Misja: Rosja! Czyli jak Lewy przekłuł balonik

Robert LewandowskiNie mogę przestać zachwycać się Robertem Lewandowskim. Nie chodzi tylko o postawę na boisku i rekordowe w historii eliminacji mistrzostw Europy 16 goli. Te przesądzających o zwycięstwie jak z Danią, pozwalające uniknąć kompromitacji jak ten w doliczonym czasie z Armenią na Narodowym czy odwracające losy spotkania jak ten ostatni z Czarnogórą. O nich napisano już wszystko.

Nie chodzi też o postawę poza boiskiem – szczęśliwe małżeństwo, styl życia pozwalający tak długo unikać kontuzji na niespotykaną skalę, mądre inwestowanie zasłużonej fortuny, unikanie skandali i rajów podatkowych jak w przypadku równie wielkich kolegów, zaangażowanie w akcje charytatywne, wreszcie pozostawanie normalnym kolesiem na ile tylko pozwala tylko status rozpoznawalnego wszędzie na świecie gwiazdora.

Znów zaimponował mi czymś nowym! Postawą po ostatni gwizdku sędziego w meczu z Czarnogórą. Gdy cały stadion – koledzy, sztab szkoleniowy, kibice i oczywiście my, dziennikarze – rzuciliśmy się wszyscy świętować pierwszy od 12 lat awans na mundial, on zasłaniając dłonią usta dłonią, już tam na murawie recenzował Adami Nawałce zakończone właśnie spotkanie. I po kręceniu głową i minie selekcjonera można było poznać, że nie była to recenzja pochwalna.

Gdy przez media społecznościowe przelewała się już euforia z zapewnienia pierwszego koszyka i pierwsze spekulacje co jesteśmy w stanie osiągnąć w Rosji, a kilku jego kolegom zdarzyło się zdradzić, że ich marzeniem jest medal, Lewy przebił balonik zanim ktokolwiek zdążył go napompować. W pierwszym wywiadzie zastrzegł, że „nie wolno oszukiwać rzeczywistości”, bo „szczerze mówiąc mecz z Czarnogóra nie był w naszym wykonaniu nawet dobry”. Że „jest wiele rzeczy do poprawy, nie tylko pod względem piłkarskim ale i mentalnym”. Że „czasami wyłączamy się i myślimy jakby już było po meczu”, a „ławka rezerwowych pozostawia wiele do życzenia”. I wyliczył kwestie do poprawy: ustawianie się i ruch bez piłki, atakowanie rywala, zbyt częsta gra do tyłu, zbyt mało piłek do napastników…

To były słowa prawdziwego, odpowiedzialnego lidera, który właśnie zaczął misję: Rosja. Którego nie usatysfakcjonuje sam udział w mundialu. Świadomego, że właśnie na tym turnieju będzie w apogeum kariery i pragnie wykorzystać to najlepiej jak będzie w stanie, marginalizując możliwość błędu do minimum.

Nie jest kimś, komu wynik przesłoni braki, na które wielu z nas macha ręką, bo skoro jest awans to po co drążyć temat. Lewandowski woli drążyć teraz, niż w lipcu po ewentualnym niepowodzeniu. A że braki widzi, najdobitniej świadczą pełne nadziei słowa, że „do lata znajdzie się kilka perełek, kilku nowych zawodników się pokaże” (swoją drogą nie licząc Arkadiusza Milika, niestety nie widać ich na horyzoncie, może poza Dawidem Kownackim…).

To wypowiedź z tego samego gatunku, co krytyka władz Bayernu za nie sprowadzenie odpowiednio wielkich gwiazd. Kilku kolegów w szatni Monachium miało prawo poczuć się niekomfortowo, tak jak i teraz w szatni Narodowego. W przypadku kadry odczytuję ją jako apel do kolegów o pracę nad sobą. Nie pozwalający im zachłysnąć się samym awansem i zapomnieć jak wyglądał mecz w Kazachstanie, jak z Armenią na Narodowym, jak z Danią. O błędach, które w Erywaniu pozwoliły zdobyć gola tak słabym gospodarzom, a Czarnogórcom doprowadzić w niedzielę do remisu 2:2.

To słowa ambitnego, pragnącego sukcesów sportowca, który mówi jak jest, nie lukruje, nie ściemnia w imię poprawności. To zupełnie nowa twarz Lewandowskiego. Ale podoba mi się.

Ma szczęście Nawałki, że doczekał się takiego lidera. Arcyskutecznego na boisku i biorącego odpowiedzialność poza nim. To nagroda za decyzje selekcjonera, który sporo zaryzykował i nie bacząc na wzbudzone kontrowersje, przekazał Lewemu opaskę kapitana. I za znalezienie pomysłu na napastnika, wygwizdywanego u poprzednika za to, że nie jest tak skuteczny w reprezentacji jak w klubie. U Nawałki Lewandowski zdobył 33 gole w 33 meczach. I rozpoczął już drugą 50.

Ma i Lewy szczęście do selekcjonera. Nawałka nie spoczął na laurach po udanym Euro 2016. Nie jest przypadkiem, że jako pierwszy trener w historii naszego futbolu awansował na drugi turniej z rzędu. Uniknął błędów poprzedników jak Leo Beenhakker, Paweł Janas czy Jerzy Engel.

W udowodnił nam i zawodnikom, że potrafi zarządzić kryzysem. Najpierw przywracając drużynę do pionu, gdy w pierwszych meczach po turnieju we Francji kilku piłkarzy „zostało w hali odlotów”. Męska rozmowa i ultimatum zaowocowały świetnym występem Rumunią, jednym z najlepszych pod jego wodzą. Pomógł też zespołowi wrócić na właściwe tory po laniu w Kopenhadze, choć taka klęska mogła wykoleić nasze mundialowe aspiracje.

Układ” między takim trenerem i takim liderem pozwalają z optymizmem myśleć o misji: Rosja. Czyli o wyjściu z grupy, jaka ona nie będzie. Wybiegać dalej nie warto.

Adam Nawałka

To wciąż nie ta drużyna Nawałki, w której się zakochaliśmy

Reprezentacja PolskiWymęczona wygrana z Kazachami, trzy punkty i utrzymana trzypunktowa przewaga w tabeli cieszą, ale jest to jedyny powód do satysfakcji po poniedziałkowym mecz na Stadionie Narodowym. Pokazał on, że niestety klęska z Danią nie była „wypadkiem przy pracy” czy kumulacją błędów, które zdarzyły się jednym spotkaniu, wyczerpując limit pecha na całe eliminacje.

Zaczęło się obiecująco, szybko zdobytym golem Arka Milika (świetny powrót po ponad rocznej przerwie, acz znów ta nieskuteczność) po akcji Macieja Rybusa i asyście Macieja Makuszewskiego. Czyli akurat tych trzech zawodników, których Adam Nawałka wprowadził do pierwszej jedenastki po Danii. Brawo za trafne zmiany.

Potem jednak „biało-czerwoni” skazali nas na festiwal nieporadności, błędów i nieporozumień „zarówno w obronie jak i w ataku”. Zbyt łatwo pozwalali Kazachom na stwarzanie zagrożenia pod własną bramką, co skończyło się kilka razy groźnie, a raz golem, przy na szczęście dla nas arbiter dopatrzył się tam spalonego, bo byłoby 1:1.

Znów wiele do życzenia pozostawała postawa naszego lidera środka pola, Piotra Zielińskiego, który zagrał niewiele lepiej niż w Kopenhadze. Kamil Grosicki także nie „wrzucił turbo”, to był co najwyżej trzeci bieg. Niepewnie grali środkowi obrońcy z tym, że tym razem Kamil Glik zamienił się z Michałem Pazdanem w roli popełniającego więcej błędów. Na szczęście zrehabilitował się w golem w drugiej połowie.

Czy ta nerwowa, szarpana gra wynikała ze strachu przed świadomością braku formy i konsekwencji jakie przyniosłaby strata punktów z Kazachstanem? Czy nie udało się oczyścić do końca głów – o czym mówił przed meczem Grosicki?

Zrobiliśmy ważny krok do awansu do mundialu, wtłoczyć gola, wyszarpać zwycięstwo gdy nie jest się w optymalnej formie to też cenna umiejętność, której niektórym dawnym kadrom brakowało. Ale bardzo dobrze, że mundial w Rosji dopiero w przyszłym roku. Z Kazachstanem wciąż nie oglądaliśmy tej drużyny Nawałki, w której zakochali się kibice w poprzednich eliminacjach i na Euro 2016, skoncentrowana, zdeterminowana, agresywna, bezbłędna w defensywie z „profesorem” Glikiem i „stoperanem” Pazdanem. Gdyby w poniedziałek biało-czerwoni mierzyli się z odrobinę silniejszym rywalem, passa zwycięstw na Stadionie Narodowym mogłaby się skończyć. Niech plusy tego 3:0 nie przesłonią nam minusów. To był tylko Kazachstan, któremu pozwoliliśmy na zbyt wiele.

Reprezentacja Polska

Dania – Polska 4:0. Spokojnie, to tylko awaria!

Dania - Polska 4:0

Źle się działo w państwie duńskim! Katastrofalnie wręcz. Takiego lania reprezentacja Polski za kadencji Adama Nawałki jeszcze nie zaznała! 0:4 i to w pełni zasłużone. Była to porażka w zdecydowanie najgorszym stylu ze wszystkich jakie w meczach o punkty poniósł obecny selekcjoner. Bo przecież nawet po tej we Frankfurcie z Niemcami nasi mieli prawo czuć się dumni z postawy.

W Kopenhadze Polacy zagrali bez determinacji, bez agresji i bez tego animuszu, które był dla nich charakterystyczne w eliminacjach Euro 2016, podczas samego turnieju i w pięciu ostatnich wygranych meczach. Niestety także bez pomysłu na rozegranie gdy okazało się, że Duńczycy odrobili lekcję z porażki w Warszawie i rozpracowali nas, odcinając kompletnie Roberta Lewandowskiego od podań. Piotr Zieliński i Karol Linetty nie byli w stanie w żaden sposób pomóc w ataku napastnikowi Bayernu.

Zawiedli wszyscy. Grosik nie był Turbo ani przez chwilę, Kuba Błaszczykowski dawnym Kubą jakiego kochamy, Michał Pazdan „profesorem” i „Stoperanem”, Zieliński liderem środka pola i gwiazdą Napoli itd. Przed spotkaniem mieliśmy nadzieję, że będący zdecydowanie bez formy Legioniści – Pazdan, Artur Jędrzejczyk i Krzysztof Mączyński w kadrze za magicznym dotknięciem Nawałki – bo tak było dotąd zawsze – wespną się na „international level”. Niestety okazało się, że to reszta kadry dostosowała się poziomem do Legii z pucharowych meczów z Astaną i Sheriffem Tiraspol.

Rywale byli lepiej przygotowani fizycznie i bardziej zmotywowani mentalnie. Jakby naszych uśpiła sześciopunktowa przewaga w tabeli i 5. miejsce w rankingu FIFA. Choć przecież nasz kapitan ostrzegał na konferencji, że to gospodarze są faworytami i w kilku aspektach jak np. atak pozycyjny czy gra ze skrzydeł, górują nad nami. Niestety wykrakał.

Stało się – przegraliśmy po najgorszym meczu od dawna. Ale za wcześnie chyba jednak żeby bić w dzwony na alarm i wciskać guzik z napisem „panika”. Szczęśliwie ta porażka nie wiele zmniejsza nasze szans na awans do mundialu w Rosji. Nadal jesteśmy liderem tabeli, mamy nad Czarnogórą trzy punkty i mecz z nią w Warszawie. Oby ta porażka pozostała bez wpływu na awans jak ta z Niemcami we Frankfurcie w poprzednich eliminacjach.

Mam nadzieję, że i sztab trenerski i sami kadrowicza potraktują to niepowodzenie jak bardzo bardzo zimny prysznic. Zaczynało być za dobrze, za komfortowo. W razie wygranej z Danią i Kazachstanem Polska wspięłaby się na 3. miejsce w rankingu FIFA. Czas na wyszarpanie wygranej z Kazachstanem, reset, powrót do formy i dawnego stylu. Niech nikt nie waży się skreślać tej drużyny! Wszystko w naszych rękach, a te ręce już pokazały, że znają swój fach.

Dania - Polska 4:0

Krychowiak zasługuje na szacunek nie szyderę

Krychowiak w WBADawno nie widziałem, żeby niepowodzenia i życiowe zakręty polskiego sportowca przyjmowano u nas z taką satysfakcją jak w przypadku Grzegorza Krychowiaka. Mam wrażenie, że nie ważne jaką decyzję w sprawie swojej kariery by podjął, część kibiców najbardziej ucieszyłaby się gdyby skończył karierę, zbankrutował, rozstał się z żoną, miał stłuczkę na parkingu albo przynajmniej zatrzasnął się w windzie lub zgubił iPhona.

Przez cały czas kiedy nie mógł wywalczyć miejsca w składzie PSG trwała szydera, festiwal schadenfreude i tekstów w rodzaju „a nie mówiłem, że się nie przebije”, „trzeba było nie wychylać nosa z Sewilli” etc. Wypominano mu, że odszedł do Paryża wyłącznie dla kasy, choć przecież sprowadzał go tam zaprzyjaźniony dyrektor sportowy, a na miejscu czekał trener, z którym odnosił sukcesy w Sevilli.

Nie jestem pewien czy rodaków bardziej irytował wysoki kontrakt Grześka (na pewno poruszył szatnię PSG, gdy zarobki zawodników ujawnił dziennik „L’Equipe”), czy zamiłowanie do mody, czy atrakcyjna partnerka, lubiąca pozować. Czy to, że oboje lubili cieszyć się życiem? Czy gdyby nie fotki na Instagramie miałby więcej spokoju i zrozumienia?

Przy czym oddzielam tu żarty z jego futer czy marynarskich płaszczy, na widok których trudno było się nie uśmiechnąć. Podszczypywał Krychowiaka nawet prezes PZPN, Zbigniew Boniek, powstawały zabawne memy. Mówię o hejcie i radości, że mu nie idzie.

A przecież nie wywalczyć miejsca w składzie – to normalny los piłkarza, zwłaszcza piłkarza polskiego. Nie pamiętam takiego poziomu jadu gdy Arek Milik nie mógł odnaleźć się w Bayerze Leverkusen, a potem Augsburgu, albo Kuba Błaszczykowski gdy stracił miejsce w Borussii Dortmund, nie mógł przebić się w Fiorentinie, a teraz Wolfsburgu.

Dopiero co w trakcie obecnego okna transferowego wielu wypominało Krychowiakowi, że zamiast przenieść się do innego klubu i – wprawdzie za mniejsze pieniądze – grać regularnie, on woli swój wysoki kontrakt, petrodolary i trybuny w Paryżu. Najgłośniej ci, którzy pewnie nieprędko staną przed dylematem o rezygnacji z kilku milionów euro, ale wiadomo, że najłatwiej rozporządza się nie swoją kasą. Zarzucano mu brak ambicji, chciwość, spoczęcie na laurach itp.

Krychowiak na trybunach PSGGdy wreszcie dowiódł, że jednak nie kasa, ale piłka jest dla niego najważniejsza, gdy postanowił robić spooory krok wstecz i przejść do przeciętniaka Premier League, zamiast z szacunkiem nadal spotyka się z hejtem.

Dobrze, finansowo raczej na tym nie straci, bo odchodzi na roczne wypożyczenie, ale decyzja o zamianie Paryża na prowincjonalne, 100-tysięczne miasto musiała być bardzo trudna. Zwłaszcza dla triumfatora Ligi Europy, który poznał smak Ligi Mistrzów. Podobnie jak zamienić szatnię dzieloną z Neymarem, Cavanim, di Marią, Verattim na – z całym szacunkiem – Halem Robsonem-Kanu, Callumem McManamanem czy Chrisem Bruntem, których musi teraz dobrze wyguglować.

Zamiast uznania, że bynajmniej nie interesują go wyłącznie butiki i może grać wszędzie, spotyka się z satysfakcją tych, którzy wiedzieli, że „marny z niego grajek” i „nadaje się wyłącznie do takich przeciętnych klubów”. Śmieją, że zainteresowanie Valencii, Olympique Lyon, Interu Mediolan to ściema, że wreszcie trafił swój na swego.

Nie rozumiem dlaczego piłkarz, który decyduje się zrobić krok wstecz dla ratowania kariery nie wzbudza powszechnej sympatii? Dlaczego nie kibicuje się mu, żeby robiąc krok wstecz nabrał rozpędu, który pozwoli mu oddać dwa skoki do przodu? Przecież to najbardziej jaskrawy dowód jego ambicji. W dodatku historia futbolu pełna jest takich scenariuszy. Nie daleko szukając, Renato Sanches, inna gwiazda Euro 2016 właśnie przeszedł z Bayernu Monachium do Swansea.

Weźmy Edwina van der Sara. Świat był w szoku gdy on, triumfator Ligi Mistrzów z Ajaksem po dwóch latach gry w Juventusie Turyn zdecydował się odejść do Fulham, klubu co prawda z Londynu, ale beniaminka Premier League. Odszedł, bo wiedział, że nie wygra rywalizacji z młodym Gianuigi Buffonem, kupionym właśnie za rekordowe 33 mln euro. Chciał grać, żeby zachować miejsce w bramce Holandii i to grać przeciwko najlepszym.

Przez cztery sezony rozegrał w Fulham 127 mecze, bez focha na świat, że z salonów przeniósł się na prowincję. Skończyło się tym, że Sir Alex Ferguson sprowadził 35-letniego Holendra do Manchesteru United. Tam okazał się najlepszym bramkarzem w historii „Czerwonych diabłów” obok Petera Schmeichela, wygrał cztery mistrzostwa Anglii, po raz kolejny Ligę Mistrzów i zyskał status legendy.

Życzę Krychowiakowi podobnego zwrotu w karierze. To, że z WBA pasują do siebie wcale nie jest dla niego obelgą. Tak jak w Paryżu jego najlepsze cechy okazały się zbędne i niewystarczające, tak tu znów mogą uczynić z niego jednego z najlepszych piłkarzy w Europie na swojej pozycji. Jak wówczas gdy wybrano go do Jedenastki Sezonu La Liga czy Jedenastki Turnieju Euro 2016.

Po pierwsze trafił do ligi, do której jak się wydaje jest stworzony. Najbardziej wymagającej i intensywnej ligi świata, a przecież wiadomo, że Krychowiak tym jest lepszy im więcej gra. Trener WBA, Tony Pulis jest w nim zakochany od dawna, już dwa lata temu starał się go sprowadzić. „The Baggies” pod jego wodzą to synonim destrukcji i twardej gry obronnej. Prostej ale skutecznej. Nie ma tam czarodziejów jak w Sevilli czy PSG. Obsesją Pulisa jest nie posiadanie piłki, ale jak najszybszy jej odbiór.

Może się więc okazać, że Krychowiak i WBA pasują do siebie – jak mawia Juergen Klopp – „jak dupa do wiadra”. Szydzącym z niego polecam wątek na oficjalnym koncie WBA na Twitterze. Kibice „The Baggies” traktują tam transfer Krychę jak najważniejszy w historii klubu.

West Bromwich Albion signing Grzegorz Kwychowiak

Kto powinien grać w młodzieżówce

U21 reprezentacja PolskiSłowa Roberta Lewandowskiego, który w wywiadzie dla Polsatu powiedział, że „zawodnicy, którzy grali już w pierwszej reprezentacji Polski nie powinni występować już młodzieżowych kadrach” wywołała o wiele ciekawszą dyskusję niż kwestia kto w meczu z Czarnogórą zastąpi Grzegorza Krychowiaka albo czy w ataku powinien zagrać Arkadiusz Milik.

Wspaniale, że kapitan reprezentacji Polski zainicjował tak istotną debatę. Dotąd był raczej mistrzem politycznej poprawności, unikał deklaracji, chyba że dobrze mu w Bayernie i nie wybiera się do Realu. Jedyny mocny i kontrowersyjny wywiad jaki pamiętam, to ten uderzający w selekcjonera Franciszka Smudę po Euro 2012.

A tu nagle stwierdza, że mistrzostwach Europy U21 piłkarze, którzy już potwierdzili swoją przydatność w seniorskiej kadrze powinni ustąpić miejsca do niej aspirującym. „Nie powinni być brani pod uwagę. To moja opinia, ale też rozmawiałem z chłopakami. Mistrzostwa U-21 to miejsce dla kolejnych, mniej znanych zawodników”. Sprawa jest niezwykle ciekawa, bo nie zerojedynkowa.

Z jednej strony Robert z racji swojej pozycji w polskim i światowym futbolu występuje w roli adwokata kolegów. Milikowi i Piotrowi Zielińskiemu niezręcznie byłoby zadeklarować, że skoro są integralną częścią kadry seniorskiej, z występami na najważniejszym turnieju i w eliminacjach do kolejnego, to młodzieżówka nie jest już dla nich. Odmowa mogłaby spowodować powszechny hejt. Pamiętacie co było gdy Krystian Bielik odmówił przyjazdu na towarzyski turniej U-18, bo aspirował do występu w meczu U-19 w eliminacjach ME. Musiał się zmienić trener, żeby po roku doczekał się kolejnego powołania. Lewandowski, przypominając, że drugi rok nie będą mieli odpoczynku, usprawiedliwia ich i zdejmuje ewentualne odium.

Przypadek Milika jest tu szczególny. Piłkarz Napoli dopiero co wrócił na boisko po przewlekłej kontuzji. Wrócił nadspodziewanie szybko (niektórzy twierdzą, że zbyt szybko). Udział w ME U21 rzeczywiście oznaczałby w drugie wakacje z rzędu intensywnie gra w piłkę. Wie o tym, trener Napoli, Maurizio Sarri, który stwierdził, że nie wyobraża sobie, by jego piłkarze latem zamiast odpoczywać grali w turnieju.

Oczywiście to nie Sarri będzie decydował kogo Marcin Dorna powoła na ME. Włoch jak każdy trener klubowy kieruje się po prostu interesem klubu i wolno mu. Ale z kolei my powinniśmy kierować się interesem pierwszej reprezentacji, którą czekać będą kluczowe mecze w eliminacjach do mundialu w 2018 roku i sam turniej w Rosji. Ja bym Milika nie ciągnął na Euro U21, zwłaszcza że nigdy nie był on częścią tej drużyny. Grał w poprzedniej młodzieżówce Dorny, ostatni raz bodaj w 2013. Na czerwcowym turnieju znalazłby się pod wyjątkową presją. Wszystkie oczy spoczywały by na nim jako graczy reprezentacji seniorskiej, Euro 2016 i Ligi Mistrzów. Wątpię, żeby coś dobrego wynikło z tego napięcia i chęci udowodnienia za wszelką cenę. Tymczasem są doskonali zastępcy: Kownacki, Stępiński czy Niezgoda.

Robert Lewandowski stwierdził też, że ewentulany sukces kadry Marcina Dorny z udziałem zawodników z kadry A byłby mydleniem oczu i nic nie dał pierwszej reprezentacji, bo aspirujący do niej młodzi piłkarze nie zostaliby sprawdzeni.

Zasadniczo zgadzam się, że drużyny juniorskie istnieją po to, żeby wychowywać, sprawdzać i otrzaskiwać w boju piłkarzy dla pierwszej drużyny. Ale to podejście bardzej dotyczy klubów. Reprezentacja Polski U21 to jednak nie to samo co klubowa U15, gdzie najważniejsze jest szkolenie. Tam pogoń za wynikiem za wszelką cenę jest szkodliwa i prowadzi do wypaczeń, ale tu? Tu gra się z orzełkiem na piersi, przed meczem słucha hymnu, a za sukcesy na igrzyskach olimpijskich (U23) otrzymuje medale.

Przed nami mistrzostwa Europy we własnym kraju, na których gra stanowi spory prestiż. Nie bez powodu bilety na mecze reprezentacji rozeszły się jak świeże bułeczki. Nie twierdzę, że kibice wykupili je z myślą wyłącznie od Miliku i Zielińskim, a gdy ich zabraknie poczują się rozczarowani i oszukani. Ale też mają swoje oczekiwania. Raczej niekoniecznie, że występ drużyny Dorny to wyłącznie element rozwoju zawodników przyszłej pierwszej kadry. Chcą jak najlepszego sportowego wyniku! Myślę podobnie.

Nie widzę w tym nic złego, by Polska wystawiła na ME najsilniejszą drużynę jaką ma. Nie istnieje wszak przepis, jak przy wyborze narodowości, że zawodnik, który raz zagrał w reprezentacji A jest spalony dla reprezentacji B. Gra w seniorach nie dyskwalifikuje młodzieżowca. Dlatego: Milik – niech odpoczywa. Zieliński, Bartosz Kapustka i Karol Linetty – nie widzę żadnych przeciwwskazań do gry. Oby nie, ale kto wie czy tytuł młodzieżowego mistrza Europy nie okaże się kiedyś najcenniejszym jakie zdobyli w reprezentacyjnej karierze.

Reprezentacja Polski U21

 

Włodzimierz L., piłkarz. O zanikaniu

Włodzmierz LubańskiHanna Krall

Włodzimierz L., piłkarz

O zanikaniu

… Ty toś się w życiu urządził, mówią mi. Też mogliście, mówię, wystarczyło kopać piłkę, ja zacząłem jak miałem dziesięć lat.

Całość pięćdziesiąt dwa metry, w największym pokoju mieści się wersalka i stół, żona chciałaby większe, bo zobaczyła dom Mike’a Englanda*. Mnie tam wszystko jedno, mamy gdzie spać, jest w porządku. U Englanda od wejścia było szkło, w pokojach antyki i… no tak, zobaczyliśmy różnicę.

Zrozumiałem, że nie zagram i ktoś musi zająć moje miejsce. Andrzej zajmie, pomyślałem i powiedziałem mu – szczerze, tak od serca – ty się, chłopie, zmobilizuj, bo dla ciebie te mistrzostwa** to będzie duża rzecz. Nie wierzył, myślał, że Jasiu zagra i rzeczywiście większe szanse Jasiu miał, bo strzelił tę bramkę na Wembley. Wiedziałem swoje i powiedziałem – słuchaj, Andrzej, masz trudności z przyjęciem piłki, popracuj nad tym. Tak mu mówiłem, od serca.

No i Andrzej gra, no i strzelił Włochom tę kapitalną bramkę, ja bym nie strzelił takiej. Nie żebym nie umiał. Umiałbym, tylko bym się nie odważył. Andrzej idzie na kontuzję, na ryzyko, patrzę na niego i myślę – ja bym szedł? Nie, nie szedłbym.

Piłkarz musi być atrakcją teraz, już i tylko wtedy jest potrzebny. Ja jeszcze jestem atrakcją. Dzięki kolanu. Przed mistrzostwami pisali o kolanie, bo nie wiedzieli czy będę grał. Potem pisali, że przez kolano nie będę grał, więc byłem znowu. Teraz piszą, że nie gram, bo kolano, ale za chwilę i to się skończy. Moje kolano nie będzie potrzebne, ani ja i zacznę znikać.

No nie dzwonią, nie.

Ja też nie dzwonię.

Powinienem?

Do Andrzeja mógłbym, ale po co, on już tamtego nie pamięta.

Dobra, mogę zadzwonić.

Zajęte… Zajęte… Międzynarodowa, o tej porze… No zajęte, no trudno.

Już nie, już się koncentrują.

Wychodzą…

Znam tamtych, strzeliłem im kiedyś bramkę. Głową strzeliłem, w pierwszej minucie.

Kaziu…

Zostaw to, Robert niech strzela, z tej odległości tylko Robert.

Dobrze, Robert, w porządku.

Ruszaj, Andrzej, teraz ruszaj…

Kaziowi, gdyby puścił ten, no, Grzesiek na nogę… Dobrze, Grzesiu… Słuchaj, Kaka, Jurek niech przyjmie, a ty, Szymek, zostaw mu piłkę, no, zostaw i leć sam, tak jest, bardzo dobrze… ***

Wrócą. Zobaczymy się. W klubie, normalnie o dziesiątej. Przywitamy się. Powiem – cześć, stary, Andrzej powie – no cześć i będzie się starał tak mówić, jak byśmy jeszcze byli sobie równi. Nie jesteśmy równi, już nie. I żeby nie wiem jak starali się być po dawnemu, to w końcu przyjdzie dzień kiedy znajdziemy się na boisku. Oni i ja. I może nam nie wyjść. Z innych przyczyn może nie wyjść, ale oni pomyślą – no tak, bez niego grało się lepiej.

Świetni byli. Beze mnie byli świetni. Grali jak nigdy dotąd, nowy zespół powstał na tych mistrzostwach. Beze mnie powstał. To jeszcze potrzebny im jestem?

 

*Piłkarz reprezentacji Walii.

**Mowa o Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej

*** Włodzimierz L. Ogląda mecz z Jugosławią, Polska wygrała 2:1.

Włodzmierz Lubański

Nigdy nie znikniesz!

Powyższy tekst, który opublikowaliśmy w „Przeglądzie Sportowym” za zgodą pani Hanny Krall, pochodzi z książki „Różowe strusie pióra”. To wyjątkowa pozycja w dorobku najwybitniejszej polskiej reporterki. Kolaż przeróżnych ludzkich losów, złożony z krótkich opowieści, notatek, refleksji, odbytych rozmów, otrzymanych listów, a nawet karteczek wkładanych w drzwi przez Krzysztofa Kieślowskiego. Działają czytelnikowi na wyobraźnię i zmuszają, by dopowiedział sobie resztę historii. Jak to ujęła na wstępie sama autorka: „jest to książka o tym, co ludzie do mnie mówili i pisali przez pięćdziesiąt lat”. Wśród przyjaciół, znajomych, bohaterów reportaży jak wspomniany Kieślowski, Marek Edelman czy Leszek Kołakowski nagle pojawia się Włodzimierz Lubański!

Jak świetnym reporterem trzeba być, by zdobyć zaufanie obcej osoby i namówić ją by powierzyła nam swoją historię, ujawniła cząstkę siebie. A jeszcze w tak dramatycznym momencie w jakim był wówczas Lubański, śledzący z domu mundial w RFN w 1974. Mundial, którego byłby wielką gwiazdą. On, kapitan tamtej reprezentacji, największy piłkarski bohater swoich czasów, o statusie jakim dziś cieszy się Robert Lewandowski. Najbardziej popularny i najbardziej kochany przez Polaków od kiedy w wieku 16 lat i 288 dni zadebiutował w kadrze, zdobywając do tego gola (do dziś pozostaje najmłodszym strzelcem w historii reprezentacji). Który grałby w słynnym Realu Madryt, gdyby weta nie wyraziło KC PZPR, który nie chciał słyszeć o oddaniu zagranicę „dobra narodowego”.

Dzięki Hannie Krall dowiadujemy się co kotłowało się w jego duszy w tym wyjątkowo bolesnym momencie kariery. Tekst przypominamy z okazji 70. urodzin Włodka Lubańskiego, którego – składając mu serdecznie życzenia „stu lat!” – zapewniam: Włodku, nigdy nie znikniesz z naszych myśli i naszej pamięci! Nigdy nie zapomnimy Twoich goli, które dały Górnikowi Zabrze mistrzostwa i Puchar Polski oraz zwycięstwa w europejskich pucharach, a zwłaszcza tej bramki w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z AS Roma. I tego, że na Stadion Śląski „na Lubańskiego” przychodziło po 100 tysięcy widzów. Ani goli, które przyczyniły się do historycznego złota olimpijskiego w Monachium. A Twój brak w kadrze Kazimierza Górskiego na mundialu w RFN pozostanie jednym z największych i najbardziej roztrząsanych piłkarskich polskich „co by było gdyby”. Legendy nie znikają, są wieczne!

Włodzmierz Lubański

Uczta (się od) Nawałki

Nawałka i GrosickiDożyliśmy czasów, że inni mogą nam zazdrościć nie tylko piłkarskiej reprezentacji, jej pozycji w tabeli eliminacji MŚ 2018, rankingu FIFA (historyczne 15. miejsce i wyprzedzenie Włochów), czy jej lidera, Roberta Lewandowskiego, ale i tego jak rozwiązujemy afery i wygaszamy konflikty w kadrze. Adam Nawałka perfekcyjnie zdusił kryzys, który dopadł jego drużynę po nadspodziewanie dobrym występie na Euro 2016 i zrobił to w zarodku, nim rozluźnienie w ekipie zdążyło dać bardziej negatywne efekty niż tylko stylem – w końcu jednak wygranego – meczu z Armenią.

Obyło się bez dramatów, wykluczeń z kadry, wymiany ciosów i „uprzejmości” na łamach mediów jak za poprzedników (pamiętacie jak Artur Boruc nazwał Franciszka Smudę „Dyzmą”?). Nawałka po raz kolejny wyciągnął wnioski z błędów poprzedników. Zamiast więc grupy obrażonych zawodników i jak zawsze w podobnym przypadku, podzielonych kibiców, zyskał oddanie tych, którym dał drugą szansę, oni zaś zrewanżowali mu się najlepszym występem w tych eliminacjach. Symboliczną sceną było zachowanie Kamila Grosickiego, który po golu wpadł w ramiona selekcjonera niczym „syn marnotrawny”. Wszyscy znów bijemy brawo Nawałce, kibice nadal kochają jego kadrę, a reszta Europy nadal może nam zazdrościć frekwencji na jej meczach.

Leo Messi i reprezentacja ArgentynyZazdrościć mogą nam np. kibice Argentyny. Wicemistrzowie w eliminacjach MS 2018 zremisowali z Wenezuelą i Peru oraz przegrali z Paragwajem, a przed paroma dniami ponieśli spektakularną klęskę z Brazylią (0:3) spadając w tabeli aż na szóste miejsce (za „Canarinhos”, Urugwaj, Ekwador, Kolumbię i Chile), nie dające nawet prawa gry w barażach o mundial. Przedwczoraj „uciekli spod topora” pokonując u siebie 3:0 Kolumbię, co pozwoliło im awansować na pozycję piątą.

Po spotkaniu cała reprezentacja Argentyny przybyła na konferencję prasową, a kapitan i bohater spotkania Leo Messi wygłosił gorzkie oświadczenie. „W ostatnim czasie spotkaliśmy się z licznymi zarzutami i brakiem szacunku. Nie odpowiadaliśmy na nie, ale w końcu miarka się przebrała. Wielu ludzi uwierzyło w to, co zostało napisane, w związku z czym postanowiliśmy to przerwać. Przykro nam, że ucierpią wszyscy dziennikarze, nawet ci niewinni, ale oskarżenia są zbyt poważne. Przestajemy udzielać wywiadów. Wy możecie nas nadal atakować i zarzucać nam milion rzeczy, ale nie liczcie na naszą odpowiedź”.

Był to gest solidarności z Ezequielem Lavezzim, po tym jak argentyński dziennikarz zasugerował na Twitterze, że napastnika Hebei China Fortune zabrakło w kadrze za palenie marihuany. „Lavezzi nie będzie w kadrze meczowej na jutrzejszy mecz z powodu dżointa, którego wypalił wczoraj w bazie treningowej? Tylko pytam… tylko pytam” – napisał Gabriel Anello. Lavezzi zapowiedział, że wtoczy dziennikarzowi proces. Argentyńscy dziennikarze nieoficjalnie przyznają jednak, że został przyłapany na paleniu trawki po raz drugi.

Teraz wyobraźmy sobie, że dokładnie te same słowa co Messi wygłasza po kapitalnym występie z Rumunią Robert Lewandowski. W jednym z polskich dzienników (akurat naszym) też przecież postawiono kilku zawodnikom „poważne zarzuty”. Sądząc po niektórych żartach i zachowaniu niektórych piłkarzy na zgrupowaniu przed wylotem do Bukaresztu mogło to pójść i w „argentyńskim” kierunku. Na szczęście Nawałka postanowił załatwić to inaczej i przywrócić kadrowiczów do pionu. Być może Edgardo Bauza nie ma podobnej pozycji w swojej drużynie, ani solidnego wsparcia prezesa swojej federacji (gdzie swoją drogą panuje wielki chaos), być może reprezentacją Argentyny rządzi szatnia. Zobaczymy jaki da to efekt, zwłaszcza że przed Argentyną prestiżowy pojedynek z Chile, z którym „Albicelestes” przegrali finał Copa America.

Pijany Wayne RooneyAlbo wyobraźmy sobie, że że Robert Lewandowski po wygranym meczu wkracza na wesele, które odbywa się akurat w hotelu kadry i imprezuje z gośćmi do piątej nad ranem. A następnego dnia czołówki naszych bulwarówek zdobi jego nieprzytomne z upojenia oblicze i relacje, że „nie był w stanie złożyć zdania i zataczał się, chodził krokiem pijaka”. Nawet ja nie mam tak bogatej wyobraźni, więc nawet nie rozważam co działoby się w naszych mediach, na naszym Twitterze i domach naszych kibiców.

Sprawa jest autentyczna i dotyczy kapitana i lidera reprezentacji Anglii, Wayne Rooney’a, którego zabawę w Grove Hotel w Herforshire dwa dni po zwycięstwie Anglików nad Szkotami (3:0) opisał i zilustrował „The Sun”. Cytowani przez tabloid goście weselni nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z kapitanem drużyny narodowej, skądinąd , krytykowanym ostatnio za nie dość za przeciętną to jeszcze nieregularną grę w Manchesterze United.

Teraz problem mają i trener „Czerwonych diabłów” Jose Mourinho i tymczasowy selekcjoner Anglików Gareth Southgate, który przejął zespół po rozwiązaniu kontraktu z Samem Allardycem i nie jest jeszcze pewien czy permanentnie. Z oświadczenia Rooney’a wiadomo, że obaj panowie odbyli już rozmowę, a napastnik przeprosił za swoje zachowanie zarówno selekcjonera jak i młodych kibiców, którzy musieli oglądać go na takich zdjęciach.

Jak postąpi niedoświadczony i niepewny posady Southgate? Raptownie, radykalnie i definitywnie czy skorzysta z inspiracji Nawałki i rozwiąże problem z największą korzyścią dla kadry? Zobaczymy. Niesamowite, że wreszcie i na tym polu Polska może służyć przykładem.

Komu potrzebni w kadrze komicy i farbowane lisy?

reprezentacja PolskiOkno transferowe w Europie zatrzasnęło się ogromnym hukiem. Także i nas w Polsce. Nie tylko dlatego, że było rekordowe dla polskich piłkarzy, na których czołowe kluby wydały ponad 105 milionów euro, czyli tyle za ile Manchester United uczynił Paula Pogbę najdroższym piłkarzem w historii futbolu. Kluby zmieniła większość kadrowiczów Adama Nawałki. Dwukrotnie padały rekordy największej sumy zapłaconej za Polaka. Stanęło na szokujących 32 milionach za Arkadiusza Milika.

Dramatycznym hukiem zakończył się też transfer Kamila Grosickiego. Skrzydłowy reprezentacji był już jedną nogą i skrzydłami samolotu w wymarzonej Premier League. Niestety na ostatniej prostej, w ostatnich godzinach czy minutach negocjacji coś pękło na linii Rennes – Burnley i kluby się nie dogadały. Ofiarą tego niedoszłego transferu padł niestety także „Przegląd Sportowy”. Wiedzeni euforią zawodnika napisaliśmy „Yes!”, dowiadując się, że jednak „Non!” grubo po dedlajnie, czyli zjechaniu numeru do drukarni, czego ie dał się już odkręcić. Cóż, tworzenie gazety w trudnych, digitalnych czasach, gdy każdy tekst w sieci można edytować albo skasować, wymaga podejmowania ryzyka. Trochę tak jak na boisku. Czasami zawodnik jest pewny, że po jego podaniu kolega znajdzie się sam z bramkarzem, niestety, boczny podnosi chorągiewkę…

Tymczasem nasi drodzy (dosłownie i w przenośni) kadrowicze szykują się do pierwszego starcia w eliminacjach mistrzostw świata w Rosji w 2018. Prawda, że stęskniliście się Państwo za drużyną Nawałki? Ja też. I kibice oczywiście też. Trudno żeby było inaczej po świetnych występach na Euro 2016. Moda, a raczej szaleństwo na „biało-czerwonych” nadal trwa, o czym świadczą nieprzebrane tłumy podczas wtorkowego treningu kadry w podwarszawskim Karczewie. Te same piski, ten sam głód autografów lub choćby tylko zobaczenia na żywo swoich idoli, to samo szaleństwo w oczach nawet dorosłych ludzi, które widzieliśmy w Arłamowie.

Zaczyna być codziennością, że ekipa Nawałki zmuszona jest organizować dla kibiców specjalne otwarte treningi. Polaków, tak jak najlepsze i naszpikowane gwiazdami reprezentacje, czekają oblężone lotniska, hotele i treningi gdziekolwiek nie ruszą się w świecie. Zawsze zazdrościłem przyjezdnym drużynom tych polskich tłumów przed hotelem. Łowcy autografów żeby pozbierać podpisy zawodników czołowych klubów Europy warowali na Anglików, Niemców, Włochów czy Hiszpanów. Dziś swe kolekcje gwiazd futbolu wzbogacą zaliczając zgrupowanie Polaków.

Pamiętam tłumy wyczekujące przed warszawskim hotelem Sheraton z okazji meczu Polska – Anglia, bodaj za Janusza Wójcika i telewizyjne wywiady z mdlejącymi dziewczynami na samą myśl, że w środku jest i może wyjdzie na zewnątrz David Beckham. Dziś to samo w mniejszej lub większej skali przeżywają Robert Lewandowski, Milik, Grzegorz Krychowiak

Grzegorz KrychowiakZadaniem Nawałki po tych wszystkich zmianach jest utrzymać piłkarzy na ziemi, odciągnąć ich uwagę od – lepszej lub gorszej sytuacji w nowym klubie – i skoncentrować na zadaniu. Sytuacja jest inna niż przed eliminacjami Euro 2016 – tym razem Polacy muszą sprostać roli faworytów grupy. Mentalność musi być jednak taka sama jak wówczas. Czytając wywiady z zawodnikami jestem spokojny. Bije z nich niedosyt występem na Euro, mają świadomość, że było dobrze, ale mogło być znacznie lepiej. Nikt nie odlatuje, są świadomi własnej wartości, wiedzą, że mogą wspólnie osiągnąć wiele. Czują głód.

Jakże odmienna sytuacja niż we wspomnianej Anglii. Tam nowy selekcjoner Sam Allardyce zabrał na pierwsze zgrupowanie… dwóch komików, żeby pomogli zlikwidować smutny nastrój po nieudanym Euro. Jak z kiepskiej komedii wzięli za to jego słowa kibice o konieczności wprowadzenia do reprezentacji… „farbowanych lisów”. Allardyce był już tego bliski, próbował powołać pomocnika Sewilli, Stevena N’Zonziego, plany zablokowała jednak FIFA, dopatrując się, że były zawodnik Blackburn i Stoke wystąpił siedem lat temu w barwach Francji U-21. Anglicy nie odpuszczają walki, przekonując że przez sześć lat grał na Wyspach.

A Allardyce wzywa, by zacząć robić to, co robią inni. I w futbolu i w innych angielskich reprezentacjach jak choćby w krykiecie: naturalizować piłkarzy z braku własnych talentów. Podaje przykład Somalijczyka Mo Farrah, którym wywalczył dla Wielkiej Brytanii cztery złote medale w biegach długodystansowych na dwóch ostatnich igrzyskach i Diego Costy, Brazylijczyka, który po siedmiu latach gry w La Liga przyjął obywatelstwo i trafił do reprezentacji Hiszpanii.

Trener Anglii jest więc dziś na etapie przekonywania rodaków, że „trzeba wyjść z drewnianych chatek”. W kadrze Nawałki „farbowanych lisów” nie uświadczysz. Mało tego, tak jak kiedyś Niemcy wybierali grę dla Polski, wiedząc że wielkich szans na grę w drużynie Joachima Loewa nie mają, tak właśnie Paweł Cibicki wybrał grę dla Szwecji gdzie zapewne łatwiej będzie mu się przebić.

W takiej kondycji reprezentacja Polski rozpoczyna bój o mundial. Pełna świadomych wartości zawodników dobrych klubów, którym fajnie się gra i przebywa ze sobą. Nasi komicy mogą co najwyżej łapać inspirację od kadrowiczów, oglądając kolejne filmy ze zgrupowania w kanale Łączy nas Piłka.

Jeszcze o Nawałce: pierwszy który musiał zostać

Adam Nawałka i Zbigniew BoniekBardzo się cieszę, że PZPN tak szybko przedłużył kontrakt z Adamem Nawałką, ucinając wszelkie spekulacje i ewentualne zakusy obcych federacji. I tych, które nie zdążyły jeszcze zrobić remanentu po kiepskim występie na Euro lub katastrofalnych eliminacjach i tych bogatych, zwłaszcza z krajów arabskich, działających pod wpływem chwilowej emocji, za to potrafiących złożyć propozycję nie do odrzucenia. Nawałka jest bodaj pierwszym polskim selekcjonerem w XXI wieku, którego zwolnienia po wielkim turnieju nikt nawet nie zasugerował. Nawet Leo Beenhakker po udanych historycznym awansie do mistrzów Europy, ale kiepskim turnieju miał już sporo przeciwników.

Że Nawałka musi zostać stało się oczywiste po drugim meczu grupowym, którym przerwaliśmy przeklętą passę meczów „o zwycięstwo, o wszystko i o honor”, zapewniając sobie na 99 procent awans do 1/8 finału. Nie tylko z powodu gołego wyniku z Niemcami. Polacy rozegrali z mistrzami świata najlepsze spotkanie z trzech ostatnich konfrontacji. Stało się jasne, że drużyna Nawałki nie tylko nie zatraciła wszystkich cnót z eliminacji, ale zrobiła znaczny postęp. A selekcjoner dowiódł, że jest jeszcze lepszym strategiem niż sądziliśmy. Potwierdziły to kolejne mecze. Znów wszystkie jego wybory personalne okazały się trafione i nie do zakwestionowania na żadnej pozycji. Udało mu się dokonać takich „odkryć” jak Bartosz Kapustka, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk. Idealnie wypalił plan na turniej, obejmujący niemal każdą godzinę od zgrupowania w Arłamowie: treningi, regeneracja, odpoczynek psychiczny w tym spotkania piłkarzy z rodzinami, obowiązki medialne itd. Nasi piłkarze wreszcie nie odstawali od rywali fizycznie na wielkim turnieju.

Największym sukcesem Nawałki było moim zdaniem to, co teraz – zresztą bardzo delikatnie – zaczynają mu wypominać niektórzy komentatorzy, a najostrzej chyba stacja ESPN: żelaznej konsekwencji w trzymaniu się strategi. Postawienie na kontrolowanie meczu, obronę całym zespołem, szybkiego przechodzenia do kontrataku, ale i konsekwentnej atakiem pozycyjnym. Zaowocowało to awansem aż do ćwierćfinału, stratą tylko dwóch goli na całym turnieju i faktem, że Polacy na Euro 2016 ani przez chwilę nie przegrywali. Ale też i brakiem „walijskiego szaleństwa” w końcówkach, które skazały nas na serię karnych ze Szwajcarią i Portugalią.

Tę konsekwencję i minimalizację ryzyka ESPN określił pasywnością. „Być może Kuba Błaszczykowski nie zmarnowałby jedenastki, gdyby Nawałka nie był tak pasywny. Trener Polaków nie chciał niczego zmieniać. Pierwszą zmianę ze Szwajcarią zrobił w 101. minucie, z Portugalią w 82. W obydwu spotkaniach zrobił tylko dwie zmiany. Wydawał się czekać na karne. To niebezpieczne. Zadziałało raz, ale dwa razy już nie” – podsumował ESPN, umieszczając naszego selekcjonera w kuriozalnym gronie czterech trenerów, którzy na Euro 2016 popełnili największe błędy: Roy’a Hodgson (Anglicy zarzucili mu największe upokorzenie od 1950 roku), Hiszpana Vicente del Bosque oraz Belga Marka Wilmotsa (czyżby wg ESPN lepi okazali się Rosjanin Leonid Słucki, Turek Fatih Terim czy Rumun Anghel Iordanescu, których drużyny nie wyszły z grupy?)

Pamiętajmy jednak, że „walijskie szaleństwo”, czyli postawienie wszystkiego na jedną kartę mogło się skończyć równie dobrze katastrofą. Poza tym wychodzę z założenia, że Nawałka najlepiej wiedział jakich zmienników ma na ławce i co mogą oni dać drużynie wchodząc w końcówce. A z powodu kontuzji brakowało na niej i Macieja Rybusa i Pawła Wszołka.

Jeszcze bardziej kuriozalne wydają mi się zarzuty do selekcjonera, że Robert Lewandowski nie strzelał goli z taką regularnością jak w eliminacjach czy Bundeslidze. Pewnie, że ucieszyłbym się gdyby Lewy strzelił Ukrainie pięć goli w dziewięć minut jak Wolfsburgowi. Ale wolałem oglądać go jak w każdym meczu haruje dla drużyny, cofa po piłkę, rozgrywa, odbiera i podaje niż gdyby machał z rezygnacją rękami, że nie dostaje piłek w polu karnym i nie może przyłożyć do nich nogi, jak to drzewiej bywało w reprezentacji. Wielkie uznanie dla Nawałki za sprawienie, że Lewandowski w każdym meczu grał jak prawdziwy lider, myślący wyłącznie o drużynie, nie własnych osiągnięciach. Świat to zauważył i docenił.

Identycznie jak w przypadku Arkadiusza Milika, najlepszym strzelecem Ajaksu Amsterdam od czasu Luisa Suareza, który skończył turniej z jednym golem i asystą, ale zachwycał grą defensywną. Nasi kibice zapamiętają z Euro 2016 głównie jego nieskuteczność – acz irytację wyrażali bez hejtu, raczej z sympatią, której efektem były zabawne memy jak ten, w którym skazaniec przed plutonem egzekucyjnym w ostatniej prośbie żąda, żeby strzelał Milik.

To jednak nie przypadek, że dziś starają się wyciągnąć go z Ajaksu czołowe włoskie kluby jak Juventus Turyn (okładka „Corierre dello Sport” że miałby ewentualnie zastąpić Alvaro Moratę), Napoli (szuka następcy dla Gonzalo Higuaina), AS Roma (jeśli odejdzie Edin Dżeko) czy AC Milan (jeśli straci Carlosa Baccę). Włosi docenili to jak łatwo dochodził do sytuacji strzeleckich, jednocześnie harując jak wół w destrukcji w pomocy, jak wtedy kiedy odcinał od piłek Granita Xhakę.

Toteż Euro 2016 jeszcze się nie skończyło, a ja już nie mogę doczekać się sierpniowego zgrupowania przed pierwszym meczem eliminacji MŚ 2018 z Kazachstanem. Nawałka nie czeka. Dzień po przedłużeniu kontraktu zabrał się za szukanie boiska ze sztuczną nawierzchnią, bo na takiej będziemy grali w Astanie…

 

Michał Pazdan

Dlaczego Adam Nawałka to cudotwórca

Adam NawałkaNajpierw przełamał polską niemoc piłkarską, potem zaszachował trenera mistrzów świata, wreszcie doszedł z drużyną do ćwierćfinału Euro 2016. Ze Szwajcarią w loterii rzutów karnych nam się powiodło, z Portugalią już nie. Ale w niczym nie umniejsza to ani sukcesu polskich piłkarzy, ani ani trenera Adama Nawałki. Polska odpadła, ale w całym turnieju nie przegrała żadnego meczu. Nawałka cudotwórca?  

No jak nie cudotwórca, jak czego się nie dotknie, to zmienia w złoto! Nie ma feralnej passy, której nie zdołałby złamać. Reprezentacja Polski nigdy nie wygrała meczu na mistrzostwach Europy! Bach, jest zwycięstwo już w pierwszym spotkaniu z Irlandią Pn, której nota bene Polacy przerwali passę 12 meczów bez porażki! Rywal, który w eliminacjach stracił najmniej goli, został kompletnie zdominowany.

Reprezentacja Polski nigdy wygrała z Niemcami, nawet te słynne Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka? Proszę bardzo jest historyczne zwycięstwo na Stadionie Narodowym w aktualnymi mistrzami świata! W tamtym wygranym spotkaniu Niemcy oddali na Polską bramkę ponad 20 strzałów, uratowała nas heroiczna postawa Wojtka Szczęsnego w bramce. W bezbramkowym remisie na Stade de France na Euro 2016 już tylko dwa, a najlepszym Piłkarzem Meczu został wybrany ich obrońca, Jerome Boateng, co dobitnie świadczy jak wielki postęp zrobiła drużyn Nawałki.

Reprezentacja Polski nigdy nie wyszła na mistrzostwach Europy z grupy? Ciach, awans zapewniliśmy sobie już po drugim meczu, przerywając feralną triadę meczów na wielkich turniejach „o zwycięstwo, o wszystko i już tylko o honor”. „O honor” tym razem zagrali z Polską nasi ostatni grupowi rywale, Ukraińcy. Ci sami, którzy w eliminacjach do mundialu w Brazylii pokonała Polskę na Stadionie Narodowym 3:1, prowadząc dwoma bramkami po siedmiu minutach. Na Stade Velodrome przegrała z Polską, mimo że grała lepiej. Przesądziła świetna organizacja i determinacja w obronie. Polacy w rundzie grupowej nie dali sobie zresztą wbić ani jednego gola. Charakter dobrej drużyny poznaje się po tym, że wygrywa nawet wówczas gdy ma gorszy dzień, jak wówczas w Marsylii.

Synkowie pułku

Cudowny dotyk Nawałki widać było w każdym meczu. Co postawił na jakiegoś piłkarza, choćby i z prowincjonalnej piłkarsko ekstraklasy, ten nie tylko się sprawdzał, grał wręcz mecz życia! My dziennikarze sportowi dawno przestaliśmy się dziwić powołaniom i kwestionować ich racjonalność. Przyzwyczailiśmy się, że „Nawałka wie lepiej”, za każdym razem wychodziło na jego!

Kogo postawić na środku obrony obok jej filaru, Kamila Glika w otwarcia Euro z Irlandią Pn i z faworytami turnieju, Niemcami? Michała Pazdana z Legii? Ależ on skompromitował się z Termaliką Nieciecza, gdzie mistrzowie Polski stracili trzy gole! Nigdy nie grał przeciwko piłkarzom klasy Thomasa Muellera, Mesuta Oezila czy Mario Goetze. Ten ostatni strzelił gola Argentynie w finale mistrzostw świata, przecież Pazdana wkręci w ziemię po trzykroć!

Nawałka wiedział lepiej. Pazdan grał jak profesor, nie przepuścił żadnej piłki, ani żadnego rywala. Niemcy nawet nie próbowali prowadzić akcji jego stroną boiska. Z Ukrainą zablokował kluczowy strzał własnym ciałem. „Chiński Mur”, „Stoperan”, „Minister Obrony Narodowej” – okrzyknęli kibice w memach, a czołowe media świata umieściły w „11” rundy grupowej Euro 2016.

Kim zastąpić Kamila Grosickiego, serce, płuca i duszę reprezentacji, który skręcił kostkę i nie może zagrać z Irlandią Pn? Nawałka wystawia… 19-letniego Bartka Kapustkę, z mizernym doświadczeniem ligowym. To jedyny nastolatek na całym Euro, który zaczął mecz w pierwszym składzie (po raz drugi z Ukrainą). Nastoletnimi objawieniami turnieju mieli być Francuz Antony Martial z Manchesteru United, jego klubowy kolega, Anglik Marcus Rashford, Kingsley Coman z Bayernu Monachium, ale jest Kapustka. Pochwały na jego temat i wróżby świetlanej przyszłości tweetowali wielcy przed laty piłkarze, a dziś telewizyjni eksperci Gary Lineker i Rio Ferdinand.

A przecież takich odkryć Nawałki, „synków” – jak sam siebie nazywa Arkadiusz Milik jest w drużynie więcej, część przewinęło się w eliminacjach. Oprócz wspomnianego napastnika Ajaksu Amsterdam, z którym Nawałka współpracował w Górniku Zabrze, Krzysztof Mączyński, ściągnięty do kadry z ligi chińskiej, dziś kolejny zawodnik ekstraklasy grający na Euro jak rutyniarz. Czy Artur Jędrzejczyk, grający z konieczności na lewej obronie, gdy kontuzji doznał Maciej Rybus, którego Nawałka przesunął tam z pomocy.

Spełniona obietnica

Pamiętam grudniową rozmowę z Nawałką podczas Wigilii PZPN w Hotelu Victoria. Kapituła Plebiscytu „Przeglądu Sportowego” i TVP postanowiła przyznać mu tytuł Trenera Roku 2015, on wzdragał się go przyjąć. Tłumaczył, że za rok to bardzo chętnie, z wielką radością, bo musiałoby to oznaczać dobry występ na Euro 2016. Ale teraz, zaledwie za udane eliminacje nie ma poczucia, że sobie zasłużył. Że to dopiero początek wielkiej przygody, a drużyna jest cały czas w budowie i nie jest skończonym projektem. I niczego jeszcze nie osiągnęła, na razie spełniła obowiązek. Wreszcie, że ma już zaplanowany wyjazd do swych ukochanych Włoch…

Przekonywałem, że to nagroda bynajmniej nie za sam awans, ani nawet za historyczne zwycięstwo z Niemcami, aktualnymi mistrzami świata. To nagroda za to, jak zmienił postrzeganie kadry. Rozniecił wręcz modę na kibicowanie „biało-czerwonym”. Przecież jeszcze niedawno fani wygwizdywali z trybun własny zespół i jej kapitana, Roberta Lewandowskiego. Teraz na punkcie drużyny oszalała nie tylko cała piłkarska Polska, ale także ludzie, którzy na co dzień nie interesują się futbolem.

Za to, że sprawił iż zawodnicy znów chcą „umierać” na boisku za kadrę, nawet w spotkaniach towarzyskich. Że jeden za drugiego wskoczyłby w ogień. Że wreszcie znów zjeżdżają na zgrupowania z radością a nie jak na ścięcie i odcinają się od świata w swoich pokojach. Że zawsze grają do końca i wreszcie to oni strzelają gole w doliczonym czasie, a nie tracą, jak w ostatnich latach.

Że symbolem tej drużyny jest właśnie bramka Lewandowskiego ze Szkocją, która przypieczętowała nasz awans. Wepchnięta do siatki w ostatnich minutach spotkania w Glasgow dzięki heroicznemu wysiłkowi wszystkich zawodników, przez swą największą gwiazdę, która w karze Nawałki wreszcie grała na tym samym poziomie co w Bayernie Monachium czy wcześniej w Borussii Dortmund. Tym samym selekcjoner spełnił obietnicę daną „Przeglądowi Sportowemu” w wywiadzie tu w Hotelu Victoria, w dniu objęcia reprezentacji, a my wybiliśmy ją wtedy na pierwszej stronie: „Mam pomysł na Lewandowskiego”. Nie kłamał. Lewandowski z 13 bramkami został „królem strzelców” eliminacji.

Pot, krew i łzy

Nie była to jedyna spełniona obietnica z tamtego wywiadu. Dziś widać, że Nawałka od początku dokładnie wiedział jaką chce mieć drużynę i plan na nią. W długim, wzniosłym monologu zapowiadał, że zamierza stworzyć grupę piłkarzy gotowych do wielkich poświęceń. Takich, którym do ostatniego gwizdka nie przejdzie przez myśl, że stracili szanse na zwycięstwo. Chce widzieć pot, krew i łzy. „Nie wyobrażam sobie innego podejścia reprezentanta. To musi być zarówno obowiązek, jak i szalona satysfakcja, radość z tego, że gra się dla Polski. Ma napędzać i dawać energetycznego kopa” mówił. A Polacy tak grali w eliminacjach i na Euro 2016 z Irlandią Pn, Niemcami, Ukrainą i Szwajcarią.

Zapowiadał niespodzianki w składzie i dostaliśmy niespodzianek aż nadto. Zapowiadał, że będziemy zaskoczeni powołaniami dla zawodników z polskich klubów i byliśmy. Najbardziej chyba powołaniem na mecz z Niemcami Sebastiana Mili, który powoli szykował się do emerytury, a trener Śląska Wrocław zarzucał mu nadwagę. Po telefonie od Nawałki, że jest w kręgu zainteresowań, wziął się za siebie, co skończyło się golem w meczu z Niemcami. Na Euro 2016 Mila do kadry już się nie załapał, ale pojechał w roli korespondenta „Przeglądu Sportowego” i Onetu, robiąc m.in. kapitalne wywiady z Lewandowski, Grosickim czy Kamilem Glikiem.

Obiecywał Nawałka, że będzie jeździć po Europie i odwiedzać potencjalnych kadrowiczów i podróżował jak globrtoter, czego delikatnie mówiąc nie byli zwolennikami jego poprzednicy, ani Fornalik, ani Franciszek Smuda. Za każdym razem podejmował rozmowy o piłkarzu z jego trenerem, co zaowocowało zmianami pozycji Rybusa w Tereku Grozny czy Pawła Wszołka w Weronie.

Zapowiedział integrację drużyny i zakończenie wszystkich sporów i dziś jej integralną częścią czuje się nawet Kuba Błaszczykowski, mimo bolesnej utraty opaski. Dziś już nikt nie zamyka się w pokoju, schodząc tylko na treningi i posiłki jak poprzednio. Że piłkarze po prostu lubią ze sobą przebywać widać na wideo tworzonych przez należący do PZPN portal Łączy nas Piłka. Hasło, które znalazło się na autobusie Polaków we Francji jest prawdziwe, co doceniają zachodnie media, przeciwstawiając atmosferę w polskiej kadrze np. Portugalczykom czy Chorwatom.

Reprezentanci nie muszą się kochać. Wiem, że to niemożliwe i nikogo nie będę zmuszał. To, że jeden przyjaźni się z drugim, a obok jest grupa innych chłopaków, którzy świetnie się rozumieją, nie ma znaczenia. Oni przede wszystkim muszą się szanować, zdawać sobie sprawę, w jakim miejscu się spotkali. To jest reprezentacja Polski” – mówił Nawałka i dziś takie podejście jest w jego kadrze normą.

Konsekwencja pracoholika

Udało mi się przekonać Nawałkę i ostatecznie pojawił się na Balu Mistrzów Sportu zamiast pojechać do Italii, której od lat jest wielkim miłośnikiem. I wszystkiego co włoskie: kultury, jedzenia, stylu życia. Rzym uważa za najpiękniejsze miasto na ziemi. Tam od ponad 30 lat mieszka jego brat, Jan, dominikanin. I oczywiście włoskiego futbolu.

To właśnie we Włoszech, podczas stażu w AS Roma w 2000 r. gdzie podglądał słynnego trenera Fabio Capello, pojął to, co było później kluczem do awansu na Euro 2016 i awansu z grupy: że najważniejsza jest żelazna konsekwencja. „Capello rozbudził wielkie nadzieje, ale w pewnym momencie wyglądało to naprawdę źle. Zespół odpadł z Pucharu Włoch, była tragedia. Przegrał kilka meczów kontrolnych. Pod ośrodek przyjechały tłumy kibiców, chcieli wyważyć bramy. Ochraniali nas carabinieri, latały śmigłowce. Zarząd jednak utrzymał na stanowisku trenera, zespół zaczął wygrywać. Zaczęła się fantastyczna seria, Roma w 2001 r. zdobyła mistrzostwo Włoch. To pokazuje, że liczy się konsekwencja w realizowaniu koncepcji” wyznał Nawałka.

Nawałka z żelazną konsekwencją grał dwoma napastnikami nawet w meczach z mistrzami świata, Niemcami, przeciwko którym poprzednicy zapewne ustawiliby drużynę defensywnie. Z konsekwencją stawiał na swoich zawodników i zmienił kapitana z Kuby Błaszczykowskiego na Lewandowskiego.

A przy tym Nawałka najwięcej wymaga od samego siebie. To perfekcjonista-pracoholik, który na analizę kolejnych rywali i monitoring własnych zawodników, strategię podczas meczu i logistykę dotarcia na miejsce poświęca każda minutę. Dba o każdy szczegół, od wysokości trawy we francuskiej bazie reprezentacji La Baule, po kulinarne przyzwyczajenia lewego obrońcy najbliższego rywala Polaków.

Najboleśniej przekonują się o tym członkowie jego sztabu, od asystentów po fizjoterapeutów. Po meczach zbiera wszystkich i przez kilka godzin analizują wydarzenia na boisku. Podobno po zwycięstwie nad Irlandią, które zapewniło Polsce awans do Euro 2016, sztab spał tylko dwie godziny, ale nie z powodu świętowania, tylko nocnej analizy spotkania.

Euro 2016 rozplanował dokładnie co do godziny od pierwszego zgrupowania Juracie po uczestników konferencji prasowej ostatniego meczu.

Jeśli Adam Nawałka nadal będzie trenerem reprezentacji, pewnie dostanie podwyżkę. I będzie to chyba jedyna podwyżka, przeciwko której nikt w Polsce nie będzie protestował.

Adam Nawałka