Gdzie zabrzmi heavy-metal Kloppa?

Juergen KloppZapowiedź odejścia Juergena Kloppa z Borussii Dortmund wstrząsnęła piłkarskim światem niemal równie silnie jak rozstanie sir Aleksa Fergusona z Manchesterem United, choć Niemiec nie spędził nawet połowy tego czasu w klubie co Szkot i bynajmniej nie rozpoczyna trenerskiej emerytury. Porównanie jest uzasadnione o tyle, że obaj nie tylko stworzyli od zera cały autorski projekt piłkarski (Ferguson nawet kilka razy), dobierając co do jednego każdego z wykonawców. Byli tego projektu twarzą, duszą, nadali mu swój charakter. Czas, zaufanie i pełnia władzy jakie dostali od właścicieli też były porównywalne. Obaj odeszli wtedy kiedy chcieli, a nie kiedy ktoś inny uznał, że powinni odejść. I mieli szacunek i wsparcie trybun nawet w czasie kryzysu, gorzkich porażek i rozczarowań.

Różnica polega na tym, że Ferguson nigdy jak Klopp nie powiedział sobie, że „klub potrzebuje zmiany”, ale „on sam nie jest mu już w stanie pomóc”. Że potrzebna jest osoba o nowym spojrzeniu, która wymyśli drużynę na nowo. Szkot, gdy trzeba był zawsze wymyślał sam. Dlaczego Klopp zostawia po siedmiu latach Borussię jak wcześniej dokładnie po takim samym okresie Mainz? Tamto rozstanie łatwiej było zrozumieć, zostawiał bowiem klub drugoligowy. Z którym wcześniej wywalczył najpierw historyczny awans do Bundesligi, a potem do Pucharu UEFA i stał się jego legendą. Aspiracje młodego trenera, by spróbować czegoś więcej i na większą skalę były jak najbardziej naturalne.
Wdzięczni kibice Mainz śpiewali mu na pożegnanie „You’ll never walk alone”. Można być pewnym, że i fani Borussii zgotują mu królewskie pożegnanie, choć zanosi się na najgorszy sezon pod jego wodzą, który klub skończy bez żadnego trofeum. Każdy jednak pamięta okoliczności w jakich przejmował zadłużonego bundesligowego średniaka i jak wiele osiągnął z nim przez te lata, przełamując na jakiś czas dominację Bayernu Monachium i czyniąc jeden z najbardziej podziwianych i szanowanych za styl klubów w Europie. Ile gwiazd futbolu odkrył, natchnął i wykreował, od mistrzów świata Matsa Hummelsa i Mario Goetze, przez Shinji Kagawę, Ilkaya Gundogana i Nuri Sahna po Łukasza Piszczka i Roberta Lewandowskiego.

Stosunek perfekcyjnych transferów do kiepskich, o których każdy trener chciałby zapomnieć mieli Ferguson z Kloppem zapewne podobny, choć Niemiec w dwóch ostatnich sezonach podejmował wyjątkowo nietrafne decyzje. Dlaczego jednak zamiast po raz kolejny budować w Dortmundzie, postanowił podjąć wyzwanie gdzieś indziej? Przecież – jak sam tłumaczy – to nie efekt wypalenia jak w przypadku Pepa Guardioli, który w 2012 roku porzucił Barcelonę, wycieńczony wysokimi kosztami sukcesu i rywalizacji z Realem Madryt Jose Mourinho. Klopp nie zamierza robić sobie rocznej przerwy od futbolu. Zmierza rozpocząć nowy projekt natychmiast, od razu po zakończeniu sezonu.

To bardzo dobra wiadomość, że za chwilę znów zobaczymy jego pasję przy linii bocznej i jego błyskotliwe analizy na konferencjach prasowych. Pytanie tylko na jakiej ławce i w jakim języku? Wszystko wskazuje na to, że w angielskim. Bardzo możliwe, że w razie niepowodzeń w Lidze Mistrzów, a zwłaszcza w lidze hiszpańskiej następcy Carlo Ancelottiego będzie szukał Real. Jednak wątpliwe, żeby Klopp zdecydował się na pracę w kraju, którego języka nie zna, a przynajmniej tak deklarował. Wielokrotnie opowiadał za to o fascynacji Premier League.
Tam nowego trenera prawie na pewno będzie potrzebował Manchester City – los Manuela Pellegriniego po kolejnej klęsce w Champions League i stracie już 12 punktów w tabeli Premier League do Chelsea jest już raczej przesądzony. Niemiec byłby dla „the Citizens” darem niebios. Mam za to wątpliwości czy wciąż aktualny mistrz Anglii byłby wymarzonym klubem dla Kloppa. Kilka razy wyrażał się krytycznie na temat klubów, działających w futbolu z pozycji siły finansowej, idących na łatwiznę, pogardzających pracą organiczną. Bayern, dokonujący kolejnych wrogich przejęć jego największych gwiazd przyrównał do Chińczyków, którzy „podpatrują jak coś robią inni i po prostu to kopiują, wkładając w to tylko większe pieniądze”.
Poza tym na Etihad zastałby szatnię wymagającą natychmiastowego odmłodzenia (City miało najstarszą kadrę w tej edycji Ligi Mistrzów – tylko dwóch piłkarzy ma mniej niż 30 lat). W dodatku musiałby kupować zawodników mogących zagwarantować natychmiastowy sukces. Nie miałby szansy odkryć kogoś takiego jak Kagawa czy wychować sobie na supergwiazdę jak Lewandowski. Nie dostałby czasu, bo szejkowie czekają na sukces już zbyt długo i wpompowali w w klub już ponad pół miliarda funtów.

Ale jeśli nie City to kto? U bukmacherów wysokie szanse mhttp://zarzadzanie.blog.pl/michalpol.blog.pl/wp-admin/post.php?post=2489&action=edita Arsenal. Klopp do „Kanonierów” pasowałby idealnie. Gdyby tylko Arsene Wenger „poszedł w dyrektory” przenosząc się do zarządu klubu i stamtąd wspierając Niemca, którego filozofia gry i prowadzenia drużyny są mu bardzo bliskie, co wielokrotnie podkreślał. Chwilowo jednak nic nie zapowiada takiego scenariusza, zwłaszcza, że Arsenal spisuje się w sezonie na tyle dobrze, że nikt nie domaga się odejścia Wengera. A Klopp szanuje „Kanonierów” właśnie i za podejście do wieloletniego menedżera. Z klubu dochodzą głosy, że Niemiec byłby idealnym następcą Francuza, ale za dwa lata… Tylko, że nowego sezonu heavy metal Kloppa będzie grał inny zespół, Arsenal zostanie przy koncercie na skrzypce…

Arsene Wenger i Juergen Klopp

Ruszyła Premier League! Bez Sir Alexa jest jak Stonesi bez Jaggera?

Ruszył właśnie jeden z najciekawszych od dawna sezonów Premier League. Nie piszę „najlepszych”, bo jednak mam wrażenie, że w latach 2002-2010 grały tam znacznie silniejsze drużyny, a w nich znacznie większe gwiazdy niż obecnie – jak choćby Didier Drogba, Ruud van Nistelrooy czy Cristiano Ronaldo. Steven Gerrard z Xabim Alonso i Pepe Reiną czy Thierry Henry z Robertem Piresem i Patrickiem Vieirą, a potem młodym Ceskiem Fabregasem tworzyli jedne z najlepszych drużyn Europy. Zwieńczeniem tej angielskiej dominacji w Europie finał Ligi Mistrzów w 2008 roku i trzy drużyny w półfinale.

Premier League rusza po sezonie, który zakończył upokarzający dla niej niemiecki finał Champions League na Wembley. Co gorsza Chelsea jako pierwszy obrońca trofeum w historii nie zdołał wyjść z grupy, podobnie jak Manchester City, naszpikowany wielkimi gwiazdami futbolu, które znów nie stworzyły drużyny. W Europie zawiódł też i Arsenal i Manchester United. Jeśli nowy sezon zapowiada się spektakularnie to – póki co – raczej poprzez transfery trenerskie niż piłkarskie. Najbardziej gorące kąski transferowe ubiegłego sezonu jak Radamel Falcao czy Edinson Cavani wybrały miliony zamiast jakości sportowej i perspektywy największych sukcesów. Wygląda na to, że Falcao już tego żałuje i szykuje się do porzucenia Monaco). Robert Lewandowski, który też byłby wzmocnieniem każdego angielskiego klubu został w Borussii Dortmund i jeśli się gdzieś przeniesie to do wymarzonego Bayernu Monachium (mimo, że znów na Londyn będzie go namawiał sam Jose Mourinho).

Arsene Wenger znów obiecuje transfery, na razie jednak przegrał walkę o Gonzalo Higuaina i Luiza Gustavo (z Wolfsburgiem, co jest szczególnie przykrym policzkiem dla „Kanonierów”), cz wygra walkę o Wayne Rooney’a lub Luisa Suareza szczerze wątpię. Minie trochę czasu nim gwiazdy tego formatu będą garnęły się na Emirates, bo na razie klub wciąż balansuje na granicy awansu do Ligi Mistrzów. Jeśli miałbym spekulować nad zmianą składu tzw. Wielkiej Czwórki, to jedynym kandydatem do wypadnięcia z niej (kosztem Tottenhamu) jawi mi się właśnie Arsenal.

Pozostali czyli MU, City i Chelsea chyba nie powinny mieć tego kłopotu. Jeśli ten sezon będzie ciekawy to właśnie z racji trzech nowych trenerów w najlepszych drużynach. Jak sobie poradzą jest wielką zagadką, choć akurat w przypadku Jose Mourinho wydaje mi się, że jest skazany na sukces. Nie tylko dlatego, że z rzeczonej trójki jest najbardziej utytułowany tak w Anglii jak i Europie. Jako jedyny nie uczy się klubu od zera, nie poznaje piłkarzy, szatni, nie musi układać sobie relacji z właścicielem. Jose wraca do domu, gdzie czeka na niego wiele bliskich mu osób. Nie tylko kluczowi weterani jak Frank Lampard, John Terry czy Petr Cech. Ale także kibice, dla których pomijając dawne dzieje i sukcesy ważne jest też kogo w klubie zastąpił. Poza wszystkim mogą też liczyć, że uda mu się reaktywować Fernando Torresa. Bo jeśli on nie zrobi z Hiszpana znów najlepszego napastnika świata to już chyba nikt i niech El Nino lepiej już kończy karierę…

„Premier League bez Fergusona jak Rolling Stonesi bez Jaggera”

Jak poradzi sobie w Manchesterze United David Moyes, próbując zastąpić niezastępowalnego Sir Alexa, to kolejna wielka zagadka sezonu. Przyznaję, że początek jego pracy w klubie nie napawał mnie optymizmem. To trener świetnie znający realia ligi i wszystkich piłkarzy, ale zupełnie bez sukcesów i bez doświadczenia w pracy z wielkimi gwiazdami, piłkarzami tego formatu jacy są na Old Trafford. W dodatku na dzień dobry skłócony z jedną z gwiazd największych, czyli Wayne Rooney’m mającym z Moyesem zaszłości z czasów Evertonu, a do tego świeże nieporozumienia z Fergusonem z ubiegłego sezonu. Nieudane próby sprowadzenia na Old Trafford Fabregasa i Thiago Alcantary pokazały też, że do Moyesa piłkarze nie idą w dym po jednym telefonie jak do jego poprzednika. To dobre pytanie czy dziś MU udałoby się namówić na odejście z Arsenalu takiego piłkarza jak Robin van Persie. Ewentualne przejście Marouane Fellainiego na pewno będzie wzmocnieniem, swój człowiek na pewno przyda mu się w szatni i na boisku, ale czy będzie to transfer wystarczająco spektakularny? Problemem Moyesa może być też, choć nie musi, ciągła obecność w gabinecie dyrektorskim Sir Alexa. Dopóki sprawy będą szły po myśli, nie będzie kłopotów, ale co w razie kryzysu, powiedzmy 8. miejsca?

Pierwszy mecz kryzysu nie zwiastuje, ręcz przeciwnie. MU na dzień dobry rozbił na Liberty Stadium Swansea 4:1. Nic nie zatracił ze swojej skuteczności van Persie, skutecznością znów błysnął Danny Welbeck, który w tym jednym meczu zdobył więcej goli niż w całym poprzednim. Rooney, choć zaczął na ławce, grał bez focha i asystował przy golach kolegów. Kiedy rozgrzewał się przy linii bocznej, usłyszał gwizdy, ale tylko z sektorów fanów Swansea, kibice „Czerwonych diabłów” wspierają go mimo parcia ku odejściu do Chelsea (zawszeć nie do znienawidzonego lokalnego rywala). Jerzy Dudek nazwał Rooney’a w rozmowie z Andrzejem Twarowskim, Jarkiem Kolińskim i ze mną „psującym się jabłkiem w koszyku” i poleca go w swym byłym klubie, bo… Dudek: Rooney powinien odejść do Realu. Tam potrzebują takiego bandyty. A może jednak przyszłość Rooney nadal jest na Old Trafford?

Na dziś Moyes mógłby powtórzyć słowo w słowo zdanie wypowiedziane przez Aleksa Fergusona po objęciu drużyny w 1986 roku: „I’m not really interested in what happened here in the past. I don’t mean any disrespect to the great achievements of Manchester United over the years. It is simply that now there is only one way to go and that is forward”. Bo co innego mu pozostaje.

My cieszmy się, że najlepsza i najbardziej ekscytująca liga świata znów gra, z kilkoma naszymi ludźmi, pełna niespodzianek i zagadek. Cieszyłem się czując ciary chodzące po plecach, gdy słuchałem You’ll Never Walk Alone na Anfield przed pierwszym meczem sezonu. A jeszcze bardziej na „no to zapinamy pasy i…” Andrzeja. Ja moje pasy rozpinam dopiero w maju;)

Tylko Moyes mógł zastąpić Sir Alexa

David Moyes jako następca sir Alexa Fergusona nie daje gwarancji, że Manchester United już w pierwszym sezonie będzie walczył o mistrzostwo Anglii i triumf w Lidze Mistrzów, jak zapewne byłoby gdyby na Old Trafford przychodził Jose Mourinho. 50-letniemu Szkotowi (to, że jest rodakiem ustępującego Bossa nie miało chyba szczególnego znaczenia) brakuje doświadczenia w Champions League, co nie raz okazywało się kluczowe na tym poziomie. Nigdy też nie musiał radzić sobie w szatni z tak wielkimi gwiazdami, z tak olbrzymim ego jakie spotka na Old Trafford. Wątpliwe, żeby z miejsca stał się autorytetem dla piłkarzy klasy Robina van Persie, Rio Ferdinanda czy Patrice Evry (o Wayne Rooney’u, którego jako 16-latka wprowadzał w świat dorosłego futbolu w Evertonie nie wspominam, bo napastnik reprezentacji Anglii właśnie wykasował z profilu na Twitterze opis: zawodnik Manchesteru United). Acz nie wierzę też, że ktokolwiek będzie otarcie kwestionował jego pozycje, bo wówczas spotkanie się z dyrektorską suszarką Fergusona, która może być jeszcze bardziej dotkliwa niż trenerska.

Wracając do gwiazd, MU może być teraz trudniej pozyskać kolejne, bo z Ferguson chciał współpracować prawie każdy piłkarz świata, a z Moyes’em niekoniecznie. Kto wie, czy dziś jak przed rokiem równie łatwo udałoby się namówić kapitana Arsenalu do transferu na Old Trafford?

Moyes świetnie zna za to zna Premier League, a jego świetnie zna Ferguson, który zapewne widzi w nim siebie młodszego o 20 lat. Wiadomo, że wyznają podobną filozofię, choć co innego stosować ją w Evertonie, a co innego w czołowym klubie świata. W każdym razie nazwisko następcy Fergusona gwarantuje dobrą współpracę obu panów, której chce Sir Alex, nie znika bowiem z klubu, ale najwyraźniej co najmniej będzie dzielił się radą, a jeśli trzeba pewnie i sterował z tylnego siedzenia. Z przyjacielem Mourinho ta współpraca nie musiałaby wyglądać już tak różowo. Osobowości są zbyt wielkie, a Portugalczyk nie znosi konkurencji, o czym przekonał się w Realu Madryt Jorge Valdano.

Zastanawiam się czy nie lepsza byłaby dla MU opcja ‘manchesterskiego Guardioli’, czyli legendarnego zawodnika z autorytetem jak Ole Gunnar Solskjer czy Ryan Giggs, idoli dla wielu graczy United, piłkarzy z charyzmą i autorytetem, których Ferguson wspierałby doświadczeniem, tak jak w pierwszym roku pracy Pepa Guardioli po zastąpieniu Franka Rijkaarda wspierała legenda Barcelony, Johan Cruyff. Ale tego się nie dowiemy. W sumie Moyes to najlepszy możliwy trener dla MU, skoro tak przesądził Ferguson. Ciekawe czy stanie się jednym z najlepszych transferów Szkota w karierze na miarę Erica Cantony, Roy’a Keane’a, Ruuda van Nistelrooy’a czy Wayne Rooney’a?

Okulary Sir Aleksa

Pomnik Sir Aleksa Fergusona odsłonięty w piątek przed Old Trafford co raz mniej mnie zachwyca. Bez rozmachu, bez jakiegoś charakterystycznego gestu, emocji na twarzy, przede wszystkim razi brak – nie suszarki, tablicy z czasem, czy gumy, ale… okularów, w których prześledził z ławki większość meczów w swej 26-letniej karierze w MU. Można wręcz wskazać dokładną datę, kiedy ostatni raz prowadził drużynę podczas meczu bez okularów. Było to 9 kwietnia 1997 roku w półfinale Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund na Old Trafford. Dlatego właśnie wtedy, wyczaił i opisał w biografii trenera „Futbol, cholera jasna!” Patrick Barclay. Otóż obaj rozmawiali o tym, dlaczego Ferguson podczas meczu nigdy nie robi żadnych notatek, w przeciwieństwie do większości trenerów XXI wieku, jak choćby José Mourinho. „Mam wspaniałą pamięć i na niej się opieram” - wyjaśnił skromnie Sir Alex, dodając że rozmowa w przerwie jest kluczowa, potrafi odmienić losy meczu, ważne jest więc, żeby to co ma do przekazania było dokładne i precyzyjne.

W 7. minucie spotkania gola dla mistrzów Niemiec zdobył Lars Ricken, a w przerwie Ferguson obwinił o stratę bramki kiepsko interweniującego Petera Schmeichela. Duńczyk bronił się, że nie miał najmniejszych szans, ponieważ był rykoszet, czym dodatkowo rozsierdził trenera. „Nie było żadnego cholernego rykoszetu!” grzmiał Ferguson. „Był. Piłka odbiła się od mojej nogi” wtrącił się Gary Pallister

To przypomniało 55-letniemu trenerowi, że lekarz przepisał mu okulary wiele lat wcześniej, ale on nigdy ich nie nosił. Zrozumiał, że najwyższy czas zaakceptować wadę wzroku i jej zaradzić. „Trenerowi nie wolno pomylić się w ocenie w przerwie” mówi. I zdradza, że zastanawiał się nawet nad zamontowaniem w szatni ekranu telewizyjnego, żeby móc szybko przeanalizować i omówić z piłkarzami powtórki. Ale po rozmowie z ówczesnym asystentem, Carlosem Queirozem zrezygnował z tego pomysłu. „W przerwie jest tylko 15 minut na poprawę sytuacji na boisku, gdybym ten czas poświęcał na wytykanie poszczególnym zawodnikom, co zrobili źle, zaniedbałbym wszystkich pozostałych i nie pomógł im. Trener musi umieć rozmawiać ze wszystkimi na raz. Poza tym powiedzmy, że np. Gary Neville popełniłby jakiś kardynalny błąd – nie jest dobrze, żeby w przerwie wszyscy gapili się na to, ani dla niego, ani dla nich” przekonuje Ferguson.

Zaraz, zaraz, ale gdzie w takim razie miejsce na sławetną suszarkę? Czyżby dopiero po meczu?

Najwyraźniej tak, bo jak przekonuje Ferguson, przed wyruszeniem do walki, czy na mecz czy na drugą połowę, ostatniego słowa zawsze niosą pozytywne przesłanie: prośbę o danie z siebie wszystkiego, uczciwy wysiłek, pamięć o tym, że są częścią Manchesteru United. „I nigdy nie poddaję pod wątpliwość ich umiejętności. Wręcz przeciwnie, raczej przesadzam w ich podkreślaniu. Na tym poziomie nie wolno być negatywnym” mówi.

„Kiedy zmierzam z ławki na przerwę do szatni wzdłuż linii bocznej, układam w myślach pierwsze słowa do zawodników. Po siedmiu, ośmiu minutach przemowy robię przerwę i rozmowę z drużyną przejmuje mój asystent. Ja w tym czasie myślę już o ostatnich słowach do zawodników przed wyjściem z szatni. Zwykle jest to podsumowanie tego co zostało powiedziane i przypomnienie założeń na drugą połowę. Dlatego, że bez względu na wynik zawsze jest jakaś droga. A najbliższe 45 minut to ostatnia szansa, żeby dotrzeć do wytyczonego celu. To za ten okres trener i zawodnicy zostaną poddani ocenie” opowiada Sir Alex.

Co ciekawe, w kwestii powtórek wideo w przerwie zupełnie inne podejście prezentuje ktoś, kogo bez wątpienia możemy nazawać trener XXI Juergen Klopp, który po przyjściu do Borussii kazał w szatni zamontować plazmę. Podczas meczu jego człowiek nagrywa spotkanie z trybuny – nie jest to przekaz telewizyjny, bo realizatorowi może coś umknąć – a Klopp notuje minuty akcji, do których chce się odnieść. Spędziłem mecz Borussia – Bayern obok takiego człowieka. Muszę zapytać przy okazji chłopaków z Borussii jak jest na wyjazdach, gdy w szatniach nie ma plazmy. Odtwarza akcje na laptopie czy daje spokój?

No dobra, ale wracając do pomnika na Old Trafford, gdzie, u diabła, podziały się okulary sir Alexa?!

Like a Boss!

Na Old Trafford odsłonięto dziś pomnik Sir Aleksa Fergusona i jest to doskonała okazja, żeby ogłosić zwycięzcę naszego konkursu literackiego. Musze przyznać, że tak w przypadku statui jak i konkursu liczyłem na trochę więcej. Nie, że obok postaci Bossa znajdą się suszarki, tablice z doliczonym czasem, but Beckhama, sędzia Howard Webb, a ruchome szczęki będą żuły słynną gumę – sobie tego wielu mniej klub bardziej złośliwie życzyło – ale jakiegoś żywszego, bardziej charakterystycznego czy bardziej dynamicznego gestu. Muszę przyznać, że rozpieszczony poziomem notek w poprzednich konkursach (Quentinie, pomyślałem, że Twój poemat wyrecytuje przed kamerą Rafałowi Wolskiemu jak będzie wracał do gry), też liczyłem na dużo więcej, literackie fajerwerki, na miarę finału Ligi Mistrzów z 1999 roku, zwłaszcza, że bohater konkursu nie mógł być doskonalszy. Na szczęście kilka notek nie zawiodło i wraz z Piotrkiem Czernickim Sochalem, zwycięzcą pierwszego konkursu literackiego i współ-tłumacza biografii SAF „Futbol, cholera jasna!” mieliśmy twardy orzech do zgryzienia czy wybrać Koszenie Na White Hart Lane Andrzeja Kotarskiego czy 18 times and that’s a fact! Błażeja Golden Guy’a Dudy. W obu pomysł literacki i wykonanie było najlepsze, i to oni otrzymują po biografii, panowie, gratuluję i proszę o adresy na mejla!

Do następnego konkursu! Nie ma nagrody za właściwą odpowiedź, ale jak myślicie, komu następnemu postawią pomnik przed stadionem?

ps: ten pomysł na pomnik Sir Aleksa podobał mi się o wiele bardziej ;-)

 



Dlaczego zamilkła suszarka Fergusona?

Profesorom Business School na jednej z najsłynniejszych uczelni świata – Harvardzie – udało się namówić Sir Aleksa Fergusona żeby podzielił się z nimi sekretami swej 26-letniej pracy na Old Trafford i metodami pracy. 71-letni najbardziej utytułowany trener w historii angielskiego futbolu przybył do Bostonu i podczas wykładu szczegóły swojej trenerskiej filozofii, zdradził kulisy przygotowań zespołu do sezonu, kryteria przy sprowadzaniu nowych zawodników czy to dlaczego tak surowo podchodzi do kwestii dyscypliny i zasady, że ‘żaden zawodnik nie może być większy niż klub’, bezwzględnie rozstając się przez lata z tymi, którzy ‘wystąpili przed szereg’. Wyznając przy okazji, dlaczego pozbył się z klubu piłkarzy, nad którymi – jak mniemał – stracił kontrolę, Jaapa Stama i Davida Beckhama. Właśnie podejście pedagogiczne i psychologiczne do zawodników wydało mi się najciekawsze w całym wykładzie, którego streszczenie przeczytałem w Timesie i na devilpage.pl.

Zdaniem Fergusona trener nigdy nie może stracić kontroli nad szatnią. Nie, kiedy ma do czynienia z 30 profesjonalistami, którzy dodatkową są milionerami. - Jeśli zachowują się źle, karzemy ich, ale wszystko zostaje wewnątrz klubu. Jednak jeśli ktoś wymyka się spod mojej kontroli, to już po nim, nie żyje. Po prostu. Kiedy pracuję z najbardziej utalentowanymi piłkarzami, stale powtarzam im, że ciężka praca również jest talentem. Muszą pracować o wiele więcej niż pozostali gracze. Kiedy nie potrafią dostosować się do dyscypliny, której od nich wymagamy w United, nie mają tutaj czego szukać. Interesują mnie tylko zawodnicy, naprawdę zainteresowani grą dla Manchesteru United oraz ci, którzy podobnie jak ja, nie umieją przegrywać. Musisz dostosować się do reguł tej gry, bowiem inaczej wpadniesz w obsesję. Wygrana, porażka lub remis. Są trzy opcje, każda z nich może się wydarzyć, ale staramy się zawsze pokazać naszą twarz i zachować godność. Taki jest Manchester United.

Wg Fergusona, zawodnicy prowadzą dziś obecnie bardziej żywiołowy i rozrywkowy tryb życia, niż to miało miejsce 25 lat temu. Są przy tym delikatniejsi i przez co są bardziej podatni na kontuzje. - Przez te wszystkie lata byłem niezwykle agresywną osobą. Jestem pasjonatem, który chce wygrywać za wszelką cenę przez cały czas. Ostatnio jednak nieco złagodniałem, za sprawą moich lat. Dzięki temu lepiej radzę sobie z tymi delikatnymi piłkarzami - mówił.

Jak zapewne pamiętamy, przez United Fergusona przewinęło się jednak wielu mało delikatnych twardzieli i piłkarzy bardzo niepokornych. Jak radził sobie i nadal radzi z takimi, wyjaśnił na przykładzie Paula Scholesa. - (…) był wyrzucany z boiska niezliczoną ilość razy. Za każdym razem, kiedy tylko wyczuje okazje, po prostu musi coś zrobić. Nawet na treningu. Czy jestem w stanie wybić mu to z głowy? Nie. Czy chcę wybić mu to z głowy? Nie! Kiedy pozbawiłoby się go agresji, nie byłby tym samym znakomitym graczem. Trzeba po prostu to zaakceptować, że ma pewną wadę, lecz jest ona dobrze zrównoważona przez inne, niesamowite umiejętności.

Dziś Sir Alex używa suszarki już tylko w takich okolicznościach;)

- Nie można nieustannie krzyczeć i wrzeszczeć. To tak nie działa. Nikt nie lubi przecież być stale krytykowany. Jednak w szatni należy wytknąć wszystkie błędy swoim podopiecznym. Robię to zawsze od razu po meczu. Nigdy nie czekam do poniedziałku, mówię, co o spotkaniu sądzę i na tym temat się kończy. Potem skupiamy się na kolejnym pojedynku. Nie można krytykować piłkarza przez cały czas - mówił. I wyznał, że z zasady nigdy nie krytykuje piłkarzy podczas treningu. - Dla zawodnika, tak jak dla każdego człowieka, nie ma nic lepszego niż usłyszeć ‘well done’ (dobra robota). To dwa najlepsze słowa, jakie wynaleziono w świecie sportu. Nie trzeba im bardziej słodzić, te dwa słowa wystarczą.

Na koniec zapewnił jednak, że mimo złagodnienia, ogień wcale w nim nie przygasł, rozpaliła go w nim porażka w walce o mistrzostwo Anglii z Manchesterem City w ostatnich sekundach ubiegłego sezonu. - Sami ją sobie zgotowaliśmy. Kto mógł pomyśleć, że przegramy 2:3 na Old Trafford z walczącym o utrzymanie Blackburn? Albo że zremisujemy z Evertonem, choć jeszcze siedem minut przed końcem meczu prowadziliśmy 4:2? Wciąż mam w sobie poczucie gniewu za to jak wypuściliśmy z rok mistrzostwo w ubiegłym sezonie. Teraz główna motywacją, jaką zaszczepiam piłkarzom jest, że nie możemy pozwolić City pobic się dwa razy z rzędu.


UWAGA: Kto nie ma jeszcze biografii Aleksa Fergusona ‘Futbol, cholera jasna’ pióra Patricka Barclay’a, a chciałby ją wygrać, za chwilę ogłoszę konkurs na Notkę Roku 2012. Szczegóły wkrótce, teraz zdradzę, że będzie to konkurs na notkę opublikowaną w 2012 na dowolny temat piłkarski, wreszcie dowolnych rozmiarów, bez żadnego limitu znaków, ponieważ będę prosił o linki do stron, na których się ukazały. Nagrodą główną: korki pewnego reprezentanta Polski, które dostał specjalnie na Euro 2012!



Fergie Time! Konkurs (4 i ost.)

I ostatnia porcja notek konkursowych w Fergie Time. Jury (które jeszcze o tym nie wie, że nim jest) zaraz uda się na naradę, ale chętnie wysłucha też Waszych opinii kto najbardziej zasługuje na zwycięstwo…

 

Jest strach, nie ma wiary

Mateusz Błaszczyk

Dwóch menedżerskich autonomów. Ich nazwiska są synonimami Premier League. Zamiennikami dla słów „klasa”, czy „przywiązanie”. Rywalizacja Arsene’a Wengera z sir Alexem Fergusonem po wielu latach bezpośredniej i wyniszczającej walki wzniosła się na inny poziom. Enigmatyczny, wymagający głębszego poznania mechanizmów rządzących dzisiejszą piłką.

Jako kibic Arsenalu staram się wyciągać te rzeczy i wpajać do własnego światopoglądu. Niemniej na najważniejszej płaszczyźnie porównań Ferguson zwycięża. Boisko boleśnie utwierdza mnie w świadomości, że United mentalnie biją Kanonierów w przedbiegach. Kompleks klubu z Old Trafford osiągnął już swoje apogeum, podczas pamiętnej rzezi w poprzednim sezonie. Szczęsny wrócił przed dziewiątą, w ogóle The Gunners niechętnie wracają do Teatru Marzeń. Mało tego, na własnym boisku też czują respekt. Cholerny respekt, paraliżujący nogi i serce. Tak jakby żołnierz z rezerwy, świetnie przeszkolony, lecz nie mający wyobrażenia o wojnie – rzucony został w wir walki z oddziałem afgańskich bojowników.

Trzeciego listopada w Manchesterze doszło do kolejnej konfrontacji. Zgodnie z przewidywaniami, wszystko poszło w zgodzie z pewnym algorytmem. Niepewny Arsenal, starający się utrzymywać przy piłce i Manchester, który z rzetelnością wzorowego ucznia, punkt po punkcie wykonywał plan pod tytułem „How to win against Wenger’s boys”, nakreślony przez sir Alexa ładnych parę lat temu. Szybka wymiana piłki w bocznych sektorach może się podobać, łatwo zakochać się w barcelońskiej grze tysiąca podań. Pieprzyć taktykę. Fergusona najbardziej ceni się za osobowość, charakter i niezłomną determinację. Niestety tak się złożyło, że owe cechy Szkockiego menedżera prezentują się najdobitniej właśnie w starciach z Kanonierami.

Cleverley, Carrick i głęboko grający Rooney, kontra Arteta, Wilshere, Cazorla i fałszywy skrzydłowy Ramsey. Jeśli zebrać do kupy umiejętności zawodników z obu zestawień, rezultat jest jasny. Pomocnicy Arsenalu znacznie przewyższają techniką ich odpowiedników z Manchesteru. Środek pola powinien należeć do graczy z Ashburton. W praktyce koncepcja Wengera całkowicie upada w starciach z Czerwonymi Diabłami. Kanonierzy z rzadka dochodzili do pola karnego, a Manchester wyprowadzał ataki, kiedy tylko czuł, że przydałoby się zagościć na połowie przeciwnika. Trzy punkty zostają na Old Trafford.

Ferguson swoją obecnością na ławce trenerskiej dodaje niesamowitego animuszu. Bez przymrużenia oka nie można porównać tych kilkunastu lat sukcesów do jakiegokolwiek innego szkoleniowca. Z prostego powodu. Jego fantastycznej, legendarnej przygody w United nie sposób powtórzyć, a jedynym konkurentem w długofalowym boju może być tylko Arsene Wenger. Z nim Szkot już się uporał, obnażając mentalne braki The Gunners raz po raz. W bezpośrednich – najważniejszych starciach, góruje Fergie. Van Persie i Evra wykonują swoją robotę, a w doliczonym czasie Cazorla strzela na otarcie łez. Mecze z Manchesterem zwykle nie wyglądają jak impreza. To jest od razu kac.

 

Magnificent  (True Story)

espoida

Był rok 1994, w którym zginął Ayrton Senna, Microsoft ogłosił koniec wspierania systemu MS DOS, a Silvio Berlusconi rozpoczynał polityczną karierę. W kinach królowały „Forrest Gump”, „Cztery wesela i pogrzeb”, i „Wywiad z wampirem”. 

W Anglii pierwsze wielkie sukcesy w Manchesterze United zaczął odnosić Alex Ferguson. W tym czasie zdobywał mistrzostwo kraju cztery razy z rzędu. Gburowaty Szkot zaczął pisać swoją historię złotymi głoskami. Jeszcze nie wiedział, że w przyszłości będzie je mógł zamienić na platynowe. Czy był prostakiem? Norman Davies twierdzi, że tak. Ale prostakiem, który wie co robi. 

Nie wiadomo, czy wiedział co robi, kiedy sprowadzał do drużyny angielskiego giganta Diona Dublina. Zawodnik jako Diabeł zaczął od wielomiesięcznej kontuzji, która kariery mu nie ułatwiała. Gdy wyzdrowiał wielkich szans na grę nie miał. Nie dlatego, że był słaby. Zwyczajnie nie wytrzymał konkurencji. W ataku szalał Cantona, będący w życiowej formie. Ich zmagania mogły przypominać nierówny bój Mozarta i Salieriego. Geniusz kontra – no właśnie. Zdolny rzemieślnik? Czy może bardziej bolesne byłoby dla niego określenie „ten drugi”? Niemniej Dublin świetnie prezentował się na treningach i wykazywał niezbędne w drużynach Fergiego: zachłanność na zwycięstwa i nienawiść do porażek. Statystyki były jednak nieubłagane – dwa sezony, dwanaście meczów, dwa gole. Dublin swoją historię na Old Trafford najwyżej wyrył scyzorykiem na korze. Potem mógł już tylko odejść. Z korzyścią dla siebie znalazł się w Coventry City, gdzie poznał początkującego trenera Gordona Strachana. 

Mentorem Strachana był Alex Ferguson. Strachan zwracał się do niego po porady, które mógł traktować jak ojcowskie. Fergie trenował Strachana, gdy ten był piłkarzem Manchesteru. Teraz na nowej drodze zawodowej młodszy Szkot korzystał ze znajomości  ze starszym Szkotem. Lepszej szkoły trenowania i zarządzania drużyną dla niego nie było. 

Kiedyś zadzwonił do mistrza, żeby porozmawiać o swoim faworycie, którego wcześniejszym trenerem był przecież sam Fergie. 

- Deon Dublin, widziałeś, co ten chłopak wyprawia? Jest świetny! Niesamowicie pracuje, umie się znaleźć na boisku. Szuka piłki, a ta przy okazji chętnie znajduje jego. No i ten strzał! Naprawdę fantastycznie, że u nas jest – zachwalał Strachan. Ferguson słuchał uważnie po czym wypalił: – Tak, wiem o nim to wszystko. Ale najważniejsze jest co innego. Widziałeś, jak wielkiego on ma kutasa? It’s magnificent!

 

Manchesterskie Szachy

Nancy

Niebieski pionek na E-4 – „W ciągu jednego lub dwóch lat możemy ich dogonić. United budowało swoją mentalność zwycięzców przez 25 lat, ale jeśli zdobędziemy mistrzostwo kraju lub zgarniemy jakiś innych puchar, to również ją w sobie wyrobimy” – R. Mancini

Czerwony na E-5 – „Czasami masz głośnego sąsiada. Nic z tym nie możesz zrobić, bo on zawsze będzie głośny. Musisz po prostu zająć się sobą i pogłośnić telewizor. Dzisiaj zawodnicy pokazali swoją wysoką dyspozycję i to jest najlepsza odpowiedź ze wszystkich” – A. Ferguson

Niebieski hetman na H5 – „Mamy dużo respektu dla United jak i Fergusona. Alex jest najlepszym trenerem na świecie, jednak prawda jest, że możemy ich teraz bez problemu pokonać”

Czerwony skoczek na C6 – „Wracając do desperacji, to przecież City zdecydowało się ostatnio wpuścić na murawę zawodnika [Carlosa Teveza], który jeszcze nie tak dawno odmówił wyjścia na boisko i menadżer zarzekał się, że już nigdy z niego nie skorzysta, wysyłając go na pięciomiesięczny urlop do Argentyny… co to jest? Czy nie mieści się to przypadkiem w opisie aktu desperacji?”

Niebieski goniec na C4 - Siedem lat zajęło Fergusonowi, aby pierwszy raz poczuć smak mistrzostwa kraju z Czerwonymi Diabłami. Dzisiejsze czasy nie przypominają tych z przed 25 lat. Teraz bardzo trudno jest utrzymać pracę, jeśli pozostajesz bez pucharów przez sześć czy siedem lat.

Czerwony goniec z C5 - Manchester City z pewnością nie zniknie z czołówki między innymi dzięki gotówce jaką dysponuje. Wspaniałą rzeczą w Manchesterze United jest z kolei wrodzona dyscyplina odnośnie tego, co jest konieczne, aby wygrać ligę.’’

Niebieski hetman na F7 „Myślę, że walka o tytuł jest już skończona. Manchester United to fantastyczny zespół i nie wydaje mi się, aby mógł on zaprzepaścić pięciopunktową przewagę. Oczywiście nie poddaje się i będę walczyć każdego dnia, a wraz ze mną mój zespół. Nie mniej jednak sądzę, że jest już po wszystkim, bowiem nam brakuje takiego ducha, jakiego ma United”.

SZACH „Przegraliśmy tytuł w okrutny sposób, jednak przez 25 lat mojego pobytu tutaj doświadczyliśmy wiele wzlotów i upadków, z czego większość ostatecznie kończyła się sukcesem. Udało nam się wygrać ligę trzy razy w ciągu ostatnich pięciu sezonów i prawie dokonaliśmy tego dziś. Manchesterowi City zajmie przynajmniej sto lat, nim osiągnie taki poziom sukcesu jak United, nim będzie posiadał tak bogatą historię jak my”.

I – Piłka nożna jest niesamowita. To dla wszystkich naszych kibiców, zasługują na to. To niesamowite, że wygraliśmy w ten sposób. Nigdy nie widziałem takiego finału – powiedział Mancini. MAT

 

Zamierzam zostać i osiągnąć sukces!

Radosław Patkowski

23 września 1989 roku. Stadion Manchesteru City. Kilka chwil po lokalnych derbach z United. Kibice Czerwonych Diabłów wygwizdują swoich piłkarzy i przede wszystkim trenera Alexa Fergusona. Mają dość, bo United polegli aż 1:5 z najbardziej znienawidzonym rywalem. Ferguson prowadzi Man. Utd. Od trzech lat i jak na razie nie zanotował żadnych sukcesów. Na trybunach stadionu The Citizens wiszą transparenty „Trzy lata wymówek: pa, pa Fergie!”.*

Po tej porażce Alex Ferguson miał swój najgorszy tydzień w życiu. „Po takim wyniku człowiek przemyka pod ścianami jak przestępca”. Media już zwolniły 48-letniego wówczas szkoleniowca ze Szkocji. Kreowały również jego następcę, którym miał zostać Howard Kendall menedżer… Manchesteru City. Kibice również chcieli, aby Ferguson podał się do dymisji. Trener Manchesteru United starał się nie załamywać. Obawiał się jedynie o swoją rodzinę. „Wiem, że jestem wystarczająco odporny psychicznie, aby poradzić sobie z nagonką” – mówił w jednym z wywiadów. Zarząd United miał w pamięci to, co dano Fergusonowi w Aberdeen, czyli zaufanie i czas. Pierwsze sukcesy ze szkockim klubem zaczął odnosić po trzech latach od rozpoczęcia pracy. Szkot często wspomina te czasy, gdyż to właśnie wtedy, ukształtował się jako zwycięzca, zawsze grający o całą pulę. „Jestem typem zwycięzcy. Całe moje życie obraca się woków wygrywania. Z Aberdeen odniosłem sukces, a na pierwszym sukcesie można budować kolejne, wykorzystując nabyte doświadczenia”. Teraz, w tym trudnym momencie w Manchesterze United oczekiwał również zaufania. Chciał iść do przodu. Przypomniał wszystkim budowanie sukcesu z Aberdeen i mówił: „Ja jednak zamierzam zostać i za trzy lata osiągnąć sukces”. Ferguson został na stanowisku. Po feralnym sezonie 1989/1990, kiedy to Manchester United zajął 13. miejsce w lidze angielskiej, klub rozpoczął pasmo sukcesów. W 1990 roku zdobył pierwszy za kadencji Fergusona Puchar Anglii. Za „panowania” Szkota pierwsze mistrzostwo United zdobyli w 1993 roku, po nim dołożyli jeszcze 11 tytułów Mistrza Anglii, a historia Fergusona w United trwa do dzisiaj…

* Cytaty pochodzą z książki „90-minutowy menedżer”, autorzy David Bolchover, Chris Brady

 

Dar

Paweł Wątorski

Historie Sir Alexa Fergusona w Manchesterze United, które można napisać mogą zająć nie tylko jedną książkę, która ukazała się w Polsce.
Chcę opisać jak Alex Ferguson opiekuje się młodym i jak zależy managerowi na młodym zawodniku, który miał być przyszłością Man Utd. Jest nim David Beckham. Nasz bohater chciał mieć wpływ na jak najlepsze stosunki nie tylko z samym młodym zawodnikiem, ale także z rodzicami. Ferguson nie musiał długo przyglądać się 16 – letniemu juniorowi jakim był Becks.
Ważne jest dla samego Fergusona zapewnienie doskonałych warunków juniorom i sprawia, że młodzi adepci w Man Utd stają się profesjonalistami w młodym wieku. Kolejnym atutem managera Manchesteru United jest dar potrafi potrząsnąć człowiekiem, nie obrażając  go ani, nie przygnębiając – powiedział Beckham. Potrafi powiedzieć i pokazać, że zależy mu na każdym młodym zawodnikowi. Nie da się zapomnieć, że Becks miał w przyszłości z trenerem kilka awantur, które skłoniły samego zawodnika do odejścia z klubu w którym nauczył się od samego mistrza, nie tylko gry na boisku, ale należy pamiętać o wychowaniu w szkółce Manchesteru. Taki trener jest ogromnym szczęściem i w przyszłości polityka stawiania na wychowanków jest znakomitą inwestycją.

 

Bitwa pod Barceloną A.D.1999

Mateusz Janiak

Ehhh… Kto nie widział tego starcia, nie ma bladego pojęcia, jak krnąbrną i humorzastą niewiastą jest futbol. 26 maja 1999 roku na zielonych barcelońskich połaciach stanęły naprzeciw siebie dwie wykute w żelaznym ogniu bitew armie, prowadzone przez najwytrawniejszych generałów kontynentu, pozostawiające za sobą śmiało sięgające niebios stosy pokonanych. Sir Ferguson już u początku walki miał nie lada problem, albowiem w jego zahartowanych szeregach brakowało jednego z najwaleczniejszych rycerzy ówczesnej Europy, którego sława pętała nogi niejednemu wojownikowi, a spojrzenia bezlitośnie odbierało kilka lat życia – Celta Roya Keane’a. Kontynuujący wieloletnią tradycję germańskich wodzów szlachetny Hitzfeld musiał się pogodzić z kłopotliwym brakiem latynoskiego frontowca, Giovane Elbera, co dla wojsk zaciężnych spod Manchesteru było zbawienne niczym garniec wody po suto zakrapianej uczcie.

Tuż po rozpoczęciu bitwy nieomal morderczy cios zadał szalony syn Neustadt, Mario Basler, prostym sposobem oszukując ostatni bastion anglosaskiej obrony. Choć przebieg batalii bezapelacyjnie należał do najprzedniejszych w swoim rodzaju, to dopiero jej zakończenie z hukiem wyważyło bramy do mitycznej krainy nieśmiertelności. Z każdą minutą rosło zdenerwowanie sir Fergusona, któremu raz po raz migały przed nosem piękne walkirię, z utęsknieniem czekające na finalny gwizdek pieczętujący klęskę potomka Williama Wallace’a, by porwać przegranego w jednokierunkową podróż do Walhalli.

Nie wiadomo, czy to ów mityczne stworzenia, czy naturalny instynkt przetrwania, czy może diabeł, po cichu wspierający swych ziemskich reprezentantów, jednak coś pchnęło Szkota do zagrywki, bezlitośnie łamiącej opór rywala. Na plac boju posłał dwóch rycerzy, których przeznaczeniem była odmiana losów bitwy. Najpierw na katalońskiej scenie futbolu pojawił się angielski dżentelmen o aparycji nad wyraz dojrzałej, a zaraz po nim wiking o twarzy dorastającego młodzieńca. Uśmiech politowania wykrzywił lica twardych bawarskich wojowników, widzących duet wyglądający niczym ojciec z synem, tylko przez nieprzyjemny przypadek zagnany naprzeciw nich, zapewne w drodze z domu do szkoły. Ich nieme lekceważenie zamieniło się w zatrważającą rozpacz, gdy nie dalej niż 120 sekund od zakończenia walki, wspomniana dwójka przechyliła szalę zwycięstwa na stronę oddziału z piekła rodem. Te dwie minuty zmieniły oblicze piłki nożnej, jako oblubieńca obierając Fergusona, zwycięzcę bitwy pod Barceloną.

 

18 times and that’s a fact!

Błażej „Golden Guy” Duda

Kanty koszuli odcinają się na tle krwistoczerwonej planszy, troskliwy gest gładzi kozią bródkę. Skupieni słuchacze chłoną słowa zabarwione hiszpańskim akcentem. Życzliwie uprzedzasz, że chcesz porozmawiać o faktach. Nie jesteś słownym szermierzem, ale skrzydlatą tarczą osłaniasz prawdę. Wyciągasz kartkę i jeszcze raz przyglądasz się znajomym liniom.
I budzisz potwora. Nie musisz stawać przed lustrem, powtarzać jego imienia siedmiokrotnie; wystarczy, że otworzysz przed nim umysł. Próbujesz go zagłuszyć, zaprzeczać, swoją nerwowość przerzucić na kogo innego. Kontynuujesz swoje dyktando, fakt za faktem, dowód za dowodem. Ale twój blef, twoja tarcza, nagle staje się delikatna jak zalany atramentem papier. Jest za późno. Ten pomysł opanowuje wszystkich jak wirus.
Od czasów Paisleya potwór zdziczał ponownie. Zrzucił ze swojego grzbietu Mourinho, nie przeraził się gniewu Keegana, nawet Devon Loch z Dalglishem w siodle nie sprostał trudom pościgu. Wielu swoje próby kończyło tylko na buńczucznych zapowiedziach. Kojona szeptem bestia spoczywa tylko u jednych stóp, prychając na dłoń błądzącą w jej pobliżu.
Wszyscy widzą rzuconą rękawicę i chcą zobaczyć kiedy zostanie podniesiona. Ale on nie musi się schylać, trwa w milczeniu żując gumę i dziwiąc się, że jego przeciwnicy chcą walczyć gołymi rękami.
Uciekasz na ścieżkę, przyspieszając kroku we mgle. Mrużysz oczy oglądając się za siebie, wiedząc że tą drogą, jak każdą inną, nie idziesz sam. Choć nogi ma cięższe niż ty, jego sylwetka nabiera detali. Choć wzrok ma niewątpliwie słabszy od twojego, staruszek uśmiecha się dostrzegając coś w oddali. Ale może nie potrzebował wytężać wzroku, może ponad sapaniem złośliwej bestii, zapominając o rzucanych przez ciebie oskarżeniach, usłyszał to co najważniejsze, to
co w maju miało zostać wyśpiewane na Old Trafford: 18 times and that’s a fact!



 

Fergie Time! Ktora notka lepsza (4)

 

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj:
http://www.labotiga.pl/ferguson
Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT





Fergie Time! Konkurs (3)

 

Przepraszam za przerwę spowodowaną wyjazdem na mecz Polska – Urugwaj oraz prowadzeniem wczoraj niezwykle ciekawej konferencji pt. „Efektywne wykorzystywanie marketingu sportowego”, podczas której Grzegorz Filipek, dyrektor marketingu marki Oknoplast opowiadał jak bardzo jego firma jest zadowolona ze sponsorowania Interu Mediolan i że dostali oferty sponsorowania m.in. od wielu klubów Premier League i… Borussii Dortmund! Już wracamy do naszego konkursu, oto kolejna – przedostatnia – odsłona.

 

KOSZENIE NA WHITE HART LANE

Andrzej Kotarski

Drogi panie, ja tu 40 lat koszę trawę na stadionie Tottenhamu. Widziałem tu wiele, ale najlepiej pamiętam jeden mecz z 2001.

Był 29 września, pamiętam dokładnie. Przyjechał do nas Manchester United, który zwykle lał nas jak chciał. Ile ja włosów przez tego Fergusona straciłem, sam tylko pan spojrzyj. Nie zapowiadało się łatwo. Remis brałbym w ciemno. A tu pierwsza połowa i gol, drugi, trzeci dla nas! Mieliśmy ich w garści, jak Boga kocham! Wtedy za Lesa Ferdinanda i Teddy’ego Sheringhama mogłem się dać pociąć.

Moja kanciapa jest dwa pokoje od szatni gości na White Hart Lane, więc co nieco do mnie dochodzi. Ale czegoś takiego jak wtedy, panie, w życiu nie słyszałem. W przerwie Ferguson darł się jak poparzony. Wyzywał ich od tchórzy i jeszcze gorzej. To była ta jego słynna szuszarka, susarka…, suszarka panie. Ciekawski jestem, więc poszedłem sprawdzić, co i jak. Gdy zobaczyłem Andy’ego Cole’a wychodzącego z szatni, chłopina drżał jak osika. Zawsze taki pewny siebie, a wtedy taki malutki! Nic dziwnego, że po takiej burze w szatni, na boisku oddałby matkę za strzelenie gola. Trafił po minucie od rozpoczęcia drugiej części.

Najgorzej było panie z tym Beckhamem. Ferguson uwziął się na niego najbardziej. Krzyczał, że interesuje się tylko tą ze Spajs Gerls, że w głowie mu tylko zakupy i samochody. Mówił, że ze ściętymi włosami zniknęła u niego cała ambicja. Dobrze, że wtedy jeszcze nie dostał tym butem od Fergusona, bo mu się należało. Po takich wrzaskach to nawet ja bym bramek nastrzelał, a nogi to mam dwie lewe. Beckham wyszedł na drugą połowę i zaczął nami rządzić, jak własnymi zabawkami. Razem z nim ten Gary Neville, co teraz do telewizji Sky Sports się pcha.

Kiedy w 58. minucie ten wysoki Francuzik Blanc wpakował nam drugą bramkę, ja już widziałem, że nie wygramy. O remis modlić się zacząłem. Każdego Arsenala i Liverpoola już byśmy mieli na widelcu, ale nie z Manchesterem. Oni tak zawsze.

Gol na 3:4 bolał najbardziej. Aż mi łzy w oczy napłynęły. Znienawidziłem Fergusona za jego chytry uśmieszek po tej bramce. Nigdy mu tego nie wybaczę. Ale trzeba skubanemu przyznać, że w tym co robi jest prawdziwy fachura. Tak jak ja z tą trawą na stadionie, mówię panu. O mnie w gazetach nic nie piszą, a na White Hart Lane murawa jak stół do bilarda. Pan tego nie napiszesz, Fergusona wolisz…

 

Taka fajna drużynka

mprzemek

Start sezonu 2011/12, Robin van Persie odbiera telefon.

-Dzień dobry, jak się masz Robin? – pada niewyraźne kilka słów.

-Przepraszam, kto mówi?

-Nie poznajesz… – w  głosie daje się wyczuć cień uśmiechu.

-Nie, i co więcej w ogóle słabo rozumiem, co Pan do mnie mówi. Widzę, że ta rozmowa do niczego nie ma prowadzić…– RVP miał się rozłączyć, nie podejrzewając nawet jak przewrotne okażą się słowa, jakie wyrzekł.

-Tu Alex Ferguson – akcent Szkota brzmiał już dla RVP wyjątkowo charakterystycznie.

- Robin, co sądzisz o moim MU? Pytam, bo wiem, że za 2 lata kończy Ci się kontrakt… – zawieszenie głosu po tych słowach zwiastowało, jak dalej może potoczyć się ta rozmowa.

Reakcja była błyskawiczna.

- Czy to aby nie nielegalne nakłaniać do transferu zbyt wcześnie? – zripostował gracz, całkiem z siebie zadowolony, że nie da się tak wodzić za nos takiej osobistości.

-Ależ czy ja Ci proponuję kontrakt? – spytał niewinnie opiekun United. – Ja tylko ciekaw jestem, co sądzisz o budowanym przeze mnie projekcie, to czysto towarzyska rozmowa. Fajną mam tą drużynkę, co?–wyraźnie ukontentowany z rozmowy, zagadnął mistrz takich gierek.

-Wybacz Sir Alexie, ale ta rozmowa z towarzyskiej szybko może stać się niestosowną. Przy całym szacunku, nie będziemy jej kontynuować. Do widzenia –pożegnał się RVP.

„Dobrze. Profesjonalista” – pomyślał menager.

Po pamiętnym 8:2 Fergie rzucił jedynie, niby zupełnie przypadkiem, w stronę schodzącego RVP: „Fajną mam tą drużynkę, co?”. RVP jeszcze nie wiedział, że te z pozoru niewinne słowa po stokroć mocniej zaczną oddziaływać po kolejnej potyczce z MU, również przegranej 1:2. Prasa już wtedy szeroko spekulowała co do losu RVP…

W trakcie posezonowych rozmów z Wengerem, przed każdym kolejnym spotkaniem Ferguson już wiedział o ofercie PSG i podbijał sumę odstępnego, zanim Francuz zdążył o niej powiedzieć. Jakiż to paradoks, że obaj menagerowie są na końcu tak zadowoleni z wyniku negocjacji. Przecież jeden z nich traci niekwestionowanego lidera, drugi płaci 9 mln € więcej niż początkowo zakładał, a mimo to obaj wiedzą, że ugrali maksimum tego, co mogli. Tak, piłkarskie szachy wykraczają dużo dalej poza murawę…

Warunki kontraktu stanęły na 200tys. tygodniówki. Tymczasem wieczorem gruchnęła wieść, że do gry weszli szejkowie z City. Zirytowany SAF chwycił za telefon i wybrał numer gracza Oranje.

- Powiem krótko – twardo rzekł Szkot. – Wiem o ofercie z City. Wiem, że proponują Ci 250 tys. United nie zamierza licytować oferty, znasz ją doskonale, masz czas na decyzję do jutra. Wiesz, że z City nie wygrasz tyle, co ze mną. Czekam na telefon. SAF wypowiedział te słowa stanowczo, ale już spokojnie, rozłączając się bez czekania na jakąkolwiek odezwę.

Nie zdążył się dobrze rozsiąść w fotelu, a telefon zadzwonił. Na wyświetlaczu:„van Persie Robin”.

-W City oferują mi 300tys, nie 250 – powiedział spokojny głos – także ma Boss nieprecyzyjne informacje.

-W takim razie muszę zwolnić informatora – odrzekł pełen opanowania Ferguson. – Ale czy usłyszałem Boss? – spytał z nutką ledwo wyczuwalnej ekscytacji w głosie.

-Tak, tak powiedziałem – RVP śmiał się po odpowiedzi 70-latka odnośnie informatora. Jest Pan niemozliwym człowiekiem Boss – kontynuował dalej rozbawiony król strzelców. – Nie przyjmę oferty City, tam nie ma takiej osobowości, a przede wszystkim – tu na chwilę zawiesił głos – nie mają takiej fajnej drużynki, co? – z zadowoleniem zakończył nowy nabytek MU.

„Profesjonalista” – uśmiechnął się w myślach Ferguson.

 

Sir Alex Ferguson, czyli historia dwumeczu z Legią

Olek Szmajda

Sezon 1990/1991 okazał się bardzo ciekawym, jeśli chodzi o rozgrywki Pucharu Zdobywców Pucharów. Manchester United, awansując po dość niełatwym dwumeczu z Montpellier prowadzonym przez Henryka Kasperczaka miał spotkać się w półfinale z Legią Warszawa.
Polska drużyna zapowiadała się na rywala, który nie ułatwi w wykonaniu zadania. Warto zaznaczyć, że te rozgrywki były okazją dla Czerwonych Diabłów do naprawienia niezbyt udanego sezonu ligowego, gdzie dopiero Manchesterowi udało się zająć szóste miejsce. Alex Ferguson, wtedy jeszcze niemający tytułu szlacheckiego miał skromny dorobek, jeśli chodzi o zdobywanie trofeów dla klubu z Old Trafford. Puchar Anglii, osiągnięty rok wcześniej, po meczu z Crystal Palace, to trochę za mało, jak na pięć lat pracy w tak wielkim klubie….
Legia miała jeszcze gorszy sezon ligowy, broniła się przed spadkiem, ale ku zdziwieniu całej Polski i Europy była w stanie wyeliminować szkockie Aberdeen i naszpikowaną gwiazdami Sampdorię Genuę. Szczególnie pokonanie poprzedniego przeciwnika nie byłoby możliwe bez młodego Wojciecha Kowalczyka, dla którego świat czekał już na podbicie…
10 kwietnia 1991 doszło, więc do pierwszego meczu półfinałowego przy Łazienkowskiej pomiędzy obydwoma zespołami. Faworyta wydawało się łatwo wytypować, choć legioniści liczyli na awans do finału. Manchester z solidną parą stoperów, taką jak Steve Bruce-Gary Pallister, czy takimi asami, jak Brian McClair, Lee Sharpe i Mark Hughes budził ogromny respekt. Niespodziewanie mecz dobrze się układał dla Legii, co bardzo niepokoiło i doprowadzało w stan nerwowości Fergusona. Udokumentowaniem takiej gry była bramka Jacka Cyzio w 36 minucie spotkania. Szok! Radość na trybunach! Niedowierzanie! Jak się okazało, trwające tylko 47 sekund… Nieupilnowany Sharpe natychmiast rozpoczął kolejną akcję i dośrodkował do McClaira, który ze spokojem zdobył bramkę wyrównującą. Legia już przed końcem pierwszej połowy grała w osłabieniu, co niczego dobrego w drugiej części meczu nie zapowiadało. Czerwone Diabły dominowały od momentu wznowienia gry, co potwierdziły bramki Hughes’a i Bruce’a, które zamknęły marzenia stołecznej drużynie o triumfie w europejskich pucharach. Cały sztab szkoleniowy Manchesteru był spokojny, rewanż na Old Trafford zdawał się być formalnością i tylko przyszło wyczekiwać na wieści o przyszłym rywalu w finale.
W Anglii zawodnikiem, który się pokazał z dobrej strony był wspomniany już Wojciech Kowalczyk, który uratował honor warszawskiej drużynie. Był on z pewnością odkryciem tamtego sezonu, ale, jak historia pokazała oczekiwań w dalszej części kariery nie spełnił…
Tymczasem Ferguson zaczął się zastanawiać, jak przechytrzyć Barcelonę w finale. Odpowiedź była bardzo prosta – wystarczyło mieć Marka Hughes’a w drużynie…

 

Mogłem zostać

Kuba Pawłowski

Cholernie dużo czasu spędziłem w tym klubie i zawsze będę pamiętał wszystkie dobre chwile z nim związane. Jednak nigdy nie zapomnę tych złych. Nie chcę wylewać żadnych żali. Mówić o tym, co było dobre, a co było złe. To nie w moim stylu. Chcę tylko, żeby każdy kibic wiedział na kim się zawiodłem i dlaczego odszedłem. Znaczyłem i będę znaczyć tutaj bardzo dużo. Nie zasłużyłem na takie odejście po tylu latach ciężkiej harówki.

Doznaliśmy kompromitującej porażki z Middlesbrough. Styl był tak fatalny, że powiedziałem kilka słów prawdy o gówniarzach, którzy są odpowiedzialni za to, co się stało. Byłem kontuzjowany, nie mogłem grać. Nienawidzę takiej sytuacji, zawsze chcę być na boisku i walczyć o zwycięstwo. Byłem wtedy kapitanem drużyny i miałem prawo powiedzieć te słowa. Chciałem, żeby zadziałały na zespół jak zimny prysznic. Dali ciała i nie można było tak tego zostawić.

Trener nic nie zrobił, żebym został. Jak odchodziłem, to nawet nie pamiętał, w którym roku dołączyłem do zespołu. Nie chcę oceniać moich występów w klubie. Nie jestem od tego. Jednak fakty są takie, że przez lata nosiłem opaskę kapitańską i zawsze byłem z klubem. Na dobre i na złe. Litry potu wylewałem na treningach i w meczach, żeby wygrywać i odnosić kolejne sukcesy. Ten klub, to mój dom i moja rodzina. Kocham go. W tej chwili, poza kibicami, nikt o tym nie pamięta. Ważniejsze jest zdanie asystenta trenera, który nigdy nie był w porządku względem mnie i nic w tym klubie nie zrobił dobrego. Na dodatek zgadza się z nim trener i mówi, że jestem nielojalny.

Brak klasy ze strony trenera i klubu. Do tego dochodzą zarzuty, których nigdy się nie spodziewałem. Nagle w klubie chcieli się mnie pozbyć i nikt nawet nie protestował. Nie jestem najmłodszy, byłem kontuzjowany, nie bałem się powiedzieć, co myślę. Nie sądzę, żeby to były wystarczające powody, żeby zakończyć współpracę. A może jednak?

W mediach usłyszałem z ust trenera, że jestem najlepszym pomocnikiem swojej generacji, jedną z najwspanialszych postaci w historii naszego klubu i kluczową postacią w odnoszeniu sukcesów. Tylko dlaczego nie docenił tego wcześniej? Dlaczego nie zachował się inaczej? Pozwolił mi odejść i nawet nie próbował zatrzymać. Wystarczyło chcieć. Ja przez całą karierę chciałem i udowodniłem to na boisku.

 

Początki Wayne’a w United

Nina Rayska   

Nie znam dobrze postaci Alexa Fergusona, ale nie dawno przeczytałam biografię Rooney w której prezentował on swoje początki gry w MU. Myślę, że dla tego konkretnie zawodnika sir Alex Fergusona był jest i będzie wielkim autorytetem i ma na niego wielki wpływ.

Rooney trafił do Manchesteru z Evertonu w 2004. Gdy podpisał kontrakt od razu pojechał do swojego nowego klubu, aby się rozejrzeć i poznać swoich kolegów. Jego pierwszym przewodnikiem po kompleksie Czerwonych Diabłów był nie kto inny, a właśnie Ferguson. Reprezentant Anglii wspomina, że na początku nie poznał Bossa, bo w telewizji wydawał się o wiele niższy. Gdy Rooney rozpoczął już treningi w MU, sir Alex bardzo go oszczędzał ponieważ nie dawno wyleczył kontuzji. Jednak Wayne chciał za wszelką cenę grać, ale trener studził jego emocje. Pierwszą szansę dał „10” w meczu Ligi mistrzów z Fenerbahçe SK. Przed meczem Ferguson wziął go na stronę i powiedział, że da mu szanse w tym spotkaniu. Trzeba przyznać, że Boss ma niezwykłe wyczucie, bo Rooney ustrzelił hat-tricka.

Po spotkaniu Wazza nie mógł się dogadać z arbitrem technicznym, aby otrzymać piłkę meczową, narzekał na to tak w szatni, że Ferguson wyszedł z pokoju i przyniósł swojemu zawodnikowi tą piłkę, która była dla niego tak ważna.

Na początku kariery Wayne’a Rooney’a w MU odbyła się również tak zwana Pizza Gate. Jak wiadomo mecze Manchesteru United i Arsenalu powoduje wielkie emocje zarówno pośród kibiców jak i zawodników. W tamtym sezonie te drużyny były bezpośrednimi rywali w na pozycji lidera w lidze angielskiej. Emocje były wielkie szczególnie dlatego, że 15 minut przed końcem spotkania Rooney został powalony w polu karnym i sędzia wyznaczył „11”. Tym sposobem Czerwone Diabły dobiły Kanonierów i ostatecznie wynik spotkania skończył się na 2:0.

Jednak prawdziwa awantura rozpoczęła się dopiero w korytarzu po spotkaniu. Sam Rooney usłyszał krzyki już w szatni, ale wyszedł by zobaczyć co się dzieje. Zobaczył szarpaninę, rzucanie wyzwiskami między zawodnikami, no i sławetną pizzę lądującą na garniturze Alexa Fergusona. Uznał, że było to okazanie kompletnego b raku szacunku w stosunku do Bossa i spróbował dorwać atakującego, jednak jego koledzy kanonierzy wepchnęli już go do szatni. To jak opisuje to Rooney możemy uznać za pompatyczne, ale pokazuje jak wielki respekt ma do swojego trenera Anglika i, że traktuje go jak członka rodziny, której nie pozwoli skrzywdzić.

Przykład Wayne Rooney pokazuje jakie oko ma sir Alex do sprowadzania zawodników. Było wiadome, że ten zawodnik miał praktycznie podpisany kontrakt z Newcastle United, jednak w ostatniej sekundzie przechwycił tego młodego zawodnika Manchester i opłacało się. Jeszcze w tym samym roku zdobył on nagrodę dla najlepszego młodego zawodnika i do tej pory gra w klubie. W tym momencie Rooney jest jego liderem. Życzę Fergusonowi by znowu znalazł taki diament, który oszlifuje i będzie taką gwiazdą jak Wazza.

 

Po czyjej stronie leży wina?

TheBellator95

Chciałbym opisać wydarzenie ,którego głównym bohaterem jest od lat niezastąpiony trener Manchesteru United – Sir Alex Ferguson.

Najpierw jednak chcę opisać sytuację, która miała miejsce przed incydentem związanym z Beckhamem. Było to 15.02.2003 r. podczas meczu na Old Trafford pomiędzy Manchesterem United a obrońcą tytułu Pucharu Anglii z 2002 roku Arsenalem Londyn. Spotkanie było o tyle ważne ,że od niego zależało ,która drużyna awansuje dalej (nie było dwumeczu). Na prowadzenie wyszli podopieczni Arsene Wengera gdy w 34 min. bramkę z rzutu wolnego zdobył Brazylijczyk Edu.

Pomimo wielu okazji Manchesteru (w tym pudło Ryana Giggsa na pustą bramkę) to Arsenal zdobył drugiego gola w 52 min., autorem bramki był Sylvain Wiltord. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie i Manchester przed własną publicznością odpadł z F.A. Cup. Sir Alex Ferguson nie ukrywał swojej złości w szatni. Największe pretensje miał właśnie do Davida Beckhama ,którego obwiniał za stratę drugiej bramki. Szkocki trener tak się wściekł, że kopnął butem prosto w Anglika rozcinając mu lewy łuk brwiowy. Beckham też stracił panowanie nad sobą i rzucił się na trenera „Czerwonych Diabłów”.Na szczęście w porę zatrzymali go koledzy z drużyny tłumacząc mu ,że Ferguson nie chciał zrobić tego specjalnie. Davidem musiał zaopiekować się sztab medyczny. Po całej akcji trener oczywiście przeprosił Anglika mówiąc, że nie chciał tego zrobić i ,że był to tylko wypadek. Niestety przeprosiny nie wystarczyły, Beckham stwierdził ,że w tak złej atmosferze nie może kontynuować swojej pracy w klubie. United opuścił 1 lipca w 2003 roku i podpisał kontrakt z Realem Madryt.

Po czyjej stronie leży wina?

Według mnie po stronie Sir Alexa, który mógł opanować swoje nerwy. David też zareagował dość ostro, ale on moim zdaniem miał powód, bo nie tak dawno Angielski pomocnik był mocno krytykowany przez Fergusona. Szkot kłócił się już na treningach a w jednym z wywiadów powiedział, że „David jest nielojalny wobec klubu”. Te słowa Anglik przyjął do siebie mocno, nerwy jednak puściły dopiero w szatni. Jak widać afera, która miała miejsce, zadecydowała o odejściu z zespołu jednego z najlepszych w tamtym czasie piłkarzy na świecie. A szkoda…

 

Historia pewnej nienawiści

Damian Dragański

Nienawiść – była tu od zawsze. Namacalna, cuchnąca, wydobywająca się z każdego zakamarku. Nie dało się jej nie wyczuć i nie dało się przejść obok niej obojętnie. Była tak mocna, że chociaż niewidzialna, to uznawana za fakt. Namacalny. Porcjowana na części i dawkowana. Nie dało się od niej uciec albo wyleczyć. Były momenty, kiedy wydawało się, że trochę przycichła, może nawet znikła albo mieszkańcy Leeds przyzwyczaili się do niej i przestali zwracać na nią uwagę. Minęło ponad 7 lat od momentu, kiedy zespół z tego miasta pożegnał się z Premier League. Na Elland Road 20 września 2011 w ramach 3. rundy Carling Cup zawitał Manchester United. Paskudne uczucie znowu dało o sobie znać ze zdwojoną mocą.

Skąd wzięła się ta zawiść? Na to już faktów brak. Było wielu, którzy dokonali aktu nienawiści w tej wojnie. Wszyscy tak samo zaangażowani i pewni swoich racji. Pewności brak natomiast w ustaleniu źródła przyczyn konfliktu. Ale jakie to ma znaczenie? Kibice byli tak mocno zainfekowani wzajemną nienawiścią, że szukanie przyczyn było w ich przypadku najmniej istotne.

Alex Ferguson zadecydował, że drużyna przybędzie do Leeds dzień przed meczem i tam poczeka na spotkanie. Nie wiedział, że przyczynił się swoją decyzją do przedmeczowego preludium. Kiedy następnego dnia autokar Czerwonych Diabłów wyjeżdżał z hotelu Malmaison na trening kibice Leeds otoczyli pojazd. Przez moment piłkarze United byli w rękach oszalałego tłumu. Autobus wpadł w pułapkę. Akcja, którą Ferguson porównał de sceny z filmu „Zulu”, kiedy grupka brytyjskich żołnierzy kolonijnych stoczyła bój z tłumem zdziczałych tubylców. Kryzysową sytuację szybko zażegnała policja. Kilka wozów pełnych funkcjonariuszy rozpędziło agresywny tłum. Zawodnicy po chwili wyruszyli już innym pojazdem na stadion, gdzie kibice, tym razem obu drużyn, dopisali kolejny rozdział w historii zażartej wojny.

Trudno natomiast cokolwiek napisać o meczu. Bez historii. Mocniejszy rywal przyjeżdża na stadion rywala z niższej ligi i dokonuje rzezi niewiniątek. 3:0 osiągnięte ze spokojem i wyrachowaniem. Różnica umiejętności i doświadczenia. Natomiast na trybunach szargano wszelkie świętości. Katastrofa lotnicza cudownych dzieci Busby’ego? Zasztyletowanie dwóch fanów Whities w Istambule przez kibiców Galatasaray? Wydarzenia, na myśl o których spuszczamy głowy, na stadionie były wyszydzane. Kpiono z nich, tak, jakby były błahymi wpadkami, które przyprawiają o pobłażliwy uśmiech, a nie ludzkimi tragediami. – Pamiętam, kiedy grałem jeszcze w Manchesterze, chłopaki w szatni przed meczem z Leeds na Elland Road mówili: wyjdźmy tam, zróbmy swoje i szybko wracajmy, bo nie jesteśmy tam mile widziani – wspomina Lee Sharpe, zawodnik Diabłów, a potem Pawii.

Póki co piłkarze Manchesteru mogą spać spokojnie. Leeds nie wygląda na zespół, który mógłby szybko awansować do Premier League, a w Carling Cup pokonać Chelsea.

 

Fergie Time! Ktora notka lepsza (3)

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj:
http://www.labotiga.pl/ferguson
Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT



Fergie Time! Konkurs (2)

 

Ciąg dalszy naszego konkursu na notkę o Sir Aleksie…

FENOMEN

Bartosz Zawadzki

Myśląc o managerze Manchesteru United nasuwa mi się jedno słowo. FENOMEN. Od 1998 roku jestem kibicem czerwonych diabłów i bardzo często, szczególnie podczas okieniek transferowych krytykuje Sir Alexa za jego transfery i wybory. Ale już po paru kolejnych kolejkach okazuje się, że to on zawsze ma racje i sprowadzani przez niego gracze idealnie pasują do jego koncepcji. Przez ostatnie dziesięć lat postawił na takich piłkarzy jak Wes Brown, Darren Fletcher, Park Ji Sung, Nicky Butt, Michael Carrick i Javier Hernandez i jeszcze mógłbym tak wymieniać, ale nie to w tym wszystkim chodzi. Przecież nikt mi nie powie, że to są piłkarskie gwiazdy, wirtuozi futbolu i nietuzinkowi gracze. Owszem są dobrymi piłkarzami, ale w takich klubach jak Milan, Barcelona, Real, Inter, Juventus czy choćby w Chelsea nie odgrywaliby większej roli.

A jednak w United odgrywali bądź odgrywają zawsze ważną rolę. Właśnie to czyni Fergusona Fenomenem przez duże F. On zawsze na pierwszym miejscu stawia dobro zespołu. Jeśli ma jakąś gwiazdę i psuje ona atmosferę w drużynie lub, choć raz mu podpadnie żegna się z takim piłkarzem bez sentymentu i wszyscy łapią się za głowę mówiąc, co on do cholery robi a on doskonale wie, co robi. Takich piłkarzy było wielu (Stam, Beckham, van Nisterlooy, Tevez to tylko przykłady, a w najbliższym czasie podejrzewam, że postąpi tak, z, Nanim, który miał przecież rewelacyjny zeszły sezon) i zawsze potrafił ich zastąpić. Nie wyobrażam sobie innego menagera w Machestrze United, bo myślę, iż on po prostu jest nie do zastąpienia. Piłkarze darzą go ogromnym szacunkiem i ma u nich niepodważalny autorytet.

Myślę, że Giggs i Scholes w podziękowaniu właśnie dla niego kontynuują swoje kariery i potrafią pokazywać ciągle ten sam głód zwycięstw (patrz ostatni mecz Giggsa w pucharze z Chelsea- najlepszy a zarazem najstarszy na boisku). Kolejnym aspektem fenomenu Fergusona jest niewątpliwie wiara w zawodników. Idealnym przykładem jest tutaj Fletcher, który nadal walczy z chorobą (wirusem), która nie jest nawet do końca znana a Fergie (pozwolę sobie tak napisać) wystawia go może i mniej ważnych meczach, ale daje mu przez to taki impuls żeby się nie poddawać, że myślę, iż Darren nawet dla samego managera będzie walczył i w końcu wygra z nią.

Powód Fenomenu Fergusona to również ciągła nauka futbolu. Przecież piłka przez 26 lat jego pracy jako trenera Unitek zmieniała się nieustannie a przecież on nie gra ciągle np. trójką obrońców, co możemy zauważyć choćby na polskich boiskach pierwszoligowych, gdzie drużyny prowadzone przez trenerów starej „daty” grają tak jak grało się w latach 70 czy 80. Trzy krotna zmiana taktyki przez ostatnie 10 lat na takim poziomie z takimi sukcesami to dla mnie wspaniałe osiągnięcie.

Bardzo bym chciał przeczytać i poznać od kuchni pracę Fergusona w Manchesterze United, ponieważ darzę go ogromnym szacunkiem i podziwiam to ,że w topowym klubie na świecie pracuje już tak długo.

 

Jak Sir Alex Ferguson załatwił mi skrzynkę piwa

Grzegorz Dąbrowski

Sir Alex Ferguson załatwił mi skrzynkę piwa. Tak, tak to nie są żarty i już tłumaczę dlaczego. Początek tej historii to rok 2008, a dokładnie 21 dzień maja, a więc jakże szczęśliwy dzień dla mojego ukochanego klubu. Wszyscy doskonale pamiętamy te emocje, te podróże z nieba do piekła i z piekła do nieba jakie były nam serwowane w trakcie meczu, a zwłaszcza podczas rzutów karnych. Doskonale pamiętam jak przeżywałem, jak ściskałem kciuki i jak dopingowałem ile sił w gardle piłkarzy ManU, nie zważając na to że już jest grubo po 22, a więc cisza nocna już obowiązuje i stukania w kaloryfery przez moich sąsiadów z pewnością nie są spowodowane tym, że akurat postanowili je wyczyścić używając przy tym całej swojej siły.

Ale warto było, oj warto! Wygraliśmy, a więc moje modły zostały wysłuchane. Co prawda sąsiedzi nie odzywali się do mnie przez  jakieś 2 tygodnie, ale co tam, ważne że wygraliśmy i udowodniliśmy multimilionerowi, że za pieniądze nie można mieć wszystkiego. Bo co prawda Manchester United do biednych nie należy, ale ma ogromne długi i nie wydaje na transfery tyle co inne kluby. Długo przeżywałem ten finał i wspólnie z bratem (drugim wielkim fanem ManU w moim domu) analizowałem mecz i wychwalałem geniusz Sir Alexa Fergusona w odniesieniu do całej jego kariery trenerskiej w Manchesterze.

Byliśmy (i jesteśmy nadal) zgodni że największym Czerwonym Diabłem w historii klubu jest właśnie Alex Ferguson i że dopóki on zasiada na ławce trenerskiej klub będzie zmierzał we właściwą stronę, przynajmniej jeśli chodzi o grę piłkarzy. Tylko problem jest jeden, jak długo będzie trwała ta bajka. Brat twierdził, że do roku 2011 albowiem sezon 2010/2011 będzie ostatnim zwycięskim sezonem w karierze Fergusona, po którym zejdzie ze sceny w rytm piosenki Perfektu – Niepokonani. Ja się z jego zdaniem nie zgodziłem i stwierdziłem, że Ferguson jeszcze w sezonie 2012/2013 będzie prowadził MU, bo co prawda lat może już nie ma mało, ale jest młody duchem i z pewnością nie wyobraża sobie życia bez ławki trenerskiej Czerwonych Diabłów. Ta różnica zdań między mną, a bratem przerodziła się w zakład o wspomnianą na początku skrzynkę piwa. Kto wygrał zakład? Wiadomo! A dzięki komu? Dzięki Największemu trenerowi w historii piłki nożnej, Sir Alexowi Fergusonowi. A dzięki czemu? Bo FUTBOL cholera jasna!

 

Będziesz dalej “Czerwonym Diabłem”?

Tomasz Sierżant

“Co ten rudzielec, sobie do cholery wyobraża!” – rozwścieczony Sir Alex Ferguson, mruczał do siebie, idąc pustym korytarzem na Old Trafford. “Smarkacz jeden, w głowie mu się poprzewracało! Mówiłem Coleen, żeby trzymała go krótko ale ona tylko z kartą kredytową sobie dobrze radzi. Parszywy los…” – złość “Fergi’ego” nie malała a najgorsze dopiero było przed nim. Wspomnianym korytarzem szedł na rozmowę z Waynem Rooneyem, którego ściągnął na stadion wprost z 40-procentowej wyprzedaży w jednej z galerii handlowych.

Szkot skierował swe kroki w stronę drzwi własnego gabinetu, gdzie miał czekać sprawca jego postrzępionych nerwów. Młody Anglik siedział przy jego biurku, nucąc pod nosem jedną z przyśpiewek kibiców Evertonu.

- I co Ci tak wesoło? Ty mnie wpędzisz do grobu, a zawsze myślałem, że zrobi to moja żona” – rzucił cierpko Ferguson.

- Sorry, boss ale nie wiem o co tyle hałasu. Wypaliłem się, chcę doznać czegoś nowego. Boss rozumie… – odpowiedział z przejęciem napastnik.

- Słuchaj młody, od doznań to Ty masz żonę. Nie bierz mnie na ckliwe frazesy bo nigdy Ci to nie wychodziło. Czego Ci tu brakuje? Forsy masz jak lodu, kibice Cię kochają, grasz o największe trofea, jesteś gwiazdą. Nie rozumiem do cholery…

- Szefie… Ci w turbanach z City, obiecali kupić Coleen całą galerię handlową, Pensję od Was, przebiją trzykrotnie, a w dodatku tam jest Tevez. Znów nie będę wytykany, jako ten najbrzydszy w drużynie…

Ferguson zaśmiał się szyderczo, jednak widząc zadumane oblicze swojego podopiecznego, przestał. Podszedł do niego, poklepał po plecach i rzekł:

- Ok, Wayne. Skup się. Przynajmniej się postaraj… Nie mogę obiecać Ci obrzydliwie wielkiej kasy, ani spełnienia snobistycznych fantazji Twojej żony. Ale pomyśl… Zostaniesz legendą tego klubu. Ba, może kiedyś mnie nawet zastąpisz, kto wie…

- Boss sobie raczy ze mnie jaja robić – wtrącił Rooney. – Przecież to Giggs ma być Pana następcą spośród podopiecznych. Boss to wiele razy powtarzał…

- Takie gadanie… Nie przerywaj! Kupimy Ci do pomocy porządnych piłkarzy, rozumiesz? Same podania “na nos”. O wygląd się nie martw, załatwimy Ci przeszczep włosów. O premiach już pogadam z zarządem… A Ty wiesz, że już w planach jest Twój pomnik?

- Naprawdę, boss? To wzruszające…

- Naprawdę synu, naprawdę. To jak? Będziesz dalej “Czerwonym Diabłem”?

- Przekonał mnie boss, dla Ciebie szefie, wszystko!

Główny cel

Adrian

W sezonie 2010/11 Manchester United po zwycięstwie w ostatniej kolejce nad Blackpool 4-2 wywalczył 19 tytuł mistrza Anglii co uczyniło zespół z Old Traford najbardziej utytułowanym klubem w Premier League (O jeden tytuł mniej ma Liverpool) . Dwanaście z tych tytułów „Czerwone Diabły” sięgnęły pod wodzą  Sir Alexa Fergusona. Trener  Manchesteru United był dumny ze swoich piłkarzy po meczu przyznał że jest to szczególny moment w jego długiej karierze i że  wielkim wyczynem było wygranie  ligi w pokonanym polu zostawiając takie zespoły jak Chelsea czy Manchester  City.  Sir Alex  chciał wyjaśnić, że wygranie Premier League jest triumfem dla klubu jako całości, a nie tylko dla graczy.  Mieliśmy młody zespół chociaż przegraliśmy finał Ligi mistrzów z Barceloną ale i tak uważam że moi zawodnicy byli absolutnie genialni, uważam że wykonali dobrą robotę –mówił Szkot o zakończonym sezonie.

Na koniec trener  „czerwonych diabłów” podziękował wszystkim pracownikom klubu za udany sezon: „Chciałbym również podziękować  dyrektorom, właścicielom ,prezesom ,zarządowi a także personelowi medycznemu za świetną robotę. Personel medyczny i fizjolodzy świetnie przygotowali zespół do sezonu dzięki temu nasz zespół nie był podatny na kontuzje. Bez was nie było by tego sukcesu. Natomiast kapitan zespołu Nemanja Vidić  dodał: „To był nasz główny cel: wygrać ligę i pójść wyżej Liverpoolu,”  „Byłem bardzo dumny, kiedy dano mi opaske kapitana i muszę powiedzieć, że cieszę się tej roli. Jestem bardzo zadowolony, że wygraliśmy puchar w tym roku, zwłaszcza, że ​​to takie ważne trofeum. „zakończył .W ostatnim dziesięcioleciu latach  Manchester wywalczył mistrzostwo pięć razy. Trzy razy triumfowała Chelsea, dwa razy Arsenal Londyn.   

Zdobywcy tytułu mistrza Anglii w ostatnim 10-leciu:
               
2011: Manchester United
2010: Chelsea
2009: Manchester United
2008: Manchester United
2007: Manchester United                                                        
2006: Chelsea
2005: Chelsea
2004: Arsenal
2003: Manchester United
2002: Arsenal

 

Kto dał Ronaldo szansę?

pipes_pipes

Niekiedy ciężko przewidzieć jak jedno zdarzenie wpłynie na bieg historii…

Fanem Manchesteru United nie byłem nigdy. Pamiętny finał 1999 roku wspominam oczami ośmiolatka, ale kto tego nie pamięta? O Sir Alexie napisano już wszystko. Nie wymyślę przecież koła od nowa. Każdy wie, że Ferguson to pod wieloma względami nieosiągalny pułap. Doszukiwać się w nim wad nie zamierzam, bo sam ich przecież mam aż za dużo, docenić za to mogę to, co w nim naprawdę podziwiam. O czym mowa?

Przenieśmy się nieco w czasie.

Wakacje 2003 roku. Benzyna kosztuje nieco ponad 3 złote, rzesze fanów Neo czekają na zwieńczenie trylogii braci Wachowskich jesienią, autor tego tekstu właśnie skończył podstawówkę. Piłka nożna dla niego równa się bieganiu za klasyczną biedronką z kolegami, graniu w Fifę 2001 z bratem na starawym komputerze i oglądaniu Ligi Mistrzów na TVP 2. Na dobrą sprawę to nawet nie pamiętał on, że to właśnie w tym roku odbył się ten transfer, jego brat pewnie pamięta, tylko z racji bycia fanem MU.

Gdyby nie transfer tego młokosa to tamte jakże gorące lato transferowe dla United byłoby najdelikatniej mówiąc kiepskie. Kto pamięta Bellona, eksperyment z Dongiem czy Klebersona w MU? Dla młodego chłopaka transfer z uznanego, acz nie najlepszego klubu ojczystej Portugalii do jednego z najbardziej utytułowanych klubów planety w glorii niezwykłego talentu, był skokiem na naprawdę głęboką wodę. Patrząc na to z perspektywy czasu Ferguson jak nigdy przedtem w 2003 roku zaryzykował w okienku transferowym i dzięki temu chłopaczkowi zgarnął całą pulę.

Przyznam szczerze, że o tym transferze dowiedziałem się od brata i nie mogłem się nadziwić, że mój dawny idol, który na zeszłorocznym miał strasznie głupią fryzurę przeszedł do Manchesteru, skoro dopiero rok wcześniej zasilił skład Realu. Oczywiście nie chodziło o niego, ale do tamtej pory dla mnie nigdy nie było innego Ronaldo.

Cristiano Ronaldo naprawdę nie lubię, ale nie sposób go nie szanować. Zwyczajnie jest na to za dobry. Kto sprawił, że niegdyś płaczący chłopaczek z krzywymi ząbkami zmienił się w tytana treningu z kompulsywnym pragnieniem perfekcjonizmu? Kto nie bał się ogromnego ryzyka, stawiając na niego? Kto najzwyczajniej w świecie dał Ronaldo szansę, o której marzą tysiące takich jak on? Choćby tylko za to jedno zdarzenie szanuję Sir Alexa Fergusona. Jego nie da się nie szanować, zwyczajnie jest na to za dobry… Niekiedy ciężko przewidzieć jak jedno zdarzenie wpłynie na bieg historii, ale czasem naprawdę warto ryzykować.

 

CIASTECZKA, BLOODY HELL

ytseman23

- Gdzie jedziecie?
– Nie wiem, ale ponoć niedaleko. Stary będzie miał dokładny adres. Choć jakbyś mnie zapytał, to powiem, że to strata czasu. Znaczy – ta jazda do tych młodzików. Gdzie im do pierwszej drużyny, chłopie? Ech… Uwaga, idzie, gasimy papierosy… Na razie… Dzień dobry, szefie! Dokąd dzisiaj pędzimy?
– Dobry, dobry. Do Swinton. Bloody hell, adres strasznie nabazgrali. Odczytasz się?
– A tak, wiem, gdzie to jest. No to: gaz do dechy, że tak powiem. Może się pan poczęstuje ciasteczkiem?
– Nie, ale ty się nie krępuj.
Później.
– Witam Państwa. Jesteśmy chwilę po czasie, ale te korki…
– Nic się nie stało, proszę wejść i rozgościć się. Synku! Zejdź do nas!
– Dzień dobry panu.
– Synku, tak jak ci mówiliśmy wcześniej, ten pan przyjechał w sprawie twojej kariery piłkarskiej.
– Witaj chłopcze. Jeśli się państwo nie obrażą, to chciałbym porozmawiać z chłopakiem na osobności.
– Oczywiście, nie ma problemu. Zostawiamy herbatkę i ciasteczka – proszę się częstować.
– Bloody hell, co oni dzisiaj z tymi ciasteczkami! Nieważne. Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie, chłopcze. Dzisiaj są twoje urodziny, ale ja nie mam dla ciebie prezentu. Zamiast tego chciałbym porozmawiać o twojej przyszłości. I o przeznaczeniu. I nie patrz się tak na mnie, wiem jak to brzmi. Sam zawsze twardo chodziłem po ziemi, ale widzisz… Miałem sen i widziałem rzeczy, którym ludzie nie daliby wiary. Ciebie sunącego pomiędzy czterema obrońcami Arsenalu i strzelającego bramkę wszechczasów. Oglądałem jak rozgrywasz blisko tysiąc meczy w barwach klubu. Widziałem jak promienie słoneczne lśnią na powierzchni dziesiątek pucharów, które wspólnie zdobędziemy. Jak wygrywamy Ligę Mistrzów strzelając niemieckiemu klubowi dwie bramki w doliczonym czasie gry…
– Niemcom w doliczonym czasie? Niemożliwe…
– Nie przerywaj! Widziałem jak grasz przez ponad 20 lat, jak zdobywamy tytuł najlepszego gracza i najlepszego trenera w historii Premier League. Widziałem, że jak będę się zbliżał do emerytury, to właśnie ciebie namaszczę na swojego następcę i będziesz dalej prowadził klub do sukcesów. Wprawdzie to ostatnie widziałem przez mgłę, jakby przyszłość nie była jeszcze ustalona. Ale nieistotne – ważne jest, że wszystko to nastąpi tylko i wyłącznie wtedy, jeśli będziesz u nas grał. Inaczej wszystkie te chwile przepadną… Jak łzy na deszczu.
– Zgoda. Zawsze chciałem być Czerwonym Diabłem. Tylko proszę wziąć ciasteczko, bo mama się obrazi.
– Mmm… bardzo dobre. Bardzo dobre ciasteczko, bloody hell.

 

Koronacja

Krystian Konieczny   

16 maja 2009 roku na Old Trafford Manchester United bezbramkowo zremisował z Arsenalem Londyn i tym samym na kolejkę przed końcem mógł cieszyć się ze zdobycia 18 tytułu mistrza Anglii, zrównując się tym samym w liczbie tytułów z odwiecznym rywalem Liverpoolem. Dla Sir Alexa Fergusona był to jego 11 tytuł mistrza Anglii z Czerwonymi Diabłami w swojej wówczas prawie 25 letniej przygodzie na Old Trafford.

Po meczu od razu przystąpiono do dekoracji mistrzów Anglii. Co ciekawe, w całej historii Premier League czyli od roku 1992 roku gdy Manchester United zdobywał tytuł jedenaście razy, zaledwie 2 razy mógł świętować zdobycia mistrzostwa na Old Trafford. No cóż, nie mieli szczęścia piłkarze Fergusona do świętowania tytułów mistrzowskich na własnym stadionie. Dlatego tym bardziej mieli powody do radości. Podczas koronacji Czerwonych Diabłów komentatorzy Rafał Nahorny i Andrzej Twarowski przytoczyli sytuację z 2002 roku kiedy to sporo osób stwierdziło, że na Old Trafford powinna zawitać nowa miotła a sam Ferguson chciał odejść na emeryturę. Po kilku latach i zdetronizowaniu Chelsea Londyn prowadzonej przez Jose Mourinho, Sir Alex dziękował Bogu właśnie za to, że na Stamford Bridge pojawił się popularny Mou. Komentatorzy stwierdzili nawet, że sprostanie Chelsea wspomaganej przez Abramowicza była największym wyzwaniem dla Fergusona w jego całe dotychczasowej karierze. Faktycznie, ciężko się z tym nie zgodzić. Szkot również przyznał, że dzięki Jose Mourinho, zaczął jeszcze bardziej ingerować w taktykę. W 2009 roku gdy już od dwóch lat the special one w Chelsea nie było Ferguson powiedział:  ‘ ale ja byłem głupi, że chciałem odejść na emeryturę’. Później nikt już nie wierzył w rychłą emeryturę Fergusona.

Gdy rozśpiewani piłkarze Manchesteru United i wszyscy kibice na Old Trafford świętowali zdobycia tytułu angielski dziennikarz przeprowadził wywiad z managerem Czerwonych diabłów. Wspaniałe jest to, co Ferguson powiedział: ‘W życiu bym nie przypuszczał, że uda mi się zdobyć z Manchesterem United aż 11 tytułów Mistrza Anglii. Tak naprawdę myślałem o tym, żeby wygrać jeden, aby zdobyć ten pierwszy’. Manager wspomniał, też że póki co nie wybiera się na żadną emeryturę i ma wiele pracy do zrobienia na Old Trafford. Na słowa dziennikarza: ‘ Jeszcze 5 lat na ławce trenerskiej?’ odrzekł : ‘ Niech Pan Bóg da’

Faktycznie, w 1986 roku kiedy Alex Ferguson zawitał na Old Trafford, początki miał z pewnością niełatwe, a czasu do polepszenia sytuacji w klubie też nie od groma. Manchester United miał wtedy na koncie 7 tytułów mistrzowskich a Liverpool 18. Biorąc pod uwagę początki kariery Szkota na ławce trenerskiej Czerwonych Diabłów wówczas prawdopodobieństwo, że Ferguson będzie 26 lat managerem Manchesteru United i wyprzedzi w tytułach mistrzowskich Liverpool było mniej więcej takie jak teraz przejście Ikera Casillasa do Barcelony.

 

Fergie Time! Ktora notka lepsza (2)

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj:
http://www.labotiga.pl/ferguson
Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT



Fergie Time! Konkurs (1)

 

No to zaczynamy tydzień z Sir Aleksem Fergusonem, czyli nasz konkurs literacki na opis jakiegoś zdarzenia z nim w tle. Nie tylko dla kibiców Manchesteru United. Wrzucam notki w kolejności nadsyłania, to kompletny przypadek, że pierwsza dotyczy okresu jeszcze przed objęciem posady na Old Trafford. Jest ich 28. Poziom, jak zwykle w naszych konkursach – różny. Musiałem jednak dać kilka dysk, kilka odesłałem z powodu znacznego przekroczenia limitu znaków. W kilku musiałem dopisać tytuły – wydawałoby się, że dla autora rzecz święta, ile ja bojów stoczyłem z redaktorami w czasach pracy w Gazecie o zachowanie tytułu, przegranych, bo nie mieściły się na stronie, albo były za krótkie… Jak zwykle proszę samozwańczych recenzentów o recenzje. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do szatni w przerwie meczu, a na ławce siedzą… notki. No i co im macie do powiedzenia? Suszarka czy klepanie po plecach? ;)

 

Long Live the King

Łukasz Marchel

Był 9 września 1985 r, przeddzień meczu Szkocja – Walia w eliminacjach MŚ-Meksyk 1986. 44-letni wtedy Alex Ferguson był wraz z Andym Roxburghiem asystentem trenera reprezentacji Szkocji, Johna „Jocka” Steina. Około godziny 22, Stein wezwał ich obu do swojego pokoju, ale zamiast omawiać taktykę na mecz, wygłosił monolog, który z pewnością zapamiętają do końca życia. Ostatni mecz z Walijczykami, który miał przybliżyć Szkotów do awansu, zszedł na dalszy plan i został zastąpiony przez nostalgiczną historię życia Steina opowiedzianą przez niego samego. Jock mówił przez ponad godzinę i wprawił swoich współpracowników w osłupienie. Twardo stąpający po ziemi Szkot zrobił się tego wieczora emocjonalny i sentymentalny. Kto wie, być może przeczuwał najgorsze…

Mecz w Walii był ostatnim meczem Szkocji w tych eliminacjach. Jak się później okazało, był to również ostatni mecz Johna Steina. Po 45 minutach Szkoci przegrywali 0:1 i do zapewnienia sobie baraży potrzebowali co najmniej remisu . Co gorsza, bramkarz Szkotów, Jim Leighton, zgubił swoje szkła kontaktowe i Stein był zmuszony zmienić go w przerwie. W jego miejsce wystawił Alana Rough’a, a po 15 minutach drugiej połowy na boisko wszedł Davie Cooper, zmieniając Gordona Strachana. Jak się później okazało, była to dobra decyzja, bo Cooper w 81 minucie strzelił bramkę z rzutu karnego. Ostatnie minuty to szaleńcze ataki Walijczyków, które nie przyniosły jednak skutku i z gry w barażach mogli się cieszyć Szkoci, którzy po zakończeniu meczu szaleli na murawie stadionu w Cardiff. Ich radosną zabawę przerwał dopiero Ferguson, który opowiedział jednemu z zawodników o tragicznych wydarzeniach z końcówki meczu. John Stein zasłabł tuż przed ostatnim gwizdkiem – Kiedy Davie strzelił bramkę z karnego, Jock nie odezwał się ani słowem. Chwile potem zaczął iść w stronę Mike’a Englanda (ówczesnego managera Walii), ale się potknął – wspomina po latach sir Alex Ferguson – Złapałem go jak tylko zaczął upadać. Służby medyczne wyszły do nas z tunelu, a ja trzymałem go aż do czasu gdy został zabrany do środka.

Renimacja nic nie pomogła: John „Jock” Stein zmarł 10 września 1985 r na zawał serca. Jak się później okazało, tego feralnego dnia nie wziął swoich tabletek, które przyjmował niezmiennie od kilkunastu lat. Doprowadził Szkocję tak daleko, ale w najważniejszym momencie ją osierocił, pozostawiając drużynę w rękach Alexa Fergusona. „Fergie” dokończył dzieło „Big Jock’a” i pokonał Australię w walce o awans na Mistrzostwa Świata. W Meksyku Szkocja nie przeszła nawet fazy grupowej, zdobyła tylko jeden punkt ale nikt nie oczekiwał sukcesu od drużyny tak mocno dotkniętej przez los. Niespełna 4 miesiące później, Ferguson został managerem Manchesteru United rozpoczynając nowy rozdział w historii światowej piłki. Umarł król, niech żyje król…

 

Na zawsze

pepegt

19 grudnia 2010 roku, pewien mężczyzna z często czerwonymi policzkami stał się najdłużej pracującym menagerem w Manchesterze United, wyprzedzając przy tym inną legendę – Matta Busby’ego . Mowa oczywiście o Sir Alexie Fergusonie, jednak to chyba zbędna informacja, bo każdy kto choć trochę interesuje się futbolem wie kim jest ta osoba. A jeśli nie, niech się nie przyznaje przed Szkotem, bo można zostać mocno zruganym, czyli znaleźć się pod „ suszarką ”, choć on sam mówi, że to już nie w jego stylu, że już tego nie praktykuje.

Jest to człowiek uniwersalny, nie ważne czy nazwie się go: menagerem, trenerem, selekcjonerem czy nawet szefem. Sprawuje się on w każdej roli. Może być złośliwy, chamski, śmieszny, ale jedno wiem na pewno – szacunek mu się należy, bo pracował na niego wiele lat.

W 1992 roku do klubu przyszedł pewien młody Anglik. Jak się okazało stał się później jednym z najbardziej popularnych piłkarzy w historii tego sportu. Ale to nie przez swoją grę był tak popularny, no bo byli lepsi jak Zizou , Rivaldo , Van Nistelrooy czy Raul . To przez swoją żonę Victorię stał się ikoną popkultury na początku 21 wieku. Dlaczego o tym piszę? W całe to zamieszanie wmieszał się nie kto inny jak sam Sir Alex Ferguson. Do legendy przeszła pewna scena w meczu z Arsenalem w 2003 roku. Z pełną premedytacją, z pełną świadomością szkocki menager kopnął na podłodze leżący but a ten trafił w czoło Beckhama . Po tym incydencie sama żona angielskiego gwiazdora miała co nie co do powiedzenia szkoleniowcu Czerwonych Diabłów.

Kiedyś Sir Alex Ferguson , został zapytany – Jeśli miałby pan jeden nabój, kogo by pan zastrzelił: Vicortię Beckham czy Arsene`a Wengera? – ten po krótkim zastanowieniu odparł- A mogę mieć dwa naboje?

Tekst tyczy się konfliktu na linii – najwybitniejszy trener wszech czasów a medialna gwiazda . Z całym szacunkiem do jednego i drugiego , jednak troszkę szkoda , że ten Szkot , jak wspomniałem z czerwonymi policzkami nie jest tak szanowany na ile zasługuje . Jednak jego miejsce jest tam . W Manchesterze , na Old Trafford gdzie północna trybuna nosi nazwisko właśnie jego i w sercach kibiców Czerwonych Diabłów ma swoje miejsce . Na zawsze .

 

Hamlet 2012

scv78

Wiem jak wyglądam w biało-czerwonym. Świetnie. Nie to co teraz – żółto czarny, dobrze że współczesna młodzież nie zna bajki o pszczółce Mai, bo mówiliby na mnie Gucio. Więc biało i czerwony dobry, ale który lepszy? Jose rozdaje białe trykoty, a sir Alex decyduje o tym, kto ubierze ten drugi. Myślę, że w obydwu byłoby mi do twarzy. Mou dzisiaj patrzy na mnie, bo nie ma innego wyjścia, a gdzie jest Ferguson? Pewnie przyjdzie w trakcie meczu i będzie mnie podziwiał incognito.

Grają hymn Ligii. Może pośpiewam? Jak to leciało… lalala…Kaszanka! Ciekawe czy Aleks już patrzy?

Wszystkie piłki do mnie! Nie bój się, nie będzie jak w lidze! No bo gdybym w lidze strzelał wszystko jak leci, to by mnie nigdzie nie chcieli puścić. Z drugiej strony nie mogę bojkotować bramki rywali zbyt ostentacyjnie, bo nikt nie będzie chciał mnie kupić. „Schlagen, ob nein schlagen, das ist eine Frage”, rzekłby Hamlet, ale po cholerę nam jakiś Duńczyk w składzie. W Lidze Mistrzów przynajmniej nie mam dylematów, bo wiadomo, że schlagen ile eine Fabrika dała. O,o,o, ale piłka, lecę, gooool!!! Jose, widziałeś? Wiem, że widziałeś, hehe, zgrywam się. A widział ktoś sir Fergusona? Nie? Ale opowiecie mu, że byłem świetny? Może wpadnie na drugą połowę.

Ciekawe jak się do niego mówi? Sirze? Są od tego jakieś zdrobnienia? No i chyba trzeba będzie się zachowywać zgodnie z protokołem. Ciekawe, czy znajdziemy jakieś wspólne tematy. „Good Morning, sir, dżdży, nieprawdaż?”, na co odpowie, że „a i owszem”, „hahaha, paradne, a i owszem, hahaha! A może by tak po treningu połowić dorsze, sir? Albo polowanie z nagonka?” na co zaduma się i odpowie „Czemuż by nie?” i poczęstuje mnie koniakiem, bo noblesse oblige, a ja odpowiem „Zaszczyconym; na treningu wszystko z siebie dałem byłem, sir”.

Dalej go nie ma? Może zły mu Kapulet sprzeniewierzył amulet? Może konno wyruszył, a koń nieżyczliwie odnosił się doń? Kurde, jedyny pozytyw w tym, że nie widzi jak sobie radzi Piszczek. Wszyscy gramy świetnie, zwłaszcza ja, ale Łukasz dodatkowo uwodzi egzotyką nazwiska. „Who is this … Pstschystcheck… namber tłenty siks?” rzekłby sir i mógłby nie dostrzec, że heloł, ale namber najn też jest świetny i ma wujka Szczepana z Krzyżtopora, jeśli sir pożąda wyzwań lingwistycznych!

Złośliwość losu – złomotać Real i nie być zauważonym przez Aleksa Fergusona. Myślicie, że obejrzy skrót w telewizji? BBC wykupiło licencję? Może mu dorzucę na jakiś dekoder?

 

Niedzielny Lunch

Jarosław Burda

Sir Alex Ferguson postanowił, że po wygranej z Chelsea całą niedzielę spędzi w domu. Wcześniej uzgodnił z żoną, że razem wybiorą się na lunch. Szkocki menedżer bardzo chciał jednak poświęcić przed wyjściem chociaż półtorej godziny na obmyślenie taktyki przed zbliżającym się meczem z Arsenalem…

Po upływie ustalonego wcześniej czasu, do pracowni Fergusona przyszła jego małżonka. – Alex! 90 minut już minęło, czas się zbierać, wychodzimy na lunch – powiedziała.

Menedżer „Czerwonych Diabłów” natychmiastowo spojrzał na swój zegarek. – A co z doliczonym czasem? – zapytał, żywo gestykulując.

- O czym ty mówisz? – odparła pani Ferguson.

- Przecież godzinę temu weszłaś do mnie do pokoju, pytając się, czy mam może ochotę na herbatę. Kiedy odpowiedziałem, że tak, wróciłaś na dół, żeby przynieść filiżanki. Poruszałaś się wtedy wolniej nawet niż Teddy Sheringham. Do tego bardzo dużo czasu zajęło ci samo przygotowanie herbaty. Nie może tak być. Życzę sobie czterech dodatkowych minut pracy!

- Alex, ale o czym ty w ogóle mówisz? Ustalone przez nas wcześniej 90 minut właśnie minęło. Czas zbierać się na lunch, no już!

- Nie ma mowy – odparł Ferguson, ponownie spoglądając na swój zegarek. – Domagam się teraz PIĘCIU dodatkowych minut!

Pani Ferguson zdawała się tracić cierpliwość. – Jeżeli za chwilę nie zejdziesz na dół i nie zaczniesz się ubierać, anuluję twój abonament na stację MUTV oraz schowam twoją ulubioną książkę o czerwonych winach. Zrozumiałeś?

- Och, ona nie może mi tego zrobić – pomyślał szkocki menedżer. W tym momencie zdał też sobie sprawę, że nie udało mu się do końca przekonać żony Cathy. Zdecydował się w związku z tym przeprosić, zanim małżonka miałaby użyć innych metod perswazji.

- Och, kochanie. Chciałbym ciebie w tej chwili przeprosić za wszystkie przykrości, które mogły spowodować moje wcześniejsze komentarze. Moją jedyną intencją było zwrócenie uwagi na, moim zdaniem, bardzo ważną kwestię związaną z naszym życiem domowym. Uważam, że jako żona musisz dostosować się kondycyjnie i sprawnościowo do ciągle zwiększających się wymagań współczesnego życia rodzinnego. Mam nadzieję, że zrozumiałaś moje dobre intencje i weźmiesz to pod uwagę następnym razem – powiedział Ferguson.

- Zobaczymy – odparła krótko pani Ferguson, odwracając się i opuszczając pracownię czerwonego ze złości sir Aleksa.



 

Wielkie oszustwo

Mati9309

Na całej kuli ziemskiej istnieje co najmniej kilkaset tysięcy szkoleniowców, którzy każdego dnia wydają swoim podopiecznym mnóstwo poleceń z ławki trenerskiej lub sami biorą udział w boiskowej rywalizacji. Jedni już zaistnieli sięgając z bardzo znanymi markami po historyczne triumfy, a inni dopiero rozpoczynają swoją przygodę, gdzieś na zapleczu najsilniejszych lig świata. Wszystkich ich jednak łączy jedna rzecz, a mianowicie miłość do futbolu – sportu, który przez rzesze sympatyków uznawany jest za najpiękniejszą dyscyplinę, jaką do tej pory wymyślono.

Jest jednak osoba, która dotarła do szczytu przekroczyła barierę 26. lat w jednej drużynie – a mianowicie sir Alex Ferguson. Szkot stał się wielkim szkoleniowcem, ale i zarazem drugim ojcem dla wielu piłkarzy grających w Manchesterze United. Przez te wszystkie lata osiągnął wiele i przeżywał z klubem wiele wspaniałych wydarzeń, jednak przy wyborze tego najdziwniejszego – a być może najbardziej ekscytującego – kierowałem się własnymi poglądami i swoją przygodą w byciu kibicem „Czerwonych Diabłów”. Mój wybór od samego początku był prosty i oczywisty – to wypowiedź sir Alexa Fergusona z dość dawna okazała się być tym momentem, który tutaj opiszę.

To był rok 2003 – chyba nawet początek dość zimnego kwietnia. Właśnie wtedy doszło do corocznego losowania par ćwierćfinałowych Ligi Mistrzów. W gronie najlepszych ekip pozostawały jeszcze takie marki jak AC Milan, Ajax Amsterdam, Inter Mediolan, Valencia, Juventus Turyn, FC Barcelona oraz Manchester United i Real Madryt. Jakimś dziwnym fartem Hiszpanie oraz Włosi nie trafili w parze na innych przedstawicieli swojego kraju, co nie wzbudzało większych podejrzeń…. do czasu. Podopieczni sir Alexa Ferguson trafili na Real Madryt, co bardzo rozwścieczyło szkockiego szkoleniowca do tego stopnia, że ten nazwał losowanie wielkim oszustwem. Uznał on bowiem, że to niemożliwe, aby nie było chociaż jednej pary złożonej z drużyn tego samego kraju. Wybuchł skandal, a „staruszek” jeszcze bardziej podnosił napięcie wypominając kolejne pomyłki ze strony UEFA.
To było bardzo przyjemne losowanie dla Hiszpanów i Włochów. Wydaje mi się, że sami wybrali sobie przeciwników” powiedział trener „Czerwonych Diabłów”. „Trzy włoskie zespoły uniknęły gry ze sobą i tak samo trzy hiszpańskie. Jak mogło to się zdarzyć? Powiem wszystkim zainteresowanym, że UEFA z całą pewnością nie chce nas w finale. Ciekawe czemu przyznała Old Trafford organizację finału,  skoro nie chcą byśmy tam zagrali. Myślę także, że brak kary dla Roberto Carlosa za ten faul pokazuje tylko wszystkim siłę Realu Madryt – zaznaczył wówczas wściekły Ferguson. 

 

Guma zżuta do granic

Robert Stankiewicz

28 maja 2011 roku, Wembley Stadium, Londyn, FC Barcelona – Manchester United. Kolejne wyzwanie dla człowieka, który osiągnął przecież już tak wiele. Pomimo sukcesów w ostatnich dekadach, on jest nadal głodny.  Stan nienasycenia, jak przed każdym poprzednim meczem, zwiastuje jedynie guma do żucia, którą namiętnie żuje od tylu już lat, zaspokajając nią tak palący głód zwycięstwa. O kim mowa? Kogo można nazwać jednym z najwybitniejszych profesorów współczesnego futbolu? Odpowiedź jest tylko jedna – Sir Alex Ferguson – człowiek legenda, który doczekał się pomnika za życia. Jego postawa na boisku przy linii bocznej przypomina właśnie monument o spokojnej twarzy mistrza, w której dostrzec można jedynie jednostajne, miarowe,  znane od lat ruchy żuchwy. To znak firmowy Szkota, z którym nie rozstał się także we wspomnianym spektaklu. 27 minuta meczu, strzał Pedro i gol dla Barcelony.

Szkocka rzeźba otrzymała pierwszą rysę, do głowy napływają wspomnienia z poprzedniego finału, ruchy szczęki stają się szybsze … czyżby powtórka z 2009 roku? Do mózgu dociera szybka odpowiedź – nie! Dzięki jednemu z diamentów, które oszlifowane zostały przez rękę mistrza, ten może spowolnić swoje jedyne ruchy. Wayne Rooney w 34 minucie i jest 1:1, uff… guma znajdująca się w ustach może odpocząć. Wynik nie zmienił się już do przerwy, która pozwoliła odetchnąć, nabrać nowych nadziei i zadać pytanie asystentowi:  where is my pack of chewing gum?

Kolejna odsłona finału nie oszczędziła jednak naszemu bohaterowi trosk. Pierwsza z nich nadeszła w 54 minucie meczu za sprawą Leo Messiego, który w przeszłości przyczynił się już przecież do powstania skazy na pomniku mistrza i uczynił to ponownie. Guma znów była w tarapatach, rozrywana i sklejana od nowa przez doświadczone zęby profesora. Jej stan odzwierciedlał ból, który zagościł w sercu Sir Alexa i oddanych mu kibiców. Niestety, nie był to jedyny moment cierpień ich wszystkich… . W 69 minucie wszystko stało się jasne-David Villa strzela na 3:1 i kończy marzenia Fergusona o kolejnym pucharze mistrzów. Monument choć mocno nadszarpnięty, pełen wewnętrznych rys i zadrapań, pozostał spokojny do samego końca. Szkot nie poczuł ponownie tak znanego mu smaku zwycięstwa, przestał czuć także smak trzymanego w ustach rozciągliwego kawałeczka. Pomimo porażki nasz mistrz nadal jest oazą spokoju. Wie przecież, że sukcesy nadejdą jeszcze nie raz, a guma zżuta już do granic możliwości nie przeszkodzi po raz setny wypowiedzieć słów: Glory Glory MAN UNITED !!!

 

Z innej strony

Filip Jaśkiewicz

-Moje życie nie jest usłane różami. Ciągła frustracja, nieustabilizowana sytuacja psychiczna. Kochanie, pamiętasz tych co próbowali wymusić na mnie swój transfer. Jestem romantykiem, szukam swojej przestrzeni w świecie wielkiej piłki, którą coraz bardziej rządzi pieniądz. Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na takie traktowanie. Cristiano przed wyjazdem nawet nie przyszedł ze szklaneczką szkockiej whisky. Świat piłkarski idzie w złą stronę. Brakuje mi u boku takiego walczaka jakim był Roy. Pamiętasz jak wpadał na cotygodniowe obiady. Nie, nie był lizusem. Szanował mnie , szanował Ciebie. Od jego odejścia moja słynna suszareczka traci na wartości. Wiesz czemu? Zawodnicy się jej boją, onieśmiela ich, zawstydza. Brakuje mi w szatni, pozytywnie pierdolniętego gościa, który ustawi takich młokosów. Pewnego dnia, gdy przegraliśmy mecz po jego błędzie, nie musiałem nawet interweniować. Facet sam do mnie podszedł, przy wszystkich zawodnikach, ryknął mi w twarz: Kurwa, wiem że zjebałem. Teraz jest inaczej. Po ostatnim meczu robiliśmy głosowanie, kto zjebał mecz! To się nazywa demokratyczny klub. Kpina. Przepraszam, ale pewnych rzeczy nie jestem sobie w stanie wytłumaczyć. Łakomstwo, konsumpcjonizm, kolejne zera na koncie, zniszczyły wielu moich podopiecznych. Gdzie się podziały honor, przywiązanie , miłość do klubu. Cieszę się, że mam chociaż Ciebie. Mogę być sobą. Kto w zepsutych mediach chciałby słuchać o mojej prawdziwej pasji.

-Mówisz o lepieniu klusek?

-Dokładnie. Prasa ma o moim hobby milion historii. Nie będę wspominał już o tym co wypisują o życiu w szatni. Skąd oni biorą te bzdury. Nigdy Ci nie mówiłem, ale czy myślisz że to ja kopnąłem butem w Davida. Szczyl próbował, wyrównać sobie brwi, ale kichnął. Zrobił dziurę na wylot. Ciężko się pracuje mając duszę romantyka, jednocześnie wymyślając strategie na zniszczenie przeciwnika. Wypożyczyłaś mi książkę, o którą Cię prosiłem?

-Cierpienia młodego Wertera. Już na Ciebie czeka.

 

Fergie Time! Ktora notka lepsza (1)

UWAGA!

dla czytelników Polsportu, którzy nie wierzą w swe szanse w konkursie: Futbol, cholera jasna! z 10% zniżką + dostawą pocztą gratis tutaj:
http://www.labotiga.pl/ferguson
Trzeba tylko wpisać kod rabatowy: POLSPORT