płakał wspomniany Materazzi, który kilka godzin później w katakumbach stadionu w Madrycie nie mógł pogodzić się z decyzją Jose Mourinho o odejściu z Interu. Trener tylko objął zapłakanego Włocha i zdaje się, że szepnął do ucha „choć nam będzie siebie brak; choć poznamy ciszy smak; nie cofnie czasu nikt; gdy w oczy zajrzy świt; podzielimy świat na pół; pogubimy resztki słów; i zanim minie dzień; zapomnieć zdążysz mnie”. I to była jedyna pomyłka „The Special One” tego dnia. Nikt nie zdołał zapomnieć o Mou w Mediolanie.

A ja? A ja czułem lekką pustkę oglądając pierwszy finał Ligi Mistrzów w życiu bez mojego dziadka. Uczucie to łagodził Krzysztof Krawczyk. Łagodzi do dziś.

Uosiu
Real Madryt – Bayer Leverkusen, 2002

Bardzo chętnie poznam jedną osobę, jeśli oczywiście spełni moje wymagania. Nie, nie jest to ogłoszenie matrymonialne, nie zaoferuję nikomu dobrze płatnej pracy i nie chodzi o intratne interesy. Mało tego, że chcę poznać. Z radością uścisnę rękę, postawię najlepsze piwo i ze współczuciem pożegnam. Spytacie: kim ma być owa, na razie tajemnicza, osoba? Otóż, musi posiadać jedną cechę i oryginalną warstwę przeżyć. W skrócie: nigdy, przenigdy nie miała ciarek podczas słuchania Hymnu Ligi Mistrzów.

Dobrze wiem, ze nie ma takich osób, bo kogo nie poruszy podniosła melodia, wbijająca w serce igły dobitnych emocji, motywująca zawodników i kibiców do oddania wszystkich swoich sił podczas wieczornego widowiska. Chyba tylko piłka, niemy uczestnik, zdaje się być zawsze nieporuszona wibracjami nastrojów ogarniających stadion.
Tak było również tym razem, choć po raz pierwszy mecz wydawał mi się niezmiernie ważny, wskakując w hierarchii na najwyższy stopień podium mojej osobistej klasyfikacji. To była środa. Wtedy jeszcze nikt nie myślał o reformie zmieniającej dzień finału na sobotę. Może to i lepiej, wszak wtorki i środy na zawsze wiązać się będą z Champions League. Przyznam się szczerze, nie znam konkretnej daty. Wiem tylko, że był to maj 2002 roku, a niektórzy piłkarze mieli już w głowach Mundial w Korei i Japonii. Została jednak dwudziestka dwójka (doliczyć rezerwowych!), których myśli koncentrowały się na stadionie w Glasgow.

Wówczas moim ulubionym zawodnikiem był Brazylijczyk, Ze Roberto. Świetna technika, doskonała zwrotność i finezja. Był zawsze trochę „z boku”, jednak na mnie robił niezwykłe wrażenie. Pech chciał, że mimo gry jego drużyny z Leverkusen w finale, on musiał zostać na trybunach. Pauza za kartki. Coś takiego, w takim momencie to musi być bolesny cios dla każdego. Paradoksalnie, najbardziej bolesny dla kibiców.
Obok drużyny Bayeru Leverkusen, na murawę wyszła ekipa „Galcticos” z Madrytu, której niekwestionowanym liderem był Zidane. Przyznaję, nigdy nie przepadałem, zarówno za Zizou, jak i jego klubem. W ten sposób, staje się jasne za kim było moje serce, które w trakcie tego spotkania przeżywało zarówno te piękne, smutne, jak i nerwowe momenty.

Do rzeczy! Mecz rozpoczął się bramką Raula, jednak niedługo potem odpowiedź dał, nie kto inny jak rodak Ze Roberto, Lucio, który miał stać się później jedną z gwiazd Mistrzostw Świata. To było coś nie do opisania, choć zostało jeszcze wiele minut, podczas których mogło zdarzyć się naprawdę wszystko.

Niestety, dla mnie, zdarzyło się. Do dziś pamiętam pędzącego lewym skrzydłem Roberto Carlosa (dziś powiedzielibyśmy, że jak Usain Bolt). Jego dośrodkowanie, trochę przypadkowe, nie zapowiadało jednak chwil euforii dla fanów Realu, a grozy i rozpaczy dla ich przeciwników. Jednakże piłka, a właściwie kierujący nią Zidane, sprawił, że to co jeszcze przed sekundą wyglądało na chaotyczną grę, przybrało formę eksplozji, doprowadzającej do skrajnych emocji, budzącej żywioł, nie dający się określić nawet przez najbardziej wyrafinowane badania socjologiczne. Futbolówka znalazła się na stopie Zidane’a, a ten strzelił wprost w „okienko”, nie dając szans Hans-Jörg Buttowi.

Przeżyłem niezwykłe doznanie. Z jednej bowiem strony, dopadło mnie coś w rodzaju złości, każącej ze smutkiem spoglądać na ekran telewizora, bez szans na pozytywną reakcję. Druga strona, wydaje mi się bardziej ciekawa. Piękno bramki, piękno chwili wzbudziło we mnie zupełnie nieoczekiwaną radość, trudną do zrozumienia, gdy się jej nie przeżyło. Fantastyczna bramka „wgniotła mnie w fotel” i pozostawiła w niezwykłej, można rzec: dziwnej sytuacji, śmiesznej pozie.

Wynik był dla mnie rozczarowaniem. 2-1 dla Realu. Smutek, ale jednocześnie bramka, którą na zawsze będę miał w pamięci. Pochodzę z, chyba ostatniego, pokolenia, które spędzało całe dnie na boisku. O tym jak bardzo miałem ją „w głowie” (bramkę), a także moi koledzy, niech świadczy fakt, że przez wiele miesięcy trenowaliśmy na podwórku „strzał Zidane’a”, udoskonalając nasze uderzenie z woleja. Majowy wieczór ze wspaniałym meczem utkwił we mnie dość głęboko. Od tamtej chwili, gdy nikt nie słyszy, często nucę nieśmiertelną i pełną uroku melodię hymnu koronacyjnego Haendela. Tylko nikomu nie mówcie!

Oraz wyróżnienie książkowe dla ucan (w mejlu ustalimy jaka to będzie pozycja;) jedynej dziewczyny w tym towarzystwie i tamtym, podczas oglądanie pierwszego meczu LM, także za współpracę z bratem…

ucan
Real Madryt – Valencia, 2000

24 maj 2000 rok – mój pierwszy raz z futbolem najczystszej postaci. Wspomnienie tamtego dnia żyje we mnie do dzisiaj, a przywołanie go wzbudza we mnie nadal te same emocje.
Do ojca przyszli koledzy na mecz, mama poszła z koleżankami na damskie ploteczki. Małe brzdące miały siedzieć w swoich pokojach. Wraz z bratem postanowiliśmy tym razem nie zrezygnować z walki o możliwość obejrzenia meczu marzeń. Za dnia biegaliśmy umorusani za piłką pod blokiem. Cała chmara chłopaków z osiedla i jedna dziewczyna – ja. Ciągle powtarzali, że się nie nadaje. Do tego sportu trzeba być facetem, mieć tężyznę, siłę, inaczej nie da rady! Nieustępliwie nie rezygnowałam i biegałam na wariata w poprzek boiska, a jak już dostałam podanie to czułam się jak król życia. Dziecinne przyjemności dnia codziennego w brzydkich, podlaskich blokach.
Uknuliśmy z bratem chytry plan i zaszantażowaliśmy tatę – albo możemy obejrzeć z Twoimi kolegami mecz, albo naskarżymy mamie, że zamiast nas pilnować piłeś z kolegami piwo! Tata się tylko uśmiechnął, pokiwał znacząco do przyjaciół i zrobił nam miejsce na kanapie. Powiedzieli nam, że trafiliśmy na mało ciekawy finał Ligi Mistrzów pomiędzy hiszpańskimi drużynami – Realem Madryt i Valencią.
Rzeczywiście w porównaniu z oglądanymi przeze mnie później finałami ten miał obstawę dość mizerną. Pokiereszowany Real właściwie bez wielkich gwiazd w składzie. Wystarczy przypomnieć skład Królewskich na tamten mecz: Casillas – Carlos, Campo, Helguera, Karanka, Salgado – Redondo, McManaman – Raul – Anelka, Morientes. Drużyna wyjątkowo nie rozświetlająca piłkarskim bogactwem. Naprzeciwko Valencia, solidni wyjadacze. Mecz tendencyjny, wcale nie był porywający. Morientes otworzył wynik spotkania w pierwszej połowie, w drugiej wynik podwyższył świetnym strzałem ze skraju pola karnego McManaman. Ostatni gol wyrył się w pamięci do dzisiaj – ten rzut rożny dla rozbitej Valenci i natychmiastowe podanie do Raula, który gnał z piłką przez pół boiska by zakończyć spotkanie golem idealnym.
Ojciec z kolegami pili swoje piwo i komentowali, że oprócz goli to właściwie na stadionie w Paryżu nic się szczególnego nie działo. Brat też był zrezygnowany i szybko zasnął. A mój świat stanął i zmienił trajektorię. Od tamtej pory pokochałam futbol subtelny tworzony przez zgrany kolektyw. Doceniłam piękno wyrachowanych podań i poukładanej taktyki. Za ten gol po rożnym pokochałam też Raula i cały Real, który wydał mi się uosobieniem istoty sportu drużynowego – wygrać możesz tylko tworząc jedność.
Od tamtej pory tata zawsze robi mi miejsce na kanapie, a ja zawsze przyjeżdżam do domu na finał Ligi Mistrzów ;-) .

dzięki i pozdrowienia (i mejle z adresem plizz!)

Liga Mistrzów na żywo! Z mega konkursem dla Was:)

Igrzyska w Soczi igrzyskami (trzymamy kciuki za Kamila Stocha i jego kumpli w nadziei na kolejne medale), a tymczasem wraca Liga Mistrzów. I to w wielkim stylu! A zapowiada się wyjątkowo ciekawie nie tylko z powodów sportowych, czyli rywalizacji FC Barcelona z Manchesterem City czy Arsenalu z Bayernem Monachium. Zapraszam Was na wyjątkową wspólną zabawę i wspólne przeżywanie tych najbardziej wyrafinowanych piłkarskich emocji.

Tego jeszcze w polskich internetach nie było. Dzięki wspólnej akcji „Przeglądu Sportowego”, Onet Sport i globalnego sponsora Ligi Mistrzów, Heinekena będziecie mogli nie tylko obejrzeć każdy mecz Ligi Mistrzów w jakości HD za darmo (o ile znajdziecie właściwy kod pod kapslem lub zawleczką dowolnego produktu marki Heineken). Mecze będą dostępne na serwisie www.liga.heineken.pl, na którym oprócz oglądania transmisji w czasie rzeczywistym, można cofnąć akcję do dowolnego momentu meczu, obejrzeć dowolną ilość powtórek, a kontynuować oglądanie „na żywo”.

Chcemy Was też zaprosić (po raz pierwszy w polskim internecie!) do oglądania na żywo Studia Ligi Mistrzów przed wtorkowymi i środowymi meczami oraz na podsumowanie wydarzeń prosto po ostatnim gwizdku, byście mogli słuchając komentarza ekspertów, napawać się strzelonymi golami i akcjami lub rwać włosy z głowy z ich powodu;) Studio będzie streamowane na żywo na eurosport.onet.pl i przegladsportowy.pl, a stałym ekspertem będzie m.in. były bramkarz reprezentacji Polski, Maciej Szczęsny (przy okazji ojciec jednego z zawodników grających w Champions League;) Studio poprowadzi Tomek Włodarczyk na zmianę z moją skromną osobą:)

A to nie koniec atrakcji! Równolegle na www.liga.heineken.pl wystartuje konkurs, w którym codziennie będzie można wygrać zestaw Sony PlayStatation 4, 5-litrowe kegi piwa Heineken, a nagrodą główną będzie… wyjazd na majowy finał Ligi Mistrzów na Stadionie Światła w Lizbonie.

Konkurs literacki: „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”

Jednocześnie przy okazji każdej kolejki Champions League będę dla Was organizował moje ulubione (i wielu z Was chyba też) konkursy literackie, również z pękatymi piwnymi, 5-litrowymi nagrodami. A zaczynamy w tym momencie!

Na początek poproszę Was o notkę pod tytułem „Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów”. Czy opiszecie mecz, od którego zaczęła się Wasza miłość do tych cudownych rozgrywek, czy pierwszy, który udało Wam się obejrzeć z trybun. Czy po prostu pierwszy jaki zapadł Wam w pamięć, zachwycił, wkurzył, gole jakie w nim padły utkwiły w Was aż do dzisiaj – co sobie wybierzecie, Wasza wola. Pamiętajcie, że oceniam nie tylko wartość merytoryczną ale i literacką, czyli jakość opisu.

Umówmy się, że na Wasze notki w komentarzu tu na blogu Polsport czekam do niedzieli 16 lutego do godziny 20. Szybko ogłoszę pięciu zwycięzców i może uda się, by owi szczęśliwcy obejrzeli najbliższą kolejkę Ligi Mistrzów w towarzystwie przyjaciół oraz zgrabnej beczułki;)

Do dzieła!

A więcej informacji na temat akcji Heinekena Mecz za Piwo, oglądania meczów w HD i konkursu z wyjazdem na finał Ligi Mistrzów znajdziecie na www.liga.heineken.pl

Derby Londynu o Lewego? Wybrałbym Arsenal!

 

Po pierwsze – zaprawdę pięknych dożyliśmy czasów, gdy polska tenisistka gra w finale Wimbledonu, siatkarze dominują w Lidze Światowej i na igrzyska jadą po najcenniejszy medal, a polskim piłkarzem – mimo nieudanych mistrzostw Europy interesują się czołowe kluby świata. Po drugie – byłem przekonany, że taki sobie występ na Euro 2012 – mimo pięknego gola w meczu otwarcia – nie będzie miał żadnego wpływu na postrzeganie Roberta Lewandowskiego w futbolowym świecie. Dla trenerów i prezesów klubów ważniejsze będzie te 30 goli zdobytych dla Borussii Dortmund we wszystkich rozgrywkach w ostatnim sezonie (w tym aż 22 w Bundeslidze). Edin Dżeko, Dymitar Berbatow czy Mirko Vucinić też nigdy nie byli w stanie wiele zwojować ze swymi reprezentacjami. Po trzecie – jakie to piękne, że nie mamy powodów, by traktować jak science fiction informacji, że być może o napastnika reprezentacji Polski rozegrają się Wielkie Derby Londynu między Arsenale, Tottenhamem i Chelsea! Zwłaszcza gdy tak poważne angielskie media jak „Sunday Times”, że nowy menedżer Tottenhamu, Andre Villas-Boas jest zdecydowany sprowadzić do klubu Lewandowskiego. Wg dziennika Portugalczyk, któremu władze „Kogutów” obiecały na transfery 50 mln funtów, gotów byłby zapłacić za napastnika reprezentacji Polski aż 20 mln. Już wysłał do Dortmundu wstępne zapytanie w tej sprawie.

Już wcześniej zainteresowanie Lewym wyraziły już dwa inne londyńskie kluby, Arsenal i Chelsea. Kanonierzy szukają następcy dla swego kapitana, Robina van Persiego, który nie chce przedłużyć kontraktu i lada moment odejdzie jak nie do Juventusu Turyn to do Manchesteru City. Nowego napastnika po odejściu Didiera Drogby do chińskiego Shenhua Szanghaj szuka też Chelsea.

Co w tym momencie twierdzi Borussii Dortmund – a jej dyrektor sportowy Michael Zorc właśnie stwierdził w radio, że Robert nie jest wystawiony na sprzedaż, zrobimy wszystko, żeby przedłużyć z nim kontrakt - jest bez znaczenia ponieważ jeśli zawodnik się uprze, nowy klub rzeczywiście będzie chciał mu zapłacić dużo więcej niż są wstanie mistrzowie Niemiec i będzie widział perspektywy gry w pierwszym składzie, to na swoim postawi. Czy powinien? Moim zdaniem odejście do Arsenalu i Chelsea byłoby dla Lewandowskiego oczekiwanym krokiem w rozwoju. Wiązałby się też pewnie ze znaczną podwyżką. W dodatku za rok, dwa tak idealny układ, że aż trzy czołowe kluby szukają napastnika może się nie powtórzyć. Ktoś powie, że Robert powinien pograć jeszcze rok, znów strzelić ze 20 goli, w tym wreszcie kilka w Lidze Mistrzów, to dalej będzie pożądany. Może tak, może nie, może już nie w Chelsea czy Arsenalu, taka okazja może się nie powtórzyć…

 

Łatwo mi mówić – wiem, wiem – ale ja sam na jego miejscu wybrałbym Arsenal. Po pierwsze dlatego, że Kanonierzy nie zdobyli żadnego trofeum od 7 lat. Każde zdobyte z moim udziałem uczyni ze mnie bohatera, pozwoli wpisać się w historię klubu – tak bym kombinował. Chelsea właśnie wygrała Ligę Mistrzów i zdobyła Puchar Anglii. Zakładając, że oba kluby oferują mi te same pieniądze, wolałbym ten bardziej nienasycony, bardziej wyposzczony sukcesu. Po drugie – mimo sympatii dla Roberto di Mattego, wolałbym chyba popracować z Arsene Wengerem, który Lewego może jeszcze czegoś nauczyć. Po kilkuletniej współpracy z Juergenem Kloppem przejście pod skrzydła Wengera można by uznać za ukończenie futbolowego Oxfordu albo Cambridge. Poza tym w Arsenalu Lewy ma świetnego kumpla z kadry, Wojtka Szczęsnego (zdaje się, że właśnie wspólnie spędzają wakacje), którego obecność pomogłaby Lewemu tak samo jak obecność Kuby w BVB.

Tak czy owak – i to świetna informacja dla nas wszystkich, Polaków – doczekalibyśmy się wreszcie pierwszego polskiego gola w Premier League od czasy Roberta Warzychy - 19 sierpnia minie dokładnie 20 rocznica tego historycznego zdarzenia (w 1992 roku strzelił na 2:0 Manchesterowi United na Old Trafford, jego a Everton wygrał ostatecznie 3:0).

Tottenham nie gra w Lidze Mistrzów, a jego utytułowany w Porto, niezwykle ciekawy trener musi najpierw udowodnić, że klęska w Chelsea zdarzyła się w wyniku splotu nie zawinionych przez AVB okoliczności. Wątpię, żeby Robert zgodził się na występy w Lidze Europu, a Koguty w sytuacji nie grania w Champions League było stać na przebicie pensji Chelsea czy Arsenalu.

W każdym wypadku Robert będzie wygrany: czy pożądany przez całą Europę przedłuży na świetnych warunkach kontrakt z Borussią, czy wybierze któryś z londyńskich klubów. Tak czy siak nie mogę się doczekać, żeby znów co tydzień cieszyć się jego golami, seryjnie zdobywanymi w klubie…

Co byłoby najlepsze dla Roberta Lewandowskiego?