Misja: Rosja! Czyli jak Lewy przekłuł balonik

Robert LewandowskiNie mogę przestać zachwycać się Robertem Lewandowskim. Nie chodzi tylko o postawę na boisku i rekordowe w historii eliminacji mistrzostw Europy 16 goli. Te przesądzających o zwycięstwie jak z Danią, pozwalające uniknąć kompromitacji jak ten w doliczonym czasie z Armenią na Narodowym czy odwracające losy spotkania jak ten ostatni z Czarnogórą. O nich napisano już wszystko.

Nie chodzi też o postawę poza boiskiem – szczęśliwe małżeństwo, styl życia pozwalający tak długo unikać kontuzji na niespotykaną skalę, mądre inwestowanie zasłużonej fortuny, unikanie skandali i rajów podatkowych jak w przypadku równie wielkich kolegów, zaangażowanie w akcje charytatywne, wreszcie pozostawanie normalnym kolesiem na ile tylko pozwala tylko status rozpoznawalnego wszędzie na świecie gwiazdora.

Znów zaimponował mi czymś nowym! Postawą po ostatni gwizdku sędziego w meczu z Czarnogórą. Gdy cały stadion – koledzy, sztab szkoleniowy, kibice i oczywiście my, dziennikarze – rzuciliśmy się wszyscy świętować pierwszy od 12 lat awans na mundial, on zasłaniając dłonią usta dłonią, już tam na murawie recenzował Adami Nawałce zakończone właśnie spotkanie. I po kręceniu głową i minie selekcjonera można było poznać, że nie była to recenzja pochwalna.

Gdy przez media społecznościowe przelewała się już euforia z zapewnienia pierwszego koszyka i pierwsze spekulacje co jesteśmy w stanie osiągnąć w Rosji, a kilku jego kolegom zdarzyło się zdradzić, że ich marzeniem jest medal, Lewy przebił balonik zanim ktokolwiek zdążył go napompować. W pierwszym wywiadzie zastrzegł, że „nie wolno oszukiwać rzeczywistości”, bo „szczerze mówiąc mecz z Czarnogóra nie był w naszym wykonaniu nawet dobry”. Że „jest wiele rzeczy do poprawy, nie tylko pod względem piłkarskim ale i mentalnym”. Że „czasami wyłączamy się i myślimy jakby już było po meczu”, a „ławka rezerwowych pozostawia wiele do życzenia”. I wyliczył kwestie do poprawy: ustawianie się i ruch bez piłki, atakowanie rywala, zbyt częsta gra do tyłu, zbyt mało piłek do napastników…

To były słowa prawdziwego, odpowiedzialnego lidera, który właśnie zaczął misję: Rosja. Którego nie usatysfakcjonuje sam udział w mundialu. Świadomego, że właśnie na tym turnieju będzie w apogeum kariery i pragnie wykorzystać to najlepiej jak będzie w stanie, marginalizując możliwość błędu do minimum.

Nie jest kimś, komu wynik przesłoni braki, na które wielu z nas macha ręką, bo skoro jest awans to po co drążyć temat. Lewandowski woli drążyć teraz, niż w lipcu po ewentualnym niepowodzeniu. A że braki widzi, najdobitniej świadczą pełne nadziei słowa, że „do lata znajdzie się kilka perełek, kilku nowych zawodników się pokaże” (swoją drogą nie licząc Arkadiusza Milika, niestety nie widać ich na horyzoncie, może poza Dawidem Kownackim…).

To wypowiedź z tego samego gatunku, co krytyka władz Bayernu za nie sprowadzenie odpowiednio wielkich gwiazd. Kilku kolegów w szatni Monachium miało prawo poczuć się niekomfortowo, tak jak i teraz w szatni Narodowego. W przypadku kadry odczytuję ją jako apel do kolegów o pracę nad sobą. Nie pozwalający im zachłysnąć się samym awansem i zapomnieć jak wyglądał mecz w Kazachstanie, jak z Armenią na Narodowym, jak z Danią. O błędach, które w Erywaniu pozwoliły zdobyć gola tak słabym gospodarzom, a Czarnogórcom doprowadzić w niedzielę do remisu 2:2.

To słowa ambitnego, pragnącego sukcesów sportowca, który mówi jak jest, nie lukruje, nie ściemnia w imię poprawności. To zupełnie nowa twarz Lewandowskiego. Ale podoba mi się.

Ma szczęście Nawałki, że doczekał się takiego lidera. Arcyskutecznego na boisku i biorącego odpowiedzialność poza nim. To nagroda za decyzje selekcjonera, który sporo zaryzykował i nie bacząc na wzbudzone kontrowersje, przekazał Lewemu opaskę kapitana. I za znalezienie pomysłu na napastnika, wygwizdywanego u poprzednika za to, że nie jest tak skuteczny w reprezentacji jak w klubie. U Nawałki Lewandowski zdobył 33 gole w 33 meczach. I rozpoczął już drugą 50.

Ma i Lewy szczęście do selekcjonera. Nawałka nie spoczął na laurach po udanym Euro 2016. Nie jest przypadkiem, że jako pierwszy trener w historii naszego futbolu awansował na drugi turniej z rzędu. Uniknął błędów poprzedników jak Leo Beenhakker, Paweł Janas czy Jerzy Engel.

W udowodnił nam i zawodnikom, że potrafi zarządzić kryzysem. Najpierw przywracając drużynę do pionu, gdy w pierwszych meczach po turnieju we Francji kilku piłkarzy „zostało w hali odlotów”. Męska rozmowa i ultimatum zaowocowały świetnym występem Rumunią, jednym z najlepszych pod jego wodzą. Pomógł też zespołowi wrócić na właściwe tory po laniu w Kopenhadze, choć taka klęska mogła wykoleić nasze mundialowe aspiracje.

Układ” między takim trenerem i takim liderem pozwalają z optymizmem myśleć o misji: Rosja. Czyli o wyjściu z grupy, jaka ona nie będzie. Wybiegać dalej nie warto.

Adam Nawałka

To wciąż nie ta drużyna Nawałki, w której się zakochaliśmy

Reprezentacja PolskiWymęczona wygrana z Kazachami, trzy punkty i utrzymana trzypunktowa przewaga w tabeli cieszą, ale jest to jedyny powód do satysfakcji po poniedziałkowym mecz na Stadionie Narodowym. Pokazał on, że niestety klęska z Danią nie była „wypadkiem przy pracy” czy kumulacją błędów, które zdarzyły się jednym spotkaniu, wyczerpując limit pecha na całe eliminacje.

Zaczęło się obiecująco, szybko zdobytym golem Arka Milika (świetny powrót po ponad rocznej przerwie, acz znów ta nieskuteczność) po akcji Macieja Rybusa i asyście Macieja Makuszewskiego. Czyli akurat tych trzech zawodników, których Adam Nawałka wprowadził do pierwszej jedenastki po Danii. Brawo za trafne zmiany.

Potem jednak „biało-czerwoni” skazali nas na festiwal nieporadności, błędów i nieporozumień „zarówno w obronie jak i w ataku”. Zbyt łatwo pozwalali Kazachom na stwarzanie zagrożenia pod własną bramką, co skończyło się kilka razy groźnie, a raz golem, przy na szczęście dla nas arbiter dopatrzył się tam spalonego, bo byłoby 1:1.

Znów wiele do życzenia pozostawała postawa naszego lidera środka pola, Piotra Zielińskiego, który zagrał niewiele lepiej niż w Kopenhadze. Kamil Grosicki także nie „wrzucił turbo”, to był co najwyżej trzeci bieg. Niepewnie grali środkowi obrońcy z tym, że tym razem Kamil Glik zamienił się z Michałem Pazdanem w roli popełniającego więcej błędów. Na szczęście zrehabilitował się w golem w drugiej połowie.

Czy ta nerwowa, szarpana gra wynikała ze strachu przed świadomością braku formy i konsekwencji jakie przyniosłaby strata punktów z Kazachstanem? Czy nie udało się oczyścić do końca głów – o czym mówił przed meczem Grosicki?

Zrobiliśmy ważny krok do awansu do mundialu, wtłoczyć gola, wyszarpać zwycięstwo gdy nie jest się w optymalnej formie to też cenna umiejętność, której niektórym dawnym kadrom brakowało. Ale bardzo dobrze, że mundial w Rosji dopiero w przyszłym roku. Z Kazachstanem wciąż nie oglądaliśmy tej drużyny Nawałki, w której zakochali się kibice w poprzednich eliminacjach i na Euro 2016, skoncentrowana, zdeterminowana, agresywna, bezbłędna w defensywie z „profesorem” Glikiem i „stoperanem” Pazdanem. Gdyby w poniedziałek biało-czerwoni mierzyli się z odrobinę silniejszym rywalem, passa zwycięstw na Stadionie Narodowym mogłaby się skończyć. Niech plusy tego 3:0 nie przesłonią nam minusów. To był tylko Kazachstan, któremu pozwoliliśmy na zbyt wiele.

Reprezentacja Polska

Dania – Polska 4:0. Spokojnie, to tylko awaria!

Dania - Polska 4:0

Źle się działo w państwie duńskim! Katastrofalnie wręcz. Takiego lania reprezentacja Polski za kadencji Adama Nawałki jeszcze nie zaznała! 0:4 i to w pełni zasłużone. Była to porażka w zdecydowanie najgorszym stylu ze wszystkich jakie w meczach o punkty poniósł obecny selekcjoner. Bo przecież nawet po tej we Frankfurcie z Niemcami nasi mieli prawo czuć się dumni z postawy.

W Kopenhadze Polacy zagrali bez determinacji, bez agresji i bez tego animuszu, które był dla nich charakterystyczne w eliminacjach Euro 2016, podczas samego turnieju i w pięciu ostatnich wygranych meczach. Niestety także bez pomysłu na rozegranie gdy okazało się, że Duńczycy odrobili lekcję z porażki w Warszawie i rozpracowali nas, odcinając kompletnie Roberta Lewandowskiego od podań. Piotr Zieliński i Karol Linetty nie byli w stanie w żaden sposób pomóc w ataku napastnikowi Bayernu.

Zawiedli wszyscy. Grosik nie był Turbo ani przez chwilę, Kuba Błaszczykowski dawnym Kubą jakiego kochamy, Michał Pazdan „profesorem” i „Stoperanem”, Zieliński liderem środka pola i gwiazdą Napoli itd. Przed spotkaniem mieliśmy nadzieję, że będący zdecydowanie bez formy Legioniści – Pazdan, Artur Jędrzejczyk i Krzysztof Mączyński w kadrze za magicznym dotknięciem Nawałki – bo tak było dotąd zawsze – wespną się na „international level”. Niestety okazało się, że to reszta kadry dostosowała się poziomem do Legii z pucharowych meczów z Astaną i Sheriffem Tiraspol.

Rywale byli lepiej przygotowani fizycznie i bardziej zmotywowani mentalnie. Jakby naszych uśpiła sześciopunktowa przewaga w tabeli i 5. miejsce w rankingu FIFA. Choć przecież nasz kapitan ostrzegał na konferencji, że to gospodarze są faworytami i w kilku aspektach jak np. atak pozycyjny czy gra ze skrzydeł, górują nad nami. Niestety wykrakał.

Stało się – przegraliśmy po najgorszym meczu od dawna. Ale za wcześnie chyba jednak żeby bić w dzwony na alarm i wciskać guzik z napisem „panika”. Szczęśliwie ta porażka nie wiele zmniejsza nasze szans na awans do mundialu w Rosji. Nadal jesteśmy liderem tabeli, mamy nad Czarnogórą trzy punkty i mecz z nią w Warszawie. Oby ta porażka pozostała bez wpływu na awans jak ta z Niemcami we Frankfurcie w poprzednich eliminacjach.

Mam nadzieję, że i sztab trenerski i sami kadrowicza potraktują to niepowodzenie jak bardzo bardzo zimny prysznic. Zaczynało być za dobrze, za komfortowo. W razie wygranej z Danią i Kazachstanem Polska wspięłaby się na 3. miejsce w rankingu FIFA. Czas na wyszarpanie wygranej z Kazachstanem, reset, powrót do formy i dawnego stylu. Niech nikt nie waży się skreślać tej drużyny! Wszystko w naszych rękach, a te ręce już pokazały, że znają swój fach.

Dania - Polska 4:0

Nasi na Euro U21: Serducho to nie wszystko

Jak przed nastaniem Adama Nawałki w kadrze seniorskiej, młodzieżówce brakuje jakości, a dwoma kluczowymi słowami definiującymi jej grę znów są „charakter i wiara”. To za małoReprezentacja Polski U21Oglądając występy reprezentacji Polski na ME U21 ciężko oprzeć się uczuciu deja vu z Euro 2012 i generalnie z ery przednawałkowej. Jak podczas turnieju przed pięcioma laty na naszych stadionach znów najlepsza jest polska publiczność. Atmosfera w Lublinie na obu spotkaniach była fantastyczna. W poniedziałek kibice obu drużyn najpierw przyjaźnie zalali centrum miasta, potem w trakcie meczu wsparcie dla „Biało-czerwonych” nie milkło ani na chwilę. Gromkie „dziękujemy, dziękujemy!” po ostatnim gwizdku właściwe powinni byli wykrzyczeć piłkarze Marcina Dorny w kierunku trybun niż na odwrót.

Chaos

Niestety reprezentacja gospodarzy, choć wciąż ma szanse na awans z grupy jak zespół Franciszka Smudy przed ostatnim meczem z Czechami, rozczarowuje w podobnym stopniu. Jej grze towarzyszy to samo wrażenie niewykorzystania w pełni potencjału piłkarzy, o których wiemy, że umieją grać. Po dwóch latach wspólnych przygotowań oczekiwaliśmy lepszego zgrania, wypracowanych schematów, powtarzalności. Jakiegoś pomysłu na grę środkiem pola, które kompletnie oddajemy rywalom. I sił na 90 minut, a nie tylko pojedyncze – choć czasem efektowne – szarże i zrywy. Tymczasem „zarówno w ofensywie jak i defensywie” dominuje chaos. Brakuje tylko strategii „wszystkie piłki do Lewandowskiego, niech on coś zrobi”, ale wyłącznie dlatego, że w kadrze Dorny nie ma kogoś takiego jak Lewy.

Bardzo możliwe, że rozpieszczeni pasmem sukcesów seniorskiej reprezentacji Polski i jej przekonujących zwycięstw, na wyrost oczekiwaliśmy od młodzieżowców lepszych umiejętności i jakości gry. Jednak chciałoby się oglądać więcej celnych podań, udanych odbiorów, wygranych pojedynków i lepszą organizację gry, zwłaszcza na tle rywali. Tymczasem jak w czasach przed nastaniem Nawałki w kadrze seniorskiej, dwoma kluczowymi słowami definiującymi grę młodzieżówki stały się „charakter i wiara”, co podkreślił z dumą trener Dorna na konferencji po remisie ze Szwecją.

200%

Oczywiście chwała zawodnikom za pasję, agresję i zaangażowanie jakie wykazali w pierwszych 20 minutach obu meczów, co pozwoliło im wyjść na prowadzenie. Chwała za wiarę, determinację i grę do końca, które pozwoliły im wyszarpać upragniony remis ze Szwedami i uniknąć klątwy turniejowych meczów Polaków „o zwycięstwo, o wszystko i już tylko o honor”. Bez znaczenia czy ta „ostra jazda” wynikała z motywacji Dorny, czy wkurzenia słowami Krystiana Bielika pod adresem trenera i kolegów porażce ze Słowacją i aferę jaką rozpętały.

Mam jednak wrażenie, że wróciliśmy do czasów, gdy o triumfie lub porażce naszej kadry decydowało tzw. „serducho” czy jak to ujmował Smuda „jazda na tyłkach”. Świetnie, że jest, bo to niezwykle ważny element składowy sukcesu. Ale niech nie będzie elementem jedynym!

Wystarczy jednak wsłuchać się w słowa zawodników, by stwierdzić, że odwołują głównie do cech wolicjonalnych. „Będziemy się czołgać schodząc z boiska, ale damy z siebie wszystko! Nie mogę zagwarantować dobrego wyniku, ale walkę tak” – zadeklarował obrońca Jan Bednarek, dodając, że meczu ze Szwedami „przegrywaliśmy, mogliśmy się załamać, złożyć broń, ale walczyliśmy do ostatniej kropli krwi”. „Wyszliśmy na boisko z dobrym nastawieniem, z dużą agresją i dzięki temu udało się nam ugrać punkt” – stwierdził najlepszy na boisku Dawid Kownacki. „Zagramy z Anglią na 200%!” – deklaruje kolejny pozytywny bohater remisu ze Szwecją, zdobywca pierwszej bramki, Łukasz Moneta. Wreszcie znamienny cytat z trenera Dorny: „uważam, że wyszarpaliśmy remis dwoma słowami, które najczęściej padały na odprawie, czyli „charakter” i „wiara”.

Skojarzeń z „minioną epoką” jest więcej. O ile Nawałka sadzając na ławce z Rumunią Grzegorza Krychowiaka i Arkadiusza Milika udowodnił, że kieruje się wyłącznie aktualną formą zawodników, a nie ich zasługami, o tyle Dorna jak wielu poprzednich selekcjonerów na turniejach (od Engela przez Janasa po Beenhakkera) postawił na nazwiska. Stąd występy zawodników, którzy w końcówce sezonu grali mało albo wcale jak Paweł Dawidowicz, Patryk Lipski, Mariusz Stępiński czy Bartosz Kapustka. Ciężko chwalić trenera za zmiany w składzie w meczu ze Szwecją, skoro Kownacki po prostu wrócił do drużyny po zawieszeniu za kartki, a Moneta zagrał w miejsce kontuzjowanego zawodnika Leicester. Znów bezbarwny mecz zaliczył Stępiński, o zdjęcie Dawidowskiego już w przerwie błagali selekcjonera kibice na trybunach, Twitterze i przed telewizorami. Nie chcę robić z defensywnego pomocnika (czy naprawdę wiedział na jakiej gra pozycji) kozła ofiarnego, ale zdecydowanie był najsłabszy na boisku, a jego gra zostanie zapamiętana głównie z ironicznego filmiku krążącego po mediach społecznościowych, na którym zderza się z kolegą z kadry. Ciężko zrozumieć dlaczego dotrwał aż do 87. minuty.

Krytykując młodzieżówkę pamiętajmy, że jej wynik na Euro U21 nie jest aż tak istotny, jak seniorów na mundialu w Rosji. Turniej to przegląd przyszłych kadr, następców Lewego, Glika, Błaszczykowskiego i spółki. Niestety poza Kownackim i Karolem Linettym, który zresztą już jest integralną częścią kadry Nawałki, ciężko zachwycać się kimkolwiek innym. I nie zmieni tego ewentualny (oby!) awans do półfinału.

Reprezentacja Polski U21

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt

Nawałka musi ściągnąć lejce i świsnąć batem


Adam Nawałka

Mało brakowało, a mielibyśmy za sobą najsmutniejszy tydzień w polskim futbolu od lat. UEFA utrzymała decyzję o zamknięciu stadionu Legii zamknięty na mecz z Realem Madryt, obrońcą trofeum Ligi Mistrzów na kulminację obchodów 100-lecia klubu, trwa przykry konflikt między jego właścicielami, którzy odnieśli najbardziej spektakularny sukces w polskiej piłce klubowej. Tylko brakowało, że skompromitowała się jeszcze reprezentacja Polski.

Było o włos! Uratował nas Robert Lewandowski, strzelając zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu z Armenią. Piłkarze zwykle marzą o takich golach, dzięki nim przechodzi się do legendy. Ależ byłaby to piękna i niezapomniana historia, gdyby wydarzyła się w meczu z równorzędnym lub silniejszym rywalem! Dwóch piłkarzy, Lewy i Kuba Błaszczykowski, których łączy „szorstka przyjaźń” poza boiskiem, ale jeden cel na nim, daje wygraną w ostatniej akcji meczu. Wspominalibyśmy ją z nostalgią jak bramkę w Glasgow ze Szkocją, bez której awansować na Euro 2016 byłby o wiele trudniej.

Niestety tę będziemy wspominać z lekkim wstydem. I zamiast skupiać się na wyczynie kapitana kadry, który właśnie przegonił Ernesta Pohla na liście najskuteczniejszych reprezentacyjnych strzelców, zastanawiamy się dlaczego dopiero w ostatniej akcji wtłoczyliśmy gola najgorszej drużynie naszej grupy? Grającej przez większość meczu w dziesiątkę. Pozwalając jej wcześniej zdobyć pierwszego gola w eliminacjach. I to u siebie, w miejscu uświęconym historycznym zwycięstwem z Niemcami i awansem do mistrzostw Europy.

Że mechanizm Nawałki zgrzyta, widzieliśmy w drugiej połowie z Kazachstanem, Danią i przez całego spotkanie z Armenią. Po wczorajszym artykule Łukasz Olkowicza i Tomasza Włodarczyka „Przeglądzie” wiemy więcej skąd wziął się piach w trybach. Rozprężenie i nadmierny luz u niektórych kadrowiczów, tam gdzie była koncentracja i skupienie. Pycha i pewność siebie tam gdzie była pokora. Przekonanie, że i tak damy radę i nasycenie to co kadra już osiągnęła tam gdzie był głód sukcesu i determinacja, wreszcie podejście, że „wszystko wolno” nie tylko po meczu, ale i przed meczem.

I wszystkie tego konsekwencje: zgrupowanie przed meczami o punkty wyglądające jak to rodzinne w Juracie przed Euro 2016. Huczne świętowanie po meczu z Danią, a później „oddychanie rękawami” i problemy z kondycją w meczu z Armenią. Niestety także u tych, którzy nie zdążyli się zmęczyć z Duńczykami. Fatalnie byłoby gdyby tę reprezentację, którą już tak bardzo polubiliśmy miała rozsadzić jakaś nowa „grupa bankietowa”. I zniweczyć misję: Rosja 2018.

Po artykule w „PS” spotkałem różne reakcje. Ktoś napisał mi na Twitterze: „I po co mącicie? Czy to już ma być typowo polskie podejście, że jak za dobrze idzie to trzeba szukać dziury w całym?” Otóż napisaliśmy, co napisaliśmy, bo gołym okiem widać, że przestało iść dobrze. Bo to cud, że nasz bilans w eliminacjach to trzy mecze bez porażki.

A „mącimy”, bo tak bardzo nas taka kadra w sobie rozkochała. Nie tylko wynikami, ale głównie stylem gry i podejścia zawodników. Nawałka zbudował fajną drużynę z grupy lubiących się ludzi i dążących w jednym kierunku. Drużynę, która najpierw jednym meczem z Niemcami, potem eliminacjami, wreszcie mistrzostwami Europy zjednała sobie serca kibiców, ba stała się ostatnią radosną sprawą, która połączyła wszystkich Polaków.

Nie żałuję jak niektórzy, że nie zremisowaliśmy z Armenią, bo „to byłby zimny prysznic”. Ten i tak wylał się na głowy niektórych, a brak tych trzech punktów mógłby się jeszcze okazać nazbyt bolesny. Świadczy o tym burzliwa dyskusja między selekcjonerem i kapitanem kadry, niezadowolonym z poziomu niektórych kolegów. Oraz rozmowa Nawałki z prezesem PZPN, Zbigniewem Bońkiem, który zapowiedział zbadanie sprawy i twarde konsekwencje. To właściwa reakcja.

Niektórzy domagali się od nas nazwisk nieprofesjonalnych winowajców, ale po pierwsze niektóre informacje ciężko byłoby udowodnić, a po drugie nie chodzi przecież o lincz. Chodzi o to, żeby grupa chłopaków, którą polubiliśmy przypomniała sobie priorytety i zaczęła się zachowywać jak w eliminacjach do Euro 2016. Żeby selekcjoner pomógł im w tym „ściągając nieco za bardzo popuszczone lejce”, zapewne z sympatii do grupy, z którą przeżył coś niezapomnianego. My też przeżyliśmy i chcemy powtórki. Nie wyrzuca się dziecka z domu po pierwszej uwadze w dzienniczku. Może wystarczy ostra rozmowa, może potrzebne będzie lanie, jeśli dla kogoś przyjazd na zgrupowanie ma wyłącznie cel towarzyski.

Jestem pewien, że każdy kibic, ale i chyba rozsądnie myślący kadrowicz oczekuje, że Nawałka pokaże w tym momencie twardą rękę. Ściągnie lejce, świśnie batem i wszyscy na jednym wózku pojedziemy tam, gdzie wiedzie ta droga: na mundial w Rosji. A on stanie drugim po Antonim Piechniczku polskim selekcjonerem, który awansował z drużyną na dwie wielkie imprezy z rzędu.

Komu potrzebni w kadrze komicy i farbowane lisy?

reprezentacja PolskiOkno transferowe w Europie zatrzasnęło się ogromnym hukiem. Także i nas w Polsce. Nie tylko dlatego, że było rekordowe dla polskich piłkarzy, na których czołowe kluby wydały ponad 105 milionów euro, czyli tyle za ile Manchester United uczynił Paula Pogbę najdroższym piłkarzem w historii futbolu. Kluby zmieniła większość kadrowiczów Adama Nawałki. Dwukrotnie padały rekordy największej sumy zapłaconej za Polaka. Stanęło na szokujących 32 milionach za Arkadiusza Milika.

Dramatycznym hukiem zakończył się też transfer Kamila Grosickiego. Skrzydłowy reprezentacji był już jedną nogą i skrzydłami samolotu w wymarzonej Premier League. Niestety na ostatniej prostej, w ostatnich godzinach czy minutach negocjacji coś pękło na linii Rennes – Burnley i kluby się nie dogadały. Ofiarą tego niedoszłego transferu padł niestety także „Przegląd Sportowy”. Wiedzeni euforią zawodnika napisaliśmy „Yes!”, dowiadując się, że jednak „Non!” grubo po dedlajnie, czyli zjechaniu numeru do drukarni, czego ie dał się już odkręcić. Cóż, tworzenie gazety w trudnych, digitalnych czasach, gdy każdy tekst w sieci można edytować albo skasować, wymaga podejmowania ryzyka. Trochę tak jak na boisku. Czasami zawodnik jest pewny, że po jego podaniu kolega znajdzie się sam z bramkarzem, niestety, boczny podnosi chorągiewkę…

Tymczasem nasi drodzy (dosłownie i w przenośni) kadrowicze szykują się do pierwszego starcia w eliminacjach mistrzostw świata w Rosji w 2018. Prawda, że stęskniliście się Państwo za drużyną Nawałki? Ja też. I kibice oczywiście też. Trudno żeby było inaczej po świetnych występach na Euro 2016. Moda, a raczej szaleństwo na „biało-czerwonych” nadal trwa, o czym świadczą nieprzebrane tłumy podczas wtorkowego treningu kadry w podwarszawskim Karczewie. Te same piski, ten sam głód autografów lub choćby tylko zobaczenia na żywo swoich idoli, to samo szaleństwo w oczach nawet dorosłych ludzi, które widzieliśmy w Arłamowie.

Zaczyna być codziennością, że ekipa Nawałki zmuszona jest organizować dla kibiców specjalne otwarte treningi. Polaków, tak jak najlepsze i naszpikowane gwiazdami reprezentacje, czekają oblężone lotniska, hotele i treningi gdziekolwiek nie ruszą się w świecie. Zawsze zazdrościłem przyjezdnym drużynom tych polskich tłumów przed hotelem. Łowcy autografów żeby pozbierać podpisy zawodników czołowych klubów Europy warowali na Anglików, Niemców, Włochów czy Hiszpanów. Dziś swe kolekcje gwiazd futbolu wzbogacą zaliczając zgrupowanie Polaków.

Pamiętam tłumy wyczekujące przed warszawskim hotelem Sheraton z okazji meczu Polska – Anglia, bodaj za Janusza Wójcika i telewizyjne wywiady z mdlejącymi dziewczynami na samą myśl, że w środku jest i może wyjdzie na zewnątrz David Beckham. Dziś to samo w mniejszej lub większej skali przeżywają Robert Lewandowski, Milik, Grzegorz Krychowiak

Grzegorz KrychowiakZadaniem Nawałki po tych wszystkich zmianach jest utrzymać piłkarzy na ziemi, odciągnąć ich uwagę od – lepszej lub gorszej sytuacji w nowym klubie – i skoncentrować na zadaniu. Sytuacja jest inna niż przed eliminacjami Euro 2016 – tym razem Polacy muszą sprostać roli faworytów grupy. Mentalność musi być jednak taka sama jak wówczas. Czytając wywiady z zawodnikami jestem spokojny. Bije z nich niedosyt występem na Euro, mają świadomość, że było dobrze, ale mogło być znacznie lepiej. Nikt nie odlatuje, są świadomi własnej wartości, wiedzą, że mogą wspólnie osiągnąć wiele. Czują głód.

Jakże odmienna sytuacja niż we wspomnianej Anglii. Tam nowy selekcjoner Sam Allardyce zabrał na pierwsze zgrupowanie… dwóch komików, żeby pomogli zlikwidować smutny nastrój po nieudanym Euro. Jak z kiepskiej komedii wzięli za to jego słowa kibice o konieczności wprowadzenia do reprezentacji… „farbowanych lisów”. Allardyce był już tego bliski, próbował powołać pomocnika Sewilli, Stevena N’Zonziego, plany zablokowała jednak FIFA, dopatrując się, że były zawodnik Blackburn i Stoke wystąpił siedem lat temu w barwach Francji U-21. Anglicy nie odpuszczają walki, przekonując że przez sześć lat grał na Wyspach.

A Allardyce wzywa, by zacząć robić to, co robią inni. I w futbolu i w innych angielskich reprezentacjach jak choćby w krykiecie: naturalizować piłkarzy z braku własnych talentów. Podaje przykład Somalijczyka Mo Farrah, którym wywalczył dla Wielkiej Brytanii cztery złote medale w biegach długodystansowych na dwóch ostatnich igrzyskach i Diego Costy, Brazylijczyka, który po siedmiu latach gry w La Liga przyjął obywatelstwo i trafił do reprezentacji Hiszpanii.

Trener Anglii jest więc dziś na etapie przekonywania rodaków, że „trzeba wyjść z drewnianych chatek”. W kadrze Nawałki „farbowanych lisów” nie uświadczysz. Mało tego, tak jak kiedyś Niemcy wybierali grę dla Polski, wiedząc że wielkich szans na grę w drużynie Joachima Loewa nie mają, tak właśnie Paweł Cibicki wybrał grę dla Szwecji gdzie zapewne łatwiej będzie mu się przebić.

W takiej kondycji reprezentacja Polski rozpoczyna bój o mundial. Pełna świadomych wartości zawodników dobrych klubów, którym fajnie się gra i przebywa ze sobą. Nasi komicy mogą co najwyżej łapać inspirację od kadrowiczów, oglądając kolejne filmy ze zgrupowania w kanale Łączy nas Piłka.

Jeszcze o Nawałce: pierwszy który musiał zostać

Adam Nawałka i Zbigniew BoniekBardzo się cieszę, że PZPN tak szybko przedłużył kontrakt z Adamem Nawałką, ucinając wszelkie spekulacje i ewentualne zakusy obcych federacji. I tych, które nie zdążyły jeszcze zrobić remanentu po kiepskim występie na Euro lub katastrofalnych eliminacjach i tych bogatych, zwłaszcza z krajów arabskich, działających pod wpływem chwilowej emocji, za to potrafiących złożyć propozycję nie do odrzucenia. Nawałka jest bodaj pierwszym polskim selekcjonerem w XXI wieku, którego zwolnienia po wielkim turnieju nikt nawet nie zasugerował. Nawet Leo Beenhakker po udanych historycznym awansie do mistrzów Europy, ale kiepskim turnieju miał już sporo przeciwników.

Że Nawałka musi zostać stało się oczywiste po drugim meczu grupowym, którym przerwaliśmy przeklętą passę meczów „o zwycięstwo, o wszystko i o honor”, zapewniając sobie na 99 procent awans do 1/8 finału. Nie tylko z powodu gołego wyniku z Niemcami. Polacy rozegrali z mistrzami świata najlepsze spotkanie z trzech ostatnich konfrontacji. Stało się jasne, że drużyna Nawałki nie tylko nie zatraciła wszystkich cnót z eliminacji, ale zrobiła znaczny postęp. A selekcjoner dowiódł, że jest jeszcze lepszym strategiem niż sądziliśmy. Potwierdziły to kolejne mecze. Znów wszystkie jego wybory personalne okazały się trafione i nie do zakwestionowania na żadnej pozycji. Udało mu się dokonać takich „odkryć” jak Bartosz Kapustka, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk. Idealnie wypalił plan na turniej, obejmujący niemal każdą godzinę od zgrupowania w Arłamowie: treningi, regeneracja, odpoczynek psychiczny w tym spotkania piłkarzy z rodzinami, obowiązki medialne itd. Nasi piłkarze wreszcie nie odstawali od rywali fizycznie na wielkim turnieju.

Największym sukcesem Nawałki było moim zdaniem to, co teraz – zresztą bardzo delikatnie – zaczynają mu wypominać niektórzy komentatorzy, a najostrzej chyba stacja ESPN: żelaznej konsekwencji w trzymaniu się strategi. Postawienie na kontrolowanie meczu, obronę całym zespołem, szybkiego przechodzenia do kontrataku, ale i konsekwentnej atakiem pozycyjnym. Zaowocowało to awansem aż do ćwierćfinału, stratą tylko dwóch goli na całym turnieju i faktem, że Polacy na Euro 2016 ani przez chwilę nie przegrywali. Ale też i brakiem „walijskiego szaleństwa” w końcówkach, które skazały nas na serię karnych ze Szwajcarią i Portugalią.

Tę konsekwencję i minimalizację ryzyka ESPN określił pasywnością. „Być może Kuba Błaszczykowski nie zmarnowałby jedenastki, gdyby Nawałka nie był tak pasywny. Trener Polaków nie chciał niczego zmieniać. Pierwszą zmianę ze Szwajcarią zrobił w 101. minucie, z Portugalią w 82. W obydwu spotkaniach zrobił tylko dwie zmiany. Wydawał się czekać na karne. To niebezpieczne. Zadziałało raz, ale dwa razy już nie” – podsumował ESPN, umieszczając naszego selekcjonera w kuriozalnym gronie czterech trenerów, którzy na Euro 2016 popełnili największe błędy: Roy’a Hodgson (Anglicy zarzucili mu największe upokorzenie od 1950 roku), Hiszpana Vicente del Bosque oraz Belga Marka Wilmotsa (czyżby wg ESPN lepi okazali się Rosjanin Leonid Słucki, Turek Fatih Terim czy Rumun Anghel Iordanescu, których drużyny nie wyszły z grupy?)

Pamiętajmy jednak, że „walijskie szaleństwo”, czyli postawienie wszystkiego na jedną kartę mogło się skończyć równie dobrze katastrofą. Poza tym wychodzę z założenia, że Nawałka najlepiej wiedział jakich zmienników ma na ławce i co mogą oni dać drużynie wchodząc w końcówce. A z powodu kontuzji brakowało na niej i Macieja Rybusa i Pawła Wszołka.

Jeszcze bardziej kuriozalne wydają mi się zarzuty do selekcjonera, że Robert Lewandowski nie strzelał goli z taką regularnością jak w eliminacjach czy Bundeslidze. Pewnie, że ucieszyłbym się gdyby Lewy strzelił Ukrainie pięć goli w dziewięć minut jak Wolfsburgowi. Ale wolałem oglądać go jak w każdym meczu haruje dla drużyny, cofa po piłkę, rozgrywa, odbiera i podaje niż gdyby machał z rezygnacją rękami, że nie dostaje piłek w polu karnym i nie może przyłożyć do nich nogi, jak to drzewiej bywało w reprezentacji. Wielkie uznanie dla Nawałki za sprawienie, że Lewandowski w każdym meczu grał jak prawdziwy lider, myślący wyłącznie o drużynie, nie własnych osiągnięciach. Świat to zauważył i docenił.

Identycznie jak w przypadku Arkadiusza Milika, najlepszym strzelecem Ajaksu Amsterdam od czasu Luisa Suareza, który skończył turniej z jednym golem i asystą, ale zachwycał grą defensywną. Nasi kibice zapamiętają z Euro 2016 głównie jego nieskuteczność – acz irytację wyrażali bez hejtu, raczej z sympatią, której efektem były zabawne memy jak ten, w którym skazaniec przed plutonem egzekucyjnym w ostatniej prośbie żąda, żeby strzelał Milik.

To jednak nie przypadek, że dziś starają się wyciągnąć go z Ajaksu czołowe włoskie kluby jak Juventus Turyn (okładka „Corierre dello Sport” że miałby ewentualnie zastąpić Alvaro Moratę), Napoli (szuka następcy dla Gonzalo Higuaina), AS Roma (jeśli odejdzie Edin Dżeko) czy AC Milan (jeśli straci Carlosa Baccę). Włosi docenili to jak łatwo dochodził do sytuacji strzeleckich, jednocześnie harując jak wół w destrukcji w pomocy, jak wtedy kiedy odcinał od piłek Granita Xhakę.

Toteż Euro 2016 jeszcze się nie skończyło, a ja już nie mogę doczekać się sierpniowego zgrupowania przed pierwszym meczem eliminacji MŚ 2018 z Kazachstanem. Nawałka nie czeka. Dzień po przedłużeniu kontraktu zabrał się za szukanie boiska ze sztuczną nawierzchnią, bo na takiej będziemy grali w Astanie…

 

Michał Pazdan

Dlaczego Adam Nawałka to cudotwórca

Adam NawałkaNajpierw przełamał polską niemoc piłkarską, potem zaszachował trenera mistrzów świata, wreszcie doszedł z drużyną do ćwierćfinału Euro 2016. Ze Szwajcarią w loterii rzutów karnych nam się powiodło, z Portugalią już nie. Ale w niczym nie umniejsza to ani sukcesu polskich piłkarzy, ani ani trenera Adama Nawałki. Polska odpadła, ale w całym turnieju nie przegrała żadnego meczu. Nawałka cudotwórca?  

No jak nie cudotwórca, jak czego się nie dotknie, to zmienia w złoto! Nie ma feralnej passy, której nie zdołałby złamać. Reprezentacja Polski nigdy nie wygrała meczu na mistrzostwach Europy! Bach, jest zwycięstwo już w pierwszym spotkaniu z Irlandią Pn, której nota bene Polacy przerwali passę 12 meczów bez porażki! Rywal, który w eliminacjach stracił najmniej goli, został kompletnie zdominowany.

Reprezentacja Polski nigdy wygrała z Niemcami, nawet te słynne Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka? Proszę bardzo jest historyczne zwycięstwo na Stadionie Narodowym w aktualnymi mistrzami świata! W tamtym wygranym spotkaniu Niemcy oddali na Polską bramkę ponad 20 strzałów, uratowała nas heroiczna postawa Wojtka Szczęsnego w bramce. W bezbramkowym remisie na Stade de France na Euro 2016 już tylko dwa, a najlepszym Piłkarzem Meczu został wybrany ich obrońca, Jerome Boateng, co dobitnie świadczy jak wielki postęp zrobiła drużyn Nawałki.

Reprezentacja Polski nigdy nie wyszła na mistrzostwach Europy z grupy? Ciach, awans zapewniliśmy sobie już po drugim meczu, przerywając feralną triadę meczów na wielkich turniejach „o zwycięstwo, o wszystko i już tylko o honor”. „O honor” tym razem zagrali z Polską nasi ostatni grupowi rywale, Ukraińcy. Ci sami, którzy w eliminacjach do mundialu w Brazylii pokonała Polskę na Stadionie Narodowym 3:1, prowadząc dwoma bramkami po siedmiu minutach. Na Stade Velodrome przegrała z Polską, mimo że grała lepiej. Przesądziła świetna organizacja i determinacja w obronie. Polacy w rundzie grupowej nie dali sobie zresztą wbić ani jednego gola. Charakter dobrej drużyny poznaje się po tym, że wygrywa nawet wówczas gdy ma gorszy dzień, jak wówczas w Marsylii.

Synkowie pułku

Cudowny dotyk Nawałki widać było w każdym meczu. Co postawił na jakiegoś piłkarza, choćby i z prowincjonalnej piłkarsko ekstraklasy, ten nie tylko się sprawdzał, grał wręcz mecz życia! My dziennikarze sportowi dawno przestaliśmy się dziwić powołaniom i kwestionować ich racjonalność. Przyzwyczailiśmy się, że „Nawałka wie lepiej”, za każdym razem wychodziło na jego!

Kogo postawić na środku obrony obok jej filaru, Kamila Glika w otwarcia Euro z Irlandią Pn i z faworytami turnieju, Niemcami? Michała Pazdana z Legii? Ależ on skompromitował się z Termaliką Nieciecza, gdzie mistrzowie Polski stracili trzy gole! Nigdy nie grał przeciwko piłkarzom klasy Thomasa Muellera, Mesuta Oezila czy Mario Goetze. Ten ostatni strzelił gola Argentynie w finale mistrzostw świata, przecież Pazdana wkręci w ziemię po trzykroć!

Nawałka wiedział lepiej. Pazdan grał jak profesor, nie przepuścił żadnej piłki, ani żadnego rywala. Niemcy nawet nie próbowali prowadzić akcji jego stroną boiska. Z Ukrainą zablokował kluczowy strzał własnym ciałem. „Chiński Mur”, „Stoperan”, „Minister Obrony Narodowej” – okrzyknęli kibice w memach, a czołowe media świata umieściły w „11” rundy grupowej Euro 2016.

Kim zastąpić Kamila Grosickiego, serce, płuca i duszę reprezentacji, który skręcił kostkę i nie może zagrać z Irlandią Pn? Nawałka wystawia… 19-letniego Bartka Kapustkę, z mizernym doświadczeniem ligowym. To jedyny nastolatek na całym Euro, który zaczął mecz w pierwszym składzie (po raz drugi z Ukrainą). Nastoletnimi objawieniami turnieju mieli być Francuz Antony Martial z Manchesteru United, jego klubowy kolega, Anglik Marcus Rashford, Kingsley Coman z Bayernu Monachium, ale jest Kapustka. Pochwały na jego temat i wróżby świetlanej przyszłości tweetowali wielcy przed laty piłkarze, a dziś telewizyjni eksperci Gary Lineker i Rio Ferdinand.

A przecież takich odkryć Nawałki, „synków” – jak sam siebie nazywa Arkadiusz Milik jest w drużynie więcej, część przewinęło się w eliminacjach. Oprócz wspomnianego napastnika Ajaksu Amsterdam, z którym Nawałka współpracował w Górniku Zabrze, Krzysztof Mączyński, ściągnięty do kadry z ligi chińskiej, dziś kolejny zawodnik ekstraklasy grający na Euro jak rutyniarz. Czy Artur Jędrzejczyk, grający z konieczności na lewej obronie, gdy kontuzji doznał Maciej Rybus, którego Nawałka przesunął tam z pomocy.

Spełniona obietnica

Pamiętam grudniową rozmowę z Nawałką podczas Wigilii PZPN w Hotelu Victoria. Kapituła Plebiscytu „Przeglądu Sportowego” i TVP postanowiła przyznać mu tytuł Trenera Roku 2015, on wzdragał się go przyjąć. Tłumaczył, że za rok to bardzo chętnie, z wielką radością, bo musiałoby to oznaczać dobry występ na Euro 2016. Ale teraz, zaledwie za udane eliminacje nie ma poczucia, że sobie zasłużył. Że to dopiero początek wielkiej przygody, a drużyna jest cały czas w budowie i nie jest skończonym projektem. I niczego jeszcze nie osiągnęła, na razie spełniła obowiązek. Wreszcie, że ma już zaplanowany wyjazd do swych ukochanych Włoch…

Przekonywałem, że to nagroda bynajmniej nie za sam awans, ani nawet za historyczne zwycięstwo z Niemcami, aktualnymi mistrzami świata. To nagroda za to, jak zmienił postrzeganie kadry. Rozniecił wręcz modę na kibicowanie „biało-czerwonym”. Przecież jeszcze niedawno fani wygwizdywali z trybun własny zespół i jej kapitana, Roberta Lewandowskiego. Teraz na punkcie drużyny oszalała nie tylko cała piłkarska Polska, ale także ludzie, którzy na co dzień nie interesują się futbolem.

Za to, że sprawił iż zawodnicy znów chcą „umierać” na boisku za kadrę, nawet w spotkaniach towarzyskich. Że jeden za drugiego wskoczyłby w ogień. Że wreszcie znów zjeżdżają na zgrupowania z radością a nie jak na ścięcie i odcinają się od świata w swoich pokojach. Że zawsze grają do końca i wreszcie to oni strzelają gole w doliczonym czasie, a nie tracą, jak w ostatnich latach.

Że symbolem tej drużyny jest właśnie bramka Lewandowskiego ze Szkocją, która przypieczętowała nasz awans. Wepchnięta do siatki w ostatnich minutach spotkania w Glasgow dzięki heroicznemu wysiłkowi wszystkich zawodników, przez swą największą gwiazdę, która w karze Nawałki wreszcie grała na tym samym poziomie co w Bayernie Monachium czy wcześniej w Borussii Dortmund. Tym samym selekcjoner spełnił obietnicę daną „Przeglądowi Sportowemu” w wywiadzie tu w Hotelu Victoria, w dniu objęcia reprezentacji, a my wybiliśmy ją wtedy na pierwszej stronie: „Mam pomysł na Lewandowskiego”. Nie kłamał. Lewandowski z 13 bramkami został „królem strzelców” eliminacji.

Pot, krew i łzy

Nie była to jedyna spełniona obietnica z tamtego wywiadu. Dziś widać, że Nawałka od początku dokładnie wiedział jaką chce mieć drużynę i plan na nią. W długim, wzniosłym monologu zapowiadał, że zamierza stworzyć grupę piłkarzy gotowych do wielkich poświęceń. Takich, którym do ostatniego gwizdka nie przejdzie przez myśl, że stracili szanse na zwycięstwo. Chce widzieć pot, krew i łzy. „Nie wyobrażam sobie innego podejścia reprezentanta. To musi być zarówno obowiązek, jak i szalona satysfakcja, radość z tego, że gra się dla Polski. Ma napędzać i dawać energetycznego kopa” mówił. A Polacy tak grali w eliminacjach i na Euro 2016 z Irlandią Pn, Niemcami, Ukrainą i Szwajcarią.

Zapowiadał niespodzianki w składzie i dostaliśmy niespodzianek aż nadto. Zapowiadał, że będziemy zaskoczeni powołaniami dla zawodników z polskich klubów i byliśmy. Najbardziej chyba powołaniem na mecz z Niemcami Sebastiana Mili, który powoli szykował się do emerytury, a trener Śląska Wrocław zarzucał mu nadwagę. Po telefonie od Nawałki, że jest w kręgu zainteresowań, wziął się za siebie, co skończyło się golem w meczu z Niemcami. Na Euro 2016 Mila do kadry już się nie załapał, ale pojechał w roli korespondenta „Przeglądu Sportowego” i Onetu, robiąc m.in. kapitalne wywiady z Lewandowski, Grosickim czy Kamilem Glikiem.

Obiecywał Nawałka, że będzie jeździć po Europie i odwiedzać potencjalnych kadrowiczów i podróżował jak globrtoter, czego delikatnie mówiąc nie byli zwolennikami jego poprzednicy, ani Fornalik, ani Franciszek Smuda. Za każdym razem podejmował rozmowy o piłkarzu z jego trenerem, co zaowocowało zmianami pozycji Rybusa w Tereku Grozny czy Pawła Wszołka w Weronie.

Zapowiedział integrację drużyny i zakończenie wszystkich sporów i dziś jej integralną częścią czuje się nawet Kuba Błaszczykowski, mimo bolesnej utraty opaski. Dziś już nikt nie zamyka się w pokoju, schodząc tylko na treningi i posiłki jak poprzednio. Że piłkarze po prostu lubią ze sobą przebywać widać na wideo tworzonych przez należący do PZPN portal Łączy nas Piłka. Hasło, które znalazło się na autobusie Polaków we Francji jest prawdziwe, co doceniają zachodnie media, przeciwstawiając atmosferę w polskiej kadrze np. Portugalczykom czy Chorwatom.

Reprezentanci nie muszą się kochać. Wiem, że to niemożliwe i nikogo nie będę zmuszał. To, że jeden przyjaźni się z drugim, a obok jest grupa innych chłopaków, którzy świetnie się rozumieją, nie ma znaczenia. Oni przede wszystkim muszą się szanować, zdawać sobie sprawę, w jakim miejscu się spotkali. To jest reprezentacja Polski” – mówił Nawałka i dziś takie podejście jest w jego kadrze normą.

Konsekwencja pracoholika

Udało mi się przekonać Nawałkę i ostatecznie pojawił się na Balu Mistrzów Sportu zamiast pojechać do Italii, której od lat jest wielkim miłośnikiem. I wszystkiego co włoskie: kultury, jedzenia, stylu życia. Rzym uważa za najpiękniejsze miasto na ziemi. Tam od ponad 30 lat mieszka jego brat, Jan, dominikanin. I oczywiście włoskiego futbolu.

To właśnie we Włoszech, podczas stażu w AS Roma w 2000 r. gdzie podglądał słynnego trenera Fabio Capello, pojął to, co było później kluczem do awansu na Euro 2016 i awansu z grupy: że najważniejsza jest żelazna konsekwencja. „Capello rozbudził wielkie nadzieje, ale w pewnym momencie wyglądało to naprawdę źle. Zespół odpadł z Pucharu Włoch, była tragedia. Przegrał kilka meczów kontrolnych. Pod ośrodek przyjechały tłumy kibiców, chcieli wyważyć bramy. Ochraniali nas carabinieri, latały śmigłowce. Zarząd jednak utrzymał na stanowisku trenera, zespół zaczął wygrywać. Zaczęła się fantastyczna seria, Roma w 2001 r. zdobyła mistrzostwo Włoch. To pokazuje, że liczy się konsekwencja w realizowaniu koncepcji” wyznał Nawałka.

Nawałka z żelazną konsekwencją grał dwoma napastnikami nawet w meczach z mistrzami świata, Niemcami, przeciwko którym poprzednicy zapewne ustawiliby drużynę defensywnie. Z konsekwencją stawiał na swoich zawodników i zmienił kapitana z Kuby Błaszczykowskiego na Lewandowskiego.

A przy tym Nawałka najwięcej wymaga od samego siebie. To perfekcjonista-pracoholik, który na analizę kolejnych rywali i monitoring własnych zawodników, strategię podczas meczu i logistykę dotarcia na miejsce poświęca każda minutę. Dba o każdy szczegół, od wysokości trawy we francuskiej bazie reprezentacji La Baule, po kulinarne przyzwyczajenia lewego obrońcy najbliższego rywala Polaków.

Najboleśniej przekonują się o tym członkowie jego sztabu, od asystentów po fizjoterapeutów. Po meczach zbiera wszystkich i przez kilka godzin analizują wydarzenia na boisku. Podobno po zwycięstwie nad Irlandią, które zapewniło Polsce awans do Euro 2016, sztab spał tylko dwie godziny, ale nie z powodu świętowania, tylko nocnej analizy spotkania.

Euro 2016 rozplanował dokładnie co do godziny od pierwszego zgrupowania Juracie po uczestników konferencji prasowej ostatniego meczu.

Jeśli Adam Nawałka nadal będzie trenerem reprezentacji, pewnie dostanie podwyżkę. I będzie to chyba jedyna podwyżka, przeciwko której nikt w Polsce nie będzie protestował.

Adam Nawałka