Misja: Rosja! Czyli jak Lewy przekłuł balonik

Robert LewandowskiNie mogę przestać zachwycać się Robertem Lewandowskim. Nie chodzi tylko o postawę na boisku i rekordowe w historii eliminacji mistrzostw Europy 16 goli. Te przesądzających o zwycięstwie jak z Danią, pozwalające uniknąć kompromitacji jak ten w doliczonym czasie z Armenią na Narodowym czy odwracające losy spotkania jak ten ostatni z Czarnogórą. O nich napisano już wszystko.

Nie chodzi też o postawę poza boiskiem – szczęśliwe małżeństwo, styl życia pozwalający tak długo unikać kontuzji na niespotykaną skalę, mądre inwestowanie zasłużonej fortuny, unikanie skandali i rajów podatkowych jak w przypadku równie wielkich kolegów, zaangażowanie w akcje charytatywne, wreszcie pozostawanie normalnym kolesiem na ile tylko pozwala tylko status rozpoznawalnego wszędzie na świecie gwiazdora.

Znów zaimponował mi czymś nowym! Postawą po ostatni gwizdku sędziego w meczu z Czarnogórą. Gdy cały stadion – koledzy, sztab szkoleniowy, kibice i oczywiście my, dziennikarze – rzuciliśmy się wszyscy świętować pierwszy od 12 lat awans na mundial, on zasłaniając dłonią usta dłonią, już tam na murawie recenzował Adami Nawałce zakończone właśnie spotkanie. I po kręceniu głową i minie selekcjonera można było poznać, że nie była to recenzja pochwalna.

Gdy przez media społecznościowe przelewała się już euforia z zapewnienia pierwszego koszyka i pierwsze spekulacje co jesteśmy w stanie osiągnąć w Rosji, a kilku jego kolegom zdarzyło się zdradzić, że ich marzeniem jest medal, Lewy przebił balonik zanim ktokolwiek zdążył go napompować. W pierwszym wywiadzie zastrzegł, że „nie wolno oszukiwać rzeczywistości”, bo „szczerze mówiąc mecz z Czarnogóra nie był w naszym wykonaniu nawet dobry”. Że „jest wiele rzeczy do poprawy, nie tylko pod względem piłkarskim ale i mentalnym”. Że „czasami wyłączamy się i myślimy jakby już było po meczu”, a „ławka rezerwowych pozostawia wiele do życzenia”. I wyliczył kwestie do poprawy: ustawianie się i ruch bez piłki, atakowanie rywala, zbyt częsta gra do tyłu, zbyt mało piłek do napastników…

To były słowa prawdziwego, odpowiedzialnego lidera, który właśnie zaczął misję: Rosja. Którego nie usatysfakcjonuje sam udział w mundialu. Świadomego, że właśnie na tym turnieju będzie w apogeum kariery i pragnie wykorzystać to najlepiej jak będzie w stanie, marginalizując możliwość błędu do minimum.

Nie jest kimś, komu wynik przesłoni braki, na które wielu z nas macha ręką, bo skoro jest awans to po co drążyć temat. Lewandowski woli drążyć teraz, niż w lipcu po ewentualnym niepowodzeniu. A że braki widzi, najdobitniej świadczą pełne nadziei słowa, że „do lata znajdzie się kilka perełek, kilku nowych zawodników się pokaże” (swoją drogą nie licząc Arkadiusza Milika, niestety nie widać ich na horyzoncie, może poza Dawidem Kownackim…).

To wypowiedź z tego samego gatunku, co krytyka władz Bayernu za nie sprowadzenie odpowiednio wielkich gwiazd. Kilku kolegów w szatni Monachium miało prawo poczuć się niekomfortowo, tak jak i teraz w szatni Narodowego. W przypadku kadry odczytuję ją jako apel do kolegów o pracę nad sobą. Nie pozwalający im zachłysnąć się samym awansem i zapomnieć jak wyglądał mecz w Kazachstanie, jak z Armenią na Narodowym, jak z Danią. O błędach, które w Erywaniu pozwoliły zdobyć gola tak słabym gospodarzom, a Czarnogórcom doprowadzić w niedzielę do remisu 2:2.

To słowa ambitnego, pragnącego sukcesów sportowca, który mówi jak jest, nie lukruje, nie ściemnia w imię poprawności. To zupełnie nowa twarz Lewandowskiego. Ale podoba mi się.

Ma szczęście Nawałki, że doczekał się takiego lidera. Arcyskutecznego na boisku i biorącego odpowiedzialność poza nim. To nagroda za decyzje selekcjonera, który sporo zaryzykował i nie bacząc na wzbudzone kontrowersje, przekazał Lewemu opaskę kapitana. I za znalezienie pomysłu na napastnika, wygwizdywanego u poprzednika za to, że nie jest tak skuteczny w reprezentacji jak w klubie. U Nawałki Lewandowski zdobył 33 gole w 33 meczach. I rozpoczął już drugą 50.

Ma i Lewy szczęście do selekcjonera. Nawałka nie spoczął na laurach po udanym Euro 2016. Nie jest przypadkiem, że jako pierwszy trener w historii naszego futbolu awansował na drugi turniej z rzędu. Uniknął błędów poprzedników jak Leo Beenhakker, Paweł Janas czy Jerzy Engel.

W udowodnił nam i zawodnikom, że potrafi zarządzić kryzysem. Najpierw przywracając drużynę do pionu, gdy w pierwszych meczach po turnieju we Francji kilku piłkarzy „zostało w hali odlotów”. Męska rozmowa i ultimatum zaowocowały świetnym występem Rumunią, jednym z najlepszych pod jego wodzą. Pomógł też zespołowi wrócić na właściwe tory po laniu w Kopenhadze, choć taka klęska mogła wykoleić nasze mundialowe aspiracje.

Układ” między takim trenerem i takim liderem pozwalają z optymizmem myśleć o misji: Rosja. Czyli o wyjściu z grupy, jaka ona nie będzie. Wybiegać dalej nie warto.

Adam Nawałka

Kto się upomni o współczesnych niewolników

Demonstracja przeciwko złemu traktowaniu robotników w KatarzeWładający futbolem szejkowie z Kataru zapewne życzyliby sobie, żeby świat koncentrował się na sukcesach należącego dni nich PSG w Lidze Mistrzów. Drużyna zdała właśnie pierwszy wielki test, upokarzając na Parc des Princes Bayern Monachium. Albo już – pal diabli – na konflikcie w paryskiej szatni, gdzie nie wszyscy kochają Neymara i akceptują jego arcygwiazdorski status, zresztą – jak było widać w środowy wieczór – konflikt nie przeniósł się na boisko.

Niestety także w środę pozarządowa organizacja zajmująca się ochroną praw człowieka, Human Rights Watch ogłosiła kolejny raport na temat nieludzkich warunków, w jakich pracują w Katarze zagraniczni robotnicy, budujący infrastrukturę na mundial w 2022 roku.

Wg Human Rights Watch ponad 800 tys. robotników wznoszących obiekty na mistrzostwa świata pracuje w warunkach stanowiących zagrożenie nie tylko zdrowia ale i życia. Rocznie giną setki z nich. Niestety władze Kataru odmawiają szczegółowych informacji, sporadycznie przeprowadzają śledztwa w celu wyjaśnienia przyczyny zgonów, nie mówiąc o wypłacie odszkodowania rodzinom w Bangladeszu, Pakistanie, na Filipinach czy biednych krajach Afryki skąd Katarczycy importują tanią siłę roboczą.

Jak pisze „Guardian”, ostatnie ujawnione liczby pochodzą z 2012 roku. Katarczycy przyznali wówczas, że śmierć poniosło 520 pracowników, jednak aż w 385 przypadków nie zbadano okoliczności zgonów.

Organizacje praw człowieka już wcześniej alarmowały, że cudzoziemscy robotnicy giną, pracując na wysokościach bez stosownych zabezpieczeń (w ubiegłym roku miało z tego powodu zginąć 35 z pracowników), często po kilkanaście godzin dziennie. Ponadto pracodawcy traktują robotników jak niewolników, uzależniając wypłaty od własnego widzimisię. Często ich biją, głodzą, zdesperowani przyjezdni nie mają się nawet komu poskarżyć.

Robotnicy w KatarzeŻycie „współczesnych niewolników” pracujących w Katarze dobitnie pokazuje film dokumentalny Adama Sobela „Workers Cup”, zaprezentowany w styczniu na festiwalu w Sundance, który lada moment trafi do kin na całym świecie. Opowiada on o zawodnikach biorących udział w turnieju zorganizowanym dla pracowników firm budowlanych w Katarze, jednocześnie śledząc ich losy codzienne.

Poznajemy 21-letniego Kennetha z Ghany, który marzył o zostaniu piłkarzem i w tym celu przybył do Kataru, ale oszukano go. Choć zapłacił agentowi 1500 dolarów, okazało się, że będzie tu budował stadiony zamiast na nich grać. Umesha z Indii, który przez osiem lat nie zobaczy swojej rodziny, w tym synów, którym nadał imiona na cześć gwiazd Manchesteru United. Kenijczyka Paula, który odcięty od rodziny walczy z samotnością szukając miłości na Facebooku. Padama z Nepalu, którego związek z żoną rozpada się z powodu oddalenia.

Mieszkają w kontenerach na przedmieściach, by nie razić widokiem możnych obywateli Dauchy. Nie wolno im się poruszać po mieście ani w ogóle państwie samodzielnie. Nie mogą odejść z firmy, znaleźć sobie lepiej płatnej pracy czy w lepszych warunkach. O ich losach decyduje pracodawca. On tez decyduje kiedy wrócą do domu, ponieważ ich paszporty są konfiskowane natychmiast po przyjeździe. Zwykle bez względu na to, co dzieje się z ich rodzinami w ojczyźnie, muszą do końca wypełnić kontrakt.



W najnowszym raporcie Human Rights Watch skupiła się na zgonach z powodu pracy w nieludzkim upale. Wg Katarczyków wielu robotników umiera w trakcie pracy „z powodów naturalnych”, dlatego nie badają okoliczności śmierci. A jeśli nawet badają, to jak w przypadku 48-letniego Jaleshwara Prasada, ogłaszają, że „śmierć nie miała nic wspólnego z warunkami pracy”.

Jednak zdaniem autora raportu HRW, Nicholasa McGeehana, przyczyną często są udary mózgu, zawały serca czy niewydolność oddechowa, wywołane pracą w ciągu dnia w temperaturze sięgającej latem nawet 50 stopni Celsjusza. W przypadku zmarłego w kwietniu Prasada, temperatura sięgała w ciągu dnia do 39 stopni.

W Katarze obowiązuje narzucona przez rząd przerwa w pracy na budowach w godzinach największego upału, czyli od 11.30 do 15.00, ale tylko od 15 czerwca do 31 sierpnia. Eksperci HRW uważają, że to nie wystarcza. Godziny pracy powinny być dostosowane do bezpiecznych temperatur, a nie godzin czy kalendarza. Analizy meteorologiczne na podstawie systemu Humidex, mierzącego poziom gorąca i wilgotności, w ubiegłym roku w Dausze wszelka praca poza klimatyzowanymi pomieszczeniami groziła udarem przez 1176 godzin, także w nocy. Tymczasem rządowa przerwa objęła tylko 273 godziny.

We wnioskach do swojego raportu McGeehan wzywa rząd Kataru do wnikliwej analizy zgonu każdego robotnika i wprowadzenia nowych przepisów chroniących pracujących na otwartej przestrzeni. W przeciwnym razie będzie dochodzić do co raz większej liczby wypadków w miarę jak finiszować będą prace nad mundialową infrastrukturą. Dziś przy budowie samych stadionów pracuje 12 tys. robotników, wkrótce ich liczba ma się potroić do 35 tys.

FIFA, narodowe federacje piłkarskie oraz sponsorzy mistrzostw świata zamiast stać z boku i umywać ręce, powinny wywierać presję na władze Kataru, by lepiej chroniły robotników przed upałem i wilgotnością. – Powinny zażądać też odpowiedzi na dwa proste pytania: ile osób zginęło przy pracy na budowach od 2012 roku i w jakich okolicznościach – mówi McGeehan. Robotnicy w Katarze

Hakerzy czekają na mundial w Rosji

Hakerzy i mundial w RosjiEksperci od ochrony komputerów, specjaliści od bezpieczeństwa w sieci oraz doświadczeni hakerzy zostaną włączeni do ekipy reprezentacji Anglii podczas przyszłorocznych mistrzostw świata w Rosji. Ich zadaniem będzie chronić piłkarzy Albionu oraz sztab trenera Garetha Southgate’a przed cyfrowymi szpiegami.

Jak pisze „The Times”, Angielska Federacja Piłkarska (FA) została ostrzeżona przez brytyjskie MSZ, że podczas mundialu w Rosji ekipa będzie narażona na infiltrację hakerów, starających się wykraść m.in. tajne dane medyczne dotyczące zawodników, założenia taktyczne z komputerów kadry szkoleniowej czy prywatną korespondencję piłkarzy z bliskimi, przyjaciółmi oraz zdjęcia z ich smartfonów i laptopów. Każdy sprzęt elektroniczny jakim będą dysponowali kadrowicze będzie zagrożony shakowaniem. Rosyjscy hakerzy uważani są za najzdolniejszych na świecie. Wspierani przez Kreml, dysponują ponoć najlepszym sprzętem i kanałami udostępnianymi przez służby specjalne. Dali temu dowód nie tylko podczas wyborów prezydenckich w USA, doprowadzając do wycieku mejli sztabu kontrkandydatki Donalda TrumpaHillary Clinton czy podczas wyborów prezydenckich we Francji. Już w 2011 FBI informowało, że Rosjanie wykradli całą korespondencję angielskiego komitetu walczącego z Rosją o organizację MŚ w 2018.

Rosyjska (jak się przypuszcza) grupa hakerska Fancy Bears regularnie hakuje FIFA. Ostatnio ujawniła korespondencję na temat dopingu wśród piłkarzy, w tym listę zawodników, którzy podczas mundialu w RPA w 2010 korzystali z zakazanych środków w celach leczniczych. Wcześniej zaś wykradła WADA informacje na temat leków przyjmowanych przez siostry Williams, brytyjskiego kolarza Bradleya Wigginsa czy mistrza olimpijskiego na 5000 i 10000 metrów Mo Faraha. Niektórzy twierdzą, że Fancy Bears robi to na zlecenie Kremla, który po wybuchu afery dopingowej w Rosji i zawieszeniu rosyjskich lekkoatletów, chce udowodnić, że doping biorą wszyscy sportowcy na świecie.

Oprócz zatrudnienia specjalistów, mających czuwać nad reprezentacją Anglii, FA planuje zabronić zawodnikom korzystania z publicznych sieci wi-fi na lotniskach czy w hotelu. W bazie zainstalowane zostanie stałe łącze internetowe, zabezpieczone najsilniejszymi firewallami i zaszyfrowanymi hasłami. Piłkarze już zostali poproszeni o wzmocnienie haseł do swoich kont w social mediach. Okazało się, że kilku z nich nadal używało jako hasło ciągu cyfr: 1,2,3,4,5,6,7…

Hakerzy i mundial w Rosji 

Komu bije cykl

Ranking FIFA - Polska na 12 miejscuNigdy jeszcze sprawdzanie miejsca piłkarskiej reprezentacji Polski w rankingu FIFA nie było tak ekscytujące jak obecnie. Nigdy też od naszego ruchu w górę o parę pozycji tak wiele nie zależało. Kibice oczywiście odnotowywali, że np. w 2013 roku kadra spadła na historyczne dno, a potem mozolnie pięła się w górę. Ale media robiły to raczej z „kronikarskiego obowiązku”, wymieniając egzotyczne kraje, które nas wyprzedziły. Czołówek wiadomości z tego nie było, bo w końcu co za różnica, czy zajmowaliśmy 62. miejsce jak na koniec 2010 roku czy 63. jak cztery lata później? „Rankingi nie grają, decyduje boisko” – pocieszaliśmy się kolejnymi doniesieniami.

Teraz możemy się szczycić, że ranking dobitnie odzwierciedla postawę piłkarze Adama Nawałki na boisku. Z 20 ostatnich meczów o punkty przegrali zaledwie dwa (tylko jeden w normalnym czasie gry) – i to z aktualnym mistrzem świata oraz przyszłym mistrzem Europy. Toteż teraz gdy śrubujemy rekordy, ranking FIFA stał się ulubionym tematem rozmów. Dopiero co staruszek taksówkarz wiozący mnie na lotnisko, zachwycał się, że wyprzedziliśmy takie piłkarskie nacje jak Chorwacja, Anglia czy Włosi. I dopytywał kto tam następny do łyknięcia. „Szwajcaria? No panieeeee…”

Jeśli kadrowicze nie zdejmą nogi z gazu w eliminacjach do mundialu w Rosji, pod koniec roku możemy wejść do czołowej dziesiątki! To zaś z kolei może sprawić, że 1 grudnia na Kremlu reprezentacja Polski będzie losowana z pierwszego koszyka (wiem, że dopiero półmetek eliminacji, że matematyka itd, ale po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku Polaków na MŚ).

Pierwszy koszyk to tyleż wielki prestiż co ułatwienie, bo pozwoli uniknąć w grupie największych jak Brazylia, Niemcy, Hiszpania lub Portugalia. Choć z drugiej strony przecież wspomniani Niemcy czy Portugalczycy zupełnie nam nie straszni. Nawet lepiej, byłby wielkie mecze, okazje do rewanżu, starcia Lewego z Cristiano Ronaldo, Manuelem Neuerem, Neymarem… Po to właśnie wymyślono mundial!

Jak to w futbolu, tam gdzie jedni kibice mają wreszcie powody do dumy, inni w desperacji drą szaty i szarpią włosy na głowie, przecierając oczy w zdumieniu, co stało się z ich drużynami. Żeby nasz sen o pierwszym koszyku się spełnił (FIFA prawdopodobnie rozstawi siedem najwyżej notowanych reprezentacji świata oraz gospodarzy) na turniej do Rosji musiałaby nie pojechać Argentyna. Mundial bez wicemistrzów świata, którzy występują na nim nieprzerwanie od 1970 roku i bez Leo Messiego, jednej z największych piłkarskich gwiazd wszech czasów? Byłaby to ogromna sensacja i strata dla widowiska, ale świat przeżył mundial w 2014 bez Lewandowskiego, to przeżyje i bez gwiazdora Barcelony.

Minimalne szanse na awans ma Holandia, której zabrakło już na Euro 2016. Właśnie skompromitowała się przegrywając z Bułgarią i zajmuje czwarte miejsce w grupie. Gdyby w Rosji zabrakło i Oranjes i Albicelestes, nie obejrzelibyśmy drugiej i trzeciej najlepszej drużyny poprzedniego mundialu.

Byliśmy świadkami sporych przetasowań na szczycie reprezentacyjnego futbolu już podczas Euro 2016. Zamiast tradycyjnych nacji sukcesy odnosiła Islandia, Walia, Polska, a ten największy Portugalia. Patrząc na to przypominają się słowa Jose Maria Bakero, który wiosną 2010 wieszczył mi koniec fenomenalnej passy FC Barcelona. Drużyna Pepa Guardioli zdobyła sezon wcześniej wszystkie trofea jakie były do zdobycia i wydawało się, że w kolejnym jako pierwsza obroni zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Za chwilę w finale mundialu w RPA miało zagrać aż siedmiu wychowanków jej akademii, La Masia

Ale Bakero machał ręką i jak mantra powtarzał słowo: „ciclo, ciclo, ciclo”. Wg niego i ta dominacja kiedyś się skończy, bo wszystko jest kwestia cyklu. Trafiła się generacja świetnych piłkarzy, ale kiedy zacznął kończyć kariery, długo przyjdzie poczekać na następców. Oczywiście szkolenie jest bardzo ważne, mówił, La Masia uczy systemu i dodatkowo wpaja istotne wartości. Daje przewagę nad klubami, które nie mają tak rozwiniętych akademii. Pozwoli wyłuskać największe talenty, ale one muszą się trafić. Ale nie łudźmy się, że po Xavim, Inieście czy Puyolu od razu przyjdą godni następcy. Tak samo było z „Dream Teamem” Johana Cruyffa, którego byłem częścią. Barcelona musiała czekać kilkanaście lat, aż przyjdzie kolejny cykl.

Tak jak nasz polski sukces trudno przypisać fenomenalnemu systemowi szkolenia, tak trudno zarzucić Holendrom, że nagle przestali umieć uczyć gry w piłkę. Po prostu trenerzy dostali gorszy materiał. My mieliśmy szczęście, że Nawałka miał kogo skrzyknąć i komu rozdzielić role. Zwolniony właśnie Danny Blind, którego drużyna z ośmiu ostatnich meczów wygrała tylko te z Luksemburgiem i Białorusią, zamiast Sneijdera, van Persiego, van der Vaarta i van der Sara musiał wystawiać Depay, van Ginkela, Jansena, a ostatnim pod swoją wodzą meczu z Bułgarią 17-letniego Matthijsa De Ligta.

Argentyńczycy przypadek warty osobnego felietonu. Zajmują dopiero piąte miejsce w tabeli i o ile je utrzymają – a właśnie na cztery mecze stracili Messiego, zdyskwalifikowanego za zwyzywanie sędziego – zagrają o mundial w barażach. Ich kryzys to nie wina końca cyklu – na świecie nadal gra mnóstwo zdolnych piłkarzy, których symbolem jest Paulo Dybala – tylko chwilowo nie w reprezentacji Edgardo Bauzy. Argentyńska federacja pogrążyła się w totalnym chaosie po śmierci wieloletniego szefa, Julio Grondony, niczym bliskowschodnie państwa po obaleniu dyktatorów – póki byli szerzyła się korupcja i bezprawie, ale przynajmniej panował porządek. Teraz trwa bezwzględna walka o władzę.

Leo Messi

MŚ 2018. Z tej grupy da się wyjść i to na pierwszym miejscu

Oliver Bierhoff był dla nas łaskawySzczęśliwą rękę miał dla nas Oliver Bierhoff. Strzelec „złotego gola” w finale mistrzostw Europy w 1996 roku podarował nam „złoty los” – najsłabszą drużynę (może obok Walii, choć ta ma przynajmniej światową supergwiazdę – Garetha Bale’a) z pierwszego koszyka – Rumunię. W jej kadrze trudno dopatrzeć się gwiazd na miarę Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka czy Kamila Glika. Oraz równorzędnego rywala z koszyka drugiego – Danię. Nie musimy robić dobrej miny do złej gry i pocieszać się, że „futbol jest nieprzewidywalny” etc gdybyśmy trafili do grupy G z Hiszpanią i Włochami albo do grupy A z Holandią i Francją. To jest grupa na miarę naszych możliwości i do awansu z pierwszego miejsca! Bynajmniej nie mam zamiaru już w tym momencie odtrąbić awansu na mundial w Rosji. Słusznie zauważył prezes PZPN, Zbigniew Boniek w tej grupie każdy może stracić punkty z każdym, zwłaszcza z Czarnogórą o czym od paru lat przekonują się najwięksi. Ale to oznacza również, że każdy z naszych rywali może – a nawet powinien – stracić punkty z nami. Awans nie jest żadnym Mission:Impossible. Mogło być znacznie gorzej, a jednocześnie trudno wyłuskać z rozlosowanych grup łatwiejszą od naszej. Chyba, żebyśmy trafili w miejsce Węgier do grupy z Portugalią, Szwajcarią, Wyspami Owczymi, Łotwą i Andorą, gdzie rywale z dolnych koszyków są znacznie łatwiejsi niż u nas, ale za to dwie pierwsze drużyny – silniejsze. Patrząc na postępy kadry Adama Nawałki, to jak jest zjednoczona, jak potrafi przełamywać przeciwności, na jej równy marsz na Euro 2016 i kolejnych zawodników aspirujących do pierwszej drużyny, trudno nie być umiarkowanym – nie euforycznym, podkreślam – optymistą po losowaniu w Sankt Petersburgu. Nawałka – choć nieobecny w Rosji – znów okazał się farciarzem, jak podczas kilku spotkań swej kadry…

Rosja 2018

#Justiciaparatopo

JusticiaParaTopoMam szczerą nadzieję, że członkowie Komisji Dyscyplinarnej UEFA, którzy 21 maja zajmą się „incydentem pozasportowym z udziałem trenera Bayernu Monachium, Pepa Guardioli” szybko rozejdą się do innych zajęć, nie wydając bezdusznego werdyktu, czym strzeliliby w stopę szacownej federacji. Rozumiem przeczulenie UEFA, by piłkarze czy trenerzy przy okazji meczów nie prowadzili agitacji politycznej, ani religijnej, nie prowokowali kibiców rywali czy po prostu nie prowadzili ordynarnej kampanii reklamowej dla swego sponsora – odsłaniając hasła, slogany czy hasztagi na koszulkach po strzelonych golach lub na konferencjach.

Guardiola nie agitował za niepodległością Katalonii, napis na jego koszulce nie głosił, że „Porto to stara k…”, nie reklamował na chama żadnej. Wchodząc na konferencję prasową przed rewanżowym meczem Ligi Mistrzów z FC Porto w czarnej koszulce z napisem #justiciaparatopo (sprawiedliwość dla Topo) upominał się o sprawiedliwe śledztwo, mające wyjaśnić śmierć znanego dziennikarza sportowego i swego znajomego, Jorge „El Topo” Lopeza. Jak napisała w podziękowaniu na Twitterze wdowa po dziennikarzu, Guardiola doskonale zdawał sobie sprawę, że ryzykuje karą, ale mimo to postanowił okazać solidarność. Gdy jeden z najwybitniejszych trenerów świata świadomie i na zimno łamie zasady, żeby przyciągnąć naszą uwagę na jakiś problem, warto się wsłuchać.

Jorge Lopez był doświadczonym i szanowanym dziennikarzem sportowym z Argentyny, pracującym również dla hiszpańskich mediów. Przydomek „Topo” (Kret) nadano mu 18 lat temu, ponieważ świetne newsy i tematy potrafił wydobyć wprost spod ziemi. Przyjaźnił się z wieloma osobistościami ze świata futbolu. Był korespondentem na ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Brazylii. W nocy przed półfinałem Brazylia – Niemcy zginął w wypadku samochodowym w Sao Paolo w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Wracał taksówką do hotelu, gdy o 1.30 nad ranem w jego samochód uderzył kradziony nissan, którym trójka nastolatków uciekała przed policyjnym pościgiem. 38-letni reporter wypadł na zewnątrz i zginął na miejscu. Trójce złodziei nic się nie stało.

JusticiaParaTopo„Topo” jechał do hotelu, w którym czekała na niego żona Veronica Brunati, dziennikarka „Marki”, która o śmierci męża dowiedziała się… z twitterowego wpisu poruszonego Diego Simeone, który żegnał przyjaciela. Odpisała trenerowi Atletico Madryt: „Nie. Diego nie pisz takich rzeczy. Proszę, niech ktoś do mnie zadzwoni”.

Dziś Brunati dziwi się, że sprawcy wypadku odpowiadają z wolnej stopy. Uważa, ze doszło do morderstwa. Spowodowanie wypadku to w Brazylii częsta metoda złodziei na zatrzymanie samochodu, by potem okraść rannych. W podobnych okolicznościach na drodze do Belo Horizonte zginęła dwójka innych argentyńskich dziennikarzy, a kolejnych dwóch trafiło do szpitala. Nie wiadomo też czy jakiś związek ze śmiercią „Topo” ma fakt, że wcześniej podczas turnieju został on wraz żoną ostrzelany przez nastoletniego sprawcę, jednak nie jednego z tych, którzy byli na miejscu wypadku.

Śmierć Lopeza wywołała wielkie poruszenie nie tylko w jego ojczyźnie. Kondolencje przesłała żonie piłkarza FIFA. Leo Messi, który z „Topo” znał się od 2004 roku zadedykował mu półfinałowe zwycięstwo z Holandią. „To zwycięstwo specjalnie dla ciebie, mój przyjacielu. Uściski dla całej rodziny i dużo sił” – napisał na Facebooku. Javier Mascherano przekazał rodzinie wpływ z wydanej po mundialu autobiografii. Z kartkami napisem #justiciaparatopo występowali w mediach m.in. Diego Maradona, ale i Urugwajczyk Diego Forlan. Nikomu nie przyszło do głowy protestować, kiedy w styczniu przed meczem Barcelona – Atletico Madryt obie drużyny ustawiły się na murawie do zdjęcia z banerem żądającym sprawiedliwego procesu.

JusticiaParaTopo

UEFA w swej dbałości o poprawność polityczną popada w co raz większe absurdy. Jak najbardziej rozumiem karę dla cwaniaczka Nicklasa Bendtnera, który po golu dla Danii na Euro 2012 bezczelnie uniósł koszulkę i opuścił spodenki, by odsłonić logo firmy bukmacherskiej. Ale karać Guardiolę? Dobrze, że Andres Iniesta wbił gola Holandii w finale mistrzostw świata w RPA, a nie na mistrzostwach Europy, bo pewnie trafiłby przed Komisję Dyscyplinarną UEFA za odsłonięcie pamiętnej koszulki „Dani Jarque: siempre con nosotros” (Dani Jarque: zawsze z nami) upamiętniając zmarłego kolegę z Espanyolu Barcelona. Czy i Kaka poniósłby dziś surową za wzruszający napis na koszulce „I Belong to Jesus” odsłaniany po wygranych finałach mundialu w 2002 roku i Ligi Mistrzów w 2007? Jeśli tak to futbolowe obyczaje schodzą na psy.

JusticiaParaTopo

Mundial pod choinkę

Qatar 2022„Więc idą Święta, a ty coś narobił?” – zaczyna swoją słynną piosenkę „Happy Christmas (War is Over) John Lennon. FIFA zrobiła nam właśnie mistrzostwa świata w Boże Narodzenie. W 2022 roku z zakupów świątecznych, kolejek po karpia itd pędzić będziemy prosto na mecze mundialu w w Katarze. Wieszać bombki na choince będziemy zapewne gdzieś w okolicach półfinałów. FIFA oficjalną decyzję ogłosi w marcu, ale dziś widać, że jedyny termin nadający się do rozegrania turnieju to od 26 listopada do 23 grudnia, z finałem w przeddzień Wigilii. W innym czasie w tamtym miejscu rozegrać się mistrzostw nie da.

W tradycyjnych dla mundialu miesiącach letnich temperatura w Katarze dochodzi do 50 stopni. Organizatorzy zapewniają co prawda, że wszystkie spotkania odbędą się na klimatyzowanych stadionach, ale przecież i piłkarze i kibice muszą coś robić między meczami. A latem nie wyściubią nosa z klimatyzowanego hotelu aż do późnego wieczora. Styczeń i luty 2022 gdy temperatura w ciągu dnia spada do 25 stopni też odpada, ponieważ mundial nie może nałożyć się na zimowe igrzyska olimpijskie. Proponowane przez europejskie kluby kwiecień i maj są z kolei nie do przyjęcia dla świata muzułmańskiego ze względu na trwający przez cały kwiecień ramadan. Zostaje więc końcówka roku i mundial na Święta, co najbardziej zachwieje systemem rozgrywek klubowych w Europie oraz Ligą Mistrzów i Europy, wprowadzając chaos na co najmniej dwa sezony.

Jakimś wyjściem byłoby zapewne przeniesienie mundialu gdzie indziej, ale o tym nie mówi już nikt, nie tylko – co oczywiste – w FIFA, nie protestuje też żaden z rywali Seppa Blattera do fotela prezydenta federacji, ani jego naczelny krytyk, szef UEFA, Michel Platini, ani nawet szefowie czołowych lig i klubów Europy, którym termin jest najbardziej nie na rękę. Katar oplótł interesami świat sportu tak szczelnie, że coś takiego zaproponowałby tylko szaleniec. Świat sportu, a nie tylko futbolu, bo Katarczycy to nie tylko właściciele PSG, sponsorzy FC Barcelona, hojnie opłacający swoich „ambasadorów” od Pepa Guardioli po Zinedine’a Zidane’a, w których akademii piłkarskiej Aspire młodych chłopców trenują najlepsi katalońscy trenerzy, odpowiadający w swoim czasie za rozwój Leo Messiego czy Cesca Fabregasa, zarządzanej przez byłego piłkarza i dyrektora Realu Madryt, Ivana Bravo. W Katarze odbyły się już lub odbędą w najbliższym czasie klubowe mistrzostwa świata siatkarzy, mistrzostwa świata piłkarzy ręcznych, w pływaniu, boksie, kolarstwie i lekkoatletyce, regularnie odbywa się tam Diamentowa Liga, a najlepsi tenisiści przyjeżdżają na turnieje WTA i ATP. Dziś Katar w sporcie to mocarstwo na miarę Niemiec. Czy ktoś wpadłby na pomysł, żeby odbierać imprezę Niemcom?

Toteż klubom z Europy zależy już tylko na sowitych rekompensatach za gwałt na wypracowanym od lat i uzgodnionym ze stacjami, płacącymi krocie za prawa telewizyjne. Sekretarz generalny FIFA, Jerome Valcke już im zresztą odpowiedział, żeby na żadne zadośćuczynienie nie liczyli, bo FIFA i tak płaci klubom za zwalnianie zawodników piłkarzy na mundial. Za ostatni turniej w Brazylii wypłaciła 70 milionów dolarów. Mówi się, że na majowym kongresie FIFA podniesie tę sumę do 210 milionów.

Mundial świąteczny zaburzy funkcjonowanie aż 50 lig, ale czy kluby, a zwłaszcza sami piłkarze rzeczywiście wyjdą na tym aż tak bardzo źle? Niekoniecznie. W UEFA już jest plan B na rozegranie europejskich pucharów wg którego faza grupowa Ligi Mistrzów zaczęłaby się pod koniec sierpnia,a skończyła do 12 listopada, kiedy to najlepsi piłkarze pojechaliby na przedmundialowe zgrupowania. Żeby załatać dwumiesięczną dziurę w rozgrywkach ligowych, zaczną się one miesiąc wcześniej niż zazwyczaj i skończą miesiąc później. Mowa nie tylko o pierwszych ligach, ale także drugich, ponieważ mistrzostwa świata nie mogą mieć konkurencji. Nie wiadomo jeszcze co z pucharami krajowymi. W Anglii już zaczęła się dyskusja czy nie zawiesić mniej prestiżowego Pucharu Ligi, czy może tylko zrezygnować z dwumeczów w półfinale i powtórek w Pucharze Anglii.

Na pewno też trzeba będzie przesunąć termin Pucharu Narodów Afryki, planowanego na styczeń 2023. Z pewnością też na kilka lat wyparują z kalendarza mecze towarzyskie.

Wygląda więc na to, że najlepiej na świątecznym terminie mundialu wyjdą sami piłkarze, którzy zagrają mniej spotkań. Także dlatego, że po raz pierwszy w historii przystąpią do turnieju nie wymęczeni sezonem, ale na jego półmetku, a więc w najlepszej możliwej formie. Paradoksalnie najwięcej mogą na tym skorzystać ci, którzy najbardziej mundial w Katarze krytykują, czyli Anglicy. Ich Premier League jest najbardziej wyczerpująca i nie zna przerwy zimowej, co jak podkreślał kiedyś Platini, przesądza, że Wyspiarze nigdy nie wygrają żadnego turnieju. Jak zauważył Phil Neville, Anglicy wreszcie rozegrają jakiś turniej na świeżych nogach, a nie wymęczeni dziewięciomiesięczną walką. Klub Premier League, nawet jeśli będzie uczestnikiem Ligi Mistrzów, do mundialu zdąży zagrać w sezonie najwyżej 14 spotkań. W 2006 roku Wayne Ronney zanim dojechał po kontuzji na mistrzostwa świata w Niemczech, miał na liczniku 54 spotkania.

Dotyczy to zresztą nie tylko piłkarzy reprezentacji Anglii, ale wszystkich międzynarodowych gwiazd świata, które w będą wówczas występować w Europie. Kto więc wie czy turniej w Katarze nie okaże się najlepszym i najbardziej wyrównanym mundialem w historii. Jedno jest pewne, życzenia „Wesołych Świąt” składane piłkarzom w 2022 roku nabiorą nowego znaczenia.

Qatar 2022

KONKURS! Mój magiczny futbolowy moment 2014

Cristiano Ronaldo i Leo MessiJak wiadomo nasz piłkarski świat dzieli się na tych, którzy uważają, że najlepszym piłkarzem świata jest Cristiano Ronaldo i tych, którzy twierdzą, że przecież Leo Messi. Nie ma wątpliwości, że po latach będziemy wspominać ten okres w futbolu jako erę Messiego i CR7 oraz jakiegoś trzeciego trzeciego przez chwilę. W tym jest to Manuel Neuer, w innym Franck Ribery, Zlatan Ibrahimović, Arjen Robben. Ale królowie są dwaj. Cesarzowie wręcz. Znów natłukli w tym roku rekordów co niemiara, których nie sposób spamiętać. Gorzej gdy trzeba wymienić te mecze, które sami rozstrzygnęli. Pierwszy wygrał Ligę Mistrzów, drugi przegrał finał Mistrzostw Świata. Są wielcy, ja tego nie kwestionuję, lepszego wskazywać się nie odważę.

Ale poproszony o ułożenie listy 100 najlepszych piłkarzy w 2014 roku na pierwszym miejscu umieściłem Portugalczyka przed Argentyńczykiem (przy okazji zgłaszam votum separatum do ostatecznej 100! Robert Lewandowski dopiero 30. u mnie był w Top 10, podobnie jak Angel di Maria i Zlatan. Znacznie wyżej Sergio Ramos, Isco, Mario Mandżukić i David de Gea, w mojej setce zabrakło Gerarda Pique i Steve Gerrarda).

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia mam dla Was dwa prezenty do wyboru, w zależności od tego komu oddajecie hołd: smoczą koszulkę Realu Madryt na cześć Cristiano i reprezentacji Albiceleste na cześć Leo. Zwycięzców konkursu będzie dwóch.

Real i Argentyna

Co trzeba zrobić? Opiszcie zwięźle (w komentarzach na blogu może być w 140 znakach jak na Twitterze) swój najbardziej magiczny futbolowy moment 2014. Dlaczego właśnie ten?!Uzasadniając mądrze, jak najbardziej literacko się da, może być do rymu, byle nie przewlekle, haiku lub limerykiem…

Czekam do pierwszej Gwiazdki:)

Co do mnie, choć byłem na mundialu i napatrzyłem się na kawał fantastycznego futbolu, jakiego jeszcze na wielkich turniejach nie było, widziałem upadek wielkiej Hiszpanii, radosną grę Chile i Kolumbii, triumf Luisa Suareza nad Anglią, cudowne gole Robina van Persie czy Jamesa Rodrigueza, to jednak najbardziej magiczny moment przeżyłem we wrześniu na Stadionie Narodowym. Reprezentacja Polski, która nigdy w historii nie pokonała Niemców, nawet za najlepszych czasów Lubańskiego, Deyny czy Bońka, Polska z ligowcem Sebastianem Milą, który u żadnego innego selekcjonera nie usiadłby w takim meczu na ławce i rezerwowym Ajaksu, Arkadiuszem Milikiem. A naprzeciwko drużyna mistrzów świata, w tym samych czarno-czerwonych koszulkach, w których zmasakrowała Brazylię 7:1. A w bramce ludzka skała, czyli Manuel Neuer… Nie opisuję przeżycia, bo to zadanie dla Was…



 

To był mundial! Na Twitterze!

amund49

Mundial się skończył, zostały wspomnienia, dla jednych cudowne dla drugich traumatyczne. Zanim już za chwilę definitywnie przestawimy wajchę na Ekstraklasę, nasze ulubione ligi zagraniczne, Ligę Mistrzów, o którą znów rozpoczyna bój mistrz Polski czy straszący już łuną na horyzoncie mecz Polska – Mistrz Świata w eliminacjach Euro 2016, przeżyjmy to raz jeszcze. Oto mundial w Brazylii w tweetach, często Waszych. Nie dałem rady śledzić timeline’u 24/h, mnóstwo fajowych wpisów zapewne mi umknęło, oto co sobie upatrzył zaznaczyłem, albo zapamiętałem i teraz wykopałem. Mundial bez Twittera byłby kompletnie innym doznaniem! ;)

amund07

am9amund27 amund28

amund50

amund37

am10amund30

am11amund23

amund20

amund33

amund06amund38

am3 am4 am5 am24

am8amund45  amund47

am22 am23

amund22

amund46

amund19amund18

amund35

amund36   amund39

am21

am25

amund16

amund15

amund08 amund32

amund10 amund12 amund13

amund43 amund44

     amund21   amund24 amund26 amund31   am26amund34amund42

amund40

am20

amund09

 

’11′ grozy, czyli najbardziej przegrani mundialu

Przegrani mundialuWłaściwie można by ją sklecić w całości z reprezentacji Hiszpanii, nigdy bowiem w historii mundialu żaden aktualny mistrz świata aż tak bardzo się nie skompromitował, ani nie pożegnał z turniejem tak szybko i z takim hukiem. Większość z nas widziała La Furia Roja w finale z Brazylią. Albo z reprezentacji Brazylii, bo czyż była bardziej przegrana drużyna w historii mundiali? Gospodarze turnieju wprawdzie dotarli do półfinału, co pewnie wiele drużyn wzięłoby z pocałowaniem w rękę, tam jednak wzięli historyczne lanie od Niemców 1:7, stając w jednym szeregu z Haiti, Zairem czy Arabią Saudyjską, czyli największymi mundialowymi nieudacznikami w dziejach mistrzostw świata. Kandydatów do najgorszej 11 mundialu znalazłem jednak i w innych drużynach.

W bramce

Iker Casillas. Umieszczam go tu wielką przykrością, ponieważ szanuję go za wielki wkład we wszystkie trzy sukcesy Hiszpanii na trzech ostatnich turniejach i po ludzku lubię, ale niestety zasłużył. Mimo, że największy bramkarski klops popełnił Igor Akinfiejew w spotkaniu z Koreą Południową. Obaj wypadli fatalnie zwłaszcza na tle tak wielu tak doskonale dysponowanych na brazylijskim turnieju bramkarzy. Iker zjechał jednak z samego szczytu na sam dół, czego zapowiedź dał zresztą w finale Ligi Mistrzów, a czego nie chciał dostrzec Vicente del Bosque. Iker Casillas na kolanachObrona:

Na prawej Dani Alves, którego wyrzucenia ze składu domagała się większość brazylijskich kibiców już od pierwszego spotkania z Chorwacją. Nawet bardziej niż pozbycia się ze składu Freda, ponieważ Freda Luis Felipe Scolari mógł wymienić co najwyżej na Jo, zaś Dani Alves blokował miejsce Maiconowi, który w końcu dał świetną zmianę z Kolumbią. Wielkiego tak jeszcze niedawno Dani Alvesa z mundialu zapamiętamy głównie z powodu przefarbowanej na siwo czupryny. Za sprawą jego gry i pozostałych Canarinhos wielu brazylijskich kibiców osiwiało naprawdę.

Na lewej Kameruńczyk Benoit Assou-Ekotto, który w przegranym 0:4 meczu z Chorwacją z wściekłości uderzył głową… kolegę z zespołu, Benjamina Moukandjo. Później zaś w tunelu doprowadził do dogrywki. Dopełniając w ten sposób mizerii najgorszej drużyny na mundialu, której piłkarze jeszcze cztery dni przed wyjazdem do Brazylii kłócili się o pieniądze.

Benoit Assou-Ekotto

Na środku myślałem umieścić Davida Luiza za to jak bardzo pogubił się w meczu z Niemcami, w którym miał kierować obroną pod nieobecność Thiago Silvy, a zawalił z pięć goli. Oszczędzę go jednak za to, że dzięki niemu Brazylia w ogóle dotelepała się do półfinału, a również i z powodu solidarności fryzurowej. Zamiast niego znalazł się nieszczęsny Pepe za idiotyczne zachowanie w meczu z Niemcami, kiedy uderzył głową Thomasa Muellra. Jemu, świeżemu triumfatorowi Ligi Mistrzów i piłkarzowi-gentelmenowi, który w całym sezonie faulował najmniej z całego Realu Madryt, dostając bodaj jedną żółtą kartkę tak się zachować po prostu nie wypadało. Wraz z odejściem z Madrytu Jose Mourinho Portugalczyk pozbył się wizerunku boiskowego brutala, stając solidnym filarem defensywy. W reprezentacji pokazuje stare, brzydkie oblicze.

Obok niego wystawiam… japońskiego sędziego Yuichi Nishimurę, by po raz kolejny wybić jego haniebnie stronniczą pracę w meczu otwarcia. Zasłużył, bo w tym spotkaniu doskonale spełnił się w roli 12 zawodnika. Robią gospodarzom niedźwiedzią przysługę, ponieważ zapewne i bez jego pomocy uporali się z Chorwatami, tymczasem przywołał demony fatalnego sędziowania gospodarzom z mundialu 2002 i bekę z Ekstraklasy, w której terminował.

Pomoc

złożona w całości z zawodników z Afryki. Po pierwsze Kameruńczyk Alex Song, którego  szaleństwo dopadło w tym samym spotkaniu co Assou-Ekotto, ale na ofiarę swego tyleż chamskiego, co idiotycznego ataku łokciem na oczach arbitra wybrał jednak nie kolegę z drużyny ale Mario Mandżukicia. Oczywiście zarobił czerwoną kartkę, przynosząc wstyd macierzystej Barcelonie, w której obowiązuje szacunek dla przeciwników. Kolejny zawodnik, porządny w klubie, który w kadrze staje się bestią.

Oraz dwaj reprezentanci Ghany, Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari, odesłani z mundialu tuż przed decydującym o awansie do 1/8 finału meczem z Portugalią. Za wulgarne zachowanie wobec selekcjonera Kwesiego Appiaha i zastraszanie członka sztabu, któremu Muntari przylał w twarz, aż musieli interweniować ochroniarze,a działacz ze strachu przeniósł się do innego hotelu. Pamiętamy, że wszystko to działo się w napiętej atmosferze oczekiwania na lecącą z Ghany premię 3 milionów dolarów i groźby zbojkotowania spotkania z Portugalią, jeśli forsa nie doleci na czas. Ostatecznie kasa się zgadzała, ale kadra meczowa i wynik już nie.

Kevin-Prince Boateng i Sulley Muntari

Atak:

otwiera oczywiście największy mundialowy skandalista, Luis Suarez. Co prawda uważałem nałożoną na niego karę za zbyt surową i niewspółmierną do winy, zwłaszcza gdy nie karze za recydywę brutali w typie Juana Zunigi, który kolanem przerwał mundialową karierę Neymarowi. A już największym absurdem był zakaz stadionowy, czyniący z Suareza persona non grata futbolu jakby ustawił mecz albo prawa organizacji mundialu. Ale oczywiście postąpił karygodnie, skompromitował siebie (pół biedy) i cały Urugwaj idiotycznymi tłumaczeniami, że stracił równowagę i niechcący wbił zębami w ramię, osłabił drużynę przed meczem 1/8 z Kolumbią więc jego zachowanie należy napiętnować obecnością w ’11′ grozy. Inna rzecz, że patrząc na konsekwencje ukąszenia Giorgio Chiellinego można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest przegranym mundialu, skoro doprowadziło to do szybkiego transferu do Barcelony z lepszą pensją i widokami na większe trofea.

Atak uzupełnia para Diego Costa i Fred. Para, bo losy ich splotły się ze sobą i właściwie ciężko rozsądzić który bardziej rozczarował. Czy Costa, który miał wnieść do nasyconej sukcesami trzech ostatnich turniejów Hiszpanii, odnowić ją, natchnąć nową pasją i siłą. Już po kompromitującej porażce 1:5 z Holandią świat odbiegły memy, w których Costa dzwonił do Scolariego, pytając czy dałoby się jeszcze zweryfikować decyzję o wyborze Hiszpanii kosztem Brazylii, której Costa odmówił mimo usilnych starań selekcjonera Canarinhos i frustracji jej polityków, domagających się, by odebrać mu obywatelstwo. Jego decyzja zdeterminowała los Freda, przeciętego napastnika, którym nie zainteresował się żaden przyzwoity klub z Europy, a który z konieczności został namaszczony na głównego napastnika pięciokrotnych mistrzów świata. Im bardziej Fred nie przypominał najwybitniejszych napastników z chwalebnej przeszłości Canarinhos jak Ronaldo, Romario, Rivaldo, nie sięgając do czasów bardziej zamierzchłych, w tym większą frustrację wpadali jego rodacy i wypominali mu jego przeciętność. Jego dramat polegał na tym, że przecież nie sam powołał się na mundial i wyznaczył sobie rolę, której nie był w stanie udźwignąć. Gdyby Diego Costa wybrał jednak na swoją ojczyznę Brazylię, byłby zwykłym rezerwowym, który strzeliłby gola w meczu z Kamerunem i dziś nikt o nic by się go nie czepiał. Tymczasem już ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, co zapewne wszyscy w Brazylii przyjęli ze zrozumieniem i ulgą. On zaś przez całe pokolenia będzie wspominany jako kozioł ofiarny największej klęski w historii brazylijskiego futbolu. Diego Costa dostanie jeszcze pewnie szanse na odkupienia. Może nawet już podczas Euro 2016…

Diego Costa ma pytanie...