Komu bije cykl

Ranking FIFA - Polska na 12 miejscuNigdy jeszcze sprawdzanie miejsca piłkarskiej reprezentacji Polski w rankingu FIFA nie było tak ekscytujące jak obecnie. Nigdy też od naszego ruchu w górę o parę pozycji tak wiele nie zależało. Kibice oczywiście odnotowywali, że np. w 2013 roku kadra spadła na historyczne dno, a potem mozolnie pięła się w górę. Ale media robiły to raczej z „kronikarskiego obowiązku”, wymieniając egzotyczne kraje, które nas wyprzedziły. Czołówek wiadomości z tego nie było, bo w końcu co za różnica, czy zajmowaliśmy 62. miejsce jak na koniec 2010 roku czy 63. jak cztery lata później? „Rankingi nie grają, decyduje boisko” – pocieszaliśmy się kolejnymi doniesieniami.

Teraz możemy się szczycić, że ranking dobitnie odzwierciedla postawę piłkarze Adama Nawałki na boisku. Z 20 ostatnich meczów o punkty przegrali zaledwie dwa (tylko jeden w normalnym czasie gry) – i to z aktualnym mistrzem świata oraz przyszłym mistrzem Europy. Toteż teraz gdy śrubujemy rekordy, ranking FIFA stał się ulubionym tematem rozmów. Dopiero co staruszek taksówkarz wiozący mnie na lotnisko, zachwycał się, że wyprzedziliśmy takie piłkarskie nacje jak Chorwacja, Anglia czy Włosi. I dopytywał kto tam następny do łyknięcia. „Szwajcaria? No panieeeee…”

Jeśli kadrowicze nie zdejmą nogi z gazu w eliminacjach do mundialu w Rosji, pod koniec roku możemy wejść do czołowej dziesiątki! To zaś z kolei może sprawić, że 1 grudnia na Kremlu reprezentacja Polski będzie losowana z pierwszego koszyka (wiem, że dopiero półmetek eliminacji, że matematyka itd, ale po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku Polaków na MŚ).

Pierwszy koszyk to tyleż wielki prestiż co ułatwienie, bo pozwoli uniknąć w grupie największych jak Brazylia, Niemcy, Hiszpania lub Portugalia. Choć z drugiej strony przecież wspomniani Niemcy czy Portugalczycy zupełnie nam nie straszni. Nawet lepiej, byłby wielkie mecze, okazje do rewanżu, starcia Lewego z Cristiano Ronaldo, Manuelem Neuerem, Neymarem… Po to właśnie wymyślono mundial!

Jak to w futbolu, tam gdzie jedni kibice mają wreszcie powody do dumy, inni w desperacji drą szaty i szarpią włosy na głowie, przecierając oczy w zdumieniu, co stało się z ich drużynami. Żeby nasz sen o pierwszym koszyku się spełnił (FIFA prawdopodobnie rozstawi siedem najwyżej notowanych reprezentacji świata oraz gospodarzy) na turniej do Rosji musiałaby nie pojechać Argentyna. Mundial bez wicemistrzów świata, którzy występują na nim nieprzerwanie od 1970 roku i bez Leo Messiego, jednej z największych piłkarskich gwiazd wszech czasów? Byłaby to ogromna sensacja i strata dla widowiska, ale świat przeżył mundial w 2014 bez Lewandowskiego, to przeżyje i bez gwiazdora Barcelony.

Minimalne szanse na awans ma Holandia, której zabrakło już na Euro 2016. Właśnie skompromitowała się przegrywając z Bułgarią i zajmuje czwarte miejsce w grupie. Gdyby w Rosji zabrakło i Oranjes i Albicelestes, nie obejrzelibyśmy drugiej i trzeciej najlepszej drużyny poprzedniego mundialu.

Byliśmy świadkami sporych przetasowań na szczycie reprezentacyjnego futbolu już podczas Euro 2016. Zamiast tradycyjnych nacji sukcesy odnosiła Islandia, Walia, Polska, a ten największy Portugalia. Patrząc na to przypominają się słowa Jose Maria Bakero, który wiosną 2010 wieszczył mi koniec fenomenalnej passy FC Barcelona. Drużyna Pepa Guardioli zdobyła sezon wcześniej wszystkie trofea jakie były do zdobycia i wydawało się, że w kolejnym jako pierwsza obroni zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Za chwilę w finale mundialu w RPA miało zagrać aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia

Ale Bakero machał ręką i jak mantra powtarzał słowo: „ciclo, ciclo, ciclo”. Wg niego i ta dominacja kiedyś się skończy, bo wszystko jest kwestia cyklu. Trafiła się generacja świetnych piłkarzy, ale kiedy zacznął kończyć kariery, długo przyjdzie poczekać na następców. Oczywiście szkolenie jest bardzo ważne, mówił, La Masia uczy systemu i dodatkowo wpaja istotne wartości. Daje przewagę nad klubami, które nie mają tak rozwiniętych akademii. Pozwoli wyłuskać największe talenty, ale one muszą się trafić. Ale nie łudźmy się, że po Xavim, Inieście czy Puyolu od razu przyjdą godni następcy. Tak samo było z „Dream Teamem” Johana Cruyffa, którego byłem częścią. Barcelona musiała czekać kilkanaście lat, aż przyjdzie kolejny cykl.

Tak jak nasz polski sukces trudno przypisać fenomenalnemu systemowi szkolenia, tak trudno zarzucić Holendrom, że nagle przestali umieć uczyć gry w piłkę. Po prostu trenerzy dostali gorszy materiał. My mieliśmy szczęście, że Nawałka miał kogo skrzyknąć i komu rozdzielić role. Zwolniony właśnie Danny Blind, którego drużyna z ośmiu ostatnich meczów wygrała tylko te z Luksemburgiem i Białorusią, zamiast Sneijdera, van Persiego, van der Vaarta i van der Sara musiał wystawiać Depay, van Ginkela, Jansena, a ostatnim pod swoją wodzą meczu z Bułgarią 17-letniego Matthijsa De Ligta.

Argentyńczycy przypadek warty osobnego felietonu. Zajmują dopiero piąte miejsce w tabeli i o ile je utrzymają – a właśnie na cztery mecze stracili Messiego, zdyskwalifikowanego za zwyzywanie sędziego – zagrają o mundial w barażach. Ich kryzys to nie wina końca cyklu – na świecie nadal gra mnóstwo zdolnych piłkarzy, których symbolem jest Paulo Dybala – tylko chwilowo nie w reprezentacji Edgardo Bauzy. Argentyńska federacja pogrążyła się w totalnym chaosie po śmierci wieloletniego szefa, Julio Grondony, niczym bliskowschodnie państwa po obaleniu dyktatorów – póki byli szerzyła się korupcja i bezprawie, ale przynajmniej panował porządek. Teraz trwa bezwzględna walka o władzę.

Leo Messi

Kto powinien grać w młodzieżówce

U21 reprezentacja PolskiSłowa Roberta Lewandowskiego, który w wywiadzie dla Polsatu powiedział, że „zawodnicy, którzy grali już w pierwszej reprezentacji Polski nie powinni występować już młodzieżowych kadrach” wywołała o wiele ciekawszą dyskusję niż kwestia kto w meczu z Czarnogórą zastąpi Grzegorza Krychowiaka albo czy w ataku powinien zagrać Arkadiusz Milik.

Wspaniale, że kapitan reprezentacji Polski zainicjował tak istotną debatę. Dotąd był raczej mistrzem politycznej poprawności, unikał deklaracji, chyba że dobrze mu w Bayernie i nie wybiera się do Realu. Jedyny mocny i kontrowersyjny wywiad jaki pamiętam, to ten uderzający w selekcjonera Franciszka Smudę po Euro 2012.

A tu nagle stwierdza, że mistrzostwach Europy U21 piłkarze, którzy już potwierdzili swoją przydatność w seniorskiej kadrze powinni ustąpić miejsca do niej aspirującym. „Nie powinni być brani pod uwagę. To moja opinia, ale też rozmawiałem z chłopakami. Mistrzostwa U-21 to miejsce dla kolejnych, mniej znanych zawodników”. Sprawa jest niezwykle ciekawa, bo nie zerojedynkowa.

Z jednej strony Robert z racji swojej pozycji w polskim i światowym futbolu występuje w roli adwokata kolegów. Milikowi i Piotrowi Zielińskiemu niezręcznie byłoby zadeklarować, że skoro są integralną częścią kadry seniorskiej, z występami na najważniejszym turnieju i w eliminacjach do kolejnego, to młodzieżówka nie jest już dla nich. Odmowa mogłaby spowodować powszechny hejt. Pamiętacie co było gdy Krystian Bielik odmówił przyjazdu na towarzyski turniej U-18, bo aspirował do występu w meczu U-19 w eliminacjach ME. Musiał się zmienić trener, żeby po roku doczekał się kolejnego powołania. Lewandowski, przypominając, że drugi rok nie będą mieli odpoczynku, usprawiedliwia ich i zdejmuje ewentualne odium.

Przypadek Milika jest tu szczególny. Piłkarz Napoli dopiero co wrócił na boisko po przewlekłej kontuzji. Wrócił nadspodziewanie szybko (niektórzy twierdzą, że zbyt szybko). Udział w ME U21 rzeczywiście oznaczałby w drugie wakacje z rzędu intensywnie gra w piłkę. Wie o tym, trener Napoli, Maurizio Sarri, który stwierdził, że nie wyobraża sobie, by jego piłkarze latem zamiast odpoczywać grali w turnieju.

Oczywiście to nie Sarri będzie decydował kogo Marcin Dorna powoła na ME. Włoch jak każdy trener klubowy kieruje się po prostu interesem klubu i wolno mu. Ale z kolei my powinniśmy kierować się interesem pierwszej reprezentacji, którą czekać będą kluczowe mecze w eliminacjach do mundialu w 2018 roku i sam turniej w Rosji. Ja bym Milika nie ciągnął na Euro U21, zwłaszcza że nigdy nie był on częścią tej drużyny. Grał w poprzedniej młodzieżówce Dorny, ostatni raz bodaj w 2013. Na czerwcowym turnieju znalazłby się pod wyjątkową presją. Wszystkie oczy spoczywały by na nim jako graczy reprezentacji seniorskiej, Euro 2016 i Ligi Mistrzów. Wątpię, żeby coś dobrego wynikło z tego napięcia i chęci udowodnienia za wszelką cenę. Tymczasem są doskonali zastępcy: Kownacki, Stępiński czy Niezgoda.

Robert Lewandowski stwierdził też, że ewentulany sukces kadry Marcina Dorny z udziałem zawodników z kadry A byłby mydleniem oczu i nic nie dał pierwszej reprezentacji, bo aspirujący do niej młodzi piłkarze nie zostaliby sprawdzeni.

Zasadniczo zgadzam się, że drużyny juniorskie istnieją po to, żeby wychowywać, sprawdzać i otrzaskiwać w boju piłkarzy dla pierwszej drużyny. Ale to podejście bardzej dotyczy klubów. Reprezentacja Polski U21 to jednak nie to samo co klubowa U15, gdzie najważniejsze jest szkolenie. Tam pogoń za wynikiem za wszelką cenę jest szkodliwa i prowadzi do wypaczeń, ale tu? Tu gra się z orzełkiem na piersi, przed meczem słucha hymnu, a za sukcesy na igrzyskach olimpijskich (U23) otrzymuje medale.

Przed nami mistrzostwa Europy we własnym kraju, na których gra stanowi spory prestiż. Nie bez powodu bilety na mecze reprezentacji rozeszły się jak świeże bułeczki. Nie twierdzę, że kibice wykupili je z myślą wyłącznie od Miliku i Zielińskim, a gdy ich zabraknie poczują się rozczarowani i oszukani. Ale też mają swoje oczekiwania. Raczej niekoniecznie, że występ drużyny Dorny to wyłącznie element rozwoju zawodników przyszłej pierwszej kadry. Chcą jak najlepszego sportowego wyniku! Myślę podobnie.

Nie widzę w tym nic złego, by Polska wystawiła na ME najsilniejszą drużynę jaką ma. Nie istnieje wszak przepis, jak przy wyborze narodowości, że zawodnik, który raz zagrał w reprezentacji A jest spalony dla reprezentacji B. Gra w seniorach nie dyskwalifikuje młodzieżowca. Dlatego: Milik – niech odpoczywa. Zieliński, Bartosz Kapustka i Karol Linetty – nie widzę żadnych przeciwwskazań do gry. Oby nie, ale kto wie czy tytuł młodzieżowego mistrza Europy nie okaże się kiedyś najcenniejszym jakie zdobyli w reprezentacyjnej karierze.

Reprezentacja Polski U21

 

Jeden(astka) znienawidzony(ch)

most_hated

Uwielbiam media społecznościowe za wszelkiego rodzaju gry i zabawy. Sondy, typowanie, wybory ulubionych „jedenastek” itp. w których cała twitterowa piłkarska społeczność rozważa „najważniejsze z najmniej ważnych” kwestie. Tylko w tym tygodniu polscy twitterowicze mogli wspólnie ze Zbigniewem Bońkiem, Jerzym Dudkiem i Tomkiem Hajto spierać się jak wypadłaby mundialowa reprezentacja Polski z 2002 roku (w swojej najlepszej formie) w konfrontacji z obecną ekipą „Biało-czerwonych”.

Hajto, były filar defensywy Schalke 04, który w jednym sezonie ogrywał Bayern 3:1 i 3:2 na wyjeździe, a w kolejnym 5:1, deklarował że „Turbogrosika wyłączyłby jak stare radio”. Dyskusję zakończył osobiście „nie kto inny jak” Robert Lewandowski, twittując, że taki mecz byłby wyrównany być może nawet przez całe 10 minut.

Kto wie czy cała historia nie zakończy się meczem charytatywnym, w którym dawna drużyna Engela zmierzy się z chłopakami Nawałki. Ja bym to obejrzał! Więc od razu deklaruję patronat „Przeglądu Sportowego” :)

W minionym tygodniu wielkim zainteresowaniem cieszyła się także zabawa w ułożenie jedenastki piłkarzy najbardziej znienawidzonych. Miałem spory problem z jej wyłonieniem, bo nie nienawidzę nikogo. Bywali piłkarze, których w trakcie kariery nie znosiłem, ale z czasem niechęć minęła, zastąpiona przez sentyment czy uznanie. Np po finale mundialu w 2006 roku wydawało mi się, że dozgonne miejsce w „11” znienawidzonych będzie miał Marco Materazzi za sprowokowanie Zinedine Zidane’a do zrujnowania sobie ostatniego miejsca w karierze. Ale mi przeszło, zwłaszcza po tym jak płakał jak bóbr w ramionach odchodzącego z Interu Jose Mourinho.

Wydawało mi się, że nie znoszę brutala, Olivera Kahna. Ale z czasem nabrałem do niego szacunku i czułem empatię gdy stracił miejsce w kadrze podczas mundialu we własnym kraju. Podobnie jak do Paula Scholesa, którego chętnie zadusiłbym za trzy gole strzelone Polsce (szczególnie tego ręką). Ale daleko mi dziś do nienawiści do tego jednego z najlepszych angielskich piłkarzy w historii.

Pepe, gdy za czasów Mourinho w Realu deptał i tratował rywali, gotów byłem zakazać gry w piłkę. Nabrałem i do niego sympatii, zwłaszcza po przeprowadzeniu wywiadu. To całkiem pozytywny gość. Z drugiej strony straciłem serce do Thierry’ego Henry po pamiętnym oszustwie z Irlandią, ale też nigdy nie umieściłbym Francuza wśród „znienawidzonych”.

Zinedine Zidane i Marco MaterazziZdumiały mnie zresztą składy wielu twitterowych jedenastek. Segio Ramos? Naprawdę? Zawodnik, od którego powinno się dziś zaczynać budowę każdej drużyny jest aż tak bardzo nielubiany? Dobrze, jeśli nie jest się kibicem Chelsea, ciężko kochać Johna Terry’ego za wszystkie jego boiskowe i pozaboiskowe wyskoki czy Gerarda Pique za jego prowokacje, o ile nie jest się fanem Barcelony. Ale daleko mi do nienawiści.

Zresztą to, że jakiś zawodnik nie jest aniołem, nie sprawia, że automatycznie traci naszą sympatię. Czasem wręcz przeciwnie. Lubimy łobuzów, boiskowych wariatów, grających na granicy, o ile robią to pasją i dla dobra drużyny. Jak Eric Cantona, Roy Keane, Zlatan Ibrahimović czy Luis Suraez, dla którego, po przetłumaczeniu jego autobiografii mam sporo zrozumienia i nie potrafię znielubić.

Jeszcze w ubiegłym sezonie w „jedenastce znienawidzonych” umieściłbym pewnie Diego Costę za jego ewidentną boiskową wredność. Ale zmienił się diametralnie po przyjściu Diego Conte. Na dziś w mojej anty-drużynie znalazłbym miejsce tylko dla jednego zawodnika: Samira Nasriego. I widzę, że nie jestem w tym osamotniony, patrząc, że twitterowa akcja odbyła się pod wymyślonym przez Pawła Wilkowicza ze sport.pl hasztagiem #memoriałNasriego.

Francuz zawsze był arogancki, irytujący i nielojalny wobec kolegów i trenerów. Jego charakter opisał dobitnie były selekcjoner Francji, Raymond Domenech w autobiografii „Straszliwie sam”. „Nasri w zespole potrafi uderzyć w miejsce, które boli najbardziej i zamiast opatrzyć rany, jeszcze je rozdrapuje. Nic nie daje drużynie. Stroi się przy tym w piórka przywódcy, choć nim nie jest. Ciągle szuka zwady, co na dłuższą metę wykańcza zespół. Kiedy rozważałem w 2010 roku, co może mi dać, a jakie problemy stworzyć, uciąłem krótko – jedziemy bez niego (na mundial do RPA – red)” – opisywał.

Chamski wobec dziennikarzy (jednemu kazał „zamknąć mordę”, innego zwyzywał publicznie od sk….ów) i kolegów. Po przejściu z Arsenalu do Manchesteru City naśmiewał się z byłego klubu i jego kibiców. Następca Domenecha, Didier Deschampes przywrócił go do kadry na chwilę, by nie zabrać go na mundial w Brazylii, o co prosili ponoć sami zawodnicy.

Jak był destrukcyjny dla drużyny, taki pozostał, co udowodnił we wtorek z Leicester City, osłabiając drużynę w kluczowym momencie. Dwie żółte kartki za głupi faul i pyskówkę z Jamie Vardym walnie przyczyniły się do sensacyjnego odpadnięcia Sevilli. Być może jestem dla niego niesprawiedliwy. Być może lubiąc w zasadzie większość pozostałych piłkarzy z Nasriego zrobiłem „kozła ofiarnego” i „czarnego luda”. Nie umiem jednak przezwyciężyć niechęci. Za nic nie chciałbym mieć go w swojej drużynie. Samir Nasri

 

Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1

Włodzimierz L., piłkarz. O zanikaniu

Włodzmierz LubańskiHanna Krall

Włodzimierz L., piłkarz

O zanikaniu

… Ty toś się w życiu urządził, mówią mi. Też mogliście, mówię, wystarczyło kopać piłkę, ja zacząłem jak miałem dziesięć lat.

Całość pięćdziesiąt dwa metry, w największym pokoju mieści się wersalka i stół, żona chciałaby większe, bo zobaczyła dom Mike’a Englanda*. Mnie tam wszystko jedno, mamy gdzie spać, jest w porządku. U Englanda od wejścia było szkło, w pokojach antyki i… no tak, zobaczyliśmy różnicę.

Zrozumiałem, że nie zagram i ktoś musi zająć moje miejsce. Andrzej zajmie, pomyślałem i powiedziałem mu – szczerze, tak od serca – ty się, chłopie, zmobilizuj, bo dla ciebie te mistrzostwa** to będzie duża rzecz. Nie wierzył, myślał, że Jasiu zagra i rzeczywiście większe szanse Jasiu miał, bo strzelił tę bramkę na Wembley. Wiedziałem swoje i powiedziałem – słuchaj, Andrzej, masz trudności z przyjęciem piłki, popracuj nad tym. Tak mu mówiłem, od serca.

No i Andrzej gra, no i strzelił Włochom tę kapitalną bramkę, ja bym nie strzelił takiej. Nie żebym nie umiał. Umiałbym, tylko bym się nie odważył. Andrzej idzie na kontuzję, na ryzyko, patrzę na niego i myślę – ja bym szedł? Nie, nie szedłbym.

Piłkarz musi być atrakcją teraz, już i tylko wtedy jest potrzebny. Ja jeszcze jestem atrakcją. Dzięki kolanu. Przed mistrzostwami pisali o kolanie, bo nie wiedzieli czy będę grał. Potem pisali, że przez kolano nie będę grał, więc byłem znowu. Teraz piszą, że nie gram, bo kolano, ale za chwilę i to się skończy. Moje kolano nie będzie potrzebne, ani ja i zacznę znikać.

No nie dzwonią, nie.

Ja też nie dzwonię.

Powinienem?

Do Andrzeja mógłbym, ale po co, on już tamtego nie pamięta.

Dobra, mogę zadzwonić.

Zajęte… Zajęte… Międzynarodowa, o tej porze… No zajęte, no trudno.

Już nie, już się koncentrują.

Wychodzą…

Znam tamtych, strzeliłem im kiedyś bramkę. Głową strzeliłem, w pierwszej minucie.

Kaziu…

Zostaw to, Robert niech strzela, z tej odległości tylko Robert.

Dobrze, Robert, w porządku.

Ruszaj, Andrzej, teraz ruszaj…

Kaziowi, gdyby puścił ten, no, Grzesiek na nogę… Dobrze, Grzesiu… Słuchaj, Kaka, Jurek niech przyjmie, a ty, Szymek, zostaw mu piłkę, no, zostaw i leć sam, tak jest, bardzo dobrze… ***

Wrócą. Zobaczymy się. W klubie, normalnie o dziesiątej. Przywitamy się. Powiem – cześć, stary, Andrzej powie – no cześć i będzie się starał tak mówić, jak byśmy jeszcze byli sobie równi. Nie jesteśmy równi, już nie. I żeby nie wiem jak starali się być po dawnemu, to w końcu przyjdzie dzień kiedy znajdziemy się na boisku. Oni i ja. I może nam nie wyjść. Z innych przyczyn może nie wyjść, ale oni pomyślą – no tak, bez niego grało się lepiej.

Świetni byli. Beze mnie byli świetni. Grali jak nigdy dotąd, nowy zespół powstał na tych mistrzostwach. Beze mnie powstał. To jeszcze potrzebny im jestem?

 

*Piłkarz reprezentacji Walii.

**Mowa o Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej

*** Włodzimierz L. Ogląda mecz z Jugosławią, Polska wygrała 2:1.

Włodzmierz Lubański

Nigdy nie znikniesz!

Powyższy tekst, który opublikowaliśmy w „Przeglądzie Sportowym” za zgodą pani Hanny Krall, pochodzi z książki „Różowe strusie pióra”. To wyjątkowa pozycja w dorobku najwybitniejszej polskiej reporterki. Kolaż przeróżnych ludzkich losów, złożony z krótkich opowieści, notatek, refleksji, odbytych rozmów, otrzymanych listów, a nawet karteczek wkładanych w drzwi przez Krzysztofa Kieślowskiego. Działają czytelnikowi na wyobraźnię i zmuszają, by dopowiedział sobie resztę historii. Jak to ujęła na wstępie sama autorka: „jest to książka o tym, co ludzie do mnie mówili i pisali przez pięćdziesiąt lat”. Wśród przyjaciół, znajomych, bohaterów reportaży jak wspomniany Kieślowski, Marek Edelman czy Leszek Kołakowski nagle pojawia się Włodzimierz Lubański!

Jak świetnym reporterem trzeba być, by zdobyć zaufanie obcej osoby i namówić ją by powierzyła nam swoją historię, ujawniła cząstkę siebie. A jeszcze w tak dramatycznym momencie w jakim był wówczas Lubański, śledzący z domu mundial w RFN w 1974. Mundial, którego byłby wielką gwiazdą. On, kapitan tamtej reprezentacji, największy piłkarski bohater swoich czasów, o statusie jakim dziś cieszy się Robert Lewandowski. Najbardziej popularny i najbardziej kochany przez Polaków od kiedy w wieku 16 lat i 288 dni zadebiutował w kadrze, zdobywając do tego gola (do dziś pozostaje najmłodszym strzelcem w historii reprezentacji). Który grałby w słynnym Realu Madryt, gdyby weta nie wyraziło KC PZPR, który nie chciał słyszeć o oddaniu zagranicę „dobra narodowego”.

Dzięki Hannie Krall dowiadujemy się co kotłowało się w jego duszy w tym wyjątkowo bolesnym momencie kariery. Tekst przypominamy z okazji 70. urodzin Włodka Lubańskiego, którego – składając mu serdecznie życzenia „stu lat!” – zapewniam: Włodku, nigdy nie znikniesz z naszych myśli i naszej pamięci! Nigdy nie zapomnimy Twoich goli, które dały Górnikowi Zabrze mistrzostwa i Puchar Polski oraz zwycięstwa w europejskich pucharach, a zwłaszcza tej bramki w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z AS Roma. I tego, że na Stadion Śląski „na Lubańskiego” przychodziło po 100 tysięcy widzów. Ani goli, które przyczyniły się do historycznego złota olimpijskiego w Monachium. A Twój brak w kadrze Kazimierza Górskiego na mundialu w RFN pozostanie jednym z największych i najbardziej roztrząsanych piłkarskich polskich „co by było gdyby”. Legendy nie znikają, są wieczne!

Włodzmierz Lubański

„Będziemy waszą stolicą!” czyli triumf PSG

Paris Saint Germain - Barcelona

Podobnie jak wielu kibiców wciąż jestem w szoku po deklasacji Barcelony przez PSG, której byłem świadkiem na Parc des Princes. W szoku tym większym, że zaledwie dwa lata wcześniej w tym samym miejscu oglądałem tę samą konfrontację. Wówczas tercet Messi-Neymar-Suarez udzielił Paryżanom surowej lekcji futbolu, dominując totalnie, wygrywając 3:1 i upokarzając rywali (Luis Suarez zdobył dwa gole za każdym razem zakładając „siatkę” Davidowi Luizowi).

To, że PSG w tak krótkim czasie w tak imponującym stylu potrafiło „wstać z kolan” to kolejny dowód na to jak genialną jest książka Simona Kupera i Stefana Szymańskiego „Futbonomia”, która po latach właśnie trafiła na polski rynek. Obaj panowie (dziennikarz sportowy i ekonomista sportu) przewidzieli taki scenariusz już w 2010 roku!

Tzn oczywiście nie porażkę Barcy 0:4, ale fakt że sukcesy w futbolu zaczną odnosić kluby z największych europejskich stolic jak Paryż czy Londyn kosztem drużyn z miast średniej wielkości czy z miast dużych ale nie stołecznych. Śmiała teza w 2010 roku gdy Ligę Mistrzów wygrywał Inter z niestołecznego Mediolanu, pokonując w finale Bayern z niestołecznego Monachium.

Futbonomia„Futbonomia” to lektura obowiązkowa dla każdego kto chce zrozumieć procesy i zjawiska zachodzące w piłce nożnej, nie wierzący w stereotypy i tłumaczenia, że „coś trzeba robić tak, bo zawsze tak się robiło”. Jej autorzy sięgają do statystyki, ekonomii, socjologii, analizują zjawiska społeczne. Dowodzą, że w futbolu wiele da się wyjaśnić, zaplanować, a nawet przewidzieć dzięki analizie danych, także poza futbolowych.

W rozdziale „Podmiejski kiosk, czyli wielkość miast i piłkarskie trofea” analizują wpływ miasta, z którego pochodzi zespół na jego sukcesy. Przypominają, że przez 42 lata istnienia Pucharu Europy nigdy nie wygrała go drużyna z największych europejskich metropolii – Paryża, Moskwy, Berlina, Londynu, Rzymu czy Stambułu. W pierwszych dekadach dominowały stolice krajów faszystowskich – w pierwszych 11 turniejach aż osiem razy wygrywał Real Madryt (ulubiony klub generała Franco) albo Benfica Lizbona (dyktatora Salazara).

Potem nastał czas drużyn z mniej lub bardziej prowincjonalnych miast jak Nottingham, Dortmund, Glasgow, Rotterdam czy Birmingham. A Anglii Puchar Europy zdobyło aż pięć prowincjonalnych miast zanim w 2012 udało się stołecznej Chelsea. Mediolan i Turyn zgarnęły łącznie 12 trofeów, Rzym ani jednego. Olympique Marsylia triumfował w 1993, PSG jeszcze nigdy. W Niemczech Bayern i HSV, ale nigdy Berlin, nie wspominając o Bonn.

Dlaczego skoro przecież w stolicach koncentrują się zasoby całego kraju? Wg autorów z powodów psychologicznych – najkrócej mówiąc, stolice nie muszą udowadniać tyle co mniejsze miasta. Co innego miasta np. przemysłowe – w Anglii Manchester czy Liverpool, a wcześniej Leeds. Analiza wzlotu i przyczyn upadku średnich miast z powodu „przesunięcia autostrady” jest arcyciekawa!

Autorzy „Futbonomii” wieszczą, że teraz do głosu dojdą wreszcie stolice: Londyn, Moskwa i Paryż. „Moskwie może się to udać, ponieważ jest największą europejską stolicą niedemokratycznego kraju. Zasoby Rosji skupiane są w jej centrum, a pod ziemią znajdują się duże zapasy ropy i gazu. Paryż może zacząć wygrywać, ponieważ ma blisko 12 milionów mieszkańców, wielu potencjalnych sponsorów i tylko jeden klub piłkarski grający w pierwszej lidze – PSG, przez lata prowadzony w koszmarny sposób i przejęty niedawno przez Katarczyków, którzy zamienili ropę naftową na piłkarzy” – piszą. Firma doradcza Deloitte już w sezonie 2012/13 umieściła PSG wśród ośmiu europejskich klubów o najwyższych przychodach.

Za sprawą Chelsea Londyn już raz wbił się na szczyt. (Autorzy w wydaniu z 2010 pisali, że „być może już wkrótce Arsenal albo Chelsea zostanie pierwszą londyńską drużyną z Pucharem Europy” – akurat wzmianka o Arsenalu po środowym laniu w Monachium brzmi jak ponury żart). „Nie jest zaskoczeniem, że Londyn w końcu wysunął się na czoło rankingu miast piłkarskich. Nawet po kryzysie brytyjskich banków posiada on najbardziej prężną lokalną gospodarkę w Europie”. W mieście działają dwa spośród największych europejskich klubów piłkarskich i prawdopodobnie mogłoby działać jeszcze więcej. Pokazuje to skalę zmian” – dodają.

I dalej: „Kiedy Roman Abramowicz postanowił kupić klub piłkarski, było bardziej prawdopodobne, że zdecyduje się na Chelsea z miasta, w którym osiadł, niż na przykład na Bolton. Kiedy amerykański milioner Shahid Khan kupił Fulham w 2013 roku, liczyło się dla niego to, że był to klub z Londynu. Nawet Queens Park Rangers należy do Malezyjczyka Tony’ego Fernandesa i Hindusa Lakshmiego Mittala, zajmującego 44. miejsce na liście najbogatszych osób świata magazynu „Forbes” i mieszkającego oczywiście niedaleko siedziby klubu w Kensington. To prawda, że inni bogaci obcokrajowcy kupili również Liverpool, Manchester City, Blackburn i Aston Villę, ale Londyn wciąż jest dla miliarderów trochę bardziej pociągający”.

Autorzy „Futbonomii” uspokajają największe pozastołeczne kluby jak MU, Bayern czy Barcelona, które wypracowały na tyle silne marki, że powinny utrzymać się na szczycie europejskiego futbolu. Ale ich największymi rywalami wkrótce nie będą już inne pozastołeczne kluby, ale drużyny ze stolic – Londynu i Paryża. Słyszałem jak po środowym laniu kibice PSG wznosili wulgarne okrzyki w kierunku autobusu z piłkarzami Barcy. A mogli im wykrzyczeć: „Będziemy wkrótce waszą stolicą!” Futbolu…

PSG - Barcelona

Historia pewnej piłki (w kosmosie)

Być może umknęła Państwu ta wiadomość w nawale newsów transferowych, o debiutach Polaków w angielskich klubach, historycznie rekordowym miejscu reprezentacji Polski w rankingu FIFA czy powrocie Ekstraklasy, ale nasz Świat już oficjalnie kręci się wokół piłki futbolowej. A piłka futbolowa oficjalnie krąży po orbicie Ziemi. Piłka szczególna.

Parę dni temu amerykański astronauta, Shane Kimbrough wniósł na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej czaro-białą, pościeraną „biedronkę”. Piłkę, która miała trafić na orbitę 31 lat temu. 28 stycznia 1986 roku inny kosmonauta NASA, Ellison Onizuka zabrał na pokład promu Challenger piłkę swojej córki Janelle wraz z podpisami jej koleżanek z drużyny Clear Lake High School w Houston w Teksasie.

Niestety w 73 sekundzie po starcie z Cape Canaveral doszło do pamiętnej katastrofy. W wyniku serii zaniedbań, braku odpowiedniej kontroli oraz wyjątkowo niesprzyjających warunków atmosferycznych na wysokości 14 kilometrów nastąpiło rozerwanie zbiornika paliwa wahadłowca. Co prawda kabina załogi przetrwała – badanie osobistych zasobników powietrza trójki astronautów, w tym Onizuki, wykazały zużycie powietrza przez 2 minuty 45 sekund lotu, ale zderzenia z oceanem nie przeżył już nikt – kabina uderzyła w ocean z przyśpieszeniem równym 200G.

Katastrofa ChallengeraTragedię śledziło na żywo 85 proc. Amerykanów w tym całe szkoły z powodu obecności na pokładzie Christy McAuliffe, biorącej udział w misji w ramach programu „Nauczyciel w Kosmosie”. Szok Amerykanów, uważających się za „zdobywców kosmosu” był wielki i rósł wraz z odkrywaniem niekompetencji i błędów, które doprowadziły do katastrofy. Na 32 miesiące przerwano wówczas program lotów wahadłowców.

Sam do dziś mam obraz ognistego pióropusza i pokręcony ślad dymu jaki zostawił po sobie na błękitnym niebie. W latach 80. nie oglądało się tyle telewizji co dziś, a internet jeszcze nie istniał, takie obrazy robiły więc znacznie większe wrażenie i znacznie bardziej działały na świadomość.

Na pewno jednak przeżywaliśmy w Polsce katastrofy Challengera tak intensywnie jak Amerykanie. Zwłaszcza, że kilka miesięcy później mieliśmy własną – wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Z niej do dziś został mi w ustach ohydny smak płynu Lugola, który rozlewano nam w szkole z wiadra (ale tylko tym, co nie skończyli 17-roku życia, zanosiliśmy więc kubki starszym, pominiętym kolegom).

Co prawda o promieniowaniu dowiedzieliśmy się z kumplami jeszcze przed opublikowaniem oficjalnych komunikatów, ponieważ kolega z klasy, mających wysoko postawionych rodziców zaalarmował nas, że siedzi zamknięty w domu z oknami pozasłanianymi kocami ponieważ „jest jakieś skażenie”. Ale specjalnie się nie przejęliśmy – był maj, mecze w Turnieju Dzikich Drużyn do rozegrania, Wyścig Pokoju na ulicach Warszawy do obejrzenia…

Pamiętam za to licytację z Amerykanami podczas letniego kursu niemieckiego pod Monachium, czyja tragedia większa, czyja straszniejsza, czyja bardziej dotkliwa w skutkach.

Ellison OnizukaWracając do piłki Onizuki, mimo że szczątki promu spadły do Oceanu Atlantyckiego na obszarze 1600 km², część fragmentów zaległa na sporej głębokości, a część fale wyrzucały na plaże Florydy nawet kilkanaście lat po katastrofie, jakimś cudem odnaleziono ją od razu pierwszego dnia, jak unosiła się na wodzie. Wraz z flagą amerykańską zamkniętą w specjalnym pojemniku. Do tego ocalała z tragedii zupełnie nienaruszona.

Janelle miała wówczas 16 lat i kochała grać w piłkę. To był czas kiedy „soccer” uznawany był jeszcze w USA za dyscyplinę dla dziewczyn. Ojciec wspierał pasję córki i z dumą przedstawiał się jako „Falcon Dad” (falcon – sokół to przydomek drużyny). Piłka po katastrofie została zwrócona rodzinie, która przekazała ją z powrotem do Clear Lake High School. Tam przez trzy dekady stała za szkłem jako honorowa pamiątka, aż kolejnym „Falcon Dad” został kolejny astronauta, Shane Kimbrough, którego syn gra w jednej z drużyn „Sokołów”, a w drugiej córki-bliźniaczki.

Z kolei Janelle same jest dziś „Falcon mom”. I nie kryje wzruszenia, że „piłka na swój sposób kontynuuje misję rozpoczętą przez mojego ojca przed wieloma laty, eksplorując kosmos i inspirując wiele osób”.

W ten sposób po wielu memach, filmikach i żartach z piłkami, które kopnięciu nieszczęsnych strzelców z karnego jak Sergio Ramos w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium, wylądowały w stratosferze, wreszcie trafiła tam prawdziwa futbolówka. I to z taka wspaniałą historią.

Shane Kimbrough

Zawodniku, z daleka od polityki!

Zozulia

Czy sportowiec powinien manifestować swoje poglądy polityczne i promować je, wykorzystując do tego swą popularność? Z jednej strony, dlaczego nie? Sportowiec też człowiek, dlaczego odbierać mu prawa do posiadania przekonań? Zwłaszcza jak jeszcze walczy w słusznej sprawie. Czy ktoś dziś krytykuje np. Muhammad Ali za jego walkę o prawa czarnych, przejście na islam i przystąpienie do organizacji Czarnych Muzułmanów? Za odmowę odbycia służby wojskowej i wyjazdu na wojnę w Wietnamie odebrano mu paszport i na trzy lata pozbawiono możliwości uprawiania boksu, ale po latach doceniony, zasypano zaszczytami, np. ONZ zdążyła odznaczyć go przed śmiercią prestiżowym Medalem Wolności.

Jednak w ostatnich burzliwych czasach wyraziste deklaracje, nie mówiąc o jawnym wsparciu konkretnego polityka lub partii nie jest mile widziane. Federacje sportowe i pracodawcy zawodników, czyli np. kluby piłkarskie robią wszystko, żeby utrzymać sportowców z dala od polityki i deklarowania politycznych sympatii. Zwłaszcza podczas meczów.

FIFA i UEFA są przeczulone na punkcie polityki, piętnują wszelkie transparenty polityczne na trybunach (o czym nie raz przekonali się bardziej lub mniej zasłużenie polscy kibice). Zakaz zdejmowania koszulek po golu wprowadzono nie tylko po to, by uniemożliwić piłkarzowi „nielegalne” zareklamowanie sponsora, ale i politycznych deklaracji (prawo zmieniono gdy Predrag Mijatović i Dragan Stojkovic odsłaniali koszulki z napisem „NATO stop bombing” w trakcie interwencji paktu w Serbii).

Pod lupą brane są nawet gesty. Władze Premier League długo prowadziły śledztwo wyjaśniające czy Nicholas Anelka, wówczas zawodnik WBA, łapiąc się po golu lewą ręką za prawe ramię odtworzył gest o nazwie „quenelle”, powszechnie uważany we Francji za antysemicki czy akurat zabolało go ramię. Ostatecznie zawodnik został ukarany grzywną 80 tys. funtów.

Aenis Ben-Hatira

Ledwo zaczął się nowy rok, a już staliśmy się świadkami jak wyraziste poglądy zaszkodziły dwójce zawodników. Najpierw Darmstadt, ostatnia drużyna Bundesligi zwolniła z kontraktu Aenisa Ben-Hatirę (fot. powyżej), reprezentanta Tunezji za otwarte wsparcie dla radykalnej organizacji islamskiej, Ansaar International. Co prawda zawodnik tłumaczył, że jej oficjalnym celem jest pomoc muzułmańskim imigrantom w Niemczech, podejmuje także dużo pozytywnych inicjatyw w świecie, m.in. pomaga Palestyńczykom w Strefie Gazy. Jednak niemieckie służby specjalne uważają, że organizacja jest powiązana z radykalnym islamem i monitorują członków Ansaaru.

Prezes Darmstadtu i trener Torsten Frings wyrazili ubolewanie z powodu straty znakomitego piłkarza, który zachowywał się bez zarzutu. Ale uznali takie rozwiązanie za najlepsze dla wszystkich. Zwłaszcza, że Ben-Hatira deklarował kontynuację współpracy z Ansaar. Po zerwaniu kontraktu napisał na Facebooku, że „jest niewielu ludzi, na których spoczywa wielka odpowiedzialność, a mimo to mogą codziennie spojrzeć w lustro i z dumą się rozpoznać. Dzięki Bogu, ja mogę”.

Do bardzo ciekawej sytuacji doszło w środę w Hiszpanii, gdzie kibice drugoligowego Rayo Vallecano zmusili władze klubu do wypożyczenia ukraińskiego napastnika Romana Zozuli, sprowadzonego ostatniego dnia okna transferowego z Betisu. Fani nie chcieli się zgodzić, by w ich drużynie grał zawodnik powiązany z neonazistowską ultraprawicową partią. W ośrodku treningowym Rayo od rana trwał ich protest, a media całego świata obiegł transparent: „Vallekas nie jest miejscem dla nazistów, dla ciebie też nie. Wynocha!”.

To prawda, że Zuzulia nigdy nie krył się ze swymi nacjonalistycznymi poglądami. Jego media społecznościowe pełne są zdjęć piłkarza w szaliku ze Stepanem Banderą, w koszulkach z „tryzubem” czy karabinem maszynowym w dłoniach. A wg oświadczenia stowarzyszenia kibiców Vallekas, miał też wspierać finansowo ochotnicze faszystowskie bataliony paramilitarne na Ukrainie.

Tymczasem Rayo to jeden z najbardziej lewicowych klubów w Europie. Na Estadio de Vallecas powiewają czerwono-żółto-fioletowe republikańskie flagi z czasów wojny domowej, transparenty z Che Guevarą czy sierpem i młotem na trybunach to zwykła rzecz.

Nie pomogło oświadczenie Zozuli, że hiszpańscy dziennikarze pomylili herb Ukrainy z logiem organizacji nacjonalistycznej, a poety Tarasa Szewczenki z Banderą. Dzień po przylocie do Madrytu musiał się spakować i wracać do Sewilli, mimo że Rayo zdążyło go już zarejestrować, teoretycznie nie ma więc szans na grę w dawnym klubie.

Być może więc agenci sportowców powinni im zalecać absolutny brak deklaracji politycznych dopóki nie skończą kariery, by jej sobie nie utrudniali. A już zwłaszcza w kraju rozdartym tak bardzo politycznym konfliktem jak Polska. Na szczęście nasi sportowcy starają się być w pełni apolityczni. Po sukcesach odwiedzają przedstawicieli władzy, kto akurat rządzi, bez mrugnięcia uśmiechając się podczas wspólnych śniadań.

Tego by tylko brakowało, żeby media zaroiły się opiniami Anity Włodarczyk, Roberta Lewandowskiego czy Kamila Stocha na temat Trybunału Konstytucyjnego, efektów programu 500+ czy funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej. Sport natychmiast przestałby być ostatnim bastionem wspólnoty Polaków.

Jedna kara dla dopingowicza zamiast szycia na miarę!

Ależ wstrząsnęła nami w tym tygodniu seria niefortunnych dopingowych zdarzeń! Niestety także i z udziałem Polaków. Oto w organizmie boksera Andrzeja Wawrzyka, szykującego się do walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej wykryto stanozolol, archaiczny steryd pozwalający zwiększyć masę mięśniową. Ten sam, który był przyczyną dyskwalifikacji najsłynniejszego dopingowicza w historii sportu – kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, tuż po pobiciu rekordu świata w biegu na 100 podczas igrzysk w Seulu w 1988.

Prestiżowy pojedynek Wawrzyka z Deontayem Wilderem w Alabamie odwołany, Polakowi grozi długa dyskwalifikacja, wstyd na całe środowisko. To zresztą trzeci przypadek dopingu w polskim boksie w ostatnim czasie. Dopiero co na stosowaniu zabronionych środków przyłapano Michała Cieślaka i Nikodema Jeżewskiego.

Nie wiadomo czy nie będzie musiał chyłkiem uciekać z ojczyzny Jamajczyk Nesta Carter. To przez niego legendarny Usain Bolt stracił właśnie dziewiąty złoty medal olimpijski i możliwość szczycenia się tzw triple-triple, czyli zdobytymi trzema złotymi medalami na trzech kolejnych igrzyskach. Obaj wywalczyli złoto w sztafecie na 100 metrów na igrzyskach w Pekinie (jeszcze z Asafą Powellem i Michaelem Fraterem), bijąc przy tym rekord świata. W środę MKOl zakończył oficjalnie śledztwo, dowodząc że Carter stosował w 2008 roku metyloheksanaminę i zdyskwalifikował całą ekipę. Tu już wstyd poszedł na cały świat.

Nie wiadomo czym skończą się oskarżenia legendy siatkówki, byłego kapitana reprezentacji Brazylii, Giby jakoby aż siedmiu reprezentantów Rosji miało być na dopingu w pamiętnym finale olimpijskim w Londynie w 2012 roku (Sborna pokonała wówczas Canarinhos 3:2). Giba, który jest obecnie szefem komisji zawodniczej w FIBV, zamierzał w czwartek szukać dowodów w siedzibie federacji w Lozannie i jeśli wszystko się potwierdzi, chce doprowadzić do przyznania złota Brazylii. Dziś wycofuje się z zarzutów, zobaczymy czym skończy się sprawa…

Therese JohaugA w środę w Oslo rozpoczął się głośny proces Therese Johaug, oskarżonej o przyjmowanie sterydów anabolicznych. U słynnej norweskiej biegaczki wykryto clostebol. Sąd musi rozstrzygnąć czy rzeczywiście wzięła zakazany środek nieświadomie, ale też trudno znaleźć sportowca, który w podobnym przypadku mówiłby coś innego. Adwokat Johaug przekonuje, że wykryty w jej organizmie steryd pochodził z maści Trofodermin, który stosowała na poparzone słońcem wargi. Co prawda na opakowaniu było informacja, że zawiera niedozwolony środek (już sama nazwa „bol” sugeruje anabolik), ale biegaczka w pełni ufała lekarzowi kadry z 30-letnim stażem, który kupił lek.

Co innego tu niepokoi. Nawet zakładając, że Johaug wprowadziła clostebolu do organizmu zupełnie nieświadomie, jego stężenie – jak ujawniła komisja antydopingowa – wynosiło 13 nanogramów na mililitr. Kolarz Stefano Agostini, u którego wykryto cztery lata temu zaledwie 7 nanogramów clostebolu na mililitr, został zawieszony na 15 miesięcy. Tymczasem komisja antydopingowa domaga się dyskwalifikacji na… 14 miesięcy.

Dlaczego tyle? Ano dlatego, że taki wyrok pozwoli Johaug wystąpić na igrzyskach olimpijskich w Pjongczang. Będzie miała równo miesiąc na wywalczenie kwalifikacji.

Takie szycie ewentualnej kary na miarę planów startowych przyłapanego sportowca wydaje mi się wielce nieuczciwe. Jeśli zawodnik jest niewinny i udowodni, że użył zakazanego środka nieświadomie albo w wyniku cudzego niedbalstwa, to w ogóle go nie karajmy. Jeśli próbował oszukać, stosował tzw twardy doping albo nawet wykazał się niedbalstwem – niech spotka go kara, ale taka sama dla wszystkich. Dwa lata dyskwalifikacji, bez kierowania się tym czy weźmie udział w jakiejś ważnej imprezie czy nie, co na to sponsorzy etc.

W walce z dopingową zarazą poszedłbym jeszcze dalej. Uważam, że kto raz został przyłapany na tym najbardziej haniebnym występku w sporcie, podważającym zaufanie kibiców do dyscypliny, powinien automatycznie stracić prawo do występu na igrzyskach w przyszłości. Rozumiem, że każdy zasługuje na drugą szansę, nie żądam więc dyskwalifikacji dożywotniej za pierwszą wpadkę. Ale kto raz zbrukał się twardym dopingiem, nie powinien być godzien naszych emocji na tej najważniejszej sportowej imprezie!

Wyobraźmy sobie, że Adrian Zieliński wygrywa batalię (którą prowadzi) o skrócenie czteroletniego zawieszenia, na tyle by móc wystąpić na igrzyskach w Tokio 2020 roku. Czy jesteśmy w stanie zapomnieć co wydarzyło się w Rio, kibicować mu z czystym sercem i cieszyć się z ewentualnego sukcesu? A potem fetować po przyjeździe i nagradzać głosem np. w plebiscycie Przeglądu Sportowego? Ja bym nie umiał.

Hej Premier League, czas na zmiany! Chcę moje mecze o 16:00!

Rooney 250 goal!Chciałem w weekend obejrzeć mecz Stoke City z Manchesterem United – żeby przypadkiem nie przegapić 250. gola Wayne’a Rooney’a w barwach „Czerwonych Diabłów” – i ku mojemu zdziwieniu po raz kolejny okazało się, że w CANAL+ SPORT nie transmitują na żywo spotkania o 16:00. Jakże to tak? Rozumiem, że „zimne, sobotnie popołudnie na Britannia Stadium”, ale jednak gra najbardziej popularny i silny marketingowo klub świata, z Ibrą, Pogbą, wspomnianym Rooney’em w składzie, o Jose Mourinho na ławce nie wspominając. Nie trzeba umysłu Sherlocka Holmesa, żeby przewidzieć, że mecze MU napędzają oglądalność każdej telewizji. Zasięgnąłem więc języka u żródła, czyli u przyjaciół z C+.

Co się okazuje. Gdyby tylko stacja mogła, pewnie że pokazywałaby najciekawsze mecze o 16. (zazwyczaj rozgrywanych jest wówczas równolegle kilka spotkań). Ale nie może ze względu na wieloletnią wyspiarską tradycję – wyjaśnił mi Tomek Smokowski. Pewnie nie wszyscy wiecie, że Angielska Federacja Piłkarska jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku wprowadziła regulacje, zgodnie z którymi mecze ligowe rozgrywane w soboty o 15:00 (GMT czyli ich czasu) nie mogą być pokazywane na żywo w telewizji. Pomysłodawcom chodziło o zachęcenie kibiców do przychodzenia na stadiony. Czasy się zmieniają, frekwencja na meczach Premier League rośnie, latami trzeba czekać na wolny karnet, rosną też sumy jakie stacje telewizyjne płacą za prawa transmisji (obecny trzyletni kontrakt kosztował SKY 5 miliardów funtów, a przepis wciąż obowiązuje! Tradycja ponad wszystko! O 15:00 miejscowego czasu meczu w Wielkiej Brytanii legalnie nie obejrzycie. I to nie tylko meczu Premier League. Jak opowiada Smok, kiedy ostatnio El Clasico ruszało o 16:00, też nikt go na Wyspach nie pokazywał. W tym czasie na wszystkich sportowych stacjach lecą wyścigi konne. Oczywiście poza Brytanią ten zakaz nie obowiązuje i stacje telewizyjne posiadające prawa do Premier League w Europie i na świecie mogą bez problemu transmitować te mecze. Chociaż i je pośrednio dotyka ta regulacja – muszą wybierać do transmisji jeden z kilku rozgrywanych jednocześnie meczów.

Smok szerzej o tym opowiedział w poniedziałkowej Misji Futbol (od 16:50)

Jednak globalizacja spowodowała zgrzyt w tym systemie i kłopot ze skutecznym egzekwowaniem anachronicznego przepisu. Potrzeba jest matką wynalazków i jeśli jest problem z dostępnością na rynku jakiego dobra bądź usługi, a popyt na nie jest duży, to zawsze znajdzie się sposób na dostarczenie pożądanego „towaru”. A już mistrzami w znalezieniu potrzebnej „furtki” są nasi rodacy, których jak wiadomo na Wyspach nie brakuje. Wraz z nimi do Anglii trafiły dekodery platformy nc+, w których mecze o 16:00 można dotąd było oglądać bez problemu. A następnie i do angielskich pubów, których goście, racząc się ulubionym Guinnessem, Fuller’s London Pride czy
Bishops Fingerem mogą oglądać w telewizji mecze o „zakazanej godzinie”.

Jest to oczywiście proceder niezgodny z prawem, zdecydowanie zwalczany przez Premier League. Każdej soboty tysiące „tajemniczych klientów” (mystery shoppers) ruszają do pubów kontrolując czy nie jest łamany zakaz z lat 60. XX wieku. I ciągle znajdują lokale, którymi zawiadują nieuczciwi właściciele, i którzy nic sobie nie robią z tego staroświeckiego zakazu. W efekcie obrywa nc+ i my widzowie, bowiem brak meczów o 16. w zagranicznych stacjach to efekt wkurzenia Anglików. Trudno właścicieli praw telewizyjnych winić za zdecydowaną walkę z piractwem, na którym traci cały biznes medialny, sportowy, kibice i Skarb Państwa.

A przecież rozwiązanie wydaje się proste – wystarczyłoby wyłączyć sygnał w „złapanych na gorącym uczynku” dekoderach i po kłopocie. Niestety, zawiłości prawa brytyjskiego i europejskiego powodują, że to nie jest takie proste. Łatwej jak się okazuje ograniczyć nadawcę z Polski, uderzając przy okazji w fanów Premier League znad Wisły. A już najlepszym i najprostszym pomysłem, który definitywnie załatwiłby sprawę byłoby zniesienie anachronicznych regulacji, dzięki czemu znacznie zyskałaby pozycja Premier League na całym świecie. Obawiam się jednak, że Anglicy będą się kurczowo trzymać tradycji jak jeżdżenia po lewej stronie.

Chyba, że ktoś z Was zna jakieś lepsze rozwiązanie tego galimatiasu, czekam na prpozycje w komentarzach…