Małysz i Stoch, czyli Superman kontra Batman

 

Małysz i Stoch, Superman i Batman

Muszę Wam się przyznać, że jestem wielkim fanem komiksów (bo już nie wszystkich filmów) o superbohaterach i całej mitologii z nimi związanej. W drugiej części słynnego filmu Quentina Tarantino „Kill Bill”, tytułowy bohater, którego gra David Carradine wygłasza kapitalny monolog na temat wyższości superbohaterów. Wyjaśnia w nim dlaczego najbardziej ceni sobie Supermana, który – choć wszyscy superbohaterowie są siłą rzeczy wyjątkowi – ten jest postacią unikalną. Otóż Batman to tak naprawdę Bruce Wayne, a Spider-Man to Peter Parker. Budzą się rano jako Bruce Wayne i Peter Parker. Stali się superbohaterami w wyniku splotu różnych okoliczności i żeby odegrać tę rolę muszą po cichu wbijać się w specjalny kostium…

Superman urodził się zaś jako Superman. Budząc się rano nadal jest Supermanem. Jego alter ego pozwalające mu egzystować w społeczeństwie to Clark Kent. Jeśli wkłada kostium, czyli okulary i garnitur to po to, żeby ukryć się w tłumie. W tym z literką „S” na piersi został znaleziony jako niemowlak z planety Krypton.

Przyznaję rację Tarantino co do wyjątkowości Supermana, ale moim ulubionym superbohaterem zawsze pozostanie Batman. Po pierwsze dlatego, że nie zyskał nadnaturalnej mocy w wyniku ukąszenia pająka jak Spiderman, ani nie ulega mutacji w wyniku promieniowania gamma jak Hulk. Sam podjął decyzję, żeby walczyć ze złem przybierając maskę, niczym nowoczesny Zorro. Czuję do niego sympatię, ponieważ cały czas jest pełnym słabości człowiekiem, tyle że wspomaga się supergadżetami. W dodatku, żeby prowadzić grę na co dzień zgrywa antypatycznego bufona i playboy’a. Prawdziwą, wrażliwą twarz musi cały czas skrywać, by nie zostać zdemaskowanym…

Odwieczne dywagacje na temat wyższości jednego superbohatera nad drugim przypomniały mi się, gdy po wygraniu przez Kamila Stocha Turnieju Czterech Skoczni (i zajęcia drugiego miejsca przed Piotra „Robina” Żyłę) między kibicami rozgorzała dyskusja kto właściwie jest polskim skoczkiem narciarskim wszech czasów? Czy dwa złote medale olimpijskie, jeden mistrzostw świata i wygrany Turniej Czterech Skoczni Kamila przebijają dokonania Adama, czyli cztery „Kryształowe Kule” za wygranie Pucharu Świata i cztery tytuły mistrzostwa świata?

Śledziłem spory na Twitterze, a „Gazeta Wyborcza” poświęciła zagadnieniu cały artykuł. Dla mnie ta dyskusja jest równie absurdalna i nierozstrzygalna jak w przypadku postaci z komiksów Marvella i DC Comics, tyle że tu obaj superbohaterowie są z krwi i kości. Ale jednocześnie bardzo pociągająca, bo nie ma dla kibica lepszej zabawy jak porównywanie nieporównywalnego, czyli zawodników różnych dyscyplin z różnych epok.

W przypadku naszych „Orłów” padały różne argumenty. A to, że złoto olimpijskie przykrywa każdy inny sukces, a tu jeszcze Kamil zdobył dwa złote krążki na jednych igrzyskach. Trzeba przyznać, że przynajmniej w tej klasyfikacji wygrywa z Adamem, który wywalczył trzy srebrne medale i jeden brązowy. Ale igrzyska to nie wszystko i nie wolno popaść w przesadę. Trudno np. uznać takiego Larsa Bystøla lepszym skoczkiem od Adama, bo Norweg zdobył złoty medal na igrzyskach w Turynie.

Z kolei Małysz jest zdecydowanie bardziej utytułowanym skoczkiem jeśli chodzi o mistrzostwa jak i Puchar Świata. Wygrał w karierze 39 konkursów PŚ, Kamil jak dotąd – 17. No i wielka jest siła rażenia „Kryształowej Kuli”, bo to nagroda za bycie najlepszym przez cały sezon. Czterokrotnie tej sztuki oprócz Adama dokonał tylko Fin Matti Nykänen, ale za to Polak jako jedyny trzy razy z rzędu! To dowód niebywałej dominacji. Kamil jest na najlepszej drodze do wywalczenia „dopiero” drugiej „Kryształowej Kuli” w karierze.

Jeśli oddać głos samym zawodnikom, to Małysz w niedawnym wywiadzie dla „Przeglądu” przyznał, że oddałby wszystkie swoje medale olimpijskie za jeden złoty Kamila i spłakany po triumfie młodszego kolegi w TCS 16 lat po swoim własnym, przyznał, że „Orzeł z Zębu” przebił jego dokonania.

Co innego jednak prawda zawodnika, a co innego prawda kibica, która przypomina unikalność i niepowtarzalność „małyszomanii”. Pierwsze sukcesy Małysza były najsłodsze, bo kompletnie niespodziewane niewytłumaczalne. Polak nie-wiadomo skąd przebił się na szczyt, lejąc uznanych, niemieckich (co nie bez znaczenia) mistrzów. Jego zawody oglądało przed telewizorem 14 mln widzów, a pod skocznię w Zakopanem potrafiło zjechać nawet 50 tys. ludzi!

No i gdyby nie sukcesy Małysza, prawdopodobnie nie było by Stocha. Nie tylko z powodu inspiracji, bo dzieciaki zyskały idola i ruszyły trenować skoki, ale także dlatego, że w efekcie tamtych sukcesów powstał dobry system szkoleniowy, a skocznie nie popadły w ruinę.

Z drugiej strony presja na barkach Kamila, by wejść w buty Adama i stać się jego następcą była potworna. Skakał w Zakopanem zdając sobie sprawę z oczekiwań, a jednak dał radę! Za to też należy mu się ogromny szacunek.

Sam nie umiałbym wygrać między naszymi superbohaterami jeszcze z jednego powodu: z oboma jestem związany emocjonalnie. Byłem na TCS w 2001 gdy Małysz wygrywał go po raz pierwszy i na czterech kolejnych turniejach (bylismy tam z Robertem Błońskim jednymi z nielicznych polskich dziennikarzy). Widziałem z bliska narodziny małyszomanii, ba swoimi tekstami przyczyniłem się odrobinkę do jej rozdmuchania, m.in. odkrywając tajemnicę słynnej „bułki z bananem” – taki tytuł miał nasz artykuł. Odkrywaliśmy magię skoków razem z resztą rodaków. Zwycięstwa Kamila też dane mi było przeżywać na żywo. A co ważniejsze miałem przyjemność wręczyć mu na scenie statuetkę Sportowca Roku podczas niezapomnianej Gali Przeglądu Sportowego i TVP. To też było emocjonalne przeżycie.

Dlatego umywam ręce. Wybierajcie który lepszy sami;)

Kamil Stoch i Adam MalyszA jak bukmacherzy widzą szanse Kamila na wygranie klasyfikacji końcowej Pucharu Świata? Faworyt!

Fortuna

 

 

Karkonosze 2030? Zróbmy to, byle z głową!

Nie sądziłem, że po spektakularnej klapie pomysłu zimowych igrzysk olimpijskich w Krakowie w 2022, ktoś w Polsce tak szybko odważy się porwać na organizację tej najbardziej romantycznej z wielkich imprez sportowych. „Nie” igrzyskom w Tatrach powiedziało w referendum aż 70 procent mieszkańców, zrażonych ogromem kosztownych inwestycji i nie mających zaufania do komitetu organizacyjnego, którego kontrowersyjną działalność odsłoniły lokalne media. Na koniec zaś NIK wytknął im nieefektywność starań – nim zapytano kogokolwiek o zdanie, wydano na organizację 11 mln zł.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pomysłodawcy Karkonoszy 2030 mają ciekawą wizję romantycznych, ekonomicznych i kameralnych igrzysk. Alternatywy dla kosztujących bajońskie 50 miliardów dolarów ZIO w Sochi i – jeszcze nie wiadomo ile, ale pewnie nie mniej – w Pekinie. Samo rozegranie imprezy w dwóch krajach pozwoli na znaczną oszczędność.

Wiadomo, że tak wielka impreza to gigantyczna szansa rozwoju dla całego regionu i nie tylko. Wciąż widoczny efekt Euro 2012 przekonuje, że cała Polska mogłaby liczyć na kolejny „skok cywilizacyjny”. W Krakowie do dziś nie mogą przeboleć, że „taka szansa już się nie powtórzy”, że igrzyska przyśpieszyłyby budowę Zakopianki, obwodnicy Krakowa, szybkiej kolei do Zakopanego itp.

Mam więc nadzieję, że Karkonosze nie popełnią błędu Krakowa i na samym początku zapytają mieszkańców Szklarskiej Poręby, Karpacza, Jeleniej Góra, Harrachova, Špindlerowego Mlýna itd. co sądzą o pomyśle. Polacy pokazali w ostatnich latach, że świetnie potrafią organizować największe sportowe imprezy od Euro w piłce nożnej po piłkę ręczną, od MŚ w siatkówce po hokejowe. I że w każdym przypadku są doskonałymi gospodarzami, do których chce się wracać. Wykorzystajmy to, byle rozsądnie i z głową!

Jak widać poniżej niepowodzeniach Zakopanego i Krakowa bukmacherzy umiarkowanie oceniają szanse Karkonoszy. Po udanym referendum (to nie Kraków, mieszkańcy regionu z pewnością dojrzą potencjał tak wielkiej imprezy) i gigantomanii Pekinu na pewno wzrosną :)

Szanse na ZIO w Karkonoszach wg Fortuny

#SportowiecRoku: Sprawiedliwości stało się zadość

Anita Włodarczyk. Sportowiec Roku 2016Kłaniam się nisko Anicie Włodarczyk i gratuluję zasłużonego tytułu Sportowca Roku w Polsce. W 2016 nie było sportowca ani w naszym kraju, ani na całym świecie, kto tak bardzo zdominowałby swoją dyscyplinę. Nasza młociarka praktycznie nie miała konkurencji. Sytuacje gdy na horyzoncie brak rywala bywa czasem dla zawodnika zgubny, łatwo nadwyrężyć motywację, troszkę odpuścić. Ale to nie przypadek Anity. Mistrzostwo olimpijskie uświetnione rekordem świata, poprawienie tego rekordu przed własną publicznością w ramach podziękowania za wsparcie. A na koniec jeszcze odzyskanie należnego złotego medalu za igrzyska w Londynie.

W plebiscycie „Przeglądu”, w którym przecież potwornie trudno zważyć na szali sukcesy przedstawicieli różnych dyscyplin i emocje jakie nam gotowali, dawno chyba nie było tak klarownego faworyta. Na Anitę głosowała ogromna większość nominowanych sportowców, większość redakcji, które zaprosiliśmy do wspólnej zabawy i wreszcie większość kibiców, którzy przysłali kupony, sms, typy z hasztagami i klikali w internecie.

Oczekiwanie, że musi wygrać Anita było ogromne. Prezes PZPN, Zbigniew Boniek stwierdził wręcz, że w razie innego zwycięzcy należałoby pomyśleć na zmianą formuły plebiscytu. Nigdy nie odejdziemy od tego by w przyszłych, tak jak w minionych 82. zawsze decydujący głos mieli kibice. Z wielką ulgą i radością przyjąłem jednak ich werdykt. Wygrał sportowiec najlepszy i nikt nie ma prawa czuć się skrzywdzony, jak w poprzednich latach. A lista wielkich zawodników, którym nigdy nie dane było wygrać plebiscytu jest przecież długa, od Jerzego Kuleja po Tomasza Majewskiego, który nawet odbierając w sobotę statuetkę Superchampiona napomknął o tym z goryczą.

Jak dobrze, że istnieje Plebiscyt „Przeglądu”. Dzięki niemu możemy należycie uhonorować naszych wspaniałych sportowców, wspaniałych nie tylko na arenach, ale i poza nimi. Jak Piotr Małachowski, któremu ze sceny Teatru Polskiego za życie i zdrowie podziękowały dzieciaki, które uratował, oddając na licytacje swoje najcenniejsze trofea. Jak Bartosz Zmarzlik i Robert Lewandowski, dzięki ofiarności których i Piotra na licytacji tuż przed rozpoczęciem Balu Mistrzów Sportu zebraliśmy na leczenie chorego na raka Kamila aż 111 tysięcy złotych. Kochani, jesteście naprawdę wielcy!

Gala Sportowiec Roku

Lektury obowiązkowe: Gowarzewski pod choinkę!

MIstrzostwa Polski. StulecieSpośród licznych książek sportowych piętrzących się w księgarniach przed Świętami, widzę trzy, które szczególnie poleciłbym Państwu na prezenty dla bliskich lub siebie samych. Po pierwsze „Dekalog Nawałki” Marcina Feddka, dziennikarza Polsatu, którego selekcjoner obdarzył przywilejem podróżowania wraz z kadrą, śledzenia zamkniętych treningów i przysłuchiwania przedmeczowym odprawom, a nawet wzięcia udziału w zamkniętej imprezie z okazji awansu do Euro 2016. Zarówno w trakcie eliminacji do turnieju jak i we Francji. Kto chce więcej zrozumieć z tego, co obejrzał w telewizji i zajrzeć za kulisy – to pozycja dla niego.

Z kolei „Być liderem” Aleksa Fergusona to nie kolejna biografia legendarnego trenera, prowadzącego Manchester United przez 27 lat, tych już jest wiele, autoryzowanych i nie. To napisane ze sporą szczerością i humorem kulisy zarządzania wielką futbolową machiną jaką „Czerwone Diabły” stały się za czasów Szkota. Tajniki warsztatu, toku myślenia, egzekwowania dyscypliny i sposobów motywacji człowieka, który wychował na gwiazdy Cristiano Ronaldo, Davida Beckhama, Paula Scholesa i wielu innych. Wartościowa lektura dla każdego szefa ale nie tylko.

***

Lekturą obowiązkową każdego polskiego kibica zdecydowanie jest kolejne dzieło „encyklopedysty piłkarskiego”, Andrzeja Gowarzewskiego: „Mistrzostwa Polski. Stulecie”. Wychodzi jako 51. tom doskonale znanej „Encyklopedii Piłkarskiej FUJI”, ale stanowi początek zupełnie nowej kolekcji, którą autor tworzy z myślą o uczczeniu stulecia niepodległości Polski (2018), powstania PZPN (2019), pierwszych rozgrywek o mistrzostwo Polski (2020) i pierwszego meczu reprezentacji (2021). Powstanie co najmniej 8 tomów (a może 12) na przemian „białych” i „czerwonych”. Pierwsze zawierać będą biogramy zawodników i trenerów, drugie opisywać kolejne edycje mistrzostw Polski.

- To efekt 40-letniej pracy reporterskiej, od tylu lat zbieram materiały o zapomnianych twórcach polskiego futbolu, ich meczach w lidze, pucharach i reprezentacjach. Zapomnianych z powodów historycznych, bo po 1939 roku zwaliły nam się na głowę dwa niszczące totalitaryzmy, które obróciły wniwecz nie tylko ludzi ale i pamięć o nich, w tym wszelkie materiały. Po II Wojnie Światowej nastał też czas, że o postaciach II Rzeczypospolitej nie pisano wcale albo pisano nieprawdę, bo ktoś walczył nie na tym froncie co trzeba albo zginął w Katyniu. Skoro uznajemy piłkę nożną za ważny dla społeczeństwa element naszej kultury, tym ludziom należna jest pamięć – tłumaczy swoje intencje autor.

Gowarzewski rozpoczął mozolne zbieranie materiałów gdy po wprowadzeniu Stanu Wojennego odszedł na własne życzenie z pracy w prasie. Mimo iż przez kilka lat był bezrobotny, na własny koszt pieczołowicie przeprowadzał rozmowy i zbierał świadectwa, bez jakiejkolwiek nadziei, że będzie mógł to kiedykolwiek opublikować. Często zresztą w „Stuleciu” opisuje historię poszukiwań i docierania do źródel, co było znakomitym pomysłem.

W pierwszym tomie nowej serii, noszącej podtytuł „Od Abramowicza do Żyły. Piłkarzy II Rzeczpospolitej portret własny” prezentuje biogramy 2000 zawodników. – Ciekawości sprawdziłem ilu ich jest w internecie i naliczyłem niecałych 200, w tym większość przepisanych z poprzednich encyklopedii Fuji. Wertując książkę można zatopić się w tych historiach. Ja otwierając ją losowo, właśnie trafiłem na opis losów dwóch reprezentantów: Adama Koguta, uczestnika pierwszego zwycięskiego meczu reprezentacji Polski (ze Szwecją w Sztokholmie w 1922), żołnierza 1. brygady Legionów, w 1939 obrońcy twierdzy Modlin, który rozstrzelanego w Katyniu – i zaraz obok Adama Knioły, „jednego z najbardziej widowiskowych polskich napastników”, sprintera i skoczka w dal, zawodnika Warty i Warszawianki, aresztowanego w jednej z pierwszych łapanek na ulicach Warszawy, wysłany do obozu koncentracyjnego Auschwitz w jednym z pierwszych transportów gdzie zmarł w 1942.

Gdy w przed rokiem Gowarzewski w 25 rocznicę rozpoczęcia swej encyklopedycznej działalności wydał 50 tom, poświęcony reprezentacji Polski, zastanawiałem się co dalej, czy jeszcze będzie mu się chciało, czy znajdzie w sobie pasję i zapał. Na szczęście wciąż kipi jednym i drugim!

 

Chimera i Jacek Magiera

Jacek MagieraObserwujący triumf Legii ze Sportingiem z trybun na Łazienkowskiej były trener mistrzów Polski, Stanisław Czerczesow został entuzjastycznie powitany przez kibiców i wyściskany zarówno przez właścicieli klubu jak i byłych zawodników. Gdyby w środę wieczór na stadionie znalazł się Besnik Hasi, należałoby mu się dokładnie tak samo ciepłe przyjęcie. Bez jego krótkiej obecności w Legii nie było by tego spektakularnego sukcesu, jakim jest awans do Ligi Europy z tak silnej grupy.

Nie było by 18 mln euro od UEFA (spora część za wygrane eliminacje), nie byłoby tak kluczowych dla tego sukcesu piłkarzy jak Vadis Odjidja-Ofoe czy Thibault Moulin (choć to, że są w tak dobrej formie to już zasługa Jacka Magiery). Przede wszystkim jednak gdyby nie kompromitująca porażka 0:6 z Borussią Dortmund, styl gry drużyny Hasiego oraz jej wpadki w Ekstraklasie, nie było by samego Magiery, największego wygranego kampanii Legii w Champions League.

Właściciele Legii wcale nie ukrywają, że w żadnych innych okolicznościach Magiera nie dostałby tej roboty. Owszem, szykowano go, żeby kiedyś przejąć drużynę. Ale na pewno nie teraz – z tak nikłym trenerskim doświadczeniem, w stulecie klubu i perspektywie gry w Lidze Mistrzów po 20 latach. Mógł przyjść tylko jako „ratownik” i z tej roli wywiązał się chyba jako najlepszy ratownik w historii.

Ktoś w uniesieniu napisał na Twitterze tuż po meczu, że oto poznaliśmy następcę Adama Nawałki na fotelu selekcjonera reprezentacji – oby dla Legii jak najpóźniej, w okolicach 2020 roku. Lepiej zachować umiar, bo murowanym kandydatem na selekcjonera mianowaliśmy już Henryka Kasperczaka, Dariusza Wdowczyka czy Macieja Skorżę. Ale trudno się dziwić zachwytom, bo skala zmian jakie wprowadził Magiera i ich efekt zarówno w Lidze Mistrzów jak i Ekstraklasie są niewiarygodne.

Dzisiejsze zachwyty potęguje chaos jaki zostawił mu w szatni poprzednik i szybkość jak nieopierzony trenersko Magiera z nim sobie poradził. Natychmiastowy powrót dyscypliny, zaangażowania, determinacji i koncentracji w grze legionistów. Za które drużynę chwalono nawet mimo wysokich porażek w Madrycie czy Dortmundzie. Równie szybki powrót świetnej atmosfery, jakiej szatnia na Łazienkowskiej nie widziała od dawna. Reaktywacja uznanych za przegranych piłkarzy jak Kuba Rzeźniczak, danie szansy nowym jak Michał Kopczyński zbiegło się z odpaleniem formy zawodników sprowadzonych przez Hasiego.

Wszystko to idąc w parze z gruntowaną znajomość nie tylko szatni i klubu, każdego jego zakamarka i każdego pracownika spowodowało, że uważana po 0:6 z Borussią za zakałę Ligi Mistrzów, niegodną piłkarskich salonów i dobrą jedynie do śrubowania niechlubnych rekordów Legia wypadła w meczu ze Sportingiem jak rutyniarz grający w Lidze Mistrzów regularnie od lat. Wytrzymując po raz pierwszy w tej edycji presję oczekiwań. Drużyna, która straciła dotąd aż 24 gole, potrafiła zachować czyste konto. Na pochwały zasługiwał każdy zawodnik co do jednego.

Każdy bohater, żeby zdobyć swój status potrzebuje najpierw wyzwania. Legia zostawiana przez Hasiego była Chimerą, z którą Magiera rozprawił się niczym Bellerofont. Z odciętej głowy bestii wyskoczył Pegaz, na którym trener mknie teraz do Ligi Europejskiej.

Napisałem, że Magiera jest największym wygranym kampanii Legii w Champions League, ale dla samego klubu te „narodziny trenerskiej gwiazdy” są równie cenne jak zainkasowane od UEFA miliony euro. Gdy Magiera mówi: „Chcę z Legii zrobić drużynę europejskiego formatu” nie śmiejemy się kułak, nie zastanawiamy się czy trener zwariował, tylko pytamy „ile czasu mu to zajmie?”

Legia Warszawa

Forza Chape!

Forza Chape!Szkoda, że potrzeba było tak okropnej tragedii jak katastrofa samolotu z brazylijską drużyną Chapecoense byśmy mogli się przekonać jak wielka solidarność panuje w futbolowej rodzinie. Choć każda katastrofa lotnicza to ogromna tragedia, będąca wielką, niegojąca się raną nie tylko dla najbliższych – my w Polsce wiemy o tym jak mało która nacja – zniknięcie w jednej chwili całej drużyny wraz ze sztabem i grupą dziennikarzy do głębi poruszyło ludzi na całym świecie.

Wyciskające łzy doniesienia o tym kto przeżył, a kto nie, kto przed śmiercią w szpitalu zdążył jeszcze zadzwonić do żony, kto z zabitych dopiero co dowiedział się, że zostanie tatą, ulga i dziękczynienie Bogu przez rodziny ocalałych przeplatały się ze wspaniałymi gestami płynącymi z całego świata. Najsłynniejsze budowle świata, od Torre Colpatría w Bogocie, przez Wierzę Eiffela z Paryża i Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro po londyńskie Wembley błyskawicznie zostały oświetlone na zielono, czyli w barwach Chapecoense. Kolumbijski klub Atletico Nacional, na mecz z którym w finale Copa Sudamerica lecieli brazylijscy piłkarze natychmiast ogłosił, że uznaje rywali za triumfatorów rozgrywek. I nie czekając na reakcję Federacji taką informację podali na swojej stronie internetowej, co automatycznie premiowałoby ich rywali do gry w przyszłorocznej Copa Libertadores (odpowiednik naszej Ligi Mistrzów).

Czołowi piłkarze świata wyrażali solidarność z rodzinami i kibicami Chapecoense w mediach społecznościowych: Leo Messi, David Beckham, Iker Casillas czy Lukas Podolski, a obok nich Arkadiusz Milik, Kamil Grosicki, Kamil Glik czy Kuba Rzeźniczak, umieszczając grafikę wrzuconą przez PZPN „Pray For Chapecoense” (módlmy się za Chapecoense). Wszystkie mecze rozgrywane od czasu tragedii na całym świecie poprzedziła minuta ciszy, także przed ćwierćfinałami Pucharu Polski. A kapitan Jagielloni Białystok Rafał Grzyb zapowiedział, że w niedzielnym meczu Ekstraklasy przeciwko Lechowi Poznań wystąpi ze specjalną opaską z logo brazylijskiego klubu i hasłem #ForzaChapecoense.

W czasie nieodbytego finału Copa Sudamericana brazylijska telewizja FOX transmitowała przez 90 minut czarny obraz jedynie z wynikiem meczu (Atletico – Chapecoense 0:0) i napisem „90 minut ciszy”. Na gest zdobył się nawet zespół „Guns and Roses”, przerabiając w połowie swoje słynne logo z pistoletami i różami na logo klubu i wrzucając w social media wraz z utworem „Knocking on a Heavens Doors”.

Forza Chape! na opasce kapitana Jagielloni BiałystokNiestety w tej w tej powodzi krzepiących gestów znaleźli się i tacy, dla których tragedia stanowiła pretekst do zabawy, żartów i tzw. trollingu. Media społecznościowe obiegła, podawana z euforią i szacunkiem niestety zmyślona informacja, że Paris St. Germain wesprze brazylijski klub kwotą 40 mln euro. Sam dałem się nabrać i puściłem ją dalej, uznając że dla katarskich właścicieli paryskiego klubu to tyle ile średnio kosztuje sprowadzany tam piłkarz. Podobnie nie znalazł potwierdzenie news, że znany skądinąd z charytatywnej działalności Cristiano Ronaldo przekazał dla rzecz rodzin dotkniętych tragedią 3 mln euro.

Tzw. „fake news” czyli specjalnie preparowane, kłamliwe treści, których celem jest złośliwa dezinformacja, rozchodzące się w mediach społecznościowych bez żadnej kontroli to coraz bardziej palący problem naszych czasów. Ich rozmiar i skuteczność przeraził ekspertów zwłaszcza podczas ostatnich wyborów prezydenckich w USA, gdzie mogły mieć pewien wpływ na wynik. Sprawa jest na tle poważna, że właściciel Facebooka, Mark Zuckerberg zapowiedział specjalne działania, by zmniejszyć ilość fałszywych informacji w najpopularniejszym serwisie świata.

Podejrzewam, że anonimowe trolle bawiły się świetnie, nie rozumiem za to skąd taka bezduszna decyzja szefa Brazylijskiej Federacji Piłkarskiej Marco Polo Del Nero, naciskającego żeby Chapecoense koniecznie rozegrało ostatni mecz ligowy z Atletico Mineiro. Pogrążonym w żałobie zawodnikom, którzy z różnych względów nie polecieli w tragiczny lot ani w głowie gra, nie ostało się zresztą nawet 11 jedenastu piłkarzy. Także rywale chcą uszanować decyzję klubu i nie palą się do gry. Del Nero żąda jednak by za wszelką „oddać hołd ofiarom”, nie ma kto grać, niech Chapecoense dobierze zawodników z juniorów. Za pewne po to, by świat mogły obiec obrazki zafrasowanego prezydenta federacji na trybunach.

Dobrze, że za gestami solidarności – jak ten pewnych już mistrzostwa Brazylii piłkarzy Palmeiras, którzy ostatni mecz sezonu chcą rozegrać w koszulkach Chapecoense – idą konkretne działania, mające pozwolić dotkniętemu tragedią klubowi przerwać. Mam nadzieję, że prawdziwe są deklaracje czołowych drużyny najwyższej ligi Brazylii jak właśnie Palmeiras, Santos, Sao Paulo czy Corintians, że za darmo wypożyczą Chapecoense po jednym, dwóch zawodników, żeby klub mógł kontynuować grę w lidze. Apelują też do Federacji by dała drużynie gwarancje, że ta przez trzy lata nie spadnie z ekstraklasy.

To zresztą tzw. „disaster draft”, czyli procedura zaczerpnięta z NBA i NHL, opracowana tam na wypadek gdy w jednej chwili wyparowuje cała drużyna. Być może piłkarska rodzina też powinna taką opracować, by później – odpukać w niemalowane – jakiś klub nie był skazany na dobrą wolę i gesty innych.

Forza Chape!

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Konkurs rozstrzygnięty! Mokoena, Babangida i Balasow!

FM17Polska rozgromiła Rumunię, za chwilę podejmie we Wrocławiu Słowenię, czas na rozstrzygnięcie naszego konkursu na najlepszą historię o najlepszym piłkarzu z Football Managera. 45 prac, różny poziom, kilka nieźle napisanych historii, ale nie na temat bo zadaniem było opisanie „tego jedynego”, a nie własnej kariery czy ulubionej jedenastki. Najlepiej literacko spisał się Adam, który – zwróćcie uwagę – dał nawet tytuł. No i opisał zawodnika, którego weterani FM doskonale znają, miał go w swoich drużynach chyba każdy. Kolejny wielki talent z FM, który nie przebił się – przynajmniej w tej skali w realu. Przyjemnie się czyta.

Z pozostałymi miejscami na podium miałem spory problem z racji równego poziomu. Ale postanowiłem wyróżnić mario255 za historię o Tijani Babangidzie z Radomiaka (zrobiłem kiedyś wywiad z tym Nigeryjczykiem z Ajaksu, myśląc, że to ktoś zupełnie inny…) oraz zabawną rymowankę Krzyśka o Białorusinie Balasowie, którego akurat nie znałem. Ale znałem za to kogoś, kto kupował do drużyny zawodników o śmiesznych nazwiskach, którzy potem okazywali się gwiazdami. A największa Tonton Zola Moukoko, wielokrotny laureat Złotej Piłki;)

Oto prace nagrodzone FM17, z zwycięzców proszę o mejle z adresem na michal.pol@przegladsportowy.pl!

FM17Adam
„Lebohang Mokoena – prawdziwa historia”

Lipiec 2005 roku. Do rozpoczęcia nowego sezonu pozostało już tylko kilka tygodni. Po nieudanej walce o utrzymanie Dave’a Jonesa w Premier League jego Wolverhampton Wanderers musiało opuścić elitę co angielskiego szkoleniowca kosztowało posadę. Byłem niezwykle zadowolony ale i zaskoczony, że walkę o natychmiastowy powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej powierzono mnie.

Dni mijały coraz szybciej, a skład mimo sprowadzenia jeszcze przed moim przyjściem Seyiego Olofinjany nadal potrzebował ofensywniej usposobionego zawodnika po tym, jak Steffen Iversen wrócił do Norwegii. Negocjacje transferowe były burzliwe – a to kluby nie potrafiły dogadać się pomiędzy sobą w sprawie kwoty transferowej, a to sam zawodnik oczekiwał znacznie większej gaży niż nasz klub był w stanie zaoferować. W końcu sezon ruszył, jednak zespół delikatnie mówiąc zaliczył falstart. Nawet mimo dobrej gry defensywnej ciężko było osiągać pożądane rezultaty gdy zespół nie potrafił strzelać goli. Ostatecznie kilka dni przed zamnkięciem transferowego okna, pomimo naprawdę nieciekawych problemów (tym razem z realną możliwością nieotrzymania pozwolenia o pracę) z Południowej Afryki trafił do nas niespełna osiemnastoletni Lebohang Mokoena.

Sceptycyzm kibiców szybko został rozwiany, bo ustawiany tuż za Kennym Millerem piłkarz potrafił nie tylko idealnie dogrywać piłki ale też w razie potrzeby sam, niczym zawodowy snajper skutecznie wykańczać akcje. W raz z kolejnymi asystami i golami Lebohang na stałe zagościł nie tylko w pierwszym składzie „Wilków”, ale też w kadrze RPA. Niezwykle skoczny zawodnik wyróżniał się co oczywiste grą w powietrzu, zwinnością, ale też agresją i determinacją co sprawiało, że nigdy nie odstawiał nogi. Miało to też przełożenie na drobne urazy, ale dzięki swej waleczności z miejsca stał się ulubieńcem na Molineux Stadium.

Przed końcem roku zespół plasował się w pierwszej dziesiątce, tuż za miejscami dającymi prawo gry w barażach. Kolejne mecze wskazywały, że wszystko idzie w dobrym kierunku. W końcu nasz bohater z dziesięcioma golami i kilkunastoma asystami we wszystkich rozgrywkach sprawiał, że tracąc dwa czy nawet trzy gole w meczu „Wolves” byli w stanie taki mecz wygrać. Trudne wyjazdy na pojedynki ze Stoke czy West Hamem okazywały się nic nieznaczącą przeszkodą dla drużyny na czele której stał Mokoena – pewny egzekutor karnych, zapewniający seryjnie punkty, przy którym nawet średniej klasy napastnicy mogli pochwalić się niezłymi bramkowymi zdobyczami. W niezłych nastrojach Afrykańczyk wracał też ze zgrupowań kadry, która powoli szła po awans na mundial w Niemczech. Niestety podczas lutowego zgrupowania wspomniana wcześniej determinacja w walce o każdą piłkę sprawiła, że zawodnik do klubu wrócił z kontuzją. Lekarze mieli nienajlepsze wieści: 4-tygodniowa przerwa.

Przez ten czas nasz klub zamiast spróbować powalczyć o małoprawdopodobny ale jednak możliwy bezpośredni awans znalazł się w okolicy dziesiątego miejsca. Spłaszczenie tabeli sprawiało, że każda strata punktów u jakiegokolwiek zespołu w tym rejonie tabeli zrzucała go o kilka pozycji w dół, natomiast zwycięstwo wywoływało euforię u kibiców którzy po jednorazowej wygranej widzieli już swój zespół w Premier League. Mokoena zdawał się być gotowy na powielkanocne spotkania, jednak kibice nie przewidzieli, że w zamian za niego na L4 pójdzie Miller. Grający jak natchniony duet w ustawieniu 4-4-1-1 spisywał się zdecydowanie ponad oczekiwania jednak w związku z absencją tego drugiego będzie trzeba wykonać kilka przetasowań. To wtedy podjąłem decyzję która wywołała u wielu mieszane uczucia, ale także miała wpływ na dalszy ciąg rozgrywek. Mokoena zagra na szpicy.

Ledwie sześć spotkań do końca sezonu zasadniczego, nie było już miejsca na wpadki. „Wonderkid” nie zachwycał jak na początku sezonu, ale i nie zawodził. Lepsza postawa linii obrony sprawiała, że skromne zdobycze bramkowe tym razem wystarczały do zgarniania kolejnych kompletów punktów. Na dwie kolejki przed końcem, przed teoretycznie łatwymi spotkaniami z Gillingham i Coventry Kenny Miller wrócił do składu i zostawiając Mokoenę u boku a nie cofając go za Szkota tak jak wyglądało to dotychczas, Wolverhampton wygrał oba mecze 2:1. Czterdzieści sześć kolejek ligowych za nami, ale zamiast rozliczania wszystkich w klubie z dotychczasowych rezultatów, szukania plusów i minusów, nadszedł czas prawdziwej bitwy – piąte miejsce i dopiero teraz rozpocznie się walka na dobre, zdecydowanie krótsza niż wyczerpujący sezon, ale równie wyczerpująca psychicznie – play offy.

Derby County to nie był rywal przed którym należało się chować, jednak dwa remisy 1:1 z sezonu zasadniczego pokazywały, że pojedynek ten będzie niezwykle wyrównany, a przewaga boiska może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Derby – rewanż bowiem był rozgrywany na Pride Park Stadium. Pierwszy mecz i zwycięstwo 2:1 naszego zespołu dzięki bramce i asyście Mokoeny stawiał nas w roli faworyta do awansu. Jednak jak się okazało rewanż nie był tylko formalnością. Szybko stracony gol i średnia gra do przerwy sprawiała, że w przypadku utrzymania się takiego wyniku do końca czekała nas dogrywka. Gospodarze jednak nie zamierzali czekać i w drugiej części meczu atakowali równie zaciekle jak w pierwszej. Nasz ofensywny duet dzięki swojej zadziorności sprawiał, że obrońcy Derby musieli uważać na nadarzające się kontry. Gdy jednak nadszedł ostatni kwadrans gry Mokoena znalazł sobie więcej miejsca dla boisku, przechwycił piłkę i po świetnym rajdzie umieścił ją w bramce gospodarzy. Już ten wynik dawał awans „Wilkom” jednak po jeszcze jednej kontrze Mokoena mógł zaliczyć asystę, ale strzelający zawodnik trafił w słupek. Ostatecznie wiedzieliśmy, że zostało dziesięć dni do finału w Cardiff. Finału, w którym to my zagramy z Wigan Athletic.

Teraz już wszystko było jasne – to na pewno będzie ostatni mecz sezonu. Przygotowania do meczu przebiegały bardzo sprawnie, żadnych większych kontuzji czy urazów, z dnia na dzień emocje robiły się coraz większe, aż nadszedł dzień meczu. Millennium Stadium wypełnione do ostatniego miejsca, na przeciwko zespół pragnący po raz pierwszy w historii awansować do Premier League, zapowiadała się niesamowita walka od pierwszego do ostatniego gwizdka. Mokoena sprawił jednak, że nawet najwięksi optymiści przecierali oczy ze zdumienia. Pierwszy cios z główki, drugi z woleja. Dwubramkowa przewaga do przerwy, przeciwnik na deskach i żądne krwi wygłodniałe wilki nie zwolniły tempa w drugiej połowie. Przy trzeciej bramce „zaledwie” asysta, ale Lebohang dopełnił dzieła zniszczenia wykorzystując karnego i przypieczętowując wynik spotkania. Po raz pierwszy w tym sezonie zaliczył hattricka, po raz pierwszy również nosił opaskę kapitańską jako znak wdzięczności za to, że to on wprowadził ten klub do finału. I to on go wygrał.

Piłkarz sezonu, najlepszy asystent i w dodatku najlepszy strzelec – to tylko niektóre nagrody dla piłkarza, który rewelacyjnie zaaklimatyzował się na wyspach w twardej, siłowej lidze. Skoro w takich warunkach był w stanie wzbić się na taki poziom, to takie wyzwania jak zdobycie mistrzostwa Premier League czy poprowadzenie kadry narodowej na Mistrzostwach Świata. To był rok w którym rządził tylko on. Pan piłkarz Lebohang Mokoena.

Lebohang Mokoenamario255
Tijani Babangida z Radomiaka

Jeśli czytacie teraz te słowa to znaczy, że i Wy również zaliczacie się do wyjętego spod prawa grona fanatyków, któremu dane poznać było szelmowski smak Football Managera. Kto choć raz kliknął „Apply for a job” ten wie o czym mowa. Dziesiątki, setki a może nawet i tysiące nieprzespanych nocy, tyleż samo odniesionych w tym czasie zwycięstw i uniesionych w geście triumfu dłoni. Ale też litry wylanych łez i częstokroć soczyście wykrzykiwanych do ekranu monitora wulgaryzmów z powodu doznania sromotnych porażek. Tym właśnie jest FM. „Czy zjesz coś?” – któregoś razu rzuciła w Twoją stronę narzeczona patrząc z dezaprobatą na przesuwający to w jedną to w drugą stronę pasek meczowy. „Nie, nie teraz” – burknąłeś cicho pod nosem i na powrót zwróciłeś swoje chorobliwie przekrwione oczy w stronę morza niezrozumiałych dla nikogo oprócz Ciebie cyferek. Przecież prowadzisz swojego Radomiaka w starciu z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów. Jak można w takiej chwili w ogóle o jedzeniu myśleć? – skrzywiłeś się z nieukrywaną irytacją. Właśnie teraz odnosisz swój największy tryumf w swojej długoletniej karierze, którą zaczynałeś, nietrudno zgadnąć, w czwartej lidze angielskiej. Wypinasz dumnie pierś do przodu, bo do przerwy w rewanżu prowadzisz 2:0. Już widzisz te tytuły w jutrzejszym Przeglądzie Sportowym i Fakcie, rozbłyskujące flesze fotoreporterów, w myślach udzielasz nawet wywiadu Michałowi Polowi, no i wreszcie cieszysz się na spotkanie z zarządem klubu, który swojego czasu bliski był nawet zwolnienia Cię z posady po przegranej z Dolcanem w II lidze. Ale teraz z pewnością przywitają cię szampanem i kawiorem. Kto bogatemu Radomiakowi zabroni. Niemniej jednak przez Twoją głowę przebiega natychmiast gorąca myśl, że to wszystko nie byłoby możliwe gdyby nie ciężka praca wykonywana codziennie przez armię oddanych współpracowników – ludzi, którzy wskoczą za Tobą w ogień, i którzy dla swojego ukochanego klubu oddadzą wszystko. Aby odnosić sukcesy w piłce takie osoby trzeba mieć na boisku, ale i poza nim. Jedną z nich niewątpliwie był dla ówczesnego Radomiaka Tijani Babangida. Człowiek-legenda, piłkarz, który był kimś więcej niż tylko kapitanem drużyny, był jej symbolem i żywą legendą. Mimo wielu lukratywnych ofert z czołowych lig europejskich (Anglia, Włochy, Niemcy) do końca kariery pozostał wierny barwom klubu, w którym występował łącznie przez 10 sezonów. Z tego powodu kibice układali o nim pieśni pochwalne, a koszulki z jego nazwiskiem rozchodziły się jak ciepłe bułeczki (które zresztą Tijani uwielbiał, szczególnie z polskim smalcem i ogórkiem kiszonym). Na boisku ten filigranowy (1,69 m) pomocnik był świetnym technikiem (wysokie wartości parametrów Dribbling, Technique, Crossing), który nigdy nie grał samolubnie i zawsze dostrzegał lepiej ustawionego partnera (wysokie Vision i Teamwork). Zresztą w całej swojej karierze notował więcej asyst niż bramek, a to za co kibice kochali go najbardziej to styl jaki prezentował. Niczym Sławek Peszko za młodzieńczych lat potrafił on jednym zwodem uwolnić się spod opieki przeciwnika i już sunął na jego bramkę. A biedny przeciwnik drżał przed nim ze strachu do tego stopnia, że aż spadały mu spodenki (bynajmniej nie był to Wasilewski). W każdym meczu pozostawiał serce na boisku i podrywał zespół do walki (wysokie Determination) nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach (pamiętne zwycięstwo wyciągnięte od stanu 0:2 ze Stasiakiem Bak-Pol Gomunice w Pucharze Polski). Poza boiskiem prawdziwy wzór do naśladowania. Był autorytetem dla młodszych kolegów, dla każdego z nich znajdował czas i łamaną polszczyzną zachęcał do wytężonej pracy na treningach. Nigdy nie odmawiał udzielenia wywiadu czy rozdania kilku autografów. Zawsze uśmiechnięty szybko zjednywał sobie ludzi. Chwilę zadumy, która Cię naszła przerywa jednak coś o czymś marzyłeś od dawna. W tym momencie pasek meczu jakby zwolnił, prawie zatrzymał się na chwilę. Ty wiesz co to może oznaczać. Wstrzymujesz oddech. Jest!!! Zamrugało. Radomiak-Barcelona 3:0. Tijani Babangida!

Tijani BabangidaKrzysiek

Opowiastka szczera futbolowego menedżera

Od dzieciaka dech zapiera,
gdy odpalam Managera.
Pierwszy wersja 2000,
wtedy jeszcze byłem brzdącem.
Gdy zlapałem już bakcyla,
na to poszła każda chwila.
Ulubiona wersja chyba
00/01 chyba.
Tam wybrałem raz dla żartu,
potem był przycznkiem fartu.
Dimitrija Balasowa,
przy nim każdy już się chowa.
Białorusin doskonały,
wszystkie kluby potem chciały,
mieć u siebie tego grajka,
niezła była to podjarka.
Ofensywny to pomocnik,
a przestawiał ich jak klocki.
Grał w napaści i pomocy,
żaden nigdy nie podskoczył.
W każdym klubie grał jak z nut,
i zdobywał złoty but!
Bomby walił też z dystansu,
a mi dawał dużo hajsu.
Jego klub to był Belshina,
nazwa raczej jak dziewczyna.
Za pieniądze śmieszne brany,
potem z zyskiem sprzedawany.
Choć zaczęło się niewinnie,
asystował równie zwinnie.
Opowiastka w pełni szczera,
więc poproszę nowiutkiego Football Managera!

FM17Dzięki Wszystkim!

Konkurs! Twój ulubiony piłkarz z FM ever

FM 2017Z okazji wejścia na rynek Football Managera 2017 (po raz pierwszy z oficjalną bazą Lotto Ekstraklasy) mam dla Was konkurs i trzy gry do wygrania! Ale – uwaga! – przy tym i bardzo, ale to bardzo trudne zadanie. Musicie w komentarzach opisać (w jak najfajniejszy sposób) Waszego ulubionego piłkarza ever! Takiego, którego zawsze kupowaliście do drużyny, niezależnie w jakiej lidze graliście i jakim zespołem graliście. Takiego, który dawał Waszemu zespołowi niesamowite zwycięstwa, tytuły, wygrywał niemożliwe mecze. Prawdziwą, niezapomnianą gwiazdę, którą wspominacie z największym sentymentem.

Czy ja sam umiałbym wybrać tego jedynego? Ciężko byłoby, bo… nie wiem jak długo Wy gracie w FM’a – ale ja jestem takim weteranem, że pamiętam Championship Managera 93/94! Tak, w 1994 roku byłem stażystą w dziale sportowym „Gazety Wyborczej”, z chłopakami w moim wieku. Ktoś przyniósł do redakcji CM’a i… całą redakcja wsiąkła doszczętnie. Zdarzało nam się zarywać w kilku noce na grę, choć bynajmniej nie graliśmy ze sobą w sieci. Sieć przecież jeszcze wówczas nie istniała;) Każdy grał w swoją grę, niektórzy zakładali specjalne statystyczne zeszyty, żmudnie tworzyli w edytorze polską ligę, żeby grać ukochaną drużyną…

Znalazłem wywiad, którego udzieliłem w 2007 roku serwisowi FM Revolution, w którym opowiadam o swojej przygodzie z CM/FM i moich największych gwiazdach z tamtych czasów: „był to facet, który nigdy się w realu nie przebił, chociaż grał potem w Sheffield Wednesday – Chris Bart-Williams. On i Nick Barmby z Tottenhamu – to było dwóch absolutnych gwiazdorów, których się od razu kupowało, jak mieli po kilkanaście lat. Byłem nawet kiedyś na finale któregoś z angielskich pucharów – Bart-Williams był wówczas rezerwowym. I do dzisiaj mam tak, że kiedy rozmawiam z jakimś piłkarzem, którym grałem, który był moją gwiazdą, to mam ochotę mu to powiedzieć, ale wstydzę się trochę, no bo co – nagle mam w wywiadzie powiedzieć: „a wie pan, grałem panem”? Jeszcze nikomu tego nie wyznałem, ale wtedy przeżyłem lekki szok, bo zobaczyłem po raz pierwszy na żywo tego mojego CM-owego idola”.

Później moją najbardziej ukochaną edycją był CM 00/01, w którym zawsze grałem West Hamem Utd (który miał wtedy niesamowitą pakę nastoletnich piłkarzy, którzy zresztą w realu wyrośli później na wielkie gwiazdy – Joe Cole’a, Rio Ferdinanda, Franka Lamparda, Michaela Carricka, Fredericka Kanoute, Jermaine Defoe, no i Paolo Di Canio). Zawsze moim pierwszym wolnym transferem był Taribo West, a najlepszym zawodnikiem okazywał się Białorusin Max Tsigalko.



Później kolejną wersją, już bardziej współczesną był FM 07/08, gdzie z kolei moją ulubioną drużyną był Manchester City, a zawodnikami Elano, Rafael van der Vaart i Klaas Jan Huntelaar w ataku. Kto grał ten pamiętam błąd pozwalający strzelać grad goli z tzw. killer rogów, trzeba było tylko wystawiać zawodnika z najwyższymi parametrami (jumping/heading) – Christopher Samba (kosztował coś z 2,2 mln euro) zdobył po 30 goli w sezonie i zostawał Zawodnikiem Roku.

Nie umiałbym więc wybrać tego jednego jedynego, bo porównywać kolejne edycje CM/FM to jak porównywać różne epoki piłkarskie i Pelego z Zinedine Zidanem. Ale Wy musicie, o ile chcecie wygrać w moim konkursie:)

Zapraszam! Temat brzmi: mój ulubiony zawodnik w FM (kto, dlaczego, co dzięki niemu wygrałeś, jakie przygody przeżyłeś, itd.) To konkurs po trochu literacki, więc forma też będzie się liczyć.

Powodzenia!

FM 2017

Liga Mistrzów. Królewskie paradoksy Legii

Przegląd Sportowy. Legia - Real 3:3W historycznym remisie Legii z Realem Madryt (nigdy wcześniej żaden polski klub nie zdołał urwać punktów „Królewskim”) wydarzyło się tyle paradoksów, że nie wiem od którego zacząć wyliczankę. Oto polski klub rozgrywa najlepszy mecz pucharowy w XXI wieku w tym samym miejscu, w którym dopiero co rozegrał najgorszy – kompromitujące 0:6 z Borussią Dortmund. Dokonują tego ci sami zawodnicy. Odrabiają dwubramkową stratę i wychodzą na prowadzenie w spotkaniu z obrońcą trofeum, któremu pod wodzą Zinedine Zidane’a nikt jeszcze nie wbił trzech goli, ani Barcelony, ani Bayerny ani inne Atletiki. Statystycy doszukują się, że ostatni raz kiedy Real roztrwonił w Lidze Mistrzów dwubramkowe prowadzenie miał miejsce w 2002 roku kiedy Zidane był jego największą gwiazdą.

Wśród bohaterskich Legionistów są m.in. Kuba Rzeźniczak, dopiero co skreślany, poniewierany i odsyłany na trybuny, który w obu meczach z Realem notuje 100 procentową celność podań. Dwa gole strzela Miroslav Radović, którego kariera wydawała się skończona, gdy tak niedawno leczył kontuzję w 2. lidze chińskiej. Angielskojęzyczny Twitter zaniemówił widząc jaką bramkę strzelił „Królewskim” Vadis Odjidja Ofoe, dopiero co nie łapiący się do składu drugoligowego Norwich City. Aktualnie jego gol prowadzi na stronie uefa.com w sondzie na bramkę 4. kolejki Champions League – wyprzedzając nawet ten Garetha Bale’a z 1. minuty – możecie Państwo go wesprzeć.

Z kolei Michałowi Kopczyńskiemu, który w sobotę rozegrał 90 minut w III-ligowych rezerwach Legii w przegranym 0:2 meczu z rezerwami Jagiellonii Białystok nie przeszkodziło to toczyć boju z piłkarzami Realu od pierwszej do ostatniej minuty. Itd.

Przy tym cała drużyna przyczynia się do tego, że najgorszy mecz w 2016 rozgrywa Cristiano Ronaldo, jeden z największych gwiazdorów naszych czasów, który przecież zasłużenie zgarnie za chwilę kolejną Złotą Piłkę i tytuł Piłkarza Roku FIFA. Zamiast bezlitosnych goli i upokarzających Legionistów zagrań, Internet obiegają jego kiksy, niecelne podania i strzały z meczu na Łazienkowskiej oraz gesty frustracji. „Dla Cristiano to był rzeczywiście mecz przy drzwiach zamkniętych… Do bramki” – skomentowali sami Hiszpanie. A Legia paradoksalnie pozostaje jednym z czerech klubów jakim w europejskich pucharach nie zdołał strzelić gola.

Legia - Real MadrytBy paradoksu dopełnić, ten historyczny mecz, kapitalnie wpisujący się w 100-lecie klubu odbywa się przy pustych trybunach. I w trakcie wyniszczającego konfliktu między właścicielami klubu. Kto wie zresztą czy te wielkie, pozytywne emocje jakie wyzwolił nie wywołają w Bogusławie Leśnodorskim, Macieju Wandzlu i Dariuszu Mioduskim katharsis i nie doprowadzą do „resetu” stosunków. Spotkanie, które będziemy wspominać latami to przecież ich wspólny sukces. Może jednak warto współpracować dalej? Ja na miejscu każdego z właścicieli po takim przeżyciu za nic nie wyszedłbym teraz z klubu…

Właściciele dostali najlepszą nagrodę za umiejętność wycofania się w porę z błędu i trudną decyzję, bo zwolnić dopiero co zatrudnionego Besnika Hasiego i dać szansę Jackowi Magierze. Ten ostatni oczywiście nie nauczył Legionistów grać w piłkę. Różnica klas między Realem a Legią jest tak samo wielka jak była przed meczem. Ale tchnął w zawodników wolę walki i determinację, które nie pozwoliły im opuścić głów po magicznym golu Bale’a w pierwszej minucie ani przy stanie 0:2 gdy wisiała groźba kolejnego pogromu.

Odrobienie strat i cztery gole wbite zespołowi tej klasy to wielki sukces drużyny, którą udało mu się scalić w krótkim czasie. Drużyny, której narodziny widzieliśmy już w Lizbonie, potem mimo pogromu także w Madrycie. Czy bardzo wyraźnie także podczas boiskowej awantury z Lechem Poznań, w którą włączyli się wszyscy z masażystą i kit-manem włącznie. I nie ważne czy Real zlekceważył Legię czy nie. Jeśli tak, sam jest sobie winny, ale w niczym nie umniejsza to sukcesu mistrzów Polski. Lekceważenie ze strony rywala też trzeba umieć wykorzystać.

Kto wie czy remis z Realem nie okaże się dla Legii przełomem na miarę wygranej reprezentacji Polski z Niemcami w eliminacjach Euro 2016? Na Stadionie Narodowym drużyna Adama Nawałki pokonała wówczas aktualnego mistrza świata, a Magiery na Łazienkowskiej powstrzymała najlepszy klub świata.

To zresztą znamienne, że sukces w obu przypadkach odnieśli polscy trenerzy, obaj na dorobku, bez spektakularnych sukcesów, na pewno bez doświadczenia w grze na takim szczeblu. Przed oboma spotkaniami mało kto stawiał, że im się powiedzie. Wygraną z Niemcami Nawałka przekłuł na sukces w całych eliminacjach, jego drużynę pokochali kibice, a on sam skończył m.in. jako Trener Roku w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Jak wykorzysta ten „zwycięski remis” z Realem Magiera? Legia wciąż ma szanse na grę wiosną w Lidze Europy, ale przede wszystkim powinien wykorzystać pełen potencjał drużyny w Ekstraklasie w walce o obronę mistrzowskiego tytułu.

Legia - Real Madryt