Misja Pepa, czyli nie róbmy polityki na stadionach

Guardiola- Dedykuję tę wygraną aresztowanym liderom walczącym o niepodległość Katalonii. Omnium i ANC (Catalan National Assembly – red.) zawsze wyrażały nasze zdanie. Pokazaliśmy, że dla Katalończyków obywatelstwo jest czymś więcej niż jakiekolwiek idee. Mamy nadzieję, że wkrótce zostaną zwolnieni, bo na razie czujemy się jakbyśmy wszyscy trafili do wiezienia – powiedział Pepa Guardiola na konferencji prasowej po wygranym 2:1 meczu Ligi Mistrzów z Napoli.

Miał na myśli Jordiego Cuixarta i Jordiego Sancheza, którzy na początku tygodnia decyzją Sądu Najwyższego w Madrycie zostali tymczasowo aresztowani za doprowadzenie do referendum niepodległościowego. Hiszpański rząd uznał je za nielegalne i robił co mógł, żeby do niego nie dopuścić. Funkcjonariusze policji wkraczali do lokali wyborczych, wynosili urny i karty do głosowania. Brutalnie pobito też kilkadziesiąt osób. W dniu meczu Sąd Najwyższy podtrzymał decyzję o zatrzymaniu liderów, co wywołało kolejne protesty w Barcelonie.

Guardiola na konferencji komplementował też Napoli. Stwierdzając m.in. że było to jedno ze zwycięstw, z których jest najbardziej dumny w karierze. Ale choć to niezwykle ciekawe, zważywszy na to z jakimi drużynami mierzył się w przeszłości, media skupiły się głównie na wątku niepodległościowym.

Mam jednak spore wątpliwości czy stadion Etihad po meczu Ligi Mistrzów, w którym nawet nie wystąpiła Barcelona, to właściwe miejsce na tego typu deklaracje. Wdaliśmy się o to na Twitterze w mały spór. Wielu internautów uważało, że polityka jest wszechobecna, „nie można udawać, że żyje się w próżni”. Że „nie ma sensu udawanie, że piłka nożna jest jakąś enklawą, której nie dotyczą międzynarodowe procesy i wydarzenia”. Że „Pep jest Katalończykiem i ma prawo wyrażać to co czuje”, a odwiecznego konfliktu na linii Katalonia – Kastylia, czyli Barcelona i Madryt nie da się porównać z jakąkolwiek sprawą w Polsce.

Nie odmawiam Guardioli prawa do opinii na tematy polityczne. Oczywiście, że jak każdy obywatel ma prawo mieć swoje zdanie i je artykułować. I z niego korzysta. Nie tylko wziął udział w referendum, ale wcześniej agitował za nim w Barcelonie, odczytując w języku katalońskim, hiszpańskim i angielskim niezwykle wyrazisty manifest.

Będziemy głosować mimo zakazów Hiszpanii. 18 razy chcieliśmy głosować i zostaliśmy zlekceważeni. Nie mamy innego wyboru. Jesteśmy ofiarami państwa, które rozpoczęło prześladowanie niezgodne z zasadami obowiązującymi w demokracji. Kraju, w którym minister spraw wewnętrznych konspiruje przeciwko zdrowiu Katalonii. Kraju, w którym policja dostarcza fałszywych dowodów przeciwko naszym władcom. Kraju, w którym uniemożliwia się funkcjonowanie prezydentowi naszego rządu za przygotowywanie kart do głosowania. Chcą nam odebrać demokrację”.

Jako jeden z najbardziej znanych i szanowanych Katalończyków ma prawo i obowiązek wypowiadać się w najważniejszych kwestiach dotyczących swojej ojczyzny. Mój sprzeciw budzi tylko to, że wprowadza politykę na stadiony piłkarskie i konferencje poświęcone meczom. Nie ten moment, nie to miejsce!

I nie ważne czy Guardiola upomina się w sprawie słusznej czy nie. Kto zresztą jest to w stanie ocenić i stwierdzić czy Katalończykom będzie lepiej w Hiszpanii czy poza nią? Na pewno nie ja.

My w Polsce podświadomie sprzyjamy ciemiężonemu przez lata narodowi, który chce się wybić na niepodległość. Informacja, że rząd aresztuje działaczy wolnościowych – i do tego umieszcza w więzieniu w Madrycie, 600 km od bliskich – musi budzić niepokój.

Ale też widziałem, że w Barcelonie odbyła się milionowa demonstracja Katalończyków pragnących pozostać w Hiszpanii, sprawa nie jest więc jednoznaczna. A katalońska wyraźnie społeczność podzielona.

Ciekaw jestem czy właściciele Manchesteru City byli zadowoleni, że ich klub został wplątany w kwestię niepodległości Katalonii? Zwłaszcza Szejk Mansour, który na co dzień pełni funkcję wicepremiera Zjednoczonych Emiratów Arabskich i prędzej jest w stanie postawić się na miejscu premiera Hiszpanii, Mariano Rajoy’a niż burzącego zastany porządek buntownika.

Poruszanie kwestii politycznych przez trenerów na pomeczowych konferencjach, to w Anglii nowa jakość. Nawet tak istotna kwestia jak referendum ws wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie skłoniła trenerów Premier League do publicznych deklaracji. Z szacunku dla klubu i kibiców.

Zresztą nie tylko w Anglii. Z jakichś powodów trener Szachtara Donieck nie zabiera głosu na konferencjach prasowych na temat wojny w Donbasie, trenerzy rosyjskich klubów na szczęście milczeli na temat „odzyskania” Krymu.

Krzysiek Stanowski napisał w naszej twitterowej dyskusji, że „jeśli Polska będzie miała topowego w skali świata trenera to liczę, że zabierze głos na temat Polski gdy uzna to za ważne”. Nie mam nic przeciwko. Ale nie chciałbym, żeby miało to miejsce na konferencjach np. reprezentacji Polski. Wyobrażacie sobie Adama Nawałkę wypowiadającego się przy okazji eliminacyjnych spotkań w kluczowych kwestiach dla Polaków – w ostatnich miesiącach np. na temat Trybunału Konstytucyjnego czy reformy sądów? Dla kadry byłaby to katastrofa. Pół Polski – tej, która nie zgadzałaby się z opinią selekcjonera – natychmiast zaczęłaby kibicować przeciwko reprezentacji. By wraz z jej porażkami odszedł i znienawidzony selekcjoner.

Jeszcze mniej prawdopodobne, by po świetnym – oby! – mundialu, obejmując pracę, w którymś z klubów Serie A w ukochanej Italii, miał zajmować stanowisko w polskich sprawach na tamtejszych pomeczowych konferencjach czy w Lidze Mistrzów.

Polityczne manifestacje na trybunach skończyły się ostatnio tym, że Barcelona musiała ostatnio zagrać ligowy mecz bez kibiców, na kompletnie pustym Camp Nou. Robienie polityki na stadionach nigdy nie kończy się dobrze. Dla futbolu. Camp Nou: Barca - Las Palmas przy pustych trynunach

Znaczy kapitan, czyli wojenka w szatni PSG

Neymar i CavaniTe dwie boiskowe scenki narobiły w minionym tygodniu więcej szumu w mediach tradycyjnych i społecznościowych niż jakikolwiek gol, 6:1 Barcelony z Eibarem czy sensacyjna porażka Realu Madryt u siebie z Betisem. Oto w meczu PSG z Olympique Lyon gospodarze dostają rzut wolny przed polem karnym. Chce go wykonać Urugwajczyk Edinson Cavani, ale Brazylijczyk Dani Alves niczym sprawny rugbista wyłuskuje mu piłkę z rąk i sprytnym podaniem przekazuje Neymarowi, przyjacielowi z kadry i poprzedniego klubu. Ten strzela, ale bramkarz broni.

22 minuty później PSG dostaje karnego. Piłkę na wapnie ustawia Cavani. Neymar stoi obok i wyraźnie przekonuje, żeby dał mu strzelać, ale ten okazuje się asertywny. Alves tym razem nie przybiega na pomoc. I znów tam gdzie dwóch się bije, wygrywa bramkarz Lyonu, który broni strzał Urugwajczyka.

Trzeciej scenki kamery nie pokazały, a szkoda. Ale z dziennika „L’Equipe”, który na wtorkowej okładce umieścił obu gwiazdorów pod dużym tytułem: „Le Clash” (starcie), wiemy, że w szatni doszło między nimi do przepychanki. Grubszej rozróbie zapobiegli Thiago Silva i Marquinhos, którzy rozdzielili krewkich Latynosów. Ale to nie koniec eskalacji konfliktu: to Neymar przestaje obserwować Cavaniego na Instagramie! Brakuje tylko deklaracji, że „udawał wszystkie lajki…

***

Błacha sprawa? Rozbuchane ego ambitnych piłkarzy to nic nowego? Szatnia PSG nie jest pierwszą i ostatnią, w której dochodzi do walki o przywództwo? To prawda, ale nie sposób nie pochylić się nad, bo raz że dotyczy najdroższego piłkarza świata, za którego klub wywalił 222 mln euro. A dwa, że o szatnię, która ma odnieść spektakularny sukces w Europie – wygrać Ligę Mistrzów.

Na marginesie, nie lekceważyłbym znaczenia jaką jest dla współczesnego piłkarza gest w mediach społecznościowych. To dla nich najważniejsze z narzędzi komunikacji z fanami, mediami, sponsorami. Miejsce lansu, prezentacji nowych fryzur, stroje, samochody i generalnie gwiazdorskiego dolce vita.

Fakt, że jakiś zawodnik polubił na Facebooku czy Twitterze profil jakiegoś klubu – zwłaszcza w momencie przesilenia czy negocjacji kontraktowych, jak Leo Messi w 2015 roku profil Chelsea na Instagramie – może doprowadzić do medialnego trzęsienia ziemi. W okresie otwartego okna transferowego dziennikarze tabloidów śledzą media społecznościowe nie tylko zawodników ale i ich żon, dziewczyn i kochanego, żeby z ich zakupów i podróży wywróżyć nadciągającą zmianę.

***

Zatem fakt, że dwóch partnerów z jednej formacji przestało się obserwować w social mediach to dla władz PSG równie niepokojący sygnał jak to, że przestali do siebie podawać (Neymar do Cavaniego tylko dwa razy w całym meczu z Lyonem, Cavani do Neymara ani razu).

Trudno się dziwić temu ostatniemu. Przez kilka lat przebywał w Paryżu w głębokim cieniu Zlatana Ibrahimovića. Mimo, że został sprowadzony z Napoli za 64 mln euro, co było wówczas szóstym najdroższym transfer w historii futbolu, został „zdegradowany” do roli skrzydłowego, bo w ataku miał błyszczeć Szwed. Pogodził się z nią dla dobra drużyny i nie robił fochów.

Kiedy Zlatan – z którym zresztą wzajemnie bardzo się szanowali – odszedł do Manchesteru United, wyzwolony Cavani rozegrał najlepszy sezon w PSG. Zdobył we wszystkich rozgrywkach aż 49 goli i dorobił się zasłużonego statusu głównego egzekutora stałych fragmentów. Nie widzi powodów, żeby z niego teraz zrezygnować, tym bardziej, że wg „L’Equipe” ma w kontrakcie zapisaną premię w wysokości miliona euro za tytuł „króla strzelców” Ligue 1.

Dla Neymara to grosze. On w pięć lat zarobi w PSG 150 mln euro, nie licząc drugiego tyle prowizji dla ojca-agenta. Ale Brazylijczyk przyszedł tam tylko po to, żeby zarabiać. Jego misją nie jest też przecież zdobycie mistrzostwa Francji. Liczy się tylko „Złota Piłka”, na którą w Barcelonie miał średnie szanse grając u boku Messiego.

Żeby przełamać dominację Argentyńczyka i Cristiano Ronaldo będzie potrzebował wygranej w Lidze Mistrzów, z sobą w roli głównej. Będzie potrzebował dużo goli w sezonie. Wolne, karne to doskonałe okazje. Ronaldo mogą sobie nazywać „Penaldo”, ale rekordowe statystyki idą w świat, co na pewno nie zostaje bez wpływu na głosowanie.

***

Kiedy Neymar przechodził do Barcelony w 2013, wielki Johan Cruyff na podstawie doniesień na temat zachowania Brazylijczyka w Santosie przestrzegał przed tym transferem, mówiąc że: „wysyła się jachtu z portu z dwoma kapitanami na pokładzie”.

Okazało się, że nie miał racji. Neymar już w pierwszym wywiadzie po debiucie – którego nota bene miałem przyjemność być autorem wraz z Basią Bardadyn, w Gdańsku po SuperMeczu z Lechią – zadeklarował, że Leo Messi jest jego wielkim idolem. Nigdy nie wyrażał chęci „detronizacji” Argentyńczyka, wiele razy podkreślał, że ani on ani żaden inny piłkarz nie może się równać z Messim. Przez cztery lata godził się na rolę Robina przy Batmanie – superbohatera, ale tego nr 2.

Niestety dla przyszłości Cavaniego w PSG, Neymar nie widzi go w roli „drugiego kapitana”.

Trener na razie Unai Emery umywa ręce, przekonując, że w drużynie nie ma hierarchii i niech zawodnicy sami ustalą… Ale prezes Nasser Al Khelaifi jak przypuszczam, nie ma wątpliwości który zawodnik jest nr 1 i powinien czuć się bardziej szczęśliwy. Nie mają też rodacy Neymara, którzy jak pokazali chętnie wcielą się w rolę ochroniarzy „księcia Paryża”. Toteż na miejscu agentów Cavaniego, już rozglądałbym się dla niego za nowym klubem. Ze znalezieniem nie powinno być problemu.

Neyemar Mbappe Cavani

Liga Mistrzów w czasach zarazy

Liga Mistrzów Czy Real wywalczy trzeci triumf z rzędu czy wygra PSG, udowadniając, że sukces w futbolu można sobie kupić? A może z kolan powstaną kluby angielskie? Rusza najciekawszy sezon Liga Mistrzów od lat!

Bardzo możliwe, że 27 września przejdzie do historii jako ten, w którym najwięcej ludzi na świecie będzie trzymało kciuki za Bayern Monachium. Mistrzowie Niemiec zmierzą się tego dnia w grupowym meczu z PSG. Francuzi, a właściwie stojący za właścicielami klubu rząd Kataru, zmasakrowali latem rynek transferowy. Wykupili Neymara z Barcelony za 222 mln euro, wbrew woli bezradnych Katalończyków, zmuszonych do upokarzających negocjacji w celu znalezienia następców i przepłacenia 148 mln za Ousmane Dembele.

Do tego PSG sprytnie omijając obostrzenia Finansowego Fair Play, sprowadziło największe odkrycie ubiegłego sezonu w Europie – 18-letniego Kyliana Mbappe za 180 mln (technicznie tylko go wypożyczając). W konsekwencji – jak podsumował trener Manchesteru United, Jose Mourinho – „będziemy teraz mieli wysyp graczy za 100 mln, jeszcze więcej graczy za 80 mln i jeszcze więcej graczy za 60 mln”.

Cel jest jeden. – Teraz mamy wszystko, żeby wygrać Ligę Mistrzów – mówi prezes klubu, Nasser Al-Khelaifi. O odzyskaniu mistrzostwa Francji nie musi nawet wspominać. PSG zachowuje się w lidze niczym Mike Tyson w niższej kategorii wagowej – demoluje rywala za rywalem.

Nie tylko dla Al-Khelaifiego także dla Neymara każde inne rozstrzygnięcie niż wygranie Champions League będzie porażką. Brazylijczyk wyszedł ze strefy komfortu w Barcelonie nie po to, żeby zdobyć najważniejsze trofeum w klubowej piłce. Zapewnił je już sobie w 2015 roku w Berlinie po finałowej wygranej z Juventusem. Chce poprowadzić drużynę do zwycięstwa w roli lidera i katalizatora sukcesu.

Neymar i Verratti PSGKordon wokół Paryża

Bogaty gość, który wkroczył do salonu i szastając pieniędzmi rozstawia stałych bywalców po kątach, bo wydaje mu się, że jak ma forsę to wszystko mu wolno, nie wzbudza sympatii. Toteż wielkie kluby zawierają koalicję antyPSG (wg „L’Équipe” z inicjatywy Barcy przystąpiły do niej ponoć Juventus, Real, Bayern, Roma, Lyon i kluby angielskie) i umawiają się, żeby nie sprzedawać Francuzom piłkarzy. A kibice marzą, że ktoś przytarł im nosa.

Pierwszym kandydatem będzie Bayern, klub od lat zarządzany najzdrowiej, wg skrajnie odmiennej filozofii. Odmawiający uczestnictwa w transferowym szaleństwie i przepłacania sprowadzonych gwiazd pensjami w okolicach 25 mln euro (z tego powodu ostatecznie nie trafił do Monachium Alexis Sanchez).

To zdrowe podejście ma jednak swoje konsekwencje, które wytknął władzom klubu Robert Lewandowski w słynnym wywiadzie dla „Der Spiegel”. Bawarczycy wygrali Ligę Mistrzów w 2013 roku i od tego czasu dwa razy grali w półfinale. Nie są jednak w stanie przełamać dominacji hiszpańskich drużyn. W ostatniej edycji odpadli z Realem już w ćwierćfinale, gdy Lewandowski leczył kontuzję barku. W klubie nie ma jednak zastępców ani dla niego, ani dla starzejących się Francka Ribery’ego czy Arjena Robbena, ani dla Thomasa Muellera, gdy ten jest akurat bez formy. Nie wygląda więc by ta edycja miała należeć akurat to Bawarczyków.

Hat-trick Realu?

Superpuchar Hiszpański, w którym Real tak bardzo zdominował Barcelonę i Superpuchar Europy, w którym pokazał miejsce w szeregu Manchesterowi United udowodnił, że w Champions League „Królewscy” będą celować w trzecie trofeum z rzędu. Najbardziej utytułowany klub w historii europejskich pucharów nie tylko odmówił udziału w szaleństwie ostatniego okna transferowego, ale wręcz więcej zarobił w niż wydał. Zamiast licytować się z PSG o Mbappe wolał promować znakomitych Hiszpanów, Isco i Marco Asensio.

Strata punktów na początku sezonu La Liga z Valencią i Levante pokazały jednak, że pozwolenie na odejście Alvaro Moraty i Jamesa Rodrigueza, przy kontuzji Karima Benzemy i zawieszeniu Cristiano Ronaldo może odbić się czkawką. Real nadal ma jednak najsilniejsza kadrę w Europie, sprawdzonego trenera i być wystarczy napomnienie Zinedine Zidane’a, by piłkarze porzucili zbytnią pewność siebie, żeby klub wrócił na właściwe tory.

Z kolei Barcelona zważywszy na okoliczności zaczęła sezon nad podziw dobrze, wypracowując 4 pkt przewagi nad Realem. Z jednej strony to zasługa sportowej złości po upokorzeniu z obrabowaniem Neymara, ale raczej bardziej zmiany taktyki przez trenera Ernesto Valverde.

Powstań, Albionie!

Angielskie kluby, które wydały latem na transfery ponad miliard euro, mają w Lidze Mistrzów mają aż pięciu reprezentantów, a każdy z nich apetyt na znacznie więcej niż wyjście z grupy. Najwięcej szans, by zajść najdalej ma Manchester City. Pep Guardiola, który po raz pierwszy w karierze nie zdobył żadnego trofeum, wydał latem na wzmocnienia nawet kilkanaście milionów więcej niż PSG (bez Mbappe). Kupił sobie całkiem nową defensywę i znacznie poszerzył kadrę.

Piekielnie możny będzie też Manchester United, zwłaszcza że do wzmocnionej Romelu Lukaku i Nemanją Maticem kadry, dołączy wiosną Zlatan Ibrahimovic. Anglikom będzie jednak ciężko z tych samych powodów co zawsze: niesamowitej intensywności Premier League, gdzie o tytuł walczy już nie czwórka, ale siódemka drużyn i braku przerwy zimowej.

Liga Mistrzów 2017/18

 

Nie widać kresu hegemonii Realu

Zinedine Zidane w CardiffZidane – genialny piłkarz, geniuszem trenerskim. Jego Real za rok będzie faworytem do obrony tytułu

Niesamowity był widok z jakim spokojem Zinedine Zidane przygląda się fecie swoich piłkarzy wygranej z Juventusem. Nie żeby się dystansował jak Jose Mourinho podczas dekoracji FC Porto w 2004. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale wyglądał jakby właśnie wyszedł z rodziną z kościoła ze ślubu córki przyjaciół. Żadnego szaleństwa w stylu Antonio Conte czy Juergena Kloppa. Żadnego biegania wzdłuż linii, orania kolanami murawy.

A przecież dokonał czegoś niewyobrażalnego we współczesnym futbolu o tak wyrównanym poziomie! Obronił z Realem trofeum jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów! I pierwsza od czasów legendarnego Milanu Arrigo Sacchiego. Dołączył tym samym w trenerskim Panteonie do słynnego Włocha, Boba Paisley’a czy Briana Clougha. On, szkoleniowiec-żółtodziób z zaledwie 18-miesięcznym stażem na ławce i zaledwie 20. meczami w Lidze Mistrzów na koncie, zrobił to czego nie były w stanie uważane za najlepsze drużyny w dziejach jak Milan Fabio Capello i Carlo Ancelottiego, Manchester United Aleksa Fergusona czy Barcelona Pepa Guardioli.

Bo zapewne ten triumf nie byłby możliwy z kimś innym! Genialny piłkarz okazał się równie genialnym szkoleniowcem. Holender Clarence Seedorf, zwycięzca Champions League z trzema różnymi klubami, powiedział mi w piątek w Cardiff, by nie traktować Zidane’a jak trenera bez doświadczenia. Bo Francuz jest sumą współpracy z wszystkimi fantastycznymi szkoleniowcami, jakich spotkał na swojej drodze, a pracował z najlepszymi. Wysłuchał setek odpraw, odbył setki treningów, a poza tym umie postawić się w położeniu każdego nawet największego zawodnika i wyciągać wnioski.

Gitary w pokrowcach

Doskonale wiedział wykorzystać swój wielki autorytet, co wcale nie jest automatyczne dane każdej byłej gwieździe. Były selekcjoner Francji, Raymond Domenech opowiadał kiedyś z zazdrością o metodzie Lauranta Blanca na zdobycie szatni, który miał na wejściu przypominać zawodnikom, że jest mistrzem świata. Zidane nie musiał się nawet przedstawiać. Kto inny byłby w stanie namówić Cristiano Ronaldo, żeby się oszczędzał, odpoczął w aż 14. meczach w sezonie, co pozwoliło mu wreszcie zachować siły na końcówkę? Portugalczyk, który nie błyszczał w obu poprzednich zwycięskich finałach Ligi Mistrzów (dopiero w karnych), w Cardiff okazał się kluczowy, a jego oba gole przesądzające. Przeszedł do historii jako pierwszy zdobywca goli w trzech różnych finałach Champions League i zasłużenie został wybrany Zawodnikiem Meczu. To był zdecydowanie jego sezon. Zamknął usta krytykom, którzy obrażali go tezą, że znika w meczach z silnymi rywalami. Tylko w ćwierćfinale z Bayernem Monachium zdobył pięć bramek. W półfinale z Atletico Madryt popisał się hat-trickiem w drugim meczu z rzędu. Po dwóch golach w Cardiff rzucił krytykom, że mogą „schować gitary do pokrowców”. Ale odbierającą kolejną Złotą Piłkę podczas styczniowej gali powinien poświęcić kilka ciepłych słów trenerowi, bo to forma to w dużej mierze zasługa Francuza.

ZInedine Zidane w CardiffKto powstrzyma ten Real?

Zidane wstępuje na Panteon jako trener, który w 18-miesięcy wygrywa nie tylko dwukrotnie z rzędu Ligę Mistrzów, ale również odzyskuje pierwsze mistrzostwo Hiszpanii od 2012 roku, nie licząc drobiazgu jak Klubowe Mistrzostwo Świata. Patrząc na jego styl pracy ciężko nie dostrzec podobieństw do jego byłego trenera w galaktycznych czasach Realu, Vicente del Bosque. Tamten także objął klub będąc jego byłym piłkarzem i doskonale poruszając się w jego skomplikowanych układach. Raczej dopieszczał, motywował pozytywnie, rozwiązywał problemy piłkarzy i przede wszystkim nie przeszkadzał swoim „galaktycznym” zawodnikom. Nie mieszał taktycznie, nie stawiał wszystkiego na głowie, byle tylko odcisnąć na zespole własne piętno. Ufał tak jak ufa swoim piłkarzom Zidane. I jak Francuz sprawiał, że wszyscy czuli się szczęśliwi.

Oczywiście Francuzowi pomogła także najdłuższa i najbardziej wyrównana ławka rezerwowych w Europie (w jakim klubie wśród zmienników w finale znaleźliby się tacy gracze jak Gareth Bale czy Alvaro Morata!). Dzięki której mógł rotować, pozwalając wypoczywać najlepszym i wprowadzając do drużyny młode gwiazdy jak Isco, Asensjo czy Lucas.

W finale w Cardiff Real bezwzględnie rozprawił się z niepokonanym tej edycji Ligi Mistrzów Juventusem. Strzelił „Starej Damie” więcej goli niż ta straciła dotąd w całych rozgrywkach. Jest dziś drużyną kompletną, a przecież najprawdopodobniej jeszcze się wzmocni np. w bramce, choć Keylorowi Navasowi można było w finale zarzucić co najwyżej brak kilku centymetrów. Patrząc na tę dominację, trzeba przyznać, że i za rok będzie faworytem do obrony trofeum.

Tworzenie historii to dla „królewskich” codzienność. Kto im rzuci wyzwanie? Barcelona z nowym trenerem, która musi dokonać rewolucji w składzie? Bayern, który też czeka kadrowa rewolucja? Atletico, które w pucharach nie umie wymyślić na real patentu? Któraś z drużyn angielskich, które z trudem przebijają się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, bo Premier League wypruwa z nich wszelkie siły? Ciężko dziś dojrzeć kres hegemonii Realu Madryt.

Real Madryt znów wygrał finał Champions League

Real obroni trofeum w LM? A dlaczego nie Barcelona?

Zidane i Buffon

Tak czy siak w sobotę w Cardiff dojdzie do zdarzeń historycznych. Jeśli w finale Ligi Mistrzów wygra Juventus Turyn, spełni się jedna z najpiękniejszych karier w futbolu: 39-letni Gianluigi Buffon skompletuje ostatnie brakujące trofeum. Oprócz radość kibiców na całym świecie – ciężko Włocha nie lubić i nie szanować za jego postawę i pasję mimo upływających lat – już chyba bez wahania będziemy mogli nazywać go najlepszym bramkarzem w historii piłki nożnej. Moim zdaniem i dziś może o to miano rywalizować tylko z Ikerem Casillasem (szkoda, że nie znów bezpośredniej rywalizacji na boisku). „Starość” Hiszpana wygląda mizerniej – z klubu, którego był ikoną został wygnany na piłkarską prowincję. Dzięki Buffonowi Juventus znów jest w finale Ligi Mistrzów, stracił w całej edycji tylko trzy gole, Gigi był też kluczowy w zdobyciu wszystkich ostatnich sześciu mistrzów Italii z rzędu.

Wyobrażam sobie, że tylko kibice Realu Madryt mogą nie trzymać za niego kciuków w sobotę. Nawet sam Casillas zaplątał się w deklaracjach, mówiąc że oczywiście będzie trzymał w finale kciuki za „mój Real”, ale serce podpowiada mu, że Buffon zasłużył sobie na triumf w Lidze Mistrzów postawą przez całą karierę. Zwłaszcza, że jako bramkarz, mimo tak wybitnego roku nie ma żadnych szans na Złotą Piłkę.

Jeśli Juventus wygra w Cardiff, Buffon w wieku 39 lat i 126 dni stanie się najstarszym zwycięzcą Champions League w historii. Póki co rekord należy do jego rodaka, Paolo Maldiniego – 38 lat i 331 dni.

Jeśli wygra Real, będzie to wydarzenie prawdziwie historyczne, wspominane przez lata i na wieki wpisane do wszystkich annałów. Stanie się bowiem pierwszym obrońcą trofeum w Lidze Mistrzów. Od stworzenia rozgrywek w 1992 roku nie udało się to nikomu. Jako ostatni obronił Puchar Europy w 1990 legendarny AC Milan z Rijkaardem, Gullitem i van Bastenem. Realowi też kiedyś udała się ta sztuka, ale hen w 1958.

Ostatnim zespołem, który stanął przed szansą obrony trofeum był w 2009 roku Manchester United, rozwalcowany w finale w Rzymie przez Barcelonę. I jeśli przez te 25 lat Champions League była drużyna, w której przed sezonem widziałem zdecydowanego faworyta do przełamania tabu i dokonania „niedokonywalnego” to właśnie tamtą Barcę Pepa Guardioli, Messiego, Xaviegom, Iniesty, tiki-taki i wychowanków La Masii. Wydawało się, że drużyna zdobywająca w tamtym roku wszystko co w futbolu było do zdobycia, osiągnęła poziom kosmiczny, z którego nieprędko da się ściągnąć na ziemię. A jednak już w kolejnym sezonie musiała uznać wyższość taktyki, sprytu i talentów motywacyjnych Jose Mourinho. Gdyby nie półfinałowa porażka z Interem Mediolan być może Barca miałaby w gablocie trzy puchary Ligi Mistrzów z rzędu, bo jak pamiętamy w 2011 znów pokonała w finale MU.

Tamten okres to zdecydowanie była jej era i jej hegemonia w europejskim futbolu, a jednak nie zdołała tego przypieczętować ostatecznym triumfem.

Teraz przed szansą staje Real Madryt, mimo iż wcale nie zdominował gry w takim stopniu jak Barca. A mimo to może nie tylko przejść do historii, ale zdominować zarówno krajowe jak i międzynarodowe rozgrywki na lata.

Fascynujące jak bardzo zmieniły się oba zespoły od tamtego czasu, jak wiele błędów popełniono w Barcelonie, jak bardzo nauczył się wyciągać wnioski z własnych błędów Real, co właśnie skończyło się porażką Katalończyków w walce o mistrzostwo Hiszpanii.

W Barcy, trawionej konfliktem o przywództwo i rozliczeniami z poprzednim kierownictwem nie znaleziono godnych partnerów dla Messiego, następców Xaviego, Puyola czy Iniesty. Wychowankowie okazywali się zbyt słabi, a transfery niewystarczająco jakościowe. A przynajmniej nie tak bardzo, jak kolejni partnerzy Cristiano Ronaldo w Realu.

Symbolami transferowymi „Królewskich” z ostatnich lat będzie dla mnie Gareth Bale, Isco czy Marco Asensio, Barcy – Andre Gomez, Denis Suarez czy nawet Ivan Rakitić, z którymi Barca z galaktycznej stała się po prostu silną drużyną, która może coś wygrać, ale nie musi.

Fascynujące i to, że do historycznego sukcesu może powieść Real trener, może nie żółtodziób, ale będący zdecydowanie na początku kariery. Odpowiednik wczesnego Guardioli, nie tylko świetnie znający klub, ale posiadający ten sam autorytet wśród największych gwiazd futbolu, jaki Pep miał u wychowanków La Masii. Pozwalający mu np. namówić Ronaldo na odpoczynek, co okazało się kluczowe dla świetnej formy Portugalczyka w końcówce sezonu. I rotujący składem dzięki ławce pełnej wartościowych następców, gdzie w Barcy ciężko wskazać choć jedno takie nazwisko.

Zaprezentowany właśnie przez Barcę nowy trener Ernesto Valverde jest dziś w sytuacji kolejnych trenerów Realu w czasach dominacji Blaugrany. Przed nim gigantyczne zadanie przebudowania i wzmocnienia drużyny. Oczywiście Barca może stać się mocniejsza. Ale patrząc na plany transferowe Realu, przed Katalończykami raczej pogoń niż ucieczka. Momentum kiedy odjeżdżała arcyrywalowi i reszcie Europy zostało zaprzepaszczone.

 Finał Ligi Mistrzów w Cardiff

 

Liga Mistrzów. Taki Real z takim Ronaldo może obronić trofeum!

Cristiano Ronaldo po hat-tricku vs Atletico MadrytCzwarty raz z rzędu jesteśmy świadkami derbów Madrytu w Lidze Mistrzów i po pierwszej odsłonie wygląda na to, że zostanie podtrzymany trend z poprzednich. Czyli znów górą będzie Real. Czy o sukcesie decyduje jeden mecz, jak w finałach w 2014 i 2016 roku, czy dwumecz jak w ćwierćfinale w 2015, czy trenerem jest Carlo Ancelotti czy Zinedine Zidane, „Królewscy” za każdym razem potrafią przechytrzyć lokalnego rywala.

Nigdy jednak tak nie zdominowali Atletico jak we wtorkowym spotkaniu. Praktycznie poza jednym, góra dwoma groźnymi strzałami na bramkę Keylora Navasa nie pozwolili rywalom na nic. Inny wynik niż wygrana gospodarzy ani przez chwilę nie wisiał w powietrzu, kwestią były tylko jej rozmiary. Real jak zwykle groźny w ofensywie tym razem dołożył to, za co przez lata chwaliliśmy kolejne drużyny Diego Simeone – wybijanie rywalom futbolu z głowy, niwelowanie wszystkich ich atutów, skazywanie na bezradne walenie głową w mur. „Królewscy” od początku kontrolowali mecz i spokojnie czekali na okazję do zadania najpierw pierwszego, a później kolejnego, wreszcie decydującego ciosu.

Wszystkie zadał niesamowity Cristiano Ronaldo. Gdzie te czasy, kiedy wypominano mu, że nie błyszczy w decydujących meczach? Po pięciu golach wbitych w dwumeczu Bayernowi Monachium, ma na koncie kolejne trzy. I kolejnego hat-tricka w kolejnym meczu, czego nie dokonał nikt wcześniej. A w całej Lidze Mistrzów już 104 bramek. Jako pierwszy zdobył też 50 goli w rundzie pucharowej Champions League.

Wielkie brawa za ten mecz także dla Zidane’a. Choć jego Real w każdym z ośmiu ostatnich meczów tracił gola, zdołał zachować czyste konto i tylko jakaś niewyobrażalna katastrofa w rewanżu mogłaby pozbawić go gry w drugim finale Ligi Mistrzów z rzędu. A tam w takiej formie jak we wtorkowy wieczór i z Cristiano Ronaldo w takiej formie strzeleckiej będzie miał wielkie szanse, żeby dokonać tego, czego jeszcze nie dokonał nikt w historii Champions League – obrony trofeum! I to bez względu na to, czy za rywala będzie miał Juventus Turyn czy AS Monaco.

Zinedine Zidane

Znów kompromitacja sędziego. VAR natychmiast!

"Faul" VidalaWielka szkoda, że węgierski arbiter Victor Kasai zepsuł ten fanatyczny ćwierćfinał Ligi Mistrzów. Jego kluczowe błędy – niesłuszna druga żółta kartka dla Arturo Vidala, która doprowadziła do wyrzucenia pomocnika Bayernu z boiska, jednoczesna zbytnia pobłażliwości dla Casemiro, wreszcie uznanie drugiego gola Cristiano Ronaldo, który był na metrowym spalonym – przyćmiły epicki pojedynek Realu z Bayernem. Goście maja prawo być wściekli i czuć się skrzywdzeni, a gospodarzom odebrano część zasłużonej satysfakcji z awansu do półfinału. Portugalczykowi, który ustrzelił hat-tricka, zdobywając przy tym historycznego 100. gola w Lidze Mistrzów, też pewnie będzie się wypominać, że jeden (a może nawet dwa) z nich padły ze spalonego.

Wydawało się, że w tej edycji Champions League nic nie przebije błędów arbitra na korzyść Barcelony w rewanżu z PSG na Camp Nou. A jednak Kassaiemu udało się skompromitować jeszcze bardziej. Jeśli na świecie istniał jeszcze choć jeden przeciwnik wprowadzenia do futbolu powtórek wideo, odpadły mu ostatnie argumenty. Tylko naiwniak może dziś marudzić, że „powtórki zabiją romantycznego ducha futbolu, a błędy to integralna część gry”. Nie, dziś przy obecnej technologii, błędy natychmiast wyłapywane przez każdego kibica przed telewizorem, to tylko i wyłącznie kompromitacja…

Lewy cudu nie dokonał

Nie był to wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Po kapitanie reprezentacji Polski widać było, że prawa ręka nadal mu doskwiera. Nie dochodził do czystych okazji, nie stwarzał zagrożenia, uważnie pilnował go Sergio Ramos. Ale perfekcyjne wykorzystał rzut karny, sprawiając, że kibice Bayernu raz jeszcze załkali nad nieobecnością Polaka w pierwszym spotkaniu, kiedy jedenastkę zmarnował Vidal. Miał też swój udział w zamieszaniu, po którym Ramos wbił piłkę do własnej siatki. Może mieć tylko małą satysfakcję, że kiedy schodził z boiska, Bayern prowadził (jak zauważył ktoś na Twitterze: Bayern – Real z Lewandowskim 2:1, Bayern – Real bez Lewandowskiego 0:5). I że w historii Champions League nikt nie strzelił Realowi więcej goli od niego – 6.

Choć zejście Roberta wzbudziło zdziwienie i kontrowersję, jestem przekonany, że nie była to fanaberia Carlo Ancelottiego. Stary trenerski lis gdyby tylko mógł, trzymałby swego napastnika choćby i do karnych. Widocznie Polak z powodu kontuzji nie był w stanie kontynuować spotkania. Tym większa szkoda, że niesamowita skuteczność (47 goli w 46 meczach sezonu) stawiała go wśród mocnych kandydatów w plebiscycie „Złotej Piłki”. Cristiano Ronaldo na spalonym

Rozkaz: grać! czyli fałszywy powrót do normalności

Borussia DortmundCiężko w pierwszym odruchu nie stanąć po stronie piłkarzy Borussii Dortmund, wyrażających żal że UEFA kazała im rozegrać ćwierćfinał Ligi Mistrzów z AS Monaco już następnego dnia po zamachu na ich autokar. Zwłaszcza mnie, który byłem na Signal Iduna Park i na własne oczy widziałem jak bardzo roztrzęsieni atakiem i rozgoryczeni postawą federacji byli po meczu zawodnicy gospodarzy.

W momencie gdy w strefie mieszanej z Tomkiem Włodarczykiem skończyliśmy rozmawiać z Kamilem Glikiem, spostrzegliśmy, że stojący obok niego, równie postawny Sokratis Papastathopoulos ma łzy w oczach. Właśnie wypowiedział słowa, które obiegły media, że rozkazem gry, bez pytania zawodników o zdanie i ich kondycję psychiczną, poczuł się potraktowany jak zwierzę, a nie osoba („like an animal, not a person”).

Chwilę później podczas konferencji prasowej trener Borussii, Thomas Tuchel stwierdził, że drużyna poczuła się potraktowana przez UEFA „jakby ktoś rzucił w autokar puszką piwa”. Tłumaczył, że piłkarze potrzebowali więcej czasu, żeby dojść do siebie. Poczuli się bezsilni, kiedy przyszła decyzja z Nyonu – w dodatku wysłana sms – że grają za 24 godziny.

Tuchel dał zresztą zawodnikom prawo wyboru: kto nie czuł się na siłach wystąpić w środę, mógł odmówić bez konsekwencji. Ale żaden z nich nie chciał zostawić kolegów w takiej sytuacji. Jak wyznał w emocjonalnym wywiadzie Nuri Sahin, dopiero gdy po zamachu wrócił do domu, do żony i syna, dotarło do niego, co się stało i jak wielkim jest szczęściarzem. Następnego dnia aż do momentu wejścia na boisko kompletnie nie myślał o meczu. „Wiem, że futbol jest ważny, kochamy go, dzięki niemu zarabiamy ogromne pieniądze i prowadzimy uprzywilejowane życie. Ale przede wszystkim jesteśmy ludźmi” stwierdził.

Borussia Dortmund. Marc Bartra tributeNie zgadzam się z niedowiarkami, że piłkarze Borussii być może użyliby innych słów, gdyby wygrali spotkanie. Oni naprawdę przeżyli wielką traumę. Nie wolno kwestionować ich uczyć. A wręcz trudno nie czuć empatii, zwłaszcza jak słyszy się Sahina, opowiadającego, że nigdy nie zapomni scen z autokaru. Twarzy i reakcji swoich kolegów, a zwłaszcza spojrzenia Marcela Schmelzera, obok którego siedział.

Utkwiły mi też w pamięci słowa Romana Burki, szwajcarskiego bramkarza, który siedział obok jedynego ranionego w zamachu Marca Bartry. Opowiadał, że najbardziej paniczne były chwile tuż po wybuchu, kiedy wszyscy padli na podłogę autokaru w oczekiwaniu co dalej, czy to już koniec…

Borussia DortmundUważam jednak, że ataki wymierzone w UEFA, zarzucające organizacji bezduszność i kierowanie się wyłącznie pazernością są mocno niesprawiedliwe. Nie wierzę, że zmusiła obie drużyny do rozegrania meczu 24 godziny po incydencie wyłącznie z chęci zysku. To było zarządzanie kryzysowe. Nie istnieją póki co procedury – choć obawiam się, że niestety szybko będą musiały powstać – co robić w podobnych sytuacjach. Zwłaszcza przy tak napiętym kalendarzu rozgrywek, gdy oba zespoły walczą na trzech frontach, a sezon zaraz się kończy. Jak nam tłumaczył Kamil Glik, po prostu nie było na kiedy przenieść spotkania, Bo zaraz rewanż w Champions League, a jeszcze Puchar Francji, zaległe mecze w ligach…

Pojawiła się np. propozycja żeby odczekać z meczem do terminu rewanżu i rozegrać wówczas jedno spotkanie, na neutralnym stadionie. Abstrahując czy to na pewno dobry pomysł, a nie dodatkowa kara dla obu drużyn i ich kibiców, przecież na to potrzebne są procedury. Zmienianie reguł w trakcie rozgrywek może sprawić, że wzrośnie rzesza pokrzywdzonych. Jedyna procedura jaka zadziałała to „mecz się nie odbył, trzeba go rozegrać w najbliższym możliwym terminie”.

Myślę też, że podejmującymi decyzję kierowała też zwykła w takich przepadkach chęć „nie dania satysfakcji zamachowcom”, niezgoda na to żeby „zatriumfował terroryzm”. Zabrzmiało to w wypowiedzi szefa Borussii, Hansa-Joerga Watzke, który stwierdził, że jego piłkarze zagrają po to, by wysłać przesłanie do całej społeczności. I pokazać wartości klubu, którymi są siła, jedność i nieustraszenie.

Oczywiście to nie piłkarze powinni prowadzić „wojnę z terroryzmem”. Jednak ich rola daleko wykracza poza piłkę. Są idolami, wzorami dla wielu. Ich status społeczny jest wyjątkowy, wyjątkowe są więc też wymagania jakie stawia im społeczeństwo. Właśnie z powodu swego statusu stali się celem zamachu. I pewnie dlatego ich reakcja po ataku, czyli jak najszybsze doprowadzenie do meczu było przez wielu – także decydentów – postrzegane jako „powrót do normalności”. Rozumiem to podejście, choć jest ono fałszywe. Bo życzeniowe. Niestety świat, w którym żyjemy staje się coraz mniej normalny. Musimy zacząć się odnajdywać w nim na nowo. Piłkarze, kibice, media i UEFA też.

Jeden(astka) znienawidzony(ch)

most_hated

Uwielbiam media społecznościowe za wszelkiego rodzaju gry i zabawy. Sondy, typowanie, wybory ulubionych „jedenastek” itp. w których cała twitterowa piłkarska społeczność rozważa „najważniejsze z najmniej ważnych” kwestie. Tylko w tym tygodniu polscy twitterowicze mogli wspólnie ze Zbigniewem Bońkiem, Jerzym Dudkiem i Tomkiem Hajto spierać się jak wypadłaby mundialowa reprezentacja Polski z 2002 roku (w swojej najlepszej formie) w konfrontacji z obecną ekipą „Biało-czerwonych”.

Hajto, były filar defensywy Schalke 04, który w jednym sezonie ogrywał Bayern 3:1 i 3:2 na wyjeździe, a w kolejnym 5:1, deklarował że „Turbogrosika wyłączyłby jak stare radio”. Dyskusję zakończył osobiście „nie kto inny jak” Robert Lewandowski, twittując, że taki mecz byłby wyrównany być może nawet przez całe 10 minut.

Kto wie czy cała historia nie zakończy się meczem charytatywnym, w którym dawna drużyna Engela zmierzy się z chłopakami Nawałki. Ja bym to obejrzał! Więc od razu deklaruję patronat „Przeglądu Sportowego” :)

W minionym tygodniu wielkim zainteresowaniem cieszyła się także zabawa w ułożenie jedenastki piłkarzy najbardziej znienawidzonych. Miałem spory problem z jej wyłonieniem, bo nie nienawidzę nikogo. Bywali piłkarze, których w trakcie kariery nie znosiłem, ale z czasem niechęć minęła, zastąpiona przez sentyment czy uznanie. Np po finale mundialu w 2006 roku wydawało mi się, że dozgonne miejsce w „11” znienawidzonych będzie miał Marco Materazzi za sprowokowanie Zinedine Zidane’a do zrujnowania sobie ostatniego miejsca w karierze. Ale mi przeszło, zwłaszcza po tym jak płakał jak bóbr w ramionach odchodzącego z Interu Jose Mourinho.

Wydawało mi się, że nie znoszę brutala, Olivera Kahna. Ale z czasem nabrałem do niego szacunku i czułem empatię gdy stracił miejsce w kadrze podczas mundialu we własnym kraju. Podobnie jak do Paula Scholesa, którego chętnie zadusiłbym za trzy gole strzelone Polsce (szczególnie tego ręką). Ale daleko mi dziś do nienawiści do tego jednego z najlepszych angielskich piłkarzy w historii.

Pepe, gdy za czasów Mourinho w Realu deptał i tratował rywali, gotów byłem zakazać gry w piłkę. Nabrałem i do niego sympatii, zwłaszcza po przeprowadzeniu wywiadu. To całkiem pozytywny gość. Z drugiej strony straciłem serce do Thierry’ego Henry po pamiętnym oszustwie z Irlandią, ale też nigdy nie umieściłbym Francuza wśród „znienawidzonych”.

Zinedine Zidane i Marco MaterazziZdumiały mnie zresztą składy wielu twitterowych jedenastek. Segio Ramos? Naprawdę? Zawodnik, od którego powinno się dziś zaczynać budowę każdej drużyny jest aż tak bardzo nielubiany? Dobrze, jeśli nie jest się kibicem Chelsea, ciężko kochać Johna Terry’ego za wszystkie jego boiskowe i pozaboiskowe wyskoki czy Gerarda Pique za jego prowokacje, o ile nie jest się fanem Barcelony. Ale daleko mi do nienawiści.

Zresztą to, że jakiś zawodnik nie jest aniołem, nie sprawia, że automatycznie traci naszą sympatię. Czasem wręcz przeciwnie. Lubimy łobuzów, boiskowych wariatów, grających na granicy, o ile robią to pasją i dla dobra drużyny. Jak Eric Cantona, Roy Keane, Zlatan Ibrahimović czy Luis Suraez, dla którego, po przetłumaczeniu jego autobiografii mam sporo zrozumienia i nie potrafię znielubić.

Jeszcze w ubiegłym sezonie w „jedenastce znienawidzonych” umieściłbym pewnie Diego Costę za jego ewidentną boiskową wredność. Ale zmienił się diametralnie po przyjściu Diego Conte. Na dziś w mojej anty-drużynie znalazłbym miejsce tylko dla jednego zawodnika: Samira Nasriego. I widzę, że nie jestem w tym osamotniony, patrząc, że twitterowa akcja odbyła się pod wymyślonym przez Pawła Wilkowicza ze sport.pl hasztagiem #memoriałNasriego.

Francuz zawsze był arogancki, irytujący i nielojalny wobec kolegów i trenerów. Jego charakter opisał dobitnie były selekcjoner Francji, Raymond Domenech w autobiografii „Straszliwie sam”. „Nasri w zespole potrafi uderzyć w miejsce, które boli najbardziej i zamiast opatrzyć rany, jeszcze je rozdrapuje. Nic nie daje drużynie. Stroi się przy tym w piórka przywódcy, choć nim nie jest. Ciągle szuka zwady, co na dłuższą metę wykańcza zespół. Kiedy rozważałem w 2010 roku, co może mi dać, a jakie problemy stworzyć, uciąłem krótko – jedziemy bez niego (na mundial do RPA – red)” – opisywał.

Chamski wobec dziennikarzy (jednemu kazał „zamknąć mordę”, innego zwyzywał publicznie od sk….ów) i kolegów. Po przejściu z Arsenalu do Manchesteru City naśmiewał się z byłego klubu i jego kibiców. Następca Domenecha, Didier Deschampes przywrócił go do kadry na chwilę, by nie zabrać go na mundial w Brazylii, o co prosili ponoć sami zawodnicy.

Jak był destrukcyjny dla drużyny, taki pozostał, co udowodnił we wtorek z Leicester City, osłabiając drużynę w kluczowym momencie. Dwie żółte kartki za głupi faul i pyskówkę z Jamie Vardym walnie przyczyniły się do sensacyjnego odpadnięcia Sevilli. Być może jestem dla niego niesprawiedliwy. Być może lubiąc w zasadzie większość pozostałych piłkarzy z Nasriego zrobiłem „kozła ofiarnego” i „czarnego luda”. Nie umiem jednak przezwyciężyć niechęci. Za nic nie chciałbym mieć go w swojej drużynie. Samir Nasri

 

Więcej niż klub, więcej niż dyscyplina!

Barca - PSG 6:1 Niemożliwe nie istnieje! Nie w futbolu. Piłka nożna po raz kolejny dostarczyła nam na to dowód. Jak w finale Ligi Mistrzów w 1999, kiedy Manchester United wygrał w dramatycznych okolicznościach przegrany już mecz z Bayernem Monachium, jak w finale w 2005 roku w Stambule, gdzie Liverpool odrobił trzybramkową stratę do przerwy i pokonał wielki Milan w karnych, a pamiętny „Dudek dance” przeszedł do historii. Dwumecz Barcelony z PSG, choć stawką był zaledwie ćwierćfinał Champions League też przejdzie do historii cudów, które jeśli gdzieś na świecie wciąż się zdarzają, to z pewnością na boisku piłkarskim.

Cudowne było już samo podejście piłkarzy z Katalonii i ich trenera do rewanżu z mistrzem Francji. Media rytualnie przywoływały hasło „remontada” (oznaczające wielką mobilizację i w efekcie odrobienie niewiarogodnych strat), której nawiasem mówiąc mistrzami był w ostatnich latach raczej Real Madryt niż Barca. Ale ileż drużyn po 0:4 w pierwszym meczu w ogóle brałoby na poważnie odrobienie strat w rewanżu. W historii Ligi Mistrzów na 185 razy drużyn nie udało się to przecież żadnej! Ile machnęłoby ręką i wybierając skupienie na walce o mistrzostwo kraju dało odpocząć największym gwiazdom? Ile zachowałoby się jak bokser po ciężkim nokaucie, który w rewanżu ogranicza się do „chronienia szczęki” i nie wygłupia z atakami?

Nie Barca! Nikt tam nie przejął się statystykami, ani proroctwami jak choćby to na oficjalnej stronie UEFA, dające Katalończykom równe 0 procent szans na awans (to już nawet szanse Arsenalu po porażce w pierwszym meczu 1:5 z Bayernem wyceniono na 1,2 procent). Ani tym, że na Parc des Princes gospodarze naprawdę upokorzyli Barcę, byli lepsi pod każdym względem, kompletnie wyłączyli z gry tercet Messi-Suarez-Neymar, a trener Unai Emery dał surową lekcję taktyki Luisowi Enrique.

Tymczasem ten ostatni przed rewanżem nieustannie deklarował wiarę w awans, przekonując, że skoro rywale mogli strzelić Barcy cztery gole, to Barcy może im strzelić sześć. Zwłaszcza, że robiła to już wielokrotnie w tym sezonie przeciwko innym drużynom. Przy tym słowa trenera, który po pierwszym meczu zdążył ogłosić, że po sezonie odchodzi z klubu, nie brzmiały jak PR, prężenie muskułów w imię poprawności i obiecywanie gruszek na wierzbie. Enrique przekonywał, że Barcelonie jeszcze nigdy nie udała się taka „remontada”, ale tylko dlatego, że nigdy jeszcze nie była do niej zmuszona.

Stuprocentowa wiarę okazali także kibice Barcy, którzy przyszli wesprzeć drużynę mimo (a może właśnie z powodu) paryskiej kompromitacji. I przede wszystkim sami piłkarze. To co zrobili to huraganowa nawałnica od pierwszej do 95. minuty. Nie ostudził ich nawet gol Edinsona Cavaniego na 3:1. Nie sposób nie wychwalać ich pasji, wiary i determinacji w walce o odrobienie strat, nawet jeśli Luis Suarez przyaktorzył przy rzucie karnym, a niemiecki sędzia Deniz Ayetkin popełniał błędy. Jego decyzje były kontrowersyjne, ale ni wypaczył rezultatu tzn awansowała drużyna, która bardziej na to zasłużyła.

Zdają sobie z tego sprawę piłkarze PSG, którzy wiedzą, że może i arbiter im nie pomógł, ale przede wszystkim nie pomogli sami sobie. Przegrali to spotkanie zanim się zaczęło, a w jego trakcie zachowywali się jak słynny Czarny Rycerz z Monty Pythona, tracący w pojedynku kończynę za kończynę, ale przekonany, że wszystko jest okej. Do końca nie wierzyli, że tych bramek Barca wbije im sześć. Wymowna jest statystyka wg której Francuzi w ostatnich 10 minutach meczu zanotowali cztery celne podania, z których trzy były… wznowieniem po stracie gola!

Piłkarze PSG co zawalili sprawę. Przyznał to otwarcie – i chwała mu za szczerość – Marco Verratti, który prosząc kibiców o wybaczenie, podkreślił że wina leży wyłącznie po stronie zawodników. „To nasza wina. Tylko nasza. Czuję wstyd” stwierdził. Także trener Emery, dla którego ta klęska oznacza prawdopodobnie koniec kariery w PSG przyznał, że choć arbiter nie gwizdał fauli w polu karnym Barcelony, to nie przez niego drużyna odpadła z Ligi Mistrzów.

Cud na Camp Nou i to co dzieje się po nim to także dowód na to jak wyjątkową dyscypliną jest futbol. Żadne inne wydarzenie sportowe (ani polityczne, a z kulturalnych może Oskary) nie jest tak dyskutowane, w stacjach telewizyjnych, prasie i mediach społecznościowych. Nawet kolejny rekord Usaina Bolta, nokaut Kliczki, finisz Lewisa Hamiltona czy kończący mecz serwis Rogera Federera. Ich sukcesy i porażki nie wprawiają kibiców w stan takiego delirium lub takiej euforii jak rozstrzygnięcia piłkarskie. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić moment, gdy futbol przestanie być dyscypliną nr 1 na świecie.

Barca - PSG 6:1